Pliniana - Justyna Ociepa - ebook
NOWOŚĆ

Pliniana ebook

Justyna Ociepa

0,0

Opis

Od uczty Nerona po wybuch Wezuwiusza… 
Pliniusz Starszy pragnął opisać świat, a jego skryba Feliks – by świat choć raz dał mu spokój

Tragikomiczna opowieść o rodzinie Pliniuszów snuta z perspektywy skryby Feliksa, prostego niewolnika, który jako znajda trafia do ich domu i zostaje zmuszony do żmudnego kopiowania niezliczonych tekstów jednego z najpłodniejszych pisarzy starożytności. Pliniusz Starszy staje się dla Feliksa figurą ojca i kata jednocześnie. Wierny sługa pozostaje rozdarty pomiędzy miłością a nienawiścią do swojego pana, aż do jego tragicznej śmierci u stóp Wezuwiusza.

„Pliniana” to także powieść o wiedzy, która zamiast wyzwalać, pogłębia cierpienie. Jest historią o pisaniu, o iluzjach sławy, o fizycznym wysiłku, o nietrwałości dzieła i nieprzewidywalności jego recepcji. Stanowi wreszcie hołd dla wszystkich bosonogich cyników odrzucających zastany świat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 298

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 
 
 
WARSZAWA 2026

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

© Copyright by Justyna Ociepa, 2026

 

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Magdalena Białek

Korekta: Marta Trywiańska

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

 

Projekt okładki: Grzegorz Araszewski/garasz.pl

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: Freepik, domena publiczna

 

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

 

Wydawca: Marek Jannasz

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN: 978-83-68577-85-3 (EPUB); 978-83-68577-86-0 (MOBI)

 
 

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

 

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Motto

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

Epilog

 
 
 

[...] Ten filozofuje, chociaż nie ma tuniki,

ów, chociaż nie ma książki, inny – będąc półnagi.

Nie mam co jeść – mówią – a trwam przy zasadzie.

A ja nie mam pokarmu z nauki, a trwam.

 

Marek Aureliusz, Rozmyślania

 
I
 
 

Lepszego fałszerza nie znajdziesz, ale żeby go odwiedzić, musisz wykazać się odwagą. Feliks mieszka przy Wołowym Rynku, na szczytowym piętrze podupadłej insuli. Ruina niczym pęczniejąca huba wciska się między warsztaty i magazyny, z których dochodzi monotonny stukot. Z tanich pieców kopci się dym, przebija przez okna i szpary, chlasta plamami brązu i żółci. Cokolwiek by liznął, barwi wszystko depresyjną sepią.

Najgorzej przy wejściu. Roi się tu od cyników, którzy tylko czekają, żeby cię opluć lub obsikać. Na portyku wisi klatka z ptaszyskiem, które przeklina we wszystkich językach Imperium. Z przysmolonych okien w akompaniamencie wrzasków wyleci amfora lub kielich. Rozbije się z hukiem na bruku. Trzeba uważać na pijanych woźniców. Najlepiej przemknąć w pośpiechu, rozświetlając drogę niewielką pakułą.

Feliks – brzydki, garbaty, z palcami jak sęki – mieszka tu od lat i od lat fałszuje: przepisuje zwoje, zmyśla światy i bogów, kompiluje prastare historie. Nie bój się, zastukaj. Przyczłapie do drzwi z obgryzionym stylusem. Zaszura berberyjskim bamboszem. Jego stara, splamiona atramentem tunika zabłyśnie paskiem ze znakami zodiaku.

Na pewno z ciebie nie zedrze. Mimo ubóstwa nie jest łasy na majątek. Nie zada też wielu pytań. Wystarczy mu jedno przelotne spojrzenie, żeby się dowiedzieć, czy chodzi o poprawienie testamentu, czy może o zemstę i uroki.

– Tabella defixionis, co? – rzuci beznamiętnie – No wejdź, wejdź... zapraszam. Tylko się nie wystrasz bałaganu!

Usiądź. Popatrz, jak sprawnie rozwija ołowiany arkusz. Powiedz mu dokładnie, kogo nienawidzisz, komu życzysz bólu i udręki. Klątwy w jego wydaniu są nie tylko bardzo skuteczne, ale i opracowane zawodowo, po mistrzowsku, z literami rytymi do góry nogami lub – w zależności od zamówienia – przetasowanymi w osobliwych kombinacjach. Zawierają też rysunki odnoszące się do najważniejszych części ciała, czyli penisów i pośladków.

W trakcie grawerowania powie:

– Zaklinam cię, taki i owaki, na ogon węża i szczurze łapy! Co uczyniłeś złego, niech do ciebie wróci! – Potem zaś doda od niechcenia, z rutyną profesjonalisty: – Tak jak ołów jest zimy i bezużyteczny, tak i ty stań się zimny i do niczego! Niech pokona cię sen, sen wieczny!

Skończony arkusz zroluje i owinie gwoździem, na którym zawczasu wyskrobie imię i nazwisko adresata. Dzięki temu, że jest skrupulatny, nie dojdzie do pomyłki. Tobie pozostanie tylko wrzucenie zwoju do studni lub zakopanie go w ziemi. Są tacy, co zaszywają go w kocim brzuchu.

Feliks specjalizuje się w klątwach prawnych, kiedy ucieka się do wyświechtanej formułki: Niech ci pypeć wyskoczy na języku, zanim powiesz coś przeciwko mnie w sądzie! Doprowadził do maestrii klątwy, powiedzmy, pospolite i ogólnoludzkie, gdy życzymy drugiemu, aby stara mulica wybiła mu ostatni ząb lub żeby wyskoczył bliźniemu wrzód na środku tyłka. Jakkolwiek by spojrzeć na rachuby i statystyki, najczęściej sporządza klątwy miłosne. Pisze wtedy profesjonalnie, beznamiętnie teksty bluźnierczych inkantacji, na przykład: Niech cię penis boli, gdy uprawiasz miłość. Albo: Ty taka i owaka, nie będziesz mieć przyjemności z żadnym mężczyzną. Ani z przodu, ani z tyłu! Chyba że ze mną!

Z równie zawodową apatią graweruje klątwy w ołowiu, jak i dla biedoty – w brzozowej korze. Te ostatnie oferuje niemal za półdarmo, w cenie od trzech do czterech asów, bez rysunków, z kołkiem zamiast gwoździa.

Gdyby go zapytać, czy wierzy w moc słowa, pewnie by się żachnął. On, niemal uczony, erudyta, znający imiona filozofów, tajemnice odległych lądów i ludów, milczałby jak grób. Podobnie milczałby, gdyby go nagabnąć, czy to przeznaczenie nami włada, czy też kosmiczny odprysk, który spadając z nieba, powoduje taki, a nie inny bieg zdarzeń. Ale gdyby zadać mu pytanie, dlaczego to robi, skoro nie czerpie wielkich zysków, powiedziałby wprost, bez wahania, że lubi pomagać i nie znosi cierpienia.

 

Wołano na niego Feliks Canis. Feliks dla gorzkiego żartu, a Canis pewnie dlatego, że pojawił się w czasie stężenia Syriusza, tuż po Wielkim Pożarze, zarazie i trzęsieniu ziemi. Błąkał się po śmietnisku, potem po gruzach jadłodajni, aż nieopodal Świątyni Pecha na Eskwilinie znalazł w skorupie po glinianej stągwi resztkę pitnej wody. Wychłeptał ją łapczywie, jakby miała mu być ostatnią. Trochę pozłorzeczył, nieco popłakał. Wreszcie, przytłoczony trwogą, zasnął przy kamieniu bogów. Nad ranem znalazła go tam Hilaria, kobieta bogobojna i dobra. Jako że chłopiec był tylko lekko okopcony, nie miał strupów po zarazie i nie był chromy, zabrała go ze sobą, do domu Pliniusza.

