Zemsta i przebaczenie. Tom 3: Rzeka tęsknoty - Joanna Jax - ebook + audiobook

Zemsta i przebaczenie. Tom 3: Rzeka tęsknoty ebook i audiobook

Joanna Jax

4,6

Opis

Trzeci tom monumentalnej sagi o sile miłości i przyjaźni, nienawiści i żądzy zemsty, wplecionej w wielką historię Europy XX wieku. Kolejne lata wojny odzierają mieszkańców Europy ze złudzeń na rychłe jej zakończenie. Nie tylko na terenie Polski ludzie stykają się z okrucieństwem, także wycieńczająca wojna na wschodzie odkrywa barbarzyńskie praktyki, gdzie pojęcie człowieczeństwa zostaje zdewaluowane i ludzkie życie wydaje się nie mieć wartości. Los rozdziela czwórkę bohaterów i stawia przed nimi kolejne wyzwania, a brzemię wojny odciska na nich głębokie piętno. Czy uda im się pokonać piętrzące się przeszkody? Czy miłość i przyjaźń wygrają z nienawiścią i egoizmem, gdy ludzkie ścieżki wyznacza historia? Kiedy biografie naznaczone są bólem i krwią, każdy stara się ocalić to, co jeszcze dobrego tli się w człowieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 552

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 49 min

Lektor: Elżbieta Kijowska

Oceny
4,6 (459 ocen)
311
111
33
3
1
Sortuj według:
ewalauruk

Nie oderwiesz się od lektury

super treść,super lektorka
00
Marta881

Nie oderwiesz się od lektury

przeczytana jednym tchem
00
Romka1234

Nie oderwiesz się od lektury

Super. Polecam
00
BarbaraHawaii

Nie oderwiesz się od lektury

Książka godna polecenia czyta się ją jedynym tchem byle dotrzeć do końca .Polecam
00
JANECZKA77

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna kontynuacja pierwszego tomu.Czytam drugi raz i jestem ponownie zachwycona
00

Popularność




Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Jo­an­na Jax

Lay­out okładki

Ma­rek J. Piw­ko {mjp}

Ilu­stra­cja na okład­ce

© Ele­na Di­jo­ur, Ta­ty­ana Tom­sic­ko­va/Shut­ter­stock

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3C

tel. 600 472 609

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

Tekst © Jo­an­na Ja­kub­czak

ISBN 978-83-7835-597-7

Sy­no­wie twoi i cór­ki zo­sta­ną dane ob­ce­mu na­ro­do­wi. Z tę­sk­no­ty, pa­trząc za nimi co­dzien­nie, wy­nisz­czysz twe oczy, a ręka two­ja bę­dzie bez­sil­na.

Pwt 28, 32

Uko­cha­ne­mu Ta­cie i Sio­strom Ewie i Do­ro­cie

1. Konstancin / Warszawa, 1942

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach wio­sny. Wy­jąt­ko­wo mroź­na zima zda­wa­ła wy­tra­cać swój im­pet i ustą­pi­ła w koń­cu, za­mie­nia­jąc sku­tą lo­dem zie­mię w błot­ni­ste grzę­za­wi­ska. Być może w mie­ście, gdzie uli­ce i chod­ni­ki były wy­bru­ko­wa­ne albo wy­la­ne as­fal­tem, nie było to tak bar­dzo od­czu­wal­ne, ale pola i wiej­skie dro­gi sta­no­wi­ły za­rów­no dla pie­chu­rów, jak i wo­zów praw­dzi­we wy­zwa­nie.

– Jesz­cze ka­wa­łek. Do tam­te­go drze­wa, do­brze? – po­wie­dzia­ła ci­cho Ali­cja, trzy­ma­jąc pod rękę Ju­lia­na.

– Mała oszust­ka – uśmiech­nął się Cheł­mic­ki. – Mó­wi­łaś to już kil­ka drzew wcze­śniej.

– Sły­sza­łeś, co po­wie­dzia­ła We­ro­ni­ka – wy­tknę­ła mu. – Jak nie bę­dziesz dużo ćwi­czył, to do koń­ca ży­cia po­zo­sta­niesz ku­la­wy. A ja z ta­kim do ślu­bu nie pój­dę.

– Prze­ko­na­łaś mnie. – Pu­ścił do niej oko, po czym spo­waż­niał i po­wie­dział: – Jak tyl­ko za­cznę po­ru­szać się nor­mal­nie, wra­cam do chło­pa­ków. A ty, moja dro­ga, wy­je­dziesz do wuja.

– Ni­g­dzie bez cie­bie nie po­ja­dę – sta­now­czo od­po­wie­dzia­ła Ali­cja.

– Na Boga, Ali­cjo, je­steś w cią­ży… – jęk­nął Ju­lian.

– Je­stem, a ty nie­ba­wem zo­sta­niesz moim mę­żem. Bę­dzie­my ro­dzi­ną, a miej­sce żony jest przy mężu – burk­nę­ła.

– Po pro­stu boję się o cie­bie… O was – po­wie­dział ci­cho Ju­lian.

– Obie­cu­ję, że je­śli tyl­ko zro­bi się nie­bez­piecz­nie, wy­ja­dę – słod­kim gło­sem za­pew­ni­ła Ali­cja.

– Chciał­bym, że­byś wy­je­cha­ła już te­raz – od­rzekł sta­now­czo, bo upór Ali­cji bar­dzo go iry­to­wał.

– A je­śli nie? – za­szcze­bio­ta­ła.

– W ta­kim ra­zie bę­dziesz pan­ną z dziec­kiem.

Ali­cja sta­nę­ła po­środ­ku dro­gi. Po­pa­trzy­ła na bez­kre­sne pola przed swo­imi ocza­mi i na­gle wy­ję­ła rękę spod ra­mie­nia Ju­lia­na, po czym od­wró­ci­ła się na pię­cie i ru­szy­ła w stro­nę wsi.

– Ej, no, Ali­cja, nie zo­sta­wiaj mnie tak sa­me­go. Do cha­łu­py jest ka­wał dro­gi, nie dam rady pójść sam – za­czął pa­ni­ko­wać.

Za­trzy­ma­ła się i od­wró­ci­ła gło­wę.

– Trze­ba było o tym po­my­śleć, za­nim… po­wie­dzia­łeś te okrop­ne rze­czy. – Mach­nę­ła ręką.

Do­tar­ła do wiej­skiej cha­łu­py, gdzie Ju­lian do­cho­dził do sie­bie po po­by­cie na ge­sta­po, i za­czę­ła pa­ko­wać wa­liz­kę. Nie była ob­ra­żo­na, wie­dzia­ła, że Cheł­mic­ki dro­czy się z nią i nie­ba­wem ich re­la­cje po­wró­cą do nor­mal­no­ści, ale uświa­do­mi­ła so­bie, iż musi zo­sta­wić go sa­me­go na ja­kiś czas. Za­uwa­ży­ła, że Ju­lia­no­wi pa­su­je ta cią­gła tro­ska, uwa­ga i kon­cen­tra­cja na od­nie­sio­nych przez nie­go ra­nach, któ­re już daw­no się za­go­iły. Taki stan rze­czy po­tę­go­wa­ły od­wie­dzi­ny We­ro­ni­ki. Jej za­trwo­żo­na mina i uża­la­nie się nad sta­nem Cheł­mic­kie­go przy­no­si­ły sku­tek od­wrot­ny do za­mie­rzo­ne­go i kom­plet­nie roz­le­ni­wi­ły Ju­lia­na. Nie uty­ski­wał na swój los, ale z wiel­ką ocho­tą przyj­mo­wał każ­dy gest, któ­ry go wy­rę­czał w naj­prost­szych czyn­no­ściach. Ali­cja po­my­śla­ła, że je­śli po­zo­sta­nie sam, szyb­ciej po­wró­ci do rów­no­wa­gi, za­rów­no fi­zycz­nej, jak i psy­chicz­nej. Ostat­nia wy­mia­na zdań była jej więc bar­dzo na rękę, bo nie od­wa­ży­ła­by się po­wie­dzieć mu wprost, że zbyt­nio uża­la się nad sobą.

Wy­dar­ła kart­kę z ze­szy­tu i na­pi­sa­ła do nie­go krót­ki list, że spo­tka­ją się w War­sza­wie, jak tyl­ko Ju­lian do niej po­wró­ci.

Uda­ła się na sta­cję, wsia­dła do po­cią­gu i kil­ka­dzie­siąt mi­nut póź­niej zna­la­zła się w sto­li­cy. Swo­je pierw­sze kro­ki skie­ro­wa­ła do szpi­ta­la Dzie­ciąt­ka Je­zus, by po­roz­ma­wiać z We­ro­ni­ką. I nie mia­ła być to miła roz­mo­wa.

Dok­tor We­ro­ni­ka Sar­now­ska aż wsta­ła zza biur­ka, uj­rzaw­szy w drzwiach Ali­cję, po czym jęk­nę­ła.

– Coś z Ju­lia­nem?

– Nie… Od­kąd by­łaś u nie­go ostat­ni raz, czy­li od wczo­raj, nic się nie zmie­ni­ło. Może oprócz tego, że już nie wy­ma­ga niań­cze­nia i świet­nie so­bie ra­dzi sam – burk­nę­ła Ali­cja.

– Więc co cię do mnie spro­wa­dza? – za­py­ta­ła chłod­no We­ro­ni­ka.

– Skon­tak­tuj mnie z ma­jo­rem – rów­nie oschle od­po­wie­dzia­ła Ali­cja. – Zo­sta­ję w War­sza­wie.

– A co z Ju­lia­nem? – Ko­lej­ny raz We­ro­ni­ka zro­bi­ła za­tro­ska­ną minę.

I wte­dy Ali­cja nie wy­trzy­ma­ła, cho­ciaż po wej­ściu do szpi­ta­la po­sta­no­wi­ła, że po­sta­ra się być uprzej­ma i po­ka­że kla­sę, o brak któ­rej po­dej­rze­wa­ła ją dok­tor Sar­now­ska.

– Po­ra­dzi so­bie sam do­sko­na­le i za dwa, trzy ty­go­dnie rów­nież wró­ci do War­sza­wy. Nie wi­dzę po­wo­du, że­byś dłu­żej ro­bi­ła z nie­go ma­zga­ja i czło­wie­ka, dla któ­re­go przy­go­to­wa­nie so­bie je­dze­nia jest po­nad jego siły. I prze­stań tam jeź­dzić co dwa dni, bo wi­dok two­jej zbo­la­łej miny wca­le mu nie po­ma­ga. – Ali­cja mó­wi­ła sta­now­czym gło­sem i z każ­dym wy­po­wia­da­nym zda­niem co­raz gło­śniej.

We­ro­ni­ka otwo­rzy­ła usta, zdzi­wio­na wy­bu­chem Ali­cji, by po chwi­li uświa­do­mić so­bie, iż oto ta ko­bie­ta nie dość, że pró­bu­je ją po­uczać, to jesz­cze pod­no­si na nią głos.

– Je­stem le­ka­rzem i wiem, co na­le­ży ro­bić, żeby pa­cjent jak naj­szyb­ciej po­wró­cił do zdro­wia. Wy­bacz, ale tan­cer­ka w tym za­kre­sie nie bę­dzie udzie­la­ła mi rad – po­wie­dzia­ła We­ro­ni­ka, na tyle spo­koj­nie, na ile było ją stać.

– Do wszyst­kich swo­ich pa­cjen­tów tak jeź­dzisz czy tyl­ko do tych, któ­rych masz ocho­tę za­brać in­nym ko­bie­tom? – za­py­ta­ła ja­do­wi­cie Ali­cja.

– Gdy­by nie ja… – ści­szo­nym gło­sem za­czę­ła We­ro­ni­ka, ale Ali­cja prze­rwa­ła jej.

– Tak, wiem. To ty wy­krę­ci­łaś nu­mer do Los­so­wa, pod­sta­wi­łaś ka­ret­kę i dzię­ki to­bie Ju­lian żyje. Ale nie będę sie­dzia­ła ci­cho, bo za każ­dym ra­zem rzu­casz mi w twarz, że ura­to­wa­łaś Ju­lia­no­wi ży­cie – prych­nę­ła Ali­cja i do­da­ła: – Pew­nie i tak cię nie po­wstrzy­mam, ale chcę, że­byś wie­dzia­ła, co o tym my­ślę.

– Su­ge­ru­jesz, że go uwo­dzę? – za­pe­rzy­ła się We­ro­ni­ka.

– Nie su­ge­ru­ję, ja to wiem – wes­tchnę­ła. – Po­wia­dom „So­ko­ła”.

– Po­wia­do­mię – mruk­nę­ła Sar­now­ska i nie po­wie­dzia­ła już nic wię­cej.

