Podcięte skrzydła - Tołstoj Aleksy - ebook

Podcięte skrzydła ebook

Tołstoj Aleksy

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Nowy Dwór Gdański

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 177

Rok wydania: 1985

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Aleksiej Nikołajewicz Tołstoj, pisarz rosyjski i radziecki, ur. 10.1. 1883 r. w Nikołajewie, zm. 23. II. 1945 r. w Moskwie. Pochodził ze zubożałej rodziny szlacheckiej, studiował nauki techniczne, ale edukację rychło porzucił dla literatury. Debiutował tomem poetyckim [nieczytelne] 1907), ale rozgłos przyniosły mu dopiero powieści: Czudaki (1911, Dziwacy) oraz Kulawy książę (1912) ukazujące upadek szlachty rosyjskiej. Podczas I wojny był korespondentem prasy rosyjskiej na wielu frontach. Lata 1918 - 1923 spędził na emigracji we Francji i w Niemczech. Wtedy powstały: autobiograficzna opowieść Dzieciństwo Nikity (1920. wyd. pol. 1950), Siostry — cz. 1 trylogii Droga przez mękę (1922; cz. II Rok osiemnasty — 1928r., cz. III Pochmurny poranek - 1941 r.) obrazującej dochodzenie szlachty rosyjskiej do rewolucji, a także słynna opowieść fantastyczna Aelita (1923, wyd. pol. 1956). Po powrocie do kraju podjął obrachunek polityczny z emigracją, czego efektem była powieść Emigranci (1951, wyd. pol. 1956). Wyrazem historycznych zainteresowań Tołstoja jest opowieść o obronie Carycy na Chleb (1937, wyd. pol. 1949) oraz nie ukończona epopeja o kształtowaniu się narodu rosyjskiego Piotr I (1929— 1945, wyd. pol. 1948), uznana za najwybitniejsze osiągnięcie A. Tołstoja. Podczas II wojny uprawiał ożywioną działalność publicystyczną, wtedy też powstała większość jego opowiadań o wielkiej różnorodności tematycznej, z galerią pasjonujących portretów psychologicznych. Spuścizna A. Tołstoja obejmuje także twórczość dramaturgiczną oraz utwory dla dzieci Dzięki niezwykle wielorodnej tematycznie twórczości wybitnemu talentowi narracyjnemu — doskonale zresztą widocznemu w opowiadaniach tego tomu - bogactw; pozorowanego świata stał się A. Tołstoj klasykiem literatury światowej.

 

Aleksy Tołstoj

 

Podcięte skrzydła

 

Opowiadania

 

Tłumaczyła

AŁŁA SARACHANOWA

 

 

Książka i Wiedza • 1985

 

Tytuł oryginału: wybór z SOBRANIJE SOCZINIENIJ, t. I i II

 

Ilustracje na okładce i stronie tytułowej

Maria Plater-Zyberk

 

© Copyright by Ałła Sarachanowa, 1975

 

ISBN 83-05-11511-9

Wielkie kłopoty

Rozdział pierwszy

Zachód zgasł dopiero przed północą; przekwitło niebo ponad brzegami ziemi i rozsypały się na nim gwiezdne konstelacje. Na cerkiewne kopuły, na dachy domów i na drzewa spadła rosa.

Mikołaj Stabiesow leżał w łóżku, wspierając się łokciem na poduszce i patrzył w niebo.

Bez ruchu, bez zmrużenia oka patrzył na spłukane rosą gwiazdy i wydawało mu się, że to nie z ogrodu, do którego wychodziło okno pracowni, lecz właśnie z tych gwiazd sączy się do jego ciemnej sypialni wilgotny zapach słodkiej rezedy.

Aromat ten zawsze kojarzył mu się z bardzo dziwnym uczuciem: miało się wrażenie, że wystarczy usiąść z pochyloną głową na parapecie okna — a nie zobaczy się w dole ziemi, tylko ciemne niebo usiane gwiazdami — tak, jakby jego dom i on sam siedzący w nocnej koszuli na oknie przylepieni byli do skraju ziemi, do jej ostatniego przylądka, i tylko ten wąski parapet dzielił go od czarnej, iskrzącej się błękitnymi punktami przestrzeni, która stromo i głęboko zapada w dół.

