45,00 zł
Z PANEM DARKIEM JEST COŚ NIE TAK
Jest rok 1990. Nadeszła wolna Polska i pan Darek też jest wolny. Jest wolny, bo wyszedł z więzienia. Jest wolny, bo nie ma siły ruszać się szybko, uderzać z zaskoczenia. Kiedyś, przed Sztumem, za komuny, pan Darek był gościem. Zjadał frajerów jak pieczone kurczaki. Brał wszystko, co chciał, i nawet nie patrzył. Był potężny. Teraz jest wątły. Niedobrze, bo świat dookoła pana Darka wywrócił się do góry nogami: okazje czają się za każdym rogiem, pieniądz leży na ulicy, wystarczy się po niego schylić. Wystarczy nie być frajerem. Ale aby to zrobić, trzeba jakoś oszukać tę łajzę Zmorę, co wepchnęła w łapy kontrakt oszukańczy...
Pan Darek to trzecia i zarazem ostatnia powieść ze świata ,,Ślepnąc od świateł”. Zabierze Was w głąb głowy faceta, który stał się najbardziej uwielbianym czarnym charakterem polskiej popkultury po 1989 roku. Już coś wiecie o panu Darku. Wiecie, że lubi z cukrem, bez cytrynki. Wiecie, że lubi podróżować – Czarnogóra, Tajlandia. Wiecie, że jest trochę zaburzony. Ale tak naprawdę nie wiecie o nim nic. Dowiecie się dopiero teraz.
Jakub Żulczyk (1983) – autor książek Ślepnąc od świateł i jej kontynuacji Dawno temu w Warszawie, współscenarzysta kultowego serialu na podstawie tej pierwszej. Nagrodzony Warszawską Nagrodą Literacką za powieść Wzgórze Psów. Scenarzysta Belfra i Warszawianki. Współautor podcastu ,,Co ćpać po odwyku”. Tłumaczony, nominowany. Ukończył UJ, fartem. Mieszka trochę w Warszawie, a trochę na Mazurach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Wydawca: Joanna Laprus-Mikulska Redaktor prowadzący: Iwona Denkiewicz Redakcja: Joanna Mika Korekta: Ewa Grabowska, Marzenna Kłos
Copyright © by Jakub Żulczyk, 2026 Syndykat Autorów – Agencja Literacka i Scenariuszowa Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., 2026
Wszelkie podobieństwo do opisanych osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. +48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. +48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-6887-292-7
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Najdroższy Panie Darku!
Mam wielką nadzieję, że Pan się jakoś trzyma, pomimo zdecydowanie niewesołych okoliczności. U nas jakoś idzie, bo przecież jakoś iść musi. Nadciągająca jesień przynosi ze sobą pewną melancholię, zwłaszcza tu u nas, nad morzem. Niektórym się to podoba, taka aura, zwłaszcza młodym – no ale dla mnie to raczej utrapienie, taka pora roku. Obcość wisi w powietrzu, jakby człowiek był intruzem we własnym mieście, we własnym życiu. Zimny wiatr nadciąga od morza; jak już przyjdzie, to nigdzie sobie nie pójdzie. Raz jest silny, aż czapki zrywa, raz ledwo wyczuwalny, ale jest zawsze. Ja mówię zawsze, że to taki halny, tylko nasz, nadmorski. Od tego wiatru głupie myśli przychodzą do głowy. Wiatr idzie też w kości, w stawy, i to też nie pomaga, ale nie będę zadręczać Pana oczywistymi z racji wieku kłopotami zdrowotnymi, co to, to nie. Póki umiem sama się ubrać, wyjść z mieszkania do sklepu, przynieść zakupy, ukroić sobie kromkę, zaparzyć herbatę, póty wszystko u mnie dobrze.
Pewien kłopot mam z pisaniem do Pana, takie skrępowanie, bo nie wiem, co z tego, co napiszę, zostanie skreślone. Na pewno będzie to przeczytane przez osoby trzecie, ze względu na Pańskie aktualne miejsce pobytu – oczywiście modlę się do Matki Boskiej, aby spędził Pan tam jak najmniej czasu.
