Piętno von Becków - Joanna Jax - ebook + audiobook
Opis

Julia Kunis, prawnuczka Wernera von Becka, postanawia prześledzić dzieje rodu von Becków. W trakcie swoich wędrówek poznaje historyczkę Martę Landowską, spadkobiercę żydowskich jubilerów – Dawida Halperna i cynicznego poszukiwacza drogocennych pamiątek III Rzeszy – Toma Andersa. Odkrywając historię swojej rodziny i osób z nią związanych, Julia wkracza na niebezpieczną ścieżkę, która może zakończyć się dla niej tragicznie. Skrzywdzona przez ostatniego partnera nie chce wchodzić w kolejne związki, ale głos serca nie pozwala jej zapomnieć o sile uczuć. W trakcie sentymentalnej podróży do kraju przodków na jej drodze stają miłość i namiętność, które kolejny raz wygrywają ze zdrowym rozsądkiem. Jednak piętrzące się przeszkody i strach przed kolejnym zranieniem wydają się nie do pokonania…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 580

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 17 godz. 39 min

Lektor: Elżbieta Kijowska

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Pracownia WV

Ilustracja na okładce

© Todd Keith / iStockphoto.com

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2016

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3 C

tel. 32-348-31-33

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

Tekst © Joanna Jakubczak

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2016

ISBN 978-83-7835-502-1

Każde życie ma swój kres. Bez względu na to,

czy się przez nie przeczołgasz, czy przefruniesz.

Książkę tę dedykuję Kochanej Mamie, która wspiera mnie z nieba, i Kochanemu Tacie, który wspiera mnie na ziemi.

Prolog. 2014

1. Warszawa

Tego roku lato nie rozpieszczało pogodą, ale pewien lipcowy dzień zapowiadał się naprawdę pięknie. Już o poranku słońce muskało ulice jaskrawymi promieniami, zaglądało w okna i smagało ludzkie twarze. Intensywny błękit nieba dawał gwarancję, że taki stan będzie trwał przez cały dzień.

Marta Landowska jak codziennie kupiła świeże pieczywo w piekarni naprzeciwko kamienicy, w której mieszkała ze swoją babcią, zaszła do kiosku po gazety i wróciła pośpiesznie do domu. Nie mogła sobie pozwolić na rozkoszowanie się letnim porankiem, musiała przygotować babci Kornelii śniadanie, pomóc jej w porannej toalecie, a potem zdążyć na autobus o siódmej trzydzieści. O ósmej zaczynała ćwiczenia ze studentami. Była nieco zniechęcona pracą z nimi, bo nie widziała w nich ani pasji, ani szczególnego zainteresowania przedmiotem. Poza tym zarabiała tak marnie, że niektóre studentki nosiły droższe buty, niż wynosiła jej pensja. Wiedziała jednak, że jeśli chce kontynuować karierę naukową, musi pogodzić się z pewnymi niedogodnościami.

Przekręciła klucz w drzwiach i krzyknęła od progu:

– Jestem już!

– Kupiłaś gazetkę, Martusiu? – usłyszała głos babci Kornelii.

„Zawsze kupuję, a i tak babcia pyta mnie o to za każdym razem” – pomyślała Marta. Weszła do salonu, rozsunęła zasłony i podała gazetę babci. Do niewielkiego pokoju wpełzły języki światła, rozświetlając zielone ściany obwieszone fotografiami i ciemne, masywne meble. Kornelia włożyła okulary i otworzyła gazetę.

Marta udała się do kuchni przygotować śniadanie. Włączyła czajnik, wyjęła z siatki bułki i sięgnęła po nóż. Nagle usłyszała szloch, potem cichy jęk.

– Nie, nie…

Rzuciła nóż na blat szafki i wybiegła z kuchni. Babcia Kornelia zakrywała dłońmi twarz i kręciła głową. Na podłodze leżała „Gazeta Warszawska”.

– Boże, babciu, co się stało? – zapytała nieco przerażona Marta.

Kornelia oderwała jedną dłoń od twarzy i drżąc, wskazała na leżącą gazetę. Marta zerknęła na podłogę. Dziennik otwarty był na stronie „Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej, Brazylia 2014”. „Co jest, u licha?” – pomyślała Marta.

– Babciu…? – Delikatnie potrząsnęła jej ramię i powiedziała uspokajająco: – Jakiś robal był w gazecie? To się zdarza…

– Tak, Martusiu, to robak… Najgorszy z możliwych – powiedziała drżącym głosem Kornelia.

Marta Landowska podniosła gazetę i przyjrzała się stronie, która tak bardzo zdenerwowała jej babcię. Najpierw przeczytała o najnowszych wynikach meczów i powiodła wzrokiem w dół strony. Ujrzała fotografię starca siedzącego w wózku inwalidzkim, ubranego w kraciastą koszulę z krótkim rękawem i jasne lniane spodnie. Jego szczupłe ręce i twarz pokrywały starcze plamy. Na głowę miał naciągniętą czapeczkę z daszkiem, która wyglądała na nim nieco groteskowo. W jego stronę pochylała się kobieta, około czterdziestoletnia, z burzą blond włosów. Tytuł głosił „Poszukiwany nazista widziany w Brazylii na półfinałach”. Pod zdjęciem widniało nazwisko.

– Znasz go, babciu? – zapytała Marta z trwogą.

Kornelia nie odpowiedziała. Patrzyła niewidzącym wzrokiem w punkt na ścianie, a po jej policzkach płynęły łzy.

Babcia Kornelia do wspomnień z czasów wojny powracała niechętnie. Marta wiedziała tylko tyle, ile w półprawdach i niedomówieniach opowiedzieli jej krewni. Zaczęła się zastanawiać, jaką rolę w życiu jej babci odegrał człowiek, którego rozpoznano na mistrzostwach w Brazylii…

2. Londyn

Tom Anders siedział jak zwykle zamknięty z swojej samotni i przeglądał, nie wiadomo który raz, pożółkłe dokumenty. Jego mieszkanie składało się z dwóch niewielkich pokoi, małej, ale funkcjonalnej kuchni i dużej, jak na te warunki lokalowe, łazienki. W sypialni stało jedynie ogromne łóżko i niewielka komoda. Natomiast salon przypominał gabinet naukowca. Książki, teczki i mapy piętrzyły się nie tylko na stole i w ogromnym regale, ale również zalegały na drewnianej podłodze. Jedyną ozdobą pokoju był olbrzymi podświetlany XIX-wieczny globus, kupiony kilka lat wcześniej na pchlim targu.

– Kompletna porażka – szepnął do siebie.

Odłożył lupę, sponiewieraną i nadgryzioną zębem czasu mapę, i wyszedł do kuchni, zaparzyć kawę. Otworzył jedną z szuflad i odetchnął z ulgą, gdy ujrzał w niej ostatni filtr. Pogwizdując, włożył go do ekspresu i sięgnął po puszkę z kawą. Niestety, tym razem szczęście mu nie dopisało. W środku pozostały jedynie nędzne resztki jego ulubionej używki. Zaklął pod nosem i pomyślał, że posiadanie kobiety na stałe ma jednak pewne zalety. One pamiętają o takich drobiazgach, którymi mężczyźni po prostu nie zaprzątają sobie głowy. Potem wzdrygnął się na myśl, że oto każdego dnia musiałby znosić kobiece humory, dąsy nie wiadomo z jakiego powodu i histeryczne reakcje w ich trudne dni.

Zaterkotał telefon, ale Tom był już gotowy do wyjścia i nie miał zamiaru z nikim rozmawiać, zanim nie poczuje w ustach smaku kawy. Usłyszał dźwięk automatycznej sekretarki i po chwili głos jego ostatniej dziewczyny, Melissy.

– Przepraszam, Tommy. Zachowałam się ostatnim razem jak dziecko. Przecież wiesz, że potrafię być miła i czuła… Spotkajmy się… – Melissa przeciągała sylaby, chcąc dodać sobie wdzięku kociaka łaszącego się do swojego pana.

Tom spojrzał w kierunku telefonu, przewrócił oczami i przeżegnał się z miną mówiącą: „Boże, uchowaj”, po czym opuścił swój niezbyt wyszukany apartament. Zamiast do sklepu naprzeciwko, ruszył w kierunku małej knajpy Stevena Rowa, który chyba jako jedyny Brytyjczyk potrafił przygotować kawę, jaką lubił Tom.

Notting Hill o tej porze dnia było jeszcze spokojne i ciche, turyści zalewali dzielnicę po południu i trwało to do późnych godzin wieczornych. Tom nie rozumiał tego fenomenu, być może przyjezdni łudzili się, że oto na którejś z wąskich uliczek natkną się na Hugh Granta albo Julię Roberts. O poranku jednak ulice były niemrawe, a idący nieśpiesznie ludzie nieco ospali. Małe sklepiki, piekarnie i stragany z pamiątkami świeciły o tej porze pustkami, a sprzedawcy sączyli kawę lub przygotowywali się na zalew turystów.

Knajpa Stevena Rowa była miejscem, w którym rano można było napić się kawy, po południu zaś zarówno miejscowi, jak i turyści raczyli się tam piwem i przekąskami. Lokal, wykończony ciemnym, wypolerowanym drewnem, wydawał się zacisznym, przytulnym miejscem. Ściany ozdobione były czarno-białymi fotografiami brytyjskich samochodów, które swój triumf święciły w latach sześćdziesiątych poprzedniego stulecia, i starymi plakatami angielskich marek piwa.

Tego ranka jedynymi osobami obecnymi w lokalu był jego właściciel i Tom. Steven kręcił się za barem, miał przewieszoną przez ramię ściereczkę kuchenną i co chwilę ziewał.

– Wykończą mnie te mistrzostwa, dobrze, że już się kończą – powiedział zamiast powitania i wyciągnął dłoń w kierunku Toma.

– Wstyd się przyznać, ale nie obejrzałem ani jednego meczu. Taki ze mnie kibic – roześmiał się Tom i usiadł przy swoim ulubionym stoliku.

Nie musiał składać zamówienia, Steven dobrze wiedział, że w chwili, gdy jego stały klient pojawia się w drzwiach, należy włączyć ekspres.

Tom wybierał zwykle miejsce przy dużym oknie, tuż obok staroświeckiego stojaka na gazety. Pod tym względem lokal Stevena był ewenementem, w dobie Internetu papierowe dzienniki w lokalach stanowiły relikt przeszłości. Tom jednak uwielbiał szelest ogromnych płacht papieru, zapach druku i staromodne drewniane wieszaki na gazety.

