Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
45 osób interesuje się tą książką
Russell Drayton, były agent FBI, po latach pracy w terenie postanawia rozpocząć nowe życie z dala od ciemnych zaułków świata przestępczego. Przyjmuje posadę profesora na prestiżowej uczelni Wathersby Falls University, wierząc, że w miasteczku w końcu odnajdzie spokój, którego nie zaznał przez długi czas.
Już pierwszego dnia jego uwagę przykuwa jedna ze studentek – Brittany Lawson. Ta ambitna i zadziorna dziewczyna od początku wydaje mu się dziwnie znajoma. Wkrótce prawda wychodzi na jaw: to córka mężczyzny, którego Drayton rok wcześniej wsadził za kratki z powodu makabrycznego przestępstwa.
Brittany nie przypomina jednak dawnej siebie. Zmieniła wizerunek i zamiast uciekać przed kimś, kto zniszczył jej życie, postanawia wciągnąć go w bezwzględną grę, wywołaną morderstwem jednego ze studentów. Między profesorem a dziewczyną rodzi się toksyczna więź, podsycana nienawiścią i niebezpieczną fascynacją, a ich relacja z każdym spotkaniem coraz bardziej wymyka się spod kontroli.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 402
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Jessica Foks
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Kinga Jaźwińska-Szczepaniak
Korekta: Joanna Błakita, Natalia Szoppa, Monika Baran
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Ilustracje: Anna Niemczak
ISBN 978-83-8418-760-9 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
To, co przeczytasz w Pocałunku śmierci, nie jest historią o pięknej, uzdrawiającej miłości. To opowieść o mroku, potrafiącym przybrać ludzką twarz, i o toksycznych więziach, które niszczą wszystko na swojej drodze.
Chciałabym jasno zaznaczyć: jako autorka nie pochwalam zachowań swoich bohaterów. Relacje, które tu znajdziesz, są przesiąknięte manipulacją, bólem i wzorcami, jakich nigdy nie należy przenosić do rzeczywistego życia. Opisuję bowiem świat, w którym miłość staje się bronią, a bliskość – zagrożeniem. Moim celem było pokazanie destrukcyjnej siły traumy i tego, jak łatwo zgubić się w drugim człowieku.
Ale pamiętaj, drogi Czytelniku, że świat przedstawiony to fikcja literacka. Nie traktuj tej historii jako wzorca.
Książka porusza trudne, momentami brutalne tematy. Pojawiają się w niej sceny przemocy zarówno fizycznej, jak i psychicznej oraz wątki głębokich kryzysów emocjonalnych. Wspominam o tym otwarcie, ponieważ zależy mi na Twoim komforcie podczas lektury. Jeśli czujesz, że takie motywy mogą być dla Ciebie zbyt obciążające, podejdź do tej opowieści z dużą uważnością.
Mam jednak nadzieję, że lektura mimo obecnego w niej mroku okaże się dla Ciebie przejmującym i wartościowym doświadczeniem.
Wiem, że mnie szukasz.
Widzę cię ślęczącego nad aktami, podczas gdy noc gęstnieje za oknem, a światło lampy drży na twoich rękach. Zawsze te same pytania, te same twarze na zdjęciach i ten sam chłód w oczach, kiedy próbujesz pojąć, kim jestem.
Tak bardzo się starasz…
A ja jestem na wyciągnięcie ręki.
Czasem mam wrażenie, że czujesz moją obecność podczas pochylania się nad kolejnym ciałem i przez ułamek sekundy się domyślasz, iż nie jesteś sam. Patrzę, jak zamierasz, jakbyś usłyszał szept lub kroki tuż za plecami, ale nigdy nie odwracasz się w porę. Prawda potrafi być blisko, a mimo to wciąż ci umyka – to fascynujące.
Widzę też, jak na NIĄ patrzysz.
Tak, właśnie na nią.