– Panie! Niech z nami zostanie! Spał przytulony do kamienia bogów! Kaprawy nie jest! Zęby silne jak u wołu! – trajkotała i przechodząc od chichotów i euforii po zwątpienie i załamywanie rąk, pytała: – Tylko jak chować dziecko, o którym nic nie wiadomo?

Pliniusz nie miał potomka, bo nie był okrutny. Nie miał nawet żony. Ale jak zawsze miał odpowiedź na wszystko:

– O żadnym nic nie wiadomo, dopóki nie stanie się człowiekiem – palnął.

Siorbnął oślego mleka i patrząc, jak dziecię pochłonęło miskę soczewicy i wyciągało paluchy po pieczone żołędzie, wymamrotał pod nosem, do siebie tylko i skryby:

– Co za nienasycona żarłoczność. Bachor puści mnie z torbami.

Tymczasem znajda szeptała płaczliwie:

– Jeszcze, jeszcze.

Tak że Hilaria w pośpiechu podała i jaja, i rybę.

Dziecię zjadło, popiło, beknęło i zasnęło snem błogim. Jak pies umęczony ruszało mimowolnie członkami i poświstywało przez nos.

– Czy sprawdziłaś obrożę? – spytał Pliniusz. – Może jednak do kogoś należy.

– To nie obroża, panie – wyjaśniła stara. – To amulet; crepundia z bursztynu, pies lub wilk.

Pliniusz machnął ręką, skinął na skrybę Stefanusa, który hamował gałganem kolejny krwotok, po czym ściszonym głosem zaczął dyktować:

– Człowiek żyje tylko w połowie, bo połowę życia przesypia, a sen można porównać do śmierci. Dzieciństwo to czas bez rozumu, tak jak starość z jej chorobami i otępieniem. Żyć to być przebudzonym... to czuwać.

Hilaria, przyzwyczajona do dziwactw i kocopołów, nawet nie słuchała. Okryła znajdę derką i jak to kobieta, patrzyła na nią miłościwie, dziękując wyroczni za wstawiennictwo, a bogom wysokim za opiekę.

 

Trudno stwierdzić, czy Pliniusz Feliksa polubił. Bywało, że wydany na pastwę lęków i melancholii, nie miał głowy nawet do pisania. Smutek, ciężki jak burzowa chmura i głęboki jak czeluść, odbierał swadę myślom, brawurę słowom, spowalniał mu ruchy; na całe tygodnie zamykał go w ciemnym pokoju o niskim sklepieniu i spękanych membranach. Leżał tam bez życia, nasłuchując chrobotań karalucha, tupotu myszy i koszmarnej galopady splątanych majaków. Stary Maniusz przychodził pod wieczór, rozbierał go i jak kukiełkę wkładał do cycowatej rury. Napełniał ją wodą z solami litu. Pliniusz godzinami dryfował bez słowa. Gdy mu się poprawiało, bąkał coś w tym stylu:

– Rozum goni mnie w piętkę.

– Mogło być gorzej, mój panie.

– Czy może być co gorszego?

– Mógłby przecie nie gonić zupełnie. – Stary wlewał mu w usta tłuste ośle mleko. – Masz, pij. Poprawi ci się.

Poprawiało się. Zawsze. I zawsze tak, jakby smutek został wymazany z pamięci. W Pliniusza wstępowały zapał i energia, odwaga i optymizm. Może dzięki temu nauczył Feliksa czytać i pisać, a nawet rachować na abakusie. Wyjaśnił zaćmienia słońca, ruchy wód dyktowane siłą Księżyca oraz pitagorejską muzykę planet.

W upalne noce, gdy skryba Stefanus tak zmęczył się pisaniem, że leżał w trawie bez życia, Pliniusz wskazywał na niebo i wyjaśniał:

– Widzisz, mój mały, nie jest tak, że jasne gwiazdy świecą dla bogatych, lichsze dla biednych, a ciemne dla ułomnych.

– Świecą dla wszystkich?

– Żebyś wiedział. Świecą dla wszystkich. – Pliniusz patrzył w radosne oczy chłopca i precyzował: – Dla wszystkich z równym okrucieństwem i obojętnością. Nie ma tam żadnych bogów.

– Jak to? – Feliks był zdruzgotany. – A moja Psia Gwiazda?

– Taka ona twoja jak każda inna. Zimna, nieczuła. Bez bogów. I bez psów, na pewno. Gdy Syriusz tężeje, nastaje skwar i susza. I wtedy psy, te jedyne, czyli ziemskie, szczekają nocami jak szalone i jakoś bardziej piskliwie. Za dnia niebo zaczyna się pocić i na ziemię spada miód. Niektórzy mówią, że to pszczoły nim rzygają, ale to nieprawda: on spada jak mgiełka lub letni deszcz.

Pliniusz uwielbiał wykłady o naturze, ale nigdy się w nich nie zatracał: nie podnosił głosu, nie gestykulował, chyba że po to, by odgonić komara lub ułożyć tunikę. Jego słowa płynęły spokojnie jak strumień. Feliks odzywał się z rzadka, za to często wybuchał nieszczerym, wymuszonym śmiechem. Donośny rechot odbijał się od ścian perystylu i niósł w odległe, nieczułe przestrzenie.

 

Najwięcej czasu spędzał z Hilarią lub z siostrzeńcem Pliniusza, który mieszkał z matką w zachodniej części domostwa. Gajusz, chłopiec o chudych łydkach, był nieco kapryśny, choć ciekawy świata. Okazywał się doskonałym towarzyszem zabaw. Ścigali się razem na miotłach, zatruwali mleko bebechami ośmiornicy i dryfując na odwróconych parasolach, z liśćmi łopianu zamiast żagli, pływali po niewielkim stawie. Ku rozpaczy ogrodnika Maniusza nurkowali także między ławicami; mącili muł, odbijali się od dna i wytryskiwali ku światłu, trzymając w dłoniach oklapłe wodorosty lub kłapiącego pyskiem, srebrzącego się karpia. Niszczyli dekoracyjne nenufary. Niekiedy upijali się winem lub wykradali na miasto: wdrapywali się na skarpę i patrzyli na płynące po Tybrze wielkie galery o buńczucznych szyjach i na maleńkie, zwinne liburny, ciągnące z Ostii oliwę i zboże.

Próbowali także zapasów. Niestety delikatny Gajusz nie miał w potyczkach przewagi; wszystko kończyło się płaczem. Zadąsany, zaklinał się na Jowisza, że nie poda Feliksowi ręki. A potem go prowokował:

– Chodź tu, plaskata figo!

Gonił go, a gdy dopadał, zwyczajem piastunek wtykał mu w nozdrza swoje chude palce; pociągał najmocniej, bez litości, tak by nadać nosowi pożądany, rzymski profil.

Pewnego razu, gdy się szamotali, Feliks zerwał z Gajusza złotą bullę, która do czasu przejścia w dorosłość miała go chronić przed złem i lemurami. Chudzielec znieruchomiał, potem się rozpłakał, po czym pobiegł do wuja do biblioteki. Pliniusz, zbyt zajęty sprawami wielkiej wagi, aby się przejąć drobnostką, wymamrotał coś o bachorach, obejrzał zerwaną bullę i powiedział:

– Nie płacz. Byłoby gorzej, gdyby urwało ci szyję. Stefanusie – zwrócił się do skryby – jakże się nazywa wielka żyła? Vena jugularis czy...? – Widząc, że Gajusz płacze jeszcze bardziej, a u nosa dynda mu ohydna, zielonkawa kapka, skrzywił się z obrzydzeniem i dodał: – Fuj. Idź już stąd. Idź z tym do matki.