„The Independent”, podobnie jak większość gazet, najwięcej miejsca poświęcał odbywającym się w Brazylii futbolowym mistrzostwom świata. Tom prześlizgnął się wzrokiem po tabeli wyników oraz opiniach ekspertów i miał już przewrócić stronę, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na tytule: „Niektórzy z nich wciąż żyją i mają się dobrze”. Obok widniało zdjęcie starca w młodzieżowej czapeczce, siedzącego w wózku inwalidzkim. Napis pod fotografią informował: „Poszukiwany nazista rozpoznany na meczu półfinałowym…”. Tom przeczytał nazwisko tego człowieka i niczym rażony piorunem zerwał się z krzesła. Wyszarpnął gazetę z drewnianej szyny, zwinął ją w rulon i wybiegł na ulicę.

3. Jerozolima

Dawid Halpern szedł długim korytarzem biurowca przy Mendele w Jerozolimie, wyprostowany jak struna i stąpając po wypolerowanej posadzce niczym tygrys tropiący swoją ofiarę. Jeśli wuj chciał go widzieć, on musiał natychmiast zjawić się z Tel Awiwu. Starszy brat ojca nigdy nie pozwolił mu zapomnieć, komu ma zawdzięczać pracę w najbardziej elitarnym wywiadzie świata. Izaak Halpern zdawał się nie pamiętać, jak wiele pracy, wysiłku i wyrzeczeń kosztowało Dawida wykorzystanie danej mu szansy.

Gdy Dawid znalazł się w pokoju wuja, w izraelskim oddziale Centrum Wiesenthala, ten siedział za biurkiem, wpatrzony swoim posępnym wzrokiem w dokumenty rozłożone na biurku. Wuj Izaak rzadko kiedy się uśmiechał, od lat ścigał upiory przeszłości, nie pojmując, że po tylu latach owe upiory już nie istniały.

– Siadaj – burknął Izaak i wskazał stojące naprzeciwko biurka krzesło.

„Czuję się, jak petent albo niesubordynowany podwładny” – pomyślał Dawid z przekąsem, ale posłusznie zajął wskazane miejsce.

Pokój, w którym urzędował Izaak Halpern, był obszerny, widny i urządzony w nowoczesnym stylu. Wuj nie lubił tego miejsca, kojarzyło mu się z przepastnymi pokojami biurokratów, gdzie stosy starannie poukładanych papierów zastępowały działanie. Nawet stojąca pod oknem juka w chromowanej donicy zdawała się idealnie proporcjonalna, niczym plastikowe kwiaty schodzące z taśmy produkcyjnej.

– Wiesz, kim była rodzina Halpernów, zanim ten potwór w ludzkiej skórze, Adolf Hitler, doszedł do władzy? – zapytał wuj.

O tym też Izaak Halpern nie pozwalał zapomnieć. Nie tylko Dawidowi, ale wszystkim, których napotkał na swojej drodze. Każde spotkanie towarzyskie kończyło się lub zaczynało opowieściami o bogactwie, sprycie i zdolnościach rodu Halpernów, które Izaak mgliście pamiętał z czasów, gdy był małym chłopcem. Więcej w tych zwierzeniach było fantazji lub wniosków wyciągniętych z odnalezionych dokumentów niż rzeczywistych wspomnień.

– Tak, wuju, wiem – odpowiedział nieco poirytowany Dawid.

Nie po to jechał siedemdziesiąt kilometrów, żeby teraz posłuchać opowieści wuja Izaaka, które znał niemal na pamięć.

– Nie chodzi o to, że byliśmy zamożni, ani o to, że twój dziadek i pradziadek należeli do światowej czołówki szlifierzy diamentów, ani nawet o to, że sklepy jubilerskie Halpernów były znane w całej Europie, ale o to, że byliśmy ostrożni i zapobiegliwi. Gdy rodzina zobaczyła, co się dzieje, ulokowała swoje aktywa w najbezpieczniejszym, zdawało się, miejscu na świecie.

– To również wiem. Walczyłeś całe lata o odzyskanie tych pieniędzy i dopiąłeś swego – z westchnieniem powiedział Dawid.

– Raczysz żartować – burknął Izaak. – Te ochłapy, które nam rzucono, nazywasz dopięciem swego? Daruj, Dawidzie, ale pleciesz bzdury.

– Moim zdaniem, wujku, należy się cieszyć, że Szwajcaria uznała swoją winę. To duży sukces – powiedział łagodnie Dawid.

– Szwajcaria, polityka… Same bzdury. Za tym wszystkim kryją się konkretni ludzie. Jeden z nich wziął fortunę od naszej rodziny za pomoc, a potem nas okpił. W latach dziewięćdziesiątych natrafiłem na jego ślad i kiedy już miałem go dopaść, po prostu zniknął. Poruszyłem niebo i ziemię, żeby dowiedzieć się, co się z nim stało, ale ktoś skutecznie zatarł wszystkie ślady. Ale dzisiaj dostałem to…

Izaak Halpern podsunął pod nos bratanka plik zdjęć tej samej osoby. Niektóre z nich przedstawiały młodego, przystojnego mężczyznę, kolejne nieco starszego, przysadzistego i z ogorzałą twarzą, a jeszcze inne starca siedzącego w wózku inwalidzkim.

– Jesteście pewni, że to jest właśnie ten człowiek? – zapytał delikatnie Dawid.

– Nie mamy jednoznacznych dowodów, dlatego jesteś mi potrzebny. Poza tym zanim uruchomię całą procedurę, muszę się dowiedzieć, co ten szubrawiec zrobił z naszymi rodzicami, zanim wysłał ich do komór gazowych, i co zrobił z majątkiem Halpernów, gromadzonym przez pokolenia.

Dawid westchnął. Wiedział, że nie będzie mógł odmówić wujowi. Był jednak przekonany, że to strata czasu. Jeśli przez niemal siedemdziesiąt lat nie udało się niczego ustalić, to raczej mało prawdopodobne, żeby udało się to kiedykolwiek. Człowiek, którego ścigał jego wuj, powinien teraz mieć grubo ponad dziewięćdziesiąt lat. Nawet jeśli nie cierpi na demencję, jest raczej nikła szansa, aby dysponował pieniędzmi Halpernów. A co jeśli stanie przed sądem? Miły staruszek wzbudzi litość opinii publicznej, a sąd może go skarze, a może wypuści wolno. Ostatnie procesy nazistów, schorowanych starców na szpitalnych łóżkach albo w wózkach inwalidzkich, wywoływały pytania o zasadność takich procesów, o nękanie osób w podeszłym wieku i wystawianie na ostrzał ich rodzin.

– Urlop masz załatwiony, wystarczy, że napiszesz podanie. A to są wszystkie informacje, jakie udało mi się zdobyć do tej pory. – Stary położył na biurku opasłe tomiszcze akt.

– O wszystkim pomyślałeś, nawet o moim urlopie – mruknął Dawid i sięgnął po segregator.

Nie miał pojęcia, od czego zacząć poszukiwania. Zdjęcie zrobione na mistrzostwach świata obiegło cały świat. Dawid nie sądził, aby ów człowiek zaryzykował i zechciał dotrwać do meczu finałowego. Zastanawiał się również nad tym, kto postanowił położyć na tacy całemu światu tego niedołężnego starca. Było to tym bardziej dziwne, bo choć ów człowiek naraził się wielu ludziom, nie brał udziału w zbrodniach ludobójstwa, co ciekawe – nie należał nawet do SS. Tymczasem z artykułów prasowych wynikało coś zupełnie przeciwnego. Komuś bardzo musiało zależeć na rozpętaniu piekła. Powstawało jednak pytanie dlaczego.

4. Lubliniec

Julia Kunis cierpliwie czekała w kolejce osób odwiedzających Zakład Karny w Lublińcu. Była chyba jedynym gościem, który przybył w odwiedziny z pustymi rękami. W drodze do Lublińca myślała o jakichś owocach, słodyczach albo papierosach, ale potem doszła do wniosku, że nie jedzie na przyjacielską pogawędkę. Miała konkretny interes do odsiadującej wyrok ośmiu lat pozbawienia wolności Aldony Bystrzyckiej. Była to całkiem niska kara, biorąc pod uwagę fakt, że ta kobieta zastrzeliła człowieka. Okoliczności łagodzących było jednak wiele, premedytację zmieniono na afekt i dzięki temu Bystrzycka miała szansę wyjść na wolność już za jakieś dwa, trzy lata, jeśli będzie się dobrze sprawować. Julia Kunis również miała w tym swój udział, nakreślając podczas procesu sylwetkę Ernesta von Becka jako psychopaty i wyjątkowego manipulatora. I może właśnie dzięki temu Aldona zgodziła się na spotkanie.

Strażnik więzienny ze zdziwieniem spojrzał na niewielki plecak Julii, zajrzał do środka, przesunął wykrywaczem metali po jej ciele, po czym nacisnął guzik i drzwi na teren zakładu stanęły otworem. Hol był ciemny, wyłożony ceramicznymi płytkami na podłodze i imitacją boazerii na ścianach. W powietrzu unosił się zapach stołówkowego jedzenia, zmieszany z wonią środków dezynfekujących i czymś bliżej nieokreślonym. Julia wiedziała, że jest tutaj pierwszy i ostatni raz, ale była przekonana, że ów dziwny i przenikliwy zapach zapamięta na długo.

Sala widzeń wyglądała równie nieprzyjaźnie, co korytarz, który do niej prowadził. Okratowane okna, strażniczki ze znudzonymi minami i laminowane meble dopełniały obrazu.

Aldona Bystrzycka siedziała przy jednym ze stolików i wpatrywała się w swoje paznokcie. Podniosła głowę, gdy weszła Julia, i otaksowała ją wzrokiem. Była jej wdzięczna, że nie wystroiła się na tę okoliczność, po to, by dobić psychicznie swoją rywalkę. Julia miała na sobie dżinsy, biały T-shirt i niebieskie tenisówki. Włosy związała w kucyk, a twarz ledwie musnęła makijażem. Była również dużo szczuplejsza niż na procesie.

Bystrzycka nie wiedziała, że oprócz Ernesta von Becka Julia Kunis pożegnała także innego mężczyznę, Piotra Dragońskiego, i ta sytuacja spowodowała utratę kolejnych kilogramów. Zerwanie to była jej decyzja, ale wyrzuty sumienia dosłownie wyssały z niej wszystkie soki. Julia nie chciała kochać, a jej z początku zupełnie niewinna znajomość z pewnym oficerem policji zaczęła się zacieśniać zbyt mocno. Piotr Dragoński miał być tylko przyjacielem, wsparciem w trudnych dla jej rodziny chwilach, ale z czasem przestało mu to wystarczać. Dlatego odeszła. Wyjechała do Bosquet, do dziadka i matki, by powrócić dopiero po wielu miesiącach, na proces Bystrzyckiej. Spotkali się wtedy i Julia, patrząc na niego, wiedziała już, że o ich braterskiej przyjaźni może zapomnieć. Piotr emanował złością i niechęcią do niej. Pragnął jej tylko na własnych zasadach. Dlatego, gdy nawiązała kurtuazyjną rozmowę, był złośliwy, nieprzyjemny i nawet nie próbował ukryć, jak bardzo czuje się oszukany.

