Plama światła - Paweł Mateja - ebook
NOWOŚĆ

Plama światła ebook

Paweł Mateja

3,0

Opis

Plama światła” to historia dwóch przyjaciółek, które wybrały się w Bieszczady i trafiły na niecodzienny festiwal…

W trakcie festiwalu będziecie mieli okazję wysłuchać wielu wykładów poświęconych pozaziemskim cywilizacjom, rozwojowi duchowemu i tajemnej wiedzy, z której istnienia nigdy nie zdawaliście sobie sprawy. Spotkacie tam wielu ekspertów, legendy polskiej sceny ufologicznej, przewodników duchowych i nowe przyjaźnie. Razem będziemy jeść, medytować, razem tańczyć i śpiewać, nocami patrzeć w niebo. Wszystko to w otoczeniu piękna bieszczadzkich szczytów o gościnnych i zachwycających szlakach. Weźcie ze sobą górskie buty i otwarte głowy. Wspólnie zmieńmy nasz świat i nasze życia. Spędźmy razem cudowny weekend, którego nie zapomnimy nigdy. I z którego nigdy już nie będziemy chcieli wracać.

Zapraszamy na „Nowy kosmos”!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 245

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0

Popularność




Tytuł: Plama światła

Autor: Paweł Mateja

Copyright

© 2022 by Paweł Mateja

© 2022 by Wydawnictwo IX

Copyright for the cover art

© 2022 Julia Soboleva

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX

Redakcja: Krzysztof Grudnik

Korekta: Krzysztof Biliński

Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński

Ilustracja na okładce: Julia Soboleva

Ilustracje w książce: Julianna Mateja

Zdjęcie autora: Nela Dymopulos-Kusto

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, z wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.

Wydawnictwo IX

[email protected]

wydawnictwoix.pl

Kraków 2022

Wydanie I

ISBN 978-83-67482-26-4

Śnienie światłem

Śniący nie może przeniknąć sensu koszmaru, prawdę odkryć można dopiero po przebudzeniu, albo jeśli jest się tym, którego wyśniono. Próbujemy ułożyć tę historię z wielu snów, przez co nie ma ona początku. Góry wokół są wysokie, złote światło chylącego się słońca skrzy się na dziewiczym śniegu. Sen nie ma końca innego niż przebudzenie śniącego.

Coś przelatuje nad głowami, dwaj mężczyźni podnoszą jednocześnie głowy. Mają czerwone od mrozu twarze, a na długich brodach oddech zmienia się w lód. Patrzą na coś, co przelatuje wysoko, zbyt wysoko i zbyt szybko. Przyspieszają kroku i choć niemal nic do siebie nie mówią, wygląda na to, że rozumieją się doskonale. Trzeba zdążyć przed nocą. Są już blisko, coraz bliżej. Ogrania ich lęk przed tym, ku czemu tak bardzo im pilno. Młodszy niesie ciężki wojskowy plecak, niesie go już od dawna, bo jego towarzysz musi oszczędzać siły, w drogę powrotną wyruszy samotnie. Zatrzymują się na zwalonym drzewie, starszy pali papierosy, młodszy milczy, ma zamknięte oczy. Modli się w ciszy i gdyby była w jego modlitwie najdrobniejsza myśl, byłaby tak jasna, że rozbłysłaby przed oczami śniących. Starszy dopala papierosa do samego końca, niemal parząc sobie palce. Później też zamyka oczy, ale inaczej brzmi modlitwa tego z braci, który ma złożyć ofiarę, od tego, który się nią stanie.

W gęstwinie snów roi się od wizji darów składanych z innych miejsc i czasów, sny obu mężczyzn także wplątane są w tę tętniącą sieć, po której przesuwa się plama światła, dzięki której możemy obserwować idących.

Słońce chyli się, a śnieg czerwienieje. Im dłużej idą, tym częściej trafiają na obalone drzewa, które zdążył już przykryć biały puch. Góry wynoszą się coraz wyżej, a dolina zmienia się w lodową pustynię. Idą dalej, teraz coraz wyżej, doganiając szczyty. Idą pospiesznie, nie nagli ich zmrok, ale obiecana ofiara. Idą długo, a zachód słońca zdaje się ciągnąć w snach nieskończenie długo. Może mijają godziny, może dni.