Krawędź owa, ten wąski pasek ziemi, niepewny i chwiejny, zaostrzony niczym ostroga albo dziób statku, mknie prosto ku gwiazdozbiorom; światło gwiazd snuje cienką pajęczynę i człowiek nie chce, już ani myśleć, ani poruszać się, ani zamykać oczu — „spokój, lot i niebyt!”

Gdzieś w oddali, prawdopodobnie na bulwarze, z żelaznym łoskotem przetoczył się tramwaj. Jakiś głos powiedział na dole: „Daj spokój, Wasia, jak ci nie wstyd!” — a potem rozległy się kroki. Strumień ciepłego powietrza wleciał do okna niosąc zapachy ulicy.

Stabiesow zamknął oczy i natychmiast pod powiekami przewinęły się wszystkie wrażenia minionego dnia: spotkania, rozmowy, twarze i gęby, a na koniec, przesłaniając wszystko, wypłynęła wykrzywiona strachem, zdziwieniem i gniewem fizjonomia pana Woronina. Była tak odrażająca, że Stabiesow z grymasem poruszył się na łóżku, potem wyciągnął rękę po papierosa i zapalił pokręciwszy w palcach benzynową zapalniczkę. Rozbłysnął płomyk oświetlając jego podłużne, przymrużone oczy, suchy, garbaty nos, przystrzyżone wąsy, usta o czystym i wyraźnym zarysie, a także strumień niebieskiego dymu. Po chwili płomyk zgasł, ale spokój już nie powrócił; wąski języczek ognia spalił doszczętnie pajęczynę gwiezdnych promieni, spłoszonych przez miejski szum.

Stabiesow był człowiekiem wesołym i wszystko mu się zawsze udawało. Ostatnio jednak nastąpiło jakieś niemal niezauważalne przesunięcie, taki sobie drobiazg — jakby pękła żyłka nie większa od tej, która czasami pęka na gałce ocznej. Z tego to niejasnego i błahego powodu wiele się w jego życiu zmieniło. Teraz co wieczór, otwierając amerykańskim kluczykiem drzwi swojej garsoniery, zostawiał po tamtej stronie drzwi miasto i całą marność świata; dzień cofał się od progu jak odpływ morza. Każdego wieczora miał wrażenie, że ten przeżyty dzień był jak zaludniony plac, przez który przebiegł nie dotykając nikogo — i nikt nie dotknął go również ani słowem, ani zmysłem, ani dłonią. Czuł się tak, jak gdyby był jedynym żywym człowiekiem w całym mieście, reszta zaś — to widma, cienie na ekranie.

Wszystko zaczęło się od mało znaczącego, lecz dość niecodziennego przypadku i stopniowo przybierało na sile, pustosząc, skuwając, zniewalając. Rozumiał, że tylko zdecydowane postępowanie potrafi uwolnić go od tej choroby, ale nie znalazł w sobie siły ani ochoty na żadne poważniejsze decyzje. Postarał się jedynie zrzucić z siebie większość obowiązków, by móc zostać samemu, bez jakichkolwiek obciążeń. Kilka dni temu zrezygnował z intratnej propozycji budowlanej odstępując ją przyjacielowi. Powoli zrywał kontakty towarzyskie i wycofywał się z interesów; wysłał kilka ważnych listów, lecz otrzymane odpowiedzi zamknął nie czytając w szufladzie biurka, a niedawno wyjął jedną po drugiej wszystkie szuflady i spalił w kominku całą ich zawartość, jak przed zasadniczą zmianą, przed katastrofą lub przed śmiercią... Sam nie wiedział, dlaczego tak postępuje, ale i nie bał się niczego...

Teraz było mu żal tego uczucia odrętwienia, które już przeminęło. Wrażenia minionego dnia i spotkanie z panem Woroninem bez końca powtarzały się w jego pamięci: odczuwał coraz większy wstręt i niepokój. Odłożył niedopałek papierosa, jeszcze chwilę pokręcił się w łóżku, a potem uniósł się na łokciu i dotknął dzwonka.

