Opis

Patchworkowe rodziny traktowane są przez niektórych ich członków jako dopust boży, przez innych – jako szansa. Niewątpliwie życie w takiej rodzinie jest nie lada wyzwaniem.

Jak podaje GUS, w 2013 roku rozwiodło się 36 procent małżeństw zawartych w ciągu ostatnich 5 lat. I ta tendencja z roku na rok rośnie. Statystyki nie obejmują ludzi z niesformalizowanych związków, którzy też się rozstają, też mają dzieci.

To ogromny społeczny problem. Te 36 procent (plus niesformalizowani) wchodzi w kolejne związki, na ogół z matrymonialnego rynku wtórnego i tworzy czasem wielopiętrowe patchworkowe systemy. Z praktyki terapeutycznej Wojciecha Eichelbergera wynika, że często ci ludzie czują się zagubieni, winni, nie wiedzą, jak układać relacje w nowych systemach. Książka ta ma im pomóc w rozwiązaniu tego problemu.

Wojciech Eichelberger – psycholog i psychoterapeuta, współtwórca pierwszych psychoterapii w Polsce. Prowadzi Instytut Psychoimmunologii (IPSI) w Warszawie. Autor i współautor wielu bestsellerowych książek, m.in. Życie w micie, Sny, które budzą (Wydawnictwo Zwierciadło), uświadamiających czytelnikom istotne źródła ich życiowych problemów i wskazujących drogę do ich przekraczania. Od lat związany z magazynem „Zwierciadło”.

Alina Gutek – dziennikarka od lat związana z magazynem „Zwierciadło”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 225

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: IWONA KMITA
Korekta: Melanż
Projekt okładki: KRZYSZTOF RYCHTER
Projekt typograficzny, skład i łamanie: Plupart Sp. z o.o.
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2017 Text © copyright by Wojciech Eichelberger, Alina Gutek 2017
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-8132-015-3
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa tel. (22) 312 37 12 Dział handlowy:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Wstęp

Rodzina patchworkowa – dopust boży czy szansa?

Alina Gutek: Jedno jest pewne – to duże wyzwanie.

Wojciech Eichelberger: Oj tak. Wyzwanie dla systemów rodzinnych, które tworzą ten patchwork i dla każdego uczestnika. Wiem coś na ten temat, bo sam już po raz drugi jestem częścią takiej rodziny. Mam dwóch dorosłych synów z poprzedniego małżeństwa, a moja obecna partnerka jest mamą dorastającej córki i syna. Mogę więc powiedzieć, że jestem doświadczonym patchworkowym ojcem i ojczymem. Ale mam też sporo w tej materii doświadczeń zawodowych, bo wielu ludzi przychodzących do mnie po psychologiczną pomoc to osoby z takich rodzin.

Alina: Mamy więc trochę inne doświadczenia, bo ja jestem w jednym związku od 36 lat. To może dobrze, że wnosimy do wspólnej książki dwie różne optyki.

Wojciech: No nie do końca różne. Ja też byłem w moim drugim związku ponad 30 lat.

Alina: Chcesz powiedzieć, że wszystko przede mną? Powiedzmy jasno: nie zamierzamy w tej książce propagować rodzin patchworkowych, bo takie zarzuty już słyszę.

Wojciech: Absolutnie nie. Za moim udziałem w tworzeniu tej książki nie stoi intencja zachwalania patchworkowej wersji rodziny. Uważam, że trzeba robić wszystko, żeby rodzina klasyczna przetrwała, pracować nad nią, pielęgnować ją, chronić i wzmacniać.

Alina: Fakty są jednak brutalne. Jak podaje GUS, w 2016 roku rozwiodło się 64 tysiące małżeństw na 193 tysiące zawartych. Statystyki nie obejmują ludzi z niesformalizowanych związków, a oni też się rozstają, też mają dzieci.