We śnie wreszcie zatrzymują się na przełęczy, z której widok rozpościera się na dolinę zwalonych drzew. Dolina jest rozległa i cicha jak ich myśli. Ostatnie docierające do niej promienie gasnącego już słońca kładą cienie na ornament wyrzeźbiony w zbitym śniegu i ułożony z powalonych drzew. Mężczyźni patrzą w podziwie, to samo uczucie udziela się śniącym. Wzór jest kolisty, szeroki na kilka kilometrów. We śnie wygląda jak mandala, ale nie da się dostrzec jej centrum. We śnie nie da się odczytać jej znaczenia, ale mężczyźni wydają się je rozumieć. Sen rozmywa się tutaj, staje się niewyraźny. Widać tylko, że schodzą stromym zboczem. Zapada zmrok i noc pochłania wizję. Później tylko gdzieś na niebie zapala się rażąco jasny punkt i powoli opada w centrum snu.

Na końcu wszystko tonie w białym świetle, zbyt jasnym do wyśnienia. Wszyscy śniący łowią sen, wszyscy śniący budzą się wreszcie w przerażeniu, przemarznięci fantomowym powiewem Uralu. Śniący budzą się z krzykiem, jasne światło wypala sen ze wspomnień.

Neofickie nauki

Basia uparła się, że wysiądą w Wetlinie, choć bilety obowiązywały do samych Ustrzyk. Kierowca pomógł im wytargać ze schowka bagaże, których później Sara pilnowała, siedząc na krawężniku, bo nie było sensu w dwójkę obijać się nimi po ciasnym sklepie. Basia uparła się, że zakupy muszą zrobić w tym miejscu, choć pewnie znalazłyby dalej inne. Uparła się, bo właśnie ten sklep uważała za sprawdzony w poprzednich wypadach. Ustaliła też już miejsce, gdzie zjedzą obiad, i opowiadała o nim z takim przejęciem, że wybór potraw również nie będzie podlegać dyskusji. Basia zaplanowała cały wyjazd, uparła się na niego, tak jak upierała się później na każdy element jego wykonania, a Sara dobrze znała jej nieugiętość. Nie miała zresztą wcale obiekcji. Piła wodę z filtrującej butelki, patrzyła na przejeżdżające samochody, na ludzi, którzy kręcili się po parkingu, rozmawiając, trzaskających drzwiami, wchodzących i wychodzących.

Po drugiej stronie ulicy były domy, kwatery i pokoje do wynajęcia, za nimi w stronę nieba wyciągały się góry. Na ich szczycie chyba widziała połoniny, ale nie miała pewności: do tej pory oglądała je tylko na fotografiach. Jeszcze nie otrząsnęła się całkiem ze snu, w który zapadła w autobusie za Sanokiem. Nie potrafiła przypomnieć sobie jego treści, zostały tylko strzępy, zbyt efemeryczne, by cokolwiek z nich dostrzec, ale zbyt lepkie, by móc zostawić je za sobą. Zdążyła już opanować rajzefiber, a przynajmniej znaczną jego część, wystarczająco dużą, by móc cieszyć się tym przedsmakiem nadchodzących atrakcji. Tylko ten sen, nieprzeżuty i nieprzyjemny. I ten pozostający po nim absmak.

Żałowała, że musi mieć bagaże na oku, bo najchętniej przeszłaby się po parkingu: zerknęłaby na drewnianą budę z pamiątkami, choć było jeszcze za wcześnie na kupowanie takich rzeczy. Tanie trofea kusiły ją, sama nie wiedziała dlaczego. Zawstydzała ją ta myśl, jakby jeszcze nie zasłużyła na to, żeby nagrodzić się za przyjazd. Miała jednak ochotę gapić się, chodzić i patrzeć przez te wszystkie nadchodzące dni, tutaj z dołu na góry i z gór na to wszystko, od czego mogła wreszcie odpocząć.

Na parking wjechał z hukiem głośnej muzyki samochód terenowy, wznosząc chmurę kurzu. W tym samym momencie odezwał się dzwonek w drzwiach sklepu. Basia była obładowana zakupami, w obu dłoniach dźwigała torby. Uśmiechnęła się szeroko i spod pachy upuściła bochenek krojonego chleba, który spadł w kurz.

— Jak my się zabierzemy z tym wszystkim? — Sara załamała ręce.

Kierowca ciężkiego samochodu, wchodząc do sklepu, popatrzył w ich stronę niechętnie, choć być może spojrzał tylko na Sarę. A może po prostu jej się wydawało.

— Normalnie, upchniemy to jakoś w plecakach.

— Będziemy z tym szły jak wielbłądy.