Za­bo­la­ły ją sło­wa Ali­cji. Czyż­by na­praw­dę była tak zde­spe­ro­wa­na, że każ­dy mógł zo­ba­czyć, jak sza­le­je za Cheł­mic­kim? Praw­dą było rów­nież to, że tak czę­ste wi­zy­ty u nie­go od ja­kie­goś cza­su były kom­plet­nie zbęd­ne. Nie po­tra­fi­ła jed­nak zre­zy­gno­wać z Ju­lia­na, mimo że zda­wa­ła so­bie spra­wę z sy­tu­acji. On ko­chał inną, a na do­da­tek ta inna była w cią­ży i nie­ba­wem mie­li się po­brać. Jed­nak nad­szedł taki dzień, gdy są­dzi­ła, że stra­ci­ła go na za­wsze, i po­czu­ła, jak­by świat jej się za­wa­lił. Ale prze­żył, a ona ir­ra­cjo­nal­nie nie prze­sta­wa­ła mieć na­dziei na ich wspól­ną przy­szłość, mimo że w tej sy­tu­acji sta­ła na prze­gra­nej po­zy­cji.

***

To wła­śnie trud­ne cza­sy woj­ny uświa­do­mi­ły We­ro­ni­ce, jak kru­che jest ży­cie. Kie­dy tyl­ko Ju­lian zna­lazł się w bez­piecz­nym miej­scu i wie­dzia­ła, że nic mu nie za­gra­ża, spa­ko­wa­ła wa­liz­kę i po­je­cha­ła na kil­ka dni do syna. Z prze­ra­że­niem stwier­dzi­ła, że w każ­dej chwi­li może spo­tkać ją coś złe­go, a wte­dy być może ni­g­dy już nie zo­ba­czy swo­je­go dziec­ka.

Pa­we­łek miał już osiem lat, a ich roz­łą­ka spra­wi­ła, że trak­to­wał ją nie­mal jak obcą oso­bę. Pró­ba przy­tu­le­nia czy po­ca­ło­wa­nia chłop­ca wy­wo­ły­wa­ła na jego twa­rzy gry­mas, po­dob­ny do tego, któ­ry sama ro­bi­ła w dzie­ciń­stwie, gdy nie­zna­ni jej krew­ni pró­bo­wa­li ob­da­ro­wy­wać ją piesz­czo­ta­mi.

Jej mat­ka, wie­lo­let­nia na­uczy­ciel­ka w żeń­skim li­ceum, za­mknę­ła ci­cho drzwi po­ko­ju Pa­weł­ka i po­pro­si­ła cór­kę o roz­mo­wę. Dla We­ro­ni­ki taki ton i stwier­dze­nie „mu­si­my po­roz­ma­wiać” ozna­czał za­wsze coś nie­przy­jem­ne­go. Tak też było i tym ra­zem.

– Tak nie może dłu­żej być – po­wie­dzia­ła ostro mat­ka. – Two­je dziec­ko prze­sta­je ko­ja­rzyć cię jako swo­ją praw­dzi­wą mat­kę. Wpa­dasz jak po ogień raz w mie­sią­cu i uwa­żasz, że to wy­star­czy?

– To co, we­dług cie­bie, po­win­nam zro­bić? – za­py­ta­ła znę­ka­nym gło­sem We­ro­ni­ka.

– Wiesz, co masz zro­bić. Mó­wię ci to za każ­dym ra­zem, gdy przy­jeż­dżasz. Two­je miej­sce jest przy dziec­ku.

– Chcia­łam go za­brać do War­sza­wy, ale gdy tyl­ko o tym na­po­mknę­łam, za­mie­ni­łaś mi dwa dni ży­cia w pie­kło. Mamo, jest woj­na, wszę­dzie czai się nie­bez­pie­czeń­stwo. Zresz­tą… je­śli los tak zde­cy­du­je, moż­na stra­cić ży­cie na­wet miesz­ka­jąc w spo­koj­nym miej­scu. Je­stem le­ka­rzem i wiem, że cho­ro­by i nie­szczę­ścia nie wy­bie­ra­ją so­bie ani cza­su, ani miej­sca. A ja nie mogę wy­je­chać z War­sza­wy. Po pro­stu nie mogę… – We­ro­ni­ka bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ła tłu­ma­czyć swo­je sta­no­wi­sko.

– To two­je dziec­ko i oczy­wi­ście ty po­dej­mu­jesz de­cy­zje, ale je­śli wy­rwiesz go z tego spo­koj­ne­go świa­ta i wy­wie­ziesz na po­nie­wier­kę, ni­g­dy wię­cej się do cie­bie nie ode­zwę.

– Do­brze, mamo – wes­tchnę­ła We­ro­ni­ka. – Za­sta­no­wię się. Ale je­śli zor­ga­ni­zu­ję swo­je ży­cie w War­sza­wie w spo­sób, któ­ry za­pew­ni Pa­weł­ko­wi spo­kój i bez­pie­czeń­stwo, po pro­stu po nie­go przy­ja­dę i za­bio­rę do sie­bie. Je­że­li oka­że się to nie­moż­li­we, wró­cę do domu. Do Beł­cha­to­wa.

– Po­roz­ma­wiam z or­dy­na­to­rem Ja­nic­kim. Niech przy­go­tu­je dla cie­bie miej­sce u sie­bie na od­dzia­le. – Mat­ka We­ro­ni­ki była prze­ko­na­na, że jej cór­ka nie od­wa­ży się na wy­wie­zie­nie syna do sto­li­cy.

Sar­now­ska mil­cza­ła. Nie chcia­ła już żad­nych dys­ku­sji, ale po­sta­no­wi­ła, że za­bie­rze Pa­weł­ka bez wzglę­du na zda­nie mat­ki.

Od tej roz­mo­wy mi­nął mie­siąc. Za kil­ka dni mia­ła po­je­chać po syna i de­ner­wo­wa­ła się rów­nie moc­no jak wte­dy, gdy ucie­kła z przy­klasz­tor­nej szko­ły, a mat­ka przez ko­lej­nych kil­ka ty­go­dni nie wy­po­wie­dzia­ła do niej ani sło­wa. I mimo że mia­ła wów­czas za­le­d­wie czter­na­ście lat, to wspo­mnie­nie wciąż ją prze­śla­do­wa­ło. Dla We­ro­ni­ki mil­cze­nie mat­ki było naj­gor­szą karą. Mu­sia­ła jed­nak zmie­rzyć się z tym, bo syn jej po­trze­bo­wał, a ona jego. Zaś w cza­sie, gdy bę­dzie w pra­cy, opie­kę nad nim mia­ła po­wie­rzyć dwu­dzie­sto­let­niej dziew­czy­nie po szko­le na­uczy­ciel­skiej, któ­rą wy­bra­ła wśród nie­mal dwu­dzie­stu kan­dy­da­tek. Chcia­ła, żeby oso­ba, któ­ra zaj­mie się Pa­weł­kiem, nie tyl­ko była tro­skli­wą opie­kun­ką, ale rów­nież na­uczy­ciel­ką i god­nie za­stą­pi­ła w tej roli jej mat­kę.

***

Ali­cja po­sta­no­wi­ła, że do­pó­ki ma­jor nie znaj­dzie dla niej bez­piecz­ne­go lo­kum, za­trzy­ma się u pro­fe­so­ra Li­twi­na. Na­dal była po­szu­ki­wa­na i gro­zi­ło jej śmier­tel­ne nie­bez­pie­czeń­stwo, ale wie­dzia­ła, że w okre­sie prze­ta­so­wań na Szu­cha będą mie­li na gło­wie inne spra­wy niż in­ten­syw­ne po­szu­ki­wa­nia. Po­my­śla­ła, że jed­na czy dwie noce spę­dzo­ne u pro­fe­so­ra nie spro­wa­dzą na nie­go żad­ne­go nie­szczę­ścia. Je­dy­na oso­ba, któ­ra mo­gła jej po­móc, czy­li We­ro­ni­ka, nie wcho­dzi­ła w ra­chu­bę.

Ali­cja na­praw­dę pró­bo­wa­ła po­lu­bić tę ko­bie­tę, zwłasz­cza gdy wy­cią­gnę­ła Ju­lia­na z Pa­wia­ka, ale nie była w sta­nie. Nie dla­te­go, że mia­ła nie­czu­łe ser­ce i była wście­kle za­zdro­sna o za­ży­łość pięk­nej pani dok­tor z Cheł­mic­kim, ale We­ro­ni­ka po pro­stu nie dała się lu­bić. Za­cho­wy­wa­ła się w sto­sun­ku do niej wy­nio­śle, a w to­wa­rzy­stwie Ju­lia­na do­sta­wa­ła przy­sło­wio­we­go mał­pie­go ro­zu­mu. Już nie była dys­tyn­go­wa­ną pa­nią dok­tor, ale zwy­kłą pod­ry­wacz­ką, któ­rej nie znie­chę­ci­ła na­wet cią­ża Ali­cji.

Po­pchnę­ła cięż­kie drzwi ka­mie­ni­cy i po­wo­li za­czę­ła wcho­dzić po scho­dach do miesz­ka­nia pro­fe­so­ra. Gdy była już na jego pię­trze, usły­sza­ła dźwięk prze­krę­ca­ne­go klu­cza. Szyb­ko wbie­gła na pół­pię­tro i kuc­nę­ła na scho­dach, by móc ob­ser­wo­wać drzwi Li­twi­na. Nie mia­ła po­ję­cia, dla­cze­go się wy­stra­szy­ła, pro­fe­sor miesz­kał sam i tyl­ko on mógł otwie­rać drzwi swo­je­go miesz­ka­nia. Jed­nak po­czu­ła ja­kiś nie­po­kój, któ­ry na­ka­zał jej się ukryć i upew­nić, czy na pew­no ma do czy­nie­nia z Li­twi­nem.

Dziw­ne prze­czu­cie spraw­dzi­ło się. Z miesz­ka­nia pro­fe­so­ra wy­szła ja­kaś ko­bie­ta. Mia­ła może z pięć­dzie­siąt lat, nie wię­cej. Prze­krę­ci­ła klucz w zam­ku, na­cią­gnę­ła na dło­nie cien­kie rę­ka­wicz­ki i ze­szła scho­da­mi do wyj­ścia. Li­twin nie miał żad­nej bli­skiej ro­dzi­ny, ni­g­dy też nie ko­rzy­stał z po­mo­cy ob­cych mu osób. Ali­cja nie po­dej­rze­wa­ła tak­że, aby pro­fe­sor oże­nił się z kimś po tak krót­kiej zna­jo­mo­ści, bo­wiem jesz­cze do nie­daw­na ni­ko­go nie miał.

Wy­szła na po­dwór­ko ka­mie­ni­cy i ro­zej­rza­ła się. Kil­ka me­trów da­lej stał trze­pak, a przy nim ba­wi­ły się dzie­ci. Po­sta­no­wi­ła za­się­gnąć u nich ję­zy­ka, bo bar­dzo mar­twi­ła się o do­bro­dusz­ne­go pro­fe­so­ra. Mia­ła na­dzie­ję, że żad­ne z nich nie roz­po­zna w niej by­łej lo­ka­tor­ki spod szóst­ki.

– Ej, ty – za­gad­nę­ła jed­ne­go z chłop­ców, któ­ry zda­wał się naj­star­szy w gru­pie. – Znasz pro­fe­so­ra Li­twi­na?

Chło­pak o ja­snych, nie­co przy­dłu­gich wło­sach wy­tarł brud­ną dło­nią nos i po­pa­trzył po­dejrz­li­wie na Ali­cję.

– Za­le­ży kto pyta – burk­nął.

– Ja py­tam. Je­stem jego ku­zyn­ką z Ra­do­mia. To jak? Znasz czy nie? – ostro po­wie­dzia­ła Ali­cja.

– Pro­fe­sor nie żyje. Już ze dwa mie­sią­ce bę­dzie, jak tru­pa wy­nie­śli z miesz­ka­nia. Smród był na ca­łej klat­ce, bo chy­ba tam dłu­go le­żał nie­ży­wy. I w koń­cu Sie­mio­nek, do­zor­ca zna­czy, wszedł do jego domu, a tam pro­fe­sor le­żał bez ży­cia i strasz­nie śmier­dzia­ło – po­wie­dział chło­pak.

Ali­cja za­drża­ła. Pro­fe­sor Li­twin był już wie­ko­wym męż­czy­zną, ale gdy wi­dzia­ła go ostat­nim ra­zem, cie­szył się do­brym zdro­wiem. Po­ki­wa­ła gło­wą, nie mo­gąc wy­po­wie­dzieć z żalu ani sło­wa, i już mia­ła odejść, gdy chło­pak do­dał coś jesz­cze:

– Po­dob­nież za­du­szo­ny na śmierć.

Ali­cja pod­nio­sła gło­wę i z prze­ra­że­niem spoj­rza­ła na chło­pa­ka. Gdy­by pro­fe­sor zo­stał za­strze­lo­ny przez Niem­ców, umarł na Pa­wia­ku albo z po­wo­du cho­ro­by, nie wzbu­dzi­ło­by to w niej być może ta­kie­go zdzi­wie­nia, ale nie mia­ła po­ję­cia, kto mógł po­peł­nić po­spo­li­te mor­der­stwo.

– Jak to za­du­szo­ny? – za­py­ta­ła.

