Podejrzany X. Pochodna zbrodni - Keigo Higashino - ebook + audiobook + książka

Podejrzany X. Pochodna zbrodni ebook

Higashino Keigo

0,0
44,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Hipnotyzujący thriller mistrza kryminału Keigo Higashino. Ponad 2 miliony sprzedanych egzemplarzy.
 
W Tokio dochodzi do brutalnej zbrodni. Śledztwo prowadzone przez wybitnego detektywa Kusanagiego oraz genialnego fizyka Yukawę, znanego jako profesor Galileo, ujawnia sieć intryg i pozornie niemożliwych do podważenia alibi. W centrum zdarzeń znajduje się matka samotnie wychowująca córkę i cichy matematyk, którzy skrywają tajemnicę większą, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
 
Higashino splata wątki kryminalne i psychologiczne napięcie z intelektualną grą, tworząc historię, od której nie sposób się oderwać aż do ostatniej strony. Kto tak naprawdę jest sprawcą, a kto ofiarą? Odpowiedź może zmienić twoje spojrzenie na miłość i poświęcenie.
 
Ponad 2 miliony sprzedanych egzemplarzy.
 
Keigo Higashino otrzymał za tę książkę prestiżową Nagrodę Naoki.
 
„Japoński Stieg Larsson”. – „The Times”
 
„W tym surowym i oszczędnym w słowach tekście bezwzględna logika ściera się z ludzkimi emocjami, tworząc elegancką opowieść o cenie grzechu, w której wszyscy cierpią, a nikt nie może wygrać”. – „Publishers Weekly”
 
„Niezwykły thriller. Na długo pozostanie w pamięci”. – „Independent on Sunday”
 
„Złożona i wciągająca… Jeśli lubisz zagadki ukryte w zagadkach, ta książka zachwyci cię bezgranicznie”. – „Guardian”
 
„Zakończenie to zabójczy zwrot akcji”. – „Metro”
 
 
Keigo Higashino – jeden z najpopularniejszych autorów powieści kryminalnych, mistrz literackich zagadek i psychologicznego napięcia. Urodzony w Osace, z wykształcenia inżynier. Międzynarodową sławę przyniosła mu książka „Podejrzany X. Pochodna zbrodni”, wyróżniona m.in. japońską Nagrodą Naoki.
 
„Podejrzany X. Pochodna zbrodni” to książka, która otwiera nową wydawniczą serię Kryminalna Relacja.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 306

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Keigo Higa­shino 東野 圭吾Podej­rzany X. Pochodna zbrodni

Tytuł ory­gi­nału: YOGI­SHA X NO KEN­SHIN 容疑者Xの献身 Prze­kład z japoń­skiego: Klau­dia Ciurka

Copy­ri­ght © 2005 HIGA­SHINO Keigo All rights rese­rved. Ori­gi­nal Japa­nese edi­tion publi­shed by Bun­ge­ishunju Ltd., in 2005. Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © 2025 by Grupa Wydaw­ni­cza Rela­cja sp. z o.o. Polish trans­la­tion rights rese­rved by Grupa Wydaw­ni­cza Rela­cja sp. z o.o., under the license gran­ted by HIGA­SHINO Keigo, arran­ged with Bun­ge­ishunju Ltd., thro­ugh Japan UNI Agency, Inc.

Redak­cja: Kamila Wrze­siń­ska Korekta: Anna Banasz­czyk-Susło­wicz Pro­jekt okładki: Grupa Wydaw­ni­cza Rela­cja

ISBN 978-83-68228-01-4

Grupa Wydaw­ni­cza Rela­cja sp. z o.o. ul. Mar­szał­kow­ska 4 lok. 5 00-590 War­szawa www.rela­cja.net

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Rozdział 1

1

O godzi­nie siód­mej trzy­dzie­ści pięć Ishi­gami wyszedł z domu, jak w każdy dzień robo­czy. Choć był już marzec, wiatr wciąż kąsał chło­dem. Męż­czy­zna ruszył przed sie­bie, cho­wa­jąc brodę w fał­dach cie­płego sza­lika. Nim skrę­cił za róg ulicy, rzu­cił okiem na par­king dla rowe­rów. Stało tam wiele jed­no­śla­dów, nie dostrzegł jed­nak żad­nego zie­lo­nego.

Dwa­dzie­ścia metrów na połu­dnie od tego miej­sca bie­gła ulica Shin-Ōhashi. Jadąc nią w lewo, na wschód, można dotrzeć do Edo­gawy, zaś w prawo, na zachód: do Nihon­ba­shi. W dro­dze do tej dru­giej dziel­nicy poko­ny­wało się most Shin-Ōhashi nad rzeką Sumidą.

Naj­szyb­sza droga do miej­sca pracy Ishi­ga­miego wio­dła pro­sto na połu­dnie. Poko­naw­szy kil­ka­set metrów w tam­tym kie­runku, tra­fiało się na park Kiy­osumi Gar­den, a tuż przy nim znaj­do­wało się pry­watne liceum, w któ­rym pra­co­wał jako nauczy­ciel mate­ma­tyki.

Świa­tło zmie­niło się na czer­wone, skrę­cił więc w prawo, w kie­runku mostu Shin-Ōhashi. Dmący mu w twarz wiatr roz­wie­wał poły jego płasz­cza. Wbił dło­nie w kie­sze­nie, lekko pochy­lił się w przód i przy­spie­szył kroku.

Niebo gęsto pokry­wały chmury, nada­jąc odbi­ja­ją­cej je Sumi­dzie cha­rak­te­ry­stycz­nego, brud­na­wego koloru. W górę rzeki pły­nęła mała łódka. Ishi­gami obser­wo­wał ją, poko­nu­jąc most.

Gdy był już po dru­giej stro­nie, zszedł po scho­dach ku brze­gowi Sumidy. Prze­szedł pod mostem i pod­jął marsz wzdłuż rzeki. Bul­wary cią­gnęły się po oby­dwu jej stro­nach, lecz rodziny z dziećmi czy zako­chane pary znacz­nie chęt­niej spa­ce­ro­wały w oko­li­cach sto­ją­cego w zasięgu wzroku mostu Kiy­osu i rzadko docie­rały do tej nowej kon­struk­cji, nawet w dni wolne. Powód takiego stanu rze­czy był raczej oczy­wi­sty: okryte nie­bie­ską folią lego­wi­ska bez­dom­nych sku­pione w tej oko­licy. Bie­gnąca powy­żej droga szyb­kiego ruchu naj­wy­raź­niej zapew­niała im dobre schro­nie­nie przed desz­czem i wia­trem. Po dru­giej stro­nie rzeki nie widać było ani jed­nej nie­bie­skiej folii. Cał­kiem moż­liwe, że bez­domni woleli trzy­mać się w gru­pie na wypa­dek jakich­kol­wiek pro­ble­mów.

Ishi­gami obo­jęt­nie prze­szedł obok tych nie­bie­skich namio­tów. Więk­szość miała nie­mal wyso­kość czło­wieka, choć nie­które się­gały mu led­wie do pasa. Uznał, że bliż­sze prawdy byłoby okre­śle­nie ich mia­nem kar­to­nów niż namio­tów, w środku bowiem było miej­sce jedy­nie na lego­wi­sko. W pobliżu schro­nień i pudeł wisiało roz­wie­szone pra­nie przy­po­mi­na­jące o toczą­cym się tu życiu.

Jakiś męż­czy­zna opie­rał się o wbu­do­waną w nabrzeże barierkę i szo­ro­wał zęby. Ishi­gami czę­sto go widy­wał. Miał ponad sześć­dzie­siąt lat, dłuż­sze włosy prze­ty­kane siwi­zną zawsze zwią­zane z tyłu głowy. Wyraź­nie dał sobie spo­kój z pracą. Gdyby był skłonny pod­jąć się jakiejś fizycz­nej fuchy, nie stałby tu o tej godzi­nie. Tego typu zaję­cie naj­ła­twiej zna­leźć wła­śnie w godzi­nach poran­nych. Raczej nie wybie­rał się też do urzędu pracy. Nawet gdyby zna­le­ziono tam odpo­wied­nią dla niego ofertę, z tak nie­chlujną fry­zurą raczej nie prze­szedłby roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej. Poza tym raczej mało kto chciałby zatrud­nić osobę w jego wieku.

W pobliżu jed­nego z pudeł stał kolejny męż­czy­zna, zajęty gnie­ce­niem pustych puszek. Ishi­gami widy­wał go przy tej czyn­no­ści już kil­ku­krot­nie, więc zaczął go nazy­wać „Pusz­ka­rzem”. Męż­czy­zna miał około pięć­dzie­się­ciu lat oraz nie­mało rze­czy oso­bi­stych, a wśród nich nawet rower. Jed­no­ślad na pewno poma­gał mu szyb­ciej zbie­rać puszki. Miesz­kał na obrze­żach obo­zo­wi­ska, głę­boko pod mostem, co zda­wało się swo­istym przy­wi­le­jem. „Pew­nie jest naj­star­szy z całej grupy”, pomy­ślał Ishi­gami, zer­ka­jąc na niego.

