Paryska muza - Louisa Treger - ebook

Paryska muza ebook

Louisa Treger

0,0
71,10 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dora Maar jest utalentowaną fotografką, malarką i poetką, gdy poznaje Pabla Picassa – jednego z największych artystów XX wieku. Fascynacja szybko przeradza się w namiętny romans, który otwiera przed nią nowe możliwości twórcze, ale jednocześnie staje się źródłem bólu i wyrzeczeń.

W cieniu wojny i okupacji Francji Dora coraz mocniej wikła się w relację z człowiekiem, który inspiruje ją i niszczy zarazem. Zmuszona do akceptowania jego zdrad, kaprysów i narastającej agresji, stopniowo traci samą siebie.

To poruszająca opowieść o wielkiej namiętności, sztuce i cenie, jaką płaci się za bycie muzą geniusza. Louisa Treger w swojej powieści przywraca głos niezwykłej kobiecie, która przez lata pozostawała jedynie przypisem do życia i twórczości Picassa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 365

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Paris Muse

First published in Great Britain 2024 by Bloomsbury Publishing Plc

Copyright © Louisa Treger, 2024

Louisa Treger zastrzega sobie prawo do bycia uznanąza autorkę niniejszego dzieła zgodnie z ustawąo prawie autorskim, projektach i patentach z 1988 r.

Niniejsza powieść jest w dziełem fikcji. Imiona, postacie i zdarzenia w niej przedstawione są tworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, jest całkowicie przypadkowe.

Copyright for polish edition © Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o., Warszawa 2026

This translation of The Paris Muse is published by Wydawnictwo ARKADY by arrangement with Bloomsbury Publishing Plc.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani powielana graficznie, elektronicznie czy mechanicznie, w tym za pomocą kopiowania, nagrywania ani przechowywania w informatycznej bazie danych, bez pisemnej zgody wydawcy. Prosimy o przestrzeganie praw twórców do ich własności intelektualnej i nieudostępnianie książki w sieci.

Tłumaczenie: Maciejka Mazan

Redakcja: Magdalena Bielecka

Korekta: Małgorzata Stalmierska

Projekt okładki: David Mann

Na okładce wykorzystano zdjęcie Dory Maar, Autoportret w oknie, ok. 1935, © ADAGP, Paris and DACS

Skład i łamanie: Sylwia Szur

ISBN 978-83-213-5391-3

Wydanie I, 2026. Symbol 5377/R

CIP - Biblioteka Narodowa Treger, Louisa Paryska muza / Louisa Treger ; przełożyła Maciejka Mazan. - Wydanie I. - Warszawa : Wydawnictwo Arkady, 2026

Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o. ul. Dobra 28, 00-344 Warszawa tel. 22 444 86 50 e-mail: [email protected], www.arkady.eu Facebook: @Wydawnictwo.Arkady, Instagram: @wydawnictwo.arkady księgarnia wysyłkowa: tel. 22 444 86 56www.arkady.info

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

1913–1937

Urodziłam się jako Theodora Marković1. Dorastałam w kolonialnej willi w Buenos Aires, w której bielone ściany, parkiety i ciężkie mahoniowe meble zawsze tonęły w słońcu. W jednym z moich najwcześniejszych wspomnień – musiałam mieć jakieś siedem lat – leżę w łóżku i obserwuję poruszane wietrzykiem zamontowane w skrzydle drzwi do sypialni białe firanki. Zasłaniały szyby, przez które rodzice mogli sprawdzać, co robię. Nocami nasłuchiwali mojego miarowego oddechu, dzięki czemu zasypiali spokojnie. Przyszłam na świat, gdy już właściwie stracili nadzieję na dziecko, byli wtedy po trzydziestce, co tłumaczyłoby ich nadopiekuńczość. Przez szybę widziałam zarys ich łóżka – chyba nigdy nie przyszło im do głowy, że mogę ich obserwować, tak jak oni mnie, ale nie mogłam się powstrzymać.

Znowu się kłócili. Głos maman stał się piskliwy ze zdenerwowania.