– Ja tam tak do­brze to nie wiem, ale Sie­mio­nek mó­wił, że pro­fe­sor miał kra­wat na szyi za­ci­śnię­ty i siny ję­zyk na wierz­chu. I gra­na­to­wa po­li­cja przy­je­cha­ła, i wy­py­ty­wa­li wszyst­kich, czy ni­ko­go ob­ce­go nie wi­dzie­li. Ale tak za bar­dzo to chy­ba nie szu­ka­li mor­der­cy, bo nas nie py­ta­li – od­po­wie­dział.

– A gdy­by za­py­ta­li, to co byś od­po­wie­dział? – Ali­cja była po­dejrz­li­wa.

– Że krę­cił się tu taki je­den gów­niarz. Lan­dryn­ki roz­da­wał i zdję­cia po­ka­zy­wał. Mnie nie py­tał, bo­bym mu ty­łek sko­pał i kar­to­fli na­sa­dził, ale młod­szych wy­py­ty­wał o ja­kieś ko­bie­ty i o sa­me­go pro­fe­so­ra. A po­tem zna­leź­li tru­pa. To pew­nie tak so­bie się nie py­tał. – Dzie­ciak mach­nął ręką.

Ali­cja była co­raz bar­dziej zdzi­wio­na i zszo­ko­wa­na. Nie mia­ła po­ję­cia, o co może cho­dzić. Pró­bo­wa­ła jesz­cze wy­do­być od dzie­ci ja­kieś in­for­ma­cje na te­mat chłop­ca z lan­dryn­ka­mi, ale nie­wie­le jej to dało. Dzie­cia­ków o po­dob­nym ry­so­pi­sie było w War­sza­wie ty­sią­ce.

Wy­szła z bra­my i za­sta­na­wia­ła się przez chwi­lę, do­kąd się udać. Przy­po­mnia­ła so­bie o pew­nej pie­lę­gniar­ce pra­cu­ją­cej w Re­fe­ra­cie Opie­ki Otwar­tej, któ­rej przy­no­si­ła pod­ra­bia­ne do­ku­men­ty dla ukry­wa­ją­cych się Ży­dów. Wsia­dła do tram­wa­ju i po­je­cha­ła na Wol­ską, do ośrod­ka zdro­wia, w któ­rym nie­gdyś się spo­tka­ły. Po­my­śla­ła, że owa ko­bie­ta nie tyl­ko or­ga­ni­zu­je aryj­skie do­ku­men­ty dla swo­ich pod­opiecz­nych, ale tak­że bez­piecz­ne schro­nie­nie. Może pa­mię­ta­jąc przy­słu­gę wy­świad­czo­ną jej przez Ali­cję, nie od­mó­wi po­mo­cy?

Ja­dąc tram­wa­jem, wciąż za­cho­dzi­ła w gło­wę, co mo­gło spo­tkać pro­fe­so­ra Li­twi­na. Nie był za­moż­nym czło­wie­kiem, tym bar­dziej kon­fi­den­tem, a jed­nak ktoś go od­wie­dził i po­zba­wił ży­cia. I z pew­no­ścią nie byli to Niem­cy. Ktoś tak­że wy­py­ty­wał o nią albo Han­kę. Ona się ukry­wa­ła i nie­wie­le osób wie­dzia­ło, gdzie prze­by­wa, ale Han­ka wciąż miesz­ka­ła z Ire­ną w miej­scu, w któ­rym ulo­ko­wał je pro­fe­sor Li­twin. A je­śli mor­der­ca zdo­łał uzy­skać od pro­fe­so­ra in­for­ma­cje na ten te­mat, jej przy­ja­ciół­ka mo­gła nie­ba­wem zna­leźć się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie. Trze­ba było za wszel­ką cenę ją ostrzec. Je­śli nie było za póź­no. Mia­ła jed­nak na­dzie­ję, że to ona, Ali­cja, była obiek­tem za­in­te­re­so­wa­nia ko­goś, kto bar­dzo pra­gnął ją od­na­leźć.

2. Magnuszew, 1942

Gdy śnieg stop­niał, a tem­pe­ra­tu­ra co­raz bar­dziej przy­po­mi­na­ła wio­sen­ną, małe po­dwór­ko Han­ki Le­win w Ma­gnu­sze­wie przy­po­mi­na­ło ba­gno. Bez ka­lo­szy przej­ście do obór­ki czy kur­ni­ka sta­wa­ło się po pro­stu nie­moż­li­we. Za­rów­no Han­ka, jak i Ire­na z utę­sk­nie­niem wy­pa­try­wa­ły sło­necz­nych dni, by ich za­gro­da w koń­cu za­czę­ła przy­po­mi­nać po­dwó­rze, po któ­rym moż­na nor­mal­nie przejść, bez ta­pla­nia się w bło­cie.

Mała Nad­ia była nad wy­raz ru­chli­wym dziec­kiem i po każ­dym jej wyj­ściu na po­dwór­ko ko­bie­ty do­słow­nie ze­skro­by­wa­ły z niej bło­to, bo bro­dze­nie w nim sta­no­wi­ło dla dziew­czyn­ki nie lada ucie­chę.

Han­ka sta­ła w pro­gu drzwi wy­cho­dzą­cych na obej­ście i z za­cie­ka­wie­niem przy­glą­da­ła się męż­czyź­nie krzą­ta­ją­ce­mu się przy kur­ni­ku.

– Dzień do­bry, pa­nie Ka­zi­mie­rzu! – krzyk­nę­ła. – Co tym ra­zem?

– Dach prze­cie­ka, wszyst­ko mo­kre jak gnój. Iren­ka po­pro­si­ła, że­bym się tym za­jął – rów­nie grom­ko po­wie­dział pan Ka­zi­mierz.

– Praw­dzi­wy z pana skarb. Nie wiem, jak się panu od­wdzię­czy­my. – Uśmiech­nę­ła się.

Ka­zi­mierz spu­ścił gło­wę i nie mó­wiąc już nic, przy­stą­pił do swo­je­go za­ję­cia. Kil­ka mi­nut póź­niej z obór­ki wy­szła Ire­na i zbli­ży­ła się do męż­czy­zny, szcze­rząc zęby w nie­na­tu­ral­nym uśmie­chu. Han­ka po­wio­dła wzro­kiem po roz­ma­wia­ją­cej pa­rze i wró­ci­ła do cha­łu­py, by za chwi­lę ko­lej­ny raz sta­nąć w drzwiach. Z po­wro­tem za­czę­ła przy­glą­dać się to Ire­nie, to panu Ka­zi­mie­rzo­wi i jak­by do­zna­ła olśnie­nia. Naj­wy­raź­niej ci dwo­je mie­li się ku so­bie. Zdzi­wi­ło ją jed­nak to, że „Wa­riat­ka”, któ­ra mó­wi­ła jej o wszyst­kim, na­wet o tym, o czym nie po­win­na, nie pi­snę­ła ani sło­wa na te­mat ich za­ży­ło­ści. A może nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że uczyn­ność pana Ka­zi­mie­rza nie bie­rze się tyl­ko ze zwy­kłej życz­li­wo­ści?

Pan Ka­zi­mierz był wdow­cem, miał koło pięć­dzie­siąt­ki i oprócz nie­zwy­kłej uprzej­mo­ści ce­cho­wa­ło go po­czu­cie hu­mo­ru, tak rzad­kie w świe­cie ogar­nię­tym wo­jen­ną po­żo­gą. Swo­ją po­ło­wi­cę po­cho­wał jesz­cze przed woj­ną, był w sile wie­ku i fakt, że mógł­by za­in­te­re­so­wać się ja­kąś ko­bie­tą, nie był­by ni­czym dziw­nym. I być może to wła­śnie we­so­ła, pro­sto­li­nij­na, choć nie­co ocię­ża­ła umy­sło­wo Ire­na wpa­dła mu w oko.

Gdy tak Han­ka roz­ta­cza­ła wi­zję ro­man­su, a w koń­cu ślu­bu pana Ka­zi­mie­rza z Ire­ną, ich ukrad­ko­wych spo­tkań i słod­kich wy­znań, jej współ­lo­ka­tor­ka wkro­czy­ła do kuch­ni, dzier­żąc w dło­ni za­krwa­wio­ną kurę z ob­cię­tą gło­wą. Rzu­ci­ła ją do cy­no­wej mi­ski, usia­dła na drew­nia­nym zy­del­ku, po­chy­li­ła się nad mar­twym pta­kiem i po­wie­dzia­ła:

– Ro­sół bę­dzie.

– Wi­dzę – mruk­nę­ła nie­zbyt za­do­wo­lo­na Han­ka, dla któ­rej żywa kura była dużo bar­dziej przy­dat­na niż mar­twa, bo był z niej tyl­ko jed­no­ra­zo­wy po­ży­tek.

– Na­uczy mnie Han­ka ro­sół ro­bić? – za­gad­nę­ła Ire­na.

– Mało masz ro­bo­ty? Ja ugo­tu­ję – z wes­tchnie­niem od­po­wie­dzia­ła Le­wi­nów­na.

– Ale ja chcę ugo­to­wać. I za­nieść Ka­zio­wi. Na­ty­rał się dzi­siaj przy tym da­chu, de­chy cał­kiem prze­gni­ły… – bąk­nę­ła Ire­na, od­wra­ca­jąc wzrok.

„A więc to tak się spra­wy mają” – po­my­śla­ła Han­ka i uśmie­cha­jąc się, po­wie­dzia­ła:

– W ta­kim ra­zie zro­bi­my mu naj­pysz­niej­szy ro­sół na świe­cie.

– Chcę sama – upie­ra­ła się Ire­na.

– Do­brze, już do­brze. Ja tyl­ko będę dy­ry­go­wać. – Pu­ści­ła do „Wa­riat­ki” oko i za­py­ta­ła bez ogró­dek: – Po­do­ba ci się ten pan Ka­zio?

– Po­do­ba mi się – po­wie­dzia­ła, szcze­rząc zęby, Ire­na. – A jak por­t­ki zdej­mu­je, to jesz­cze bar­dziej.

Han­ka prze­łknę­ła śli­nę. Są­dzi­ła, że to tyl­ko umi­zgi ze stro­ny wdow­ca, a oka­za­ło się, że była głu­cha i śle­pa, bo ro­man­tycz­na zna­jo­mość już daw­no zo­sta­ła skon­su­mo­wa­na, za­nim sta­nę­li na ślub­nym ko­bier­cu. Po­win­na być zła na pana Ka­zia, że do grze­chu na­mó­wił Ire­nę, ale nie była. Mu­sia­ła jed­nak opo­wie­dzieć swo­jej przy­ja­ciół­ce co nie­co o tych spra­wach.

– A jak już te por­t­ki zdej­mu­je, to co ro­bi­cie? – za­py­ta­ła nie­win­nie.

– A co to Han­ka nie wie, co się robi, jak chłop por­t­ki zdej­mu­je, a baba kiec­kę? Toć dwój­kę dzie­ci ma Han­ka, a taka głu­pia, aż żal. – Ire­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i nie­co ura­żo­na wy­szła do sie­ni po wa­rzy­wa na ro­sół.

Han­ka otwo­rzy­ła usta, by do­pie­ro po chwi­li je za­mknąć. Ire­na była jak do­ra­sta­ją­ca cór­ka, któ­ra o pew­nych spra­wach roz­ma­wia­ła z ob­cy­mi, by w za­ci­szu do­mo­wym oznaj­mić, że oto wie już wszyst­ko. Han­ka jed­nak nie była tego taka pew­na, więc gdy na­stał zmierzch, a dzie­ci prze­sta­ły do­ka­zy­wać, uda­ła się na roz­mo­wę do Ka­zi­mie­rza.

Męż­czy­zna od­po­czy­wał po su­tym ro­so­le za­ser­wo­wa­nym mu przez „Wa­riat­kę”, le­żąc na ko­zet­ce i pa­ląc ma­chor­kę, któ­rej smród roz­no­sił się po ca­łym do­mo­stwie i na­wet ape­tycz­ny za­pach ro­so­łu nie był w sta­nie za­bić owej spe­cy­ficz­nej woni.

– Pa­nie Ka­ziu, przy­szłam roz­mó­wić się z pa­nem – sta­now­czym gło­sem po­wie­dzia­ła Han­ka i zdjąw­szy okry­cie, usia­dła na krze­śle na­prze­ciw­ko ko­zet­ki.

Pan Ka­zi­mierz ze­rwał się na rów­ne nogi, nie­co z opóź­nie­niem, bo jego gość zdą­żył się już za­do­mo­wić, prze­cią­gnął dło­nią po zmierz­wio­nej fry­zu­rze i z prze­ra­że­niem wy­du­kał:

– Coś się sta­ło, pani Han­ko? – za­py­tał.

– Pa­nie Ka­ziu – wes­tchnę­ła Han­ka – Iren­ka to do­bra ko­bie­ta, ale sam pan wie, że jest tro­chę jak dziec­ko. A pan za­cią­gnął ją do łóż­ka. No jak to tak? Taki po­rząd­ny chłop, a wy­ko­rzy­stu­je po­czci­wą ko­bie­tę.

– Krew nie woda – mruk­nął pan Ka­zio i do­dał: – To mam się że­nić z Ire­ną?