Każdy człowiek ma w sobie wiele, nie ma ludzi płytkich. Tak chcemy myśleć o innych, aby samemu upraszczać sobie swoje życie i myśli, ale nikt z nas nie jest prosty ani pusty w środku. Nikt nie jest zupełnie głupi. Nawet ci biedni ludzie, upośledzeni, jak to się brzydko mówi, coś widzą i rozumieją; może nawet widzą i rozumieją coś, czego nie widzimy i nie rozumiemy my. Ludzie mogą błądzić, krzywdzić, popełniać zbrodnie, a jednocześnie okazywać innym uwagę i serdeczność. Ja właśnie poznałam Pana od tej strony, Panie Darku, jako człowieka serdecznego i ofiarnego, na którego można liczyć w każdej potrzebie, w najczarniejszą godzinę. Dlatego też nie będę się skupiać ani na tym, co ludzie o Panu mówią, ani na zarzutach, które na Panu ciążą. Ja nie jestem sądem, nie jestem prokuraturą. Ja jestem zwyczajną kobietą, która przeżyła życie trudne i nudne. Pełno było w nim znoju, ale też nie było w tym znoju nic niezwyczajnego. Niewielu na mojej drodze spotkałam ludzi życzliwych. Życzliwym człowiekiem był dla mnie Pan, Panie Darku. Dlatego ja też zawsze będę dla Pana życzliwa. Zawsze będę miała dla Pana dobre myśli, dobre słowo, poczęstunek.
Jedynym prawdziwie sprawiedliwym jest Bóg. I to jego prawdziwy zamysł poznamy w naszej ostatniej godzinie.
Ewunia też za panem tęskni i nosi w sercu troskę o Pana. Nieustannie jest wdzięczna za bezinteresowną pomoc, którą niejednokrotnie Pan jej okazał. Do dzisiaj serce jej się łamie, gdy sobie przypomni, jak strasznie Pana wtedy pobito. Naprawdę żeśmy się wtedy o Pana strachu najadły, przez cztery dni nie szło panu gorączki zbić z 42 stopni. No ale z drugiej strony, to po co ma Pan w takiej sytuacji niedobrej wspominać tego typu chwile. Lepiej coś miłego wspomnieć. Na przykład to niedzielne popołudnie, gdy zaprosił Pan nas na poczęstunek do Hortexu. Ewunia do dzisiaj zachodzi w głowę, jak ona była w stanie zjeść dwa kremy sułtańskie. Człowiek codziennie by chciał takie miłe popołudnia, ale ich się zdarza w życiu niewiele i może jest w tym jakiś ukryty sens.
Ewunia zaczęła liceum dla dorosłych, straszne miała przed tym opory, ale w końcu je przezwyciężyła. Dużo czuję z niej dumy i próbuję pomagać, jak się da. Jej życie to kierat, w dzień praca, wciąż ta sama, niewdzięczna, potem szkoła, wieczorem, żeby chociaż chwilę z Kubusiem spędzić. A Kubuś już chodzi, gada, żywe srebro, wszystkiego dotyka, wszystko sprawdza, rozpoznaje litery i umie początek Ojcze nasz. Pamięta Pan, Panie Darku, jakie to malutkie dzieciątko było. Czas płynie, na naszą korzyść i niekorzyść.
Dziura największa w życiu naszym to fakt, że Marka pochować nie możemy. Formalnie wciąż jest zaginiony, zresztą co to za pogrzeb bez ciała. Oczywiście można tak zrobić, i ja się przychylam, ale Ewunia niegotowa jeszcze. Czas jej daję, ale czekać już na niego nie czekam. Ufam Pańskim domysłom, Panie Darku, że nie wyszedł ze sztormu tej okropnej nocy.
Chciałabym, aby kiedyś znalazł się jakiś mężczyzna, który się Ewunią zajmie, który przygarnie Kubusia jak swojego syna. No ale trudna to sprawa, taki jest niestety świat. Modlę się o to, o to chyba najsilniej.
Modlę się i modlę, bo co mogę innego zrobić? Modlę się też za Pańską duszę, Panie Darku. Wierzę, że Chrystus zobaczy Pana prawdziwą naturę, i przyjmie Pana do siebie tak, jak przyjął Barabasza. Jeszcze raz, Panie Darku, mnie Pana wina czy niewinność nie interesują. Ja zobaczyłam w Panu to światło, którego Bóg ludziom raczej skąpi, bo pewnie w niebie jest go niewiele.
Zawsze będę miło wspominać wspólny czas razem, kochany Panie Darku. Nie liczę na Pańską odpowiedź, bo wiem, może być z tym różnie. Nie wiem, czy coś panu to da, taka rada starej kobiety, ale gdy przyjdzie do Pana czarna godzina, straszna godzina zwątpienia, to można się wtedy uratować, zawierzając serce Matce Boskiej. To Ona jest tą prawdziwą przyjaciółką, która nigdy nie odtrąciła nikogo.