Natychmiast usłyszał, jak służąca Stiesza zerwała się ze swojego łóżka w kuchni i na korytarzu rozległy się jej szybkie kroki. Pokiwał głową.

— Wejdź, Stieszo — powiedział spokojnie. Dziewczyna prześliznęła się przez nie domknięte drzwi i stanęła w progu. — Nie zapalaj światła, podejdź tu bliżej i usiądź — dodał.

Dziewczyna namyślała się chwilę, a potem szybkim ruchem usiadła wyprostowana na brzegu łóżka. Widział jej delikatną sylwetkę, ciemną suknię, spadziste ramiona; w oknie nad jej głową ciepłym blaskiem lśniły gwiazdy.

— Znowu nie spałaś — stwierdził. — Posłuchaj, moja droga, dzisiaj znów powiedziałaś: „Pan ma palto zapaćkane”.

Stiesza skinęła głową.

— Poplamione — poprawiła się cicho.

— A potem powiedziałaś: „Tera wszystko czyste”.

Roześmiał się i uwolniwszy rękę zagiął palec.

— Leżałem i myślałem o tobie. Przede wszystkim jesteś bardzo inteligentna i kiedy nie ma mnie w domu, czytasz Puszkina; po drugie — jeśli nie liczyć tego „tera” i „zapaćkane” — wytworna; po trzecie jesteś jedynym człowiekiem, który mnie kocha; dalej — jesteś najpiękniejszą ze wszystkich posiadanych przeze mnie rzeczy, a ja zanadto lubię piękne rzeczy, by je niszczyć.

Stiesza zerwała się z miejsca, ale Stabiesow złapał ją za czarny fartuszek i ujmując w swoją rękę jej małą, zimną dłoń, znowu posadził dziewczynę na łóżku.

— Kiedy zawołałem cię, zerwałaś się błyskawicznie i co najmniej przez minutę stałaś nieprzytomna: zastanawiałaś się, czy masz wyskoczyć na ulicę, czy zagrzebać się w poduszkach, czy też ulec temu, co jest silniejsze od ciebie... Zawsze, ilekroć cię wołam, myślisz o tym. O nie, w tym celu nigdy cię nie zawołam. Chcę mieć tutaj swój własny, tajemny kącik, w którym wszystko jest czyste jak w cerkiewnym okienku.

Umilkł na chwilę; jego usta się wykrzywiły. Stiesza siedziała bez ruchu, ze spuszczoną głową.

— Rzeczywiście niebezpiecznie jest przychodzić do mnie, kiedy cię wołam — ciągnął dalej. — Nie mam się już czego uczepić, chyba że cię zgubię, a potem to odpokutuję. Zniszczyć ostatnią piękną rzecz, aby zakosztować najwytrawniejszej słodyczy... Posłuchaj, Stieszo: był sobie pewien król, bardzo stary, i oto przyszła po niego śmierć; król ten nie chciał jednak umierać, kazał więc przyprowadzić dziewicę i położył ją obok siebie, żeby oddała mu wszystkie swoje siły.

— Pan mówi Bóg wie co — poważnie rzekła Stiesza — wstydu pan nie ma...

— Owszem, nie mam wstydu — powiedział w zadumie — nie mam litości, niczego nie mam, puste miejsce. Żyję tylko jednym: tak się urządzam, aby mieć jak najmniej przykrości i natarczywych myśli, a jak najwięcej przyjemności: omijam przeszkody. Odgrodzony od kłopotów, tkwię w czymś słodkim, ciepłym i obrzydliwym jak melasa... Pokornie słuchasz moich bredni, a kiedy zadręczę cię już do reszty tymi słowami, których nie rozumiesz, tym oczekiwaniem, tymi kpinami (bo przecież kpię z ciebie ustawicznie, przez cały czas) — rozbeczysz się i będziesz beczała cały dzień, a ja się uspokoję. Stieszo, czy chciałabyś mnie uratować?