– A ko­chasz ją pan? – za­py­ta­ła Le­wi­nów­na.

– A bo ja to wiem? – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Do­bra jest dla mnie, na­wet mi się po­do­ba, bo za­wsze mnie cią­gło do du­żych bab i ja­koś tak mi we­se­lej, jak tu ze mną jest. Więc może i ko­cham. Ale Iren­ka mi po­wie­dzia­ła, że ona za mąż iść nie może, bo pani Han­ki sa­mej z dwój­ką dzie­cia­ków nie zo­sta­wi.

– I co ja mam z nią zro­bić? – z wes­tchnie­niem od­po­wie­dzia­ła Le­wi­nów­na. – Prze­cież ona nie może się na mnie oglą­dać. Ma swo­je ży­cie, a jak za pana wyj­dzie, to da­le­ko się nie wy­pro­wa­dzi. Będę ją mia­ła pra­wie za mie­dzą. Po­roz­ma­wiam z nią, a pan niech gar­ni­tur szy­ku­je i pie­nią­dze na ślub zbie­ra.

Wra­ca­ła do sie­bie i z jed­nej stro­ny żal jej było roz­sta­wać się z Ire­ną, z dru­giej nikt tak bar­dzo nie za­słu­żył na szczę­ście, jak jej „Wa­riat­ka”. Roz­wa­ża­ła tak­że prak­tycz­ną stro­nę ca­łej sy­tu­acji. W isto­cie bez Ire­ny bę­dzie jej cięż­ko. Była dla niej ni­czym mąż. Ogrom­na, o sile tura, sta­no­wi­ła dla Han­ki opar­cie i wy­rę­cza­ła ją w czyn­no­ściach, z któ­ry­mi sama so­bie z pew­no­ścią nie po­ra­dzi. Nie mia­ła jed­nak pra­wa za­bie­rać Ire­nie szan­sy na za­mąż­pój­ście, bo po­dob­na oka­zja, by spo­tkać pre­ten­den­ta do jej ręki, mo­gła już się nie tra­fić.

„Wa­riat­ka” skoń­czy­ła wła­śnie ką­pać dzie­ci i szy­ko­wa­ła Nad­ię do snu, a Grze­sia na wie­czor­ne kar­mie­nie. Po­da­ła Han­ce syna i usia­dła przy pie­cu, by za­ce­ro­wać sfa­ty­go­wa­ne raj­stop­ki Nad­ii.

– Iren­ka… – za­czę­ła de­li­kat­nie Han­ka. – Ten Ka­zio to za­ko­cha­ny w to­bie na za­bój.

Ta mach­nę­ła ręką.

– Co też Han­ka opo­wia­da – burk­nę­ła. – Po­uży­wać so­bie lubi i do­brze zjeść.

– Jak każ­dy chłop. Ale miły jest dla Ire­ny i do­bry – nie da­wa­ła za wy­gra­ną Han­ka.

– No do­bry. I na­wet mi się po­do­ba, jak mnie do­ty­ka. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– A gdy­by cię o rękę po­pro­sił? To wy­szła­byś za nie­go?

„Wa­riat­ka” prze­sta­ła ce­ro­wać, za­ru­mie­ni­ła się i wy­du­ka­ła:

– Ale nie po­pro­sił. A poza tym tu­taj nie ma miej­sca. Mamy tyl­ko kuch­nię i jed­ną izbę.

– Nie miesz­kał­by tu­taj, tyl­ko ty byś się do jego cha­łu­py prze­nio­sła. A więk­sza niż na­sza. I mu­ro­wa­na na do­da­tek – dziar­sko cią­gnę­ła te­mat Han­ka.

Ale Ire­na je­dy­nie par­sk­nę­ła śmie­chem na te sło­wa.

– Prze­cie Han­ka to zgi­nie beze mnie, jak An­dzia w par­ku.

– Bę­dziesz mi po­ma­gać. Poza tym nie je­stem taką sie­ro­tą Bożą, Iren­ka. Dam so­bie radę – z pew­no­ścią w gło­sie od­po­wie­dzia­ła Han­ka.

– Tak. Sie­kie­rą so­bie za­raz pal­ce od­rą­biesz – mruk­nę­ła Ire­na i po­wró­ci­ła do ce­ro­wa­nia raj­sto­pek.

Na­gle do Han­ki do­tar­ło, że to Ire­na trak­tu­je ją jak ko­goś, kto wy­ma­ga tro­ski, uwa­gi i po­mo­cy. Jak­by role się od­wró­ci­ły i Han­ka na po­wrót sta­ła się nie­do­raj­dą, dla któ­rej po­rą­ba­nie drew­na może sta­no­wić czyn­ność nie do opa­no­wa­nia. Po­sta­no­wi­ła, że udo­wod­ni Ire­nie, iż po­tra­fi so­bie świet­nie po­ra­dzić bez niej. Nie chcia­ła, żeby ta po­świę­ca­ła się dla jej ro­dzi­ny i re­zy­gno­wa­ła z za­mąż­pój­ścia. Dla­te­go za­war­ły pakt i przez ty­dzień Ire­na mia­ła nic na go­spo­dar­stwie nie ro­bić, a je­dy­nie od­po­czy­wać, ewen­tu­al­nie cho­dzić na rand­ki z pa­nem Ka­ziem, co było de­li­kat­nym okre­śle­niem na ich łóż­ko­we har­ce.

Han­ka bar­dzo się sta­ra­ła, ale nie­ko­niecz­nie mia­ło to od­zwier­cie­dle­nie w czyn­no­ściach, któ­re wy­ko­ny­wa­ła. Mi­nę­ło wie­le lat od cza­su, gdy po­dob­ne za­ję­cia sta­no­wi­ły jej co­dzien­ność. Dla­te­go po­rą­ba­nie drew­na na za­le­d­wie kil­ka dni za­ję­ło Han­ce bez mała cały dzień, po­pa­rzy­ła się wrząt­kiem, prze­le­wa­jąc go z ogrom­ne­go sa­ga­na do ba­lii, i dwa razy mu­sia­ła wy­cią­gać z bło­ta Nad­ię, któ­ra ucie­kła jej na po­dwór­ko, gdy ta za­ję­ta była my­ciem pod­ło­gi. I cho­ciaż ogar­nia­ło ją prze­ra­że­nie na myśl, że taki stan bę­dzie trwał o wie­le dłu­żej niż wy­zna­czo­ny ty­dzień, uda­wa­ła bo­ha­ter­kę. Wie­czo­ra­mi zaś pa­da­ła na swo­je po­sła­nie, umę­czo­na do ostat­nich gra­nic, i tę­sk­ni­ła za ży­ciem, gdy miesz­ka­ła z To­ma­szem w ogrom­nym domu, a we wszyst­kich czyn­no­ściach wy­rę­cza­ła ją służ­ba.

Ire­na w koń­cu się pod­da­ła. Wciąż jed­nak uty­ski­wa­ła, że Han­ka to nie­zgu­ła, któ­ra po­tra­fi je­dy­nie pięk­nie śpie­wać i ro­dzić dzie­ci. Nie było to miłe okre­śle­nie, ale jak za­wsze szcze­re i Han­ka nie po­tra­fi­ła gnie­wać się za to na „Wa­riat­kę”.

Ślub Ka­zi­mie­rza Bed­nar­ka i Ire­ny Ma­roń od­był się w pa­ra­fial­nym ko­ście­le i zgro­ma­dził nie­mal całą wieś. Miesz­kań­ców zże­ra­ła cie­ka­wość, czy Ire­na nie zro­bi ja­kieś ma­łe­go skan­da­lu, ale uro­czy­stość od­by­ła się bez zgrzy­tów i nie­spo­dzia­nek. „Wa­riat­ka” mia­ła na so­bie ja­sną, ład­ną su­kien­kę uszy­tą przez lo­kal­ną kraw­co­wą i upię­ty mi­ster­nie przez Han­kę kok. Je­dy­nie buty ra­zi­ły w oczy, bo mimo pa­sto­wa­nia zdra­dza­ły ich wie­lo­let­nie użyt­ko­wa­nie. Ka­zi­mierz, jak przy­sta­ło na pana mło­de­go, miał na so­bie gar­ni­tur i chy­ba wy­chy­lił kil­ka kie­lisz­ków sa­mo­go­nu dla ku­ra­żu, bo jego twarz wy­glą­da­ła, jak­by prze­by­wał parę go­dzin na pa­lą­cym słoń­cu.

Han­ka ob­ser­wo­wa­ła całą ce­re­mo­nię z roz­rzew­nie­niem i tą nut­ką no­stal­gii, gdy ma się świa­do­mość, że to już za nią i ni­g­dy na po­wrót się nie zda­rzy. Cóż z tego, że jej wła­sny ślub był pe­łen prze­py­chu, suk­nia ślub­na dro­ga i stroj­na, a ko­ściół usła­ny ko­bier­cem pięk­nych kwia­tów, gdy obok stał męż­czy­zna, któ­ry te­raz zda­wał się kimś kom­plet­nie ob­cym. A taka uro­czy­stość mo­gła od­być się tyl­ko raz w ży­ciu. Po­my­śla­ła o Igo­rze. Gdy­by zde­cy­do­wa­ła wcze­śniej, że bę­dzie tym je­dy­nym, on i tak nie po­zwo­lił­by so­bie na po­ślu­bie­nie jej w ko­ście­le i nie przy­się­gał­by do­zgon­nej mi­ło­ści przed ob­li­czem księ­dza. Łysz­kin nie­na­wi­dził kle­ru, uwa­ża­jąc, że oma­mia­ją pro­stych lu­dzi, mó­wiąc bzdu­ry, i każą wie­rzyć, że jak­kol­wiek ży­cie na zie­mi może być pa­smem udręk, tak po śmier­ci cze­ka ich na­gro­da w po­sta­ci raj­skie­go bło­go­sta­nu, a to wszyst­ko mogą mieć je­dy­nie za zło­tów­kę wrzu­ca­ną co nie­dzie­lę na tacę. Han­ka mo­gła więc od­pu­ścić so­bie wy­rzu­ty. Mia­ła pięk­ny ślub, we­se­le jesz­cze cu­dow­niej­sze i mu­sia­ła cie­szyć się, że ta­kie były mimo nie­zbyt for­tun­ne­go do­bo­ru na­rze­czo­ne­go. Nie­kie­dy za­sta­na­wia­ła się, jak po­to­czy­ły­by się losy jej mał­żeń­stwa, gdy­by nie woj­na i roz­łą­ka. Nie mia­ła złu­dzeń, w tym związ­ku praw­dzi­we uczu­cie po­zo­sta­ło­by po­ję­ciem je­dy­nie teo­re­tycz­nym, a ich ser­ca wciąż by­ły­by zim­ne i spra­gnio­ne in­nych wra­żeń niż mo­gli so­bie na­wza­jem za­pew­nić.

Po uro­czy­sto­ści w ko­ście­le w domu pana mło­de­go za­ser­wo­wa­no wy­staw­ny obiad, na któ­ry za­pro­szo­no za­le­d­wie kil­ka osób. Nie było ni­ko­go z ro­dzi­ny, bo pan Bed­na­rek dzie­ci się nie do­cho­wał, a po­zo­sta­ła część fa­mi­lii nie za­ak­cep­to­wa­ła wy­bo­ru na­rze­czo­nej. Pan Ka­zi­mierz nie prze­jął się tym fak­tem za­nad­to, po­nie­waż we­dług nie­go ro­dzi­na nie za­apro­bo­wa­ła­by na­wet hra­bian­ki u jego boku. Licz­ni sio­strzeń­cy i bra­tan­ko­wie od ja­kie­goś cza­su na­ma­wia­li go na od­pis mu­ro­wa­ne­go domu i zie­mi w za­mian za opie­kę i je­den z nich był na­wet bli­ski celu, gdy na­gle spa­dła na nie­go in­for­ma­cja, że z za­pi­su nici, bo za­rów­no do­mem, jak i wu­jem ry­chło się zaj­mie nowa, mło­da i nad wy­raz sil­na żona. Gdy bra­ta­nek wpadł do pana Ka­zia i zro­bił mu kar­czem­ną awan­tu­rę za po­mysł z ożen­kiem, przy­szła pan­na mło­da, nie za­sta­na­wia­jąc się, jak zwy­kle, zbyt dłu­go, chwy­ci­ła krnąbr­ne­go krew­ne­go, za­ło­ży­ła na ra­mię ni­czym wo­rek ziar­na i wy­rzu­ci­ła w ro­sną­ce obok domu krza­ki, bra­ta­nek bo­wiem, po­dob­nie jak i jego wuj, był dość mi­zer­nych ga­ba­ry­tów. Ostrze­gła tak­że go­ścia, aby nie zja­wiał się wię­cej w ich domu z po­dob­ny­mi pre­ten­sja­mi, bo Ire­na nie tyl­ko wy­rzu­ci go w po­bli­skie krza­ki, ale prze­nie­sie na grzbie­cie przez całą wieś, aby każ­dy miesz­ka­niec mógł się po­śmiać z cher­la­we­go bra­tan­ka.