Na ławce sto­ją­cej kilka kro­ków od gra­nic nie­bie­skiego obo­zo­wi­ska sie­dział męż­czy­zna. Jego płaszcz kie­dyś pew­nie był beżowy, ale posza­rzał od nagro­ma­dzo­nego na nim brudu. Spod płasz­cza wysta­wała cienka kurtka, a spod niej koszula z koł­nie­rzy­kiem. Ishi­gami zało­żył, że kra­wat tam­tego spo­czy­wał w któ­rejś kie­szeni płasz­cza. Kilka dni temu przy­ła­pał go na czy­ta­niu maga­zynu poświę­co­nego inży­nie­rii prze­my­sło­wej, więc zaczął nazy­wać go w myślach „Inży­nie­rem”. Miał krót­kie włosy i ogo­loną twarz. Być może nie stra­cił jesz­cze nadziei na ponowne zatrud­nie­nie. Może nawet zamie­rzał wybrać się dziś do urzędu pracy, choć pew­nie nie uda mu się nic zna­leźć. I tak aż do czasu, gdy się­gnie dna. Ishi­gami zoba­czył go po raz pierw­szy dzie­sięć dni wcze­śniej. Inży­nier wciąż uczył się żyć w tym miej­scu. Pró­bo­wał posta­wić wyraźną gra­nicę pomię­dzy sobą a ludźmi pod nie­bie­skimi foliami, ale że nie wie­dział, jak radzić sobie jako osoba bez­domna, to i tak tu został.

Ishi­gami kon­ty­nu­ował spa­cer wzdłuż Sumidy. Nieco przed mostem Kiy­osu natknął się na star­szą panią wypro­wa­dza­jącą trzy jam­niki. Jeden z nich miał czer­woną obróżkę, drugi nie­bie­ską, a trzeci różową. Kobieta zwró­ciła na niego uwagę, gdy się zbli­żył. Uśmiech­nęła się do niego i ski­nęła głową. Odwza­jem­nił gest.

– Dzień dobry – pozdro­wił ją.

– Dzień dobry. Chłodny mamy ranek, czyż nie?

– Ow­szem – odparł i wykrzy­wił wargi, pod­kre­śla­jąc, jak zimno mu było.

Wymi­nął kobietę, a ona życzyła mu jesz­cze miłego dnia. Podzię­ko­wał zama­szy­stym ski­nie­niem głowy.

Ishi­gami widy­wał ją wcze­śniej dźwi­ga­jącą torbę wypeł­nioną zaku­pami, czymś podob­nym do goto­wych kana­pek. Naj­pew­niej było to jej śnia­da­nie. Zakła­dał, że kobieta miesz­kała sama, nie­dawno stra­ciła męża. Widy­wał na jej sto­pach san­dały, a w nich nie mogłaby pro­wa­dzić1, więc jej miesz­ka­nie praw­do­po­dob­nie znaj­do­wało się na jed­nym z pobli­skich osie­dli. Samo miesz­ka­nie też zapewne miała nie­małe, by móc pomie­ścić w nim wszyst­kie trzy psy. Przez wzgląd na zwie­rzęta pew­nie nie mogła prze­pro­wa­dzić się do mniej­szego lokum. Kre­dyt za miesz­ka­nie raczej już spła­ciła, ale wciąż musiała je utrzy­mać. Oszczę­dzała. Całą zimę nie była u fry­zjera, nie far­bo­wała powsta­łego na wło­sach odro­stu.

Ishi­gami wyszedł po scho­dach na most Kiy­osu. Żeby wró­cić do szkoły, musiał przejść nim na drugą stronę rzeki. Ruszył jed­nak w prze­ciw­nym kie­runku.

Zatrzy­mał się przed nie­du­żym loka­lem z szyl­dem „Ben­ten”. Sprze­da­wano tu bento. Ishi­gami otwo­rzył szklane drzwi.

– Dzień dobry, zapra­szamy! – Usły­szał dobie­ga­jący zza lady zna­jomy, a jed­no­cze­śnie zawsze popra­wia­jący humor głos. Hana­oka Yasuko, z bia­łym czep­cem na gło­wie, uśmiech­nęła się do niego.

W lokalu nie było innych klien­tów, co jesz­cze bar­dziej go ucie­szyło.

– Popro­szę… bento dnia popro­szę…

– Tak jest, jedno bento dnia. Zaraz podam – odparła pogod­nie.

Ishi­gami nie widział, jaką miała przy tym minę, bo aku­rat wpa­try­wał się we wnę­trze swo­jego port­fela. Miesz­kali po sąsiedzku, więc powinni mieć jakieś tematy do roz­mowy, żaden jed­nak nie przy­cho­dził mu w tym momen­cie do głowy.

Gdy nade­szła pora zapłaty, wydu­sił:

– Zimno dziś, prawda?

Sze­lest drzwi otwie­ra­nych przez kolej­nego klienta zagłu­szył jego słowa. Uwaga Yasuko rów­nież sku­piła się na nowo przy­by­łym.

Ishi­gami wyszedł ze sklepu z bento w dłoni. Tym razem udał się pro­sto na most Kiy­osu. Zbo­czył z trasy tylko po to, by wstą­pić do „Ben­tena”.

Kiedy koń­czył się poranny ruch, w lokalu robiło się spo­koj­niej, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o liczbę klien­tów. Na zaple­czu za to roz­po­czy­nały się wtedy przy­go­to­wa­nia do pory obia­do­wej. Lokal współ­pra­co­wał z kil­koma fir­mami, zobo­wią­zu­jąc się do dostar­cze­nia posił­ków ich pra­cow­ni­kom przed godziną dwu­na­stą, więc kiedy nie było żad­nych klien­tów, Yasuko poma­gała na kuchni.

Razem z nią w „Ben­te­nie” pra­co­wały cztery osoby.

Sze­fem kuchni, a jed­no­cze­śnie wła­ści­cie­lem lokalu, był pan Yone­zawa. W goto­wa­niu wspie­rała go jego mał­żonka, Say­oko. Za dostawy odpo­wia­dała dora­bia­jąca sobie w skle­pie Kanako, zaś Yasuko zaj­mo­wała się obsługą klien­tów.

Wcze­śniej Yasuko pra­co­wała w klu­bie noc­nym na Kin­shi-chō. Pan Yone­zawa czę­sto wpa­dał tam na drinka, z kolei Say­oko doglą­dała inte­resu. O ich mał­żeń­stwie Yasuko dowie­działa się kilka dni przed odej­ściem Say­oko z pracy, bez­po­śred­nio z ust samej zain­te­re­so­wa­nej.

Wśród klien­tów zaczęły krą­żyć pogło­ski, jakoby mene­dżerka rzu­cała pracę w barze na rzecz pro­wa­dze­nia z mężem lokalu z bento. Sama Say­oko twier­dziła jed­nak, że wraz z mężem od dawna pla­no­wali otwo­rzyć skle­pik z daniami na wynos, a praca w klu­bie miała umoż­li­wić jej zebra­nie środ­ków na reali­za­cję tego marze­nia.

Yasuko wpa­dała do „Ben­tena” raz na jakiś czas, by spraw­dzić, jak lokal sobie radzi. Odno­siła wra­że­nie, że cał­kiem nie­źle. Mniej wię­cej rok po otwar­ciu wła­ści­ciele zapy­tali ją, czy zechcia­łaby im poma­gać. Zaj­mo­wa­nie się wszyst­kimi aspek­tami dzia­łal­no­ści oka­zało się zbyt dużym wysił­kiem – zarówno fizycz­nym, jak i men­tal­nym – dla dwóch osób.

– Nie możesz całe życie tkwić w tym szem­ra­nym, noc­nym biz­ne­sie, Yasuko. Misato też jest coraz więk­sza, a chyba nie chcesz, żeby zaczęła mieć kom­pleksy z powodu wyko­ny­wa­nej przez cie­bie pracy – powie­działa jej wtedy Say­oko. – Cho­ciaż to oczy­wi­ście nie moja sprawa – dodała szybko.

Misato to jedyna córka Yasuko. Po tym, jak jej rodzice roz­wie­dli się pięć lat wcze­śniej, wycho­wy­wana była bez ojca. Sama Yasuko rów­nież sądziła, że powinna rozej­rzeć się za innym rodza­jem zatrud­nie­nia zarówno ze względu na córkę, jak i na swój wiek. Nie wie­działa, jak długo mogłaby pra­co­wać w klu­bie.

Pod­ję­cie decy­zji zajęło jej jeden dzień. Klub nie pró­bo­wał jej powstrzy­my­wać. Gdy się z nią żegnali, życzyli jej szczę­ścia. Oka­zało się, że nie ona jedna mar­twiła się o swoją przy­szłość w roli hostessy w kwie­cie wieku.

Poprzed­niej wio­sny, kiedy Misato roz­po­czy­nała naukę w gim­na­zjum, prze­nio­sły się do obec­nego miesz­ka­nia. Powo­dem prze­pro­wadzki była zbyt duża odle­głość pomię­dzy ich poprzed­nim lokum a „Ben­te­nem”. W skle­piku musiała sta­wiać się znacz­nie wcze­śniej niż w klu­bie, co wią­zało się z koniecz­no­ścią wsta­wa­nia o szó­stej rano i wyjeż­dża­nia z domu pół godziny póź­niej. Na zie­lo­nym rowe­rze.