Wojciech: To ogromny społeczny problem. Te 64 tysiące (plus niesformalizowani) wchodzi w kolejne związki na ogół z partnerami z tzw. matrymonialnego rynku wtórnego i tworzy czasem wielopiętrowe patchworkowe systemy. Z moich zawodowych doświadczeń wiem, że ci ludzie czują się zagubieni, winni, nie wiedzą, jak żyć i jak układać relacje w patchworkowym systemie. Jeżeli mamy stawiać sobie na wstępie tej książki jakiś cel, to jest nim pomoc tym osobom, by mogły lepiej odnaleźć się w nowej trudnej sytuacji.

Alina: To pokuśmy się o sformułowanie tych trudności. Pierwsza, jaka sama się nasuwa: patchworkowi partnerzy budują na gruzach, wchodzą w nowe związki z niezagojonymi ranami...

Wojciech: ...dobrze jest je najpierw zaleczyć, zanim wejdziemy w kolejne bliskie relacje. To ważne dla sukcesu kolejnej rodziny.

Alina: Druga trudność: w powstałych systemach pojawia się wielu uczestników, a każdy z nich jest równie ważny.

Wojciech: Porównałbym spotkanie tych systemów do kolizji dwóch transatlantyków. Na każdym z nich jest system rodzinny, który już się zorganizował, ukonstytuował, który ma za sobą wiele doświadczeń, zwyczajów, rytuałów i płynie w jakimś kierunku. Transatlantyki się mijają i nagle, na przykład, zamężna matka stojąca na burcie jednego z nich widzi na drugim mężczyznę, o którym zawsze marzyła, ale pech chciał, że jest on żonatym ojcem. Nawiązują kontakt, zakochują się i decydują, żeby być razem. Ale już nigdy nie będą mogli popłynąć na swoim własnym statku, tam gdzie chcą, bo każde z nich ciągnie za sobą wszystkich pasażerów transatlantyku, na którym dotychczas podróżowali. Powstaje ogromne zamieszanie, ludzie nie wiedzą, na którym ze statków mają płynąć dalej, jaki obrać kurs, część chce winnych katastrofy wsadzić do szalupy ratunkowej i zostawić na oceanie, ale wtedy nie wiadomo, co zrobić z ich dziećmi, z byłymi partnerami, teściami i resztą krewnych. W końcu nie ma innego wyjścia, jak tylko związać oba statki linami, przerzucić między burtami trapy i uzgodnić jakiś kompromisowy kurs.

Alina: Część nie chce płynąć dalej na takich połączonych statkach. Mimo to trzeba jakoś razem funkcjonować. W tak zwanych rodzinach pierwszych (przed rozwodem) też są trudności, ale ich skala jest nieporównanie mniejsza.

Wojciech: Dodajmy dla porządku, że rodziny patchworkowe tworzą się tylko wtedy, kiedy przynajmniej w jednym pierwszym związku są dzieci. Bo gdy rozstają się dorosłe osoby bez dzieci, to jeśli zechcą, mogą rozejść się na zawsze. A jeśli jedna z nich zwiąże się z kimś, kto też nie ma dzieci, to spokojnie mogą odpłynąć w dal na swojej łodzi. Nie ma wtedy potrzeby żmudnego zszywania patchworku. Dzieci są elementem, który decyduje o powstaniu patchworkowej rodziny, bo mama i tata zawsze będą ich rodzicami, niezależnie od tego, jak się zachowają po rozstaniu i gdzie los ich poniesie. Dlatego rozstający się rodzice małych, jeszcze niesamodzielnych dzieci powinni podejmować wysiłek dalszego ich wychowywania i troski o nie mimo wszystkich trudności i komplikacji, jakie niesie ze sobą patchworkowy system. Na szczęście rodzice na ogół nie zaniedbują swoich pierworodnych dzieci, jakby zdawali sobie sprawę lub przeczuwali, że właśnie im najwięcej się należy.

Alina: Radzenie sobie z uczuciami i emocjami to kolejna trudność. Potrzeba czasu, żeby je okiełznać?