Myślałam ostatnio, że jeśli zdrowie pozwoli, ale i będzie taka możliwość, to może wybierzemy się do Pana w odwiedziny. Pociąg jakiś jedzie, to niby drugi koniec Polski, ale nie takie trasy ludzie pokonywali.
Pozdrawiamy Pana jak najserdeczniej.
Zawsze będzie miał Pan w nas serdeczne przyjaciółki.
Z poważaniemWanda i Ewa Kunickie
Podobno człowiek dostaje świadomości nagle, jakby go szlag trafił. Jest sobie dzieciaczkiem-purchlaczkiem, śmiga jak maszynka, automat taki. Czołga się, gada coś. Ślina mu leci, przeciek ma z każdej dziury. Srający chlebek, resoraczek taki. I nagle cyk, otwiera mu się główka. Wpada do środka taki promyk, olśniewa go. Nic nie miał w łapce, a teraz w łapce ma jabłko, zerwane z Drzewa Poznania. Dzieciaczek-resoraczek bierze jabłko do łapki, zbliża do buzi. Niuch-niuch. Liz-liz. Dziewczynka. Chłopaczek. Szamę je sobie. Am-am. Chrup-chrup.
Szamę je i nagle stoi po kostki w błocie przed piękną złotą bramą. Rozumie, że będzie człapał przez to błoto bardzo długo, może większość życia. I rozumie, że ten portyk złoty, przepiękny, to są drzwi do Prawdy.
Ja dostaję takich rozbłysków od czasu do czasu. Po każdym inny trochę jestem. Po każdym jestem bardziej Darkiem. Pierwszy raz, jak ojczym stanął w drzwiach do kuchni i zrozumiałem, że teraz idzie po mnie. Ojczym to taki ojciec zamiast ojca, a to nie był żaden ojciec, tylko parch najgorszy, co wkładał w matulę. Stanął w drzwiach do kuchni, a ja wszystko zrozumiałem. Wszyściuteńko. Skoro ojczym tak oprawił matkę, a matka była duża, nawet większa od ojczyma, to co on zrobi mnie, skoro jestem taki maluśny? Coś, czyli ojczym, jest większe, coś innego, czyli ja, jest mniejsze. Coś, czyli ojczym, jest silniejsze, a coś innego, czyli ja, jest słabsze. Jest coś jeszcze, coś trzeciego, czyli matka, która leży za ścianą i może żyje, a może nie. Czyli rzeczy się różnią. Wielkością. Siłą. Życiem. Jedną z tych rzeczy jestem ja.
Liz-Liz. Am-am. Chrup-chrup.
Drugi raz mnie olśniło parę lat później. Przyjmijmy, że to będzie nasz właściwy początek historii.
Nie jestem już małym bąblem. Ale nie jestem też duży. Jestem średni taki. Nie jestem już małolat, dorosły ze mnie facet, konkretnie dorosły.
Jestem sobie taki i siedzę w samochodzie.
Jest teraz.
Muszę zacząć od tego, że jestem spokojny. Zostały tylko dwa wyjścia.
Już nic nie mam, już wszystko zrobiłem. Teraz musi się dokonać to, co zapisane.
Albo kurwa mi wszystko odda, albo pójdę na wieczne zatracenie.
Ten samochód to BMW, czarne jak czarci stolec, BMW M5 E34 z 1990 roku. Czyli z tego roku, w którym właśnie jesteśmy. Kredziak buchnął je w Hamburgu, Niemiec może dwa tygodnie pojeździł sobie. Chuj w dupę temu Niemcowi, jak każdemu Niemcowi.
Siedzę w samochodzie Kredziaka i jestem spokojny. Oblany tym spokojem niczym słońcem, prawdziwym takim, nie farmazońskim, co właśnie świruje zza chmur. To słońce na niebie to jakiś chuj doczepił, wisi tam nielepsze od gwiazdy z celofanu na bidulowej choince. A ja wtulam się w śmierdzące cyce Boga. Właśnie teraz, gdy jedziemy na Chylonię.
Bo wreszcie wyruchałem diabła.
Myślała łajza, że mnie nie ma. Że przekręciła przekręta. Że spacyniła Darka na ludzika swojego. Chuj ci na imię, kreaturo straszna. Pies jebał twój ród.
Może i mam kłopoty. Może dostanę średniowieczny wpierdol. Może żywcem z tego nie wylezę. Ważne jednak, że Darek Kinski nie pójdzie do ziemi cweliskiem.