Udajesz, że to tylko przez zawodową ciekawość, chłodną analizę i poczucie obowiązku. Ale ja odkryłem twoją tajemnicę. Wiem, jaki wyraz przywołujesz na twarz, gdy coś lub ktoś cię intryguje. Znam to drżenie źrenic, ten wstrzymywany dech i drobny gest dłoni, jakbyś chciał JEJ dotknąć, lecz brakuje ci odwagi.
Jednak się nie martw, profesorze. Pomogę ci.
Zostawię subtelne, niemal niedostrzegalne ślady – wskazówki ukryte w milczeniu, zagadkach i kroplach krwi. Poprowadzę cię za rękę, bo coś nas łączy, choć jeszcze nie potrafisz tego nazwać. To nie przypadek, że tę sprawę powierzono właśnie tobie.
Każdy z nich był winny. Zdradzały to ich oczy, a raczej błysk, który pojawił się w nich w chwili demaskacji. Ich strach pachniał jak deszcz po długim upale, jak kurz w twoim gabinecie, jak wspomnienie, którego nie da się wymazać.
Zastanawiam się, co zrobisz, gdy w końcu staniemy twarzą w twarz. Czy mnie potępisz? Czy zrozumiesz? Czy w twoim wzroku pojawi się gniew, a może… ulga?
Bo kiedy to się stanie, profesorze, wszystko okaże się proste. Pojmiesz, dlaczego to robiłem i dlaczego to ty musiałeś mnie odnaleźć.
I wtedy – jestem tego pewien – uśmiechniesz się, tak ledwo zauważalnie.
A potem – być może – nawet mi podziękujesz.
Russell
Śmierć zawsze była blisko. W zawodzie agenta FBI nie sposób jej uniknąć, niemal codziennie stawałem z nią oko w oko – czasem na miejscu zbrodni, innym razem, gdy diler z pistoletem w dłoni mierzył w moją stronę. Mimo to ona nigdy mnie nie przerażała. Prawdziwy lęk budził teatr, jaki ludzie odstawiali wokół niej – łzy na zawołanie, kwiaty składane z obowiązku, nie z miłości. Pogrzeby zawsze wydawały mi się grą pozorów. A ta gra to tylko sposób, by jakoś tę śmierć wytłumaczyć i uwierzyć, że w cierpieniu kryje się głębsza wartość.
Jedno. Wielkie. Kłamstwo.
Koniec życia nie przynosi katharsis. Zostaje wyłącznie zimna, doskonała cisza, której nie znoszę.
Stałem kawałek dalej, z dala od tłumu, który uczestniczył w pogrzebie mojego dawnego przyjaciela Lucasa Vance’a. Nie chciałem podejść bliżej. Zebrało się sporo ludzi – rodzina, studenci, profesorowie, rektor. Oprócz tego ostatniego nikt z nich mnie nie znał. Narzeczonej Lucasa również nie miałem okazji poznać osobiście, a jak się dowiedziałem, mieli się pobrać w tym roku.
Śmierć jednak przyszła po niego zbyt wcześnie. Zawsze przychodziła za wcześnie…
Do Wathersby Falls przyjechałem, żeby zacząć od nowa. Vance załatwił mi posadę wykładowcy na miejscowym uniwersytecie. Nie widziałem się z nim od lat, dopiero co odnowiliśmy kontakt, wymieniając listy jak za dawnych czasów. Była połowa lat dziewięćdziesiątych i choć e-maile stawały się modne, my wciąż woleliśmy tradycyjną pocztę. Mieliśmy z Lucasem spotkać się trzy dni temu na piwie, pogadać, powspominać stare sprawy.
Nie zdążyliśmy.
Nie przyszedł, bo już nie żył.
Spadł ze schodów i uderzył się w głowę.
Dzień później zadzwonił rektor uczelni, Joshua Harker, i wspomniał, że to był nieszczęśliwy wypadek, ot, zwykła tragedia, tyle że w tej historii wszystko brzmiało niezwykle.