To lęk przed zranieniem i przekonanie, że nad potomkami von Becków ciąży jakaś klątwa, kazały jej pewnego dnia uciec przed rodzącym się uczuciem. Żadnej miłości, przywiązania, żadnego bólu i tęsknoty. Z radością wspominała czas, gdy tego typu rozterki były jej zupełnie obce, a ona czuła się wolna i szczęśliwa. A potem nadeszło uczucie, które nigdy nie powinno nadejść. Chora miłość do Ernesta von Becka. Do człowieka, który zdawał się wyprany z emocji, uczuć i empatii.

Ernest von Beck pojawił się w jej życiu znienacka. Był narzeczonym matki i ostatnią rzeczą, o jakiej myślała, to romansowanie z nim. On jednak pieczołowicie rozpostarł swoje misternie utkane sieci, by ją rozkochać i zdobyć. Po pewnym czasie okazało się, że jest to ich daleki krewny, który postanowił wyrównać rachunki z przeszłości. Był wnukiem Rity von Beck, żony pradziadka Wernera i jego brata Petera. I nie to okazało się dramatem, ale żal i poczucie krzywdy Rity von Beck, która za wszystkie życiowe porażki obwiniała właśnie swojego byłego męża. Wmawiała swojemu wnukowi, że gdyby Werner jej nie opuścił, ich życie wyglądałoby zupełnie inaczej.

Julia Kunis podeszła do stolika i cicho przywitała się z Bystrzycką.

– Jak się pani czuje? – zapytała uprzejmym głosem.

– Jak w domu – burknęła Aldona. – W młodości byłam częstym gościem w więzieniu. Odwiedzałam swojego ojca. Nigdy nie myślałam, że kiedyś zajmę miejsce po drugiej stronie stołu.

– Przykro mi – powiedziała cicho Julia i dodała: – Dziękuję, że zechciała się pani ze mną spotkać.

– Twoje zeznanie bardzo mi pomogło. Poza tym nie mam tu nic do roboty, prawie nikt mnie nie odwiedza… No i jestem ciekawa, czego chcesz. Dowiedzieć się, jaki był dla mnie Ernest, co mi mówił i co obiecywał? – prychnęła Aldona, bez skrępowania zwracając się do Julii na ty.

– Pani Aldono – westchnęła Julia – mam do pani interes, a postępowanie Ernesta mnie nie obchodzi.

– Interes? A jaki ty możesz mieć interes do kogoś, kto siedzi w więzieniu? – zapytała podejrzliwie Bystrzycka.

– Chcę odkupić od pani pewną teczkę… – zaczęła niepewnie.

– A… – Roześmiała się. – Więc o to chodzi. Nie jesteś pierwsza… Ale tobie sprzedam, bo byłaś dla mnie miła w sądzie. Sto tysięcy i jest twoja.

– Chyba pani oszalała! – Julia była zniesmaczona ofertą. – Nie mam takich pieniędzy.

– Ty może i nie masz, ale dla twojego dziadka to nie jest taka straszna kwota, co? – prychnęła Aldona.

– Mój dziadek nie odkupiłby jej nawet za sto złotych. Ale ja chcę poznać historię swojej rodziny. Muszę wiedzieć, kiedy narodziło się w niej zło… – powiedziała cicho.

– Nie bierz tego do siebie, moja droga… – Bystrzycka nieco złagodniała. – …ale wiesz, że niedługo stąd wyjdę i będę musiała jakoś żyć. Ja po prostu potrzebuję tych pieniędzy. Jeśli ich nie zorganizujesz w ciągu miesiąca, sprzedam teczkę komuś innemu.

– Komu? – zapytała Julia.

Bystrzycka odwróciła się na krześle i powiedziała do stojącej za nią strażniczki:

– Koniec widzenia. Chcę wrócić do celi.

– Pani Aldono, proszę… Muszę wiedzieć, kto chce zniszczyć mojego dziadka – powiedziała Julia niemal błagalnym tonem.

– Julio Kunis, Maurycy Kunis już nic nie znaczy… A ja nie odpowiem na twoje pytanie z prostej przyczyny: nie znam tych ludzi i powiem uczciwie, mam gdzieś to, kim są. Zbieraj, młoda, kasę, a odkryjesz wiele tajemnic dotyczących swoich bliskich. A uwierz mi, to nie była Święta Rodzina z Dzieciątkiem Jezus.

I. 1940

1. Perlice

Kornelia Janion, odkąd skończyła piętnaście lat, uchodziła za miejscową piękność i stanowiła obiekt westchnień męskiej części społeczeństwa Perlic i okolic. Z uwagi jednak na profesję jej matki zamieszanie wokół Kornelii kończyło się na powłóczystych spojrzeniach i przechwałkach tych nieco jurniejszych i odważniejszych chłopców.

Matka Kornelii, Oriana, była pół-Cyganką i miejscową wiedźmą. Być może to właśnie domieszka cygańskiej krwi sprawiła, że Kornelia miała niemal czarne włosy, podobnie jak oprawę migdałowych oczu. Dziewczyna nie miała okazji porównać, ile cech przekazał jej ojciec, ponieważ opuścił ziemski padół, zanim jeszcze zaczęła mówić. Kilka wyblakłych i niezbyt wyraźnych fotografii przedstawiało przysadzistego mężczyznę z sumiastym wąsem i ubranego w kolejarski mundur.

Pozostawiona na pastwę losu Oriana, z niemowlęciem na rękach, zaczęła zarobkowo wykorzystywać zdolności przejęte od swoich przodkiń. Stawiała tarota i horoskopy oraz urządzała w domu seanse spirytystyczne. Kornelia nie odziedziczyła po niej tych nadprzyrodzonych zdolności i zastanawiała się niekiedy, czy jej matka była w istocie nimi obdarzona, czy też postanowiła być po prostu przedsiębiorcza i zrobić biznes na ludzkiej naiwności. Zajęcie to, chociaż tępione przez miejscowego proboszcza, sprawiało, że na brak klienteli Oriana nie narzekała i mogła wraz córką żyć zupełnie wygodnie i beztrosko. Jednakże wadą takiego stylu życia i zarobkowania był kompletny brak znajomych i przyjaciół, a klienci starali się docierać do małego domku, stojącego na skraju miasteczka, w sposób dyskretny. Publicznie zaś nie przyznawali się ani do kontaktów z Orianą, ani do korzystania z jej usług.

Kornelia kochała matkę ponad wszystko i ze stoickim spokojem znosiła woń kadzidełek, ciągłą obecność obcych ludzi w domu i hordy duchów przewijających się przez pokój matki. Gdy słyszała szelest kotary, skrzypienie podłogi czy dziwne odgłosy, dochodziła do wniosku, że być może istotnie jej matka jest kimś w rodzaju medium. Jednak wątpiła w to w chwilach, gdy pytała ją o swoją przyszłość, a Oriana unikała odpowiedzi niczym ognia piekielnego. Ale Kornelia myliła się. To nie brak wizji powstrzymywał Orianę przed wyjawieniem prawdy, ale przerażające obrazy, które pojawiały się przed jej oczami.

Mały dom Janionów w niczym nie przypominał chatki czarownicy. Miał drewniany ganek, białą elewację i otoczony był rabatami różnokolorowych kwiatów. Wnętrze wyglądało równie sielankowo, oprócz jednego pokoju, w którym Oriana przyjmowała klientów i gościła duchy. Każdy, kto przekraczał jego próg, czuł dziwny niepokój, jaki zwykło się odczuwać przed spotkaniem z czymś nieznanym i pochodzącym z innego świata. Okna zawsze były zasłonięte ciemnymi aksamitnymi kotarami, powodując, że bez względu na porę dnia w pomieszczeniu panował półmrok. W kącie pokoju rozstawiony był parawan, a za nim niski regał, w którym Oriana przechowywała swoje ezoteryczne akcesoria. W centralnym punkcie pokoju stał owalny stół z wyrytym alfabetem łacińskim i cyframi rzymskimi, który służył do porozumiewania się z duchami podczas seansów spirytystycznych. Na stole znajdował się również świecznik, specjalna podstawka do kadzidełek, wykonana z drzewa sandałowego, i ozdobne szkatułki z taliami kart tarota, runicznymi i tradycyjnymi. Te ostatnie Kornelia niekiedy podkradała matce, żeby układać w samotności pasjanse. Oprócz tych chwil relaksu, miała na głowie całe gospodarstwo, bo jej matka, stworzona – jak twierdziła – do wyższych celów, pogardzała tak przyziemnymi czynnościami, jak zakupy na miejscowym rynku czy mycie podłóg.

Miejscowa piękność, jaką była Kornelia, miała świadomość posiadanego atutu i marzyła, że dzięki niemu będzie mogła być z kawalerem, którego ona sobie wybierze. Był tylko jeden warunek – musiała opuścić rodzinne strony i znaleźć się w miejscu, gdzie nie dotrze wątpliwa sława matki. Wybuch wojny pokrzyżował jednak jej plany. Zarówno matka, jak i córka doszły do wniosku, że bezpieczniejsza będzie w Perlicach, gdzie kręcący się Niemcy byli równie ospali, co cała mieścina. Postanowiła więc odłożyć swoje plany, wierząc, że niebawem wojna się skończy.

Jedną ze stałych klientek Oriany Janion była Katarzyna Landowska, mieszkająca w majątku Landy, oddalonym kilka kilometrów od Perlic. Kobieta była uzależniona od swojej wróżki w sposób nieprawdopodobny, co Oriana skrzętnie wykorzystywała. Katarzyna Landowska radziła się tarota nawet w kwestiach dotyczących ubioru i spożywanych potraw, a podczas cotygodniowych seansów spirytystycznych nawiązywała kontakt ze swoim dawnym kochankiem, poległym na froncie w 1915 roku. Oriana uważała, że poprzez te seanse więź jej klientki z nieboszczykiem była znacznie większa niż z żyjącym i cieszącym się dobrym zdrowiem małżonkiem.

– Szkoda, że Kornelcia nie ma takich zdolności jak ty, Oriano – westchnęła pani Katarzyna, opuszczając któregoś dnia domostwo Janionów.

– Może to i lepiej, nie będzie wyklęta jak ja. – Oriana machnęła ręką. – Szkoda mi jej, miała do Warszawy wyjechać, na akuszerkę się wyuczyć, a tu znowu wojna. A po powszechnej, to co ona umie…

– Mogę ją wziąć do majątku. Ogłady nabierze, może pozna kogoś spoza Perlic i dobrze za mąż pójdzie. Tutaj to, wie pani, ludzie gadają, proboszcz wyklina, zmarnieje, chociaż piękna – zaproponowała ochoczo Landowska.

Oriana zgodziła się. Chociaż żal jej było, że musi rozstać się z jedyną bliską osobą, doszła do wniosku, że córka powinna mieć szansę na normalne życie.