– Był dziś ten nauczy­ciel? – zapy­tała Say­oko pod­czas prze­rwy.

– Ow­szem, był – odparła Yasuko. – Przy­cho­dzi codzien­nie, nie?

Say­oko uśmiech­nęła się i wymie­niła poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia z mężem.

– Co, o co cho­dzi?

– Nic, nic. Roz­ma­wia­li­śmy wczo­raj, że chyba wpa­dłaś mu w oko.

– Co pro­szę? – Yasuko odchy­liła się na krze­śle, uno­sząc w dłoni fili­żankę.

– Wczo­raj mia­łaś wolne, prawda? I aku­rat go nie było. Nie sądzisz, że to dziwne, że przy­cho­dzi codzien­nie, chyba że aku­rat masz wolne?

– Zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści.

– Nie wydaje nam się… Prawda? – Say­oko zwró­ciła się do męża, a on przy­tak­nął z uśmie­chem na twa­rzy. – Obser­wu­jemy to od jakie­goś czasu. Kiedy cię nie ma, nauczy­ciel nie przy­cho­dzi po bento. Mie­li­śmy podej­rze­nia od jakie­goś czasu, ale wczo­raj się w nich utwier­dzi­li­śmy.

– Tyle że, abs­tra­hu­jąc od świąt, mam wolne w naj­róż­niej­sze dni. To nie tak, że nie ma mnie w jeden kon­kretny dzień tygo­dnia.

– Tym bar­dziej! On mieszka nie­da­leko cie­bie, prawda? Myślę, że obser­wuje, kiedy wycho­dzisz do pracy.

– Ale… Ni­gdy go nie widzia­łam, wycho­dząc.

– Pew­nie obser­wuje cię z ukry­cia. Może przez okno?

– Wąt­pię, żeby patrzył przez okno.

– No, mniej­sza o to. Jeśli fak­tycz­nie coś do cie­bie czuje, na pewno w któ­rymś momen­cie to wyzna. Cie­szymy się jed­nak, że dzięki tobie mamy sta­łego klienta. Twoje doświad­cze­nie z Kin­shi-chō zaczyna pro­cen­to­wać.

Yasuko uśmiech­nęła się gorzko i wypiła resztę zawar­to­ści fili­żanki. Pomy­ślała o nauczy­cielu będą­cym przed­mio­tem ich roz­mowy.

Nazy­wał się Ishi­gami. Zapu­kała do jego drzwi w dniu, kiedy się wpro­wa­dziły. Wtedy też dowie­działa się, że uczył w pobli­skim liceum. Był niski i krą­gły, miał okrą­głą, raczej dużą twarz oraz oczy wąskie jak nitki. Jego głowę pora­stały krót­kie, rzad­kie włosy, przez co wyglą­dał na ponad pięć­dzie­siąt lat, ale mógł być znacz­nie młod­szy. Nie­prze­sad­nie dbał o swój ubiór, codzien­nie nosił podobny zestaw ubrań. Tej zimy w jego gar­de­ro­bie kró­lo­wały brą­zowe swe­try. Gdy przy­cho­dził kupić bento, zawsze miał na sobie ten sam płaszcz. Odno­siła wra­że­nie, że czę­sto robił pra­nie, bo na bal­ko­niku przy­na­leż­nym do jego miesz­ka­nia czę­sto suszyła się jakaś odzież. Miesz­kał sam i Yasuko podej­rze­wała, że ni­gdy nie był żonaty.

Podej­rze­nie, że mógłby się w niej pod­ko­chi­wać, wyda­wało jej się nie­praw­do­po­dobne. Męż­czy­zna był dla niej jak pęk­nię­cie w ścia­nie, o któ­rego ist­nie­niu wie­działa, ale na które nie zwra­cała uwagi, bo po pro­stu nie musiała.

Gdy się mijali, wymie­niała z nim uprzej­mo­ści. Zda­rzało jej się dopy­ty­wać go o kwe­stie zwią­zane z zarzą­dza­niem miesz­ka­niem. Poza tym Yasuko nie­wiele o nim wie­działa. Bar­dzo nie­dawno odkryła, że uczył mate­ma­tyki. Zoba­czyła leżące przed drzwiami jego miesz­ka­nia stare, zwią­zane sznur­kiem pod­ręcz­niki do tego wła­śnie przed­miotu.

„Mam nadzieję, że nie zaprosi mnie na randkę”, pomy­ślała Yasuko. Zaraz potem się jed­nak uśmiech­nęła. Wyobra­ziła sobie, jak mogłoby wyglą­dać tego typu zapro­sze­nie pada­jące z ust osoby o tak poważ­nej apa­ry­cji oraz jaką minę by ta osoba zro­biła, spo­tkaw­szy się z odmową.

Jak zwy­kle przed połu­dniem w ich lokalu zaczy­nało się robić tłoczno, a apo­geum obo­wiąz­ków wypa­dało na dwu­na­stą. Tra­dy­cyj­nie koło pierw­szej ruch zaczął maleć.

Yasuko wymie­niała papier w kasie fiskal­nej, gdy szklane drzwi do sklepu się roz­su­nęły i ktoś wszedł do środka. Spoj­rzała na klienta, mówiąc: „Dzień dobry, zapra­szamy”. Zaraz potem zamarła. Sze­rzej otwo­rzyła oczy i nagle zabra­kło jej słów.

– Dobrze wyglą­dasz – powie­dział męż­czy­zna z uśmie­chem. Jego spoj­rze­nie pozo­sta­wało jed­nak mroczne.

– Jak… Jak tu…

– Aż tak cię to dziwi? Kiedy się na czymś sku­pię, jestem w sta­nie dojść nawet do tego, gdzie pra­cuje moja była żona. – Wsu­nął dło­nie do kie­szeni gra­na­to­wej wia­trówki i rozej­rzał się po lokalu, jakby się nad czymś zasta­na­wiał.

– Czego chcesz? – zapy­tała Yasuko ostro, choć cicho. Nie chciała zwra­cać uwagi pań­stwa Yone­za­wów.

– Nie dener­wuj się tak. Od tak dawna się nie widzie­li­śmy, może mogła­byś się cho­ciaż na chwilę uśmiech­nąć, co? – Wargi męż­czy­zny wciąż wykrzy­wione były w nie­przy­jem­nym gry­ma­sie.

– Jeśli nie masz mi nic do powie­dze­nia, to wyjdź.

– Tak wła­ści­wie… mam. Chciał­bym ci coś powie­dzieć. Możemy wyjść na chwilę?

– Żar­tu­jesz sobie? Chyba widzisz, że pra­cuję? – Yasuko poża­ło­wała tej odpo­wie­dzi, led­wie padła z jej ust. Suge­ro­wała ona, że gdyby nie obo­wiązki służ­bowe, mogłaby być skłonna do roz­mowy z nim.

Męż­czy­zna obli­zał wargi.

– O któ­rej koń­czysz?

– Nie zamie­rzam z tobą roz­ma­wiać. Idź sobie, pro­szę, i nie wra­caj.

– Okrutna.

– A czego się spo­dzie­wa­łeś? – Yasuko zer­k­nęła na zewnątrz. Miała nadzieję, że pojawi się jakiś klient, ale nie­stety się na to nie zapo­wia­dało.

– Nie zosta­wiasz mi wyboru, skoro się tak zacho­wu­jesz. Pójdę gdzieś indziej. – Potarł dło­nią kark.

– Niby gdzie? – zapy­tała, pełna złych prze­czuć.

– Skoro ty nie chcesz mnie wysłu­chać, pójdę zoba­czyć się z córką. Uczy się w oko­licy, prawda? – Powie­dział to, czego Yasuko naj­bar­dziej się oba­wiała.

– Nie, nie zbli­żaj się do niej.

– To ty ze mną poroz­ma­wiaj. Mnie jest to naprawdę obo­jętne.

Yasuko wes­tchnęła. Musiała się go jakoś pozbyć.

– Koń­czę o szó­stej.

– Pra­cu­jesz od świtu do szó­stej? Bar­dzo długo.

– Nie twój inte­res.

– Dobrze, w takim razie wrócę tu o szó­stej.

– Nie tutaj. Jak wyj­dziesz na główną i skrę­cisz w prawo, zoba­czysz duże skrzy­żo­wa­nie. Tuż przy nim jest restau­ra­cja. Spo­tkajmy się tam o szó­stej trzy­dzie­ści.

– Dobra. Tylko mnie nie wystaw. Jeśli się nie poja­wisz…

– Będę. Wynoś się już stąd.

– Dobra, dobra. Nie bądź taka nie­miła. – Jesz­cze raz powiódł spoj­rze­niem po wnę­trzu, po czym wyszedł, ener­gicz­nie zamy­ka­jąc za sobą prze­suwne, szklane skrzy­dło drzwi.

Yasuko przy­ło­żyła dłoń do czoła. Czuła lek­kie, bole­sne pul­so­wa­nie. Zbie­rało się jej na mdło­ści. W jej piersi wez­brała roz­pacz.