Jeszcze niedawno rozmawiałem ze swoim kumplem. Mówił, że po zajęciach wróci do domu, ogarnie się i przyjedzie do The Hollow Trap – baru, gdzie na niego czekałem. Ale nigdy tam nie dotarł. Zamiast tego spędził dwie godziny w bibliotece, a potem – jak twierdziła bibliotekarka – wyszedł z niej i wydarzyło się to nieszczęście.
Nikt nie wiedział, co tak naprawdę Vance robił wtedy w budynku. Nie chciałem od razu snuć domysłów o morderstwie. Może szukałem sensacji tam, gdzie jej nie było, a może po prostu zbyt długo żyłem w świecie, w którym przypadki nie istniały. Jedno wiedziałem na pewno…
Coś tu się nie zgadzało.
Mimo wszystko nie pracowałem już jako agent FBI. Nie prowadziłem śledztw, nie miałem prawa zadawać pytań. Musiałem zaufać policji. Musiałem, lecz nie potrafiłem.
Deszcz nie ustawał. Krople spływały po krawędziach parasola, tworząc rytmiczny szum, który zagłuszał słowa księdza kończącego ceremonię. Dostrzegłem, że ktoś się zbliża – rektor, ten sam, który poinformował mnie o śmierci Lucasa, mężczyzna o surowej twarzy i spojrzeniu osoby przez lata dźwigającej cudze problemy.
– Panie Drayton – powiedział, gdy stanął przy mnie. – Cieszę się, że pan przyszedł.
Skinąłem.
– To okropna tragedia – westchnął Harker, poprawiając płaszcz. – Wszyscy jesteśmy w szoku. Studenci go uwielbiali… – Zerknął na trumnę, którą właśnie zaczęto spuszczać do grobu. – Miał w sobie coś, co sprawiało, że chciało się go słuchać. Był dobrym człowiekiem, naprawdę dobrym.
– Tak, zgadzam się – odparłem spokojnie. – Nieczęsto spotyka się kogoś takiego.
– Trudno będzie go zastąpić. – Facet na moment zamilkł, po czym dodał: – Wie pan, możliwe, że to nieodpowiedni moment, ale… potrzebujemy kogoś na jego miejsce.
Z niedowierzaniem spojrzałem mu w oczy.
– W tej chwili?
– Proszę zrozumieć, rok akademicki już się rozpoczął, studenci nie mogą czekać. Lucas prowadził zajęcia z prawa karnego – mówił z życzliwością, choć w głosie pobrzmiewała zimna nuta, niczym u urzędnika państwowego. – Wiem, że miał pan wykładać tylko kryminalistykę sądową, ale sądzę, że doskonale poradziłby pan sobie również z tym przedmiotem.
Niemal prychnąłem śmiechem.
Właśnie chowaliśmy jednego z profesorów, a rektor już myślał o planie zajęć. Wiedziałem, że uczelnia ma braki kadrowe i to dlatego Harker desperacko łata dziury w grafiku, lecz nie sądziłem, że jest aż tak postawiony pod ścianą, że potrafi mówić o „potrzebach instytucji” nawet nad świeżą mogiłą.
– Przemyślę to – odpowiedziałem po chwili, chłodno.
– Proszę się nie spieszyć – odparł widocznie ucieszony. – Ale jeśli mógłby pan rozpocząć już jutro, to byłoby idealne. Dla studentów, rzecz jasna. – Uśmiechnął się, by złagodzić ton wypowiedzi, lecz ten uśmiech nie dosięgnął jego oczu, w których nie dostrzegłem ani grama ciepła.
Zastanawiałem się przez chwilę. W praktyce wszystko zostało przygotowane, umowa podpisana, materiały dydaktyczne czekały w biurze dziekana. Wystarczyło jedno polecenie rektora i kilka poprawek w dokumentach. Prawo karne miałem w małym palcu, więc nic nie stało na przeszkodzie, bym poprowadził jeszcze jedne zajęcia.
– Skoro tak panu zależy, mogę spróbować. – Westchnąłem.