„Wa­riat­ka” po ślu­bie nie za­po­mnia­ła ani o Han­ce, ani o jej dzie­ciach i pra­wie co­dzien­nie przy­cho­dzi­ła do ich do­mo­stwa, by po­ma­gać swo­jej przy­ja­ciół­ce przy cięż­kich do­mo­wych pra­cach albo za­opie­ko­wać się dzieć­mi, by ta mo­gła od­po­cząć przy her­ba­cie i książ­kach.

Han­ka, gdy mia­ła czas na roz­my­śla­nia, czę­sto wspo­mi­na­ła do­bro­dusz­ne­go pro­fe­so­ra Li­twi­na, dzię­ki któ­re­mu zna­la­zła się w tym spo­koj­nym miej­scu, a jej Iren­ka spo­tka­ła tu­taj mi­łość. Było jej nie­wy­mow­nie smut­no, gdy jego krew­ni po­wia­do­mi­li ją o na­głej śmier­ci pro­fe­so­ra. Han­ka za­czę­ła za­sta­na­wiać się, co mo­gło spo­tkać za­cne­go pana Li­twi­na, bo­wiem jesz­cze do nie­daw­na cie­szył się do­brym zdro­wiem. Ro­dzi­na pro­fe­so­ra nie wspo­mnia­ła rów­nież, ja­ko­by padł ofia­rą oku­pa­cyj­ne­go ter­ro­ru. Nie po­wie­dzie­li nic wię­cej, tyl­ko tyle, że zmarł, a ona za­pew­ne chcia­ła­by o tym wie­dzieć. Po­dzię­ko­wa­ła uprzej­mie, ale gdy tyl­ko drzwi jej do­mo­stwa za­mknę­ły się, roz­pła­ka­ła się, bo­wiem Li­twin był jed­ną z naj­mil­szych osób, ja­kie ostat­nio po­zna­ła. Kom­plet­nie obcy czło­wiek oka­zał im tak wie­le ser­ca. Na­wet wię­cej niż nie­gdyś jej praw­dzi­wy oj­ciec. Pro­fe­sor był mą­drym, wy­kształ­co­nym czło­wie­kiem, praw­dzi­wym eru­dy­tą o wy­so­kiej kul­tu­rze oso­bi­stej. A jed­no­cze­śnie skrom­ny i zwra­ca­ją­cy się z ta­kim sa­mym sza­cun­kiem do śmie­cia­rza, jak i do ko­le­gi po fa­chu. Przy­jął pod swój dach cię­żar­ną śpie­wacz­kę z małą cór­ką i ocię­ża­łą umy­sło­wą ko­bie­tę, któ­rej ję­zyk i za­cho­wa­nie nie­kie­dy wpra­wia­ły go w za­kło­po­ta­nie. Ni­g­dy jed­nak nie ga­nił ani nie kry­ty­ko­wał, a do Nad­ii miał wręcz aniel­ską cier­pli­wość. I za to wła­śnie wszyst­kie trzy go po­ko­cha­ły.

3. Nowogród Wołyński, Zwiahel, Ukraina 1942

Od kil­ku dni, przed pla­no­wa­ną datą opusz­cze­nia Ki­jo­wa przez Łysz­ki­na, Ma­ri­na nie­mal bez prze­rwy chli­pa­ła, iry­tu­jąc tym Igo­ra nie­mi­ło­sier­nie. W cza­sie, gdy mu­siał być sku­pio­ny i do­kład­nie za­pla­no­wać bez­piecz­ną prze­pra­wę do Rów­ne­go, wy­słu­chi­wał la­men­tu i zrzę­dze­nia ko­bie­ty, któ­ra nie była ani jego na­rze­czo­ną, ani przy­ja­ciół­ką, a je­dy­nie współ­pra­cow­ni­cą. Nie czy­nił jej jed­nak wy­rzu­tów, bo Ma­ri­na po­mo­gła mu prze­trwać je­den z naj­trud­niej­szych okre­sów w jego ży­ciu.

Na­wet je­śli to, co ro­bił, było je­dy­nie sta­ran­nie od­gry­wa­ną rolą, on czuł, że coś się w nim zmie­ni­ło. Za­mor­do­wał czło­wie­ka, Jür­ge­na Schwart­za, i za­miast mieć wy­rzu­ty su­mie­nia czy cho­ciaż­by po­paść w przy­gnę­bie­nie, spły­nął na nie­go ro­dzaj za­do­wo­le­nia i ulgi. Zro­bił pierw­szy krok na dro­dze do uni­ce­stwia­nia wro­gów i było mu z tym do­brze. Czuł się jak pra­wi­czek przy­bi­ty nie­mo­cą roz­ła­do­wa­nia na­pię­cia, któ­ry na­gle pierw­szy raz do­świad­cza ob­co­wa­nia z ko­bie­tą. Był już go­tów na ko­lej­ne ofia­ry i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał na roz­kaz prze­nie­sie­nia do miejsc, gdzie bę­dzie mógł wy­ko­ny­wać wy­ro­ki na nie­miec­kich do­wód­cach. Miał świa­do­mość, że byli to je­dy­nie urzęd­ni­cy, nie­kie­dy na­wet nie oglą­da­li z bli­ska eg­ze­ku­cji, ale ich roz­ka­zy, wy­tycz­ne i prze­mo­wy na­ka­zy­wa­ły, aby tru­py wręcz za­le­wa­ły całe po­ła­cie zie­mi. Ci ofi­ce­ro­wie, do­brze wy­kształ­ce­ni, nie­kie­dy z dok­to­ra­ta­mi, oczy­ta­ni i in­te­li­gent­ni, do­sko­na­le wie­dzie­li, na ja­kich stru­nach za­grać, aby zro­bić z nie­miec­kich żoł­nie­rzy wszyst­kich for­ma­cji ist­ne ma­szyn­ki do mię­sa. Po­tra­fi­li tak­że oma­mić czer­wo­no­ar­mi­stów, by za­miast obo­zów wy­bie­ra­li ich sze­re­gi, ukra­iń­skich na­cjo­na­li­stów, żeby w imię od­zy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści swo­je­go kra­ju sta­wa­li się bez­względ­ny­mi mor­der­ca­mi, i wresz­cie zwy­kłych lu­dzi, któ­rym wma­wia­no, że wszyst­ko, co złe, spra­wi­li Ży­dzi, jak­by ci ostat­ni bol­sze­wizm wy­ssa­li z mle­kiem mat­ki. Igor czy­tał bro­szu­ry i pro­ce­du­ry przy­po­mi­na­ją­ce nie­kie­dy pra­ce dok­tor­skie, z pre­cy­zją opi­su­ją­ce na­wet spo­sób od­da­wa­nia strza­łów, głę­bo­kość wy­ko­py­wa­nych mo­gił i od­le­gło­ści, z ja­kich na­le­ży wy­ko­ny­wać ma­so­we eg­ze­ku­cje, aby wy­daj­ność była jak naj­lep­sza. Mo­ra­le po­pra­wia­no sto­sow­ny­mi sfor­mu­ło­wa­nia­mi, pro­pa­gan­do­wy­mi stwier­dze­nia­mi, aż za­ko­do­wa­no w ludz­kich gło­wach, że to wszyst­ko ma cel. Prze­ka­zy­wa­no je da­lej, wy­gła­sza­jąc w mia­stecz­kach i wsiach kwie­ci­ste prze­mo­wy, że oto na­ród ukra­iń­ski ma w koń­cu moż­li­wość od­we­tu za lata gło­du, re­pre­sji, spa­lo­nych i zruj­no­wa­nych do­mów, a tak­że skry­wa­nych w la­sach zbio­ro­wych mo­gił, gdzie le­ża­ły zwło­ki oj­ców, bra­ci czy przy­ja­ciół.

Im dłu­żej sie­dział w skó­rze Kri­ge­go, tym le­piej poj­mo­wał tę prze­bie­głą grę i mu­siał stwier­dzić, że Niem­cy dzia­ła­li nie­mal po mi­strzow­sku. Za­tem po­ko­nać moż­na ich było, sto­su­jąc po­dob­ne me­to­dy. Te­raz ro­zu­miał Su­do­pła­to­wa, dla­cze­go naj­pierw wy­słał go na spo­koj­ne wody, by Łysz­kin mógł le­piej ogar­nąć cały me­cha­nizm po­stę­po­wa­nia, za­po­znać się z me­to­da­mi dzia­ła­nia i na­uczył się być taki jak oni.

– Ma­rin­ko… – po­wie­dział cie­pło. – Je­steś żoł­nie­rzem, a mamy woj­nę. Nie mo­żesz pod­cho­dzić do mo­je­go wy­jaz­du w spo­sób tak emo­cjo­nal­ny. Ja też będę pew­nie tę­sk­nił za wy­god­nym łóż­kiem i two­imi bli­na­mi, ale prze­cież cze­ka­ją mnie ko­lej­ne obo­wiąz­ki.

– A za mną nie bę­dziesz tę­sk­nił? – za­łka­ła.

– Prze­cież nie by­łem dla cie­bie miły… – po­wie­dział ci­cho.

– Ale ja cię ko­cham – wy­du­ka­ła.

Igor wes­tchnął. Gdy­by nie to, że nie miał cza­su na roz­wa­ża­nia, za­pew­ne za­trzy­mał­by się na dłu­żej nad tą prze­dziw­ną re­la­cją, jaka po­łą­czy­ła go z Ma­ri­ną. By­wał dla niej na­praw­dę okrut­ny, a ona tym­cza­sem za­miast go znie­na­wi­dzić, co­raz bar­dziej przy­wią­zy­wa­ła się do nie­go, go­to­wa zro­bić nie­mal wszyst­ko, by ob­ła­ska­wił ją bez­dusz­nym ak­tem sek­su­al­nym czy moż­li­wo­ścią spa­nia z nim w jed­nym łóż­ku.

Wy­rzu­cał so­bie, że za­cho­wał się jak idio­ta. Zro­bił z Ma­ri­ny ka­ta­li­za­tor, ku­beł na nie­chcia­ne emo­cjo­nal­ne od­pad­ki, nie my­śląc na­wet, że na­gle ta mło­dziut­ka dziew­czy­na za­pa­ła do nie­go uczu­ciem wręcz bał­wo­chwal­czym. Sta­rał się na­wet nie my­śleć, jak da­le­ko mo­gło­by to zajść, gdy­by w koń­cu nie przy­szedł roz­kaz wy­jaz­du.

Pa­mię­tał ten pierw­szy raz, gdy po­trak­to­wał ją in­stru­men­tal­nie. Była to ta noc, gdy upił się przy pla­cu Ope­ry, użył so­bie z pro­sty­tut­ką i za­bił Schwart­za. Czuł wów­czas, jak­by na­gle wszedł do miej­sca, gdzie kró­lo­wa­ło zło, a na do­da­tek bar­dzo mu się tam spodo­ba­ło. Swo­je ro­man­tycz­ne uczu­cie do Han­ki scho­wał gdzieś na dnie du­szy, bo owo pięk­ne zja­wi­sko, ja­kim była mi­łość, zmięk­cza­ło go. Ro­bił się sen­ty­men­tal­ny i roz­pa­try­wał swo­je czy­ny w ka­te­go­riach do­bra i zła, co spra­wia­ło, że prze­sta­wał być bez­względ­ny i czuj­ny. A chcąc prze­żyć i po­ko­nać wro­ga, mu­siał być wła­śnie taki przez cały czas.

Tej nocy wszedł do miesz­ka­nia przy pla­cu Be­sa­rab­skim i ma­jąc jesz­cze krew Schwart­za na rę­kach, udał się wprost do sy­pial­ni Ma­ri­ny. Zdarł z niej pie­rzy­nę i przez chwi­lę wpa­try­wał się w jej pięk­ną twarz i smu­kłą syl­wet­kę. Tak bar­dzo chciał, aby ob­raz Jür­ge­na z opuch­nię­tą i za­krwa­wio­ną twa­rzą za­stą­pił mu inny, pięk­ny i de­li­kat­ny. Ro­ze­brał się i po­ło­żył się obok dziew­czy­ny, wtu­la­jąc twarz w jej dłu­gie ciem­ne wło­sy. Mruk­nę­ła przez sen i nie do koń­ca roz­bu­dzo­na za­czę­ła go pie­ścić, po­ru­sza­jąc się ryt­micz­nie i za­chę­ca­ją­co. Igor po­trze­bo­wał tego. Czu­ło­ści i de­li­kat­no­ści. Li­mit bru­tal­no­ści wy­czer­pał się tego dnia i pra­gnął bło­gie­go uko­je­nia. Cho­ciaż na krót­ką chwi­lę, by po­czuć się zno­wu jak praw­dzi­wy czło­wiek. Gdy­by obok le­ża­ła Han­ka, nie po­tra­fił­by uda­wać, a ona ni­g­dy nie za­ak­cep­to­wa­ła­by jego prak­tyk. A Ma­ri­na chcia­ła go ta­kim, ja­kim te­raz był. Ma­ni­pu­la­to­ra i mor­der­cę.

