Wydawca: Wydawnictwo Pauza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 339 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pierwszy bandzior - Miranda July

Gdy szefowie proszą Cheryl o udzielenie gościny ich córce Clee, poukładany świat kobiety zaczyna się chwiać w posadach. Z czasem okazuje się jednak, że właśnie Clee – młoda, samolubna, przekonana o swojej doskonałości, piękna i leniwa blondynka – wniesie do hermetycznego życia Cheryl to wszystko, czego potrzebowała i ciągle poszukiwała.
 
Miranda July opowiada historię znerwicowanej, przytłoczonej codziennością czterdziestotrzyletniej kobiety. Wiecznie zestresowana Cheryl mieszka sama, walczy z natręctwami, ale także z humorystycznymi przypadłościami. To bohaterka, w której każda z nas odnajdzie część samej siebie i będzie się zżymać, że można być tak strasznie dziwną, a jednocześnie ujmującą osobą.
 
Czy rzeczywiście "życie składa się głównie z rezygnowania z rzeczy, których się pragnie"? A co, jeśli zaczniemy robić wreszcie to, co chcemy nawet, jeśli ceną będzie nieznany finał? Pierwszy bandzior to dla mnie opowieść o ryzyku, bardziej przerażającym niż granie na giełdzie czy skok na bungee. O ryzyku życia mimo wszystko.
– Sylwia Chutnik
 
Na początku myślałam, że Pierwszy bandzior opowiada o upokarzającym przymusie wcielania się w uwierające stereotypy, ale Miranda July stawia o wiele trudniejsze pytanie: co się dzieje, kiedy przymusu nie ma, a udawanie wyzwala? Zaskakująca książka, o której zamierzam bezlitośnie dyskutować ze znajomymi przez co najmniej pół roku.
– Olga Wróbel, Kurzojady
 
Twórczość July przypomina, że nieodzownym narzędziem w opowiadaniu historii jest głos. W tym wypadku jest on inteligentny, zabawny, pokręcony, odsłonięty, ludzki i pocieszający: oszałamiająca ludzka świadomość, która przemawia szczerze, czule i bezpośrednio do czytelnika. Jeśli kiedykolwiek zwątpię w moc języka i inteligencji, wystarczy lektura kilku wersów z July, żebym odzyskał wiarę.
– George Saunders
 
Cheryl Glickman, główna bohaterka niezapomnianej powieści Mirandy July, to jedna z najoryginalniejszych, najbardziej dezorientujących i dziwnie sympatycznych postaci we współczesnej prozie. To ona jest narratorką tego intymnego eposu: historii, którą otwiera obraz kruchej, zdziwaczałej samotniczki, a która przechodzi w dogłębnie poruszającą opowieść o nietradycyjnej miłości i poświęceniu. Nie sposób oderwać się od tej książki. Potwierdza ona, że July jest pierwszorzędną powieściopisarką.
– Dave Eggers
 
W swoich opowiadaniach i w tej debiutanckiej powieści Miranda July stworzyła niemalże nowy gatunek literacki. Tak jak science fiction rozważa temat nowych technologii w ludzkim życiu, tak July wyobraża sobie nowe, nieopisane nigdy wcześniej emocje. Gniew jest erotyczny. Przyjemność przypomina strach. Seks rozsadza wszystko wokół nas, a jednak nie możemy przestać go uprawiać. Pierwszy raz od czasów Davida Fostera Wallace’a ktoś w tak zabawny sposób oddaje żałosne przygody nieporadnych istot ludzkich, którymi udajemy, że nie jesteśmy.
– Mark Costello
 
Bardzo zabawna […]. Powieść zburzyła moje oczekiwania i okazała się niepodobna do niczego, co kiedykolwiek czytałam […]. Prześmieszna […]. Podobnie jak wielu z nas, July śni na jawie bez opamiętania. Inaczej jednak niż większość potrafi te sny niesamowicie wykorzystać […]. Z wyjątkową wprawą szkicuje wymyślne kontury seksualności […]. Nie poszukuje doskonałości: uwielbia ostre krawędzie emocji, lubi, żeby wszystko i wszyscy byli trochę wymiętoleni. Mówi, że w życiu nic nie jest jedwabiste, że to z przeszkód i fakapów płynie radość […]. Pierwszy bandzior to inteligentny, pełen ironii towarzysz. Ciepła powieść, w której bije prawdziwe serce. Książka boleśnie żywa.
– Lauren Groff, fragment recenzji dla „The New York Times Book Review”