– Świetnie! Jestem panu dozgonnie wdzięczny – oznajmił mężczyzna, wyciągając w moim kierunku dłoń.
Nie podałem mu ręki. Nawet nie odpowiedziałem. Zamiast tego odwróciłem się. Wtedy moją uwagę przykuło coś, co momentalnie zepchnęło w cień myśli o uczelnianych formalnościach.
Burgundowy płaszcz.
BURGUNDOWA PARASOLKA.
Na skraju tłumu stała kobieta, lekko pochylona ku ziemi. Była niczym akcent świadomie wyłamujący się z monotonii czerni żałobnych płaszczy i ciemnych kapeluszy, niczym kropla wina na śniegu. Odstawała, drażniła oko, zdawała się absolutnie nie na miejscu. Miała kruczoczarne włosy, grzywkę prostą, opadającą na czoło, dotykającą ciemnych, masywnych okularów przeciwsłonecznych. Nosiła je pomimo braku słońca w tym ponurym miasteczku. Nie widziałem dokładnie jej miny, ale było w niej coś… zatrważająco pewnego siebie. Coś, co kazało myśleć o zakazanym.
Harker obrócił się i również ją dostrzegł. Twarz mu stężała, cała kurtuazja rozpłynęła się w nagłym wstręcie.
– To jakiś żart? – syknął pod nosem. – Na Boga… Jak mogła przyjść w czymś takim na pogrzeb?
Spojrzałem na niego kątem oka.
– Zna ją pan?
Poprawił kapelusz gestem zdradzającym nerwowe zażenowanie.
– To jedna ze studentek – wyjaśnił, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Pewnie niedługo usłyszy pan plotki, więc uprzedzę: widziano ją trzy dni temu na uczelni w czasie, gdy Lucas… zmarł – ciągnął, po czym powiódł wzrokiem dookoła, by się upewnić, że nikt nas nie słyszy. – Wiele osób twierdzi, że… mieli romans.
Romans? – powtórzyłem w myślach. Musiałem przyznać, że nie utrzymywaliśmy kontaktu przez długi czas, jednak w listach Lucas wydawał się bardzo zakochany w narzeczonej. A jeśli to nie ją opisywał? A jeśli pisał o pani w burgundowym płaszczu? Czy to możliwe, że nie dbając o karierę i reputację, złamał jeden z najważniejszych zakazów uniwersyteckiego etosu poprzez wdanie się w romans ze studentką?
– Nie wierzę w te pogłoski – kontynuował Harker, starając się nadać głosowi poważny ton. – Ale cóż, różnie to jest…
Przez chwilę analizowałem te słowa. W końcu, czując, jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach, odezwałem się:
– Czyli… uważa pan, że ona mogła się przyczynić do jego śmierci?
Skupiłem się ponownie na drobnej kobiecie. Nie wyglądała na groźną, raczej na zuchwałą. Gdyby zawiniła, nie ubrałaby się tak. Zapewne miała świadomość, co każdy teraz o niej szepcze, i że pragnie właśnie tego – rozgłosu. A ten burgund i te okulary to manifest.
Mężczyzna zrobił krok w moją stronę i powiedział:
– Niech pan na nią uważa. Ta dziewczyna dostaje to, czego chce, zawsze.
Potem skinął na pożegnanie i zniknął w tłumie żałobników. A ja zostałem sam, przytłoczony ciężarem ciszy i mnóstwem pytań.
Wzrokiem powróciłem do damskiej sylwetki.
To z nią musiał mieć zajęcia z prawa karnego – pomyślałem.
A to oznaczało jedno…
Tego dnia zgodziłem się na to, by być jej profesorem.
W głowie głośno zadudniło mi też ostatnie, złowrogie zdanie Harkera:
„Ta dziewczyna dostaje to, czego chce, zawsze”.
I już wiedziałem, że to nie była prośba o zajęcia. To przekazanie pałeczki.