Podniósł się, ujął dziewczynę za łokcie i obrócił ją twarzą do siebie. Nie sprzeciwiała się. Twarz miała zupełnie bladą, a rozwarte oczy — jak ciemne plamy, bez blasku. Usiłował dostrzec w nich wzruszenie, strach przed zgubą, lecz Stiesza, ledwie oddychając, prawie nic nie widziała; nie zrozumiawszy niczego, z góry wybaczała mu wszystko, ulegała; na cóż było jej potrzebne smukłe ciało i dusza osiemnastolatki, jak nie po to, by oddać się bezpowrotnie, czym prędzej temu, którego pokochała na śmierć i życie.

Dotknął brodą jej policzka. Uśmiechnęła się i lekko westchnęła: po raz pierwszy znalazła się tak blisko. Powoli przymknęła oczy, lecz on puścił jej ramię, odsunął się i powiedział:

— Teraz mogę ci opowiedzieć pewną historię; opowiem i skończę z tym, a ty mi coś doradzisz. Pamiętasz, jak w karnawale przyjeżdżał do mnie profesor Woronin? Miał bardzo ładną żonę, która poleciła mu, aby zaprosił mnie na przyjęcie. Siedział tu przeszło półtorej godziny, aż wreszcie zdobył się na to zaproszenie. Pani profesorowa ma trzydzieści pięć lat, jasne włosy i delikatny głos. Wyglądało na to, że tego dnia ktoś sprawił jej wielką przykrość, ponieważ rozmawiała ze mną przez cały wieczór i z taką złością i rozpaczą mówiła o mężu, że zapragnąłem ją pocieszyć. Wyobraź sobie kobietę, która nie jest skrępowana ani uczuciem, ani zbytnim rygorem, bo sprawy te dla niej po prostu nie istnieją, a mimo to ani razu nie zgrzeszyła. To dziwne. Czuła się zmęczona swoją sytuacją i nieodpartym obrzydzeniem w stosunku do męża; nie wiedzieć czemu przez cały czas myślała o mnie. Nie mogłem jej zawieść; poczuwałem się niejako do obowiązku, by odwzajemnić jej pragnienie, skoro kobieta ta czekała na mnie przez całe trzydzieści pięć lat. Oczywiście, sama się przestraszyła, ja zaś zacząłem nalegać. Kłamała, że to wszystko na razie jest czystą teorią. Wówczas wytłumaczyłem jej, że mam zbyt wiele obowiązków w stosunku do innych osób i brak mi czasu na abstrakcyjne zajęcia. Zdawać by się mogło, że tego wieczoru straciła głowę. Na drugi dzień sama otworzyła mi wejściowe drzwi. Mąż spał w gabinecie. Z początku bawiła mnie ta niebezpieczna przygoda, potem zakręciło mi się w głowie; nigdy dotąd nie widziałem, by grzech wywołał u kogoś tyle radości, lęku i rozpaczy, jak to było w przypadku pani profesorowej. Aż tu nagle wszczął się w domu niesamowity popłoch. Ubrałem się błyskawicznie i podszedłem do zamkniętych drzwi. Ktoś krzyczał wniebogłosy: „Pali się!” Oprócz tych drzwi nie było innego wyjścia; pan profesor podbiegł do nich wołając: „Katiu, Katiu, obudź się, pożar na dworze!” Nie odchodził; szarpiąc klamkę z całej siły walił w drzwi. Profesorowa ciągnęła mnie za rękaw powtarzając z rozpaczą: „Niech pan stąd idzie”. Poprawiłem krawat, z nachmurzoną miną otworzyłem drzwi i bez pośpiechu przeszedłem obok profesora do przedpokoju. Spojrzał na mnie przelotnie i nic nie rozumiejąc wbiegł do sypialni żony. Od tej chwili unikałem wszelkich spotkań z nimi. Mieszkanie ich rzeczywiście zostało uszkodzone, w związku z czym przeprowadzili się do innego. Profesorowa miała ochotę wznowić nasze stosunki, lecz ja odmówiłem. No, a szanowny pan profesor, jak się okazało, ani słowem nie wspomniał żonie o naszym tajemniczym spotkaniu w drzwiach sypialni. Spotkanie to zawierało w sobie coś nieznośnego, coś takiego, o czym lepiej nie wspominać. I oto, Stieszo, dziś wieczór jadłem kolację w restauracji i nagle widzę profesora z żoną siedzących przy sąsiednim stoliku. Ukłoniłem się, a potem zacząłem wpatrywać się w ogień mając wrażenie, jakby ktoś wbijał mi szpilkę w kark. Obejrzałem się: profesorowa, bardzo zasmucona, patrzyła na płonące w kominku drwa, profesor zaś spoglądał to na kominek, to znów na mnie. Był całkiem łysy, o grubych policzkach. Nagle jego twarz poszarzała jak u nieboszczyka, wąsy rozsunęły się ukazując wymazane czerwonym sosem rozwarte wargi... Ohyda! A jednak w tym momencie, kiedy tak patrzył na mnie i na płomień, połączył się ze mną w myślach, przypomniał sobie nasze spotkanie w drzwiach i — nie mogąc już powstrzymać logiki wspomnień — domyślił się wreszcie wszystkiego. Zapłaciłem i chciałem odejść, ale profesor szybko zbliżył się do mnie i poprosił o spotkanie w moim domu rankiem następnego dnia. W czasie rozmowy patrzył sobie pod nogi trzymając ręce w kieszeniach. Nagle jego usta wykrzywiły się, uszy i łysina spąsowiały; wymamrotał niewyraźnie i głucho jak z beczki: „Zabiję cię” — po czym odszedł. Diabli wiedzą, może to wszystko zmyśliłem? A więc przyjedzie tu jutro, Stieszo, a ja nie mam mu nic do powiedzenia, nie wyduszę z siebie ani słowa. Widzę przed sobą jego ołowiane oczy — i lufę rewolweru. Tak to wygląda. Cóż więc, mam zginąć tak głupio i bez sensu? Odejść w mrok, do wszystkich diabłów? Nie chcę. Nie mogę. Nie mam na to ochoty...