Opinie o ebooku Pierwszy bandzior - Miranda July

Fragment ebooka Pierwszy bandzior - Miranda July

Tytuł oryginału The First Bad Man

Przekład Łukasz Buchalski

Redakcja Kamila Buchalska

Korekta Marcin Grabski, Grzegorz Krzymianowski

Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski

Copyright © Miranda July, 2015. All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Łukasz Buchalski, 2018

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2018

Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Jean-Francois DEROUBAIX/

Gamma-Rapho/Getty Images

Skład i łamanie Dariusz Ziach

ISBN 978-83-949414-3-7

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2018

Wydanie pierwsze

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151,

03-948 Warszawa

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Rozdział pierwszy

Jechałam do lekarza tak, jakbym była gwiazdą filmu oglądanego przez Phillipa: opuszczone szyby, rozwiane włosy, tylko jedna dłoń na kierownicy. Kiedy stawałam na czerwonym świetle, cały czas tajemniczo patrzyłam przed siebie. „Kto to? – mogliby zastanawiać się ludzie. – Kim jest ta kobieta w średnim wieku za kierownicą niebieskiej hondy?”. Niespiesznie przeszłam podziemnym parkingiem do windy, następnie wcisnęłam „12” palcem wyluzowanym i głodnym rozrywki. Po takim palcu widać, że jest gotowy na wszystko. Gdy tylko zamknęły się drzwi, obejrzałam się w lustrze na suficie i przećwiczyłam minę, jaką mogłabym zrobić z okazji spotkania się z Phillipem w poczekalni. Wyglądałabym na zaskoczoną, ale bez przesady. A on nie siedziałby na suficie, więc nie musiałabym zadzierać głowy. Ćwiczyłam ten wyraz twarzy przez całą długość korytarza. „O! O, cześć!”. A oto i drzwi.

DR JENS BROYARD

CHROMOTERAPIA

Otworzyłam je zamaszystym ruchem.

Phillipa brak.

Minęła chwila, nim doszłam do siebie. Chciałam odwrócić się na pięcie i jechać do domu – ale wtedy nie mogłabym zadzwonić i podziękować mu za polecenie lekarza. Recepcjonistka wręczyła mi podkładkę z przypiętym formularzem dla nowych pacjentów, a ja usiadłam z nim w wyściełanym fotelu. Nie było rubryki OSOBA POLECAJĄCA, więc napisałam po prostu: „Przysłał mnie Phillip Bettelheim” na górze strony.

– Nie twierdzę, że to najlepszy specjalista na świecie – powiedział Phillip na zbiórce charytatywnej Open Palm. Miał na sobie pasujący do jego brody szary kaszmirowy sweter. – W Zurychu jest co najmniej tak samo dobry lekarz od kolorów. Ale Jens jest najlepszy w Los Angeles, a już na pewno w zachodniej części. Wyleczył mnie z grzybicy.

Tu podniósł i opuścił stopę, zanim zdążyłam ją powąchać.

– Większą część roku spędza w Amsterdamie, dlatego w kwestii tutejszych pacjentów jest wybredny. Powiedz, że przysłał cię Phil Bettelheim. – Zapisał numer na serwetce i zaczął się oddalać w rytmie samby.

– Przysłał mnie Phil Bettelheim.

– Dokładnie tak! – krzyknął przez ramię. Resztę nocy spędził na parkiecie.

Gapiłam się na recepcjonistkę – znała Phillipa. Możliwe, że właśnie wyszedł albo w tej chwili był u lekarza. Nie wzięłam tego pod uwagę. Odgarnęłam włosy za uszy i wpatrywałam się w drzwi gabinetu. Po minucie wyszła z niego smukła kobieta z małym chłopcem. Dziecko huśtało kryształem na sznurku. Sprawdziłam, czy nie ma między nami więzi większej niż między nim i jego matką. Nie było.