Wojciech: Tak, czas na ogół leczy rany. Ale jak ktoś się uprze, to nawet upływ czasu mu nie pomoże. Każdy z nas ma przestrzeń wyboru – albo otwieramy się na tę zmianę i czerpiemy z niej to, co możliwe, albo żyjemy w wiecznym resentymencie i czepiamy się przeszłości. Ci ostatni to ludzie, którzy nie chcą, żeby czas zabliźnił ich rany i wiecznie je sobie rozdrapują, powodując mnóstwo niepotrzebnego zamieszania i cierpienia w całej rodzinie.

Alina: Ludzie decydujący się na patchwork powinni sobie uświadomić, w co wchodzą, na co się decydują.

Wojciech: I w jakim momencie życia. Bo na podjęcie decyzji o dalszym życiu w patchworku istnieją lepsze i gorsze okresy oraz lepsze i gorsze sposoby rozpoczynania karkołomnej patchworkowej drogi. Bardzo złym sposobem przechodzenia z pierwszej, klasycznej rodziny do patchworkowej jest budowanie w trakcie trwania pierwszego związku drugiego równoległego, zakonspirowanego. Czyli przechodzenie z jednej relacji w następną „na zakładkę”. Z pewnością mniej kłopotów i komplikacji emocjonalnych mają ci kaskaderzy, którzy między jednym związkiem a drugim robią sobie przestrzeń na samotność i refleksję. Wtedy można mieć większą pewność, że ta trudna i odpowiedzialna decyzja została gruntownie przemyślana.

Alina: Trudności w patchworkach jest mnóstwo, ale równie dużo możemy sobie zafundować, zostając w toksycznym związku w imię ratowania rodziny. Lepiej odejść z chorego układu niż w nim tkwić?

Wojciech: To ważny problem moralny i etyczny. Niełatwo w takiej sytuacji rozstrzygnąć, które rozwiązanie jest mniejszym złem albo większą cnotą: podtrzymywanie toksycznego związku czy odejście? Tym bardziej że nasza tradycja i przekaz religijny za wartość uznają niesienie krzyża do końca w każdej sytuacji.

Alina: O czym przypomina przysięga małżeńska: że cię nie opuszczę aż do śmierci.

Wojciech: Ale jak się przyjrzymy bliżej ludziom, którzy trwają w takich związkach, to widać, że wielu pozostaje w nich nie dlatego, że przejęli się religijnym postulatem, lecz z bezsilności, uzależnienia, uwikłania lub z lęku przed konfrontacją z nieznanym. Konserwowanie swoich lęków i ograniczeń trudno nazwać cnotą. W tej sytuacji jest nią raczej odwaga. Tylko ludzie, którzy wybierają walkę o stary związek świadomie i z poczuciem, że stać ich na odejście, mają szansę przejść przez kryzys i przekształcić go w jakąś lepszą wersję.

Alina: Tymczasem przed patchworkami otwierają się też szanse. Bo ci ludzie na ogół robią wszystko, żeby nie powielać błędów, które popełnili w poprzednich małżeństwach.

Wojciech: Czasami są mądrzy po szkodzie i bardziej się starają. Ale urządzanie sobie życia od nowa to skrajnie trudne wyzwanie i szybka ścieżka dojrzewania. Bo trzeba obudzić w sobie mediatora, ogromną cierpliwość, takt, superinteligencję emocjonalną, empatię, umiejętność komunikowania się – by wymienić tylko te najważniejsze cechy. Budowanie związków w rodzinach patchworkowych można porównać do zaocznych studiów psychologicznych na poziomie uniwersyteckim.

Alina: Pytamy w tytule rozdziału, czy patchwork to dopust boży, czy szansa. Według mnie szansą może być na przykład to, że bezdzietny partner wzbogaca się o dzieci drugiego, które czasami są jego jedynymi dziećmi.