Nie wpadłem w pułapkę. Wszedłem w nią sam.
Russell
Mgła była gęstsza, niż się spodziewałem. Droga wiła się między drzewami, a światła samochodu rozcinały ją na wąskie pasma. Jechałem powoli, czując, że silnik mojego czarnego Chevroleta Impali z 1967 roku cicho pomrukuje pod maską, zmęczony tą wspinaczką. Wathersby Falls University znajdował się na szczycie wzgórza i rzeczywiście miałem wrażenie, że odgrodził się od świata nie tylko murem, lecz także samą wysokością.
Już od rana czułem nienawiść do tej miejscowości. Po pierwsze – pogoda, która swoją pochmurnością potrafiła zepsuć już i tak kiepski nastrój. Wiedziałem, że stan Oregon słynie z deszczu i braku słońca, ale dopiero teraz zrozumiałem, co to naprawdę znaczy. Trudno będzie mi się przyzwyczaić do tego klimatu, szczególnie po latach spędzonych w jaśniejszych, gorętszych miejscach. Choćby jeszcze w zeszłym tygodniu dosięgały mnie ciepłe promienie Miami.
Nagle zza mgły wyłoniły się kontury budowli – ich ciemne gotyckie sylwetki z ostrymi wieżami i łukami, zupełnie niczym w jakimś starym angielskim opactwie. Wathersby Falls University to prywatna humanistyczno-naukowa uczelnia, jedna z najbardziej prestiżowych na północnym zachodzie kraju, miejsce dla bogatych ludzi i kilku wyjątkowych stypendystów, którym udało się przekroczyć bramy fortuny. Zabudowa z ciemnej cegły i granitu, bluszcz wspinający się po nich jak zielone żyły, stare dęby, które pewnie pamiętały więcej niż sam rektor. Nad główną bramą zawieszono herb – liście dębu splecione z piórami. Znałem ten widok z broszur. Lecz teraz, patrząc na kampus, miałem wrażenie, że żadne słowa nie oddają tego, jak naprawdę wygląda to miejsce.
Koła zachrzęściły, kiedy wjechałem na pokryty żwirkiem dziedziniec. Wysiadłem z samochodu i przez moment po prostu wdychałem wilgotne powietrze. Pachniało mokrą ziemią, jesiennymi liśćmi.
To miał być mój nowy początek. Zostawiłem przeszłość za sobą, lata w FBI i sprawy, które skończyły się źle. Ale stojąc tu, w cieniu gotyckich murów, poczułem coś znajomego – lekki ucisk w żołądku, ten sam, który towarzyszył mi zawsze, kiedy wchodziłem do mieszkania podejrzanego. Niepokój. Instynkt.
Kiedy wkroczyłem do budynku, na korytarzach panował specyficzny gwar. Studenci, ubrani w obszerne swetry, flanelowe koszule i podarte dżinsy, z plecakami przerzuconymi niedbale przez ramię, wydawali się jednocześnie pogrążeni w plotkach i we wkuwaniu do egzaminów. Od razu udałem się na poszukiwania pokoju rektora. Każdy z korytarzy wyglądał niemal identycznie. Mimo że to uczelnia dość współczesna, prywatna, jej rozmiar i przepych bardziej przypominały stary uniwersytet z tradycjami.
W końcu trafiłem przed odpowiednie drzwi z tabliczką: „Biuro Rektora”. Zapukałem trzy razy i po chwili zajrzałem do środka.
– Dzień dobry… – powiedziałem niepewnie, przekraczając próg.
Pierwsze, co przykuło moją uwagę, to siedząca za biurkiem sekretarka o krótkich rudych włosach i z zestresowaną miną. Zaraz potem dostrzegłem Harkera – stał obok regału, trzymając w dłoniach plik papierów.
– O, witaj! Tak się cieszę, że cię widzę! – rzucił z szerokim uśmiechem.