Urwał i odwróciwszy się na bok podłożył dłoń pod policzek.

— No dobrze, Stieszo, teraz chyba zasnę, zamknij okno — powiedział. Dawne natarczywe myśli rozpierzchły się, rozpłynęły jak mgła, jak nocne mary. Niebo w kwadracie okna pobladło, gwiazdy przybrały zielony odcień, a te drobniejsze znikły zupełnie i daleko nad miastem rozbłysło delikatne, różowe pasmo świtu.

Stiesza jakby oprzytomniała, ześliznęła się z łóżka, podeszła do okna i opierając się kolanem o parapet wyciągnęła ramiona, aby zamknąć ramę; następnie idąc już ku wyjściu zapytała:

— Rano podać panu kawę czy czekoladę?

Stabiesow nic nie odpowiedział. Pomyślała, że teraz, kiedy przekazał jej to, co dręczyło go najbardziej (niewiele z tego zrozumiała, ale czuła, jak cierpi), nie będzie grzechu, jeśli zbliży się do niego i ucałuje w policzek, ale potrząsnęła tylko głową i ostrożnie przymknąwszy za sobą drzwi, odeszła na palcach.

Tuż nad ranem Stabiesowowi przyśniło się, że jest na Twerskim bulwarze; wokół rozlewa się czerwonawe, gęste, niemal grząskie światło; przed nim powoli wznoszą się tumany kurzu. Z tyłu złowieszczo dopędzały go czyjeś kroki. Bulwar był pusty, dookoła kamienne, głuche, czerwone ulice, nagie drzewa; a jednak wszędzie kręciło się mnóstwo ludzi, którzy sprytnie wymykali się spojrzeniom, gwałtownie odskakiwali na bok, przenikali przez mury domów. Zachowywali się jak wielkie cwaniaki i nie sposób było zrozumieć, czy droczyli się z nim, czy się po prostu bali... A z tyłu doganiały go kroki... Być może, wszyscy obawiali się właśnie tych kroków... Wreszcie zjawił się ten, który go ścigał: miał na sobie szeroki płaszcz i amerykański kaszkiet. Zakręcił się w miejscu niczym piesek, a potem stanął; okazało się, że jest niewielkiego wzrostu, zgarbiony, z laseczką w ręku. Wyciągnąwszy papierosa zaczął palić zaciągając się mocno. Z jego ust wydobywał się różowy dym. Wówczas Stabiesow zobaczył jego oczy — mdłe, świńskie, obrzydliwe... Już nie był w stanie poruszyć się; zrozumiał, że jest skończony: lepiej było nie zaglądać w te oczy, nie widzieć ich spojrzenia. Tamten opuścił laseczkę i trzymając ją przed sobą zaczął biegać dookoła Stabiesowa wydłużając się i nie mogąc nadążyć za laseczką. Robił się przy tym coraz cieńszy i dłuższy, jak makaron lub jak pajęczyna, aż wreszcie nic z niego nie pozostało i na piasek padł jedynie żółtawy pył... Bulwar wypełnił się ludźmi o niewspółmiernie wybujałych kształtach — dotyczyło to zwłaszcza kobiet. „Zaraz zobaczę samego siebie, wiem na pewno — pomyślał Stabiesow — zaraz i ja zacznę kręcić się w kółko jak piesek... Co za ohyda... Zawsze to samo...” Nie mogąc się powstrzymać, błyskawicznie przemknął ponad tłumem, by znaleźć się tam, gdzie w kręgu pochylonych kapeluszy, czapek i piór kręcił się on sam, jak żylasty pies...