* * *

Majątek Landowskich nie był tak ogromny, jak jeszcze przed stu laty, ale wciąż zachwycał dworkowym stylem domu, wypielęgnowanym ogrodem i stajniami, które przed wojną wypełnione były dorodnymi rumakami. Większość z nich skonfiskowali Niemcy, zostawiając gospodarzom jedynie klacz Malinę i wiekowego Andrusa o dziwnym umaszczeniu. Malina pozostała, bo miała się oźrebić, a Andrusa uznano za zbyt starego.

Kornelię umieszczono w przytulnym pokoiku na poddaszu, którego wykuszowe okno wychodziło na ogród. O poranku dochodził do jej uszu świergot ptaków i szum brzóz rosnących wokół domu, a niekiedy śpiew pani Katarzyny, która mimo kompletnego braku słuchu uwielbiała nucić arie operowe.

Pani Katarzyna miała rację. Kornelia poznała kogoś interesującego, ale nie takiego obrotu sprawy spodziewała się Landowska. Nawet nie pomyślała, że jej ukochany syn, powróciwszy z niedokończonych studiów w Krakowie, kompletnie straci głowę dla Kornelii Janion. Michał Landowski nic sobie nie robił z plotek, wyczyny Oriany i swojej matki traktował z pobłażliwością i cieszył się, że Kornelię bardziej interesuje świat ludzi i techniki, a nie duchów i zabobonów.

Kornelia zobaczyła po raz pierwszy Michała, gdy jechał konno na Andrusie. Nie rozpoznała w nim syna gospodarzy, sądziła, że ktoś przybył do nich z wizytą. Nie pomyślała wówczas, czy można go uznać za przystojnego, bo przywykła, że każdy wiedział, kim jest, omijał szerokim łukiem, jedynie zerkając ukradkiem. Takie zachowanie sprawiało, że Kornelia unikała męskich spojrzeń i starała się być w Perlicach niemal niewidzialna.

Michał Landowski pamiętał Kornelię jak przez mgłę. Gdy opuszczał rodzinne strony, dziewczyna była na tyle młodziutka, że jeszcze nie wzbudzała grzesznych myśli w męskich umysłach. Gdy następnego dnia po przyjeździe z Krakowa wracał z konnej przejażdżki, ujrzał w swoim ogrodzie piękną, młodą kobietę zrywającą kwiaty, ale nie skojarzył jej z małą dziewczynką widywaną niekiedy w Perlicach. Wyglądała niczym nimfa i od pierwszej chwili oczarowała młodzieńca.

– Kim jesteś, piękna nieznajoma? – wykrzyknął z entuzjazmem, zbliżywszy się do niej. – Przybyłaś z zaświatów, by łamać męskie serca?

Kornelia uśmiechnęła się, mrużąc migdałowe oczy, co jeszcze bardziej zachwyciło Michała.

– Jestem Kornelia Janion i przybyłam z Perlic, w żadnym razie nie jestem duchem – odpowiedziała niepewnie.

– Bardzo mnie to cieszy. Nie przeżyłbym, gdybyś nagle rozpłynęła się we mgle – ciągnął flirt Michał.

– Nie zamierzam. A ty kim jesteś? – Uśmiechnęła się.

– Mam na imię Michał i jestem synem Landowskich.

Michał okazał się jednak przystojnym mężczyzną o włosach w kolorze owsa i oczach błękitnych jak niebo nad Landami. Spodobał jej się bardzo, ale nie była wcale pewna, czy to przelotne zauroczenie, czy Michał miał szansę zagościć w jej sercu na dłużej.

Kornelia miała w majątku Landowskich dziwny status. Była kimś w rodzaju ubogiej krewnej, przygarniętej pod dach bogatej familii. Wykonywała drobne prace, częściej jednak czytała, wyszywała serwetki i uczyła się robić wypieki. Michał z każdym dniem fascynował ją coraz bardziej. Być może dlatego, że jako jedyny młodzieniec w okolicy nie uciekał na jej widok, mimo że dotarła do niego opinia, jakoby była córką czarownicy obdarzonej diabelskimi mocami. Jej nie przeszkadzały ani ciągłe żarty Michała, ani jego pewność siebie granicząca z megalomanią.

– Chodź, pokażę ci źrebaka, Malina urodziła – powiedział pewnego dnia Michał, wchodząc do salonu w ubłoconych butach i nie zważając na pozostawione brunatne plamy na parkiecie.

Kornelia oderwała wzrok od robótki i popatrzyła na Michała.

– Skończę to i pójdę zobaczyć – powiedziała spokojnie.

Michał jednak nie uznawał sprzeciwu. Wyjął z dłoni Kornelii tamborek, chwycił ją za rękę i poprowadził w stronę stajni.

– Aleś ty uparty – zaśmiała się Kornelia.

– A ty nieposłuszna – mruknął Michał.

– A powinnam być? – zaczęła się z nim droczyć.

– Żona powinna być posłuszna mężowi – odpowiedział stanowczo.

Kornelia stanęła jak wryta. Znali się zaledwie kilka miesięcy. Poza tym pochodzili z różnych światów i obawiała się, że rodzice Michała, mimo całej sympatii, jaką ją darzyli, nie będą chcieli, aby weszła do ich rodziny.

– Czy to oświadczyny? – zapytała, szczęśliwa, ale nieco wystraszona.

– Nie… – Zaśmiał się. – Oświadczę się innym razem i zrobię to jak należy. Uklęknę, będę miał pierścionek i na miłość boską… – Pociągnął znacząco nosem. – …nie zrobię tego przy końskich boksach.

– A twoi rodzice? – zapytała przerażona.

– Na pewno się ucieszą – odpowiedział beztrosko.

Kornelia jednak nie była tego pewna. Co innego sympatia do odmieńca, a co innego mieć w rodzinie osobę, którą wytykają palcami w całej okolicy. Istniała jednak szansa, że nie będą potrafili odmówić niczego swojemu ukochanemu synowi. Żywiła także nadzieję, że Michał, który był pięć lat od niej starszy i obyty w świecie, nie znudzi się nią zbyt szybko. Miała świadomość, że dzieli ich przepaść intelektualna, a jej piękna powierzchowność może nie wystarczyć, by zatrzymać na dłużej tak pięknego i inteligentnego mężczyznę. Cieszyła się jednak każdym dniem spędzonym z nim w miejscu, gdzie wojna była prawie niezauważalna, jedzenia tyle, ile był w stanie zmieścić jej żołądek, a piękna okolica, pełna lasów i kwiecistych łąk, dodawała romantyzmu każdemu ich spotkaniu.

Ta pierwsza, młodzieńcza miłość miała słodycz niewinności, urok ukradkowych pocałunków, szeptanych wyznań, składanych przyrzeczeń i snucia marzeń na przyszłość. Nieskażona okrucieństwem wojny, daleka od intryg i pozbawiona trudów dnia codziennego.

Miłosną sielankę Kornelii i Michała, świeżą niczym wiosenny deszcz, przerwało jednak przytłaczające wydarzenie…

* * *

Okultystyczna wiedza Oriany Janion i jej paranormalne zdolności zostały dostrzeżone nie tylko przez okolicznych mieszkańców, ale także w odległym o kilkadziesiąt kilometrów od Perlic Krakowie. Przed wojną przyjeżdżały do niej aktorki, żony bankierów i znudzone panie domu. Później także korzystały one z usług Oriany, ale ich problemy dotyczyły już zupełnie innych, bardziej poważnych kwestii.

Jej sława jako nieomylnej w przepowiadaniu przyszłości dotarła również do Wilhelma Reinharda, pasjonata czarnej magii i okultyzmu, wysoko postawionego oficera gestapo. Orianę zabrano wieczorem, czego świadkiem była Katarzyna Landowska. Zdołała się jednak dowiedzieć, że teraz Oriana będzie służyć Rzeszy i jeśli opowieści o jej niezwykłych zdolnościach nie są przesadzone, zostanie potraktowana niemal jak królowa. Reinhard był zafascynowany Orianą i zbyt przerażony jej rzekomą umiejętnością rzucania klątw, więc nawet dla jej wścibskiej klientki starał się być miły. Nie przeszkadzało mu również to, że Oriana miała cygańskie korzenie. Pragnął pozyskać tajemną wiedzę, która pozwoli mu zdobyć nieograniczoną władzę, uwieść każdą kobietę i zniszczyć nawet najsilniejszego wroga.

Kornelia, dowiedziawszy się o tym fakcie, postanowiła wyruszyć do Krakowa i odszukać swoją matkę. Mimo że z lekkim przymrużeniem oka traktowała praktyki Oriany, teraz próbowała zmusić swój mózg do telepatii, jasnowidzenia, a nawet bezskutecznie przywoływała duchy, by wskazały jej drogę do ukochanej rodzicielki. Ale im bardziej się wysilała, tym większą czuła pustkę w głowie i w sercu. Nawet duchy nie raczyły się objawić i nie pomagały żadne rytuały, które wielokrotnie obserwowała w swoim domu. Zarzuciła w końcu czarodziejskie praktyki, zastanawiając się, w jaki sposób odnaleźć matkę bez konieczności odwoływania się do zjawisk paranormalnych.

– Mamo… – szeptała cichutko niczym modlitwę Kornelia – mamo, daj mi jakiś znak, jakąś wskazówkę… Mamo, ja po prostu muszę cię odnaleźć, bo mam tylko ciebie.

I wtedy właśnie miała sen. Jej matka była w jakimś pokoju wypełnionym ciężkimi, ciemnymi meblami. Siedziała przy okrągłym stole i rozkładała karty tarota. Potem wyszła z pokoju, otworzyła drzwi na klatkę schodową, zeszła na dół, trzymając się balustrady pokrytej ornamentami, by w końcu stanąć przed szarą kamienicą. Wskazała dłonią tabliczkę z nazwą ulicy. Napis był niewyraźny, częściowo starty, ale Kornelia w swoim śnie widziała budynek bardzo dokładnie.

Zerwała się z łóżka i mimo że była jeszcze głęboka noc, do świtu nie zmrużyła oka. Rano spakowała starą walizkę, upchnęła w gorset wszystkie oszczędności i ruszyła polną drogą w stronę Perlic, na stację kolejową. Gdy przeszła już dobry kilometr, usłyszała czyjś głos.

– Kornelio, poczekaj, jadę z tobą!

Zatrzymała się i zobaczyła biegnącego w jej stronę Michała. Po chwili dotknął jej dłoni i pocałował ją w policzek.

– Wiedziałem, że w końcu zechcesz to zrobić. Myślę, że jesteś szalona, ale gdzie ty, tam i ja…

Trzymając się za ręce, ruszyli w stronę miasteczka, nie zastanawiając się, co zrobią i jak odnajdą ową tajemniczą kamienicę, gdy już dotrą do Krakowa.