Plinia Marcella zemdlała. Kiedy doszła do siebie, złożyła ofiarę larom i penatom, zapaliła kadzidło, zmówiła modlitwę, a potem, przeklinając Feliksa, wybiegła do ogrodu ze służącą Spurią, aby wśród grządek i rabatek szukać werweny i kwiatów cyklamenu. Co znalazły, wyrywały z ziemi, całowały na klęczkach i podrzucały w niebo. Odwracały groźbę nieszczęść.

Tymczasem Feliks siedział przy basenie, moczył pięty i patrząc na mozaikę ukazującą dziki i bażanty, zastanawiał się, czy na obiad znowu będzie kasza. Czuł w żołądku rozpierającą otchłań. Miał się już podnieść, gdy zobaczył upiorną twarz Erasmusa. Był to pedagog, przy tym amator odmładzających maseczek, pstrokatych płaszczy i jedwabnych lędźwiowych opasek. Nikt go nie szanował ani nie traktował poważnie. Pewnie dlatego zbyt dosłownie podchodził do rozkazów.

– Musisz znać miejsce w szeregu, Feliksie – powiedział z emfazą, jakby cytował Plinię Marcellę. – Chodź, należą ci się razy!

Feliks wzruszył ramionami i zapytał obojętnie:

– Niby za co?

– Za zerwanie bulli.

– Nie zrobiłem tego specjalnie. Co to?

– Pas, głupcze. Skórzany!

– Widzę, że nie wieniec z lauru. Ale niby... po co? – Feliks niespiesznie się podniósł, po czym dał susa i zaczął uciekać na oślep.

– Ty łajzo. – Erasmus ścigał go jak w zwidzie. Potykał się i upadał, i z determinacją podnosił. Ślizgał się w złotych kapciach i zaganiał w róg atrium. – Od lat czuwam nad wychowaniem Gajusza. Jeśli nie poniesiesz kary, to...

– Przecież mówię! Nie zrobiłem tego specjalnie.

– Jesteś niewolnikiem! Gajusz jest twoim panem! Chodźże tu... Bo nie zdzierżę!

– Nieprawda! Taki smark?! Pliniusz jest moim panem!

Erasmus dopadł chłopca ukrytego za koryncką wazą, po czym przyszpilił do ściany jak komara:

– Ja ci dam smarka!

Najpierw zdzielił go w twarz, a potem zbił mocno pasem. Feliks nie miał nawet czasu zapłakać. Zaczął krwawić i szybko stracił przytomność.

 

Ból minął, jak mija wszystko. Feliks byłby o zajściu zapomniał, jednak po pewnym czasie, kiedy Gajusza zaczęło dotykać nieszczęście za nieszczęściem, dopadło go nieopisanie, straszliwe poczucie winy.

Tuż po majowym Święcie Fortuny, żeby wyrobić mięśnie w chudych łydkach, żeby oddać hołd ekwickiej tradycji oraz, co podkreślał Pliniusz, żeby nie skończyć jak ciamajda, Gajusz zaczął się uczyć jeździectwa. Niestety, w czasie lekcji tak niefortunnie złapał za napierśnik, że spłoszył konia i zwichnął rękę. Rekonwalescencja ciągnęła się tygodniami. Ledwo odzyskał czucie w palcach, a zapadł na przedziwną chorobę: zaczął cierpieć w obliczu jasności. Ukojenie znajdował tylko w mroku, w szarzyźnie, w półcieniu. Zupełnie, jakby okrutny los, pozbawiając go blasku i skazując na ciemność, gotował mu połowiczność i nierzymskie kalectwo. Obawiano się, że oślepnie. Nie skąpiąc sestercji, Plinia Marcella zasięgnęła rady najlepszych lekarzy i za ich namową obwiązała Gajuszowi szyję łańcuszkiem z dwiema greckimi literami Alpha i Rho. Kazała mu też nosić przy sobie białe zawiniątko z zamkniętą w środku bzyczącą muchą. Trochę pomogło. Niestety, ból, nachalny i świerzbiący, wracał wiosną i latem. Od kwietnia do września, odgrodzony od świata ciężkimi zasłonami jak zamknięta w skorupie ostryga, Gajusz pędził czas na marginesie życia, w najciemniejszych kątach i izbach. Jako że para łagodziła świąd, zażywał gorących kąpieli. Jadł tłuste kury opalane polanami germańskich świerków.

Feliks nie mógł sobie tego wybaczyć. Obwiniał się za zerwanie bulli i za wszelkie zło. Co gorsza, wszędzie dopatrywał się zapowiedzi kolejnych nieszczęść.

Gajusz już nigdy nie podał mu ręki. Ich światy, choć zbieżne, rozchodziły się jak bruzdy na wnętrzu dłoni. Rośli razem, lecz osobno. Panicz pod okiem Kwintyliana z Hiszpanii uczył się retoryki, gramatyki i poezji, resztę mądrości wpajał mu zaś Nicetes ze Smyrny. Feliks natomiast, pod okiem zrzędliwego Stefanusa nie wiadomo skąd, nie uczył się już niczego: ćwiczył kaligrafię. Kopiował zwoje, stawiając litery chropowatym, topornym stylusem. Pakował je w równe kolumny, od lewej do prawej, bez odstępów. Gdy zrobił błąd, tarł go gąbką zanurzoną w occie. Jeśli nie pomagało, zaczynał wszystko od nowa, tylko po to, by dostać razy za niszczenie materiałów.

Stefanus był mroczny i dziwny. Prędzej wydrapałby oczy, niż pozwolił odciągnąć małego od pisanin. Biegał za Maniuszem i krzyczał, gdy ten pokazywał chłopcu kwiaty i nory przy sadzawce. Wyciągał go siłą od Hilarii, kiedy uczyła wędzenia kiełbas i moczenia flaków. Zakradał się do stajni i obory, gdzie Feliks, wyprostowany w obliczu mułów i oślic, wykładał tajemnice morskich pływów i planet. Węszył, niuchał i był wszędzie tam, gdzie gówniarz mógłby cieszyć się pozorem życia. Gdy Feliks miał dostać lanie za kradzież solonego śledzia, wstawił się za nim u Plinii, po czym przyciągnął do biblioteki i jakby walczył o monopol na bezduszność, sam sprał na kwaśne jabłko. Niekiedy bił go tak mocno, że mały dostawał torsji i zanim stracił przytomność, spaskudził najlepszy papirus.

Feliks żył od kolumny do kolumny, od błędu do błędu. Od kuksańców po brutalną chłostę. W napięciu i bolesnym pochyleniu, ze zrogowaciałymi palcami zakrzywiającymi się przy piórze jak szpony. Najpierw gryzmolił najtańszym atramentem, zrobionym z gumy i sadzy, później pisał czerwonym. Jedyne, na co czekał, to by okrutnik wtajemniczył go w sztukę pisania złotym piaskiem. Czekał, ćwiczył i wsiąkał w monotonię niczym tkacz nieskończenie długich, bardzo cennych dywanów.

Kiedyś w przypływie nieopisanego znużenia zapytał:

– Po co to wszystko?

Stefanus długo milczał.

– Chodzi ci o pisanie? – Odłożył stylus, podrapał się po rudej brodzie i wyjaśnił: – Pliniusz trudzi się dla chwały, a ty z braku wyjścia. Jesteś tylko skrybą.

– Czyli kim?

– Czyli piśmiennym idiotą: jesteś za głupi na filozofa, a za mądry do dźwigania gnoju. – Zaśmiał się gorzko i ciągnął: – Natura nie zna pomyłek. Każde stworzenie wyposaża w zdolności, które pozwalają mu wypełnić los. Żuk gnojowy ma odnóża do toczenia kulek. Pliniusz geniusz do myślenia i analizowania. A ty silne, jednak smukłe łapska do trzymania rylca i tabliczki. I tyle.

Feliks nie pojmował, co tu jest żartem.

– Jak długo jeszcze będę musiał pisać?

– Do usranej śmierci. – Stefanus znowu się zaśmiał, sardonicznie, z trzewi. – Co się tak boczysz? Przy wielkim szczęściu zginiesz w pożarze kosmosu, ogień zniszczy wszystko, ale potem narodzisz się znowu i będziesz robić dokładnie to samo. W tym samym miejscu. Tym samym rylcem lub piórem i czy chcesz, czy nie, ze mną! – Ściszył głos, jakby recytował stare, magiczne wersety. – Świat to wciąż na nowo odgrywany spektakl, za każdym razem identyczny jak poprzedni.

– Pożar kosmosu? – Feliks nie dowierzał. – Kto to wymyślił?

Stefanus zadarł tunikę i wskazał na cherlawe piersi.

– Widzisz mój tatuaż? – spytał.

– Widzę, wąż zjada własny ogon. I co to ma do pożaru?

– To Uroboros, symbol wiecznego powrotu. Koniec jest i początkiem.

– To symbol wiecznego więzienia. Jeśli miałbym robić w kółko to samo, wolę wiecznie uciekać.

Uciekał więc. Błąkał się bez celu, a potem, łapany przez różne ciemne typy lub przezornych sąsiadów, wracał na Eskwilin. Stawał przed srogim obliczem Plinii Marcelli i znowu dostawał baty. I tak w koło Macieju.

 

Pliniusz pewnie nic o tym nie wiedział. Od dawana pozwalał siostrze na krwawe samowładztwo, on zaś skupiał się na walce z przygnębieniem, które było nadzwyczaj wstydliwe, bo zupełnie nierzymskie. Feliks najczęściej znajdował go w ogrodzie, macającego pustkę, świdrującego przestrzeń, patrzącego przed siebie oczami bez wyrazu. Niemłody już, a jeszcze nie stary, miał tak zgnębioną twarz, jakby poorał ja Saturn. Obojętny na wszelką obecność, nie odpowiadał na słowa. Jeśli miał lepszy nastrój, co zdarzało się rzadko, dyktował w bibliotece. Siedział wtedy spokojnie na chybotliwym zydlu, wśród cedrowych stelaży, otoczony wianuszkiem białawych kur i żółtawych piskląt. Oklapłe i senne, słuchały ludzkiej mowy i drzemały nieporuszone, jak puchate kule mandaryńskiej bawełny.

Niekiedy, w przerwach od pracy, dawał się namówić i opowiadał niestworzone historie. Tak było w zimie, tuż po Saturnaliach:

– W górzystych częściach Indii spotkać można paskudnego, kosmatego satyra – zaczął głębokim, ściszonym głosem. – Czasem chodzi na czterech nogach, a czasem, jeśli tylko ma kaprys, to zupełnie jak człowiek, wyprostowany. Ma też ludzkie rysy.

– Kropka w kropkę Stefanus – wtrącił Feliks z szelmowskim uśmiechem.

Skryba się obruszył. Zmierzwił brodę, w której harcowały wszy, i nie odrywając wzroku od rozwlekłych zapisków, powiedział posępnie:

– Kocioł garnkowi przygania, a sam smoli.

Pliniusz, jakby nie słyszał, dmuchnął na mleko, siorbnął i sprostował bez emocji:

– Niezupełnie jak Stefanus, bo ten paskudny satyr jest tak zwinny, że jeszcze nigdy go nie schwytano. W Indiach żyją też nomadzi – ciągnął po krótkiej przerwie. – Zamiast nozdrzy mają wielkie otwory. Chodzą na stopach tak sprężystych jak węże. A bliżej Gangesu, wielkiej rzeki, żyje naród Astomi, ludzi bez ust.

Feliks rozdziawił gębę.

– A jak jedzą?

– Jedzą tylko powietrze, które połykają nosami. Obywają się bez potraw i napojów. Zbierają korzenie i kwiaty lub dzikie jabłka i wąchają je, by żyć.

– By żyć!? Bez kiszki, bez flaczków... – Feliks nie był przekonany. – W co oni wierzą?

– Jak to ludzie, wierzą w różnych bogów. – Pliniusz uniósł dłoń i zgarnął z nosa gęsty mleczny kożuch. – W jakich tam sobie wymyślą.

Feliks tak się przechylił na zydlu, że potrącił jaspisowy kałamarz. Ciemna strużka atramentu pociekła obok drzemiącej kwoki.

– Wymyślają ich? – Szurał bosą stopą; chciał zatrzeć ślad zbrodni. – Po co?

Pliniusz był tak skupiony, że nie zwrócił na to uwagi. Kontynuował:

– Cóż, bogom człowiek nie jest potrzebny, a ludziom niektórym bogowie jak najbardziej, więc ich sobie wymyślają. – Uśmiechnął się delikatnie. – Wierzą też w samsarę. Cykl przemian, któremu podlega wszystko, nawet myśli i uczucia. Dzięki samsarze można się odrodzić w nowych formach. Czasem jako roślina, czasem jako bydlę.

Feliks się zamyślił. Po dłuższej deliberacji powiedział ze smutkiem:

– Pewnie również jako obmierzła glista. Albo męcząca wesz. Nie chciałbym skończyć jako owsik.

– Ech – westchnął Pliniusz. – Takiś młody, a już straszysz czarnowidztwem. W nowych formach, czyli lepszych. Wszystko zależy od tu i teraz, od naszych uczynków.

– Panie – palnął Feliks w przypływie nagłej radości – czyli... można uwolnić się od siebie!

Złapał za stylus i rzucił nim w zgarbionego skrybę. Pacnął go w ucho. Pliniusz się zasępił.

– Uwolnić? – wymamrotał. – Jakby życie było niewolą... Można. Chyba można. Przynajmniej trzeba mieć taką nadzieję.

Stefanus zaklął. Tracił cierpliwość.

– Panie, zaraz mu się pomiesza pod czupryną. Lepiej mu opowiedz o Rzymie. Coś swojskiego i prostego, jak decha i cep. Coś, żeby się rozerwać, a nie smucić.

– Nie ironizuj, mój Greku! Nie ironizuj! Nie byłbyś tutaj, gdyby nie Imperium. No dobrze, opowiem o Rzymie, bo w Rzymie to dopiero zdarzają się cuda... Tak naprawdę to same cuda.

Feliks się ekscytował:

– Na przykład?

– Na przykład takie, że ludzie czasami mogą się i z jajka wykluwać.

– Nie no... jak? – Gówniarz nie dowierzał.

Stefanus zakręcił przy czole wielkie wymowne kółko, Pliniusz zaś, nie tracąc zupełnie rezonu, wyjaśnił:

– Żona cesarza Augusta, Liwia, pragnąc urodzić syna ze swym pierwszym mężem, posłuchała dziewiczej wróżby i położyła sobie na łonie rozgrzane jajo.

– I co?

– Jak to co? Stał się cud: urodziła Tyberiusza.

Feliks zupełnie nie wiedział, co myśleć. Miał szczątkową wiedzę o świecie i o ludzkich sprawach. Czytał co prawda, i to sporo, ale tylko to, co kopiował. Kopiował zaś to, o czym czytał. Jakby żywił się Pliniuszem i Pliniuszem wydalał. Wierzył staremu na słowo. Złapał kurę, pomacał i nie znalazłszy jajka, wybiegł z nią do Hilarii. Stara leżała na sienniku i świstając przez nos, drzemała w najlepsze. Położył ptaszysko na jej miękkim, tłustym brzuchu. Dopóki się nie rozbudziła, łaziło po guzach i cystach, zostawiając ostre, czerwone ślady.

 

Lgnął do starej jak robal do miodu. Spał z nią w tej samej izbie, na tym samym sienniku, razem z Maniuszem, który pachniał zniszczeniem i dymem, i stajennym Agatonem, woniejącym sierścią starej kozy oraz odorem sekretnych, halucynogennych roślin. W nogach miał jeszcze okrutnego Stefanusa, który zwijał się jak nienarodzone dziecko i ssał atramentowy palec. Zapach Hilarii – najprzyjemniejszy, gęsty od egzotycznych przypraw i garumu – przenikał go i plątał dziwną smugą przywiązania. Gdy wybierała się na targ, gdy tłukła jęczmień, gdy gniotła kluchy, gdy prała, chciał być blisko. Lubił z nią gadać i bajdurzyć, zalewać tysiącem pytań. Jeśli nie zawsze miała odpowiedzi, to zawsze miała cierpliwość.

Feliks pochylał się nad biografią Apiona Gramatyka, gdy Stefanusa dopadł paraliżujący mięśnioból. Jęcząc, wyłożył się na wznak na mozaice. Nawet gdyby chciał węszyć teraz i ścigać, nie dałby rady się podnieść.

– Zaraz wracam! – Feliks odrzucił stylus i bez zwłoki wybiegł na podwórze.

Hilaria, w prostej tunice przepasanej rzemieniem, krzątała się przy studni. Rzucił się, by jej pomóc. Naczerpali wody, założyli na siebie drewniane jarzma i powoli, by nie uronić ni kropli, dreptali ku okopconej kuchni. Stara miała niebywałą krzepę. Wyglądała jak cyrkowy sztukmistrz, który nie straciłby równowagi nawet podczas tornada. Feliks za to przystawał. Stawiał cebry na ziemi, myśląc, że postawione, przestaną rozlewać wodę, tymczasem chlapały w przód, w tył i na boki, jakby coś trzęsło światem od samego środka.

– Hilario, powiedz mi, czy to prawda, że Pliniusz jest filozofem?

– Kim? – obruszyła się. – Nie obrażaj Pliniusza. To przyzwoity człowiek. Tyle że pan.

– A czy on się taki spokojny urodził?

– No coś ty? – zaśmiała się. – Jeszcze żaden człowiek nie urodził się spokojny.

– To skąd w nim to niewzruszenie?

– Skąd ja mam to wiedzieć? Normalne to nie jest. Każdy z nas musi kiedyś wypuścić powietrze, inaczej skręcą się kiszki. Byłeś już kiedyś w piwnicy? – Zwolniła, by zaczerpnąć powietrza, i patrzyła, jak Feliks stopniowo czerwienieje. – Ha, byłeś, hultaju! Ciszy tam nie ma, bo nie ma jej nigdzie. Jest pozorny spokój. Ciągle coś strzela i buzuje. Czasem wino jest źle zakorkowane, zasysa za dużo powietrza. Antały mogą eksplodować smrodem smoły i octu, nawet po wielu latach. Również te z żelaznymi obręczami. Tak już jest na tym świecie, że powietrza nie widać, a jest potężniejsze niż żelastwo. No rusz się! Tylko ostrożnie!

Zaparł się i natężył.

– Pliniusz nigdy by tak nie beknął – powiedział z przekonaniem.

– Oj, jeszcze go nie znasz.

– Nie on!

– Już nieraz eksplodował. Rwał te niewidzialne pęta tygodniami. Tylko czekaj, aż znowu wybuchnie. Spokój jest nienaturalny, bo świat nie jest spokojny. Jak niesiesz wodę, chlapie, podnosi się na fali, potem staje, jakby nigdy nic, dopóki znów nie zatrzęsie.

– Twoją aż tak nie trzęsie – spostrzegł.

– Moją może i nie... bo i nie nabieram za dużo, lecz w sam raz.

Postawili cebry przy kuchennym piecu i rozsiedli się na ławie.

– Masz, wytrzyj się. – Podała mu gałgan. – Mylisz rozpacz ze spokojem. – Wachlowała się dłonią i odganiała natrętne muchy. Ściszyła dramatycznie głos i dodała: – Powiem ci coś w sekrecie: to wariat!

– Wariat?! – Feliks wycierał pachy i rozglądał się po bulgoczących garnkach. – Dlatego że ciągle dyktuje?

– Wariat, bo... – Hilaria zacięła się, po czym wypaliła zdecydowanie: – Nawet gorzej niż wariat! Jakby wariat podwójny! Jak się smuci, to bez końca, do upadłego! A jak się cieszy, to jak głupek, taki, co macha rzeszotem i łapie w nie wiatr. Za tym jego spokojem nie kryje się żadne zadowolenie, tylko smutek, ciężki jak burzowa chmura. Pewnie stąd to ciągłe pisanie, żeby za dużo nie myśleć.

– Może i wariat, ale dobry. – Feliks odrzucił gałgan i pogłaskał starego parchatego kota, który owijał ogonem korytka i moździerze. – Przecież nie bije!

– Bić, nie bije, ale i tak może cię zabić! Na przykład tym całym pisaniem. Pamiętaj, Feliksie, nie pozwól mu zbliżać się do wina. Niech pije mleko, najlepiej ośle. Masz. – Wsunęła mu w rękę kawałek orkiszowego placka. – Wracaj do Stefanusa.

 

Feliks zrobiłby wszystko, by uniknąć pisania. Niestety, Pliniusz miał niebywałą, rozszalałą wenę, nieporównywalną z weną nikogo, kto stąpał po ziemi. Pochłaniał wiedzę jak gąbka, a potem jak jedwabnik oprzędzał się słowami. Wydalał je bez obstrukcji i umiaru, stwarzając obszerny, zagmatwany kokon. Im więcej pisał, tym częściej Feliks, wydany na pastwę zimnych i nieczułych liter, po ludzku cierpiał. Stefanus powtarzał:

– Albo się z tym pogodzisz, albo popadniesz w obłęd. Kopiuj, po prostu nie myśl.

– Po prostu? Łatwo powiedzieć.

– Razem pchamy tę gnojową kulkę.

– Może razem, lecz osobno. Nigdy nie czułem się bardziej samotny... Dlaczego nagle zrobiłeś się taki miłosierny, co?

– Nie jestem miłosierny, idioto. – Stefanus oblał się purpurą. – Toczymy razem tę gnojową kulkę, bo czego nie skopiuję ja, będziesz musiał kopiować ty, i odwrotnie. Rozumiesz?

Czego jak czego, ale tego akurat nie pojmował zupełnie. Nie zamierzał wchodzić w żadne komitywy z okrutnikiem.

– Kiedyś ta udręka się skończy – odparł – jak wszystko. Nie wierzę w żadne kosmiczne pożary. Pliniusz też nie.

– Nie skończy się tak łatwo – zaśmiał się Stefanus. – Jeszcze czeka cię nagroda.

– Jaka? Ja niczego nie oczekuję.

– Pliniusz cię lubi i ci ufa, bo robisz coraz mniej błędów. Wkrótce będziesz nie tylko kopiować, ale i pisać do spółki ze mną. On będzie czytać, myśleć i dyktować, a ty notować wszystko, co mu tylko ślina podsunie na cięty język. Jesteśmy jak dwie ręce doczepione do cudzej, mędrkowatej głowy. Obie muszą pracować, raz jedna, raz druga, żeby się nie nadwyrężyć. Im wcześniej to zrozumiesz, tym lepiej dla nas obu.

Feliks nie chciał zrozumieć, lecz pisał. Aby nie dostąpić wątpliwego awansu, celowo robił błędy, doprowadzając Stefanusa do amoku i ataków szału. Brodacz gonił go po zakamarkach, ciągnął za uszy, wywlekał z każdej kryjówki. Okładał rzemieniem, który był zakończony żelaznymi kulkami, i ciął skórę do krwi i mięsa, aż rozdzielała się na płaty jak marny, najtańszy papirus. Feliks nienawidził skryby z całego serca, tym bardziej że w tym ponurym okrutniku widział samego siebie, swój przyszły los rozpisany na sekundy i minuty, własne fatum. Stefanus, głodny, niewyspany, ślęczał nad tekstem jak bezduszna kukła. Godzinami nanosił poprawki. Z osłabienia dostawał krwotoków i wewnętrznych skrętów. Wymiotował w boleściach, ocierał się i wygrażał:

– Wiesz, co to hubris, gówniarzu? To pycha, która pcha cię od samego siebie. I za to kiedyś zapłacisz.

Pliniusz nie robił Feliksowi wyrzutów, choć był rozczarowany. Powiedział kiedyś:

– Wszystkie zwierzęta znają swoją naturę i od urodzenia wiedzą, jak pływać, skakać czy latać. A człowiek to jedyna istota, która nie umie nic, dopóki jej ktoś nie nauczy. Ani chodzić, ani gadać. Tak naprawdę jedyne, co umie od urodzenia, to zawodzić i beczeć. Nie wstydź się. Przyjdzie czas, że zaczniesz pisać bez błędów.

Feliks się nie wstydził, bynajmniej. Z braku innego pomysłu poprawił się jednak i z dnia na dzień zaczął pisać, jak trzeba. Kopiował skrupulatnie Dzieje wojen z Germanami, Dzieje wojen od momentu, w którym dzieło zakończył Aufidius Bassus, Żywot Pomponiusa Secundusa, wybitne nudziarstwo Retorykę i gramatykę oraz podręcznik dla rycerzy O rzucaniu lancą. Koszt był wysoki, ale się opłacał. Stefanus przestał go dręczyć.

 

Męczył się jak dawniej, a jednak polubił późną wieczorną godzinę, gdy kończył kopiować i gdy mógł się zakrzątnąć wokół biblioteki. Odpędzał kury, ostrzył stylusy, rozlewał do kubeczków nowy atrament i podgrzewał wosk na tabliczkach do codziennych notatek. Podgrzany, ścierał szpachelką: unicestwiał zapiski, ulotne spostrzeżenia, wielkie idee i jeszcze większe głupoty.

– Skończyłeś? – pytał Stefanus.

– Tak – odpowiadał z dumą. – Wszystko gotowe na jutro.

– No to na co czekasz? Spadaj.

Miał teraz czas na rozmyślania i życiowe obserwacje. Najczęściej snuł się za ogrodnikiem i z uwagą podpatrywał, jak ten wygania złe duchy, zagnieżdżone w norach przy sadzawce.

– Jak one wyglądają, Maniuszu?

– Lemury? Ano zębiska mają ostre i czarne. Ślepia jak Gorgony. Żrą i srają więcej niż ważą.

Feliks trzymał się z boku, jakby bał się oddychać. Pytał lękliwie:

– Czy mogą zeżreć konia lub człowieka?

– Kto je tam wie? Przecie po ludzku nie mówią.

Maniusz zapalał pakuły, ciskał je w załomy i nory, gdzie buchały gryzącym dymem. Kątem oka spoglądał na Feliksa i bawił się jego strachem.

– Strzeliłeś w górę jak piniowa sosna. – Płowowłosy nicował go spojrzeniem bardzo jasnych, prawie przezroczystych oczu. – Jesteś żylasty i długi. Może ciebie by i zżarły... w jakimś sosie. Z morelami na przykład.

Stworzenia wybiegały w panice i jak wełniane kule rozpierzchały się po trawie. Maniusz śledził je bystrym wzrokiem. W mgnieniu oka tryumfalnie nadziewał na widły.

– Widzisz – mówił – to się nazywa licho! Czyste Zło!

Pewnego razu krwawa walka przybrała niespodziewany obrót.

– Ile już razy prosiłem, żebyś tego nie robił? – Pliniusz wyłonił się spod kolumnady. – Maniuszu, czy nie lubisz patrzeć, jak zwierzęta cieszą się i kuglują?

– Kuglują? One się pieprzą, panie, nie kuglują... co za słowo! – Maniusz miał bezczelną odwagę, bo znał Pliniuszowe tajemnice. Jeśli się go bał, to nie bardziej niż muchy, która choć znuży ciągłym, uporczywym bzyczeniem, to przecież nie ubodzie.

– Znakomicie rozluźniają glebę. – Pliniusz, niezbity z pantałyku, poprawił płaszcz, siorbnął mleka i zabierał się za wyjaśnianie skomplikowanych zasad przyrodniczej i kosmicznej równowagi.

Maniusz nie słuchał. Wsadził paluch do nosa, podziobał, wytarł go w róg ubabranej tuniki, po czym, wznosząc oczy wysoko do głuchego nieba, wypalił:

– Niszczą krzewy i srają, gdzie popadnie! Znam się na tym! Nie od dziś pracuję w ogrodzie. Jakby kto pytał, od dwudziestu wiosen. Jak pan będzie tu się plątać zamiast dyktować w bibliotece, to jeszcze go co dziabnie i wyprawi na tamten świat, o, pod te rabatki, w grób na kilka łokci.

– Mówię ci, Maniuszu... są pożyteczne. – Pliniusz sączył mleko i spokojnie perorował: – Wszystkiego nie zniszczą, tylko tyle, ile konieczne.

– A skąd głupi lemur ma wiedzieć, co konieczne, a co nie?

– I lemur ma swój rozum. Jak wszystko, co żywe. – Pliniusz zmieszał się jak sztubak. Wielka czerwona łuna zalała mu oblicze od rzemieni sandałów po czubek mieszkanka na rozum. – Skąd ta nazwa? Licho? Lemury? – ciągnął oburzony. – To zwykłe ryjówki, a nie jakieś tam złe duchy. Mówimy o ryjówkach! Bardzo cię proszę, nie mieszaj podstawowych pojęć! Nie w tym domu! Robisz krzywdę ludzkiej mózgownicy!

Feliks stał w milczeniu jak zaczarowany i tulił do siebie małą kosmatą kulę, która biła ciepłem.

– Połóż ją, mój drogi. – Pliniusz się przeraził.

– Panie, jest słodka i potulna jak trusia.

– Przeniknie twoim zapachem, że jej matka nie pozna i zagryzie. Ryjówki są ładne, ale bardzo niebezpieczne. Ich jad może być zabójczy dla człowieka. Połóż powoli z powrotem. Bardzo powoli. Nie rób żadnych gwałtownych ruchów.

Feliks, smutny, lecz skoncentrowany, pochylał się ku ziemi. Sięgał już gruntu, gdy niespodziewanie poślizgnął się na kłączu, tak że ryjówka wyskoczyła mu z rąk, rzuciła się na Pliniusza i chapnęła go w łydkę.

Stary zaklął jak nigdy:

– Och, culus.

Wszystko to nie trwało dłużej niż sekundę. Noga spuchła jak pęcherz. Kubek potoczył się po trawie i mleko, biała posoka, rozlało się wśród krwi, bebechów i zwierzęcych kłaków.

– A nie mówiłem – powiedział Maniusz, po czym odrzucił widły i zarządził: – Chodźmy! Chodźmy stąd!

Podał Pliniuszowi rękę i krętą ścieżyną, przez osty i ciernie, poprowadził do domu. Feliks, rycząc jak bóbr, podreptał za nimi.

Zleciał się kto żywy. Wśród lamentów i krzyków ułożono Pliniusza na drewnianym łożu. Hilaria zzuła mu sandały i okryła go kocem. Agaton zapalił kadzidła, rozpryskał oleje. Maniusz wyciągnął z szafki galerię pośmiertnych masek i rozstawił przy oknie, by przypominały o przodkach i o ludzkim losie. Wciśnięta w kąt Spuria patrzyła się na nie i nie przestając spazmatycznie szlochać, to smarkała, to z trudem łapała powietrze. Pliniusz jęczał. Szarpał koc i prześcieradło i zaplatał supły.

– Dziewczyno, czy jesteś na cebulowej diecie? – zwrócił się do płaczącej. – Czego tak rozpaczasz? Jeszcze nie umarłem. Nie mogłabyś choć trochę poczekać?

Chciała coś odpowiedzieć, ale Plinia Marcella zagłuszyła ją nagłym wtargnięciem; przybiegła z wielkim sznurem amuletów i magicznych dzwonków.

– Musimy wezwać lekarza – zawyrokowała.

Zerkała z lękiem na syna, który dreptał wokół śmiertelnego łoża, obracając na palcu złoty rodowy pierścień.

– O, tylko nie to. – Pliniusz uniósł się na łokciach. – Nikt nie potrafi tak dobrze ukryć swych błędów jak lekarz. Głęboko pod ziemią. Co najmniej. Nie bez powodu na grobie pewnego nieszczęśnika widnieje napis: Zabiła mnie banda znakomitych lekarzy. Nie mam zamiaru opłacać własnego mordercy!

– Jesteś kutwą, wuju – palnął Gajusz, po czym natychmiast pożałował wybuchu, zawstydził się i poprawił: – Na zdrowiu nie można oszczędzać.

– Na zdrowiu nie, ale po co tracić majątek na choroby? Co ma być, to będzie. Hilario – zwrócił się Pliniusz do starej – przygotuj mi miksturę z dzikiego tymianku, nasion kopru i korzenia pietruszki. Wymieszaj z mąką. Powinna ulżyć w bólu. Stefanusie, znajdziesz dokładny przepis w książce o Świątyni Eskulapa z Kos.

– Tak, panie.

– W prawym górnym rogu...

– Tak, wiem przecież, zaraz znajdę.

– Bardzo ważne są dokładne proporcje. Przynieś też przybory do pisania i papirus. Ten najdroższy.

Stefanus, który w tym wszystkim uśmiechał się bezczelnie, aż mu na czole wygładziło zmarszczki, teraz nagle zmarkotniał.

– Panie, może choć teraz spróbuj nie pisać. Odpocznij.

– Muszę spisać testament... – odpowiedział. – Póki mam władze umysłowe. A ty, Feliksie, nie smuć się i nie płacz. Kochaj swój los, jakikolwiek by on był. Zostawcie mnie teraz. Najlepszym lekarstwem jest spokój.

Pliniusz przez cztery godziny dyktował swoją ostatnią wolę, po czym zmęczony i obolały, poddał się chorobie. Majaczył, bredził, po stokroć przeklinał rodzinę, pluł na wszystkich cesarzy i płacząc, powtarzał w malignie: Rektina, Rektina. W rzadkich chwilach, gdy choroba odpuszczała, uśmiechał się łagodnie i nic nie mówiąc, patrzył na Feliksa. Ten nie odstępował go na krok. W dzień i noc czuwał przy nim jak pies. Wychodził tylko wtedy, gdy Plinia Marcella przychodziła, by jęczeć, zawodzić i płakać.

 

Feliks nie mógł pogodzić się z tym, że prawie go zabił. Im dłużej Pliniusz leżał złożony nieszczęściem, tym baczniej mu się przyglądał. Chciał się dowiedzieć, czy stary był głosem dla tekstu, który w nim płynął, czy może był samym tekstem. Pragnął go poznać i zrozumieć. I w tej pogoni za prawdą, choć nie powinien, upijał go mocnym, apiańskim winem. Robił to również dlatego, by ulżyć mu w cierpieniu. Wino pomagało Pliniuszowi zasnąć. Dzięki niemu zbierał siły, a z nogi schodziła opuchlizna. Zanim jednak padł i zachrapał, wierzgał jak osioł w końskiej uprzęży: ryczał, złorzeczył, mamrotał. Feliks notował w pamięci każde przekleństwo, majaki i brednie. Analizował każdy refleks, każdy spazm i grymas. Na pomarszczonej, porowatej skórze szukał kardynalnych znaków i wiele mówiących liter. Wszystko w głupiej nadziei, że to, co ukryte, wypłynie wraz z potem na powierzchnię. Jakby czyścił stare zapiski, dokopywał się do ukrytych znaków. Naiwny, widział je nawet tam, gdzie ich nie było lub gdzie tkwiły postawione na opak.

Leżał u łóżka, na podłodze, wśród rozłożonych pisanin, gdy Pliniusz się przebudził.

– Łyka. Łyczka.

Rzucił się do łóżka z bukłakiem. Wlał wino w spierzchnięte usta.

– Co tak skrobałeś? – zapytał Pliniusz. – Za głośno.

– Twój tekst, panie, o Apionie Gramatyku.

Stary wyciągnął przed siebie wychudzone ramię. Rozczapierzył dłoń i macał niewidzialne w przestrzeni pod sufitem. Uniósł się, pociągnięty fantasmagorią, i powiedział:

– Cymbał świata.

– Co proszę?

– Cymbał świata ten Apion. Pracuś, bufon, skurczybyk, szarlatan. – Opadł na poduchę i bełkotał: – Kretyn. Mówił, że posiadł magiczną roślinę, dzięki której wskrzesi ze zmarłych cień Homera. Myślał, że posiadł uniwersalną wiedzę! Że pojął Naturę! Ha! Uniwersalna wiedza – zaśmiał się i zapłakał. – Wszystko to dym i słoma. Litery. Nic więcej... – Zamknął oczy, świsnął przez nos i zachrapał.

Feliks zerkał na wychudzoną twarz z jej porowatym czołem, z siatką żył na lewej skroni, tuż nad małżowiną, i myślał o tym, co wyczytał właśnie u Apiona, że choć ludzkie rysy składają się zaledwie z dziesięciu cech ograniczających szanse kombinacji, to w całej masie ludzkości nie ma i nie było dwóch osób, których by nie dało się od siebie odróżnić. Los człowieka, jego przeszłość i przyszłość można odczytywać z samych rysów twarzy, przede wszystkim z czoła. Gapił się na Pliniusza i po swojemu czytał jego historię.

 
 
II
 
 

Pliniusz przyszedł na świat za panowania Tyberiusza, najsmutniejszego z ludzi. Kto wie, być może gwiazda z długim włosem przecięła wtedy niebo, znacząc mu los mordęgą, pechem i saturnijnym smutkiem. Wyrósł w surowym domu o grubych ścianach, z widokiem na gmaszyska Alp i na graniczną twierdzę Porta Praetoria, postawioną jeszcze za Juliusza Cezara. Bogata posiadłość, z winnicą i małym młynem, położona na nie do końca wysuszonym bagnie, zapadała się od strony wschodniej i jakby omotana butwiejącym pnączem, pękała w czarnych zygzakach; domagała się wiecznych remontów i udziwnień – czasem zwykłej ogrodowej tykwy, czasem mocnych żeliwnych podpórek. Ciągle coś trzęsło, chybotało i prószyło tynkiem.

Matka, nieszczęśliwa, zrzędząca, mawiała:

– Lepiej zburzyć i postawić od nowa.

Ojciec zaś uspokajał:

– Odnowimy elewację i będzie po staremu!

– A zapadlina?

– Nie pochłonęła nas przez tyle lat, to i nie pochłonie teraz. Po co to czarnowidztwo?

Stary ekwicki poborca podatków uwielbiał polowania i sentymentalne wyprawy w świetność i heroizm. Zagracał dom spreparowanym ptactwem, porożem alpejskich koziorożców, skórami dzików i danieli. Cały w pyle i we krwi, jakby wrócił z pola ciężkiej bitwy, układał je obok zakurzonych zbroi, siatek, tarcz i kolczug. Była to jego spoila opima: chluba i dowód męskości. Niekiedy dreptał z zadumą obok galerii pośmiertnych masek. Otwierał szkatułkę w lararium i mówił do Pliniusza:

– Spójrz, twoja pierwsza broda!

– Takie tycie kłaczki?

– Czyż nie? Jak gęsie pipki. – Przytłoczony nagłą refleksją o nietrwałości rzeczy i życia, ocierał wstydliwą kapkę. – Kto by pomyślał, że tak wyrośniesz! Z piętnaściorga dzieci... tylko ty.

– Ja i Marcella!

– Ona jeszcze taka mała... wszystko się może zdarzyć. Zresztą, to tylko dziewczynka.

Potem, by zatrzeć wrażenie bezduszności, opowiadał o niezliczonych śmierciach, poronieniach, chorobach, z maniakalnym akcentem na potworność, która deformuje nogi, ręce i odbiera wzrok.

– Nie wiadomo, skąd potworność przychodzi. Życie to absurd. Nie ma nic, co by przemawiało za istnieniem, a jednak ono trwa i nie odpuszcza. Dlatego trzeba je łapać za mordę! Z honorem! Z odwagą! W duchu naszych przodków! – skandował, po czym spowalniał i dodawał, z modlitewnym niemal namaszczeniem: – Mnie się nie udało, ale ty, Pliniuszu, na pewno zostaniesz senatorem!

Żegnał się. Zostawiał za sobą strachy i makabry i jakby ktoś go ścigał, gorączkowo kulbaczył konia i na złamanie karku pędził na łęgi lub w góry.

Pliniusz polowań nie lubił, wolał niespieszne spacery. Zakryty kapeluszem o szerokim rondzie, wałęsał się po okolicy z wędką lub siatką na raki. Podpatrywał prostych i poczciwych ludzi, przywiązanych do ziemi swych dziadów i do tutejszych bogów, do Sola i Luny. Uwielbiał jezioro, wodospad i przedziwny strumień, który pęczniał przez sześć godzin, a potem topniał i zanikał, jakby ściekał do podziemnych zapadlisk. W miasteczku odwiedzał tawernę oferującą przedni bób, a potem, oddychając rześkim, zdrowym powietrzem, przecinał dolinę i wracał do domu. Zrywał zioła i trawy, które pomagały chronić przed okropną chorobą, deformującą ręce i nogi, odbierającą wzrok. To wszystko zostawił za sobą, gdy przyjechał do Rzymu.

Choć majętny, jako ekwita nie miał zagwarantowanych urzędów i musiał z uporem żuczka tuptać po ścieżce kariery: wyrabiając koneksje, kłaniając się w pas i prowadząc, dla wyrobienia prestiżu, niewdzięczne życie na pokaz. Ojciec nie szczędził grosza i kupił mu willę z arkadami i kiczowatą grotą w dogodnej lokalizacji – na szczycie Oppius. Z tarasu rozciągał się widok na bazylikę, bibliotekę i wysokie łuki stawianego właśnie akweduktu Aqua Claudia, którego cysterna huczała już głośno od wody i łączyła się z Anio Novus.

– Nic nie pęka, nic się nie chwieje. Solidna robota – powiedział stary, gdy dobili kupna.

– Ciut zimne.

– Mój drogi, gdy zostaniesz wreszcie senatorem – tu westchnął, uniósł zgrubiały paluch i machał nim, jakby mazał powietrze niewidzialną farbą – zainstalujemy ci hypocaustum, będziesz mieć i ciepłe podłogi, i ściany, i co tam sobie chcesz. Może nawet korynckie wazy i stiuki pochlastane srebrem. Dokupisz służby – rozmarzył się. – Na razie jednak musisz sobie radzić z tą marną piętnastką. Kupiłem ich rano na targu. Na tego lepiej uważaj. – Wskazał na chudzielca z wężowym tatuażem. – Dostałem za pół ceny, bo to zbieg, dwukrotny! Wyobrażasz sobie? Patrz, jaka grecka morda! – Mrugnął do Pliniusza, po czym szepnął: – Uczony, mądrala. Jak nim dobrze pokierujesz, pomoże ci w studiach i administracji.

Ojca już więcej nie zobaczył. Stary ściągnął do maleńkiej patrii, gdzie polował, stabilizował pękający dom i roił o synowskim spełnieniu i karierze.

Aby stało się zadość tym majakom, Pliniusz oddał się nauce z gorliwością prowincjusza. Studiował skrupulatnie, jednak bez zapału i wewnętrznej pasji. Z pomocą Stefanusa zamknął ten epizod i z uczuciem olbrzymiej ulgi jako dowódca kohorty pod Korbulem rozpoczął karierę w wojsku. Najpierw walczył w Germanii Mniejszej, potem wziął udział w podboju Chauków i budowie kluczowego dla Imperium kanału, łączącego Maas z Renem. Wreszcie doszedł do funkcji dowódcy kawalerii, dla odmiany w Germanii Większej. Skończył jako trybun z ozdobną falerą, na której stało napisane: Plinio praefecto equitum. Z tym trofeum zjechał do Rzymu, gdy do władzy dochodził młodziutki i bardzo popularny syn Agrypiny.

 

Grupka matron, podobnych do motyli ledwo wyklutych z gąsienic, rytmicznie machała przezroczystymi skrzydełkami. Chichotała i trajkotała o przyziemnościach:

– Akte, kochanka Nerona, kąpie się w kozim mleku.

– Coś ty! W zwykłym, w oślim! Ale wybiela zęby proszkiem z ostryg i skorupiaków!

Senator o garbie jak piłka szybko zgasił entuzjazm. Wyjaśnił:

– Nie jest już kochanką.

– Jak to?

– Wygonił ją z Palatynu. Otacza się bandą greckich efebów i effeminatusów w pasterczych kieckach. Grają mu na fletach i na jakichś trąbach...

Wyfiokowana staruszka o zbielonej twarzy nie kryła oburzenia:

– A fe! Czy nie ma już w Rzymie ładnych chłopców? – Wsadziła palec do karminowych ust; imitowała głośne wymioty.

Ktoś rzucił:

– Fabio, zarzygasz mi sandały!

Przez plac poniósł się chichot, tłamszony chustką lub dłonią, zakrywającą dziury po spróchniałych zębach.

– Najgorsze w tym wszystkim jest to – ciągnął garbus – że cała ta fascynacja Grecją podkopuje nasze rzymskie cnoty. Cesarz wpadł na pomysł zorganizowania zawodów atletycznych w stylu greckim, a przecie wiadomo, że ćwiczenia nago mogłyby zachęcić do niemęskich zachowań i pozbawić młodzież ekwicką tych cech, jakie musi mieć dobry żołnierz.