Wyszła za Shin­jiego Toga­shiego osiem lat wcze­śniej, kiedy jesz­cze pra­co­wała jako hostessa w dziel­nicy Aka­saka. On był jed­nym z klien­tów baru. Zaj­mu­jący się han­dlem zagra­nicz­nymi samo­cho­dami męż­czy­zna miał ogromne wpływy. Dawał jej dro­gie pre­zenty, zabie­rał do ele­ganc­kich restau­ra­cji. Gdy się jej oświad­czył, czuła się jak boha­terka grana przez Julię Roberts w Pretty Woman. Po tym, jak jej pierw­sze mał­żeń­stwo zakoń­czyło się fia­skiem, musiała pra­co­wać i zaj­mo­wać się córką, co ją wykań­czało.

Początki ich mał­żeń­stwa mijały w rado­ści. Shinji miał sta­bilną pracę, dzięki czemu Yasuko mogła zre­zy­gno­wać z zatrud­nie­nia w barze. Trosz­czył się rów­nież o Misato, a sama dziew­czynka zda­wała się coraz bar­dziej akcep­to­wać go w roli ojca. Wtedy wszystko się posy­pało.

Shinji został zwol­niony z pracy.

Na jaw wyszły prze­kręty finan­sowe, jakich dopusz­czał się na prze­strzeni ostat­nich lat. Firma nie wnio­sła prze­ciwko niemu oskar­że­nia wyłącz­nie dla­tego, że oba­wiała się zarzu­tów o nie­wła­ściwy nad­zór nad pra­cow­ni­kami. Ogra­ni­czyła się więc do spryt­nego zatu­szo­wa­nia całej sprawy, jakby nic się nie stało. A jed­nak wszyst­kie pie­nią­dze, jakie Shinji pozo­sta­wił w Aka­sace, były brudne.

Od tam­tego dnia męż­czy­zna cał­ko­wi­cie się zmie­nił. Czy też raczej: odsło­nił przed Yasuko swoją praw­dziwą naturę. Pozba­wiony zatrud­nie­nia, całymi dniami leżał w domu albo upra­wiał hazard. Gdy zwra­cała mu z tego powodu uwagę, reago­wał agre­sją. Zaczął czę­ściej się­gać po alko­hol. Zda­wał się per­ma­nent­nie pijany, a w jego oczach poja­wiło się sza­leń­stwo.

Tak oto Yasuko została zmu­szona do powrotu do pracy, wszystko jed­nak, co zaro­biła, Shinji bru­tal­nie zabie­rał dla sie­bie. Gdy pró­bo­wała cokol­wiek przed nim cho­wać, on zaczął przy­cho­dzić do baru i odbie­rać stam­tąd jej wyna­gro­dze­nie, nim ona sama zdą­żyła to zro­bić. Misato zaczęła się go bać. By nie sie­dzieć z nim w domu sam na sam, coraz wię­cej czasu spę­dzała w lokalu, gdzie pra­co­wała jej matka.

Yasuko zapro­po­no­wała Shin­jiemu roz­wód, on jed­nak nie wyra­ził na to zgody. Gdy zaczęła naci­skać, znów stał się agre­sywny. Po kilku mie­sią­cach namy­słu posta­no­wiła zwró­cić się o pomoc do praw­nika pole­co­nego jej przez jed­nego z klien­tów. Temu udało się nakło­nić Shin­jiego do pod­pi­sa­nia doku­men­tów roz­wo­do­wych. Do męż­czy­zny dotarło, że gdyby sprawa tra­fiła do sądu, nie miałby szans na zwy­cię­stwo, a być może zostałby obar­czony koniecz­no­ścią wypłaty mał­żonce odszko­do­wa­nia za szkody moralne i mate­rialne.

Roz­sta­nie nie roz­wią­zy­wało jed­nak wszyst­kich pro­ble­mów. Nawet po zakoń­cze­niu ich mał­żeń­stwa Shinji czę­sto kon­tak­to­wał się z Yasuko. Pro­sił, by do niego wró­ciła. Zapew­niał, że upo­rał się ze swo­imi pro­ble­mami, zmie­nił się, wró­cił do pracy. Gdy Yasuko go uni­kała, zaczął nacho­dzić Misato. Zda­rzało mu się cze­kać na nią przed szkołą.

Gdy padł przed nią na kolana, Yasuko zro­biło się go żal, choć dosko­nale wie­działa, że to jedy­nie gra. Być może wciąż tliła się w niej odro­bina sym­pa­tii dla niego, pozo­sta­ło­ści uczu­cia z cza­sów mał­żeń­stwa. Dała mu tro­chę pie­nię­dzy, co oka­zało się błę­dem, bo ten gest zachę­cił Shin­jiego do jesz­cze częst­szego nacho­dze­nia jej. Na pozór zacho­wy­wał się wobec niej ule­gle, ale pozwa­lał sobie na coraz wię­cej.

Yasuko została zmu­szona do zmiany miej­sca pracy i zamiesz­ka­nia. Z żalem prze­nio­sła też Misato do innej szkoły. Kiedy zaczęła pra­co­wać w klu­bie w Kin­shi-chō, Shinji prze­stał się poja­wiać. Minął jakiś czas, a teraz od nie­mal roku pra­co­wała w „Ben­te­nie”. Wie­rzyła, że zosta­wiła tę plagę za sobą. Nie chciała spra­wiać kło­po­tów Yone­za­wom.

Nie chciała też nie­po­koić Misato. „Bez względu na wszystko, nie mogę dopu­ścić, by znowu zaczął się przy niej krę­cić”, pomy­ślała Yasuko, patrząc na zegar ścienny. Gdy zbli­żała się umó­wiona godzina, ruszyła do wyzna­czo­nej restau­ra­cji.

Toga­shi sie­dział przy oknie, paląc papie­rosa. Na stole przed nim stała fili­żanka z kawą. Zaj­mu­jąc miej­sce, Yasuko zamó­wiła kakao. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach wybra­łaby jeden ze sło­dzo­nych napo­jów gazo­wa­nych, któ­rych dolewki były dar­mowe, ale nie zamie­rzała spę­dzić tu dużo czasu.

– Więc o co cho­dzi? – zapy­tała, mie­rząc Shin­jiego spoj­rze­niem.

– Skąd ten pośpiech? – Wypu­ścił z ust obłok dymu.

– Mam dużo na gło­wie, więc jeśli fak­tycz­nie cze­goś ode mnie chcesz, to mów.

– Yasuko. – Wycią­gnął rękę, jakby pró­bo­wał się­gnąć po jej dłoń spo­czy­wa­jącą na stole. Szybko się cof­nęła, a on wykrzy­wił wargi w gry­ma­sie. – Jesteś nie w sosie?

– Dzi­wisz mi się? Czego ode mnie chcesz?

– No, już nie zacho­wuj się tak. Może nie wyglą­dam, ale przy­cho­dzę tu na poważ­nie.

– W jakim sen­sie na poważ­nie?

Kel­nerka przy­nio­sła kakao. Yasuko natych­miast unio­sła kubek do ust. Chciała jak naj­szyb­ciej wypić napój i stąd wyjść.

– Wciąż miesz­kasz sama, prawda? – Shinji pod­niósł na nią spoj­rze­nie.

– Nie twój inte­res.

– Samot­nej kobie­cie na pewno nie­ła­two jest wycho­wy­wać córkę. Z roku na rok będzie cię kosz­to­wać coraz wię­cej. A praca w skle­piku z bento nie daje gwa­ran­cji sta­bil­nego zatrud­nie­nia. Dla­tego chciał­bym, żebyś się jesz­cze raz zasta­no­wiła. Zmie­ni­łem się.

– Niby w jaki spo­sób? Wró­ci­łeś do pracy?

– Nie­długo wrócę. Coś zna­la­złem.

– Ale jesz­cze nie pra­cu­jesz.

– Prze­cież mówię, że mam pracę. Zaczy­nam w przy­szłym mie­siącu. To nowy biz­nes, ale kiedy się roz­kręci, powi­nie­nem być w sta­nie zapew­nić wam lep­szy byt.

– Nie trzeba. Skoro zaczniesz się tak boga­cić, na pewno bez pro­blemu znaj­dziesz sobie nową part­nerkę. Pro­szę, zostaw nas już w spo­koju.

– Yasuko, naprawdę cię potrze­buję! – Toga­shi ponow­nie wycią­gnął rękę, zła­pał jej dłoń.

– Nie doty­kaj mnie! – Szarp­nię­ciem wyswo­bo­dziła się z jego uści­sku.

Z powodu gwał­tow­no­ści tego ruchu kilka kro­pel kakao chlap­nęło na palce Toga­shiego.

– Ała! – syk­nął, cofa­jąc rękę. Gdy ponow­nie na nią spoj­rzał, w jego spoj­rze­niu widoczna była wście­kłość.

– Nie pozwa­laj sobie. Naprawdę sądzi­łeś, że ci uwie­rzę? Już mówi­łam, nie zamie­rzam do cie­bie wra­cać, więc daj sobie spo­kój, dobra? – Yasuko wstała.

Toga­shi patrzył na nią w mil­cze­niu. Igno­ru­jąc go, poło­żyła na stole należ­ność za kakao i skie­ro­wała się ku wyj­ściu.