Wojciech: To prawda, ale wiele zależy od tego, czy drugi rodzic tych dzieci żyje, czy jest w związku, czy nie, czy ma nowe dzieci itd. Rodzinny patchwork to niezwykle skomplikowane uniwersum o niezliczonej liczbie uwarunkowań i wariantów. Ale jeśli zdobędziemy się na wszystko, na co nas stać, to mamy ogromną szansę na szybkie dojrzewanie. Ta szansa otwiera się zresztą przed wszystkimi członkami patchworku.

Alina: Przyszywani rodzice są na ogół bardziej obiektywni, wyluzowani. Nie napinają się tak jak biologiczni.

Wojciech: To prawda. Bo być patchworkowym rodzicem to trochę tak, jak być na miejscu dziadka, który kocha te dzieci, ale nie bierze pełnej odpowiedzialności za ich wychowanie, nie potrzebuje, by realizowały jego ambicje czy zaspokajały potrzeby. Dzięki temu relacja z ojczymem bywa dla przyszywanych dzieci, dla ich dalszego rozwoju, bardzo pożyteczna.

Alina: W takim tyglu, jak rodziny patchworkowe, zawsze coś się dzieje – ktoś ma problem, ktoś sukces. Intensywne życie mamy jak w banku.

Wojciech: Oj tak, otwiera się ogromna scena, czasem dramatyczna, czasem komediowa. Jeśli uda nam się ułożyć relacje między wszystkimi podmiotami: byłymi partnerami, rodzinami, dziećmi, to wszyscy możemy wzajemnie wnosić do wspólnego życia wiele wspaniałych przeżyć, emocji, możemy z tego czerpać pełnymi garściami.

Alina: Takie rodziny nazywa się zrekonstruowanymi, posklejanymi, nowymi, po przejściach, wielopiętrowymi. Mnie najbardziej podoba się ta nazwa: rodzina patchworkowa.

Wojciech: Mnie też. Metafora patchworku trafnie oddaje zasadnicze cechy tego systemu. No bo patchwork to najczęściej narzuta albo poszewka uszyta z bardzo wielu fragmentów pochodzących z różnych części niepotrzebnej już odzieży, zasłon, kołder itp. Każdy z tych fragmentów ma swoją silną indywidualność, autonomię i historię, ale w procesie powstawania patchworku stają się częścią pięknej, harmonijnej całości.

Alina: Bardzo często nie szyje się go w pojedynkę, to koronkowa robota wymagająca współpracy i fantazji. Był taki film „Jak uszyć amerykańską kołdrę” z Winoną Ryder. Panna młoda przygotowuje się do ślubu, a kobiety z jej rodziny siadają przy wielkim stole, by szyć dla niej kołdrę z kawałków materiału. Wspominają przy tym, dowcipkują, dzielą się swoim doświadczeniem, a wszystko to robią z humorem, skupieniem i oddaniem.

Wojciech: Podobnie szyje się rodzinny patchwork, on też wymaga czasu, uwagi, staranności, a gdy już wszystko się zszyje, to wychodzi piękna całość. Potem oczywiście wymaga konserwowania, bo taka rodzina to niejednolita „tkanina”, można ją łatwo uszkodzić, łatwo może się popruć, więc potrzebuje troski. Nasza książka jest o tym, jakie trudności towarzyszą temu procesowi, na co uważać, czego się wystrzegać, jak ustawiać priorytety.

Alina: Czyli o tym, jak szyć i pielęgnować patchwork. Nie podamy jednak gotowego, dobrego dla wszystkich przepisu, bo taki po prostu nie istnieje.

Rozdział 1

Ja i ty razem – każde ze swoją przeszłością, ale dla wspólnej przyszłości

Alina: Decydując się na związek z partnerem po przejściach, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że bierzemy go z całym dobrodziejstwem inwentarza, także z jego przeszłością, często skomplikowaną, trudną. Jednak wielu z nas myśli, że wystarczy odciąć się raz na zawsze od przeszłości i będzie dobrze. Uważasz, że to możliwe? Czy to dobry pomysł?