Ko­cha­li się przez całą noc. Tak, to było wła­ści­we okre­śle­nie, cho­ciaż Igor zda­wał so­bie spra­wę, że gdy na­sta­nie świt, ta mło­da, ślicz­na dziew­czy­na sta­nie się na po­wrót tym, kim była od za­wsze, to­wa­rzy­szem bro­ni – jak to nie­kie­dy sar­ka­stycz­nie jej po­wta­rzał.

Tak w isto­cie się sta­ło, a Łysz­kin na­wet na nią nie pa­trzył. Był za­wsty­dzo­ny swo­ją chwi­lą sła­bo­ści, bo dla nie­go ta noc była je­dy­nie uciecz­ką przed nie­chcia­ny­mi wspo­mnie­nia­mi.

Ma­ri­na jed­nak nie da­wa­ła za wy­gra­ną. Była czu­ła, słod­ka i uczyn­na. Ale im moc­niej się sta­ra­ła, aby i on coś do niej po­czuł, sta­wał się dla niej co­raz bar­dziej nie­przy­jem­ny. Nie­jed­no­krot­nie ga­nił ją za opie­sza­łość w prze­ka­zy­wa­niu mel­dun­ków czy wy­ko­ny­wa­niu za­dań.

– Weź się w koń­cu do ro­bo­ty, roz­ma­za­na pan­no! – ry­czał. – Mia­łaś to prze­pi­sać do dwu­na­stej, a jest już pra­wie wie­czór. Przez cie­bie będę ślę­czał całą noc przy ra­dio­sta­cji.

– Prze­pra­szam – jęk­nę­ła ci­cho i po­wró­ci­ła do swo­je­go żmud­ne­go za­ję­cia. – My­śla­łam, że dzi­siaj idziesz na plac Ope­ry.

– Idę i dla­te­go chcia­łem za­ła­twić spra­wę wcze­śniej – wark­nął i do­dał mści­wie: – Je­stem umó­wio­ny z jed­ną z tych dzi­wek od Lud­mi­ły.

– Bę­dziesz się z nią ko­chał? – za­py­ta­ła ci­cho.

Ro­ze­śmiał się.

– Jaka ty je­steś głu­piut­ka, Ma­ri­no. Ko­chać się z dziw­ką… Te sło­wa na­wet do sie­bie nie pa­su­ją. Męż­czyź­ni cho­dzą do bur­de­li, żeby so­bie po­uży­wać, a nie ko­chać się.

– A ze mną? Uży­wa­łeś so­bie czy ko­cha­łeś się? – za­py­ta­ła smut­no.

Po­czuł się jak ostat­ni drań. I po­sta­no­wił po­wie­dzieć praw­dę.

– Ma­rin­ko, z tobą nie było tak, jak z tymi dziew­czy­na­mi. I cho­dzę tam nie dla­te­go, że mam taką po­trze­bę, tyl­ko ro­bię z nimi, że tak po­wiem, in­te­re­sy. Ani ich nie lu­bię, ani mi się szcze­gól­nie nie po­do­ba­ją. A ty mi się po­do­basz i na­wet cię cza­sa­mi lu­bię, jak nie ga­dasz głu­pot. Ale mu­sisz wie­dzieć jed­no: moje ser­ce jest za­ję­te.

– Więc je­stem kimś wię­cej niż dziew­czy­ny od Ła­pie­je­wej i mniej niż ta two­ja na­rze­czo­na? Tak?

– Tak. Ale nie cier­pię, jak pró­bu­jesz ze mną roz­ma­wiać na te te­ma­ty. Je­śli nie od­po­wia­da ci ta rola, zro­zu­miem i nie będę wię­cej sy­piał z tobą, ale nie licz na to, że pew­ne­go dnia za­ko­cham się w to­bie, a po­tem bę­dzie­my żyli dłu­go i szczę­śli­wie – po­wie­dział sta­now­czo.

Po­ki­wa­ła gło­wą i uśmiech­nę­ła się smut­no.

– Po­cze­kam, po­cze­kam…

– Po­słu­chaj, nie cze­kaj, nie py­taj i naj­le­piej bę­dzie, je­śli zo­sta­wisz mnie w spo­ko­ju – burk­nął i wy­szedł z po­ko­ju.

Przez ko­lej­ne dni trzy­mał Ma­ri­nę na dy­stans, był oschły i od­zy­wał się do niej tyl­ko wów­czas, gdy było to ko­niecz­ne. Ru­gał ją za nie­do­kład­nie wy­ko­na­ne za­da­nia, a na­wet za źle od­pra­so­wa­ną ko­szu­lę. Jed­nak w koń­cu zno­wu nad­cho­dził mo­ment, gdy sy­tu­acja go przy­tła­cza­ła, czuł się fa­tal­nie i szu­kał uko­je­nia w ra­mio­nach Ma­ri­ny, po­now­nie roz­bu­dza­jąc jej na­dzie­je.

A te­raz, gdy opusz­czał ją, praw­do­po­dob­nie na za­wsze, z jed­nej stro­ny dła­wi­ło go po­czu­cie winy, z dru­giej była w tym ulga, że owa przy­kra gra w koń­cu do­bie­gła kre­su.

– Nie by­łeś miły, to praw­da. Bo mio­ta­łeś się mię­dzy mi­ło­ścią do tej swo­jej pan­ny a uczu­ciem do mnie. I gdy­byś zo­stał dłu­żej, na pew­no wy­gra­ła­bym i wy­brał­byś mnie – po­wie­dzia­ła z upo­rem.

Łysz­kin za­sta­na­wiał się przez chwi­lę. Nie wie­dział, co by­ło­by dla Ma­ri­ny lep­sze. Po­wie­dze­nie praw­dy, że była je­dy­nie od­skocz­nią, czy po­zo­sta­wie­nie jej złu­dze­nia, że ich zwią­zek mógł­by się udać. Miał po­czu­cie winy, więc po­sta­no­wił, że nie zo­sta­wi tej mi­łej dziew­czy­ny z ni­czym.

– Nie wiem… Być może. W koń­cu je­steś pięk­na i słod­ka, a ja nie je­stem z ka­mie­nia – wes­tchnął i ostat­ni raz przy­tu­lił Ma­ri­nę.

– Jak to wszyst­ko się skoń­czy, od­naj­dę cię – szep­nę­ła dziew­czy­na i po­pa­trzy­ła na Igo­ra smut­ny­mi ocza­mi.

Uwiel­bia­ła go. Był dla niej kwin­te­sen­cją mę­sko­ści, a jego nie­kie­dy opry­skli­we za­cho­wa­nie i chłód w kon­tak­tach je­dy­nie po­tę­go­wa­ły jej fa­scy­na­cję. Lu­bi­ła, gdy uda­wa­ło jej się w koń­cu ujarz­mić jego twar­dą na­tu­rę i do­sta­wać od nie­go to, co tak bar­dzo lu­bi­ła. Być może to było po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, a może po pro­stu pra­gnę­ła czuć się przez chwi­lę sła­bą ko­biet­ką, gdy na co dzień dane jej było mie­rzyć się z nie­bez­piecz­ny­mi za­da­nia­mi, być twar­dą i sil­ną, i wy­ko­rzy­stu­ją­cą swo­je ko­bie­ce atry­bu­ty je­dy­nie po to, by osią­gnąć ja­kiś z góry za­mie­rzo­ny cel.

– Bę­dziesz tę­sk­nił? – za­py­ta­ła po­now­nie, gdy już stał go­to­wy do wyj­ścia.

Nie od­po­wie­dział. Uśmiech­nął się je­dy­nie i po­gła­skał ją po po­licz­ku. Wie­dział bo­wiem, że bę­dzie. Zwłasz­cza w chwi­lach, gdy bę­dzie po­trze­bo­wał uciecz­ki od na­tu­ry czło­wie­ka, w któ­re­go skó­rę się wcie­lił. Zda­wał so­bie rów­nież spra­wę, że oso­ba, któ­rą był, gdy miał przy so­bie Han­kę, mu­sia­ła odejść. Tak było le­piej. Oba­wiał się, że je­śli po­zwo­li so­bie na by­cie sobą, nie prze­ży­je.

***

Po­dróż wy­da­wa­ła się nie mieć koń­ca. Na szczę­ście mróz ze­lżał i w po­wie­trzu czuć było nad­cho­dzą­cą wio­snę. Jed­nak dziu­ra­we dro­gi, ko­lej­ne mi­ja­ne po dro­dze kon­tro­le i wresz­cie nie­zbyt wy­god­ny kübel­wa­gen spra­wia­ły, że po nie­mal stu osiem­dzie­się­ciu ki­lo­me­trach Igor czuł każ­dy cen­ty­metr swo­je­go cia­ła. Mu­sie­li jed­nak mi­nąć Ży­to­mierz i zna­leźć się moż­li­wie naj­bli­żej Rów­ne­go. To w oko­li­cach tego mia­sta ist­nia­ła za­ka­mu­flo­wa­na jed­nost­ka NKWD, do któ­rej po­win­ni do­trzeć, za­nim wy­ru­szą na dal­sze ak­cje.

Zbli­ża­li się do Zwia­he­la, na­zy­wa­ne­go przez Ukra­iń­ców No­wo­gro­dem Wo­łyń­skim, gdy na­gle usły­sze­li huk, a kübel­wa­gen za­czął nie­mal tań­czyć po szo­sie. Ni­ko­łaj Nie­bo­row z tru­dem pa­no­wał nad kie­row­ni­cą, by w koń­cu prze­grać tę wal­kę. Po­jazd sto­czył się do rowu, wbi­ja­jąc się ma­ską w mięk­kie pod­ło­że top­nie­ją­ce­go śnie­gu.

–Job two­ju mać – za­klął Ni­ko­łaj, nie zwa­ża­jąc na fakt, że nie po­wi­nien na­wet w ta­kich sy­tu­acjach mó­wić po ro­syj­sku.

– Co te­raz? – ode­zwał się dru­gi z żoł­nie­rzy, Sa­sza.

Łysz­kin wy­gra­mo­lił się z prze­chy­lo­ne­go sa­mo­cho­du i oce­nił sy­tu­ację. Wy­mia­na koła nie sta­no­wi­ła­by pro­ble­mu, mie­li w koń­cu za­pa­so­we, ale pod­czas wy­pad­ku pę­kła ośka, a to już eli­mi­no­wa­ło po­jazd z dal­sze­go ru­chu. Ro­zej­rzał się. Wo­kół cią­gnę­ły się bez­kre­sne pola, któ­rych les­so­we gle­by za­mie­nia­ły się pod wpły­wem roz­to­pów nie­mal w ba­gni­ska. Gdzie­nie­gdzie moż­na było do­strzec pla­my za­gaj­ni­ków peł­nych bu­ków i dę­bów, któ­re o tej po­rze roku były je­dy­nie ciem­ny­mi, bru­nat­ny­mi po­ła­cia­mi ba­dy­li wy­sta­ją­cych z gru­bych pni. Nie­opo­dal tych miejsc ma­ja­czy­ły rzę­dy wiej­skich cha­łup, skąd wy­do­by­wał się dym kłę­bią­cy się nad da­cha­mi do­mostw. Wszę­dzie da­le­ko, nie­mal pust­ko­wie i żad­nej szan­sy na zna­le­zie­nie po­mo­cy. Po­win­ni po­cze­kać na ja­kiś nie­miec­ki trans­port, ale Sa­sza i Ni­ko­łaj je­dy­nie z wy­glą­du przy­po­mi­na­li nie­miec­kich żoł­nie­rzy i ry­chło od­kry­to by, że ci dwaj mun­du­ro­wi to prze­bie­rań­cy. Po­zo­sta­wie­nie wszyst­kie­go i wy­ru­sze­nie pie­cho­tą sta­wia­ło zaś cały plan pod zna­kiem za­py­ta­nia. Igor miał sta­wić się naj­pierw w No­wo­gro­dzie i ode­brać prze­sył­kę od Le­ite­ra. Mu­siał więc cze­kać, aż ktoś go tam prze­trans­por­tu­je. Za­sta­na­wiał się, czy z chło­pa­ków nie zro­bić czer­wo­no­ar­mi­stów zdraj­ców, któ­rzy prze­szli na stro­nę wro­ga, ale tacy żoł­nie­rze z re­gu­ły kie­ro­wa­ni byli do naj­bar­dziej psiej ro­bo­ty i nikt nie uwie­rzył­by, że sta­no­wią ob­sta­wę nie­miec­kie­go ofi­ce­ra.

W od­da­li doj­rzał ja­dą­cy sa­mo­chód.

– Spie­przaj­cie! – krzyk­nął. – Byle szyb­ko.

– A co z wami? – za­py­tał Sa­sza, od­da­la­jąc się od sa­mo­cho­du w kie­run­ku naj­bliż­sze­go za­gaj­ni­ka.

– Ja za­bio­rę się z nimi! – krzyk­nął i oparł się o ma­skę sa­mo­cho­du.

Wkrót­ce zo­ba­czył nie­miec­ką cię­ża­rów­kę wy­peł­nio­ną żoł­nie­rza­mi, zbli­ża­ją­cą się w jego kie­run­ku. Po­ma­chał rę­ka­mi, by się za­trzy­ma­li. Miał świa­do­mość, że wła­śnie wcho­dzi do ja­ski­ni lwa, gdzie szan­sa na uciecz­kę lub wspar­cie to­wa­rzy­szy była ze­ro­wa.