Zaskoczyło mnie, że od razu przeszedł na ty. Nie miał na sobie ciemnego stroju świadczącego o żałobie po pracowniku, tak jak większość kadry poprzedniego dnia, lecz tweedowy garnitur i kolorowy krawat. Uścisnął moją dłoń z energią, która kontrastowała z powagą sytuacji.
– Proszę. – Wskazał drzwi prowadzące do gabinetu. – Wiem, że wszystko dzieje się w zawrotnym tempie, ale… Cóż, śmierć Lucasa to dla nas wszystkich wielki wstrząs. Mimo tego, jak już wiesz, musimy utrzymać ciągłość dydaktyczną. Studenci czekają.
Gabinet okazał się ogromny, a w nim: masywne, dębowe biurko, lampa z zielonym kloszem, stosy skórzanych tomów i zapach tytoniu zmieszany z aromatem mocnej kawy.
– Zgodziłem się przejąć seminarium z prawa karnego, zgodnie z naszą wczorajszą rozmową – potwierdziłem, przyglądając mu się uważnie.
Wiele o tym myślałem wczoraj wieczorem. Wiedziałem, że potrzebuję zajęcia, i liczyłem, że praca w tym sennym miasteczku pomoże mi choć trochę przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Nawet jeśli miałaby oznaczać codzienny kontakt z nadmiernie pewnymi siebie studentkami.
– Oczywiście! I jestem ci ogromnie wdzięczny – odparł Harker. – Wszystko jest już przygotowane. Twoje materiały zostały skserowane wczoraj, tuż po tym, gdy się zgodziłeś. Co do pensji… – rzucił mi znaczące spojrzenie, siadając – będzie adekwatna do nagłości sytuacji. Usiądź, proszę.
Rozsiadłem się więc w miękkim, skórzanym fotelu, a mój przełożony zaciągnął się papierosem.
– Ustalmy kilka rzeczy – zaczął po chwili, gdy wypuścił dym przez lekko uchylone okno. – Pierwsze zajęcia masz za piętnaście minut. Sala R-203. W niej wykładał Lucas. Chcemy, by studenci mieli poczucie, że nic się nie zmieniło. – Nachylił się i ściszonym głosem dodał: – I jeszcze jedno. Śmierć Lucasa, ta studentka… Nasza uczelnia ceni sobie zasady i dyskrecję. Proszę cię, byś jako nowy profesor, z twoim doświadczeniem w FBI, od razu postawił na zero tolerancji dla spekulacji, tylko pełen profesjonalizm. Przywróć porządek. Zastąp przyjaciela. Ukróć plotki. – Puścił do mnie oczko, a następnie wskazał leżącą na biurku skórzaną teczkę. – Znajdziesz tu wszystko: plan zajęć, listę obecności, notatki Lucasa. Weź i idź prosto do sali R-203. Czeka tam dwadzieścia osób.
Przeniosłem wzrok na czerwoną skórę, a potem na Harkera. Jego uśmiech był uprzejmy, lecz w spojrzeniu czaiło się coś, czego nie potrafiłem nazwać.
Wiele wywnioskowałem z naszej rozmowy. Mężczyzna nie mówił o Vansie jak o człowieku, który zginął, ale jak o problemie, który trzeba rozwiązać możliwie najszybciej. „Utrzymać ciągłość dydaktyczną” – zabrzmiało niczym zadanie do odhaczenia, a nie wyraz troski.
Wstałem, sięgnąłem po teczkę i wymusiłem na twarzy serdeczny wyraz.
– Dobrze, dziękuję panu – powiedziałem, podając mu dłoń.
– Ja dziękuję tobie. W razie czego wiesz, gdzie mnie znaleźć. I jeszcze jedno: gdybyś miał ochotę, dzisiaj wielu profesorów wychodzi wieczorem do baru The Hollow Tap. Wpadnij, zapoznasz się z kadrą – oznajmił z przesadną swobodą i znów do mnie mrugnął.