Wojciech: Niewykonalny. Bo nawet kiedy pierwszy raz wchodzimy w poważny związek, to każdy z nas ma za sobą przeszłość: dzieciństwo, rodziców, braci i siostry albo swoje jedynactwo, dziadków, pradziadków. Nie ma więc takiej sytuacji, że możemy wchodzić w nową relację z czystą kartą. Z tego punktu widzenia powtórny związek niczym nie różni się od pierwszego. I w tym, i w tym mamy za sobą jakąś przeszłość.

Alina: To tylko teoria, że te dwa typy związków się nie różnią.

Wojciech: Oczywiście, w praktyce sytuacja się komplikuje, bo pojawia się jeszcze jeden system rodzinny, który zostaje włączony w tę układankę, a nawet mogą pojawić się dwa nowe systemy, jeśli każdy z partnerów wchodzi w kolejny związek po rozwiązaniu wcześniejszego. Tak więc niejako w wianie wnosi do związku całą swą przeszłość oraz przeszłość swojej rodziny. Wnosi też system rodzinny swojego byłego partnera czy partnerki. Tworzy się zatem wielowymiarowa, wielowarstwowa struktura, która ma to do siebie, że może budzić różne uczucia wszystkich elementów systemu.

Jeśli z poprzedniego związku emanuje tylko negatywna energia, to czasami trzeba się odciąć i rozpocząć nowe życie, choć to proces bolesny także dla tego, kto się odcina, a szczególnie bolesny dla dziecka, które się zostawia.

Alina: Związki z byłymi bywają toksyczne, wykańczające obie strony. Czy nie lepiej wtedy definitywnie skończyć taką relację? Znam mężczyznę, który nie chce kontaktu z eksżoną, a nawet z ich wspólnym dzieckiem, bo twierdzi, że tylko w ten sposób może ocalić siebie i nową rodzinę.

Wojciech: Jeśli z poprzedniej relacji emanuje tylko negatywna, destrukcyjna energia, to czasami nie ma wyjścia, trzeba się odciąć i rozpocząć nowe życie, choć to proces bolesny także dla tego, kto się odcina, a szczególnie bolesny dla dziecka, które z destrukcyjnym rodzicem zostaje. Odradzałbym takie wyjście, zanim nie będziemy mieli poczucia, że zrobiliśmy wszystko, żeby jakoś utrzymać dobre kontakty, przynajmniej z dzieckiem. Ale rzeczywiście czasami to niemożliwe, pozostawiony rodzic, najczęściej to matka, jest tak zraniony, tak rozczarowany, zagniewany, że zaczyna grać dziećmi, odcinając je od tego, kto odchodzi.

Alina: Czy jest jakaś różnica między zachowaniem zranionych kobiet i mężczyzn?

Wojciech: Z moich obserwacji wynika, że mężczyźni rzadziej używają dziecka w wojnie z byłą partnerką. Znam więcej przykładów matek, które zachowywały się strasznie. Nawet gdy już były w nowym związku, to ojca wspólnych dzieci eliminowały radykalnie i okrutnie. Trudno powiedzieć, jak to wygląda w skali makro. Tak czy owak, wydaje się, że czasami konieczne jest, przynajmniej na jakiś czas, zawieszenie kontaktów, żeby ostygły emocje, kurz opadł. Trzeba zawsze pamiętać przede wszystkim o dziecku i robić co w naszej mocy, żeby do niego dotrzeć, choć wiem, że to czasem bywa niemożliwe. Patchworkowa rodzina to wielkie wyzwanie. Żeby mu podołać, żeby odnaleźć się w nowej sytuacji z najmniejszą możliwą szkodą, zwłaszcza dla dzieci, trzeba zdobyć się na wysiłek i uruchomić wszystkie swoje dobre strony i zasoby, zdolność do empatii, do zachowania spokoju, dystansu, trzeba odwołać się do przyzwoitości, dojrzałości. W przeciwnym razie życie wszystkich zaangażowanych może zamienić się w piekło.

Alina: Rozstanie inaczej wygląda z perspektywy osoby porzucanej, inaczej porzucającej. Dla pierwszej to trauma, dla drugiej – ulga, czasem nawet radość.