Gdy wyszła z restau­ra­cji, wsia­dła na zapar­ko­wany w pobliżu rower i zaczęła peda­ło­wać. W oba­wie, że Toga­shi mógłby chcieć ją śle­dzić, wolała nie zwle­kać. Prze­je­chała aleją Kiy­osu­ba­shi, po czym, tuż za mostem Kiy­osu, skrę­ciła w lewo.

Czuła, że postą­piła słusz­nie, ale wąt­piła, by Toga­shi dał sobie spo­kój. Była pewna, że nie­ba­wem znowu pojawi się w lokalu. Będzie ją nacho­dzić, robić pro­blemy w „Ben­te­nie”, może nawet pojawi się przed szkołą Misato. Cze­kał, aż straci do niego cier­pli­wość, aż ustąpi i da mu pie­nią­dze.

Dotarła do miesz­ka­nia i zabrała się za przy­go­to­wa­nie kola­cji, choć tym razem tylko pod­grze­wała przy­nie­sione z „Ben­tena” resztki. Jej dło­nie czę­sto nie­ru­cho­miały. Nie potra­fiła zapa­no­wać nad cisną­cymi się do głowy nie­przy­jem­nymi myślami, a te sku­tecz­nie odwra­cały jej uwagę od goto­wa­nia.

Misato powinna wró­cić lada moment. Popo­łu­dniami cho­dziła na zaję­cia z bad­min­tona, a po tre­ningu czę­sto roz­ma­wiała z kole­gami i kole­żan­kami, przez co do domu wra­cała zwy­kle dopiero po siód­mej.

Nagle roz­legł się dzwo­nek do drzwi. Yasuko podejrz­li­wie pode­szła do wej­ścia. To na pewno nie była Misato. Ona miała klucz.

– Tak? – zapy­tała, nie otwie­ra­jąc drzwi. – Kto tam?

– To ja. – Odpo­wiedź nade­szła po krót­kiej prze­rwie.

Yasuko pociem­niało przed oczami. Spraw­dziły się jej naj­gor­sze prze­czu­cia. Toga­shi poznał jej adres zamiesz­ka­nia. Być może śle­dził ją któ­re­goś dnia, gdy wra­cała z „Ben­tena”.

Nie docze­kaw­szy się reak­cji z jej strony, Toga­shi zaczął walić pię­ściami w drzwi i krzy­czeć.

Pokrę­ciła głową i odry­glo­wała drzwi, nie zdej­mu­jąc jed­nak blo­kady łań­cu­cho­wej. Uchy­liła skrzy­dło na jakieś dzie­sięć cen­ty­me­trów. Po dru­giej stro­nie ujrzała twarz byłego męża. Uśmie­chał się sze­roko, uka­zu­jąc pożół­kłe zęby.

– Idź stąd. Po co tu przy­sze­dłeś?

– Nie skoń­czy­li­śmy roz­ma­wiać, a ty po pro­stu wyszłaś, jak zwy­kle nie­cier­pliwa.

– Powie­dzia­łam ci, żebyś prze­stał mnie śle­dzić.

– Wysłu­chaj mnie cho­ciaż. Wpuść mnie.

– Nie. Idź stąd.

– Jeśli mnie nie wpu­ścisz, będę tu sie­dział. Lada moment powinna wró­cić Misato, prawda? Jeśli nie poga­dam o tym z tobą, poga­dam z nią.

– Nie mie­szaj jej w to.

– To mnie wpuść.

– Wezwę poli­cję.

– Wzy­waj. Prawo nie zaka­zuje odwie­dzin u byłej żony. Gliny staną po mojej stro­nie i powie­dzą ci, że mogłaś mnie po pro­stu wpu­ścić.

Yasuko przy­gry­zła wargę. Z żalem przy­znała, że Toga­shi praw­do­po­dob­nie miał rację. Zda­rzało jej się wcze­śniej wzy­wać poli­cję, funk­cjo­na­riu­sze jed­nak ni­gdy jej nie pomo­gli. Poza tym nie chciała robić scen. Pozwo­lono jej wyna­jąć ten lokal bez porę­czy­ciela, więc wolała nie ryzy­ko­wać eks­mi­sji z powodu choćby naj­drob­niej­szych nie­przy­chyl­nych plo­tek.

– Ale tylko na chwilę.

– Oczy­wi­ście. – Na twa­rzy Toga­shiego odma­lo­wał się triumf.

Zdjęła blo­kadę i sze­rzej otwo­rzyła drzwi. Zdej­mu­jąc buty, Toga­shi bacz­nie oglą­dał miesz­ka­nie. Były w nim dwa pokoje i kuch­nia. Tuż przy wej­ściu znaj­do­wało się pomiesz­cze­nie o powierzchni sze­ściu mat tatami2, do któ­rego przy­le­gała nie­duża kuch­nia. W głębi miesz­ka­nia znaj­do­wał się drugi pokój o powierzchni czte­rech i pół maty tatami, a za nim bal­kon.

– Mały i stary, ale nie­brzydki pokoik – stwier­dził Toga­shi, sia­da­jąc i wsu­wa­jąc nogi pod kotatsu3. – Co jest, wyłą­czony? – Naci­snął przy­cisk włą­cza­jący ogrze­wa­nie.

– Wiem, po co przy­sze­dłeś. – Yasuko patrzyła na niego z wyso­ko­ści. – Cho­dzi ci tylko o kasę, prawda?

– Co pro­szę? Co to ma niby zna­czyć? – Toga­shi wyjął z kie­szeni kurtki pudełko papie­ro­sów Seven Stars. Odpa­lił jed­nego z nich, po czym rozej­rzał się po pokoju. Nie dostrzegł żad­nej popiel­niczki. Jego uwagę zwró­ciła jed­nak puszka leżąca w koszu na nie­palne odpady. Wychy­lił się więc, się­gnął po nią i strzep­nął popiół.

– Wiem, że jesteś tu tylko po to, żeby wycią­gnąć ode mnie pie­nią­dze. Mam rację, prawda?

– Skoro tak twier­dzisz.

– Nie dosta­niesz ode mnie ani jena.

– Hmm, tak mówisz…

– Wynoś się. I wię­cej nie wra­caj.

W tym momen­cie drzwi do miesz­ka­nia otwo­rzyły się i do miesz­ka­nia weszła Misato w szkol­nym mun­durku. Zatrzy­mała się w progu, widząc nie­spo­dzie­wa­nego gościa. Chwilę póź­niej go roz­po­znała, a na jej twa­rzy odma­lo­wała się mie­szanka prze­ra­że­nia i zawodu. Rakieta do bad­min­tona wypa­dła jej z dłoni.

– Misato, dawno się nie widzie­li­śmy. Ależ wyro­słaś! – sko­men­to­wał Toga­shi pogod­nie.

Misato zer­k­nęła na Yasuko, zdjęła trampki i w mil­cze­niu prze­szła do swo­jego pokoju. Szczel­nie zasu­nęła za sobą drzwi.

– Chciał­bym zacząć od nowa, a ty? – ode­zwał się Toga­shi po chwili. – Czy to naprawdę aż tak wielki grzech?

– Już ci powie­dzia­łam, że nie jestem zain­te­re­so­wana. Chyba nie liczy­łeś, że się zgo­dzę? Mam wra­że­nie, że to tylko wymówka, żeby mnie nacho­dzić.

Czuła, że tra­fiła w sedno, Shinji jed­nak nie odpo­wie­dział. Się­gnął po pilota i włą­czył tele­wi­zor. Na ekra­nie poja­wiła się jakaś kre­skówka.

Yasuko wes­tchnęła i poszła do kuchni. W jed­nej z szu­flad przy zle­wie trzy­mała port­fel. Wyjęła z niego dwa bank­noty o nomi­nale dzie­się­ciu tysięcy jenów.

– Bierz i daj mi spo­kój – powie­działa, kła­dąc pie­nią­dze na kotatsu.

– Co to ma być? Mówi­łaś, że nie dasz mi ani jena.

– To już ostatni raz.

– Ale ja tego nie potrze­buję.

– A jed­nak nie chcesz stąd wyjść z pustymi rękami. Wiem, że chciał­byś wię­cej, ale nam też się nie prze­lewa.

Shinji popa­trzył na dwa­dzie­ścia tysięcy jenów, a póź­niej spoj­rzał Yasuko w twarz.

– No dobra. Już sobie idę. Ale powta­rzam, nie przy­sze­dłem tu po pie­nią­dze. To ty nale­ga­łaś, żebym je wziął. – Wsu­nął oby­dwa bank­noty do kie­szeni kurtki, wrzu­cił nie­do­pa­łek do puszki i wysu­nął się spod koł­dry. Zamiast skie­ro­wać się do wyj­ścia, ruszył w stronę dru­giego pokoju. Ener­gicz­nie odsu­nął drzwi.

– Ej! – krzyk­nęła znaj­du­jąca się w tym pomiesz­cze­niu Misato.

– Co ty wyczy­niasz?! – wrza­snęła Yasuko.

– Chciał­bym się cho­ciaż przy­wi­tać z pasier­bicą.

– Już nie jest twoją pasier­bicą.

– No cóż, niech będzie. Do zoba­cze­nia, Misato – rzu­cił do wnę­trza pokoju.