2. Berlin

Ośmioletni Ariel Halpern stanął na drewnianym zydelku i wyjrzał przez mikroskopijne okienko piwniczne.

– Jak ładnie świeci słońce. Dlaczego nie możemy wyjść na podwórko? – zapytał żałośnie.

– Nie wychylaj się, Ariel, bo jeszcze cię ktoś zobaczy – odpowiedział Izaak, który miał już dwanaście lat i odkąd rozdzielono ich z rodzicami, czuł się odpowiedzialny za siebie i brata. – Jeśli wyjdziemy na dwór, zabiją nas.

– Tak jak mamę, tatę i Esterę?

– Nie, nasi rodzice i Esterka żyją. Słyszałem, że zapłacili jednemu człowiekowi, żeby ich wywiózł z Niemiec w bezpieczne miejsce – cierpliwie odpowiadał Izaak.

– Dlaczego? – Ariel nie dawał za wygraną.

Młodszy z braci Halpernów nie mógł ogarnąć swoim dziecięcym umysłem, że trzeba uciekać i ukrywać się, nawet jeśli nie zrobiło się niczego złego. Izaak też nie pojmował do końca tego całego zamieszana wokół Żydów, ale jeśli ojciec kazał uciekać, to po prostu należało to zrobić. On pamiętał jeszcze czasy, gdy czuł się bezpiecznie i potrafił przypomnieć sobie dostatnie życie, jakie wiedli, pokój pełny zabawek, przedstawienia w teatrzyku kukiełkowym i przejażdżki na kucyku. Potem coś zaczęło się zmieniać. Nie rozumiał dlaczego, ale pewnego dnia, gdy siedział w warsztacie dziadka, ktoś wybił kamieniem okno, a na ścianach sklepu pojawiły się jakieś napisy, o których jego ojciec powiedział jedynie, że są obrzydliwe.

* * *

Zapamiętał bardzo dokładnie ten dzień, bo było w nim coś symbolicznego. Dziadek pokazywał mu wtedy najpiękniejsze kamienie Halpernów. Na aksamitnej chuście leżały rubiny, szmaragdy i brylanty. Każdy z tych okazów miał swoją historię, którą barwnie opowiadał dziadek, dzięki czemu Izaak mógł przenieść się w swojej wyobraźni do gorącej Afryki albo poczuć chłód dalekiej Syberii. Kamienie mieniły się w promieniach słońca wpadających przez duże okna. I w pewnym momencie szyba okienna roztrzaskała się, zasypując szkłem aksamit. Piękne podróże Izaaka zakończyły się w jednej chwili. I wtedy po raz pierwszy zadał to pytanie:

– Dziadku, dlaczego oni to robią?

– Bo nic tak nie jednoczy ludzi, jak wspólny wróg. A gdy wrogów nie ma, należy ich wymyślić. I ci ludzie w brunatnych koszulach stwierdzili, że Żydzi mogą być takim wrogiem – westchnął stary Halpern.

– Nie rozumiem, dziadku. – Izaak wzruszył ramionami i kalecząc sobie dłonie, zaczął wybierać z fragmentów potłuczonego szkła lśniące kamienie. Pomyślał wtedy, że czasami trzeba się poranić, aby zachować to, co najpiękniejsze i najcenniejsze.

Z powodu prześladowań i upokorzeń, jakich doznawali Żydzi, przyszedł taki moment w życiu rodziny Halpernów, że postanowili opuścić swój dom, porzucić warsztaty i sklepy, by wyruszyć w nieznane miejsce. Mieli nadzieję, że dotrą gdzieś, gdzie nie będą musieli się już bać. Ani o siebie, ani o swoje dzieci.

Musieli być liczącą się rodziną w Rzeszy, bo ojciec Izaaka i Ariela, Daniel Halpern, został przyjęty w biurze do spraw emigracji żydowskiej SD numer 112 przy Wilhelmstraße przez samego Adolfa Eichmanna.

Człowiek ten, pierwotnie tropiący ruchy masońskie w Rzeszy, usiłował pozbyć się Żydów z Niemiec, z Austrii po anszlusie i z Czech Sudeckich. Miał z tym prawdziwy ból głowy. Dziesiątki tysięcy pozbawionych obywatelstwa Żydów z wilczymi biletami w jedną stronę należało deportować do krajów, gdzie nie byli traktowani jak wrogowie. Ale ich exodus przybrał taką skalę, że kraje ościenne zaczęły powoli zamykać dla nich swoje terytoria. Pozbawieni majątku, wyczekiwali na swój przydział i wskazanie miejsca, gdzie mieliby się udać. W biurze Eichmanna pojawiały się coraz bardziej egzotyczne pomysły, jak wysyłanie ich na odległy Madagaskar albo na Bliski Wschód.

Gabinet Eichmanna świadczył o powadze i randze jego urzędu. Dla niego samego był to ogromny skok w hierarchii i jego wyższość odczuwał każdy, kto miał okazję przekroczyć próg pokoju, w którym rezydował. Dla Eichmanna Żydzi byli jedynie liczbami, a wiedział, że im więcej cyfr pojawi się w księgach prowadzonych przez jego urzędników, tym większe uznanie zyska u swoich przełożonych.

– Może Palestyna, panie Halpern? – zapytał złośliwe Eichmann.

– Wyjedziemy gdziekolwiek, ale chcemy gwarancji, że będziemy mogli zabrać ze sobą nasze pieniądze i kosztowności – stanowczo odpowiedział Daniel Halpern.

– To niedorzeczne, panie Halpern. Chce pan zubożyć nasz kraj, który jeszcze nie dźwignął się po złodziejskim traktacie wersalskim? – Kolejny złośliwy uśmiech odmalował się na twarzy Eichmanna.

– Ciężko pracowaliśmy na nasz dobytek. Pan wie, że ja i mój ojciec nie mamy sobie równych w Europie, jeśli chodzi o obróbkę kamieni szlachetnych – próbował dyskutować Halpern.

– Jeśli jesteście tacy dobrzy, jak pan twierdzi, nie będziecie mieli problemu, żeby odbudować swoje imperium. Gdziekolwiek się udacie – burknął Eichmann, zniesmaczony nieprzejednaną postawą jubilera.

– Ale to nasz majątek, nasze klejnoty i nasze pieniądze. Mamy to wszystko porzucić i zaczynać życie od zera?

– Jak pan woli. Ale ostrzegam, naród niemiecki was nienawidzi, a nasze służby nie będą w stanie zapewnić wam bezpieczeństwa – powiedział Eichmann z fałszywą troską w głosie.

– Panie Eichmann, niech pan nie opowiada mi tych antysemickich bajek. To rząd i wasze oddziały szturmowe nakręcają spiralę nienawiści do Żydów. Bezprawnie pozbawiacie nas majątków, godności i traktujecie jak wrogów! – wybuchnął gniewem Halpern.

– Skończył pan już, panie Halpern, swój wywód? W takim razie żegnam. Nie mam panu nic więcej do zaoferowania. – Eichmann był wyraźne poirytowany.

Każdy, kto miał zaszczyt odwiedzać jego biuro, zazwyczaj był usłużny i wdzięczny za specjalne traktowanie. Takie osoby nie musiały stać w wielogodzinnych kolejkach i otrzymywały wyjątkowe przywileje. Tymczasem Halpernom wydawało się, że są nietykalni, tylko dlatego, bo byli jeszcze bogaci. Tak, to było właściwe określenie. „Jeszcze”, bo Eichmann i jemu podobni wiedzieli, że ten stan niebawem się zmieni.

Gdy po powrocie Daniela rozgorzała narada rodzinna, w sklepie Halpernów pojawili się niespodziewani goście. Żydzi byli już w tym czasie szykanowani i wyszydzani, dlatego przybycie do sklepu jubilerskiego przy Kurfürstenstraße Heinricha von Becka i jego syna wywołało niemałą konsternację. Był to już ten czas, kiedy na tej reprezentacyjnej ulicy Berlina pojawiły się obelżywe antysemickie napisy, a akty przemocy wobec Żydów mocno się nasilały. Sklepy i zakłady usługowe obrzucano kamieniami, a ich właścicieli obelgami. Bojówkarze z SS podgrzewali atmosferę, nakłaniając zwykłych obywateli do stosowania przemocy i szykan.

* * *

Największy sklep jubilerski w Berlinie, należący do rodziny Halpernów, podzielony był na dwie części. Jedną stanowił elegancki salon sprzedaży, drugą warsztat, gdzie w sterylnych warunkach, wyposażeni w lupy i nowoczesne szlifierki z diamentowymi ostrzami, Halpernowie poddawali obróbce kamienie szlachetne. Ich precyzyjne dłonie i wiedza z zakresu geometrii cięć sprawiały, że bezkształtna bryła zamieniała się w zachwycające, mieniące się kamienie. Daniel Halpern i jego ojciec zawsze ubrani byli w nieskazitelnie białe koszule i nasunięte na czubek głowy jarmułki. Chłopcy, Ariel i Izaak, niekiedy zaglądający na tyły sklepu, z nabożną czcią wpatrywali się w magiczne czynności wykonywane przez ojca i dziadka oraz wsłuchiwali się w rozmowy brzmiące dla nich niczym szpiegowski szyfr. Wiedzieli jednak, że w tym miejscu, tak jak w synagodze, muszą zachować absolutną ciszę.

– Podejdź no, Izaak – powiedział dziadek i pokazał starszemu wnuczkowi przez lupę kawałek przezroczystego kamienia. – Widzisz te małe kropki? To opiłki tytanu, a te nieco większe to okruchy węgla. To znaczy, że diament jest zanieczyszczony i nie będzie można go dobrze sprzedać, chociaż jest bardzo duży. Ma pewnie z trzydzieści karatów. Rozumiesz, Izaak?

Chłopiec obejrzał kamień przez lupę i w istocie dojrzał malutkie kropeczki, nie rozumiał jednak, o co było tyle szumu, jeśli bez lupy skazy te były kompletnie niewidoczne.

– A czy wiesz, dlaczego wagę diamentów liczy się w karatach? – zapytał stary Halpern.

Izaak pokręcił przecząco głową.

– Na Bliskim Wschodzie rośnie roślina – chleb świętojański, nazywana przez Arabów karobem. Jej ziarna są tak doskonałe, że wszystkie ważą tyle samo: dokładnie dwie dziesiąte grama. To zdumiewające, że natura potrafiła stworzyć coś tak idealnego. Dlatego Arabowie zaczęli używać ich jako odważników, właśnie do ważenia drogocennych kamieni, nie mieli takich nowoczesnych wag jak my.

– Sprawdzili wszystkie nasiona na świecie? – zapytał z dziecięcą naiwnością Izaak.

– Nie wszystkie, ale było ich wystarczająco dużo, żeby stwierdzić tę prawidłowość – cierpliwie tłumaczył dziadek.

Stary Halpern odłożył lupę, pogłaskał wnuka po głowie i wskazał palcem zeszyt, w którym zapisywano w kilku kolumnach dziwne oznaczenia.

– To są bardzo ważne litery, Izaak. One powiedzą ci wszystko o kamieniu. A co powinien wiedzieć każdy Halpern o oszlifowanych diamentach?

– Zasada cztery C – roześmiał się Izaak i klasnął w dłonie.

– Bardzo dobrze. – Dziadek z uznaniem pokiwał głową. – Patrzymy na brylanty niejako z czterech stron. Ile ważą, jaki mają kolor, jakie są czyste i jak dobrze są oszlifowane. A jak szlifują Halpernowie?

– Na okrągło. – Izaak nie przestawał się uśmiechać. – Już mogę zostać szlifierzem i robić fasety?

Teraz stary Halpern się uśmiechnął.

– Jeśli nauczysz się metod Marcela Tolkowskiego, to już będziesz tak dobry, jak twój ojciec.

Mały Izaak nie wiedział wówczas, że owe najpiękniejsze fasety diamentów muszą być wykonane z matematyczną precyzją, a kąty szlifów dokładne niemal do pół stopnia.

* * *

Heinrich von Beck wkroczył do warsztatu Halpernów jak zwykle wyprostowany, a za nim sunął ze spuszczoną głową jego syn. Stary von Beck roztaczał wokół siebie tak silną aurę władzy, że nawet najbardziej pewni siebie osobnicy tracili przy nim cały animusz. Heinrich wyciągnął z aksamitnego woreczka nieregularny kamień wielkości piłki golfowej i położył na blacie przed oczami Halpernów.

– Prawdziwe cudo, panowie. Prosto z Abisynii – powiedział dumnie von Beck.

Zarówno Daniel Halpern, jak i jego ojciec dalecy byli od entuzjazmu, zanim nie obejrzeli dokładnie kamienia. Nie jeden raz widzieli ogromne grudki diamentu, które bywały tak zanieczyszczone albo tak nieforemne, że zachwyconym pierwotnie właścicielom rzedły miny po usłyszeniu opinii fachowców.

Daniel Halpern włączył szlifierkę i wykonał w bryle niewielkie okienko, po czym wziął do ręki lupę i pokiwał z uznaniem głową.

– VS1 i D. To oznacza bardzo czysty i najbardziej bezbarwny kamień. Ale widzę tutaj inny problem. Jego kształt.

– To znaczy? – zaniepokoił się stary von Beck.

– Bryła jest bardzo nieforemna i jej siatka krystaliczna dość niewdzięczna. Jeśli chciałby pan, panie von Beck, otrzymać duży, piękny brylant, należałoby wykonać jedno, ale bardzo ryzykowne cięcie.

– Dlaczego ryzykowne? – zapytał Heinrich, marszcząc czoło.

– Jeśli się uda, będzie pan posiadaczem największego i najpiękniejszego brylantu w Trzeciej Rzeszy, a jeśli… – Daniel Halpern zawahał się.

– A jeśli się nie uda? – burknął von Beck.

– Zostanie kilkaset bezwartościowych łupinek – westchnął Halpern.

– Podejmiecie się tego? – zapytał Heinrich.

– Tak, jeśli nam pan pomoże wywieźć z Niemiec nasze pieniądze i kosztowności. Jeśli się nam nie powiedzie, zostawimy wszystko i wyjedziemy z jedną walizką – odpowiedział Daniel.

Jego ojciec popatrzył na niego z przerażeniem. Nie wierzył, że jeśli zniszczą ten drogocenny kamień, von Beck pozwoli im spokojnie odejść. Pozbawianie Żydów majątków było niczym niezwykłym, jak również wysyłanie ich pod byle pretekstem do Dachau, gdzie wegetowali w charakterze wrogów Trzeciej Rzeszy.

Izaak wyczuł ogromne napięcie w warsztacie. Heinrich von Beck był wysoko postawionym oficerem SS, a oni zwykłymi, chociaż zamożnymi Żydami. Dziadek wyglądał na zdenerwowanego, jego długa broda się trzęsła, drżały mu dłonie i posyłał swojemu synowi spanikowane spojrzenia.

Von Beckowie umówili się na spotkanie w następnym tygodniu. Daniel Halpern musiał się przygotować do tego karkołomnego zadania. Było ono o tyle ważne, że kładło na szali przyszłość całej rodziny Halpernów.

Nazajutrz w salonie zjawił się syn von Becka, który był obecny, gdy Heinrich z Halpernami dobijali targu.

– Panie Halpern – powiedział bez ogródek – jeśli pan spaprze tę robotę, mój ojciec wam tego nie podaruje.

– Wiem – westchnął nestor rodu Halpernów. – Musimy się modlić, żeby Bóg nam pomógł.

Młody von Beck machnął ręką.

– Jaki tam Bóg, ja mogę wam pomóc. Możemy się dogadać. Oczywiście wszystko ma swoją cenę, ale zapewniam pana, że ta, której zażądam, będzie niska w porównaniu z tym, co zafunduje wam mój ojciec, jeśli z kamieniem coś się stanie. A wszyscy wiemy, że takie ryzyko istnieje.

– Izaak – powiedział Daniel – zabierz Ariela i niech Noe zawiezie was do domu. Pobawicie się trochę z Esterką.

Izaak posłusznie opuścił salon i wrócił z bratem do domu. Wiedział, że ojciec i dziadek będą rozmawiać z przybyłym człowiekiem o rzeczach, których dzieci nie powinny słyszeć.

* * *

Dzień, który miał zadecydować o losach Halpernów, był pogodny i ciepły. Daniel Halpern był wyjątkowo skupiony i świadomy odpowiedzialności, jaka na nim ciąży. Zdecydowano, że to on dokona decydującego cięcia diamentu. Jego ojciec posiadał co prawda większą wiedzę i doświadczenie, ale jego ręce nie były tak sprawne, jak Daniela. Obaj mieli nadzieję, że wszystko pójdzie po ich myśli. Na wypadek jednak, gdyby okazało się, że Bóg nie jest dla nich łaskawy, mieli wyjście awaryjne w postaci pomocy młodego von Becka. Nie ufali mu zbytnio, ale w tej sytuacji po prostu nie mieli wyboru. Złożyli na ręce syna Heinricha wszystkie swoje kosztowności, dokumenty zaś powierzyli zaufanemu adwokatowi z Zurychu, Ottonowi Weberowi. On również posiadał odpowiednie plenipotencje do operacji na kilku kontach w szwajcarskich bankach. Zgromadzone tam kwoty były na tyle duże, że w najgorszym razie pozwoliłyby rodzinie przeżyć nawet kilka lat.

Młody von Beck za przewiezienie kosztowności na teren Szwajcarii miał od Ottona otrzymać czek, który czynił go niemal bogaczem. Mógł oczywiście zagarnąć klejnoty dla siebie, ale bez stosownych dokumentów dotyczących pochodzenia kosztowności, którymi dysponował Weber, były warte dużo mniej, nie wspominając o ryzyku ich spieniężenia. Tak, Halpernowie, mimo że mieli nóż na gardle, nie byli naiwni. Postarali się, żeby syn von Becka nie był zainteresowany przygarnięciem drogocennej biżuterii.

W warsztacie na tyłach salonu zebrali się Halpernowie, również Izaak i Ariel, oraz Heinrich von Beck. Wszyscy obecni niemal wstrzymali oddech, gdy Daniel Halpern mocował diament w delikatne uchwyty imadła. Gdy stwierdził, że umiejscowił go we właściwej pozycji, jeszcze przez kilkanaście minut bacznie mu się przyglądał. Nikt nie ośmielił się go popędzać, wszyscy wpatrywali się uważnie w dłonie Daniela. Ten w końcu wziął do ręki dłuto zakończone diamentowym ostrzem, przyłożył do bryły i stuknął mocno kauczukowym młotkiem.

Po sekundzie wszystko było jasne, a marzenia o spokojnym wyjeździe z Berlina pękły niczym bańka mydlana. Diament rozprysł się na setki kawałków, które rozsypały się po całym stole. Daniel Halpern zbladł i patrząc z niedowierzaniem na to, co uczynił, osunął się na stojące obok krzesło i ukrył twarz w dłoniach. Z ust jego ojca wydobył się cichy jęk zawodu. Heinrich von Beck zmarszczył gniewnie czoło i bez słowa wyszedł z warsztatu. Izaak i Ariel nie pojmowali jeszcze, jak wysoką cenę przyjdzie zapłacić Halpernom za błąd Daniela, ale czuli, że stało się coś bardzo złego.

– Chodźmy stąd – powiedział stary Halpern po godzinie grobowego milczenia.

Całą czwórką ruszyli w stronę drzwi. Gdy zamierzali opuścić salon sprzedaży, ujrzeli przez ogromne witryny sklepowe podjeżdżające gaziki z esesmanami w środku. Zatrzymały się nieopodal drzwi wejściowych, a z pojazdów zaczęli wysiadać mężczyźni z formacji trupiej główki, dla których mordowanie lub upokarzanie Żydów było czymś chwalebnym i oczywistym.

Daniel odwrócił się w stronę synów i powiedział stanowczo:

– Uciekajcie, natychmiast. Przez wsyp na węgiel w piwnicy. Szybko… Biegnijcie do księgarni Goldblumów i poproście, żeby pozwolili wam zostać, dopóki nie wrócimy.

Izaak o nic nie pytał, widok takich mundurów zawsze oznaczał dla Żydów kłopoty. Pociągnął za rękę Ariela i wybiegł z nim na zaplecze. Otworzył drzwi piwnicy, do której zawsze bał się wchodzić, i zaczął powoli schodzić w dół, wciąż trzymając Ariela za rękę.

– Boję się – szepnął drżącym głosem Ariel. – Tam jest szeol.

– To tylko piwnica, Arielu – powiedział uspokajająco Izaak, ale Ariel już zaczynał płakać.

Izaak nie stracił jednak zimnej krwi, pociągnął brata na schody i zamknął za sobą drzwiczki. Było kompletnie ciemno, bo Izaak nie pomyślał, żeby przekręcić przy drzwiach włącznik światła. Teraz bał się wrócić. Schodzili po ciemku, ostrożnie pokonując kolejne stopnie. Ariel wciąż chlipał, ale Izaak nie miał czasu, żeby uspokajać brata. Odnalazł komórkę z węglem i zobaczył wąski snop światła przedostający się do piwnicy przez wsyp. Wdrapali się na pryzmę węgla i znaleźli się tuż przy okiennej szparze. Izaak odchylił ją i powiedział cicho do brata:

– Wychodź i poczekaj na mnie.

Zapłakany i umorusany węglem Ariel wydostał się na zewnątrz. Tuż za nim piwnicę opuścił Izaak. Najciszej jak potrafili przeszli na front budynku i zza załomu obserwowali, jak esesmani prowadzą ich ojca i dziadka, poszturchując kolbami karabinów, kopiąc po kostkach i popychając w stronę czarnego mercedesa.

Izaak nie wytrzymał napięcia, kazał pozostać bratu za budynkiem, a sam pobiegł w stronę mercedesa, do którego już wsiedli dziadek z tatą. Nikt nie zwrócił uwagi na biegnącego chłopca, dopóki ten nie dotarł do samochodu i nie chwycił ojca za rękaw koszuli.

– Tato, tato! – krzyczał przeraźliwie. – Nie zostawiaj nas!

Daniel popatrzył przerażony na umorusanego węglem syna i powiedział rozpaczliwie.

– Synu, uciekaj, błagam cię, uciekaj. – Po czym oderwał zaciśniętą na jego koszuli dłoń Izaaka.

Stary von Beck stał tuż obok i ze zmarszczonym czołem przyglądał się scenie. Z błyskiem wściekłości w oczach z całej siły trzasnął drzwiami samochodu, przygniatając dłoń Izaaka. Chłopiec poczuł piekący ból, jakiego nigdy wcześniej nie zaznał, i usłyszał pękanie kości poniżej nadgarstka. Miał wrażenie, że właśnie obcięto mu dłoń. Gdy jednak drzwi odskoczyły, wysunął rękę i z głośnym szlochem pobiegł za budynek. Usłyszał stukot podbitych metalowymi flekami oficerek i wiedział już, że go gonią. Nie mógł ruszyć pogruchotaną dłonią i w jego chłopięcym umyśle pojawiła się nagle przerażająca myśl, że nigdy nie będzie mógł zostać szlifierzem diamentów, jak jego ojciec i dziadek. Gdy dobiegł do brata, wysapał jedynie:

– W nogi, bo nas zastrzelą.

Ariel bez słowa pobiegł za bratem. Dotarli do niewielkiego parkanu i Izaak dostrzegł niewielki otwór, przez który oni bez problemu mogli przejść, ale żadnej dorosłej osobie by się to nie udało. W istocie, zgubili pościg i weszli do ponurej klatki jednej z kamienic. Dłoń Izaaka spuchła jak balon. Nie mógł poruszyć ani jednym palcem, a przy najdelikatniejszym dotknięciu czuł przeraźliwy ból. Wiedział jednak, że nie może się rozkleić. Obok siedział jego młodszy brat i liczył na niego, jego mądrość i odwagę.

Po dwóch godzinach dotarli do księgarni Goldblumów. Już od jakiegoś czasu pozostawała zamknięta, a właściciele rozważali opuszczenie Berlina. Izaak wiedział jednak, że przyjaciele ich rodziców mają mieszkanie nad księgarnią i ostatnio rzadko je opuszczają. Weszli do klatki pomazanej antysemickimi hasłami i udali się na pierwsze piętro.

Rebeka Goldblum dopiero po chwili rozpoznała w brudnych i zapłakanych chłopcach synów swoich przyjaciół i domyśliła się, że ich rodzicom musiało przytrafić się coś złego. Wiedziała także, że niebawem niegdyś brunatne, a obecnie białe koszule mogą pojawić się również w ich domu.

Wezwano lekarza, który opatrzył dłoń Izaaka, ale oświadczył z całym przekonaniem, że chłopiec nigdy nie odzyska pełnej sprawności w palcach. Gdy chłopiec leżał wykąpany w łóżku, z założonym gipsem i napojony ziołami mającymi pomóc mu zasnąć, rozpłakał się. Wierzył, iż kiedyś znowu będzie ze swoją rodziną, ale jedno wiedział na pewno: że nigdy nie stworzy arcydzieł ze szlachetnych kamieni, jakie wyczarowywali jego przodkowie. Poczuł ból w sercu, gdy uświadomił sobie, że nigdy nie usłyszy dumnego głosu ojca: „A to dzieło wyszło spod ręki mojego syna, Izaaka”. Wiedział również, że nigdy nie zapomni twarzy i nazwiska człowieka, który zniszczył jego marzenia, Heinricha von Becka.

3. Zamek Wewelsburg

Werner von Beck nigdy nie uczestniczył w równie dziwacznej uroczystości zaślubin jak ta, która odbywała się w kwaterze głównej SS. Sama siedziba była imponująca i robiła wrażenie na tle okalającego ją Lasu Teutoburskiego. Jednak to, co ujrzał w środku, wzbudziło w nim zdziwienie. Jeszcze większe ogarnęło go, gdy jego ojciec, twardo stąpający po ziemi mężczyzna, zachwycał się ideami, które objawiał mu Heinrich Himmler. Gdyby nie to, że niektóre bzdurne teorie szef SS traktował ze śmiertelną powagą, byłoby to nawet zabawne. Wyprawy do Nepalu w poszukiwaniu śladów nadczłowieka czy pomysły z poszukiwaniem Świętego Graala były po prostu absurdalne. Tak samo, jak informacje obłąkanego pseudonaukowca Weisthora, jakoby miał pozazmysłowe kontakty z germańskimi przodkami, i niedorzeczna teoria Welteislehre, zwana kosmogonią glacjalną, insynuująca, że wszechświat jest jedną wielką bryłą lodu.

Wernerowi zdawało się, że szacowna organizacja Ahnenerbe, Dziedzictwo Przodków, staje się powoli sektą mającą za nic naukę i realizującą obłąkańcze pomysły Himmlera. Uroczystość zaślubin według starogermańskiej tradycji była tego najlepszym dowodem. Przywódca SS chciał stworzyć z tej formacji coś na wzór zakonu i wprowadzić w życie Niemców nową religię. On sam zaś miał zostać jej guru. Była w tym pewna strategia wymuszenia na członkach tej elitarnej organizacji przywiązania do wartości i niemal bałwochwalczego poddaństwa, ale Werner cały czas sądził, że to jedynie technika manipulacyjna mająca dać złudzenie przynależności do czegoś wzniosłego.

Tymczasem Himmler naprawdę wierzył w to, co mówił, a stary von Beck z zachwytem wsłuchiwał się w te wszystkie bzdury. Gdy syn jego majordomusa, Güntera Stobe, Ulrich, poślubił aryjską od sześciu pokoleń dziewczynę, Marthę Gross, według obrządku wymyślonego przez Himmlera, stary von Beck popłakał się ze wzruszenia. Werner miał nadzieję, że od niego ojciec nie będzie oczekiwał podobnych hec, bo od jego ślubu z Ritą minęły już ponad dwa lata.

Po ceremonii zaserwowano przybyłym gościom wykwintną kolację, a Ulrich z dumą prezentował wręczony przez samego wodza SS pierścień z trupią czaszką.

– A ty, Wernerze, nie chciałbyś pracować z nami, w Wewelsburgu? – zapytał Himmler.

Werner drgnął na samą myśl, że miałby przebywać z tymi szaleńcami przez cały czas i słuchać jego absurdalnych pomysłów. Niewątpliwie praca w kwaterze głównej SS mogła być trampoliną do awansów, zaszczytów i apanaży. Pod warunkiem jednak, że zajmowałby się sprawami bliskimi Himmlerowi i jego świcie. Była też druga strona medalu. Jakikolwiek sprzeciw czy nieudane badania lub takie, które byłyby nie po myśli wodza SS, mogłyby oznaczać degradację, szykany, a nawet śmierć. Himmler był człowiekiem, któremu się wydawało, że to świat i nauka powinny naginać się do jego teorii, a nie na odwrót. Był przy tym arogancki, pewny siebie i niestety dysponował niemal nieograniczoną władzą.

– To byłby wielki zaszczyt, ale specjalizuję się w malarstwie i architekturze, Reichsführer – z rezerwą odpowiedział Werner. Wiedział jednak, że jego kolega Ulrich, który studiował to samo co on, byłby zachwycony taką posadą. Ale Ulrich to co innego.

Himmler przeniósł wzrok na młodego Stobego i zapytał:

– To w czym się specjalizujesz?

Odpowiedź, jaka padła, obezwładniła Wernera. Pomyślał, że jego kolega popełnił właśnie największy błąd w życiu. To, co było fikcją literacką, legendą, stało się obsesją Himmlera. Nie dopuszczał myśli, że mógłby się mylić, i wciąż szukał sposobności, aby udowodnić swoje racje. Ale Werner uważał, że jest to kompletna bzdura.

– Badam historię ludów germańskich i śladów Świętego Graala – odpowiedział Ulrich z dumą.

Oczy Himmlera rozbłysły pod szkłami okularów. Znowu pojawiła się nadzieja, którą sprzeniewierzył ostatni poszukiwacz. Niczego nie znalazł, a potem popełnił samobójstwo w Lesie Teutoburskim. Porażkę tego człowieka Himmler zrzucił na jego homoseksualizm, który według nazistów obniżał zdolności intelektualne, nie sprzyjał samodyscyplinie i zabijał ambicję.

– Dzisiaj mamy piękny, uroczysty dzień, ale po urlopie, Ulrichu, czekam na ciebie w Wewelsburgu – powiedział uradowany Himmler.

Stary von Beck był oburzony. Werner odmówił samemu Himmlerowi. Zastanawiał się, co się stało z jego synem. Najpierw związał się z jakąś brudną Polką, a teraz zrezygnował z pracy u boku człowieka będącego numerem dwa w Rzeszy. To nie był udany rok. Najpierw ten obrzydliwy Żyd, Halpern, zniszczył jego piękny diament, na który wydał fortunę, a gdy wysłał niemal całą ich rodzinę do Dachau i chciał sobie odrobić straty, okazało się, że z ich fortuny pozostały jedynie cenne nieruchomości i konta bankowe, które przeszły na skarb państwa, a wszystkie klejnoty i kamienie szlachetne przepadły bez śladu. Teraz Werner wykręcił mu kolejny paskudny numer. Był na niego tak wściekły, że z upodobaniem myślał o słodkiej zemście, jaką będą igraszki z jego żoną. Wiedział, że to Rita niebawem zapłaci za występek swojego męża. W dodatku nie dostanie upominku, największego i najczystszego brylantu w Rzeszy.

Werner natomiast wrócił myślami do Marii. Bez względu na to, jak idiotyczny był rytuał zaślubin w Wewelsburgu, wyobrażał sobie, że to oni stoją przed mistrzem ceremonii, zamiast Ulricha i Marthy. Było to bardzo nierealne, bo nawet jeśli sprawy między nimi ułożyłyby się inaczej, nie mogliby w niej uczestniczyć. Zresztą sama idea, że Maria mogłaby kiedykolwiek zaaprobować podobne obrządki, była równie szalona. Ale kto wie? Przecież okazało się, że wcale jej nie znał. Opuściła go w sposób brutalny i bezwzględny, bez jednego słowa. Jego bogini, jego święta Maria, okazała się wyrachowana i podła.