— Co za paskudztwo! — zawołał siadając na łóżku i nie zdążył skończyć, ponieważ już zapomniał o swoim śnie.

Słońce stojące nad dachem rzucało promienie na żółty parkiet. Szum i trzask, głosy, łoskot, gwizdki i brzęczenie dolatywały przez zamknięte okno; nad głową podzwaniał kryształkami żyrandol.

Stabiesow z trudem usiłował skupić rozproszone myśli. Musiał dziś odpowiedzieć na kilka listów, odwiedzić co najmniej dziesięć różnych miejsc i zdecydować się, gdzie by tu najprzyjemniej zjeść obiad.

Umyty i ubrany przeszedł do gabinetu. Stiesza przyniosła dzbanuszek z kawą i plik listów; ubrana była w biały fartuszek narzucony na czarną suknię. Spokojna i poważna, zbliżyła się do stołu spuściwszy oczy, ugięła kolana stawiając tacę, po czym włożywszy ręce do kieszeni fartuszka powiedziała:

— Był pan Woronin, powiedziałam, że pan jeszcze śpi... Obiecał przyjść później. Co mu mam powiedzieć?

Stabiesow upuścił list i spojrzał na dziewczynę. W kącikach jej zaciśniętych warg ukazał się na chwilę uśmiech i natychmiast zniknął.

— Powiedz mu, że serdecznie go zapraszam i będę oczekiwał przez cały dzień... Możesz odejść! — dodał pospiesznie.

Stiesza wyszła. Nadal rozpieczętowywał listy ściągając brwi i unosząc ramiona.

„Od czego zacznie? Oczywiście zapyta: czy zaprzeczy pan, że tego a tego dnia zastałem go w sypialni mojej żony? Przecież, na litość boską, nie będę kłamał! Strzeli do mnie od razu czy też zażąda pojedynku?... Co za bzdury! Mogę go wyrzucić albo po prostu nie wpuścić. Nie, będę czekał i pogodzę się nawet ze zniewagą, byleby żyć, byle pożyć jeszcze trochę... Czyżbym się bał, tchórzył?... Ach, oczywiście! Naturalnie, przecież jestem chory, po prostu chory, chory...”

W oczekiwaniu na dzwonek spieszył się, chcąc obmyślić wszystko do końca. Myśli, pozbawione kontroli, podążyły ku pewnemu zakończeniu, zaplanowanemu jeszcze wczoraj. Aby przynajmniej częściowo usprawiedliwić się przed sobą, powtarzał, że jest chory, naprawdę chory... Odsunął na bok plik listów, oparł się na łokciu, a potem zaczął przechadzać się po gabinecie wyścielonym puszystym dywanem. W końcu wyskoczył na korytarz, zawołał Stieszę i kazał jej spakować walizkę. Krzątał się szukając brzytwy, grzebienia, krawatów; nie mogąc znaleźć dokumentów zatrzymywał się i kombinował, że jeśli zaraz nadejdzie Woronin, trzeba będzie wymknąć się kuchennymi schodami na podwórko, a stamtąd uciekać w zaułek. Wreszcie, ubrany w podróżny płaszcz, z walizką w ręku podszedł do frontowych drzwi, które oddzielały go od wszystkich niebezpieczeństw. Stiesza usiłowała wyciągniętą do przodu ręką namacać przycisk amerykańskiego zamka.