Właśnie po prawej minęliśmy Kino Promień i jedziemy w stronę dworca. Ale ja wiem, że Kredziak zatrzyma się w centrum, przed jednym z bloków przy Chylońskiej. Zatrzyma się tam, bo ma klucze do piwnicy. I ludzie będą słyszeć, że Kredziak jest w piwnicy, ale nikomu do pustego łba nawet nie przyjdzie, żeby zejść tam i się spruć. Niektórzy trzymają w piwnicach rowery, inni słoiki, a inni ziemniaki. Kredziak dzieli się swoją piwnicą, nie jest jej jedynym królem. U Kredziaka mieszka Strach. Wprosił się i siedzi, nie płacąc komornego.
– Musimy pobajerzyć, Darek – mówi Kredziak.
Już to raz powiedział, jak mnie zgarniał.
Już wszystko rozumiem, wszystko wiem.
Niuch-niuch.
Chrup-chrup.
Gdy byłem dzieciaczkiem małym, to inne dzieciaczki szeptały sobie bajdę o diable, który jeździ w wielkim czarnym samochodzie i porywa dziewczynki i chłopców nie wiadomo gdzie. Nigdy nie wracają, wylosowali jabłko z czarnym robakiem, zły anioł ich pocałował, no trudno się mówi. Ta czarna fura, to można ją poznać, niektórzy mówili, bo ma rogi zamiast lusterek wstecznych. Krąży i krąży, jak się ją zobaczy, trzeba się przeżegnać, ale odwrotnie, i opluć sobie samemu buty, i powiedzieć apage satanas, ale od tyłu. I pamiętam, że zapytałem jednego, takiego rudego Żukrowskiego, czy powiedzieć całość od tyłu, czyli sanatas egapa, czy każde słowo od tyłu, czyli egapa sanatas. Rudy Żukrowski nie wiedział. Idź się dowiedz, kurwo ruda, powiedziałem. Idź się dowiedz, jaka to jest marka tego auta, czy to jest Wołga, czy to jest Syrenka, czy to jest Trabant, czy Duży Fiat. Idź się dowiedz tak, żebyśmy mogli przed tym diabłem się schować. Pała bita. Jak nie wie, to po co gada?
A potem i tak się zamknął, gdy się w końcu dzięki mnie najadł. Ale o tym później.
Chrup-chrup.
Hyc-hyc.
Teraz patrzę na lusterka wsteczne Kredziaka. Nie są rogami, nigdy nie będą. Kredziak chciałby być diabłem. Marzy sobie o tym, tak jak Wojtek marzył, by zostać strażakiem. I tak jak Wojtek, Kredziak to sobie może sikawę potrzymać.
Mija dworzec powoli. Siedzi na fotelu pasażera, prowadzi Balon, jego żołnierz. Ja myślę, że Balon to cwel Kredziaka, ale chowam te przypuszczenia dla siebie. Balon jest spuchnięty, paskudny, cały czas żre, bo cały czas łyka metanabol, ruski steryd taki, co go przed olimpiadą w Moskwie sztangiści brali. Niedługo wszystkie chłopaki będą jak Balon. Przekonani, że są z betonu, a będą z budyniu.
Kredziak ma na palcach sygnety z białego złota. Gdy bębni palcami o deskę rozdzielczą, te sygnety klikają o siebie w sposób, który jest nawet przyjemny. Jakby wstęp do piosenki jakiejś takiej rozmarzonej. Myślę o dźwiękach i piosenkach, bo w takich sytuacjach ucieka się myślami w różne sprawy. Te dzieci, które porwał szatan swoim czarnym autem, też nie myślały, gdzie właściwie jadą z tym szatanem ani co się stanie.
One myślały o tym, czy jak wrócą na wieczorynkę, to im matka da chleba z patelni posypanego cukrem.
Ale szatan to szatan, a Kredziak to tylko Kredziak.
O tym, co mieszka u niego w piwnicy – Strach, potworny mąż Zmory – nie ma tak naprawdę pojęcia. Wywoływanie demonów to nie żarty.
– Nie jesteś dzieckiem, Darek – mówi nagle Kredziak, jakby umiał czytać w myślach. Ale Kredziak nie umie czytać w myślach, on w ogóle nie umie czytać.
Jak poszedłem do ZOMO, to były tam same Kredziaki. Zęby zepsute od urodzenia. Na bakier z literami, na bakier z myślami. Pięty by im jechały, nawet jakby miesiąc je pumeksem szorowali. Ludzie onuce.
Ale skoro tak, to kim ja jestem, tu, na tylnym siedzeniu?
– Stary jesteś chłop, Dario. Ile ty masz lat? Trzydzieści?