– Nie cierpię Buenos Aires. Tak tu prymitywnie, wszędzie piasek i kurz. Chamstwo gapi się na mnie, gdy tylko wyjdę z domu. I ten hiszpański jazgot! Prostacki, nieprzyzwoity język.

Maman zgodziła się wyjechać z Paryża wyłącznie dlatego, że ojciec był architektem i obiecał, że się wzbogacą.

– Będziesz musiała wytrzymać, dopóki nie zdobędziemy pieniędzy na powrót do Francji – papito mówił cicho, ale groźnie.

Zesztywniałam, kiedy poczułam, jak wielką ochotę ma wrzasnąć na mamę i jak bardzo się przed tym hamuje ze względu na mnie. Mój ojciec był postawnym, przystojnym mężczyzną o ciemnych oczach i gęstych ciemnobrązowych włosach, ale temperament miał wybuchowy.

Rozmawiał z maman po francusku – w jej rodzimym języku, którym posługiwaliśmy się na co dzień w domu. Rozumiałam także chorwacki, który był językiem ojczystym papita. W moich uszach brzmiał łagodnie i czule. Ojciec nazywał mnie tatina curica, córeczka tatusia, i moja slatka Dorita, moja słodka Dorusia. Zawsze czułam się rozdarta między rodzicami: francuską maman i chorwackim papitem.

A teraz doszedł jeszcze trzeci język – hiszpański. Starałam się go nauczyć, ale maman twierdziła, że jest nieprzyzwoity. Czułam się, jakbym była mieszanką starego i nowego, czystego i nieczystego. Theodora, Dora, Dorita.

Następnego dnia z samego rana maman zabrała mnie do parku znajdującego się na końcu ulicy. Szłyśmy przez grządki róż wśród bujnych zielonych szpalerów drzew, prowadzących na mały plac zabaw. Karuzela i zjeżdżalnia lśniły w blasku słońca na przemian czerwienią i żółcienią, ale ja pobiegłam prosto do huśtawek i wkrótce śmigałam już przez lepkie i ciężkie powietrze, które mój pęd zmieniał w świeży powiew. Świat wokół mnie przestał istnieć – byłam wolna.

Gdy wytraciłam prędkość, na sąsiedniej huśtawce zauważyłam dziewczynkę mierzącą mnie oceniającym spojrzeniem. Miała kremową cerę, ciemne oczy i długie czarne warkocze.

– Jestem Rosita, a ty? – spytała po hiszpańsku.

– Dora – odpowiedziałam nieśmiało, zatrzymując huśtawkę.

Dziewczynka uśmiechnęła się i znowu zatrajkotała po hiszpańsku. Z trudem ją rozumiałam, ale to nie miało znaczenia. Zaczęłyśmy się huśtać coraz wyżej i wyżej, idealnie zsynchronizowane, jak akrobatki lub baletnice. W końcu zaniepokojona maman krzyknęła, żebyśmy przestały.

Rosita była na huśtawkach następnego dnia, a potem jeszcze kolejnego. Dotychczas moje kontakty z rówieśnikami były utrudnione przez barierę językową, wykrochmalone sukienki, w które lubiła stroić mnie maman, a także przez jej wyniosłość – często w przelocie słyszałam szepty w stylu: „Jaka zarozumiała”. Rosita była moją pierwszą przyjaciółką, a nasza bliskość, scementowana zamiłowaniem do huśtawek, miała w sobie niewysłowioną słodycz. Ale po tygodniu przyglądania się naszym zabawom maman wycedziła:

– Nie lubię, kiedy mówisz po hiszpańsku.

– Dlaczego, maman?

Maman zacisnęła usta.

– To język służących, marynarzy i pastuchów.

Uniosłam dumnie głowę.

– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi – oznajmiłam, ale serce mi się ścisnęło.

Gdy następnego dnia Rosita podbiegła do nas, moja matka zmroziła ją spojrzeniem i nie odpowiedziała na jej powitanie. Rosita otworzyła usta i spojrzała na mnie pytająco, ale ja nie potrafiłam zareagować – jakbym się zmieniła w kamień. Kolejnego popołudnia matka znowu potraktowała ją ozięble. Trzeciego dnia Rosita nawet na mnie nie spojrzała. Stałam i patrzyłam na nią, gotując się z bezsilnej wściekłości, owładnięta przeszywającym poczuciem straty.

W domu maman kazała mi się obmyć z kurzu. Szorowałam więc dłonie i całe ręce aż do czerwoności. Łazienka tonęła w blasku słońca, a woda bryzgała z kranu jak świetliste cekiny. Patrzyłam na ogród – na słodko pachnące obłoki smagliczki i pląsające po trawie cienie drzew. Potem wytarłam ręce i zamknęłam okiennice. Ogród zniknął, a płynąca z kranu woda znów stała się zwyczajna. Otwierałam i zamykałam okiennice kilkukrotnie – fascynowała mnie ta wyczarowana przez światło gwałtowna przemiana.

Pobiegłam po maman.

– Jestem czarodziejką! Mam magiczną moc. Patrz! – rzuciłam, pokazując, z jaką łatwością zmieniam wodę w błyskotki za pomocą światła słonecznego.

– Ty niemądra gąsko – powiedziała maman. – Nie widzę w tym nic wyjątkowego.

Dotarło do mnie, że mama nie potrafi zrozumieć magii światła i mojej miłości do rzeczy zmyślonych. Nie przejęłam się tym jednak, bo w końcu miałam coś własnego, moją prywatną słodycz.

Tej nocy z pokoju rodziców dobiegały odgłosy, przez które musiałam zasłonić sobie uszy rękoma. Maman chyba cierpiała, a na koniec się rozpłakała. Poczułam coś strasznego – jakby osaczenie i niemą zgrozę. Ale z czasem odkryłam, że jeśli się skupię, mogę odgrodzić się od rodziców niewidzialną ścianą, koncentrując wszystkie myśli na grze światła i jej transformacyjnej mocy. To był inny świat – bezpieczne schronienie, do którego uciekałam.

Lata mijały, a obiecana przez papitę fortuna jakoś się nie pojawiała. Rozgoryczenie maman rosło. Nocne kłótnie rodziców stały się zajadłe, a stłumione miłosne odgłosy ustały. Z wiekiem brak prywatności doskwierał mi coraz bardziej. W końcu zaczęłam ubierać się w łazience – jedynym miejscu, w którym mogłam być sama. Potem maman zaczęła mi się zwierzać po kłótniach z ojcem, widząc we mnie swoją sojuszniczkę.

– Dłużej tego nie zniosę. Nie wiem, co robić. Muszę wrócić do Paryża – mawiała z zaczerwienionym długim nosem i łzami sączącymi się spod ciężkich powiek, tak podobnych do moich.

Współczułam jej, ale miałam też świadomość, że sytuacja mnie przerasta. Nie wiem, czego maman ode mnie oczekiwała, ale nie mogłam jej tego dać.

Gdy wyszła, leżałam na łóżku przygnieciona jej nieszczęściem. To było jak mroczna drzazga zaryta głęboko w mojej piersi. Marzyłam o chwili, kiedy stanę się pełnoletnia i ucieknę, ale dzieliły mnie od tego jeszcze całe lata. Potem, na czternaste urodziny, ojciec kupił mi aparat fotograficzny.

– Wiem, że dobrze go wykorzystasz. Jesteś artystką, jak ja – powiedział, całując mnie w czoło.

W chwili, gdy poczułam aparat w dłoniach, zrozumiałam, że to będzie idealna osłona przez rodzicami, bo nikt nie patrzy na osobę po drugiej stronie obiektywu. Ogarnęła mnie fala wdzięczności do papita za to, że zna mnie lepiej, niż sądziłam.

Maman dotknęła mojego ramienia.

– Może go wypróbujesz? – spytała.

– Zrobię wam zdjęcie – oznajmiłam i poszliśmy do ogrodu. Rodzice stanęli przed nadal kwitnącymi różami. Ukośne promienie jesiennego słońca przeświecały przez gałęzie drzew.

Uniosłam aparat i długo patrzyłam na nich przez wizjer. Zafascynował mnie obraz ich postaci – wyjątkowo precyzyjny, a jednocześnie kompletnie odmieniony. Oboje wydawali się mniejsi i oddaleni, jakby odarci z władzy. To było doświadczenie nie z tego świata, jak w Alicji w Krainie Czarów, dwie równoległe rzeczywistości: prawdziwa i ta z obiektywu, o której istnieniu ludzie nie mieli pojęcia. To ja ustanawiam zasady, ja wybieram temat i ja tu rządzę. A potem maman powiedziała:

– Szybciej, zimno nam.

W kolejnych dniach czasami wyjmowałam aparat, żeby popatrzeć przez niego na świat. Oczywiście robiłam także zdjęcia, a papito uczył mnie, jak je wywoływać. Urządziliśmy prowizoryczną ciemnię w spiżarni i w świetle lampy ciemniowej obserwowaliśmy zanurzony w przezroczystym roztworze papier. Stopniowo pojawiła się na nim twarz papita, jakby kryła się w papierze i wyłoniła z niego na moje żądanie. W czerni i bieli rysy ojca wydawały się ostrzejsze – zrozumiałam, że gdy usunie się kolor, zostają tylko kształty, linie i tekstury. W tamtej chwili doświadczyłam szczęścia, jakiego nie mogłam porównać z niczym, co dane mi było do tej pory przeżyć – radości tworzenia czegoś, co zależało wyłącznie ode mnie. Właśnie wtedy zrozumiałam, że resztę życia poświęcę na ściganie tego uczucia.

– Masz talent. Dostrzegłaś we mnie coś, co umyka większości – tę jakby tęsknotę – powiedział papito, a ja zrozumiałam, że ma rację. Uświadomiłam sobie, że o marzeniach maman wiem wszystko, a o jego – nic. Chciałam je poznać.

Mijały lata. Podczas Wielkiej Wojny Argentyna była neutralna; w Buenos Aires pojawiło się mnóstwo straumatyzowanych Europejczyków. Były protesty, parady i przerażające doniesienia z okopów. Nawet maman przyznała, że mamy szczęście, iż nie mieszkamy we Francji. Gdy nastał pokój, sytuacja papita zaczęła się poprawiać – pojawiło się kilka zleceń, w tym dla ambasady Austro-Węgier. To przyniosło mu spokój, jakiego nigdy dotąd w nim nie dostrzegałam. Zrozumiałam, że jego marzeniem było zostać wielkim architektem. Zarobił tyle pieniędzy, że w 1926 roku mogliśmy wrócić do Paryża.

Rejs ciągnął się w nieskończoność. Maman cierpiała z powodu choroby morskiej i większość czasu spędziła w kabinie. Tymczasem papito i ja wychodziliśmy na pokład przy każdej okazji, żebym mogła uwieczniać morze w jego różnych postaciach – rozmigotane w słońcu albo spienione i kipiące jak kocioł gotującej się wody. Przez wszystkie te lata zajmowałam się fotografią. Moja pasja rozwijała się, w miarę jak doskonaliłam swoje umiejętności, robiąc zdjęcia koleżankom w szkole i ludziom na ulicach Buenos Aires. Z aparatem w rękach, czułam się szybka i zdecydowana, pewna swoich decyzji i siebie. I podobało mi się, jak ludzie reagowali na moje prace, bo w większości przypadków byli zaskoczeni i pełni uznania.

Maman nie pochwalała, że włóczę się bez przyzwoitki. Pragnęła dla mnie bardziej konwencjonalnej drogi życiowej – bała się, że takim zachowaniem odstraszę adoratorów. Za to papito zawsze wspierał mój talent. Podczas tej długiej podróży rozmawialiśmy, czy powinnam zająć się fotografią, czy malarstwem.

W końcu stanęłam na francuskiej ziemi. Mewy krzyczały nad moją głową a ziemia nadal kołysała się pod stopami. Maman śmiała się przez łzy, a papito tulił ją do siebie. Pogładziłam się po włosach; ku przerażeniu rodziców obcięłam je ostatnio na krótko a la garçonne, by życie w Paryżu rozpocząć w możliwie najlepszym stylu – i nie zamierzałam już z tego rezygnować.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 W 1907 r. w Paryżu (przyp. red.). ↩