Yasuko nie widziała reak­cji córki na całe zaj­ście. Toga­shi wresz­cie skie­ro­wał się do drzwi wyj­ścio­wych.

– Wyro­śnie z niej piękna kobieta. Aż się nie mogę docze­kać.

– O czym ty gadasz?

– Mówię poważ­nie. Nie miną trzy lata, a zacznie na sie­bie zara­biać. Wszę­dzie ją przyjmą.

– Nie żar­tuj sobie. Wynoś się już.

– Już wycho­dzę. Przy­naj­mniej na razie.

– Nie waż się wra­cać.

– Cóż, zoba­czymy.

– Nie…

– Mówię ci, nie pozbę­dziesz się mnie. Wiesz czemu? Bo zawsze pod­da­jesz się szyb­ciej niż ja. – Zaśmiał się cicho, po czym pochy­lił się, by zało­żyć buty.

W tym momen­cie za ple­cami Yasuko roz­legł się jakiś hałas. Gdy się odwró­ciła, zoba­czyła sto­jącą tuż obok Misato w szkol­nym mun­durku. Dziew­czynka unio­sła coś w dło­niach.

Yasuko nie zdą­żyła się ode­zwać ani jej powstrzy­mać. Misato ude­rzyła Toga­shiego w tył głowy. Roz­le­gło się głu­che łup­nię­cie i męż­czy­zna upadł na pod­łogę.

Rozdział 2

2

Z rąk Misato wypadł jakiś przed­miot. Mie­dziany wazon. Yasuko dostała go z oka­zji otwar­cia „Ben­tena”.

– Misato… – Kobieta spoj­rzała na córkę.

Twarz dziew­czynki pozo­sta­wała bez wyrazu. Ona sama stała teraz nie­ru­chomo, jakby ule­ciała z niej dusza, po krót­kiej chwili jed­nak otwo­rzyła sze­roko oczy. Wpa­try­wała się w coś za ple­cami Yasuko.

Kobieta odwró­ciła się i ujrzała dźwi­ga­ją­cego się na nogi Toga­shiego. Trzy­mał się za poty­licę, krzy­wiąc przy tym twarz.

– Ty mała… – Zato­czył się, kipiąc gnie­wem. Spoj­rze­nie miał wbite w Misato. Raz jesz­cze się zachwiał, po czym posta­wił wielki krok w jej stronę.

Na dro­dze sta­nęła mu Yasuko, zasła­nia­jąc swoim cia­łem Misato.

– Stój.

– Z drogi. – Zła­pał ją za ramię i szarp­nął z całej siły.

Yasuko ude­rzyła o ścianę, tłu­kąc sobie bio­dro. Misato pró­bo­wała uciec, ale Toga­shi zła­pał ją za ramię. Pod dziew­czynką ugięły się kolana. Męż­czy­zna rzu­cił się na nią, zła­pał za włosy i z całej siły ude­rzył ją w poli­czek.

– Zabiję cię, dziwko! – Z jego ust wyrwał się nie­mal zwie­rzęcy war­kot.

„On ją zabije”, pomy­ślała Yasuko. „Jak tak dalej pój­dzie, Misato…”

Rozej­rzała się wokół. Jej uwagę zwró­cił kabel do kotatsu. Wyrwała wtyczkę z gniazdka. Choć drugi koniec wciąż był przy­mo­co­wany do sto­lika, zaci­snęła go moc­niej w dło­niach. Zaszła wyją­cego nad Misato Toga­shiego od tyłu, oto­czyła kablem jego szyję i z całej siły pocią­gnęła.

Męż­czy­zna zwa­lił się do tyłu z wark­nię­ciem. Wyczuł, co się święci, i upar­cie pró­bo­wał wsu­nąć palce mię­dzy kabel a szyję. Yasuko trzy­mała mocno. Wie­działa, że jeśli teraz zawie­dzie, druga szansa może się nie nada­rzyć. Że męż­czy­zna uczepi się ich jak rzep psiego ogona.

Yasuko była jed­nak od niego znacz­nie słab­sza. Kabel wyśli­zgnął się jej z rąk. Wtedy jed­nak do akcji wkro­czyła Misato, odsu­wa­jąc palce Toga­shiego od jego szyi. Usia­dła na jego tor­sie i za wszelką cenę pró­bo­wała go unie­ru­cho­mić.

– Szyb­ciej, mamo, szyb­ciej! – krzyk­nęła.

Nie było czasu na waha­nie. Yasuko zaci­snęła powieki i sku­piła wszyst­kie swoje siły w ramio­nach. Serce waliło jej jak mło­tem. Zaci­skała wyko­naną z kabla pętlę, wsłu­chu­jąc się w dud­nie­nie swo­jego pulsu.

Stra­ciła rachubę, ile to trwało. Odzy­skała zmy­sły, dopiero gdy usły­szała cichy gło­sik woła­jący:

– Mamo, mamo!

Yasuko powoli otwo­rzyła oczy. Kabel wciąż ści­skała w dło­niach.

Tuż przed sobą miała Toga­shiego. Jego szare oczy, choć otwarte, zda­wały się wpa­try­wać w pustkę, a twarz posi­niała z powodu braku tlenu. W miej­scu, gdzie kabel werż­nął mu się w szyję, wid­niał ciemny ślad.

Nie poru­szał się. Z ust cie­kła mu ślina, z nosa także coś się sączyło.

Yasuko krzyk­nęła i odrzu­ciła kabel. Głowa Toga­shiego opa­dła na maty tatami z głu­chym łup­nię­ciem. Męż­czy­zna ani drgnął.

Misato pod­nio­sła się z lękiem w oczach. Spód­nicę szkol­nego mun­durka miała cał­ko­wi­cie pomiętą. Przy­kuc­nęła, po czym oparła się o ścianę. Nie odry­wała spoj­rze­nia od Toga­shiego.

Matka i córka mil­czały przez chwilę, wpa­tru­jąc się w nie­ru­cho­mego męż­czy­znę. Do uszu Yasuko docie­rało jedy­nie bzy­cze­nie świe­tló­wek.

– I co teraz…? – mruk­nęła. W gło­wie miała pustkę. – Zabi­łam go.

– Mamo…

Yasuko spoj­rzała na córkę. Była biała jak papier, ale oczy miała prze­krwione, pod nimi zaś odzna­czały się ślady łez. Yasuko nie wie­działa, kiedy Misato zaczęła pła­kać.

Raz jesz­cze popa­trzyła na Shin­jiego. Czuła się roz­darta. Z jed­nej strony chciała, by wró­cił do życia, z dru­giej: ani tro­chę. Nic jed­nak nie zapo­wia­dało, żeby miał ożyć.

– To… zły czło­wiek… był. – Misato ugięła nogi, objęła swoje kolana i ukryła mię­dzy nimi twarz, po czym zanio­sła się pła­czem.

Yasuko zamie­rzała ponow­nie zapy­tać: „Co teraz?”, gdy roz­legł się dzwo­nek do drzwi. Pod­sko­czyła ze zdzi­wie­nia. Misato unio­sła głowę. Na jej policz­kach wid­niały świeże ślady łez.

Matka i córka spoj­rzały po sobie. Bez słów zada­wały sobie to samo pyta­nie: „Kto to może być o tej porze?”.

Wtedy ponow­nie roz­le­gło się puka­nie do drzwi, a po nim męski głos:

– Pani Hana­oka?

Znały ten głos, choć w tym momen­cie nie potra­fiły go do nikogo przy­pi­sać.

Yasuko tkwiła bez ruchu, jak spa­ra­li­żo­wana. Nie odry­wała wzroku od córki, w szcze­gól­no­ści od jej twa­rzy.

Puka­nie roz­le­gło się ponow­nie.

– Pani Hana­oka? – Sto­jąca po dru­giej stro­nie drzwi osoba naj­wy­raź­niej wie­działa, że ktoś był w domu, i nie zamie­rzała odcho­dzić. W tym sta­nie nie mogły jed­nak otwo­rzyć drzwi.

– Idź do pokoju. Zasuń za sobą drzwi i nie wychodź – roz­ka­zała szep­tem Yasuko. Wresz­cie wró­ciła jej zdol­ność logicz­nego myśle­nia.

Kolejne stu­ka­nie. Yasuko ode­tchnęła głę­boko.

– Już idę! – odpo­wie­działa, zmu­sza­jąc się do utrzy­ma­nia spo­koj­nego tonu. Od tej gry zale­żał ich los. – Kto tam?

– Sąsiad, Ishi­gami.

Yasuko nie spo­dzie­wała się takiej odpo­wie­dzi. Miała jed­nak świa­do­mość, jak nie­ty­powe były hałasy, które chwilę temu docho­dziły z ich miesz­ka­nia. Sąsie­dzi musieli zwró­cić na nie uwagę, a Ishi­gami posta­no­wił przyj­rzeć się sytu­acji z bli­ska.

– Ach, pro­szę chwi­leczkę pocze­kać. – Yasuko sta­rała się mówić nor­mal­nie, choć nie była pewna, czy jej się uda­wało.

Misato wró­ciła do swo­jego pokoju i zasu­nęła za sobą drzwi. Yasuko popa­trzyła na ciało Toga­shiego. Musiała coś z nim zro­bić.

Kotatsu stało w zupeł­nie innym miej­scu niż zwy­kle, naj­pew­niej z powodu ener­gicz­nie pocią­gnię­tego kabla. Prze­su­nęła pie­cyk jesz­cze tro­chę i okryła ciało przy­mo­co­waną do niego koł­drą. Miej­sce wyda­wało się dość nie­ty­powe, ale nie widziała innego wyj­ścia z tej sytu­acji. Upew­niła się, że wyglą­dała tak zwy­czaj­nie, jak to moż­liwe, i zeszła do przed­sionka. Jej uwagę zwró­ciły brudne buty Toga­shiego. Wci­snęła je pod szafkę na obu­wie. Ostroż­nie, by nie naro­bić hałasu, nało­żyła blo­kadę łań­cu­chową. Drzwi były otwarte przez cały ten czas. Ucie­szyła się, że Ishi­gami ich nie otwo­rzył.

Gdy uchy­liła skrzy­dło drzwi, ujrzała okrą­głą, spo­rych roz­mia­rów twarz sąsiada. Jego wąskie niczym nić oczy uważ­nie ją obser­wo­wały, a sama mimika niczego nie zdra­dzała. Było w tym coś nie­po­ko­ją­cego.

– Tak…? W czym mogę pomóc? – Yasuko się uśmiech­nęła. Poczuła, jak drę­twieją jej policzki.

– Usły­sza­łem jakieś hałasy. – Twarz Ishi­ga­miego pozo­sta­wała bez wyrazu. – Czy coś się stało?

– Nie, nic. – Zama­szy­ście pokrę­ciła głową. – Prze­pra­szam, że pana nie­po­ko­iły­śmy.

– Mam nadzieję, że nie wyda­rzyło się nic poważ­nego?

Yasuko zwró­ciła uwagę, że spoj­rze­nie sąsiada prze­su­nęło się ku wnę­trzu miesz­ka­nia. Zro­biło jej się gorąco.

– Cóż, zoba­czy­łam kara­lu­cha i… – rzu­ciła pierw­sze, co przy­szło jej do głowy.

– Kara­lu­cha?

– Tak. Poka­zał się jeden, więc… ja i córka… pró­bo­wa­ły­śmy się go pozbyć… I naro­bi­ły­śmy hałasu.

– Trup na miej­scu?

– Słu­cham…? – Yasuko zamarła, sły­sząc to pyta­nie.

– Czy udało wam się uniesz­ko­dli­wić kara­lu­cha?

– Ach, tak. Już zała­twione. Sytu­acja opa­no­wana. Tak.

– Rozu­miem. Jeśli mógł­bym jakoś pomóc, pro­szę dać mi znać.

– Dzię­kuję bar­dzo. Raz jesz­cze prze­pra­szam za hałas. – Yasuko ski­nęła głową i zamknęła drzwi. Prze­krę­ciła klucz w zamku.

Gdy Ishi­gami wró­cił do sie­bie i do jej uszu dobie­gło klik­nię­cie drzwi jego miesz­ka­nia, ode­tchnęła z ulgą. Przy­kuc­nęła, gdzie stała. Za sobą usły­szała sze­lest odsu­wa­nych drzwi. Zaraz po nim roz­le­gło się ciche: „Mamo…”.

Yasuko pod­nio­sła się powoli. Gdy jej spoj­rze­nie padło na wybrzu­szoną koł­drę pod kotatsu, znów poczuła roz­pacz.

– Nie… Nie mia­ły­śmy wyj­ścia – wydu­siła po chwili.

– I co teraz? – Misato zmie­rzyła matkę spoj­rze­niem.

– Jak to co? Zadzwo­nimy… na poli­cję.

– Chcesz na sie­bie donieść?

– Co innego mi pozo­stało? Zabi­łam go, nie przy­wró­cimy go do życia.

– Ale co będzie z tobą, kiedy się do tego przy­znasz?

– No cóż… – Yasuko wsu­nęła dłoń we włosy. W jej gło­wie pano­wał cał­ko­wity chaos. Mate­ma­tyk z sąsiedz­twa pew­nie uznał ją za dzi­waczkę, ale tak po praw­dzie, nie obcho­dziło jej to.

– Nie pój­dziesz do wię­zie­nia? – docie­kała córka.

– Cóż, w sumie, moż­liwe – odpo­wie­działa wresz­cie Yasuko. Uśmiech­nęła się z rezy­gna­cją. – Osta­tecz­nie, wiesz, zabi­łam czło­wieka.

Misato ener­gicz­nie pokrę­ciła głową.

– Ale to bez sensu!

– Dla­czego?

– Bo to nie twoja wina. To wszystko przez niego. Nie miał już z nami nic wspól­nego, a mimo to cią­gle nas drę­czył… Nie możesz pójść do wię­zie­nia przez kogoś takiego.

– Mor­der­stwo to mor­der­stwo.

Powie­dziaw­szy to na głos, Yasuko poczuła się lepiej. Odzy­skała zdol­ność spo­koj­nego myśle­nia. Zaczęła się zasta­na­wiać, czy fak­tycz­nie nie miały innego wyj­ścia z tej sytu­acji. Nie chciała, by do Misato przy­lgnęła łatka córki mor­der­czyni. Jeśli jed­nak nie uda jej się unik­nąć wię­zie­nia, musiała roze­grać swoje karty tak, by spo­łe­czeń­stwo nie patrzyło na nią zbyt surowo.

Yasuko spoj­rzała na leżący w rogu pomiesz­cze­nia bez­prze­wo­dowy tele­fon. Ruszyła w jego kie­runku.

– Nie! – Misato pod­bie­gła i wyrwała słu­chawkę z dłoni matki.

– Puść!

– Nie, nie możesz! – Dłoń córki zaci­snęła się wokół nad­garstka Yasuko. Miała zaska­ku­jąco mocny chwyt, być może dzięki zaję­ciom z bad­min­tona.

– Puść, pro­szę.

– Nie, nie pozwolę ci na to, mamo. Prę­dzej wezmę to na sie­bie.

– Co ty ple­ciesz?

– To ja ude­rzy­łam go jako pierw­sza, a ty pró­bo­wa­łaś mi pomóc. Poma­ga­łam ci, zabi­łam go razem z tobą.

Yasuko wzdry­gnęła się na te słowa. Roz­luź­niła trzy­ma­jącą tele­fon dłoń. Misato wyko­rzy­stała tę oka­zję i wyrwała jej słu­chawkę. Przy­ci­snęła ją do piersi, jakby pró­bu­jąc ukryć, po czym prze­szła w róg pokoju, odwra­ca­jąc się tyłem do matki.

Yasuko się zamy­śliła. Czy detek­tywi wezmą jej opo­wieść za dobrą monetę? Czy nie poda­dzą w wąt­pli­wość twier­dze­nia, że wła­sno­ręcz­nie zabiła Toga­shiego? Uwie­rzą jej na słowo?

Nie, poli­cjanci na pewno prze­pro­wa­dzą śledz­two. Z tele­wi­zyj­nych seriali wie­działa, że będą „zbie­rać dowody”. Wyko­rzy­stają wszel­kie dostępne im metody, by zwe­ry­fi­ko­wać słowa podej­rza­nego. Prze­słu­chają sąsia­dów, prze­szu­kają miej­sce zbrodni i tak dalej.

Pociem­niało jej przed oczami. Bez względu na to, czym gro­zi­liby jej poli­cjanci, nie pisnę­łaby słowa o udziale Misato w tym wszyst­kim. Jeśli jed­nak prawda wyszłaby na jaw, wszystko stra­cone. Wąt­piła, by jej bła­ga­nia o unie­win­nie­nie córki zostały wysłu­chane.

Yasuko zasta­na­wiała się, czy uda­łoby jej się tak spre­pa­ro­wać dowody, by suge­ro­wały wyłącz­nie jej udział, ale szybko odrzu­ciła ten pomysł. Uznała, że wprawne oko szybko wychwy­ci­łoby jej ama­tor­skie próby.

„Muszę za wszelką cenę chro­nić Misato”, pomy­ślała Yasuko. Bez względu na wszystko, nawet za cenę wła­snego życia, nie chciała przy­spo­rzyć jej wię­cej cier­pień, niż już zaznała, będąc córką takiej matki jak ona. „Co robić? Jak naj­le­piej z tego wybrnąć?”

Wtem znaj­du­jący się w dło­niach Misato tele­fon zaczął dzwo­nić. Dziew­czynka sze­rzej otwo­rzyła oczy i spoj­rzała na matkę. Yasuko bez słowa wycią­gnęła rękę. Misato zawa­hała się, ale osta­tecz­nie powoli oddała jej słu­chawkę.

Yasuko wzięła głę­boki wdech i ode­brała.

– Tak, słu­cham, Hana­oka przy tele­fo­nie.

– Z tej strony Ishi­gami, sąsiad.

– Ach… – „Znowu on. Czego tym razem chce?” – Czy coś się stało?

– Nie, zna­czy… Zasta­na­wia­łem się, co pani zamie­rza.

– W spra­wie? – Nie wie­działa, do czego nawią­zy­wał.