Wojciech: Rozstanie zawsze jest bardzo trudne dla obu stron. Prawdę mówiąc, nie spotkałem nikogo, kto by się tylko cieszył. Chyba że zakończył skrajnie patologiczny związek, że wytworzyły się tak mocne negatywne emocje między partnerami, że uwolnienie się od siebie nawzajem przynosi ulgę. Przynajmniej jednej stronie, choć dobrze byłoby, żeby obu. Więc nie ma łatwo, wszyscy są w żałobie, nawet ten, który porzuca, z reguły też jest w żałobie, ma mnóstwo wątpliwości, zmaga się z nimi, z wyrzutami sumienia, nie wie, jak się wszystko ułoży, a szczególnie relacje z dziećmi z rozwiązywanego związku.

Bywają oczywiście ludzie zupełnie nieodpowiedzialni, którzy nie zaangażowali się emocjonalnie w poprzednią rodzinę, w relacje z dziećmi. I to z różnych powodów, na przykład nie potrafią wchodzić w bliskie związki albo ten poprzedni był zawarty pod przymusem. Przyczyn rozstania jest wiele. A te konkretne mogą decydować o specyfice ludzkich reakcji.

Alina: Zgodzisz się z tym, że od osoby, która odchodzi, wymaga się więcej? Więcej zrozumienia, taktu, nawet wielkoduszności.

Wojciech: Czy ja wiem? Nigdy nie jest tak, że winna rozstania jest tylko jedna strona. Nawet zaniechanie starań o związek i nieświadomość problemów są także winą w szerokim sensie. Ale ten, kto odchodzi, ma z reguły łatwiej, ponieważ nie zostaje w próżni, ktoś na niego czeka. Nie znaczy to jednak, że nie obowiązuje go przyzwoite, mądre i dojrzałe zachowanie, bo były partner czuje się często porzucony i skrzywdzony. Wtedy emocje są tak silne, że bardzo trudno je opanować i nie przekładać na relacje między dzieckiem i odchodzącym partnerem. Często osoby, które czują się porzucone, przyjmują rolę ofiary. Zdarza się, że ten syndrom miały zakodowany w sobie jeszcze w dzieciństwie, ponieważ zostały wtedy porzucone. Wskutek rozstania z partnerem w dorosłym życiu te rany znowu się otwierają, bolą tak bardzo, że zaburzają ich zachowanie. Rodzi się niewyrażony w dzieciństwie gniew, destrukcja, agresja. Zatem na twoje pytanie odpowiedziałbym tak: przyzwoitego zachowania należy wymagać od obu stron. Ale zdecydowanie trudniej ma osoba porzucona, zdradzona.

Alina: Od tego, jak kończymy związek, może zależeć to, w jaki sposób wejdziemy w nowy.

Wojciech: Rozstania to rozległy temat i wielka rozmaitość okoliczności, przyczyn, emocji. Bo jakie są możliwe scenariusze? Pierwszy: dwoje ludzi dochodzi do wniosku, że nie może ze sobą wytrzymać, rozstają się, ale nie odchodzą do innych partnerów. Taka symetryczna sytuacja jest stosunkowo łatwa do zniesienia dla obojga, bo żadne nie czuje się zdradzone ani gorsze. Drugi scenariusz, kiedy oboje mają kogoś, żyją równolegle w nowych związkach, aż w końcu rozstają się, bo uznają je za potencjalnie lepsze, też jest prosty. Natomiast najczęstsza sytuacja, gdzie jedna strona ma nowego partnera, a druga nie, jest o wiele trudniejsza dla obojga, a szczególnie dla tej osoby, która zostaje sama.

Nigdy nie jest tak, że kiedy ludzie się rozstają, to wina leży tylko po jednej stronie.

Alina: Na ogół to jest ona.