– Nie mów do mnie tak. Mówiłem ci. Nie mów tak.
– To jak mam mówić?
– Ja Darek mam na imię. Przecież wszyściutko wiesz, Kredziak. Wszyściuteńko.
– Darek, Dario, jeden chuj, powiem ci, w tej sytuacji. Niech ci będzie. Czy ty wiesz wszyściutko, Darek?
– Tak do końca to nie wiem, co wiem, Kredziak. Ty wiesz, co wiesz?
– Nie czaruj, za mądre te zdania i jak na ciebie, i na te okoliczności – zwraca uwagę Balon.
Może słusznie. Bo okoliczności są bardzo przykre. Mogło być lepiej. Ale jest jak jest.
Wyobrażam sobie wszystko, co Kredziak może mi zrobić. Nie boję się niczego, a i nic z tego, co Kredziak zrobi, nie będzie szczególnie finezyjne. Kredziak nie wie zbyt wiele. Jakby coś kiedyś przeczytał, to może by się zainspirował, na przykład średniowieczem. Ale jak już mówiłem, czytać Kredziak nie umie. Nie wie, że można być okrutnym w taki sposób, w jaki maluje się malunki albo pisze wiersze. Kredziak lubi słyszeć, jak ludzie krzyczą i proszą, choć nie podoba mu się sam dźwięk. Podoba mu się, że w konsekwencji dostanie pieniądze. Kredziak ogólnie jest chudy, nerwowy, rozdygotany taki. Szopę czarnych kudłów ma na łbie, ulizaną na Beatlesa, z grzywką. Rozgląda się ciągle, jak jaki szczur. Myśli, że w końcu tyle pieniędzy będzie miał, że mniej nerwowy się zrobi. Jak każdy debil.
Robi mi się dziurka w głowie i przez tę dziurkę wpada światło. Światło pokazuje prawdę. Od prawdy podobno zawsze najpierw jest głupio i wstyd. Prawda jest taka, że jestem tu, gdzie jestem, z powodu długiego pasma pomyłek. Największą było dać się zrobić diabłu.
A konkretnie upiorzycy.
Oczywiście, kto kogo przekręcił, to się właśnie okazało.
Ale udało się kurwisku, na długi czas.
Kredziak zatrzymuje BMW pod blokiem przy Chylońskiej, dokładnie tam, gdzie się spodziewałem.
– Wysiadaj, Darek – mówi. Udaje kogoś, kto nie chce tego, co się stanie, kto został zmuszony przez okoliczności. Źle udaje. Kredziak nie umie udawać. Gdyby zdjął buty, smród jego wieśniackich gir poczuliby aż w Rumi.
Wysiadam. Stoję pod autem Kredziaka, wdycham powietrze pełne węgla i uranu, i plastiku jeszcze, tak, tego plastiku jest coraz więcej, roztopionego; to powietrze może mnie zabić szybciej niż Kredziak, no ale Kredziak nie chce oddać pola powietrzu i popycha mnie do przodu. Otwiera drzwi na klatkę, tak po prostu. Może i były zamknięte, ale co to dla Kredziaka. W środku wali zupą pieczarkową i słodkim kiblem. Jakby smarowali te ściany szambem, a potem cukrem, jakby wierzyli, że im to zdrowia i życia doda. Metalowa skrzynka na listy wisi na jednym gwoździu, jakimś cudem nie spierdoliła się jeszcze na ziemię. Z piwnicy wyłazi gruby kot, lokaj Strachu, jego odźwierny. Balon chce kopnąć kota, ale Kredziak go powstrzymuje, łapie za ramię. Warczy na Balona, że chyba go pojebało. To niefart kopać koty. Tyle Kredziak wie. Ktoś głośno gada w mieszkaniu na parterze, stara baba jakaś. Kredziak sonduje drzwi, jakby się zastanawiał, czy wjechać tam z buta i dać jej w mordę. Rezygnuje i idzie w dół piwnicy, w ciemność, a ja idę za nim.
Tup, tup. Schodzimy sobie w ciemne ciemno. Schodzimy sobie w Strach. Kot już gdzieś polazł, podreptał sobie. Zrobił swoje. Czym jest Strach? Mężem kurwy Zmory, to po pierwsze. Ale myślę sobie coś innego – że jest takie coś, co dzieje się we mnie, i co ja sobie kojarzę ze słowem strach, co ja sobie tak nazywam, ale może wcale strachem nie jest. W sensie takim, który czują ci normalni ludzie, ci, co się boją.