– Jakby to… – ode­zwał się Ishi­gami po krót­kiej prze­rwie. – Jeśli zamie­rza pani wezwać poli­cję, nie zamie­rzam się wtrą­cać, ale jeśli nie ma pani takiego zamiaru, może mógł­bym jakoś pomóc.

– Słu­cham? – Yasuko na­dal nie rozu­miała, o czym mówił.

– Może… – cią­gnął Ishi­gami zdu­szo­nym gło­sem. – Może złożę pani wizytę?

– Co? Nie. Zna­czy… Pro­szę się nie kło­po­tać. – Yasuko oblał zimny pot.

– Sza­nowna pani – prze­rwał jej Ishi­gami. – Kobie­cie ciężko będzie pozbyć się ciała w poje­dynkę.

Yasuko zabra­kło słów. Skąd on wie­dział?

„Musiał coś usły­szeć”, pomy­ślała. „Pew­nie pod­słu­chał moją wcze­śniej­szą roz­mowę z Misato. Albo w ogóle sły­szał wszystko, od samego początku sza­mo­ta­niny z Shin­jim. To koniec”, uznała. „Nie wywi­niemy się. Muszę się zgło­sić na poli­cję, ale za nic nie mogę zdra­dzić, że Misato była w to zamie­szana”.

– Sły­szała mnie pani?

– Ach, tak. Sły­sza­łam.

– Czy wobec tego mogę przyjść?

– Tak po praw­dzie… – Nie odsu­wa­jąc tele­fonu od ucha, Yasuko spoj­rzała na córkę. Misato zda­wała się jed­no­cze­śnie zasko­czona i zmar­twiona.

„Na pewno łamie sobie głowę, z kim roz­ma­wiam i o czym”.

Jeśli Ishi­gami fak­tycz­nie pod­słu­chał całe zaj­ście, musiał wie­dzieć, że Misato była powią­zana z tym mor­der­stwem. Gdyby powie­dział o tym poli­cji, wszel­kie zaprze­cze­nia ze strony Yasuko na nie­wiele by się zdały.

Kobieta poczuła ucisk w żołądku.

– Dobrze. I tak chcia­łam pro­sić pana o pewną przy­sługę, więc jeśli dałby pan radę podejść…

– Oczy­wi­ście. Zaraz będę – zapew­nił Ishi­gami.

Led­wie Yasuko zakoń­czyła połą­cze­nie, Misato zapy­tała:

– Kto dzwo­nił?

– Ten nauczy­ciel zza ściany. Pan Ishi­gami.

– Co chciał?

– Opo­wiem ci póź­niej, na razie idź do pokoju. I zamknij za sobą drzwi. Szybko.

Misato wró­ciła do pokoju ze zdzi­wie­niem odma­lo­wa­nym na twa­rzy. Led­wie zasu­nęła za sobą panel, w miesz­ka­niu dało się sły­szeć hałas zamy­ka­nych po sąsiedzku drzwi.

Kilka sekund póź­niej roz­legł się dzwo­nek. Yasuko wró­ciła do przed­sionka, prze­krę­ciła klucz w zamku i zdjęła łań­cu­szek. Gdy otwo­rzyła drzwi, ujrzała Ishi­ga­miego z nie­ty­po­wym jak na niego wyra­zem twa­rzy. Z jakie­goś powodu zało­żył na sie­bie gra­na­tową, dżin­sową kurtkę. Wcze­śniej jej nie miał.

– Zapra­szam.

– Dzię­kuję. – Ishi­gami skło­nił się i wszedł do środka.

Gdy Yasuko zamy­kała drzwi, on prze­szedł do salonu i bez chwili waha­nia uniósł koł­drę pod kotatsu. Zro­bił to wszystko z taką pew­no­ścią sie­bie, jakby wie­dział, że znaj­dzie tam zwłoki.

Przy­klęk­nął na jedno kolano i spoj­rzał na ciało Toga­shiego. Zda­wał się nad czymś głę­boko zasta­na­wiać. Yasuko zauwa­żyła, że na dło­niach miał baweł­niane ręka­wice robo­cze. Kobieta nie­pew­nie spoj­rzała na zwłoki. Z twa­rzy męż­czy­zny odpły­nęły już wszyst­kie kolory. Coś – ślina albo jakaś inna wydzie­lina – zasy­chało mu na pod­bródku.

– Czyli… wszystko pan sły­szał? – zapy­tała Yasuko.

– Niby co?

– Naszą sprzeczkę. To dla­tego pan zadzwo­nił?

Ishi­gami zwró­cił pozba­wioną wyrazu twarz w jej stronę.

– Nie, nie sły­sza­łem żad­nej sprzeczki. Te miesz­ka­nia są zaska­ku­jąco dźwię­kosz­czelne. Bar­dzo mi się to podo­bało, dla­tego się tu wpro­wa­dzi­łem.

– Więc skąd…?

– Skąd wie­dzia­łem, co się stało?

Yasuko przy­tak­nęła.

Ishi­gami wska­zał jeden z kątów pokoju. Leżała tam pusta puszka, wokół któ­rej znaj­do­wało się tro­chę popiołu.

– Kiedy przy­sze­dłem do pani po raz pierw­szy, wyczu­łem zapach papie­ro­sów. Pomy­śla­łem, że może ma pani gości, ale nie zauwa­ży­łem żad­nych butów, które mogłyby tę teo­rię potwier­dzić. Odnio­słem jed­nak wra­że­nie, że ktoś leżał pod kotatsu. Zauwa­ży­łem też wypięty z gniazdka kabel. Gdyby jed­nak ktoś chciał się ukryć, poszedłby do innego pokoju, a nie poło­żył w takim miej­scu, co zna­czyło, że kto­kol­wiek leży pod przy­kry­ciem, nie chowa się, tylko jest cho­wany. Doda­jąc do tego typowe dla sza­mo­ta­niny odgłosy, jakie wcze­śniej sły­sza­łem, oraz wyjąt­kowo nie­dbałą pani fry­zurę, jestem w sta­nie sobie wyobra­zić, co tu zaszło. I jesz­cze jedno: w tym bloku nie ma kara­lu­chów. Wiem, o czym mówię. Miesz­kam tu od wielu lat.

Oszo­ło­miona Yasuko wpa­try­wała się w spo­kojną, nie­od­da­jącą żad­nych emo­cji twarz Ishi­ga­miego. Przy­szło jej do głowy, że męż­czy­zna pew­nie w bar­dzo podobny spo­sób zwra­cał się do dzieci pod­czas szkol­nych lek­cji. Odwró­ciła głowę, by sąsiad nie odniósł wra­że­nia, że gapiła się na niego zbyt natręt­nie. Rów­no­cze­śnie miała wra­że­nie, jakby sama znaj­do­wała się pod jego baczną obser­wa­cją.

„Zaska­ku­jąco opa­no­wany i bystry z niego czło­wiek”, pomy­ślała. „W innym razie nie byłby w sta­nie wycią­gnąć tak daleko idą­cych wnio­sków, sto­jąc dosłow­nie w progu miesz­ka­nia”. Jed­no­cze­śnie poczuła ulgę. Wyglą­dało na to, że Ishi­gami nie znał szcze­gó­łów zaj­ścia.

– To mój były mąż – wyja­śniła. – Roz­wie­dli­śmy się już wiele lat temu, ale on wciąż mnie nacho­dził. Musia­łam dawać mu pie­nią­dze, żeby się odcze­pił… Dziś było to samo. Nie mogłam już tego znieść, zde­ner­wo­wa­łam się i… – Prze­rwała, po czym opu­ściła głowę. Nie zamie­rzała mu mówić, jak dokład­nie umarł Toga­shi. Zamie­rzała obsta­wać przy tym, że Misato nie brała w tym udziału.

– Pla­nuje pani zgło­sić się na poli­cję?

– Wydaje mi się, że nie mam innego wyj­ścia. Szkoda mi tylko Misato, ona nie ma z tym nic wspól­nego. – Led­wie wypo­wie­działa te słowa, prze­suwne drzwi roz­su­nęły się ze świ­stem, a w progu sta­nęła Misato.

– Nie! Nie możesz tego zro­bić.

– Milcz, Misato.

– Nie mam zamiaru. Nie chcę. Niech mnie pan posłu­cha! Tego czło­wieka za…

– Misato! – krzyk­nęła Yasuko.

Dziew­czynka gwał­tow­nie zamknęła usta i spoj­rzała na matkę z wyrzu­tem. Miała zaczer­wie­nione oczy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. W Japo­nii można dostać man­dat za pro­wa­dze­nie w san­da­łach, jeśli uznane zostaną za skłonne do pośli­zgu na peda­łach albo mają za grubą pode­szwę, by wła­ści­wie wyczuć pedały (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). {: .przy­pis} [wróć]

2. Wiel­kość pomiesz­czeń czy miesz­kań czę­sto opi­suje się w Japo­nii za pomocą mat tatami. Poje­dyn­cza mata ma powierzch­nię około 1,62 metra kwa­dra­to­wego. [wróć]

3. Kotatsu – niski sto­lik z połą­czoną z nim koł­drą oraz elek­trycz­nym pod­grze­wa­czem pod spodem. [wróć]