Wojciech: Rzeczywiście statystyki ciągle pokazują, że przeważnie to mężczyzna odchodzi, częściej zdradza. Ale od wielu lat kobiety emancypują się również w tym obszarze życia, coraz więcej rozwodów jest przez nie inicjowanych i coraz więcej kobiet przyznaje się do zdrad małżeńskich. Odnośnie do zdrad – byłem wielokrotnie świadkiem tego, jak boleśnie mężczyźni przeżywają bycie zdradzonymi. Z reguły bardziej dramatycznie i boleśnie niż kobiety. Coraz częściej szukają z tego powodu pomocy, a pewnie większość wstydzi się po nią sięgnąć. Niestety, ciągle obowiązuje okropny stereotyp, że dla mężczyzny bycie zdradzonym to rzadki dyshonor, a dla kobiety to normalka.

Alina: Po rozstaniu dobrze jest jakiś czas pobyć samemu?

Wojciech: To niestety nie zawsze jest możliwe, ale generalnie zalecane jest, żeby po zakończeniu związku nie angażować się w nowy, dać sobie czas na autorefleksję, zrozumienie tego, co się stało, na ostateczne rozstrzygnięcie w sobie, czy rzeczywiście podjąłem już decyzję, czy może będę próbować naprawiać rozpadający się związek. Pracując z ludźmi, którzy są na krawędzi rozstania, bez względu na to, czy mają nowych partnerów, czy nie, proponuję im tak zwaną kontrolowaną separację. To znaczy: przestają ze sobą mieszkać na czas, na jaki się umawiają, minimum trzy tygodnie, ale nie więcej niż sześć. Wtedy nie wchodzą w żadne związki, nawet te czysto seksualne, czyli żyją w celibacie. Nie spotykają się pod wspólnym dachem, ani przy stole, ani oczywiście w łóżku, ani też w domach, w których aktualnie mieszkają. Jedno z nich musi się wyprowadzić, oboje ustalają, kto i kiedy zajmuje się dziećmi. Bywa, że mieszkają z nimi na zmianę. Wszystkie spotkania, jeśli są konieczne ze względu na dzieci lub wspólne interesy, odbywają się na neutralnym gruncie. Oboje powinni mieć swoich konsultantów – psychoterapeutów, z którymi mogą wymieniać myśli, rozmawiać o tym, jak przeżywają tę sytuację. Czasami przyznają się do uczucia ulgi ci porzuceni, którzy wcześniej nie wyobrażali sobie życia bez partnera. Po umówionym czasie spotykają się w obecności terapeuty, który zarządza tym procesem, i podejmują decyzję, czy się rozstają, wracają do siebie, czy przedłużają okres kontrolowanej separacji.

Alina: Ludzie podejmują często decyzję pod wpływem wielkich emocji, namiętności. Jak nad nimi zapanować, żeby móc się zastanowić, czy naprawdę chcemy być ze sobą, czy to tylko chwilowe zauroczenie, któremu składamy w ofierze poprzedni związek?

Wojciech: To ogromnie ważna sprawa. Niestety, rozstrzygana jest na ogół spontanicznie i bezrefleksyjnie. No bo jeśli ktoś jest w długotrwałym związku, w którym są małe dzieci i mimo to decyduje się na relację z drugą osobą, to z reguły kryje się za tym ogromna energia fascynacji seksualnej i zauroczenia. A taka energia jest w stanie rozerwać poprzedni związek na strzępy w ciągu kilku tygodni. Rzadko można jej w pełni zaufać, miłość z wyższej półki zdarza się wprawdzie w takich okolicznościach, ale nieczęsto.

Alina: W decyzji o odejściu może kryć się energia destrukcyjna: odchodzę dokądkolwiek, byleby się wyrwać.

Wojciech: Też tak może być, wtedy nowy związek jest tylko kołem ratunkowym, co nie wróży mu świetlanej przyszłości.

Alina: Powinno pojawić się wtedy ważne pytanie: czy to miłość, czy koło ratunkowe?