Kredziak zapala małą latarkę, taką latarkę, która nazywa się Kora i która ma wmontowane różnokolorowe szybki, więc można mieć w efekcie światła w różnych kolorach, czerwone, niebieskie, zielone. Ale Kredziak wybiera to białe.
Białe światło wydobywa z ciemnej ciemności wąski korytarz i zbite z desek drzwi do kolejnych komórek. Nie idziemy jednak do żadnej z tych komórek, tylko dochodzimy do końca korytarza, skręcamy w prawo i tam jest większe pomieszczenie, niepasujące, jakby zrobione specjalnie dla Kredziaka. Słyszę za plecami ciche pstryknięcie, to Kredziak zapala światło, zawieszona pod sufitem goła żarówka pokazuje mi to królestwo, w którym mieszka Strach, piwniczną izdebkę wielkości trzech lub czterech złączonych komórek. Przy ścianie widzę półki z nieoheblowanych desek, na nich przeróżne szpeje, piłki, klucze francuskie, śruby, stacyjki wykręcone z samochodów, pod ścianą kołpaki, felgi, drachy, szyby. Sprawy i śmieci z aut przywłaszczania, magazyn taki, a może i kolekcja. Stół roboczy z imadłem i lutownicą, przy którym Kredziak albo jakiś jego zuch skleca gzymsy i inne instrumenty złodziejskie. W rogu, obok tego stołu, bezkształtna bryła ze szmat i kartonów, jak cień tego pokoju, jego spust. Może tam Strach sobie śpi, na tej kupie gówna. Może tam sobie odpoczywa.
Śni sobie.
O czym śni Strach?
– Darek.
– No tak mam na imię, Kredziak – potwierdzam.
– Nie rób sobie z nas jaj – rzuca Balon.
– Dajcie się chociaż pośmiać, panowie – odpowiadam. – Przecież to i tak nic nie zmieni.
Kredziak odwraca się i podchodzi do tej góry śmiecia w rogu pokoju, coś stamtąd bierze.
Chudy jestem. Nie fabrycznie chudy, jak Kredziak. Niedożywiony jestem. To wina Zmory. Oszukiwała mnie od początku. Wmówiła mi, że jest moim jedynym wyjściem. Że bez niej umrę. Że Górniak i reszta otworzą mnie lekko jak owoc jakiś, arbuz, który tylko pozoruje twardość, czerwonej wody pełen.
Przebiła tę błonę, co świat ludzi odgradza od koszmaru. Przekłuła ją pazurem, jak rajstopę. Wlazła do środka, usiadła na mnie, wyszczerzyła mordę i zrobiła mnie w chuja. Tu można byłoby skończyć. I może właśnie tu skończymy.
Kredziak wraca, trzyma w łapach dwa przedmioty, dzierży je dzielnie, jak król na obrazie insygnia władzy. Pokazuje mi je, żebym widział bardzo wyraźnie. Jeden przedmiot jest prosty, drugi bardziej złożony.
– Sytuacja jest bardzo niewygodna dla wszystkich.
– Sytuacja już nikogo nie dotknie. Już jest po sytuacji.
– Nie dotknie? Nie dotknie, Darek? Wszystkich nas dotknęła.
– Najbardziej klechę grubasa skurwysyna – śmieję się.
Ale Kredziakowi nie jest do śmiechu.
– Wiesz, ile pieniędzy Frycowi ostatecznie straciłeś?
– To dlaczego ja z Frycem nie rozmawiam?
– Bo Fryc ze śmieciami nie gada.
I to jest może najbardziej przykre w tym momencie, najbardziej bolesne. Że wszystko, co Fryc mówił, całe to braterstwo fałszywe, co przede mną deklarował, te pokoje swoje sekretne, do których mnie zabrał – takim samym było zrobieniem w trąbę, takim samym farmazonem.
Ten prosty przedmiot – Kredziak trzyma go w lewej ręce – to nóż, motylek taki, brudnawy, ale doostrzony, widać to nawet w tym słabym świetle.
Ten złożony przedmiot to długa metalowa rura, czarna cała, śliska od smaru, a przez to lśniąca jak wąż, z plastikowym rozwidleniem na jednym końcu i drewnianą rękojeścią na drugim. Kredziak dzierży ją mocno, ściska tę rękojeść, jakby bał się, że rura sama wysunie mu się z dłoni i pierdolnie go w łeb. Od rury odchodzi z jednej strony druga, krótsza, zagięta, z drugiej wystaje taki mały cycek. Po chwili łapię, że ten cycek to zamek. Blokada do kierownicy, żeby ci auta nie pierdolnęli. Aha. To tak to. No dobrze.