— Tylko kawałek, do baru jest niedaleko, kilka kroków. Później z pełnymi brzuszkami poczekamy na jakiegoś busa i tyle. Będzie dobrze — sapnęła, upychając paczkę sera w bocznej kieszeni plecaka, po czym docisnęła ją jeszcze puszką fasoli. — Będzie dobrze albo i lepiej. Zajebiście będzie. Zaczynamy przygodę, stara.

Do baru wcale nie było blisko i wcale nie było tak, jak Sara mogłaby sobie wyobrażać. Basia terkotała, wskazując palcem tu i tam.

— Tu kupisz największe naleśniki świata, strasznie drogie, ale może będzie okazja, tam nocowałam ostatnio i nie mieli ciepłej wody w kranie, ale nie bój się, teraz z kranów będzie lał się wrzątek, a tu jest bar, bardzo znany i kultowy. Bar minęły. Okazało się, że wybierają się do innego, niemal na samym końcu Wetliny.

Cóż, przynajmniej kolejny przystanek autobusowy jest rzeczywiście blisko, myślała Sara, ostrożnie stawiając bagaż między stolikami. Nie powinna czuć się zmęczona tym spacerem, ale plecy miała już mokre. Rozsiadły się na małej werandzie, a Basia zanurkowała do środka małego i hałaśliwego lokalu, by po chwili wrócić z menu. Nie było wielkiego tłoku, ale co chwila ktoś przychodził i szukał miejsca. Ludzie schodzili już z gór, niósł się od nich zapach potu, zmęczone stopy szurały po podłodze. Sara poczuła ukłucie zazdrości, nie mogła pozbyć się wrażenia, że wszyscy dokoła widzą w niej amatora, świeżaka, który nie przystaje do tego miejsca. Jedzenie w tym tłumie powinno być nagrodą za zdobycie szczytu, za ubrudzenie butów szlakiem.

Basia uśmiechała się znad talerza i tak naprawdę było przyjemnie. Z tego momentu powstanie wspomnienie warte wspominania – pomyślała Sara i czuła, że polubiła to miejsce, które przecież wcale nie odczuwało do niej niechęci. To wszystko było w głowie, w niechcianych myślach, gdzieś głębiej niż wietrzejący sen.

— Chciałam tu zajrzeć od razu, bo z Ustrzyk będzie za daleko, więc pewnie więcej nie będzie okazji, a zawsze tu przychodziłam na obiadki i byłoby mi żal. Smakuje ci?

— Smakuje. Jak daleko? Ja chętnie bym tu wróciła.

— Ja też, ale co zrobić? — Wzruszyła ramionami, zdrapując widelcem resztki jagód z talerza. — Nie wiem dokładnie, może kilkanaście kilometrów. Autobusem to będzie pewnie ze dwadzieścia minut, może dwadzieścia parę.

— Tak dużo?! Przecież miałyśmy bilety prosto na Ustrzyki. A jak nic już nie kursuje? — Nagły lęk rozlał się po splocie słonecznym. — Mój boże, przecież nie będziemy szły takiego dystansu pieszo. Nie sprawdziłyśmy nawet rozkładu. — Sara czuła, że jest o krok od płaczu, przejęła się bardziej, niż powinna. Jej przyjaciółka musiała być przyzwyczajona do takich ataków, bo spojrzenie miała pełne serdecznego politowania i rozbawienia.

— Przed chwilą przejechał busik, jakbyś siedziała twarzą do drogi, to być widziała. Nie stresuj się, będzie kolejny. A jeśli nie — dodała — to złapiemy stopa.

— Z tymi bagażami?

— No tak, myślisz, że samochód osobowy tego nie uciągnie? To rozbijemy się gdzieś na pałę — droczyła się dalej, ale gdy zobaczyła przerażone spojrzenie towarzyszki, parsknęła śmiechem. — Ty naprawdę się przejęłaś, Jezu, oddychaj. Przyjedzie jeszcze nie jeden i nie dwa. Jedz i się nie stresuj, po to tu przyjechałyśmy, może jeszcze wypijemy po piwie? Nie? No trudno, dobra. Płacimy i wychodzimy, bo nie wytrzymasz, prawda?

Prawda. Na rozkładzie jazdy nie było już żadnego połączenia tego dnia, ale Bu kazała Sarze nie histeryzować. Zapewniała, że coś przyjedzie mimo wszystko. Dlatego Sara wolała milcząco podziwiać zielony, rozległy krajobraz, niż wpatrywać się ciągle w drogę, która z jednej strony ginęła na zakręcie między domami, z drugiej za ostrym zakrętem między górami. Widok na połoniny częściowo zasłaniał uroczy domek z drewna, a zaraz obok zaczynało się wejście na szlak. Kiedy obrócić się w stronę, z której przyszły, widok był lepszy, bo rozleglejszy. Histeryzowała w środku mimo wszystko, po prostu starała się tego nie werbalizować. Jeśli będzie trzeba – myślała – będę łapać stopa. Nigdy wcześniej nie miała okazji i zrobiłaby bardzo wiele, żeby tego uniknąć, ale jeśli nic innego nie przyjedzie, znajdzie w sobie tę odwagę. Bardzo tego chciała.

Basi z pewnością nie przeszkadzało to nerwowe milczenie, zdążyła już nawiązać konwersację ze starszym mężczyzną, który przyłączył się do oczekiwania. Równie jak Basia spokojny, może nawet bardziej. Miał zabrudzone wysokie buty i solidny, ale wyraźnie wysłużony plecak. Opowiadał o pogodzie i trasach, o zwierzętach po zmroku i grzybach, których w wielu miejscach zrywać wolno nie było, ale które zrywano mimo to.

— Sarny przecież wszystkiego nie zjedzą. W tym roku jeszcze za wcześnie na borowiki, ale w październiku jest tu wielki urodzaj, szczególnie że mało kto zrywa — perorował. Sara słuchała jednym uchem, spacerując poboczem tam i z powrotem. Nie było jeszcze tak późno i ze swoimi niepokojami czuła się śmiesznie, co wcale nie pomagało.

Autobus, a właściwie busik, oczywiście przyjechał. Poczuła ulgę, która niedługo później znów przerodziła się w niepokój innego rodzaju, bo kierowca poruszał się po wzniesieniach wielkiej pętli bieszczadzkiej ze zbyt dużą nonszalancją. Silnik wył pod ciężkim butem, a w radio cicho grały wiadomości, których chyba nikt nie słuchał, grały same sobie, tak jak same sobie stały góry i jak drzewa same sobie rosły. Zatrzymali się na dwóch parkingach leśnych, weszło jeszcze kilkoro turystów i zrobiło się tłoczniej. Droga prowadziła widowiskową serpentyną, która sprawiała, że trzeba było nadrobić kilka kilometrów, ale wynagradzała to widokami. Masywne szczyty nie były zresztą chętne na kompromisy. Po dłuższej chwili dało się przyzwyczaić do ciężkiej nogi kierowcy i wcale, ale to wcale nie chciało się wychodzić. Jakby mijane pędem drzewa wprowadzały w trans.

Ustrzyki Górne były jak wybudzenie ze snu. Spomiędzy uśpionych gór wjechali w rozległą, rzadko i chaotycznie zabudowaną przestrzeń, która w pierwszym momencie wcale nie wydawała się ładna. Sara zmartwiła się nieco, przestrzeń była nieuporządkowana, jakby ktoś rozrzucił budynki bez żadnego pomysłu, jak coś, co dawno temu rozpoczęto, ale zabrakło woli na ostatni etap. Wetlina w pierwszym kontakcie wyglądała przyjemniej, jak miejsce, które chętniej się wspomina, z którym już zaczęła się zaprzyjaźniać. Teraz musiała próbować od nowa. Minęli stojący w polu kościół i po kilkuset metrach wjechali na mały parking obok skrzyżowania. Był to przystanek końcowy kursu i bus opuścili wszyscy, włączając kierowcę, który zaraz zapalił papierosa. Sara z trudem mozoliła się z bagażami.

— Tutaj też mogłyśmy zjeść, jak widzę.

— Jasne, pewnie jutro skorzystamy. Chodźmy, jeśli wytrzymasz resztę trasy bez marudzenia, być może zostanie ci to wynagrodzone.

Przynajmniej góry sprawiały tam jeszcze większe wrażenie. Wyrastały ze wszystkich stron. Przestrzeń przynależna człowiekowi była tutaj uboższa niż w i tak niewielkiej Wetlinie, co budziło w Sarze nieznane wcześniej podniecenie.

— Jak? — zapytała wreszcie, raczej dla podtrzymania rozmowy niż z rzeczywistej ciekawości.

— Jeśli powiem, a mimo wszystko zaczniesz lamenty, to później będziesz rozczarowana, więc ani słowa więcej na ten temat.

— Będę miała na co się skarżyć? Daleko jeszcze? Pewnie bardzo daleko… Ej! — udała oburzenie, widząc, jak tamta teatralnie wywraca oczami. — Przecież to tylko pytania, nie liczy się jako narzekanie. No czekaj! — Basia, zamiast odpowiedzieć, zaczęła maszerować. Miała cały czas doskonały humor, więc mogły droczyć się dalej.

— Nie liczą się jako nienarzekanie, ale jak będziesz kłapać paszczą i lamentować, to będziemy się wlokły godzinami.

— I wtedy ominie mnie nagroda — podchwyciła Sara. — Wolę mimo wszystko wiedzieć jaka. Co, jeśli narzekanie jednak będzie dla mnie bardziej atrakcyjne od przygody?

— Nie wątpię, że będzie, co uniemożliwia mi podanie dalszych informacji. Jeśli dojdziemy na miejsce później, to później się zameldujemy, później się wypakujemy, później ogarniemy. Pójdziemy spać zmęczone i może cię zamorduję. Albo ty mnie.

— Aha, a w przeciwnym razie?

— Och, no dobrze, po prostu zwiedzimy okolicę po zmroku. Taka niespodzianka, że nie kładziemy się od razu w kimę, tylko zbadamy teren i pójdziesz spać spełniona i pachnąca wrzosami. Pasuje? Sara? Stara? — Tamta nie odpowiedziała. — Milczysz? — wyszczerzyła się Basia. — Doskonale, a więc zgodnie z planem, stara podziwia i nic się nie martwi.

Doskonale – zgodziła się Sara, ale już w myślach. Uśmiech wypłynął jej na usta wbrew woli. Poddała się mu zupełnie.

Sara dawno już zrezygnowała z posiadania własnych planów, poddanie się czystej entropii życia wyzwalało bowiem z rozczarowania niepowodzeniami. Choć wcale nie znieczulało na ból, to sprawiało, że ten stawał się drugoplanowy. Być może dlatego tak dobrze się ze sobą dogadywały: niekończący się entuzjazm potrzebował kotwicy; kotwica zaś, cóż, potrzebowała, by czasem coś poderwało ją z dna. Z głębi pełnej jam i studni, w które można było bez niczyjej pomocy opadać bez końca. Sara nie lubiła swojego życia i nie chciała myśleć o przeszłości, nie znajdowała tam żadnych miłych wspomnień, których mogłaby się trzymać. Nikogo bliskiego, nikogo, komu mogłaby zaufać i choć na chwilę opuścić gardę. A nie mając planu na życie, nie wiedziała nawet, z której strony mogą paść kolejne ciosy. Nie miała nic przeciwko oddaniu sterów w ręce przyjaciółki.

To w końcu Basia powiedziała któregoś dnia „jedziemy”. Powiedziała, że nie może już więcej słuchać tych ciągłych jęków i żali. „Wiem, że musisz sobie powzdychać, ale miarka niedługo się przeleje. Spakuję cię do plecaka i wywiozę w Bieszczady”. Sara oszalała na punkcie tego pomysłu i była gotowa wyruszyć nawet za moment, ale już kolejnego dnia napadły ją wątpliwości i zaczęła znajdować problemy, które uniemożliwiały jej wzięcie urlopu, albo bała się o swoje serce, albo o to, czy zniesie całodniowe wędrówki, skoro wcale a wcale nie ma sportowej formy, martwiła się o pieniądze i wreszcie zaczęła wykręcać się zupełnie bez powodu, spłoszona czarem nowości i przygody, które mogłyby wyrwać ją z przykrej codzienności. W głębi serca jednak wiedziała, że kapitulacja sprawiłaby jej niewyobrażalny ból. Kiedy wreszcie zdecydowały, że nie ma odwrotu, był już koniec sierpnia i Basia, od niechcenia przeglądając skromne oferty wolnych pokojów do wynajęcia, zauważyła, że w tym czasie i tak nie da się znaleźć już nic wolnego. Wtedy lęk przed utratą zwyciężył. Rezygnowanie z marzeń czasem bywa wyzwalające, ale niemożność podjęcia tej decyzji samodzielnie boli bardzo mocno. Wreszcie znalazły to jedno ogłoszenie, a właściwie informację o wydarzeniu. Nie tak to planowały, ale wraz ze zbliżaniem się wyjazdu to, co początkowo miały za ersatz, zaczęło napawać je większą ekscytacją.

* * *

— To chyba tu.

To musiało być tu, bo nie miały już siły iść dalej, bo dalej były już tylko drzewa. Basia zrzuciła plecak przy bramie. To musiało być to miejsce, choć spodziewały się czegoś zupełnie innego. Okazało się, że nie wszystko poszło zgodnie z planem, bo odległości na mapie wydawały się mniejsze, niż były w rzeczywistości.

Najpierw dotarły do końca miejscowości i przystanęły na chwilę przy białym znaku końca terenu zabudowanego. Było to dobre pół godziny wcześniej i kwadrans po wyjściu z autobusu, gdy Basia jeszcze nie straciła animuszu i po prostu zapukała do ostatniego domu po lewej stronie, żeby zapytać o drogę. Kiedy wymieniła adres, sympatyczna staruszka zmartwiła się:

— Na pewno chcecie tam iść pieszo? — U siebie miała komplet, było to widać po ilości zaparkowanych aut. Zza domu dobiegał pisk dzieci, które najwidoczniej niewystarczająco zmęczyły się na szlaku. — To kawał drogi, może lepiej poczekajcie na autobus do Stuposian?

Nie czekały, Basia twierdziła, że zawsze i wszędzie, jeśli zapytać o trasę dalszą niż rzut kamieniem, lokalni twierdzą, że na nogach będzie to trwało wieczność. W górach jednak słowa te miały w sobie więcej prawdy, a może to stopy mieszkańców były bardziej przywykłe do zmęczenia? Dziewczyny szły wąskim poboczem przez dobre pół godziny, nim ukazały im się kolejne domy. Szły wolno, bo plecaki były ciężkie, ale też dlatego, że iść szybciej w podobnym miejscu byłoby świętokradztwem. Koryto rzeki Wołosatki oddalało się i przybliżało do drogi, samochody z naprzeciwka jechały szybciej niż te przybliżające się zza pleców. Im dalej, tym mniej baz noclegowych, kolejne miejscowości coraz mniejsze i coraz dalej od siebie. Były za to szlaki, z których wracano do Cisnej, Wetliny, Krzywego, Smerka i Dołżycy, może nawet do Komańczy.

Wreszcie dotarły do ostatniego z szeregu domów, które stały w polu przy drodze. W pierwszej chwili go minęły. Nie różnił się specjalnie od sąsiedztwa, a spodziewały się czegoś, co nie pozostawić żadnych wątpliwości. Dalej jednak nie było sensu iść, zatrzymały się więc i upewniły co do numeru na płocie. Jednak dobrze trafiły. Na podwórku zaparkowany był tylko jeden samochód. Żadna z dziewczyn nie znała się na wozach, ale wyglądał zdecydowanie jak auto przystosowane do miejskich nawierzchni. Może to wszystko jedno? – wzruszyła ramionami Basia. Dom był duży, dwupiętrowy i ładny, nawet jeśli odrobinę zapuszczony.

Ostrożnie wcisnęła dzwonek i przez chwilę wahała się, czy nie zbyt krótko. Nikt nie otworzył, więc w końcu zadzwoniła po raz drugi, tym razem nieco dłużej. Spojrzała na koleżankę i ciężko westchnęła. Może jednak pomyliły adres i trzeba będzie wracać? Wydawało jej się, że na stronie wydarzenia był podany numer telefonu. Może warto sprawdzić?

Zrzuciła plecak, telefon był w bocznej kieszeni, miała tylko nadzieję, że złapie zasięg. Jedna kreska, na więcej nie liczyła. Internet z trudem zadziałał, szybko weszła na stronę wydarzenia i wybrała numer z opisu. Usłyszała sygnał: jeden, drugi, trzeci. W tym czasie Sara rozglądała się po podwórku, kręciła się w kółko, patrząc na drzewa, niskie jabłonki z jeszcze zielonymi owocami, już dawno oberwaną porzeczkę albo agrest. W świetle zniżającego się słońca setki małych muszek tańczyły jak drobiny pyłu. Połączenie zostało odrzucone. Basia ze złością nabrała powietrza, ale nim zdążyła je wypuścić, gdzieś nad jej głową otwarło się okno.

— Dzień dobry! Halo? — zaskrzypiał zmęczony głos.

Basia musiała zerwać się z krzesła i wyjść spod daszku. Sara stała bez ruchu i patrzyła bezradnie.

— My na festiwal — krzyknęła w stronę okularów pod krótkimi blond lokami. Oczy w okularach zmrużyły się, a usta zacisnęły. Pomyliłam się, pomyślała Basia, czując na plecach igiełki niepokoju. To nie tutaj i trzeba będzie wracać, może niedaleko, może na drugi koniec Ustrzyk. Czy w ogóle data się zgadza? Nie zdążyła dokończyć błyskawicznej tyrady wyrzutów. Z góry rozległo się westchnienie:

— Dobrze, już schodzę. — I okno zamknęło się ponownie. Dziewczyny wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.

Kobieta miała około pięćdziesiątki i rozmazany na pociągłych rysach makijaż.

— Słyszałam, jak dzwonicie, ale mam migrenę, przepraszam. Myślałam, że ktoś znowu zapomniał klucza, a ja nie jestem odźwierną. — Otworzyła szerzej drzwi. — Ale tutaj rządzę, więc wchodźcie i siadajcie.

Weszły i usiadły przy kuchennym stole. Gospodyni pochyliła się nad zeszytem, gryząc długopis.

— Patrzę i patrzę, ale tak mi się wydawało. Nie mamy już wolnych pokoi, nie wiem, czy coś pomyliłam… na jakie nazwisko była rezerwacja?

Sara otworzyła bezgłośnie usta i spojrzała na koleżankę.

— Nie robiłyśmy rezerwacji, proszę pani — zaczęła Basia. — Widziałyśmy ogłoszenie o festiwalu i postanowiłyśmy przyjechać, chyba nic nie było o rejestracji, nic nie widziałam przynajmniej. — Czuła, że zaraz zacznie się plątać. Nie powinna się stresować, ale była już zmęczona, a wzrok tamtej wydawał się surowy i oceniający. — Że ma być pole namiotowe…

— A, pole? No dobrze, trzeba było od tego zacząć. — Tamta jakby wreszcie chwyciła wątek, znowu pochyliła się nad zeszytem i przewróciła kilka kartek. — Tak, jest pole, tylko wiecie, mało kto z gości je wybiera, mało wpada młodych, a też często są wygodni. Mamy pole, tam miejsce oczywiście jest. Dwadzieścia złotych za noc za namiot, to bardziej za pokrycie kosztów wody, prądu, mam nadzieję, że rozumiecie? — Sara wypuściła powoli powietrze, które musiała wstrzymywać już długo. Więc wszystko w porządku. — Dostaniecie klucz, żeby mieć dostęp do łazienki na parterze i kuchni. Festiwal jest darmowy, ale jeśli będziecie chciały, to oczywiście będzie opcja wsparcia, ale to nie ma się co spieszyć.

Za oknem zahuczał silnik zbliżającego się samochodu. Wszystkie trzy odruchowo spojrzały za okno. Wyjątkowo hałaśliwa terenówka skręciła w podwórko i zatrzymała się na trawniku obok samotnego fiata. Karoseria była w khaki, cała zakurzona i ubłocona. Ze środka wyszedł postawny mężczyzna w ubraniach o takiej samej barwie i czystości.

— Dobrze. — Wróciła do zeszytu kobieta. — Podajcie mi swoje imiona, nie, nie trzeba dowodów, dajcie spokój. Zapłacicie z góry? — Basia skwapliwie sięgnęła po portfel, przedstawiły się. — Barbara, dobrze. Sara… jesteś żydówką?

Dziewczyna niemal podskoczyła, bo leniwy ton głosu kobiety nagle stał się jakby ostry i podejrzliwy. Widząc utkwiony w niej wzrok, ze zdziwienia otworzyła usta.

— Ja? Nie, nic o tym nie wiem… to znaczy — mieszała się, skrępowana pytaniem. Miała wrażenie, że siedząca obok Basia jest równie zdumiona. — Mam romskie korzenie, moja mama jest Romką, ale ja nie…

Kobieta zaśmiała się i machnęła ręką, jakby to wszystko nie miało najmniejszego znaczenia.

— Rzeczywiście, masz taką urodę, te oczy! — zaśmiała się.

Drzwi otworzyły się gwałtownie, potężny mężczyzna wszedł do środka i zmierzył siedzące badawczym spojrzeniem, zaraz jednak zniknął gdzieś w głębi.

— Petr! — krzyknęła za nim kobieta i wybiegła z kuchni. — Hej, Petr! Choć tylko, pokażesz dziewczynom, gdzie jest pole, żeby mogły rozstawić namiot. — Odpowiedział coś, czego nie zrozumiały. — Bo mam migrenę i chcę się położyć. Miałeś wrócić wcześniej, sam wiesz, że całą noc pisałam i nie zmrużyłam oka.

Nim usiadła znów przy stole, nalała sobie szklankę wody. Nim przyłożyła ją do ust, chwilę stała nachylona nad zlewem, jakby migrenowe pulsowanie było zbyt trudne do zniesienia. Wyjęła z wysokiej szafki blister tabletek i sięgnęła po jedną. Kiedy skończyła pić, mężczyzna stał znów w progu. Przesunęła do dziewczyn breloczek z pojedynczym kluczem.

— W zasadzie staramy się, żeby cisza nocna panowała między dwudziestą trzecią a siódmą, ale w najbliższych dniach to raczej nie będzie obowiązujące, chyba rozumiecie? Starajmy się szanować innych, ale miejmy również dla nich cierpliwość. W lodówce nie ma dużo miejsca, ale zmieścimy się wszyscy. Łazienka jest o tu naprzeciwko, a druga na piętrze. Petr, weź dziewczynom bagaże! — krzyknęła, a potem dodała bez przekonania: — Prawdziwy z niego skarb.

Mężczyzna był cichy i ponury, zapytany o to, czy wieczorem będzie więcej gości, odpowiedział z wyraźnym wschodnim akcentem, że większość tych, którzy już przybyli, jest w górach.

— Wrócą niedługo — mruknął i jasne było, że nie ma ochoty na dalszą konwersację.

Rzeczywiście wrócili. Pierwsze samochody zaczęły skręcać w podwórko, kiedy dziewczyny jeszcze rozkładały namiot. Ludzie trzaskali drzwiami, rozmawiali i czasem wybuchali śmiechem. Robiło się coraz ciemniej i coraz więcej świateł zapalało się w pokojach. Niektórzy włączali telewizory, a z otwartych okien słychać było wiadomości albo muzykę. Inni pewnie zużyli resztki ciepłej wody pod prysznicami i leżeli wymęczeni na łóżkach, ci zaś, którzy zdołali znaleźć nowe siły, gromadzili się w salonach na piętrze i parterze, które łączyła tylko otwarta klatka schodowa.

Sara rozciągnęła się w namiocie na dmuchanym materacu i żuła czekoladowego batona. Wieczór był ciepły, pogodny, ale nie na tyle, by odmówić sobie koca. Przez uchylone wejście wpływało świeże i czyste powietrze i Sara czuła, że ma dosyć gór i przygód na ten dzień. Wiedziała, gdzie jadą i jak będą spędzać czas, ale w tamtej chwili była zmęczona i przesycona wydarzeniami. Żałosne wydawało jej się to, jak niewiele potrzebuje, by przekroczyć własny limit. Przez chwilę, kiedy były jeszcze z Basią same, czuła, że to miejsce można pokochać całym sercem, że będzie jej dobrze na przestronnym miękkim trawniku, na którym znalazły sobie równą i komfortową przestrzeń. A później zaczęły zjeżdżać samochody i choć wiedziała, że to śmieszne, miała wrażenie, że odebrano jej odczuwany przez moment spokój, że straciła autonomiczną władzę nad obejściem, nad którym przecież nigdy jej nie miała. Jacyś ludzie chwilę wcześniej przechadzali się po ogrodzie, zaśmiewając głośno. Ktoś przyniósł gitarę i stroił ją długo, a później zaczął śpiewać bieszczadzki szlagier. Sara pomyślała, że chciałaby też go pośpiewać, bo przecież to jedna z tych rzeczy, które robi się w takim miejscu. Nie mogłaby jednak podejść do grupy i przyłączyć się do rosnącego niezbornego chóru. Czy było jej wolno, skoro nawet jeszcze nie widziała Bieszczad ze szczytu połonin? Przez chwilę miała dla siebie cały ogród, teraz musiałaby przemieszczać się po ruchomym labiryncie z ludzi i ich spraw. Potrzebowała zamiast tego ciszy i spokoju.

Paweł Mateja, Ślązak, zawodowo związany z branżą IT, w wolnych chwilach podcaster i redaktor serwisu Carpe Noctem. Fascynat tematów paranormalnych, mistycznych, gnostycznych, niesamowitych, kosmicznych i cudownych. W 2021 roku nakładem Wydawnictwa IX opublikował "Nocne", składający się z koszmarów i pająków zbiór podsumowujący wiele lat publikowania opowiadań w antologiach i pismach. Powieść "Plama światła" ma nieść pociechę rozpuszczenia świadomości w kosmicznej jedni.