Von Beckowie powrócili do Berlina późnym wieczorem. Rita czekała na Wernera w salonie ich dużego, stylowego domu, rozpraszając nudę czytaniem książki. Odłożyła ją na stolik, widząc wchodzącego męża.

– Jak było? – zapytała z ciekawością w głosie.

Werner wzruszył ramionami.

– Normalnie – odpowiedział od niechcenia. – Idę do łóżka. Jestem zmęczony.

„Jak zwykle” – pomyślała zawiedziona Rita. Jej mąż miał zawsze tę samą wymówkę. Gdyby mogła jakoś do niego dotrzeć, rozbić mur, który między nimi postawił, byliby szczęśliwi. Ale wszystkie jej zabiegi spełzły na niczym. Werner był chłodny, zdystansowany i najczęściej błądził myślami gdzieś indziej. Nie robiły na nim wrażenia nowe, modne fryzury żony ani eleganckie i szykowne ubrania. Nawet inwestycja w luksusową i frywolną bieliznę, sprowadzoną prosto z Paryża, okazała się fiaskiem. Gdyby nie jej kochankowie, zapewne byłaby jedyną osobą, która się nią zachwycała.

I ten jego ostatni, szalony pomysł… Wyjazd do Polski był namacalnym dowodem, że jej mąż nie może zapomnieć o tamtej kobiecie, Marii. Minęło tyle czasu, odkąd zniknęła z jego życia, ale on nadal zdawał się z tym niepogodzony.

II. 2014

Warszawa

Julia Kunis biła się z myślami. Jak zdobyć sto tysięcy, żeby wykupić od Bystrzyckiej tajemniczą teczkę z dokumentami gromadzonymi przez lata przez Zygmunta Paciorkowskiego? A jeśli nie ma tam nic oprócz tego, co już ujawniły gazety? Może Bystrzycka blefowała, żeby wyciągnąć od niej pieniądze? Po chwili stwierdziła jednak, że jeśli ktoś nadal się tym interesuje i jest gotów wyasygnować tak pokaźną kwotę, musi być tam coś, co może jeszcze bardziej pogrążyć jej rodzinę.

Nie potrafiła sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zależy jej na tym, żeby odgrzebywać stare sprawy. Jej dziadek, Maurycy, kompletnie odsunął się od życia publicznego, odbudował dom w Prowansji, gdzie wiódł spokojne życie z piękną Amelią i Mileną, która próbowała swoich sił jako producentka win. Miał to być rodzaj pośmiertnego pomnika, jaki chciała wystawić swojej matce, Anastazji. Czuła się winna, że gdy żyła jej rodzicielka, ona nie potrafiła wykrzesać w sobie uczuć, jakie zwykle okazują córki. I podobnie jak Julia postanowiła zrezygnować z męskiego towarzystwa. Ernestowi udało się dokonać totalnego spustoszenia w duszach obu kobiet. Jak mogły po takich przeżyciach zaufać jakiemukolwiek mężczyźnie? Julia uznała, że w jej przypadku jest to po prostu niemożliwe. Uwierzyła w bezinteresowną miłość, nawet jeśli była dla niej zakazanym owocem, a jednak okazało się, że została nikczemnie wykorzystana. Podobnie jak jej matka i Aldona Bystrzycka. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co by było, gdyby Ernest wciąż żył. Żywiła do niego ambiwalentne uczucia. Nie był jej pierwszym mężczyzną, ale był jej pierwszą miłością. Tak wielką, że nie patrzyła na konsekwencje. Ogarnięta namiętnością wpadała w jego ramiona bez opamiętania. Dopiero gdy zaginęła matka, oprzytomniała. I mogłaby sobie nawet wybaczyć ten irracjonalny poryw serca, gdyby nie to, że okazał się mistyfikacją. Można by rzec, że los sam wymierzył jej karę. Kochanek, który jej nie kochał, i przyjaciel, który chciał zostać kochankiem. Czysta ironia losu. Taki dowcip Pana Boga. A Julia zwątpiła we wszystko, bo zwątpiła w miłość.

Nie chciała ranić Piotra, był dobrym człowiekiem. Ale zrobiła to, widząc, że nie może sprostać jego oczekiwaniom. A może zbyt mocno kojarzył jej się z koszmarem, który ją spotkał? Tak czy inaczej, bez względu na to, jak cudowny i oddany był Dragon, ona nie chciała go pokochać. Zrozumiała teraz swoją babkę, Anastazję, która przez wiele lat postępowała podobnie. Miała rację, ludzie odchodzili, oszukiwali albo umierali, zabierając ze sobą cząstkę czyjejś duszy. I potem okazywało się, że niewiele już z niej zostało. A ci, którzy obdzierali ze złudzeń, i tak nie byli w stanie zrozumieć otrzymanego daru. Może miłość gdzieś istniała, wielka i piękna, jak ta Wernera von Becka i Marii Tarnowskiej, ale jej prawnuczce, Julii Kunis, najwyraźniej nie była pisana. Może w istocie ktoś rzucił na nich jakąś klątwę, bo w tej rodzinie nic nie było normalne i nikt nie poukładał sobie życia jak należy. Być może śladów należało szukać gdzieś w przeszłości? W życiu pradziadka, jego żony Rity, rodziców Wernera? Julia chciała dotrzeć do źródła zła, które opętało jej rodzinę. Była tak pochłonięta tym pomysłem, że wszystko inne zeszło na dalszy plan.

Natchnienie, skąd wziąć pieniądze dla Bystrzyckiej, przyszło nagle. Wiedziała, że jej dziadek skrytykuje ten pomysł, ale ona była zdeterminowana. Po wyjeździe Maurycego ponownie zamieszkała w domu rodzinnym, w Wilanowie, ale wciąż była właścicielką niewielkiej kawalerki na warszawskim Żoliborzu. Za mieszkania w tej dzielnicy płacono krocie i zawsze znajdowali się chętni. Miała nadzieję, że upora się z formalnościami w ciągu miesiąca. Cena, której zażądała, sprawiła, że jej agentka nieruchomości dzwoniła do niej niemal bez przerwy.

Dokładnie w dwadzieścia sześć dni później siedziała w gabinecie mecenasa Alojzego Kałużnego i po wręczeniu mu potwierdzenia przelewu na konto Aldony Bystrzyckiej, opiewającego na okrągłe sto tysięcy złotych, po raz pierwszy w swoim życiu dotknęła czarnej, powycieranej na narożnikach aktówki Zygmunta Paciorkowskiego.

– Musi pani od tego zapłacić podatek za panią Bystrzycką. Od darowizny – mruknął adwokat.

– Tak, wiem – odpowiedziała bezwiednie Julia, zaprzątnięta myślami o zawartości skórzanej teczki.

– To chyba będzie najdroższa torebka w pani życiu. – Mecenas uśmiechnął się nieznacznie.

– O tak. Mam nadzieję, że jest warta swojej ceny – odpowiedziała Julia, również się uśmiechając.

Pożegnała się z adwokatem i wyszła z jego biura. Aktówkę włożyła do najzwyklejszej reklamówki i wcisnęła przycisk windy. Zza załomu korytarza wyłoniła się postać młodego mężczyzny. Ubrany był w ciemne dżinsy i błękitny T-shirt, który kontrastował z jego opaloną skórą. Miał jasne, krótko obcięte włosy i żuł gumę. Omiótł obojętnym wzrokiem Julię, po czym zaczął przyglądać się swoim traperskim butom. Weszli do windy i oboje w tym samym momencie chcieli wcisnąć na panelu guzik z literą P. Kiedy ich palce się zetknęły, odsunęli je gwałtownie.

– I co teraz? Może zrobimy losowanie? – powiedział ze śmiechem mężczyzna. Najwyraźniej długi czas przebywał za granicą, bo mówił z obcym akcentem.

– Nie ma takiej potrzeby – mruknęła Julia i dotknęła przycisku.

Nie miała ochoty na pogawędki z obcym mężczyzną, zwłaszcza że od czasu Ernesta wyjątkowo irytowały ją obce naleciałości w polskiej mowie.

Mężczyzna wzruszył ramionami i powrócił do wpatrywania się w swoje obuwie.

Winda zatrzymała się na parterze i Julia wyszła przed budynek. Szybkim krokiem ruszyła do samochodu. Jeździła teraz limuzyną dziadka, która była nader wygodna i komfortowa, ale miała jedną poważną wadę – zaparkowanie audi A8 na zatłoczonych ulicach stanowiło nie lada wyczyn. Jej mała toyota radziła sobie z tym znacznie lepiej. Wyjechała niezbyt zgrabnie z parkingu i ruszyła w stronę Wilanowa. Nie zauważyła, że mężczyzna w niebieskiej koszulce po wejściu do swojego land rovera ruszył za nią.

III. 1940

1. Kraków

– Nie musiałeś ze mną jechać – powiedziała łagodnie Kornelia, gdy wsiedli z Michałem do pociągu zmierzającego w kierunku Krakowa.

– Moja miła, wiesz, jakie mam zdanie na ten temat. Znam Kraków bardzo dobrze, to duże miasto, a kamienic są tysiące. I wiele z nich wygląda tak, jak to zobaczyłaś w swoim śnie. Pomijając fakt, że kompletnie nie wierzę w te metafizyczne bzdury, takie szukanie po omacku jest niedorzeczne. Mam jedynie nadzieję, że gdy zobaczysz miasto, po prostu zrezygnujesz i wrócimy do Landów.

– Wiem, że trudno ci to zrozumieć, ale mam przeczucie… Ja po prostu czuję, że powinnam tam być. Też należę do osób praktycznych, ale z mamą łączy mnie niemal magiczna więź. Jeśli pojawiła się w moim śnie, to coś znaczy. Muszę ją odnaleźć i sprawdzić, czy nie dzieje jej się krzywda.

– Jeśli w istocie jesteście sobie aż tak bliskie, skąd przekonanie, że twoja matka chciałaby cię narażać na niebezpieczeństwo? A Kraków nie jest bezpiecznym miejscem. Nawet jeśli stanie się cud, choć w cuda nie wierzę, to co dalej? – zapytał zatroskany Michał.

– Nie wiem. – Kornelia wzruszyła ramionami. – Jeśli się uda, zostanę z nią. Albo blisko niej.

– A co ze mną, Kornelio? – Michał się obruszył.

– Michał, jeśli to, co jest między nami, ma jakąś wartość, przetrwa. Dzisiaj jestem potrzebna mamie, a ona mnie. Nie musisz brać w tym udziału, zrozumiem – odpowiedziała Kornelia łagodnie.

– Nie mów tak… Ja po prostu chcę ci pokazać, jak bardzo twój pomysł jest irracjonalny. I kiedy sama się o tym przekonasz, wrócisz ze mną i zostaniesz moją żoną – z naciskiem powiedział Michał.

– Jesteś pewny, że zostanę twoją żoną? – Uśmiechnęła się delikatnie.

– Mam takie przeczucie. – Puścił do niej oko.

Kornelia