– Ja jednej rzeczy nie rozumiem, Darek. Jak chłop, co w Sztumie z gadami jechał jak z kurwami, co podpalił własną celę, zachowuje się teraz jak jakieś frajerzysko?
– Frajerzysko – powtarzam po nim.
– Tak, frajerzysko, co dzieci sprzedaje.
– Dzieci sprzedaje – powtarzam.
– Przecież nam ta kurwa wszystko powiedziała.
– A ty, Kredziak, na honor bandycki przysiągłeś, że jej nic nie zrobisz.
Niechętnie, ale przytakuje. No przysiągł. Podchodzi do mnie. Zbliża się. Że niby zmięknę, że się ugnę. Ja mu na to, trochę dla bajeru:
– Ciekawe, co klecha powie, jak się ocknie. Kto tam wlazł do niego i go tak urządził. To nie był frajer przecież, co, Kredziak? Może to ty byłeś? W końcu ty gitem jesteś.
Za głupi jest na takie teksty, widać po nim, że mu czapka szwankuje. Nie wie teraz, czy ma się obrażać, czy puszyć.
– Wiesz, co ci powiem, Darek? Ja podobnego nauczyciela w szkole do ciebie miałem. Mariana takiego dziwnego, chudego. Do dziewczynek podchodził na lekcji i je czesał własnym grzebieniem. Coś zepsutego w nim było, spleśniałego. I w tobie też to jest.
Co mam odpowiedzieć na tę Kredziakową analizę? Wzruszam sobie ramionami i tyle. Niech gada dalej.
– To, co się stało, jest tylko przez ciebie. Gdańszczaku, pojebie pierdolony. Hycle powinny być dla takich wariatów jak ty. Ściągać ich z ulicy i od razu na Srebrzysko w kaftan.
Czym jest to, co ja sobie nazywam Strachem? To takie pieczenie w brzuchu, i do tego jakby ktoś wsunął palec do tyłka. To pewna przyjemność, dziwna i dzika, więzienna taka. W gardle robi się sucho. Trochę stoi kutas, tak do połowy. Jak przy babie, ale brzydkiej. Albo przy cwelu.
Niektórzy, gdy się boją, chcą uciekać. A ja nigdy nie chciałem.
Nawet gdy ojczym do mnie szedł, jak już oprawił matulę, to nie uciekałem. Jak stanął w drzwiach i ściągnął portki.
Puk-puk, jeb-jeb, chrup-chrup.
Ojczym stał przede mną, ja byłem mniejszy, on był większy, ale się nie bałem. Rzeczy różnią się od siebie. Można być większym i mniejszym. Można być grubszym i chudszym. Silniejszym i słabszym. Ale żadna różnica o niczym nie przesądza.
– Jakbyś robił normalnie, jakbyś był normalny, jakbyś nie wpadał na pomysły, przez które wszyscy mają kłopoty, to byś wyszedł na swoje, Darek.
– Głupi jesteś – dodaje Balon.
Balon robi wszystko to, co Kredziak, jest jego echem smrodliwym; Kredziak gada, Balon powtarza, Kredziak siedzi, Balon siedzi, Kredziak wstaje, Balon wstaje, Kredziak piardnie, Balon wącha.
– Ty myślisz, Darek, że jesteś jak worek z zagadkami. Ale prawda jest taka, że jedyną zagadką o tobie jest to, że jeszcze ciebie nie skaleczyli, tak fest ostatecznie – bredzi dalej Kredziak. Podkręcił się, coraz głośniej gada.
Myśli sobie, że wyrok na mnie wydaje. Chuja jednak on wie, chuja psiego i śmierdzącego, o skaleczeniach moich.
Można być mniej lub bardziej honornym. Można być większą lub mniejszą kurwą. Ale to jeszcze o niczym nie świadczy.
Kredziak, głupek z nogami śmierdzącymi, on by dostał widelec do dupy pierwszego dnia. On nie ma pojęcia, co tam się zadziało. On sobie tego nie potrafi w ogóle zobrazować w głowie.
Ojciec stał przede mną, tak jak Kredziak teraz. Matula za ścianą najpierw w ogóle nie wydawała dźwięku, a potem wydała jeden jedyny, jakby głodny kot zajęczał.
– Darek, co ja będę gadał. Paskudnie wyszło. Raz, że nakradłeś. Dwa, gorzej, że sprowadziłeś na nas nieszczęście.
– Tobie się mój pomysł spodobał.
– Darek, ja już nie chcę tego słuchać. Masz wybór.