Doktor Broyard miał skandynawskie rysy i nosił maleńkie osądzające okulary. Gdy on czytał mój formularz, ja siadłam na mięsistej skórzanej sofie naprzeciwko papierowego ekranu w stylu japońskim. Nie wypatrzyłam żadnych różdżek ani szklanych kul, ale szykowałam się na coś w tym stylu. Skoro Phillip wierzył w działanie chromoterapii, mnie to wystarczało. Doktor Broyard zsunął okulary.

– A więc. Globus hystericus.

Zaczęłam wyjaśniać, co to, lecz mi przerwał:

– Jestem lekarzem.

– Przepraszam. – Ale czy prawdziwy lekarz mówiłby: „Jestem lekarzem”?

Spokojnie przyjrzał się moim policzkom, jednocześnie dźgając czerwonym długopisem kartkę. Była na niej twarz, zupełnie bez wyrazu, podpisana CHERYL GLICKMAN.

– A te kropki to...

– Pani trądzik.

Kobieta na papierze miała duże, okrągłe oczy, tymczasem moje zupełnie znikają, kiedy się uśmiecham. A mój nos jest bardziej kartoflany. W dodatku przestrzenie  m i ę d z y  poszczególnymi elementami mojej twarzy zachowują idealne proporcje. Jak dotąd nikt tego nie zauważył. I jeszcze moje uszy: kochane muszelki. Zaczesuję włosy do tyłu, a do pomieszczeń, w których są ludzie, próbuję wchodzić bokiem – ucho najpierw. Na gardle papierowego portretu lekarz narysował kółko, które dokładnie zakreskował.

– Jak długo cierpi pani na globus?

– Około trzydziestu lat, z przerwami. Trzydzieści, może czterdzieści lat.

– Leczyła się pani na to kiedykolwiek?

– Starałam się o skierowanie na zabieg.

– Zabieg.

– Wycięcia guli.

– Wie pani, że to nie jest prawdziwa gula.

– Tak mówią.

– Zwykle zaleca się psychoterapię.

– Wiem. – Nie wyjaśniłam, że jestem singielką. Terapia jest dla par. Podobnie jak Boże Narodzenie i kemping. I kemping na plaży. Doktor Broyard wysunął głośno szufladę pełną małych szklanych buteleczek i wybrał tę z napisem CZERWIEŃ. Zerknęłam na przejrzystą ciecz w środku. Bardzo kojarzyła mi się z wodą.

– To  e s e n c j a  czerwieni – powiedział szorstko. Wyczuwał mój sceptycyzm. – Czerwień jest energią, która tylko w surowej formie nabiera koloru. Weźmie pani trzydzieści mililitrów teraz, następnie co rano przed oddaniem moczu.

Połknęłam pipetę płynu.

– Dlaczego przed oddaniem moczu?

– Zanim pani wstanie i zacznie się ruszać. Ruch podnosi podstawową temperaturę ciała.

Zastanowiłam się nad tym. A co, gdyby ktoś się obudził i natychmiast zaczął uprawiać seks, przed pójściem do ubikacji? To też musiałoby podnieść temperaturę. Gdybym była zaraz po trzydziestce, a nie zaraz po czterdziestce, czy powiedziałby: „przed oddaniem moczu  l u b   s t o s u n k i e m”? Na tym właśnie polega problem z mężczyznami w moim wieku: jakimś cudem jestem od nich starsza. Phillip jest po sześćdziesiątce, więc pewnie myśli o mnie jako o młodszej kobiecie, prawie dziewczynie. Nie żeby teraz o mnie myślał – na razie jestem zwykłą pracownicą Open Palm. Ale to się może zmienić w okamgnieniu. Mogło się zmienić już dzisiaj, w poczekalni. Nadal by mogło, gdybym do niego zadzwoniła. Doktor Broyard wręczył mi formularz.

– Proszę to oddać Ruthie w recepcji. Zaplanowałem pani wizytę kontrolną, ale jeśli przedtem globus się pogorszy, proszę rozważyć wizytę u psychologa.

– Dostanę taki kryształek? – Wskazałam wiszący na oknie pęk świecidełek.

– Kroplę słońca? Następnym razem.