Wojciech: Zdecydowanie tak, choć bardzo trudno na nie odpowiedzieć, bo czasem dopiero po latach okazuje się, że to było koło ratunkowe. Oczywiście, jeśli ktoś jest w kontakcie z terapeutą, to ten skonfrontuje go z pytaniami: skąd wiesz, czy to poważny związek, czy tylko pretekst, żeby uciec z aktualnego? Ale nawet gdyby to było koło ratunkowe, to trudno odmawiać komuś, żeby z niego skorzystał, gdy w dodatku wydaje mu się, że tonie.

Alina: Może wtedy potraktować znajomość jako przygodę, a nie pakować się w kolejny związek, który z góry skazany jest na niepowodzenie.

Wojciech: Jeśli jednak chciał uciec z niszczącego związku, ale bał się skoczyć na głęboką wodę,bo nie widział żadnego koła ratunkowego, a ono nagle się pojawia, to trudno z niego nie skorzystać. Różnie potem bywa – czasem koło ratunkowe do końca życia nim będzie albo z czasem przestanie być potrzebne. Może też stać się początkiem ważnego, dojrzałego związku. Więc trudno wymagać od każdego, kto decyduje się na wyjście z toksycznego dla wszystkich układu, żeby latami się nad tym zastanawiał. Nie wolno wtedy mylić namysłu z brakiem odwagi.

Alina: Odwieczny porządek tak zwanej normalnej pary jest taki, że najpierw dwoje ludzi się zakochuje, są narzeczeństwem, zaręczają się, potem biorą ślub, rodzą im się dzieci, te dzieci dorastają itd. W parze patchworkowej ten porządek jest zaburzony – często brakuje okresu narzeczeństwa, za to od razu są nie swoje dzieci. Standardowa para powoli buduje swoją historię, a patchworkowa wkracza w historie już napisane i zaczyna pisać swoją, jednocześnie kończąc poprzednią. Ogromnie trudno już na wstępie.

Wojciech: Oj tak. Dlatego trzeba jeszcze raz podkreślić, że to, w jaki sposób się rozstajemy w poprzednim związku, będzie w dużej mierze decydować o tym, co wydarzy się z nową patchworkową rodziną, czy będzie miała szansę na sukces stania się kompletnym, przytulnym patchworkiem. Jeśli rozstaniemy się z partnerem odpowiedzialnie i przyzwoicie, bez destrukcyjnych emocji, a obie strony miały wcześniej okazję uświadomić sobie swoje ograniczenia, jest mało prawdopodobne, że wyskoczy z cienia „demon-demolka”, a patchworkowa rodzina ma duże szanse. Ale to rzadko się zdarza. Demony pojawiają się bardzo często. Większość ludzi, nawet jeśli przeżyła ze sobą szmat czasu, poznaje się do końca od tej trudnej strony dopiero wtedy, kiedy się rozstaje. Towarzysząca temu obustronna konstatacja typu: „gdzie ja miałam/miałem oczy, żeby się związać z takim potworem!”, ułatwia wprawdzie rozstanie, ale nie wróży dobrze nowej, patchworkowej konstelacji.

Alina: Nie ma ponoć istnienia bez cienia. Patchworkowe rodziny ten cień wprost przesłania.

Wojciech: Tak niestety często bywa. Bo samo dojrzewanie nowych patchworkowych związków jest już na ogół bardzo trudne, obciążone ambiwalencją i konspiracją, lękiem przed demaskacją, wyrzutami sumienia, niepewnością, wahaniem, czy powiedzieć mężowi (żonie) o istnieniu kogoś w swoim życiu, czy na to już czas, czy może jeszcze poczekać. Czy jestem naprawdę zakochany (-a), czy może tylko tak mi się wydaje?

Alina: Jeśli nowe uczucie jest mocne, odpowiedź przyjdzie szybko. Kiedy ją zakomunikować dotychczasowemu partnerowi?

Wojciech: Najważniejsze zalecenie dla wszystkich odchodzących jest jedno: ponad wszystko dbajcie o to, żeby to od was wasi byli partnerzy dowiadywali się o tym, że macie kogoś innego.

Alina: