Wydawca ebooka: Videograf Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 617 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 18 godz. 47 min Lektor: Elżbieta Kijowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 18 godz. 47 min Lektor: Elżbieta Kijowska

Opis ebooka Dziedzictwo von Becków - Joanna Jax

Napisana z epickim rozmachem, trzymająca w napięciu saga rodzinna! Poruszająca opowieść o zawiłych losach polskiej nauczycielki i niemieckiego oficera SS oraz ich potomków. Pełna dramatycznych momentów historia rozgrywa się na przestrzeni niemal osiemdziesięciu lat, przenosząc czytelnika z przedwojennego Wolnego Miasta Gdańska i pruskiej arystokratycznej posiadłości w Szlezwiku-Holsztynie do okupowanego Krakowa i Olkusza, powojennego Berlina Wschodniego i Warszawy, następnie do prowansalskiej wsi i Paryża lat sześćdziesiątych, by znaleźć finał w Polsce w czasach obecnych. Barwnie kreśląc postacie i umiejętnie dawkując tajemnice, autorka stworzyła wzruszającą opowieść o wybaczaniu, miłości, trudnych wyborach i dylematach moralnych, nienawiści, żądzy zemsty, chciwości i skomplikowanych relacjach rodzinnych.

Opinie o ebooku Dziedzictwo von Becków - Joanna Jax

Fragment ebooka Dziedzictwo von Becków - Joanna Jax

Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

Pracownia WV

Ilustracja na okładce

© olly/fotolia.com

© Wikimedia Commons

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3 C

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Tekst © Joanna Jakubczak

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2013

ISBN 978-83-7835-338-6

PROLOG

1.

Oficer dyżurny odebrał zgłoszenie w piątkowy, czerwcowy wieczór o godzinie dwudziestej trzeciej trzydzieści. Niemal natychmiast wysłał na miejsce zdarzenia patrol policji. Telefon, niestety, nie był głupim żartem. W zrujnowanej kamienicy przy ulicy Krętej znaleziono zwłoki mężczyzny. Budynek należał do inwestora z Niemiec, który od kilku lat prowadził spór z konserwatorem zabytków. „Złoty interes” miał się okazać skarbonką bez dna. Dlatego Bruno Hirst ogrodził kamienicę, wynajął firmę ochroniarską i powrócił do swojej ojczyzny z nadzieją, że pewnego dnia ten zabytkowy obiekt runie, a on będzie mógł na jego miejscu postawić biurowiec. Był tak dalece niezainteresowany swoją nieruchomością, że przestał płacić firmie ochroniarskiej i w tej chwili z ochrony obiektu pozostała jedynie przerdzewiała tabliczka z nazwą i numerem alarmowym. Ogrodzenie również przestało spełniać swoją rolę. Siatka miała liczne dziury, dlatego każdy mógł wejść do środka. Nie każdy miał na to ochotę, gdyż kamienica nie wyglądała zbyt zachęcająco, a w kilku miejscach wisiały nawet ostrzeżenia o możliwości jej zawalenia. Wewnątrz cuchnęło moczem, odchodami i zgnilizną. W oknach brakowało szyb, a w wielu miejscach widać było odsłonięte fragmenty drewnianego stropu. O latach świetności przypominały sztukaterie i ozdobne poręcze schodów. W tej chwili zaniedbane, brudne i zdewastowane, ale świadczące o tym, że w przeszłości było to miejsce urokliwe i pełne przepychu. Nikt już nie pamiętał, jak to się stało, że z tej pięknej secesyjnej kamienicy pozostały jedynie ściany, stropy i otwory okienne. Schronienie znajdowały tu bezpańskie koty, bezdomni i spragniona wrażeń młodzież.

Tym razem była to para nastolatków, pragnąca intymności. Poszukując bliskości, zdecydowani na wszystko, wybrali to obrzydliwe miejsce w nadziei na spełnienie. Byli tu wcześniej kilka razy, mieli swój wybrany kąt. Najczystszy z możliwych i najmniej cuchnący. Nie był to szczyt marzeń, ale nie mieli zbyt dużego wyboru. Tego feralnego dnia wszystko odbyło się inaczej. Zamiast miłosnych uniesień znaleźli człowieka. Leżał nieruchomo z lekko rozłożonymi nogami i otwartymi, niewidzącymi oczami. Widok, który ukazał się im w świetle latarki, zmusił zakochaną parę do opuszczenia miejsca i powiadomienia policji. Przez kilka minut rozważali nawet ucieczkę i milczenie, ale po chwili doszli do wniosku, że jakimś cudem policja do nich dotrze i mogą mieć kłopoty.

Na funkcjonariuszy czekali przed bramą z siatki, która była jedynie symboliczna. Dziewczyna miała długie ciemne włosy, była bardzo chuda i, drżąc, bardziej ze strachu aniżeli z zimna, wtulała się w postawnego, niewiele od niej starszego chłopaka. Policjanci, którzy przybyli na miejsce jako pierwsi, nie poświęcili im zbyt wiele uwagi, podekscytowani odkryciem dzwonili do wszystkich możliwych służb. Przerażonej zakochanej parze kazali czekać. Kilka minut później pojawiła się karetka, jeszcze jeden radiowóz i – z niewiadomych powodów – straż pożarna. Jeden z policjantów wylegitymował młodych ludzi i kazał im się nie oddalać. Po kilku minutach z kamienicy wyszedł lekarz pogotowia i powiedział zrezygnowanym głosem:

– Nie żyje. Myślę, że co najmniej od kilku godzin. Rana postrzałowa klatki piersiowej. To już nie nasza robota.

Po jakimś czasie pojawiła się nieoznakowana granatowa furgonetka zakładu medycyny sądowej, chwilę później na chodnik przy bramie podjechało granatowe, nieco wiekowe volvo. Mężczyzna, który z niego wysiadł, był wysoki, muskularny, miał krótko ostrzyżone włosy i był jednym z najlepszych oficerów śledczych wydziału zabójstw stołecznej komendy. Przez kolegów nazywany Dragonem, przez bandytów – „cholernym psem”. Piotr Dragoński swojej pracy poświęcał się całkowicie. To pozwalało mu zapomnieć o nieudanym małżeństwie, przedwczesnej utracie rodziców i o tych wszystkich kobietach, które mimowolnie skrzywdził. Rozumiał, dlaczego odchodziły od niego. Jego tryb życia był nie do zniesienia dla normalnych dziewczyn. A może po prostu nie trafił na taką, która by rozumiała, wspierała i trzymała za rękę, kiedy tego potrzebował? Czy tak trudno było pojąć kobietom, że niekiedy musiał przerwać w połowie randkę, wyjść z kina w połowie seansu czy być nieobecny przez kilka dni? Może trudno, ale miał taką robotę. Czasami sam nienawidził tych niespodziewanych telefonów. Tak jak dzisiaj. Nie robił nic konkretnego, nie miał randki ani popijawy z kumplami. Siedział po prostu w fotelu po długiej kąpieli i czytał Ludluma. Dzwonek komórki zburzył ten długo wyczekiwany spokój. Dragon nie był zbyt zadowolony, był przemęczony, potrzebował takiego nudnego, leniwego wieczoru. Nie było mu to, niestety, dane. Pracował nad grubą sprawą, dotyczyła porachunków w światku przestępczym, a ten denat, którego właśnie znaleziono, mógł być brakującym elementem łamigłówki.

Jak na tę porę roku wieczór był dość chłodny, wilgotny i niezbyt przyjemny. Nie przeszkadzało to jednak ludziom obserwować całej akcji; przepychali się między policjantami i próbowali dojrzeć cokolwiek, kto wie, może nawet ofiarę. Kiedy Dragon wysiadł z samochodu, jakiś łysy jegomość w rozciągniętym dresie głośno wyrażał swoją opinię:

– Co się teraz wyprawia w tej dzielnicy? Wczoraj wypadek na przejściu dla pieszych, dzisiaj morderstwo… Dziadostwo, a kiedyś tu było tak porządnie…

– Jakie morderstwo? – przerwała starsza kobieta w zarzuconym na ramiona zielonym swetrze. – Ta rudera ledwo się trzyma kupy, pewno się ktoś kręcił, coś się zawaliło i tragedia gotowa…

– Facet od zabójstw, wóz medycyny sądowej… Hm… Zapewne facet spadł ze schodów – zakpił mężczyzna w dresie, najwyraźniej dobrze obeznany w temacie tego typu przypadków.

Towarzystwo ucichło i stojący ludzie, usłyszawszy to, jeszcze bardziej zaczęli wyginać karki, próbując coś więcej zobaczyć. Dragoński podszedł do stojącego przy bramie policjanta. Ten najpierw wskazał brodą dwójkę młodych ludzi, a potem powiedział, zerkając na trzymany w ręku notes:

– To ta dwójka, Emilia Kobus i Mateusz Warecki; on – student, przyjezdny, z Makowa Mazowieckiego, ona – licealistka, miejscowa. Chcieli sobie pobaraszkować… – Uśmiechnął się lubieżnie. – …ale natknęli się na trupa.

– Dobra – odpowiedział niedbale Dragon. – Niech poczekają jeszcze trochę, ja najpierw pójdę do głównego bohatera.

Przeszedł przez bramę, w tej chwili już otwartą, minął stojącą przy drzwiach policjantkę i wszedł do cuchnącej ciemnej sieni. Nie musiał się legitymować, był jej dobrze znany. Policjantka – pulchna, ruda dziewczyna – podała mu latarkę. Machnął ręką i pokazał jej własną. Włączył przycisk i omiótł pomieszczenie snopem ostrego światła. Odnalazł schody i szybkim krokiem wszedł na trzecie piętro kamienicy, mijając po drodze dwóch innych policjantów. Na górze stały małe reflektory dające intensywne światło dzięki czemu wnętrze pomieszczenia sprawiało wrażenie planu filmowego. Zabity mężczyzna leżał na kamiennej posadzce, nie miał butów i paska w spodniach, poza tym wyglądał na dobrze ubranego. Markowa koszula, porządne spodnie, zadbana fryzura i czyste paznokcie. Kucający obok mężczyzna w białym kitlu i szylkretowych okularach podniósł głowę znad zwłok.

– Co najmniej osiem godzin. Kula przebiła płuco i utkwiła w sercu. Obstawiam dwudziestkę dwójkę. Wiek czterdzieści pięć do pięćdziesięciu lat, czysty, zadbany, porcelanowe licówki, dobra woda kolońska, jak mniemam, bo jeszcze ją czuć. Na pierwszy rzut oka żadnych śladów walki. Zginął tutaj. Został ograbiony. Raczej po fakcie.

– Jeśli leży tu tyle czasu, okraść mógł go jakiś bezdomny, pełno ich się tutaj kręci. Ten, który strzelał, na pewno nie brałby butów… – powiedział jakby do siebie Dragon, po czym zwrócił się do dwóch mężczyzn stojących obok. To byli koledzy z wydziału, dzisiaj mieli służbę, podczas gdy on miał mieć wolne. Jego spojrzenie nie było zbyt życzliwe. – Skąd wiadomo, że ten tutaj może mieć związek z moją sprawą? – wycedził.

Mężczyźni spojrzeli na siebie. Jeden z nich, przysadzisty blondyn w błękitnej koszulce polo i skórzanej kurtce, chrząknął i zaczął mówić niezbyt pewnym głosem:

– Trzy kilometry stąd zastrzelono Kiełbonia, tego biznesmena, który pożyczał szmal od Rudego…

W takim dużym mieście to była marna poszlaka. Ale przyglądając się zabitemu mężczyźnie, Dragon odniósł wrażenie, że widział gdzieś tę twarz. To było jak błysk, zbyt krótki, żeby przeobrazić się w jasne światło. Spotykał wielu ludzi, widział wiele twarzy. Patrzył na oblicza ofiar i morderców, te pamiętał dobrze, inne niekoniecznie. Nie miewał koszmarów, ale za każdym razem, kiedy widział ofiarę, czuł się odpowiedzialny za znalezienie jej kata. Teraz tego nie poczuł. Czy było to przeczucie, że facet był kanalią, czy wypalenie zawodowe, tego nie wiedział. Zmęczony czy znudzony, ale nie odezwał się w nim instynkt łowcy i poszukiwacza.

– Wiecie, co trzeba robić. Jeśli znajdziecie coś, cokolwiek, co wskazywałoby na powiązanie z moją sprawą, poinformujcie mnie.

Pożegnał się, wyszedł z pomieszczenia, po czym zbiegł ze schodów, chcąc jak najszybciej wydostać się z tego cuchnącego budynku. Stojący przy bramie policjant zatrzymał go ruchem ręki.

– Co z nimi, inspektorze? – zapytał i ponownie wskazał dwójkę młodych ludzi.

Dragoński wzruszył ramionami.

– Niech ci z góry zdecydują.

Wolnym krokiem odszedł w kierunku samochodu. Nie wiedział wtedy jeszcze, że i tak poprowadzi to śledztwo. Nie wiedział również, jak odległa przeszłość zaważyła na losie człowieka, który teraz leżał zastrzelony w zrujnowanej kamienicy przy ulicy Krętej, i jak bardzo wpłynie to na jego własne życie…

2.

Maurycy Kunis zjechał z krajowej drogi numer trzydzieści w kierunku miejscowości Wawryczki. Szosa była węższa, miała nierówne pobocza i nieco więcej dziur. Po lewej stronie drogi rozciągały się pola rzepaku i żyta, po prawej – las. Po kilku kilometrach Maurycy znacznie zwolnił i skręcił w bitą leśną drogę. Mimo braku asfaltu droga była równa i całkiem znośna dla samochodu osobowego. Otaczający las był w większości liściasty, gęsty i ciemny. Zapewne było tu także chłodniej niż na otwartej przestrzeni, ale w klimatyzowanym wnętrzu swojego samochodu Maurycy nie poczuł różnicy. W pewnym momencie droga skręcała pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Na wirażu rozciągała się duża soczysto zielona polana, teraz spowita słońcem na tle błękitnego nieba. W centralnym punkcie polany stał piękny barokowy pałac o kremowej elewacji, jakby wyjęty z bajki i osadzony przypadkowo w tym zapomnianym przez ludzi miejscu. Pałacyk otoczony był wysokim murem, tak białym, że aż raził w oczy, i nieco psującym wygląd tego baśniowego miejsca. Przy bramie wjazdowej i furtce na przybysza spoglądały czujne oczy kamer.

Kunis wysiadł z samochodu i nacisnął przycisk wideofonu. W chwilę potem brama wjazdowa zaczęła się powoli otwierać. Półokrągły podjazd przed pałacem był pusty. Kilka samochodów stało na niewielkim wybrukowanym parkingu po prawej stronie dziedzińca. Lewa należała do klombów kwiatowych, pięknych, zadbanych i mieniących się całą paletą barw. Pośrodku dziedzińca znajdowała się marmurowa fontanna. Rzeźbione nagie cherubiny radośnie uśmiechały się spod kaskady wody. Maurycy wysiadł z samochodu i przez moment tępo patrzył się na beztroskie aniołki. Zaciskając w dłoni siatkę z mandarynkami, znowu zadał sobie w duchu te pytania. Jak mogłem do tego dopuścić, co poszło nie tak? Dlaczego Bóg chce mi zabrać każdego, kogo tylko zdołam pokochać? Samotna łza spłynęła po policzku starszego człowieka. Wytarł ją pośpiesznie i pewnym krokiem podążył w stronę pałacu. Przecież została jeszcze ona. I tylko ona. Jego ukochana wnuczka Julia.

Ogromne przeszklone drzwi pałacu otworzyły się bezszelestnie. Hol już w niczym nie przypominał arystokratycznej rezydencji. Liczne drzwi były nowoczesne i zaopatrzone w czytniki kart magnetycznych. Pośrodku holu stał długi granitowy kontuar, za którym siedziała młoda kobieta w wykrochmalonym białym fartuchu. Znał ją. Miała takie dziwne imię – Marika – i była niebywale uprzejma. Podniosła głowę i uśmiechnęła się, ukazując rząd równych białych zębów.

– Jest w swoim pokoju. Niedawno wróciła ze spaceru. Byli z Konradem prawie dwie godziny – odezwała się miękkim głosem i podała Maurycemu kartę.

W holu roznosiły się kuchenne zapachy. Niedawno był obiad. Maurycy był ciekaw, czy jego wnuczka dzisiaj coś zjadła. Była taka szczupła, słaba i blada. Powinna jeść. Wszedł na pierwsze piętro po szerokich marmurowych schodach. Na piętrze było znacznie przytulniej niż na parterze. Miękka wykładzina, donice z kwiatami, na ścianach reprodukcje z pejzażami. Na końcu korytarza znajdował się pokój jego wnuczki. Kiedy wszedł, siedziała w dużym fotelu i patrzyła na ogród przez przeszklone drzwi balkonu. Nikt by się nie spodziewał, że szyby są z pancernego szkła, a ten luksusowy pokój należy do prywatnej kliniki psychiatrycznej. Bardzo drogiej i luksusowej kliniki, ale jednak nie był to pensjonat. Julia odwróciła się i uśmiechnęła słabo.

– Dzień dobry, dziadku. Jak się miewa twój kręgosłup?

– Dziecko moje… – Maurycy pochylił się nad Julią i pocałował ją w czoło. – Ty się martwisz o mnie? Lepiej powiedz, jak ty się czujesz?

– Jak w więzieniu – bąknęła. – Zabierz mnie stąd, proszę.

– Lekarze mówią… – zaczął niepewnie Maurycy, ale Julia nie pozwoliła mu skończyć.

– Mam gdzieś, co mówią te łapiduchy. Na kasie im zależy, więc chcą mnie tu trzymać do upadłego – powiedziała Julia z uporem, co świadczyło o tym, że powoli wraca do formy.

– Boję się – szepnął niepewnie Kunis i znacząco spojrzał na jej zabandażowane nadgarstki.

Julia zmieszała się.

– Przepraszam cię, dziadku, to było głupie i… podłe, że chciałam cię zostawić samego po tym, co dla mnie zrobiłeś.

Maurycy wziął ją za rękę i powiedział cicho:

– Nie przepraszaj, nie obwiniaj się. Może gdyby w naszej rodzinie nie było tylu tajemnic, pewne sprawy nigdy nie miałyby miejsca. Obiecuję – już żadnych tajemnic. Cokolwiek by to nie było. Musisz mnie kochać razem z moim życiowym garbem. – Uśmiechnął się.

– Będę, dziadku. – Odwzajemniła uśmiech. – Na pewno.

– Wystarczy, że zrozumiesz, nie będzie to łatwe… – rzekł. – To długa historia.

– Mamy czas – odpowiedziała. – I… nic już nie będzie trudniejsze od tego. – Wskazała na swoje nadgarstki.

Maurycy westchnął, obrał jedną mandarynkę, podał Julii i zaczął mówić. Nie był świadkiem wielu zdarzeń, znał je z opowieści. Z opowieści niepozbawionych emocji, nacechowanych subiektywnym spojrzeniem, namiętnością i chęcią zemsty, miłością i nienawiścią, życiem i śmiercią…

I. Die Freie Stadt Danzig/Wolne Miasto Gdańsk, 1934

Maria Tarnowska stała na moście i zastanawiała się, czy nie lepiej byłoby dla wszystkich, gdyby rzuciła się w odmęty Motławy. Mocno zaciskała dłonie na barierce i rozpamiętywała swoją przeszłość. Przyszłości nie potrafiła sobie wyobrazić. Nie miała wiadomości od Wernera już od dwóch miesięcy. Powinien wrócić co najmniej miesiąc temu albo napisać, odezwać się, cokolwiek. Przyrzekał jej to. Już wtedy, gdy odprowadzała go na pociąg, była przerażona. Ale on ją uspokajał, przytulał, ściskał rękę i powtarzał, jak bardzo kocha ją i to dziecko, które w sobie nosi. Obiecał, że wróci. A teraz nie wracał, a ciąża niedługo będzie widoczna. Nie miała nikogo, kto by w tej chwili powiedział jej coś dobrego, coś pocieszającego. Została kompletnie sama ze swoim problemem.

* * *

Maria była sierotą. Wychowała się w niemieckim sierocińcu prowadzonym przez siostry boromeuszki przy Szpitalu Najświętszej Marii Panny w Gdańsku. Nie wiedziała, jak się tam znalazła, plotki krążyły przeróżne. A że była nieślubnym dzieckiem niemieckiego lekarza i polskiej salowej, a że to bzdura, bo ojciec był też Polakiem i dostarczał do szpitala jedzenie z pobliskiej wsi. Niekiedy szeptano, że siostry znalazły ją w koszyku na schodach sierocińca. Jednak faktem było to, że miała polskie nazwisko i dokumenty, i mówiła równie dobrze po polsku, jak po niemiecku. Postarały się o to kochane siostry, znalazły również sponsora, żeby mogła wyjechać, skończyć szkoły i zostać nauczycielką, a nie jak większość dziewcząt – służącą, pomywaczką czy w najlepszym razie guwernantką w średnio zamożnych domach.

Budynek sierocińca był dużym gmachem z czerwonej cegły o grubych, zimnych ścianach i wysokich sklepieniach. Dziewczęta były zawsze schludnie i skromnie ubrane, takie też wartości wpajały im siostry. Pozory jednak myliły. Wśród mieszkanek sierocińca trwała nieustanna walka. O pozycję w grupie, względy sióstr czy też o inne przywileje. Niewinnie wyglądające dowcipy miały na celu wyeliminowanie konkurencji. Ta, która jednego dnia była przyjaciółką, następnego mogła stać się zagorzałym wrogiem. Tajemnice między dziewczętami stawały się publicznymi, a donosicielstwo kwitło bujnie niczym jabłonie na wiosnę. Maria nauczyła się żyć w tym nieco brutalnym świecie. Musiała, była tu od urodzenia, a przynajmniej od chwili, gdy posiadła świadomość własnego jestestwa. Kiedy przybywały „nowe”, nieświadome, niepewne swojej przyszłości, ona już tam tkwiła. Obserwowała biernie okrutną szkołę życia, jaką dostawały nowo przybyłe mieszkanki. Jeśli trafiła się mocna zawodniczka, wkrótce wsiąkała w świat intryg i lizusostwa, natomiast słabe jednostki snuły się po kątach, samotne, odizolowane i zagubione.

Maria znała tę grę. I umiała w nią grać. A najważniejszą zasadą tej gry było – nie ufać nikomu. Chętnie słuchała, chętnie pomagała, sama nie mówiąc zbyt wiele i nikogo nie prosząc o pomoc. To jej dawało poczucie bezpieczeństwa. Nikt nie znał jej tajemnic i uczuć, a radzenie sobie w każdej sytuacji dawało Marii poczucie siły. Już małe dziewczynki, chcąc się przypodobać siostrom, robiły rzeczy nieładne i nie poczuwały się do żadnej solidarności. Każda z nich szukała namiastki matki, kochającej i czułej, dla której byłaby najważniejsza. Maria nie znała takiego uczucia. Odkąd pamiętała, siostry były miłymi i ciepłymi kobietami, ale każda z nich miała pod swoimi skrzydłami ze trzydzieści dziewczynek. Należało je nakarmić, umyć i odziać, a gdy były starsze, dopilnować, żeby zrobiły to należycie. Czy siostry nie wiedziały, co się dzieje? Zapewne były tego świadome, pewne rzeczy i zachowania od lat pozostały niezmienne, ale nie były w stanie ani tego wyeliminować, ani temu zapobiec. Interweniowały jedynie w sytuacjach drastycznych, ale tych było niewiele. Królowały tu raczej ploteczki, intrygi i drobne kradzieże. Siostry musiały zajmować się bardziej przyziemnymi kwestiami, najwyraźniej wychodząc z założenia, że dziewczęta muszą sobie radzić same, tak jak będą to musiały robić po opuszczeniu sierocińca.

Nieuniknione jednak było faworyzowanie przez siostry niektórych wychowanek. Po prostu widać było, że są dziewczęta bardziej i mniej przez nie lubiane. W końcu zakonnice też były istotami o ludzkich sercach, które mimo starań i większej ilości łask od Boga mogły darzyć sympatią jedne dzieci bardziej, inne nieco mniej. Nie było w tym żadnego klucza. Największa zaraza, robiąca wciąż głupie numery, mogła mieć uznanie i sympatię którejś z sióstr, a cicha, spokojna ciamajda – nie zyskać ich aprobaty. Jak w życiu. Mimo tego dziewczęta wciąż poszukiwały tego nieistniejącego klucza, chcąc zaskarbić sobie sympatię, czułość czy też specjalne przywileje.

Biorąc pod uwagę tego typu problemy, można rzec, że Marii się udało. Siostra Teresa, później awansowana na przełożoną, okazywała jej wiele względów. Trudno powiedzieć, czym się kierowała, po prostu lubiła ją bardziej niż inne. Dość szybko dostrzegła, że dziewczynka jest bystra, zdolna oraz ma zadatki na dobrą i pilną uczennicę. Zapewne ona znała tajemnicę pochodzenia Marii, ale milczała na ten temat jak zaklęta. Czy komuś to przyrzekła, czy też chciała oszczędzić swojej ulubienicy przykrych doświadczeń – pozostało jej tajemnicą. Ona pierwsza jednak zaczęła ją uczyć mówić i pisać po polsku, ona też powiedziała jej, że jest Polką. Mając kilka lat, Maria niewiele z tego rozumiała, nie miało to też dla niej większego znaczenia, oprócz tego, że czuła się nieco inna niż pozostałe osoby. Dało to jej jednak powód do bycia indywidualistką i trzymania się nieco z boku standardowego życia tej niewielkiej społeczności. Chadzanie własnymi ścieżkami uchroniło ją od wielu przykrych historii, miało też negatywny wydźwięk, a mianowicie kompletny brak bliższych przyjaciółek. Chociażby takich jednodniowych, bo o prawdziwej przyjaźni, niestety, nie mogło być mowy.

Gdy przyszedł moment wyjazdu do szkoły z internatem, jedyną osobą, z jaką żal jej się było rozstawać, była matka Teresa. Jej ostoja, doradca i autorytet. Liceum pedagogiczne Maria ukończyła z doskonałym wynikiem głównie dlatego, by sprawić radość tej kobiecie i udowodnić, że wysiłki matki nie poszły na marne. Z dyplomem w ręku i błogosławieństwem od sióstr boromeuszek Maria wkroczyła w dorosłe życie.

W Gdańsku, dzięki działaniom Macierzy Szkolnej, funkcjonowało kilka polskich szkół powszechnych i gimnazjum. W jednej z takich szkół powszechnych po powrocie z liceum Maria znalazła pracę nauczycielki. Zarabiała niewiele. Wystarczało na wynajęcie małego, wychłodzonego zimą i dusznego latem pokoiku na facjatce jednej z gdańskich kamienic oraz skromne życie. Jedyne buty, jakie miała, czerniła tak często, że chwilami zastanawiała się, czy grubsza jest warstwa skóry, czy szuwaksu. Dwie skromne sukienki, zimowy płaszcz i nieco podniszczona walizka były prezentami od sióstr boromeuszek. Ale takie drobiazgi nie mogły zmącić dobrego samopoczucia młodej kobiety, która miała życie przed sobą i świat u swych stóp.

Dopóki tym światem były mury sierocińca, marzenia Marii dotyczyły co najwyżej deseru truskawkowego czy jakiejś zabawki, a w latach późniejszych książek. Czasami bogaci Niemcy zapraszali dzieci na obiady czy kinderbale do swoich domów, aby mogły zakosztować rodzinnego życia. Jako Polka była rzadko zabierana na takie imprezy, po raz pierwszy, gdy miała czternaście lat. Wtedy zobaczyła, że jest też inny świat, o istnieniu którego nie miała pojęcia. Był to świat, w którym dziewczęta miały własne pokoje, miękkie łóżka z atłasową pościelą, po kilka sukienek na każdą okazję, a do każdej z nich pantofelki i kokardy tak piękne, jak z kolorowych baśni, które czytywały im siostry. Był to świat pachnących kwiatami domów z brokatowymi zasłonami i różowych pamiętników zamykanych na srebrną kłódeczkę. Te dziewczynki nie wiedziały, co to szorowanie podłóg ani obieranie ziemniaków. Ich problemy kręciły się wokół młodzieńczych miłości, przyjęć i wypadów na plażę w Sopocie. Maria zazdrościła im tego cukierkowego życia i w swojej naiwności wierzyła, że zdarzają się piękni, bogaci mężczyźni, którzy żenią się z równie pięknymi, ale biednymi dziewczynami z sierocińca. I że pewnego dnia spotka takiego kawalera, a potem będą żyli długo i szczęśliwie.

Życie mocno zweryfikowało te młodzieńcze marzenia, a kawalerowie, którzy starali się o jej względy, nie byli ani piękni, ani bogaci. Jednym z nich był Jan Kunis, kierownik szkoły powszechnej, w której pracowała. Janek był spokojnym, dobrym człowiekiem, nieco już łysiejącym i dwadzieścia lat starszym od Marii. Podobnie jak ona był sam na świecie, z tą różnicą, że jego rodzice umarli, kiedy Jan był już dorosłym człowiekiem i dumnym kierownikiem szkoły. Zakochał się w Marii, bo była dla niego uosobieniem wszelkiej kobiecości. Długie jasne włosy najczęściej zaplatała w warkocz, który spływał miękko po jej szyi i szczupłych plecach. Ogromne ciemne oczy nadawały Marii wyrazu spłoszonej łani. Reszta nie wyróżniała się niczym szczególnym, ale Janek Kunis uwielbiał każdy jej gest, to jak poruszała się, jak uśmiechała się i spuszczała wzrok przed jego gorącym spojrzeniem. Tak, Jan Kunis był zakochany jak nigdy dotąd. Coraz częściej rozumiał literackiego Wokulskiego, który doznał olśnienia, gdy po raz pierwszy ujrzał Izabelę Łęcką. Jego dotknęło to samo. Od tej chwili nie liczyło się nic, tylko Maria. Adorował ją subtelnie, co rusz zostawiając ślady swojego uwielbienia, a czasem obserwował jedynie z oddali, jak gdyby wstydząc się swoich uczuć. Trzymał w szufladzie jej zdjęcie, które zrobiono na jakiejś szkolnej wycieczce, i zaglądał do niej, ilekroć nadarzyła się okazja. A gdy nadchodził wieczór, siadał w fotelu i marzył, że kiedyś rozpuści jej złocisty warkocz i zatopi swoje dłonie w długich gęstych włosach Marii. Śnił o ogromnych oczach wpatrzonych w niego podczas miłosnej ekstazy. Nie mówił jej o swoich uczuciach. Lękał się odrzucenia, obawiał się, że nie będzie mógł już o niej marzyć.

Maria była świadoma zauroczenia Janka, nie wykorzystywała jednak tego i delikatnie udawała, że nie zauważa tych rozmarzonych oczu, drżących rąk, kiedy z nią rozmawiał, ani tej nieszczęsnej fotografii, którą trzymał w szufladzie swojego biurka. Lubiła go, szanowała, ale nie kochała. Miała dwadzieścia lat i ufała, że pewnego dnia spotka człowieka, który rozgrzeje jej jak dotychczas zimne serce. Czasami, siedząc samotnie w swoim pokoiku, myślała z ironią, że biały koń, na którym do niej jedzie ten cudowny książę z bajki, chyba złamał nogę, bo ani go nie widać, ani też nie słychać stukotu końskich kopyt. Ten stan jednak nie spędzał jej snu z powiek i nie zmazywał uśmiechu z jej twarzy.

Tego, co stało się później, nie planowała. Nie rozglądała się gorączkowo za mężczyznami w nadziei, że w którymś się zakocha. Budowała swoje dorosłe życie ze spokojem. Cieszyła się własnym kątem, pracą i wszystkim, co przynosiło jej życie. Inne sprawy odkładała na później. Nie spodziewała się, że pewien październikowy dzień zmieni jej życie na zawsze i wyzwoli demony, o istnieniu których nie miała pojęcia.

Maria lubiła swoje małe mieszkanko, mimo że było ciemne, ciasne i wilgotne. Nazywała je dziuplą. Pod skosem stało pojedyncze metalowe łóżko, a obok niewielka komódka na drobiazgi. Pod małym okienkiem ustawiła stół i dwa krzesła. Chociaż podczas silnych wiatrów ciągnęło od nieszczelnego okna, było to najwidniejsze miejsce w pokoju, a ona często sprawdzała w domu zeszyty, klasówki i przygotowywała się do lekcji. Zerkając niekiedy w małe okienko, widziała dachy innych gdańskich kamienic, a czasem, wychyliwszy się bardziej, mogła nawet dostrzec Motławę. Na stoliku stał rachityczny kwiatek pelargonii, który żył tylko dzięki ogromnej determinacji lokatorki. Zaraz przy drzwiach, za kwiecistą zasłonką, była umywalka, mała szafka na przybory toaletowe i duża miednica, która służyła Marii jako wanna. Niewielki piec węglowy ogrzewał pomieszczenie i pozwalał ugotować w duchówce ciepły posiłek. Na przeciwległej ścianie stała nieco zdezelowana szafa. Kilka ubrań i trochę bielizny to była cała jej garderoba. Na szczęście budynek był zelektryfikowany, mogła więc korzystać ze stojącej na komódce lampy i czytać wieczorami książki.

Pewien październikowy dzień nie zaczął się dobrze. Silny wiatr i rzęsisty deszcz sprawiły, że w pokoiku było wyjątkowo zimno, a z sufitu zaczęła sączyć się woda. Zalanie może jej nie groziło, ale kapiące krople były dość kapryśne i nie zawsze trafiały do cynowej miednicy. Ciężkie chmury wisiały nad miastem, odbierając jego mieszkańcom nadzieję na poprawę aury i jakiś minimalny promyk słońca. Tramwaje jeździły opóźnione, samochody i dorożki bezlitośnie ochlapywały przechodniów. Maria wyszła z domu mocno spóźniona, bo musiała jeszcze uregulować komorne u pani Rauch. Kobieta ta, owdowiała właścicielka kamienicy, przyjęła ją pod swój dach tylko z powodu dobrej opinii, jaką wystawiły Marii siostry boromeuszki. Nie lubiła jej jednak. Tak jak wielu Niemców wówczas, uważała Polaków za gorszych. Przyklejona do okna albo do szpary swoich drzwi szpiegowała Marię, chcąc przyłapać ją na jakiejś niestosowności. Maria jednak nie dawała jej powodów do negatywnych osądów, ponieważ żyła niczym mniszka. Może i popełniłaby jakieś szaleństwo, choćby na złość tej babie, ale jakoś żadne nie przychodziło jej do głowy. Przyjaciółek, które zapewne byłyby w tym celu pomocne, nie miała, a fatyganci nie zyskiwali jej aprobaty. Na upicie się w jakimś szemranym lokalu i odśpiewanie pod mieszkaniem Rauchowej, na przykład, Mazurka Dąbrowskiego nie miała ani chęci, ani odwagi. Obawiała się również, że wieść o tego typu ekscesach mogłaby dotrzeć do matki Teresy, a tego by sobie nie wybaczyła. Pozostali lokatorzy kamienicy przy Häkergasse, również Niemcy, po prostu ją ignorowali. Zdawkowe skinienie głową to były całe jej relacje z sąsiadami.

Do pracy dotarła przemoczona do suchej nitki, bo parasolka przy zacinającym deszczu i silnym wietrze na niewiele się zdała. Jana tak bardzo wzruszył ten widok, że chwilę potem przyniósł jej kubek herbaty z rumem.

– Pójdę pijana na lekcję. – Maria zaśmiała się.

– Taka ilość mogłaby upić jedynie muchę, zresztą przymknę na to oko. Lepiej żebyś się nie rozchorowała – odpowiedział Jan.

Usiadł naprzeciwko niej i wpatrywał się w jej oczy, jakby szukając jakiejś iskierki czułości czy zainteresowania. Maria była zmieszana. W tej chwili nie potrafiła dać mu nic, nie wiedziała również, czy kiedykolwiek będzie potrafiła. Koleżanki z pracy służyły jej mądrymi radami, wspominały własnych mężów i uważały, że popełnia błąd. Tłumaczyły, że porządny i dobry mąż to skarb, a miłość i namiętność to wymysły pensjonarek. Nie umiała wyobrazić sobie, jak mogłaby pozwolić dotykać się mężczyźnie, całować się z nim i nic nie czuć.

„Jeśli rzeczywiście tak ma wyglądać małżeństwo, to jestem poważną kandydatką do stanu staropanieńskiego” – myślała w takich chwilach.

Czytała romanse, głęboko wierząc w zawartą w nich treść. Mężczyźni usychali w nich z tęsknoty za swoimi wybrankami, a kobiety omdlewały przy każdym spotkaniu z ukochanym. Takie to marzenia roiły się w głowie dwudziestoletniej panny.

Z biegiem dnia pogoda nie poprawiała się. Od samego patrzenia w okno robiło się zimno i ponuro. Maria zebrała zeszyty i spakowała je do torby, owijając szczelnie gazetami.

„Jeszcze by tego brakowało, żeby zmokły” – myślała.

Normalnie zostałaby dłużej w szkole i sprawdziła je na miejscu, ale chciała jak najszybciej wrócić do domu i upewnić się, czy cieknący dach nie zamienił jej mieszkania w małe jezioro. Zamknęła klasę, przeszła przez ciemny hol ze skrzypiącą podłogą i wyszła na zewnątrz. Podmuch wiatru szarpnął skrzydłem drzwi, które z hukiem trzasnęło. Maria ściskała pod pachą torbę z zeszytami, jedną ręką przytrzymywała beret, w drugiej trzymała parasol, który niebezpiecznie się wyginał. Zanim dotarła do ulicy Langgasse, zacinający deszcz przeszedł w ulewę. W butach chlupała woda, płaszcz był prawie cały mokry, a kosmyki wilgotnych włosów oblepiały jej twarz. Silniejszy podmuch spowodował w końcu to, co nieuniknione. Stelaż parasolki pękł, rozrywając niemal na strzępy materiał, który był na nim naciągnięty. Musiała gdzieś przeczekać tę nawałnicę.

„Taki rzęsisty deszcz nie powinien przecież długo padać” – pomyślała.

Zobaczyła mały daszek nad wejściem do jednej z kamienic, zwinnym ruchem przeskoczyła ogromną kałużę, wbiegła kilka schodków i schroniła się w futrynie drzwi. Czy gdyby znała swój przyszły los, zrobiłaby ten krok? Na to pytanie nie potrafiła sobie odpowiedzieć nawet po wielu latach cierpień i udręki. Najwyraźniej to przeznaczenie wybrało za nią ten dom i te schody. Później miała okazję wielokrotnie po nich wchodzić i tym samym przypieczętować swoje dalsze losy…

Mężczyzna, który chwilę później pojawił się w drzwiach, miał na sobie niemiecki mundur SS. W takim mieście jak Gdańsk nie był to widok niezwykły. Ani też specjalnie przyjazny. Zbrojne skrzydło NSDAP panoszyło się tam coraz bardziej, bez skrępowania głosząc swoje poglądy. Ich roszczenia cieszyły się ogromnym poparciem wśród niemieckich obywateli, budząc grozę wśród Polaków. Oczywiście nie można było porównać ówczesnej sytuacji do tego, co się stało później. Takiej wojny i okrucieństwa jeszcze nikt się wtedy nie spodziewał, chociaż wciąż o wojnie mówiono. Maria spojrzała na przybysza z zazdrością. Był jeszcze suchy, a jego parasol – najpewniej solidny i sprawny. Mężczyzna postawił kołnierz wojskowego płaszcza i zaczął wciągać skórzane rękawiczki. Odwrócił głowę i spojrzał na Marię. Jego spojrzenie nie wyrażało nic. Porcelanowe błękitne oczy był zimne i pozbawione wyrazu. Odwrócił wzrok od Marii i zaczął się nerwowo rozglądać. Przed schody kamienicy podjechał czarny mercedes 380. Mężczyzna jednak nie ruszył się z miejsca, tylko ponownie spojrzał na Marię. Wzbudziła w nim, nie wiadomo dlaczego, poczucie winy. On właśnie wyszedł z ciepłego mieszkania i zaraz wsiądzie do suchego samochodu, a ona stała zupełnie mokra i zziębnięta. A może sprawiło to jej spojrzenie. Ciepłe i wystraszone. W każdym razie jego wzrok był już zupełnie inny. Jego oczy się uśmiechały, tworząc wokół siateczkę małych zmarszczek, mimo iż usta pozostały nieruchome. W pewnej chwili zwrócił się do Marii po niemiecku:

– Pozwoli pani, że ją podwiozę. Jest pani cała mokra, a ten deszcz najwyraźniej nie zamierza przestać…

– Dziękuję panu, nie chcę robić kłopotu, mieszkam na Häkergasse, to niedaleko – odpowiedziała równie płynnym niemieckim, nieco zmieszana propozycją.

– Tym mniejszy to będzie kłopot, proszę. – Wskazał ręką samochód.

Maria wsiadła, milcząc. Kierowca zerknął w lusterko, ale też nie odezwał się ani słowem.

– Nazywam się Werner von Beck i chwilowo mieszkam właśnie tutaj. – Werner odwrócił się i wskazał głową drzwi kamienicy, z której przed chwilą wyszedł.

– Maria Tarnowska.

Wyciągnęła do niego dłoń. Delikatnie ją ujął i pocałował. Po czym dodał zdziwiony:

– Jest pani Polką?

– Tak – odpowiedziała, po czym dodała z lekkim przekąsem: – Mam wysiąść?

Roześmiał się.

– Ależ skąd. Po prostu jestem zdziwiony, że mówi pani aż tak dobrze w moim języku.

– Tutejsi Polacy w większości mówią po niemiecku… jeśli chcą.

– Chociaż zmuszona będziesz mnie porzucić,/Jeżeli serca nie zmienisz w kochaniu,/Rzucając nawet nie chciej mnie zasmucić/I rozstając się nie mów o rozstaniu! – wyrecytował po polsku Werner.

– Oficer niemiecki deklamujący Mickiewicza? Jestem pod wrażeniem. Pana polski jest niemal doskonały – nie bez złośliwości powiedziała Maria.

– Mieszkaliśmy w Gdańsku przez wiele lat, potem rodzice, po śmierci dziadków, wrócili do rodzinnej posiadłości… Moja piastunka była Polką. Uwielbiałem ją – odparł Werner, nie zważając na uszczypliwość Marii. – Nie lubi nas pani – dodał, wciąż się uśmiechając.

– To wy nie lubicie nas – wyszeptała i, nie chcąc drążyć tego tematu, dodała: – Nie dzielę ludzi na Polaków i Niemców, tylko na dobrych i złych.

– Słuszna uwaga. No, prawie jesteśmy. – Westchnął.

Samochód nagle się zatrzymał. Na ostatniej przecznicy ruch był zablokowany. Przewróciła się furmanka z węglem. Przerażony woźnica miotał się między wystraszonym koniem a rozsypanym na ulicy dobrem. Przechodzący ludzie spontanicznie zaczęli mu pomagać, jedni odgarniali na bok węgiel, inni usiłowali postawić wóz. Jedno koło było urwane, potoczyło się pod trotuar, koń szarpał uprząż, a zgromadzone na ulicy dzieciaki piszczały z podekscytowania. Kilka samochodów stanęło przed przeszkodą, a niektórzy kierowcy nerwowo wciskali klaksony, co miało tylko taki efekt, że koń i woźnica denerwowali się jeszcze bardziej. Szofer odwrócił się do Wernera i zapytał:

– Czekamy czy zawracamy? Usuwanie tego może trochę potrwać, chociaż widać, że już coś z tym robią.

– Wszystko jedno – odpowiedział znudzonym tonem Werner.

Maria poczuła się niezręcznie.

– Widzi pan, jednak narobiłam kłopotu. Mam chyba do tego talent – powiedziała cicho.

– Czyżby to pani przewróciła wóz temu nieszczęśnikowi? – Roześmiał się.

Wywołało to uśmiech na jej twarzy, ale za moment zmieszała się i zaczęła gorączkowo szukać chusteczki, żeby wytrzeć twarz i po prostu czymś się zająć. Znalazła ją w kieszeni płaszcza. Była kompletnie mokra. Popatrzyła na swojego towarzysza. Ten wyjął z kieszeni swoją i podał jej. Białą jak śnieg, z wyszytym monogramem. Marii przebiegła przez głowę głupia myśl: „Ciekawe, co by zrobił, gdybym wytarła w nią nos?”. Ale chwilę potem wzięła do ręki chustkę i zaczęła wycierać nią mokrą od deszczu twarz. Kiedy skończyła, oddała ją Wernerowi.

– Powinnam ją wyprać i wyprasować, ale nie będę miała okazji jej panu oddać – powiedziała.

– Nie pozwoliłbym na to. Odcisnęła pani na niej swój wizerunek – szepnął, wciąż się uśmiechając.

– Miałam na myśli to, że pewnie nigdy się nie spotkamy – odpowiedziała.

Popatrzył jej w oczy. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Przez krótką chwilę przebiegła między nimi jakaś gorąca iskierka.

– Och, proszę tak nie mówić. Życie bywa zaskakujące. – Zniżył głos.

Na kilka chwil zapanowała niezręczna cisza. Drogę częściowo odblokowano, woźnica wraz z kilkoma mężczyznami przetoczył wóz na bok, koń się uspokoił i samochód przejechał dalej. Dotarli na właściwą ulicę, nadal nie mówiąc ani słowa. Maria żałowała, że podróż zaraz dobiegnie końca. Mimo że życzyła temu biednemu woźnicy jak najlepiej, pomyślała, że uporał się ze swoim kłopotem zdecydowanie za szybko.

Pierwszy odezwał się Werner.

– Jesteśmy na miejscu, proszę pokazać, który to dom.

– Ten jaskrawozielony. – Uśmiechnęła się i dodała: – Bardzo panu dziękuję, gdyby to, co jest w środku… – Wskazała na torbę. – …zmokło, miałabym nie lada problem.

– Czyżby to był ładunek wybuchowy na niedobrych Niemców? – zapytał z uśmiechem.

– To zeszyty moich uczniów. – Obruszyła się. – Nie wybaczyłabym sobie, gdybym zniweczyła ich ciężką pracę. – Po czym dodała: – Jeszcze raz dziękuję, panie von Beck.

Kiedy zauważyła, że szykuje się do wyjścia, żeby ją odprowadzić do drzwi kamienicy, zatrzymała go gestem ręki.

– Proszę tego nie robić, zmoknie pan, to kilka kroków

– Dobrze, jak pani sobie życzy – powiedział Werner von Beck, jakby domyślając się, że Maria Tarnowska ma nieco inny powód, aby zatrzymać go w samochodzie. – Zatem do widzenia.

Kierowca wyszedł z samochodu i otworzył Marii drzwi. Wysiadła i szybko podbiegła do schodów, ale odwróciła się na moment, żeby jeszcze raz spojrzeć na Wernera von Becka. Już wtedy wiedziała, że od tej chwili każdego mężczyznę będzie porównywać do niego. Wchodziła po schodach z dziwnym uczuciem, które dotychczas było jej obce. Po prostu nie chciało jej się wysiadać z tego samochodu. Miała wielką ochotę jeszcze raz popatrzyć von Beckowi w oczy. Na ziemię sprowadziło ją szuranie drzwi. Stała w nich stara Rauchowa i zagadnęła Marię:

– No, no, wysokie progi sobie panienka wybrała. Taki samochód – powiedziała nieco złośliwie.

– Obersturmführer von Beck jedynie podwiózł mnie do domu z powodu tej okropnej ulewy, znamy się krótko i słabo. Spotkałam go na Langgasse… – Nie wiedząc czemu, Maria zaczęła się tłumaczyć. Jakby chciała ukryć wrażenie, jakie na niej zrobił ten przystojny porucznik SS. Piorunujące wrażenie.

Weszła do domu. Jakoś dziwnie opadła z sił. Na szczęście mimo obaw jej mieszkanie nie ucierpiało z powodu ulewy. Nie chciało się jej jeść ani zamiatać, ani sprawdzać zeszytów. Kiedy w końcu zabrała się za to ostatnie, robiła to mechanicznie i bez szczególnej uwagi. Gdy wieczorem próbowała czytać książkę w łóżku, litery się rozmazywały, tekst wydawał się niezrozumiały, a wyrazy bez znaczenia. W końcu zgasiła lampę, wtuliła twarz w poduszkę i próbowała odgadnąć, co się z nią dzieje. Kilka minut rozmowy z nieznajomym i na dodatek oficerem niemieckim zmieniło jej cały obraz świata.

„Czy tak wygląda zakochanie?” – pytała samą siebie. Po czym sama sobie odpowiedziała na głos:

– Co za bzdura, chyba zwariowałam.

Pomogło. Chwilę potem zasnęła jak niemowlak, nie śniąc o przystojnym Wernerze.

Następne dni przyniosły poprawę pogody. Nadal wiało, ale deszcz ustał, a niebo coraz bardziej się odsłaniało, przedzierając się przez warstwę grubych, ciemnych chmur. Promienie słońca przyjemnie łaskotały twarze ludzi i silny wiatr stawał się bardziej znośny. Maria powróciła do swoich normalnych zajęć, od czasu do czasu rozmyślając o tym, że chciałaby jeszcze kiedyś spotkać mężczyznę chociaż trochę podobnego do Wernera von Becka. Męskiego, dowcipnego, szarmanckiego i o spojrzeniu, pod wpływem którego uginały się nogi.

* * *

Nie pamiętała, czy minął już tydzień od ich spotkania czy dwa. Było i minęło. Jednak pewien, tym razem pogodny dzień przyniósł niespodziankę. Frau Rauch otworzyła drzwi, kiedy Maria przechodziła przez jej piętro.

– Ma pani gościa. Poprosiłam, żeby zaczekał na panią w moim salonie – powiedziała podekscytowana i otworzyła szeroko drzwi niczym przed królową angielską.

Maria ucieszyła się. Czasami odwiedzała ją siostra Teresa, boromeuszka z sierocińca, która przez długie lata zastępowała jej matkę. Lubiła tę filigranową, ostrą w obejściu istotę o złotym sercu najbardziej na świecie. Szybkim krokiem przemierzyła przedpokój pełen antycznych komód i luster w złotych ramach.

„Całe moje mieszkanie zmieściłoby się w przedpokoju tej wścibskiej kobiety” – pomyślała.

Na progu salonu nagle się zatrzymała. W fotelu, z filiżanką w ręku siedział, jeszcze przystojniejszy niż go zapamiętała, Werner von Beck. Kiedy ją zobaczył, odstawił filiżankę na stolik w stylu Ludwika XVI, wstał i z namaszczeniem ucałował jej dłoń. Maria zamarła. Niczym kamienny posąg nie była w stanie ani się ruszyć, ani odezwać. Werner zauważył jej zmieszanie i, chcąc wybrnąć jak najszybciej z tej niezręcznej sytuacji rozgrywającej się pod czujnym okiem Frau Rauch, odezwał się pierwszy.

– Zostawiła pani apaszkę w moim samochodzie. Hans, mój szofer, ją zauważył. Przyjechałem oddać zgubę, jak sądzę należy do pani. – Bezczelnie popatrzył Marii w oczy i podał jej jedwabną apaszkę, którą widziała pierwszy raz na oczy, która na pewno nie była jej i która wyglądała, jakby była zupełnie nowa. Była przepiękna.

Teraz ruch należał do Marii. Ostatnią rzeczą, jakiej chciała, to pogawędka przy tej starej małpie. Zastanawiała się bardzo krótko.

– Tak, to moja, bardzo pan łaskawy, że się fatygował. – Po czym wzięła do ręki apaszkę. Jedwab był chłodny i delikatny.

Kilka minut później wyszli z mieszkania pani Rauch. Gdy ta zamknęła za nimi drzwi, Werner delikatnie pociągnął Marię na schody, uciekając z widoku wścibskiej gospodyni.

– Musiałem się z panią zobaczyć, przepraszam. Może wypijemy razem kawę? U Gertrudy podają wyśmienitą. Albo możemy się wybrać do Café Lindenhof – wyszeptał.

Maria spuściła głowę i wpatrywała się w swoje zniszczone buty. Bała się, że kiedy popatrzy Wernerowi w oczy, nie będzie miała siły oprzeć się jego urokowi. Na miłość boską, jego zegarek był droższy niż jej cała garderoba, razem z meblami i co najmniej dwuletnim komornym. Bez słowa podała mu apaszkę. Nie należała do niej.

– Proszę ją zatrzymać, kupiłem ją specjalnie na tę okazję. Potrzebowałem rekwizytu w tym przedstawieniu – powiedział, uśmiechając się.

– W takim razie proszę ją komuś podarować, może swojej siostrze.

– Mam tylko brata, a jemu nie jest do twarzy w zieleniach – zażartował, po czym wprawnie zawiązał apaszkę na szyi Marii. – W przeciwieństwie do pani, a musi pani wiedzieć, że jestem estetą. Zanim wstąpiłem do SS, chciałem studiować historię sztuki. Skończyło się na architekturze, ale sztuka wciąż pozostała moją pasją.

Maria podniosła głowę i popatrzyła Wernerowi w oczy. Właśnie podjęła pewną decyzję. Przykrą, ale – jak się wydawało – jedyną słuszną. Już nie była onieśmielona. Łzawe opowieści o biednych guwernantkach i bogatych paniczach, będące tworem wyobraźni niespełnionych literatów, to jedno, a to było życie. Prawdziwe, brutalne i bezwzględne. O tak, z pewnością mogłaby zostać cichą kochanką, może nawet dostałaby za to nową sukienkę albo eleganckie pantofelki, ale taki mężczyzna nigdy jej nie pokocha i nie zaakceptuje. Im szybciej to przerwie, tym lepiej. Dla nich obojga.

– Hm… – mruknęła. – Lubi pan dzieła sztuki, to cudownie. Czas więc, abym panu pokazała swoje mieszkanie, może dowie się pan czegoś nowego o sztuce. Zapraszam na górę.

Werner był zdezorientowany. Prawie się nie znali, jedynie zaproponował jej kawę. A ona, widząc go drugi raz w życiu, zapraszała do siebie. Nie, to nie było kokieteryjne droczenie się czy lubieżna zachęta, to było jak policzek. Odepchnęła go, zanim zdążył się zbliżyć. Był zły, ale nie zamierzał jej ułatwiać faktu pozbycia się go.

– Dobrze, chodźmy w takim razie, lubię patrzyć na piękne rzeczy albo na pięknych ludzi. – Już się nie uśmiechał.

W milczeniu dotarli na poddasze. Maria otworzyła drzwi i powiedziała:

– Proszę się rozgościć tu, na tym gwoździku. – Wskazała niedbale ścianę za drzwiami. – Proszę powiesić płaszcz. A oto mój salon, moja sypialnia, buduar i garderoba. Proszę usiąść na niebieskim krześle, to żółte się trochę chwieje. Od razu przepraszam za plamę po atramencie na obrusie, ale do późna pisałam plan zajęć. Widzi pan tę szafę? Mam tam dwie sukienki, pocerowane i mocno wypłowiałe. Kiedy wybieram się do kościoła albo do sierocińca, to zakładam biały wiązany kołnierzyk, który często krochmalę, żeby czuć się bardziej odświętnie i elegancko. Tak, dobrze pan usłyszał, odwiedzam sierociniec. Ale nie tak jak wielkie damy, które charytatywnie przynoszą dzieciom łakocie czy zabawki. To mój rodzinny dom. Nie, nie, ależ skąd, nie cierpiałam po stracie rodziców, proszę się nie użalać nade mną, rodziców nigdy nie poznałam. Nie wiem, kim byli, i na dobrą sprawę nie wiem, kim ja jestem. A to dzieło sztuki, które wisi nad łóżkiem, to landszaft kupiony od ulicznego artysty, na który wydałam połowę swojej pensji i to tylko dlatego, że wzruszył mnie ten wychudzony młody człowiek, który od tygodnia żywił się jakimiś resztkami.

Maria wygłaszała swoją tyradę, chodząc po pokoju, i nerwowo szarpała trzymaną w dłoni chusteczkę. Jej głos był coraz głośniejszy i coraz bardziej stanowczy, jakby chciała spalić każdy most, zanim na niego wejdzie. Werner siedział i wodził oczami za tą przedziwną piękną kobietą i już nie był zły. Wiedział, że cokolwiek ona teraz powie, nie będzie to miało dla niego żadnego znaczenia. Już nie chciał kawy, chciał jej. A ona wciąż mówiła. Z wypiekami na twarzy, błyszczącymi oczami i wysuwającymi się z warkocza kosmykami jasnych włosów.

– Więc niech pan zrozumie, cokolwiek miałoby być między nami, na pewno się nie zdarzy. Bo pan i ja jesteśmy z innej bajki. Sztukę znam jedynie z książek i opowiadań. Ponieważ pan jest bogatym Niemcem, a ja biedną Polką, to z pana będą się śmiali, a ze mnie szydzili. A na cichą metresę się nie nadaję, chociaż nie potępiam tych kobiet, które z głodu idą na ulicę albo godzą się na upokarzający układ. Wyrzuciliby mnie z pracy, gdyby zobaczyli mnie z oficerem SS. Nie chcę pana poznawać, nie chcę, żeby pan się okazał dobrym i fascynującym człowiekiem, ponieważ nie chcę później cierpieć. Wolę myśleć, że jest pan taki jak ci pana koledzy z NSDAP. Z tymi swoimi imperialnymi mrzonkami i nienawiścią do każdego, kto nie jest Niemcem. A boję się, że okaże się pan zupełnie inny – wrażliwy i mądry – i kiedy pana polubię, będę musiała zrezygnować z tej znajomości. Więc lepiej będzie… lepiej będzie, jak już pan sobie pójdzie i nigdy nie wróci, a tę apaszkę zostawię sobie, bo to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek trzymałam w ręku.

W jej wielkich oczach pojawiły się łzy. Wypełniły je, ale nie spływały. Po prostu tkwiły tam, uwięzione pod powieką. Werner wstał, podniósł ze stołu czapkę, przez chwilę wodził palcem po otoku i zastanawiał się, co powiedzieć. Cokolwiek by to nie było, z pewnością okazałoby się albo niewłaściwe, albo nieprzekonujące. Podszedł do niej wolno, jakby obawiając się jej reakcji. I nagle tak po prostu pogłaskał ją po głowie. Nie odważył się na żaden inny gest. Zdjął płaszcz z gwoździka i bez słowa wyszedł z mieszkania Marii. Ona rzuciła się na łóżko i zaszlochała. Żałowała swoich słów, ale zbyt mocno palił ją wstyd, żeby za nim wybiec. Po co to zrobiła? W życiu są momenty szczęścia i radości, które trzeba łapać garściami, kiedy tylko można. Chociaż na chwilę to poczuć, by móc odtwarzać w pamięci jak płytę z piękną melodią. A ona właśnie pozwoliła takiej chwili odfrunąć.

Werner wyszedł z mieszkania Marii nieco oszołomiony. Nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony czuł, że on również ją zafascynował, z drugiej – potraktowała go w sposób niedający szansy na rozwinięcie tej znajomości. Nie potrafił tego zrozumieć. Mieli XX wiek, do pewnych spraw podchodziło się bardziej liberalnie niż dawniej. Może jeszcze pokolenie jego rodziców konserwatywnie traktowało kwestię błękitnej krwi, ale Werner był daleki od takich poglądów. Zresztą nie zamierzał się od razu żenić, chciał tylko zbliżyć się do tej kobiety. Jeśli miała kompleksy z powodu swojej ubogiej garderoby, mógł jej kupić najpiękniejsze kiecki na świecie. Żaden problem. Uśmiechnął się pod nosem. Już sobie wyobrażał jej minę, gdyby jej coś takiego zaproponował. Była taka dumna w tej swojej biedzie i w byciu Polką. Nie sądził, że to drugie w ogóle może stanowić dla niej jakiś problem. Jego znajomi notorycznie spotykali się z urodziwymi Polkami i nikt nie czuł się źle z tego powodu. Oczywiście istniały niesnaski między ich narodami, nierozwiązane kwestie geopolityczne, ale jeśli dwoje ludzi się lubiło, to nie był powód do rezygnacji z takiej znajomości.

„No cóż… – pomyślał. – Nic na siłę”.

Maria miała swoje powody, żeby go odepchnąć. Czym miał ją przekonać? Nie miał na to pomysłu, a przecież nie będzie biegał za nią jak pies za rowerem.

* * *

Mijały dni, jednak Werner nie potrafił zapomnieć o Marii. O jej cudownych oczach, długich jasnych włosach i małych dołeczkach na policzkach. Nie mógł zapomnieć o pasji w jej głosie, a przede wszystkim o tym, że ujawniła przed nim wstydliwą prawdę. O swoim pochodzeniu, biedzie i o swoich obawach. Żadnego krygowania, kurtuazyjnych tłumaczeń, tylko szczera, niezbyt miła prawda.

Wścibska sąsiadka każdego dnia próbowała naciągać Marię na zwierzenia. W końcu nie umknął jej uwagi fakt, że poszła z tym człowiekiem do swojego mieszkania. Nie zabawił tam długo, może kilkanaście minut, potem już go nie widywała. Zastanawiała się, kim więc był ten przystojny arystokrata z SS-Reiterei. Marię irytowało to wścibstwo, nawet myślała o przeprowadzce do Polenhofu, polskiej dzielnicy, ale wbrew pozorom tu było taniej dzięki staraniom sióstr boromeuszek.

Mijały tygodnie, a Maria nie mogła się otrząsnąć po tych dziwacznych jak dla niej spotkaniach. Trudno jej było uwierzyć, że zamożny oficer z SS chciałby nawiązać bliższą znajomość z ubogą Polką. I to tutaj, w tyglu nienawiści do wszystkiego, co było polskie. Mocno schudła, ponieważ niewiele jadła, miała podkrążone oczy, bo mało spała. Jej spojrzenie wydawało się jeszcze bardziej spłoszone. Janek martwił się o nią bardzo, podejrzewając nawet chorobę, ale ta tkliwość i czułość, która kiedyś wydawała się jej nawet miła, teraz drażniła ją i przeszkadzała. Nie umiała zbyt dobrze kłamać, a ciągłe pytania zmuszały Marię do wymyślania coraz to nowych historyjek na temat powodów swego niezbyt dobrego samopoczucia. Gdyby mogła wtedy znaleźć pracę gdzie indziej, uciec od tych umizgów i ciągłej troskliwości, nie wahałaby się. Ale szkół polskich było jak na lekarstwo, a do żadnej niemieckiej by jej nie przyjęli, mimo że znała język niemiecki równie dobrze co polski. Zresztą nie potrafiła sobie wyobrazić pracy wśród niechętnych i zadufanych w sobie Niemców. Czasami pytała siebie w myślach, jak długo jeszcze Janek będzie żył złudzeniami, kiedy w końcu zrozumie, że powinien rozejrzeć się za kobietą, która odwzajemni jego uczucie, da mu szczęście i miłość, na jaką zasługuje. Życzyła mu tego z całego serca.

Codziennie, wracając do siebie, mijała dom Wernera. Patrzyła w okna kamienicy i zastanawiała się, czy on teraz tam jest. Kto mu przygotowuje śniadania? Czy odwiedzają go jakieś kobiety? Czasami celowo zaglądała do piekarenki naprzeciwko w nadziei, że chociaż w oddali zobaczy jego sylwetkę, a może coś takiego, co raz na zawsze uleczy ją z tej dziwnej mrzonki. Chociaż nie chciała się do tego przyznać, nawet przed samą sobą, pierwszy raz w życiu była tak zauroczona jakimś mężczyzną. Beznadziejnie, bez perspektyw i bez szansy na szczęśliwe zakończenie.

W dniu, w którym popełniła to szaleństwo, było jej wszystko jedno. Z okien piekarni ujrzała Wernera, wysiadającego z samochodu. Kiedy tylko zamknął za sobą drzwi wejściowe, wiedziona nie wiadomo czym, jakąś niewytłumaczalną siłą, pobiegła w kierunku domu, za drzwiami którego zniknął. Na liście lokatorów znalazła właściwe nazwisko, wbiegła na pierwsze piętro i tak oto stanęła przed jego drzwiami. Nie myślała, jak w tym momencie wygląda, nie zastanawiała się, jak bardzo jest to niestosowne. Nacisnęła dzwonek. W ostatniej chwili nieco oprzytomniała, zdarła z szyi apaszkę od Wernera i ściskała ją w dłoniach, jakby ten niewielki skrawek materiału miał ją przed czymś ochronić, a może dodać odwagi. W chwilę potem drzwi się otworzyły i stanął w nich Werner. Nie powiedziała „dzień dobry” ani nic innego, stała milcząco, niczym skazany przed sądem, oczekujący surowego wyroku za swój występek. Werner był zaskoczony. Nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek ją zobaczy. Stała przed nim, cicha, zawstydzona i niepewna. Wydała mu się w tym momencie absolutnie piękna. I kompletnie zagubiona.

– Wejdź, porozmawiamy – szepnął, rezygnując z mówienia per pani. Jakby znali się od lat, tylko trochę poróżnili się, a teraz ona tu jest, żeby pojednać się i zapomnieć o wszystkim, co było złe.

Maria nadal stała w miejscu, nie mogąc się ruszyć, po trosze z obawy, po trosze ze wstydu. Werner wziął ją za rękę i wprowadził do holu. Kiedy zamknął drzwi, położył ręce na jej ramionach i, patrząc jej w oczy, powiedział:

– Nie bój się, nie chcę cię skrzywdzić. Zaufaj mi, proszę.

– Chyba… panu ufam, dlatego tutaj przyszłam. Przepraszam pana za mój wybuch, wtedy, tam. U mnie. Pan był mi życzliwy, a ja zachowałam się po prostu niewłaściwie.

– A może będę dla ciebie po prostu Wernerem? Cieszmy się chwilą, póki trwa. Obawiasz się ludzkich spojrzeń i dziwnych komentarzy, rozumiem to. Nie zrobię nic, czego nie będziesz chciała. Nie chcę cię spłoszyć. Będzie mi miło, jak założysz do kina ten swój wykrochmalony kołnierzyk. – Roześmiał się.

– Jest mi tak niezręcznie, przecież nie musiałam panu… tobie opowiadać swojego życiorysu. Mogłam po prostu grzecznie odmówić, powiedzieć, że mam kogoś albo że wybieram się właśnie do klasztoru… mogłam zrobić masę różnych rzeczy. A ja wybrałam taki sposób, po którym czuję się, jakbym oczekiwała jakiejś litości. Współczucia? Nie wiem. Nie jestem nieszczęśliwa… ja jedynie należę do innego świata.

– Byłaś po prostu szczera, to wielka wartość w dzisiejszych czasach. Masz rację, Mario, to inny świat, ale czy gorszy od mojego? – Spoważniał.

– Nie przesadzaj. Może pieniądze czy też pozycja społeczna nie są ważniejsze od zdrowia albo miłości, ale na pewno rekompensują ich brak.

– Ale jak dużo masz, wiele możesz stracić. Nie mając nic, nie tracisz nic. Nie mówię o skrajnej nędzy, gdy człowiek nie ma gdzie spać ani co jeść, ale o takim na przykład życiu, jakie ty wiedziesz. Jesteś niezależna od nikogo, jedynie od samej siebie. Uwierz mi, to ważne.

– Niezależna… – Prychnęła. – Chyba nie wiesz, co mówisz. Mieszkam u wścibskiej starej zrzędy i muszę uważać na każdy ruch, żeby mi nie wymówiła komornego. Wiem, że wciąż szuka pretekstu, bo bez niego byłoby jej niezręcznie wobec sióstr boromeuszek. W szkole też trzeba się pilnować, o taką pracę wcale nie jest łatwo. Muszę znosić zaloty kierownika szkoły, od których chętnie bym uciekła. To dobry, szlachetny człowiek, ale – jak by to powiedzieć – jest to trochę męczące. Jemu zresztą też nie jest łatwo. Więc wiesz, ta cała moja niezależność to taki kolos na glinianych nogach. Jak tobie podpadnie gospodyni, możesz wybierać w kwaterach jak w ulęgałkach, bo pieniądze dla ciebie nie grają tak dużej roli.

– Och, Mario, nawet nie wiesz, w jakich ryzach trzymają człowieka konwenanse, ale rozumiem, co masz na myśli. Podam ci inny przykład. Jeśli jakiś mężczyzna, ot na przykład ten twój kierownik, zabiega o twoje względy, wiesz na pewno, że robi to z powodu ciebie samej. Ja nigdy nie mogę być pewien…

– Właśnie – jęknęła. – Takiej rozmowy chciałam uniknąć.

– Podaję ci tylko przykład, żeby przybliżyć ci moje życie. Nie mówiłem o tobie, nie wiem dlaczego, ale czuję, że jesteś innego rodzaju kobietą. Że jeśli pokochasz, to mnie, jeśli nie pokochasz – odejdziesz. Mówię tylko o swoich dotychczasowych doświadczeniach…

– Dużo ich było? – zapytała cicho. – Tych doświadczeń?

– Mniej, niż ci się wydaje, i więcej, niż bym chciał. Miałem w życiu inne priorytety aniżeli uwodzenie niezliczonej ilości kobiet. Mnie interesuje doskonałość w każdym jej aspekcie, w każdym przejawie. To także dotyczy uczucia.

– Ktoś cię skrzywdził? – Maria wciąż brnęła w pytania, chociaż sama nie wiedziała, czy chce znać odpowiedzi. Już sobie wyobrażała tę kobietę. Piękną, bogatą i mądrą.

– To nie krzywda, a jedynie rozczarowanie. Myślę, że naprawdę zranić może mnie tylko kobieta, którą pokocham do utraty tchu, a takiej jeszcze nie spotkałem. Zresztą świat się zmienia, to, co kiedyś nie było dopuszczalne w tak zwanych wyższych sferach, powoli staje się normalne. Nasze pokolenie nie ma takich uprzedzeń, jak ci się wydaje.

– A gdyby tak się kiedyś stało? Gdyby skrzywdziła cię kobieta, którą pokochałeś? – zapytała Maria, nie poświęcając zbytniej uwagi jego stwierdzeniu o braku uprzedzeń. Z prostej przyczyny, nie wierzyła mu, nawet jeśli on sam był o tym przekonany.

– Chyba skrzywdziłbym ją tak samo, jak ona mnie. Wydaje mi się, że to jest jak odruch.

– Akt zemsty nie może być chyba zwykłym odruchem? – odpowiedziała niepewnie, nie wiedząc nawet, po co drąży ten temat. Czysto hipotetyczny temat. Nie było między nimi miłości, a nawet gdyby była, ona na pewno nie zamierzała go krzywdzić. Obawiała się raczej, że to on może skrzywdzić ją.

– Nie, to byłby akt obrony. Ale po co w ogóle o tym mówimy? O jakichś strasznych rzeczach. Przecież i tak człowiek nie wie, jak by się zachował w sytuacji, w której nigdy nie był. – Uśmiechnął się.

– Masz rację, Wernerze. Po prostu chciałam się czegoś o tobie dowiedzieć, o twoim charakterze – wybąkała.

– I z góry zakładasz, że się w tobie zakocham, czy że mnie skrzywdzisz? – Roześmiał się.

– Niczego nie zakładam, Wernerze. Pierwszy raz w życiu nie mam żadnych planów, żadnych marzeń i żadnych oczekiwań – odpowiedziała, nieco urażona.

– Szkoda, miałem nadzieję, że zechcesz mnie uwieść. – Nadal się uśmiechał, próbując ją nieco rozluźnić. Nie chciał, żeby traktowała ich znajomość z takim lękiem i powagą. Chciał ją uszczęśliwić, sprawić radość, a przede wszystkim chciał, żeby przestała się go bać.

Maria trochę posmutniała. To niepodobna, taki przystojny i mądry mężczyzna, a nigdy nie kochał. Więc pewnie i nie pokocha jej. Może przyjście tutaj było błędem? Ale przecież gdyby tego nie zrobiła, nie zaryzykowała, nie miałaby sposobności zbliżyć się do niego. A z niewiadomych sobie przyczyn bardzo tego chciała. Chciała patrzyć na niego, obserwować, jak się z nią droczy, uśmiechając się pobłażliwie. Chciała wiedzieć o nim wszystko. On z pewnością nie nalegałby na kontynuowanie ich znajomości, zwłaszcza po tym, co mu naopowiadała. Werner był dżentelmenem. Był dumnym, pewnym siebie mężczyzną, który mógł mieć każdą kobietę. Nie oczekiwała od niego zbyt wiele, ale nawet niewiele to było według niej zbyt dużo. Czuła jednak, że weźmie, cokolwiek zechce jej dać.

* * *

Gdyby Maria mogła opisać ten czas, wybrałaby najbardziej poetyckie określenia. Jak gdyby dotychczas jej życie było stertą bezładnie rozrzuconych dziecięcych klocków, a teraz nagle te klocki układały się same, tworząc z jej życia budowlę godną Dworu Artusa. Nie potrafiłaby sobie przypomnieć niezliczonych rozmów, spacerów po molo w Sopocie, muzeów i odczytów, na które chodzili. Ale potrafiła przywołać w pamięci każde muśnięcie dłoni, każdy pocałunek, jego spojrzenie pełne miłości i wreszcie to uczucie spełnienia. Werner był czuły, delikatny i wrażliwy. Cierpliwie przeprowadzał ją przez meandry cielesnej miłości, uwielbiał jej naturalną nieporadność i kompletny brak doświadczenia. Jakże to było inne od tego, co zaznał do tej pory. Potrafił wszystko wyczytać z jej oczu. Zawstydzenie, miłość i stuprocentowe oddanie. Chociaż nigdy o tym nie rozmawiali, Maria czuła się, jakby była jedyną kobietą na świecie. Ufała mu bezgranicznie, a on jej wciąż udowadniał, że jest tego zaufania godny. Werner każdego dnia odkrywał ją na nowo. Codziennie dowiadywał się o niej czegoś nowego. Już nie była przerażoną, nieufną, małą dziewczynką. Otwierała się coraz bardziej i coraz bardziej go fascynowała.

Oboje dobrze zapamiętali ten pierwszy raz. W jego sypialni. Werner najpierw długo i delikatnie ją całował, a potem muskał palcami jej dłonie, szyję, zgięcia łokci i okolice ramion. Każdy odsłonięty fragment skóry. Obserwował jej reakcję na jego dotyk. To ona pierwsza rozpięła guziki sukienki, aby mógł całować jej drobne piersi. Domyślił się, że chciała więcej, i nadszedł moment, żeby poczuli siebie cali. Mocno wtulała się w jego silne ramiona, a on pochłaniał smak i zapach jej skóry. Wiedział, że będzie tym pierwszym i chciał być tym ostatnim. Chciał zawładnąć jej ciałem, jawiła mu się jako absolutnie doskonały instrument, z którego tylko on może wydobywać równie doskonałe dźwięki. Czuł się jak Pigmalion tworzący swoje fantastyczne dzieło. On był dla niej wszystkim. Dotychczas tłumione przez nią uczucia znalazły ujście w miłości do Wernera. Jakby chciała nadrobić straty, dogonić tych wszystkich, którzy kochali oraz byli kochani w dzieciństwie i młodości. Jakby dokonała odkrycia, czym jest miłość i ten drugi człowiek obok, dla którego rzuca się wszystko, poświęca się wszystko i jest się gotowym oddać to, co jest bezcenne – siebie. Werner zaś poczuł dopiero wtedy, co to znaczy kochać kobietę. Zaprzątała jego myśli bez przerwy, czekał z niecierpliwością na każde ich spotkanie. Nie było niczego przedtem ani niczego potem, był tylko ten czas, który z nią spędzał. Tylko wtedy czuł wewnętrzny spokój i stan błogości – coś, co dotychczas było mu obce.

Nie rozmawiali o przyszłości, bo był to zbyt trudny temat. Chyba nie chcieli spłoszyć chwili absolutnego szczęścia i stanąć twarzą w twarz z problemami, które mogą w tej przyszłości napotkać. Czy Maria myślała, co będzie za pół roku, za rok? Zapewne tak, ale niektóre pytania odkładała na jutro, pojutrze, na wieczne nigdy, bo bała się odpowiedzi, które mogły paść. Przecież cały świat był przeciwko nim. Jego rodzice nic nie wiedzieli. Byli gdzieś daleko, nieświadomi mezaliansu, który zafundował im syn, w dodatku członek rodziny, dla której Hitler był niemal mesjaszem. Jej również było ciężko. Musiała ukrywać swój romans bardzo skrupulatnie. Sytuacja stawała się niepokojąca, Niemcy coraz bardziej utrudniali życie Polakom. Ta wzajemna wrogość, zaczynająca się od administracji i doniesień prasowych, schodziła coraz niżej, dotykając zwykłych obywateli. Związek Polki z Niemcem, w dodatku z oddziału SS, byłby nie do zaakceptowania. Najbardziej chciała ukryć go przed Jankiem. Nie mógł nie zauważyć tej ogromnej zmiany w jej wyglądzie i zachowaniu. Jeszcze niedawno martwił się o nią, że tak więdnie, by nagle dostrzec, że zaczyna rozkwitać. Co gorsze, upatrywał w tym swojej szansy. Maria stała się dla niego milsza, często z nim żartowała i poświęcała mu zdecydowanie więcej czasu. Nie mógł wiedzieć, że starała się odwrócić jego uwagę od tego, że w jej życiu pojawił się inny mężczyzna. Człowiek, do bliskości z którym nie mogła się przyznać.

Pewien ciepły, sierpniowy wieczór był przełomowy dla ich znajomości. Siedzieli na piasku, w kompletnych ciemnościach, i słuchali szumu morza. Niewiele mówili. Zazwyczaj dużo rozmawiali. Każdy temat był dobry. Czasami zawzięcie się kłócili, gdy dochodziło do tematów politycznych. Ona z wypiekami na twarzy wyliczała niebezpieczeństwa wynikające z dojścia Hitlera do władzy, on próbował ją przekonać, że ten charyzmatyczny przywódca jest jedynym ratunkiem dla trwałości i wielkości Rzeszy. Ona wówczas nazywała go nazistą z przerośniętym niemieckim ego, on ją – zakompleksioną Poleczką. Werner lubił te rozmowy, gdy Maria tak zajadle broniła swojego stanowiska. Był jednak pewien, że z czasem przekona ją, iż nacjonalistyczna duma jest więcej warta od poddańczej służalczości. Maria, przeciwnie, unikała tych tematów.

„Gdybym go tak bardzo nie kochała, to nie zniosłabym tego dłużej” – denerwowała się w myślach.

Nie rozumiała, jak, mając takie poglądy, mógł się z nią związać. Sobie też się nieco dziwiła. Uważała bowiem, że człowiek, który niedawno został kanclerzem Trzeciej Rzeszy, jest chodzącym złem. Kiedy jednak rozmawiali o innych sprawach i gdy się kochali, nie miało to żadnego znaczenia. Chciała być z nim, najlepiej przez cały czas. Każdy dzień celebrowała, jakby był ostatnim. Wciąż towarzyszył jej lęk, że on odejdzie do innej. Piękniejszej, mądrzejszej i bogatszej.

Werner przytulił Marię do siebie, popatrzył w niebo i szepnął:

– Kocham cię, Mario.

Usłyszała to po raz pierwszy. Ciepło spłynęło na jej duszę. Poczuła spokój. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. To była jego chwila, ale musiała wyznać mu swoje wątpliwości.

– Wernerze, wiesz, że pokochałeś niewłaściwą kobietę? – wyszeptała.

Chyba źle ją zrozumiał, bo zapytał z lekkim niepokojem:

– Czy ty mnie nie kochasz, Marysiu?

– Kocham cię bardziej, niż chciałabym się do tego przyznać. I właśnie dlatego obawiam się, że przyniosę ci zgryzoty zamiast szczęścia. Z wielu rzeczy będziesz musiał przeze mnie zrezygnować. Masz takie ambicje, takie plany. To wszystko może ci się udać, jestem o tym przekonana. Jest tylko jeden warunek – beze mnie.

– Bez ciebie to wszystko jest niewiele warte. Były inne kobiety w moim życiu, nigdy tego przed tobą nie ukrywałem. Niektóre były piękne, niektóre inteligentne, inne jedynie bogate. Ale zawsze czułem niedosyt. Był jakiś niewidzialny mur, którego nie mogłem przekroczyć. Czegoś mi brakowało. To ja tworzyłem dystans, chroniłem swój świat, uciekałem do niego i byłem nieszczęśliwy. Gdy cię spotkałem i byłaś taka rozbrajająco szczera, taka prawdziwa ze swoimi obawami i niepokojami, mój mur po prostu zniknął. Zapragnąłem otoczyć cię swoimi skrzydłami, zaopiekować się tobą. Jakby przekręcił się we mnie jakiś kluczyk i przestałem myśleć o sobie. Nie zamienię tego na nic, bo wiem, jak trudno to znaleźć.

Po policzkach Marii popłynęły łzy. Nie chciała, żeby je zobaczył. Nie chciała się już zastanawiać. Chciała tylko być. Tu i teraz. Pragnęła zatrzymać tę chwilę. Włożyć do butelki i zakorkować. Nie była w stanie opowiedzieć o swojej miłości tak jak Werner. Szepnęła tylko:

– Kochany mój, nigdy nie byłam szczęśliwsza.

Potem nie mówili już nic. Pozostali tak do wschodu słońca, tuląc się do siebie jak para kociąt. Nie kochali się tej nocy, nawet się nie całowali. Padły ważne słowa. Najważniejsze odkąd się poznali.

* * *

Nadzieje Jana związane z Marią zgasły pewnego niedzielnego popołudnia. Wybrał się na spotkanie ze znajomym do Café Bergschloss w Sopocie. Minęło trochę czasu, zanim ich zauważył. Mężczyzna siedział tyłem, widać było jedynie fragment jego munduru. Maria za to była widoczna doskonale. Siedział przez moment wpatrzony w jej twarz i doznał oto dziwnego uczucia. Maria patrzyła na tego człowieka w sposób, który mówił więcej niż tysiąc słów. Miała w oczach to, czego nie dostrzegł nigdy, gdy patrzyła na niego. W jej spojrzeniu był żar. Nawet dla osoby postronnej byłoby jasne, że owa kobieta jest szaleńczo zakochana w swoim towarzyszu. Jej oczy lśniły, rzucały wesołe iskierki, wyrażały podziw i Bóg wie co jeszcze. Janek poczuł, jakby dostał kopniaka w brzuch. Wiedział już, że serce tej kobiety nie będzie należeć do niego. Zdobył je ktoś inny. Nie pamiętał, o czym rozmawiali ze znajomym ani jak wrócił do domu. Usiadł w fotelu, nie zapalając nawet światła, i drżał. Chciało mu się wymiotować. Ktoś inny zajął jego miejsce. Inny mężczyzna dotykał ją, całował i wplatał palce w jej długie włosy. Już go nienawidził. Kiedy się nieco uspokoił, nadal pozostał w fotelu, prawie nieruchomo, wpatrzony bezmyślnie we fragment firanki, jedynej widocznej rzeczy w pokoju, bo oświetlonej przez słabe światło ulicznej latarni. Tak zastał go świt. Niczym automat przebrał się w świeże ubranie i poszedł do pracy, zastanawiając się, jak sprawić, żeby Maria patrzyła na niego tak, jak na tego człowieka w kawiarni. Nie miał pojęcia, jak to zrobić, jakiej magii użyć, żeby tak się stało. Co gorsze, był pewien, że związek z tym niemieckim oficerem nie da jej szczęścia, a jedynie rozczarowanie.

Zastał ją w klasie. Było dość wcześnie, uczniowie jeszcze nie pojawili się na zajęciach. Siedziała przy biurku i wpisywała oceny do dziennika. Jan wszedł i cicho zamknął za sobą drzwi. Usiadł w ławce naprzeciwko jej biurka i nerwowo wodził oczami po jej twarzy. Podniosła głowę znad dziennika i uśmiechnęła się. Po wczorajszym spojrzeniu nie pozostał ślad. Odezwała się do niego, nadal się uśmiechając:

– Dzień dobry, Janku. Przyszedłeś napisać poprawkę z geografii świata? – zażartowała.

Janek jednak nie uśmiechał się. Popatrzył na nią smutnym wzrokiem. Miał podkrążone z niewyspania oczy i nieogoloną twarz.

– Tacy jak oni nie żenią się z takimi jak ty – powiedział bez zbędnych wstępów. – Nawet jeśli są tak piękne. Tacy jak oni żenią się i płodzą rasowe aryjskie dzieci z niemieckimi kobietami, tak jak im nakazuje ich kanclerz. O tym się oficjalnie nie pisze, a i mówi jedynie szeptem, ale tak niestety jest. Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej dla ciebie.

Mogła zaprzeczyć. Mogła udawać. Ale jej twarz już powiedziała wszystko. Pąsowy rumieniec oblał ją całą, a w oczach pojawił się strach. Nie była już w stanie skłamać, powiedziała więc cicho to, co czuła, powiedziała prawdę:

– Janku, nie planowałam tego, ba… ja nawet tego nie chciałam. To się po prostu wydarzyło. I wiesz, co ci powiem, jestem tak niemiłosiernie szczęśliwa, że mogę cierpieć przez następne dwadzieścia lat, żeby tylko zatrzymać ten stan euforii przez kilka miesięcy, może dłużej… Cokolwiek on postanowi i tak będą to najlepsze chwile, jakie przeżyłam.

Wypowiadając te słowa, nie wiedziała jeszcze, jak prorocze się okażą i jak wysoką cenę przyjdzie jej zapłacić za te krótkie chwile szczęścia.

* * *

To, że jest w ciąży, pierwszy zauważył Werner. Maria była zbyt oszołomiona swoją miłością, żeby zwracać uwagę na takie drobiazgi, jak brak comiesięcznej przypadłości. Co prawda przez kilka dni z rzędu miała nudności, ale zrzuciła to na karb niezbyt świeżej ryby, którą zjadła. Kiedy jednak zaczęła biec do łazienki za każdym razem, gdy poczuła wodę kolońską Wernera albo gdy zapalał cygaro w jej towarzystwie, ten – w przeciwieństwie do niej – mocno zainteresował się jej stanem. Zbagatelizowała te podejrzenia, ale gdy objawy nie ustąpiły i poczuła, że jej piersi stają się wrażliwsze na dotyk i wręcz bolą, spojrzała prawdzie w oczy. On bardzo się ucieszył, ona przeraziła.

– Mój Boże, co teraz będzie? – jęknęła.

– Teraz ożenię się z tobą, maleńka, i będziemy mieli małego, słodkiego dzidziusia. – Roześmiał się.

Maria nie była jednak taka beztroska. Wciąż pamiętała słowa Janka, że tacy mężczyźni nie żenią się z takimi jak ona, chociaż Janek nawet nie wiedział, że na domiar złego Werner jest synem bogatego pruskiego junkra z arystokratycznymi korzeniami.

– Mówiłeś mi, że twój ojciec jest bardzo despotyczny, przecież nie uwierzę, że pokocha mnie jak córkę, a swojego wnuka będzie woził na kucyku… Wpadnie w szał, jak się dowie. Nie takie miał oczekiwania w stosunku do swojego syna – powiedziała spokojnie Maria, chociaż spokojna nie była ani trochę.

– O tak… mój ojciec. On miał tylko i wyłącznie oczekiwania. Chciał żebym jeździł konno najlepiej w całym Szlezwiku-Holsztynie, to jeździłem tak dużo, że zacząłem nienawidzić tego zajęcia. Życzył sobie, żebym wstąpił do SS, uczyniłem to. Mówił, że historia sztuki to gówniany kierunek, więc skończyłem architekturę. Niech zatem raz w tym cholernym życiu będzie tak, jak ja chcę. Nawet jeśli mnie wydziedziczy, mam trochę pieniędzy z zapisu po babce, poza tym mam dobry zawód. Może na hulaszcze życie nie wystarczy, ale dam radę utrzymać naszą trójkę – z goryczą w głosie powiedział Werner.

Maria