— Żegnaj, Stieszo — powiedział Stabiesow. — Nie wiem, kiedy wrócę, a wszystko, czego zapomniałem i co będzie mi potrzebne, wyślesz, jak napiszę...

Zauważył, że drżące palce Stieszy bezskutecznie mocują się z zamkiem. Odwrócił się do niej. Stała przy jego prawym ramieniu z podniesioną głową: z jej oczu spływały łzy.

Objął dziewczynę, szybko pocałował ją w usta, potem odsunął od siebie i wyszedł.

 

Mikołaj Stabiesow, budowniczy i architekt, nie był człowiekiem zupełnie samotnym: miał rodziców, którzy mieszkali w N., gubernialnym mieście nad Wołgą, a w lecie wyjeżdżali na wieś. W Moskwie Stabiesow miał wielu krewnych i moc znajomych, z których nikt nie ośmieliłby się traktować go lekceważąco: niektórym wydawał się wprost czarujący, inni znów uważali, że jest niebezpieczny; znaleźli się także i tacy, którzy go nienawidzili. Pewien miejscowy dowcipniś ułożył o nim wierszyk:

 

Kończą z życiem porachunki,

Architektem jestem dziś.

Kreślę, kreślę, kreślę wciąż,

Ja serduszka kreślę wciąż.

 

Kilka rodzin ubiegało się o prawo zaproszenia go na letnisko; dwie panie proponowały mu fikcyjne małżeństwo w celu odbycia wspólnej podróży zagranicznej, ale on coraz wyraźniej uświadamiał sobie, że wszystkie, nawet najbardziej pikantne przyjemności przypominają do pewnego stopnia guziki na kamizelce: codziennie należy je rozpinać i zapinać, mimo że człowiek nic na tym nie zyskuje.

Dlatego też zrezygnował z ponętnych letnich ofert; na małżeńskie propozycje obu pań odpowiedział, że obecnie czuje się przygnębiony, co z pewnością zepsułoby cały urok podróży, i niespodziewanie dla samego siebie postanowił pojechać w okolice N. do majątku Warwary Iwanowny Tomiliny, gdzie jego rodzice spędzali zazwyczaj całe lato. Tam można było przynajmniej o niczym nie myśleć i spokojnie się nudzić, a to było bardzo ważne.

Pociąg do Niżnego odchodził dopiero wieczorem. Stabiesow przyjechał na dworzec po drugiej. Zjadł śniadanie, a potem obiad, siedząc przy olbrzymim, zalanym słońcem oknie. Kiedy słońce przestało przygrzewać w kark, gdy przeminął już senny nastrój, wyrwał z notesu trzy kartki i zaczął szybko pisać:

„Kochani Mamo i Tato, siedzę teraz na dworcu, mimo że pociąg odjeżdża dopiero za trzy godziny, gdybym miał czekać tu nawet trzydzieści godzin, też nie wróciłbym do miasta. Wszystko, co się tam dzieje — to choroba, zmora, śmiertelny smutek... Dzisiaj miał przybyć do mnie pewien człowiek, który chciał mnie zabić. Nie mogę, nie chcę się dłużej bronić i osłaniać samego siebie. Pragnę, aby ten mój przyjazd do Was przyniósł wiele niespodziewanych i nowych wrażeń. Nie wiem, czego chcę, ale nie mogę już dłużej kręcić się w tym kółku, w którym obracam się ustawicznie i bez sensu; jestem śmiertelnie zmęczony. A więc bardzo prosiłbym Was nie wszczynać ze mną żadnych rozmów o przyczynach mojego obecnego stanu ducha. Mógłbym się czuć dwudziestokrotnie bardziej zmęczony, a jednak byłoby to zupełnie co innego, nie odczuwałbym takiej pustki. Wszystkie Wasze ewentualne rozważania — to bzdury; gwiżdżę na te fizyczne, chemiczne, psychologiczne, dziedziczne, socjalne i inne przyczyny mojego zmęczenia, bo przecież wiem, że i tak umrę. Wczoraj wieczór jeszcze potrafiłbym godnie przyjąć śmierć, ale dzisiaj już nie: należy zbliżać się ku śmierci ze świadomością, że jest się pełnym, nasyconym, bogatym. Stawiam więc jeden warunek: zabawię u Was przez całe lato, jeżeli tylko nie będziecie usiłowali mnie pocieszać i przechwalać się, że oto pewnego pięknego poranka zrozumieliście, iż wszystko, co istnieje na świecie, to rodzaj wodoru, a po śmierci na naszym grobie wyrośnie łopian. O łopianach proszę mi nie wspominać... Czasami mam wrażenie, że już wyrastają mi z uszu te łopiany”.

Przeczytał list, skrzywił się, a potem dopisał u dołu: „Ściskam Was mocno i całuję, proszę się na mnie nie gniewać”. Następnie zakleił kopertę i schowawszy ją do kieszeni wyszedł na peron.

Pod brudną, zakopconą kopułą zbudowaną ze szkła i żelaza stały zakurzone wagony, przewijali się kolejarze w poplamionych płóciennych bluzach, a w oddali, po zalanych mokrą sadzą i ropą torach, głośno gwiżdżąc toczyła się lokomotywa. Dwaj manewrowi, wymazani po uszy smarem, szli za zderzakami wagonu; zniknęli z oczu, a po chwili ukazali się znowu stojąc już na stopniach tego samego wagonu. Wagon głucho uderzył w pociąg towarowy naprzeciwko miejsca, w którym stał Stabiesow; robotnicy nałożyli zaczepy, po czym wyleźli spod zderzaków i zaczęli częstować się nawzajem tytoniem. Stojący bliżej, płowowłosy i ospowaty, roześmiał się nagle cienkim, babskim śmiechem, drugi zaś, mały, na wskroś przesiąknięty dymem, opowiadał:

— Przecie to jego żona, tego szynkarza, a jak włożyła męskie ubranie, mówię ci, wykapany chłop... Podchodzi do lady i zagaduje, uważasz; powiada swojemu mężowi: „Hej, szynkarzu, nalej no piwka!” Siedzimy, patrzymy — chłop jak trza, i wąsy, i wszystko... A szynkarz tak ot ręką dotknął jej piersi i pyta: „Cóż to, chłopie, czemu to masz babskie piersi?” Patrzymy — prawdę mówi, wszystko jak u chłopa, tylko piersi babskie. O mało nie skonaliśmy ze śmiechu... Wesoła ta szynkarka, za chłopa się przebrała...

Manewrowi wypalili swoje skrętki i odeszli. Stabiesow nadal stał w miejscu. Po raz pierwszy uświadomił sobie, że nie bierze żadnego udziału w życiu tych ludzi i że nie obchodzi ich ani on sam, ani jego nastroje. Prawdopodobnie każdy człowiek wyobraża sobie, że jest tym jedynym i niepowtarzalnym, reszta zaś — to tylko to, co ma z nim jakiś związek, co łączy się w jakiś sposób z jego tematem i właściwie cała ta reszta mogłaby nie istnieć.

Zapłonęły światła — zielone, czerwone, żółte; za otwartym łukiem oszklonego dachu rozlał, się purpurowy zachód; krzyże, kopuły i dachy wysokich budynków znaczyły się na jego tle jakby nakreślone tuszem. Sprzątaczki wycierały szmatami wagony. Zjawił się zawiadowca stacji, potem tragarze i jeszcze jacyś ludzie. Podstawiono pociąg do Niżnego. Sitalbiesow wsiadł do przedziału, zamknął drzwi i położył się, a kiedy pociąg ruszył i gwiżdżąc pomknął w ciemne przestworza, Mikołaj Mikołajewicz jak gdyby odczuł obecność milionów niewidzialnych ludzi, od których roi się na ziemi, oraz samego siebie jako małą, zmęczoną żabkę.