Recepcjonistka kserowała moją kartę ubezpieczeniową, jednocześnie tłumacząc, że ubezpieczenie zdrowotne nie obejmuje chromoterapii.

– Następny wolny termin wypada dziewiętnastego czerwca. Woli pani rano czy po południu? – Jej siwe włosy do pasa były odrażające. Moje też są siwe, ale zadbane.

– Nie wiem... Rano? – Był dopiero luty. W czerwcu Phillip i ja mogliśmy już być parą i chodzić do doktora Broyarda, trzymając się za ręce. – Nie ma czegoś wcześniej?

– Doktor przyjmuje w tym gabinecie tylko trzy razy do roku.

Rozejrzałam się po poczekalni.

– A kto będzie podlewał roślinkę? – Nachyliłam się i wetknęłam palec w ziemię wokół paproci. Była mokra.

– Inny lekarz, który tu pracuje. – Puknęła w podstawkę z akrylowego szła, na której leżały dwa zestawy wizytówek: pierwsze należały do doktora Broyarda, na pozostałych widniało: DR TIBBETS, LICENCJONOWANY KLINICZNY PRACOWNIK SOCJALNY. Spróbowałam wziąć po jednej bez pomocy zabrudzonego palca.

– Pasuje pani dziewiąta czterdzieści pięć? – zapytała recepcjonistka i wyciągnęła w moją stronę pudełko chusteczek higienicznych.

Pobiegłam przez parking, trzymając oburącz telefon. Gdy tylko zamknęłam drzwi samochodu i włączyłam klimatyzację, wystukałam pierwsze dziewięć cyfr numeru Phillipa. Zatrzymałam się na chwilę. Nigdy przedtem do niego nie dzwoniłam. Przez ostatnie sześć lat to zawsze on dzwonił do mnie, i to nigdy prywatnie, lecz zawsze jako członek zarządu Open Palm. Może to nie był dobry pomysł. Ale Suzanne uważałaby inaczej. To ona poderwała Carla. Suzanne i Carl byli moimi szefami.

– Jeśli coś do niego czujesz, to się tego nie wstydź – powiedziała kiedyś.

– To znaczy, na przykład co mam zrobić?

– Rozkręć go trochę.

Odczekałam cztery dni, żeby nie pytać o wszystko naraz, i poprosiłam o przykład tego rozkręcania. Długo mi się przyglądała, po czym wyciągnęła ze śmietnika kopertę i narysowała na niej gruszkę.

– Tak wygląda twoje ciało. Widzisz? Maleńkie u góry i niezbyt maleńkie na dole. – Następnie wyjaśniła mi iluzję, jaką tworzy noszenie ciemnych barw na dole i jasnych na górze. Gdy widzę tę kombinację kolorów u innych kobiet, sprawdzam, czy też są gruszkami, i zawsze się okazuje, że są. Dwie gruszki nie mogą się nawzajem zmylić.

Pod rysunkiem zapisała mi numer kogoś, kto według niej byłby dla mnie lepszy niż Phillip: rozwiedzionego alkoholika z dziećmi, który nazywał się Mark Kwon. Zabrał mnie na kolację do chińskiej kawiarni przy Beverly Boulevard. Kiedy nic z tego nie wyszło, Suzanne zapytała, czy właściwie podchodzę do sprawy:

– Może nie chodzi o Marka? Może wolisz kobiety?

Ludzie myślą tak czasem ze względu na moją fryzurę: noszę krótkie włosy. Oraz buty, w których rzeczywiście da się chodzić: rockporty lub czyste tenisówki, nie żadne tam ozdóbki na obcasie. Ale czy kobiecie homoseksualnej waliłoby serce na widok sześćdziesięciopięciolatka w szarym swetrze? Kilka lat temu Mark Kwon ponownie się ożenił – Suzanne uznała za istotne, by mi o tym donieść. Wcisnęłam ostatnią cyfrę w numerze Phillipa.

– Halo? – Wydawało się, że był zaspany.

– Cześć, tu Cheryl.

– Hm?

– Z Open Palm.

– Ach, cześć, cześć! Wspaniała zbiórka charytatywna, świetnie się bawiłem. Jak mogę ci pomóc, Cheryl?