Mina Harkera nie pasowała do sytuacji. Na moje oko zbyt lekka, zbyt beztroska jak na człowieka, który przed chwilą mówił o śmierci pracownika. Taka nigdy nie służyła rozładowaniu napięcia – miała raczej odwrócić uwagę. Typowa dla kogoś, kto chciał coś ukryć pod płaszczem nonszalancji. W FBI widziałem to setki razy: ludzie, którzy kłamali, często byli przesadnie mili. Rektor nie stanowił wyjątku.
Nie zamierzałem się wybierać do baru. Dzisiejszego wieczoru musiałem popracować nad programem nauczania – dobrze, praca od zawsze okazywała się najlepszym środkiem przeciwko myśleniu. Nie byłem też towarzyski i jakoś nie widziało mi się poznawanie reszty kadry, przynajmniej na razie.
Wyszedłem z gabinetu. Korytarz powitał mnie stłumionym echem kroków i zapachem starego drewna. Ruszyłem w stronę schodów prowadzących na drugie piętro. Po drodze mijałem studentów – śmiali się, szeptali między sobą, udawali, że jestem im obojętny. Ale czułem na sobie ich spojrzenia. Plotki rozchodziły się szybciej niż dym po papierosie.
Rozmyślałem, czy stanę się najmłodszym wykładowcą na uczelni. Lucas był ode mnie starszy o trzy lata, choć wyglądał na więcej. Zawsze rozczochrany, zmęczony, jakby życie już dawno mu się znudziło. Ja dbałem o siebie – biegałem, dobrze się odżywiałem, starałem się trzymać formę. Może to mój sposób, by zachować kontrolę, której w innych aspektach dawno mi zabrakło. Jednak na pewno nie interesowałem się studentkami szukającymi wśród wykładowców autorytetów albo wrażeń! Miłość… Nie, uważałem, że jestem na nią za bardzo potłuczony. Zbyt wiele rzeczy wciąż bolało.
Drzwi z napisem: „R-203”, były ciężkie, dębowe – podobne do wszystkich innych. Otworzyłem je i wszedłem do środka, skrzydło zostawiłem otwarte. Sala okazała się większa, niż się spodziewałem, wypełniona rzędami starych ławek, kredową tablicą, kurzem unoszącym się w powietrzu. Odłożyłem teczkę na blat biurka, po czym się rozpakowałem. Musiałem na szybko przejrzeć plan zajęć i notatki Lucasa.
Studenci powoli napływali do sali. Ich rozmowy tworzyły miękki, niejednoznaczny szum. Kiedy zegar wskazał pełną godzinę, wstałem i podszedłem do tablicy. Kreda zaskrzypiała pod palcami.
Zasady odpowiedzialności karnej.
Odłożyłem pisadło i otrzepałem dłonie. Za plecami znów rozległy się szepty uczniów. Wiedziałem, że właśnie poddają mnie pierwszej, bezlitosnej ocenie. Nowy wykładowca, nowy porządek.
– Dzień dobry wszystkim, nazywam się… – zacząłem, odwracając się w stronę zgromadzonych.
I wtedy zobaczyłem ją – kobietę z wczoraj.
Siedziała na środku drugiego rzędu. Nie miała już okularów na nosie. Jej zielone, duże, zbyt pewne siebie oczy błyszczały w świetle jarzeniówek. Grzywka lekko muskała długie rzęsy. Burgundowa bluzka opinała drobne ciało, a usta barwiła ciemnoczerwona szminka.
Nie mogłem uwierzyć, że tak się ubrała. Ale to nie jej wygląd wytrącił mnie z równowagi. To uśmiech – subtelny, ironiczny, niemal prowokujący, mówiący więcej niż tysiąc słów. Odniosłem wrażenie, że ta studentka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, kim jestem. Albo ma świadomość, że wczoraj o niej rozmawialiśmy.
I wtedy dotarło do mnie coś prostego i lodowatego zarazem:
Jej mina to ostrzeżenie. Dziewczyna wie coś, czego ja jeszcze nie rozumiem.