4. Warszawa, 1942

Nie­wiel­ki skwer o tej po­rze roku nie za­chę­cał do spa­ce­rów, ale prze­dzie­ra­ją­ce się przez cięż­kie chmu­ry słoń­ce zwia­sto­wa­ło ry­chłe na­dej­ście no­wej pory roku, na któ­rą war­sza­wia­cy cze­ka­li z utę­sk­nie­niem. Kie­ro­wa­ły nimi wzglę­dy czy­sto prak­tycz­ne, wio­sen­na pora od­da­la­ła pro­blem zdo­by­wa­nia opa­łu, a małe spła­chet­ki ra­bat kwia­to­wych, do­nic czy wresz­cie miej­skich traw­ni­ków da­wa­ły moż­li­wość po­sia­nia wa­rzyw i w nie­da­le­kiej przy­szło­ści uroz­ma­ice­nie nędz­nej die­ty.

Ad­rian­na Da­le­szyń­ska pcha­ła przed sobą wó­zek i za­sta­na­wia­ła się nad wła­snym ży­ciem. Krót­ko­trwa­łe za­in­te­re­so­wa­nie Emi­la ich sy­nem nie prze­ro­dzi­ło się w praw­dzi­wie oj­cow­skie uczu­cie, ale przy­naj­mniej nie uda­wał, że Ka­ro­lek nie ist­nie­je. W sto­sun­ku do niej zaś był dość uprzej­my, ale chłod­ny i zdy­stan­so­wa­ny. Ostat­nio jej part­ner miał wie­le pro­ble­mów na gło­wie, a te­raz mu­siał zre­zy­gno­wać z in­trat­ne­go szmu­glo­wa­nia je­dze­nia do sto­li­cy, jed­nak ko­bie­ca in­tu­icja Ad­rian­ny pod­po­wia­da­ła jej, że przy­czy­ną owe­go chło­du może być inna ko­bie­ta. Cały czas spię­ty i ner­wo­wy Emil roz­kwi­tał i roz­luź­niał się je­dy­nie w pew­nych chwi­lach. Wów­czas, gdy wkła­dał swój naj­lep­szy gar­ni­tur, spry­ski­wał się in­ten­syw­nie wodą ko­loń­ską i wy­gła­dzał wło­sy fran­cu­ską bry­lan­ty­ną. Z jego twa­rzy zni­ka­ło na­pię­cie, rysy ła­god­nia­ły, głos ro­bił się ni­ski i uwo­dzi­ciel­ski, a ona do­sta­wa­ła od nie­go ja­kiś dro­biazg. I by­ła­by szczę­śli­wa z tego po­wo­du, gdy­by nie fakt, że kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej opusz­czał dom i po­wra­cał doń przed świ­tem. Ro­bił to czę­sto, gdy jesz­cze zaj­mo­wał się szmu­glem, ale wów­czas za­kła­dał zdep­ta­ne trze­wi­ki i zno­szo­ną ku­faj­kę. Ad­rian­na jed­nak nie ośmie­li­ła się za­dać Emi­lo­wi py­ta­nia o inną ko­bie­tę. Oba­wia­ła się od­po­wie­dzi, jaka mo­gła paść. Co wów­czas zro­bi­ła­by, roz­dar­ta po­mię­dzy tlą­cym się uczu­ciem a dumą? Po­grą­ża­ła się więc w od­mę­tach wła­snej wy­obraź­ni, od­ga­nia­jąc na­tar­czy­we ob­ra­zy ko­bie­ty, któ­ra za­ję­ła jej miej­sce w ser­cu Emi­la.

Za­trzy­ma­ła się na chwi­lę przy sta­wie, pa­trząc bez­wied­nie na burą ta­flę wody, po któ­rej pły­wa­ły reszt­ki brud­nej kry. Tuż obok przy­sta­nął ele­ganc­ki męż­czy­zna w dłu­gim płasz­czu i uchy­lił ka­pe­lusz, by się z nią przy­wi­tać. Wi­dy­wa­ła go tu­taj bar­dzo czę­sto, tak czę­sto, że aż za­czął jej się kła­niać. Mia­ła ocho­tę, żeby pew­ne­go dnia roz­po­czął ja­kąś zdaw­ko­wą roz­mo­wę, bo sa­mot­ność, któ­rą czu­ła, za­czy­na­ła ro­bić się nie­zno­śna. Męż­czy­zna naj­wy­raź­niej tak­że do­szedł do wnio­sku, że spo­ty­ka Ad­rian­nę na tyle czę­sto, aby bez skrę­po­wa­nia móc do niej prze­mó­wić.

– Nie­dłu­go wio­sna – po­wie­dział z wes­tchnie­niem.

Ad­rian­na od­wró­ci­ła się w jego stro­nę i uśmiech­nę­ła się.

– Już nie mogę się do­cze­kać. Mój sy­nek co­raz czę­ściej ma ocho­tę po­ba­rasz­ko­wać na tra­wie, a te­raz wszę­dzie bło­to i ka­łu­że.

– Prze­pra­szam, że się ośmie­lam, ale wi­du­ję tu pa­nią samą i po­my­śla­łem, że pani męża być może spo­tka­ło coś złe­go. W koń­cu w dzi­siej­szych cza­sach… Na­zy­wam się Ka­mil Gro­tow­ski.

– Ad­rian­na Da­le­szyń­ska. – Wy­cią­gnę­ła drob­ną dłoń w kie­run­ku męż­czy­zny i do­da­ła od­waż­nie: – Nie mam męża. Nie zgi­nął z rąk Niem­ców, tak jak moi ro­dzi­ce, ale po pro­stu go nie mam.

W jej gło­sie za­brzmia­ła go­rycz. Mi­nę­ło już spo­ro cza­su, od­kąd po­wró­ci­ła do Emi­la, a on ani razu nie na­po­mknął o ślu­bie. Ona zaś była zbyt dum­na, żeby się o to upo­mnieć. Źle jed­nak czu­ła się, miesz­ka­jąc z Emi­lem na tak zwa­ną ko­cią łapę, i wszyst­kim wo­kół przed­sta­wia­ła się jego na­zwi­skiem, by nie bu­dzić zgor­sze­nia i nie­sma­ku. Te­raz jed­nak do­szła do wnio­sku, że nie bę­dzie kła­mać, bo mia­ła ocho­tę na flirt z tym przy­stoj­nym męż­czy­zną.

– Ja rów­nież nie mam żony. Ale ona zgi­nę­ła. W trzy­dzie­stym dzie­wią­tym. Ra­zem z moim sy­nem. Po­wo­li go­dzę się z tym i za­czy­na mnie co­kol­wiek cie­szyć. – Ka­mil Gro­tow­ski uśmiech­nął się smut­no. – Nie będę się pani ża­lił, ma pani za­pew­ne wła­sne smut­ki w ser­cu z po­wo­du ro­dzi­ców, ale je­śli nie wy­dam się pani zbyt nie­tak­tow­ny, mo­że­my pójść na ja­kąś kawę albo praw­dzi­we cia­sto.

Ad­rian­na zgo­dzi­ła się. Może na­wet na­zbyt chęt­nie, ale roz­pacz­li­wie łak­nę­ła mę­skie­go to­wa­rzy­stwa. Tak bar­dzo chcia­ła zno­wu po­czuć się ko­bie­tą. Pięk­ną, ad­o­ro­wa­ną i taką, dla któ­rej męż­czyź­ni tra­cą gło­wy. Wciąż była uro­dzi­wa, ale zgorzk­nia­ła w prze­dziw­nym związ­ku z Emi­lem i prze­sta­ła dbać o swój naj­więk­szy atut.

Tego dnia nie roz­ma­wia­li wie­le. Bar­dziej ob­ser­wo­wa­li sie­bie, a i Ka­ro­lek wy­klu­czał ja­ką­kol­wiek in­tym­ność. Jed­nak po tym spo­tka­niu Ad­rian­na po­czu­ła, że zno­wu za­czy­na żyć praw­dzi­wie i po­wo­li wy­do­sta­je się z oków, któ­re sama so­bie za­ło­ży­ła we wła­snej du­szy i ser­cu.

Stop­nio­wo spo­tka­nia Ad­rian­ny z Ka­mi­lem ro­bi­ły się co­raz częst­sze, aż pew­ne­go dnia zo­sta­wi­ła Ka­rol­ka pod opie­ką są­siad­ki i sama uda­ła się na schadz­kę. Wie­dzia­ła, że gdy będą tyl­ko we dwo­je, pad­ną py­ta­nia o jej skom­pli­ko­wa­ny zwią­zek. Po­sta­no­wi­ła nie ukry­wać ni­cze­go.

– Odejdź od nie­go, Ad­rian­no. Ten czło­wiek nie da szczę­ścia ani to­bie, ani wa­sze­mu dziec­ku. – Ka­mil de­li­kat­nie do­tknął dło­ni swo­jej to­wa­rzysz­ki.

– Nie mam ni­ko­go. Oprócz by­cia go­spo­dy­nią i mat­ką, ni­cze­go nie po­tra­fię. Jak wy­kar­mię Ka­rol­ka i sie­bie? Gdzie za­miesz­kam? – jęk­nę­ła.

– Ze mną. Mam miesz­ka­nie. Ka­mie­ni­ca jest tro­chę po­gru­cho­ta­na przez po­ci­ski, ale mój lo­kal oca­lał i jest w nim sporo miej­sca. Trzy po­ko­je, ład­nie urzą­dzo­ne. Pra­cu­ję w ban­ku. Gdy Pol­ska jesz­cze ist­nia­ła, by­łem na­czel­ni­kiem w Pocz­to­wej Ka­sie Oszczęd­no­ści, te­raz je­stem zwy­kłym li­czy­kru­pą w od­dzia­le Ban­ku Emi­syj­ne­go przy Bie­lań­skiej. Nie jest to pra­ca ma­rzeń, ale lep­sza niż mają inni. Dam radę utrzy­mać żonę i dziec­ko. Wyjdź za mnie, Ad­rian­no – czu­le po­wie­dział Ka­mil.

Wła­ści­wie sam nie mógł zro­zu­mieć, jak to się sta­ło, że tak ocho­czo za­pro­po­no­wał Ad­rian­nie ślub, cho­ciaż tak nie­wie­le o niej wie­dział. Chy­ba dla­te­go, że czuł się rów­nie sa­mot­ny, co jego to­wa­rzysz­ka.

Ona tak­że nie mo­gła po­jąć, co nią kie­ro­wa­ło, gdy po­ki­wa­ła twier­dzą­co gło­wą. Ad­rian­na po pro­stu chcia­ła uciec z domu, w któ­rym nie znaj­do­wa­ła ani mi­ło­ści, ani sza­cun­ku. Zda­wa­ło jej się, że każ­dy męż­czy­zna bę­dzie dla niej lep­szy niż Emil, a Gro­tow­ski spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka spo­koj­ne­go, zrów­no­wa­żo­ne­go i kul­tu­ral­ne­go.

Przez ja­kiś czas spo­ty­ka­li się jesz­cze po­ta­jem­nie, chcąc wszyst­ko za­pla­no­wać, aby Ad­rian­na mo­gła z dnia na dzień opu­ścić miesz­ka­nie na Woli, a im wię­cej cza­su mi­ja­ło, tym bar­dziej byli zde­cy­do­wa­ni na wspól­ną przy­szłość. Ka­mil jed­nak był czło­wie­kiem wy­cho­wa­nym w kul­cie sza­cun­ku dla ko­bie­ty, więc pew­ne­go dnia, pod po­zo­rem ro­man­tycz­nej wy­ciecz­ki za mia­sto, po pro­stu za­cią­gnął Ad­rian­nę do ko­ścio­ła Świę­te­go Alek­san­dra przy pla­cu Trzech Krzy­ży, znaj­du­ją­ce­go się nie­opo­dal jego domu, i w go­dzi­nę póź­niej Ad­rian­na zo­sta­ła pa­nią Gro­tow­ską.

Tego dnia wra­ca­ła do swo­je­go miesz­ka­nia, jak­by uro­sły jej skrzy­dła. Nie bała się gnie­wu Emi­la, cze­ka­ła je­dy­nie na to, by zo­ba­czyć jego twarz, gdy oznaj­mi mu, że oto obo­je z Ka­rol­kiem go opusz­cza­ją, a on po­zo­sta­nie na go­spo­dar­stwie je­dy­nie w to­wa­rzy­stwie ob­ce­go chło­pa­ka, Szym­ka Wie­lo­pol­skie­go. Czu­ła mści­wą sa­tys­fak­cję, że stra­cił nad nią wła­dzę, ale nie chcia­ła krzyw­dzić go bar­dziej, niż było to ko­niecz­ne. Wie­dzia­ła, że ni­ko­go już nie ob­da­rzy ta­kim uczu­ciem jak jego. Peł­nym pa­sji i od­da­nia. Za­brał jej tak wie­le, ale rów­nież dał coś, dzię­ki cze­mu po­czu­ła smak praw­dzi­wej mi­ło­ści, i za to była mu wdzięcz­na.

– Ad­rian­no, prze­stań opo­wia­dać głu­po­ty – burk­nął, gdy usły­szał re­we­la­cję, że oto jego part­ner­ka kil­ka go­dzin wcze­śniej po­ślu­bi­ła in­ne­go męż­czy­znę. – Ta­kie ob­rącz­ki na ba­za­rze moż­na ku­pić za bez­cen.

Mil­cza­ła. Nie było sen­su w tym mo­men­cie udo­wad­niać mu co­kol­wiek. Zje­dli w ci­szy obiad, Ad­rian­na po­zbie­ra­ła na­czy­nia, po­zmy­wa­ła je sta­ran­nie i rów­nie sta­ran­nie po­ukła­da­ła w ku­chen­nym kre­den­sie, po czym uda­ła się do ich nie­wiel­kiej sy­pial­ni i wy­cią­gnę­ła upchnię­tą za sza­fą swo­ją sta­rą wa­liz­kę. Do­tknę­ła jej de­li­kat­nie pal­ca­mi, jak­by owa wa­liz­ka była jej wier­ną to­wa­rzysz­ką i świad­kiem ży­cio­wych upad­ków i wzlo­tów. Łzy na­pły­wa­ły Ad­rian­nie do oczu z żalu, że coś, co mia­ło być ta­kie pięk­ne, skoń­czy­ło się zu­peł­nie ina­czej. I być może ze stro­ny Emi­la ni­g­dy nie było praw­dzi­we. Ze ści­śnię­tym gar­dłem ukła­da­ła swo­ją gar­de­ro­bę, spa­ko­wa­ła nie­licz­ne ro­dzin­ne pa­miąt­ki,po czym wy­cią­gnę­ła ko­lej­ną tor­bę i za­czę­ła upy­chać w niej rze­czy Ka­rol­ka.

Wzię­ła w dło­nie ba­ga­że i wy­szła do przed­po­ko­ju. Emil sie­dział przy sto­le, czy­tał ga­ze­tę i po­pi­jał her­ba­tę. Spoj­rzał bez­wied­nie na ba­ga­że i po­wró­cił do czy­ta­nia ga­ze­ty, by do­pie­ro chwi­lę po­tem ock­nąć się i ze­rwać się na rów­ne nogi.

– Co ty, u li­cha, wy­pra­wiasz? Ad­rian­no… – jęk­nął, za­sko­czo­ny i zdzi­wio­ny.

Tak, wła­śnie tę minę chcia­ła zo­ba­czyć Ad­rian­na.

– Od­cho­dzę. Do męża. To chy­ba nie by­ło­by wła­ści­we, gdy­bym na­dal tu­taj miesz­ka­ła, Emi­lu – po­wie­dzia­ła zu­peł­nie spo­koj­nie.

– Na mi­łość bo­ską, Ad­rian­no. Prze­cież ni­cze­go złe­go ci nie zro­bi­łem… – Emil ro­bił się co­raz bar­dziej bla­dy.

– Do­bre­go też nie… – mruk­nę­ła i po­de­szła do łó­żecz­ka, by wy­cią­gnąć z nie­go Ka­rol­ka i ubrać go na dro­gę.

W tym mo­men­cie do­tar­ło do Emi­la, że to nie jest żad­na me­lo­dra­ma­tycz­na sce­na ma­ją­ca na celu zwró­ce­nie jego uwa­gi na Ad­rian­nę. Ona na­praw­dę chcia­ła go zo­sta­wić. I wte­dy do­pie­ro zro­bił się wście­kły. Jego bla­dość mi­nę­ła, na czo­le po­ja­wi­ły się żyły, a twarz przy­bra­ła pur­pu­ro­wy ko­lor.

– Zo­staw Ka­rol­ka – syk­nął. – Nie bę­dzie miesz­kał u two­je­go ga­cha i pa­trzył, jak się z nim łaj­da­czysz.

– Prze­cież ni­g­dy go nie ko­cha­łeś! – krzyk­nę­ła, za­sko­czo­na re­ak­cją Emi­la.

– Po­wie­dzia­łem ci, dziw­ko, że­byś go zo­sta­wi­ła. – Emil ode­pchnął ją od łó­żecz­ka i do­dał ze zło­ścią: – I wy­noś się!

– Nie pój­dę bez Ka­rol­ka. – Ad­rian­na za­czę­ła łkać.

– Nie mu­sisz. Sam cię wy­rzu­cę, nie­wdzięcz­na suko!

Po­sta­no­wi­ła za­grać ostat­nią kar­tą.

– A skąd wiesz, że to twój syn? – syk­nę­ła.

Wy­mie­rzył jej po­li­czek, po czym zro­bił to samo, co nie­gdyś. Wy­rzu­cił ją z domu wraz z jej prze­past­ną wa­liz­ką.

***

Od­kąd Szy­mek Wie­lo­pol­ski stra­cił swo­ją je­dy­ną przy­ja­ciół­kę, No­emi, nie chciał już sprze­da­wać szmu­glo­wa­nych to­wa­rów w get­cie. Zresz­tą Emil Le­win pew­ne­go dnia pod­jął de­cy­zję, że cza­so­wo mu­szą za­wie­sić swo­ją dzia­łal­ność, bo nie­miec­kie wła­dze dep­czą im po pię­tach. Le­win zni­kał na całe dnie, a Szy­mek zo­stał bez­ro­bot­ny. Miał gdzie spać i co jeść, ale nad­miar wol­ne­go cza­su po­wo­do­wał, że chło­pak my­ślał o rze­czach, o któ­rych my­śleć nie chciał. Był przy­bi­ty i na­wet nie miał z kim o tym po­roz­ma­wiać, bo prze­waż­nie sie­dział w domu sam albo snuł się bez celu po war­szaw­skich uli­cach.

Gdy Ad­rian­na opu­ści­ła ich go­spo­dar­stwo i wy­je­cha­ła do ro­dzi­ny, jak twier­dził Le­win, je­dy­nym za­ję­ciem Szym­ka było do­glą­da­nie od cza­su do cza­su ma­łe­go Ka­rol­ka. Jed­nak nie po­zo­sta­wał z nim na dłu­żej, bo nie po­tra­fił ani prze­wi­nąć mal­ca, ani go na­kar­mić. Zresz­tą Emil tak­że tego nie umiał, wy­słu­gu­jąc się so­wi­cie opła­ca­ną są­siad­ką. Kie­dy jed­nak nad­cho­dził wie­czór i obaj mu­sie­li wy­ko­nać te wszyst­kie czyn­no­ści, któ­ry­mi zwy­kle zaj­mo­wa­ła się Ad­rian­na, Emil Le­win klął jak szewc, a nie­kie­dy na­wet czymś rzu­cił, żeby roz­ła­do­wać na­pię­cie. Z cza­sem przy­wy­kli do ta­kie­go try­bu ży­cia i Szy­mek już na­wet nie py­tał, kie­dy wró­ci Ad­rian­na. Miał prze­czu­cie, że z jego cio­cią sta­ło się coś złe­go, a Emil Le­win mil­czy w tej spra­wie tyl­ko dla­te­go, żeby nie przy­spa­rzać mu cier­pień.

Pew­ne­go dnia, gdy ko­lej­ny raz prze­mie­rzał bez celu sto­łecz­ne uli­ce, ja­kaś nie­zna­na siła ka­za­ła mu pójść do ruin ka­mie­ni­cy, gdzie było ta­jem­ne przej­ście do get­ta. Prze­ci­snął się przez za­wa­lo­ną gru­za­mi piw­ni­cę i nie­pew­nie wyj­rzał przez okien­ko wy­cho­dzą­ce na te­ren get­ta. Nie­wie­le się tam zmie­ni­ło od ostat­nie­go razu, dla­te­go prze­ci­snął się przez otwór i ko­lej­ny raz zna­lazł się w miej­scu, do któ­re­go nie­gdyś tak czę­sto przy­cho­dził. Nie­mal na­tych­miast po­wró­ci­ły wspo­mnie­nia. Po­pa­trzył na pla­cyk, gdzie za­strze­lo­no No­emi. Pla­my krwi na chod­ni­ku już wy­bla­kły i nie róż­ni­ły się od in­nych, po­wsta­łych zu­peł­nie nie­win­nie, ale on wie­dział, skąd po­cho­dzą i jak się tam zna­la­zły. Prze­szedł tuż obok nich i udał się na po­kru­szo­ny mu­rek, gdzie sia­da­li czę­sto z No­emi, by snuć ma­rze­nia o lep­szym ży­ciu. Sta­ra der­ka oczy­wi­ście znik­nę­ła i za­pew­ne słu­ży­ła te­raz ja­kie­muś bie­da­ko­wi, a być może ten ktoś sprze­dał ją za krom­kę chle­ba in­ne­mu, rów­nie bied­ne­mu Ży­do­wi.

Przy­cup­nął na mur­ku, roz­pa­mię­tu­jąc ko­le­żan­kę, by po­tem wo­dzić ocza­mi po tym kosz­mar­nym miej­scu, gdzie je­dy­nie śmier­ci i cier­pie­nia było pod do­stat­kiem. Pa­trzył na wy­mi­ze­ro­wa­ne sie­ro­ty, w po­dob­nym do nie­go wie­ku, brud­ne i wy­chu­dzo­ne, w po­ła­ta­nych ubra­niach, tu­lą­ce się do ścian bu­dyn­ków. Ich spoj­rze­nia były pu­ste i bez­na­mięt­ne. Jak­by nie zna­li albo nie pa­mię­ta­li in­ne­go świa­ta niż ten, na któ­ry pa­trzy­li.

Ze­sko­czył z mur­ku i prze­szedł na uli­cę Że­la­zną, gdzie było nie­mal czar­no od snu­ją­cych się lu­dzi, a co kil­ka me­trów le­ża­ły ludz­kie zwło­ki, na któ­re nikt nie zwra­cał uwa­gi. Ulo­ko­wał się na schod­kach jed­nej z ka­mie­nic, przez ni­ko­go nie­zau­wa­żo­ny, i tak prze­sie­dział do zmro­ku, wpa­tru­jąc się w świat, gdzie du­chy miesz­ka­ły wraz z ży­wy­mi, a gra­ni­ca mię­dzy świa­ta­mi zda­wa­ła się cien­ka jak pa­ję­cza nić. Każ­dy, kto go mi­jał, był o krok od tej gra­ni­cy, a nie­któ­rzy ją prze­kra­cza­li na jego oczach. Szy­mek nie miał po­ję­cia, dla­cze­go na­pa­wał się tym wi­do­kiem, jak­by za­zdro­ścił tym, któ­rzy są gdzieś w ma­gicz­nej kra­inie, skąd ni­g­dy się nie wra­ca. Tam była rów­nież No­emi, jego ślicz­na przy­ja­ciół­ka o oczach jak dwa wę­giel­ki i dłu­gich war­ko­czach. Za­sta­na­wiał się, czy na­dal je nosi, czy w koń­cu naja­dła się do syta i czy od­na­la­zła swo­ją uko­cha­ną mamę, któ­rej po­da­ro­wa­ła cze­ko­la­dę na uro­dzi­ny. Po­byt w tym okrut­nym, nie­ludz­kim świe­cie get­ta le­czył jego du­szę po stra­cie przy­ja­ciół­ki, bo czuł bli­skość No­emi. Jak gdy­by mia­ła na­gle po­ja­wić się w bra­mie czy wyjść zza za­ło­mu bu­dyn­ku. Ści­ska­jąc w dło­ni łań­cu­szek z ser­dusz­kiem, któ­ry mu nie­gdyś po­da­ro­wa­ła, cze­kał z ir­ra­cjo­nal­ną na­dzie­ją, że tak wła­śnie bę­dzie, a jego tę­sk­no­ta na po­wrót przy­wie­dzie do nie­go tę pięk­ną dziew­czyn­kę.

5. Apraksin, Leningrad, 1942

Kom­pa­nia pro­pa­gan­do­wa, do któ­rej przy­dzie­lo­no Wal­te­ra von Los­so­wa, mia­ła nie tyl­ko pod­no­sić mo­ra­le nie­miec­kich żoł­nie­rzy i zjed­ny­wać lud­ność cy­wil­ną, ale tak­że do­ku­men­to­wać po­czy­na­nia ar­mii na wscho­dzie. I wła­śnie taką rolę otrzy­mał Los­sow. Miał być kro­ni­ka­rzem woj­ny z So­wie­ta­mi. Od­kąd tra­fił w oko­li­ce ob­lę­żo­ne­go Le­nin­gra­du, zdą­żył zro­bić kil­ka ty­się­cy zdjęć. Szo­ku­ją­cych, tra­gicz­nych i po­ka­zu­ją­cych ogrom ludz­kie­go cier­pie­nia. Wal­ter, prze­glą­da­jąc je, nie my­ślał o stro­nach tego kon­flik­tu, Ro­sja­nach czy Ży­dach, ale po pro­stu o dru­gim czło­wie­ku.