– Chciałam ci tylko powiedzieć, że byłam u doktora Broyarda. – Długa pauza. – Od chromoterapii.

– U Jensa! Świetny, prawda?

Odpowiedziałam, że fenomenalny.

Taki miałam plan: użyć tego samego słowa, którym on opisał mój naszyjnik podczas zbiórki. Podniósł z mojej piersi ciężkie paciorki i stwierdził:

– Jest fenomenalny. Gdzie kupiłaś?

A ja na to:

– U sprzedawcy na targu.

Wtedy przyciągnął mnie do siebie za paciorki i powiedział:

– Podoba mi się, praktyczny.

Osoba z zewnątrz, na przykład Nakako od pisania grantów, mogłaby pomyśleć, że to poniżające. Ale ja wiedziałam, że to żartobliwe poniżanie: wyśmiewał się w ten sposób z mężczyzn, którzy robią takie rzeczy. Postępował tak od lat, na przykład raz na posiedzeniu zarządu stwierdził, że moja bluzka była niedopięta z tyłu, i rozpiął ją ze śmiechem. Też się zaśmiałam i natychmiast zasunęłam zamek. Chodziło o przekaz: „Wyobrażasz sobie, że ludzie naprawdę stosują takie tandetne zagrywki?”. Ale był w tym jeszcze jeden poziom, ponieważ udawanie prostaków działało w pewnym sensie wyzwalająco, tak samo jak naśladowanie dziecka czy wariata. To zachowanie zarezerwowane dla bliskich, którzy wiedzą, jak dobrzy i kompetentni jesteśmy naprawdę. Po tym, jak puścił mój naszyjnik, miał krótki napad kaszlu – stąd przeszliśmy do rozmowy o moim globusie i koloroterapii.

Słowo „fenomenalny” nie wywołało reakcji: Phillip stwierdził, że doktor Broyard jest drogi, lecz wart swojej ceny, a potem jego głos zaczął zmierzać w kierunku grzecznego pożegnania:

– Cóż, zobaczymy się pewnie jutro na posiedzeniu za... – Zanim powiedział „rządu”, wcięłam się:

– Wal śmiało, gdyby coś się działo!

– Co proszę?

– Możesz na mnie liczyć. Wal do mnie śmiało, gdyby coś się działo.

Cóż za cisza. Olbrzymie katedry z kopułami nigdy nie mieściły w sobie tyle pustki. Odchrząknął. Echo odbiło się od ścian katedry, spłoszyło gołębie.

– Cheryl?

– Tak?

– Chyba muszę kończyć.

Nie odpowiedziałam. Rozłączy się po moim trupie.

– Do widzenia – powiedział, a chwilę później odłożył słuchawkę.

Wsadziłam telefon do torebki. Gdyby czerwień już działała, czułabym teraz wspaniałe ukłucie, jakby milion maleńkich szpilek wbijało mi się w nos i oczy, wywołując gigantyczną słoną falę, a wstyd uchodziłby ze mnie wraz ze spływającymi do rynsztoku łzami. Płacz wspiął się do mojego gardła, aż spuchło, ale zamiast wytrysnąć ku górze, zwinął się na miejscu w wojowniczą kulę. Globus hystericus.

Coś nagle uderzyło w mój samochód. Podskoczyłam. To tylko drzwi od sąsiedniego auta: jakaś kobieta próbowała posadzić dziecko w foteliku. Złapałam się za gardło i pochyliłam, by się temu przyjrzeć, ale włosy kobiety zasłaniały twarz maleństwa, więc nie mogłam stwierdzić, czy to jedno z tych, które uważam za swoje. Nie w sensie biologicznym, po prostu jakoś mi... pokrewne. Nazywam je Kubelko Bondy. Wystarczy mi sekunda, żeby sprawdzić – przez większość czasu nawet nie wiem, że to robię, i nagle już po wszystkim.

[...]

Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku na Saskiej Kępie

w Warszawie. Zrodziło się z pasji – do czytania i dobrej

prozy zagranicznej. Pauza będzie specjalizować się w literaturze

z wyższej półki, która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.

Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki z całego świata,

ale też mocne debiuty literackie. Pierwszy bandzior

to druga książka Wydawnictwa Pauza.