– W sensie Fryc tak powiedział, żeby mi dać wybór?
– A jakie to ma znaczenie, Darek? Ważne, że masz wybór. Ciesz się, niektórzy nie mają.
– Bandycki.
– Tak, bandycki.
Różnice są pozorne. Nie wszyscy silni są tak samo silni, nie wszyscy słabi są tak samo słabi. Nie wszyscy silni i słabi są tacy cały czas. To, że wszyscy idą w to samo miejsce, czyli do ciemnego grobu, nic tu w ogóle nie upraszcza.
Pac-pac. Człap-człap.
– Dostaniesz kosę, szybką, w kichę. Może się wykrwawisz, może nie.
Wiem jedno. Jestem osłabiony, zdradzony. Jestem wątły. Zmora zabrała mi wszystko. Mam jedną czwartą krwi, tyle tylko, by powłóczyć nogami, jedzenie sobie do mordy włożyć. Ale nigdy, przenigdy, nie miałem ochoty uciekać.
– Albo dostaniesz oprawę blokadą. Dwieście razy. Wszędzie, tylko nie po łbie, wiadomo, bo od jutra wracasz do roboty i lepiej, żeby nikt się ciebie o nic nie pytał, prawda? No i to, co jesteś mi krewny, to jeszcze dziesięć procent więcej.
Ojczym stał wtedy w drzwiach, a ja miałem coś w ręku. Bo gdy mnie włączyło, gdy chrupnąłem sobie jabłuszko poznania, to pierwsze, co zrobiłem, to wziąłem coś do małej łapki. Coś małego, co leżało obok. Nawet nie popatrzyłem. Po prostu wiedziałem, że tam jest.
– Chodź tu – powiedział ojczym.
– Chodź tu – odpowiedziałem, niby go małpując. Ale nie małpowałem wcale.
Kredziak waży w dłoniach te przedmioty. Podnosi raz nóż, raz blokadę. Raz blokadę, raz nóż. Nóż będzie szybki, ale nie wiadomo, jak głęboko wejdzie, nawet Kredziak nie wie. Tak jak gada, może przeżyję, może nie.
Blokada będzie trwała długo. Blokada zamieni mnie w obcą, rozpaloną dziwność, w chore cielsko. I też może przeżyję, może nie. Od zomowskiej blondyny umierały chłopy większe ode mnie.
Znam jedno i znam drugie. Byłem w Sztumie. Byłem w wielu miejscach.
– Chodź tu, Skulwysynie – powiedziałem do ojczyma, pamiętam to dokładnie.
Matula tak do niego mówiła, więc ja, maluśny, myślałem wtedy, że on ma na imię Skulwysyn. Coś, co miałem w łapce, to było czyste poznanie. Mały owoc, bardzo ostry. Nie mam pojęcia, czemu akurat tam leżało. U matuli wszędzie coś leżało. Nie było żadnego porządku, co to, to nie. Tu pety, tam szklanki, tu łyżki, tam brudy jakieś, szmatki, nie było wiadomo, czy to do ubrania, czy to do ścierania. Ale ja, maluśki taki, zapamiętałem, że to tam leży. W nieświadomości.
I on ruszył na mnie, ogromny, i szarpnął mną jak kukłą, jak lalką taką, srającym chlebkiem, ale ja wiedziałem, bo wiedziałem już wszystko – wiedziałem, że to małe, bardzo ostre coś muszę trzymać mocno w dwóch palcach.
Jest jedna prawda na temat świata. Jeśli ktoś raz został skaleczony przez silniejszego, uszkodzony na samym początku, to już zawsze będzie kaleczony. Chyba że przerwie to siłą. Chyba że weźmie żyletkę w małą łapkę swoją.
– No i jak, Darek? – Kredziak się niecierpliwi.
Rozkładam ręce. Przeciągam się, jakbym miał wskoczyć na zawodach do basenu.
– No dobra, Fryc gadać ze mną nie chce. Ale popatrzeć też nie chciał?
Kredziak nie odpowiada. Może Fryc patrzy. Może jest tu jakaś dziurka w tej piwnicy, okienko małe w murze, okienko na jedno oko. Może przyciska Fryc oko do tego okienka i robi to, co zawsze robi, gdy patrzy na przedstawienia.
– I po co takie ceregiele? Nie lepiej jak z Jurandem, szybciutko i po kłopocie?
– Szybciej – warczy na mnie.
Wytrącam go z równowagi, i dobrze, bo on na równowagę żadną nie zasługuje.
– Daj się zastanowić, Kredziak. Dla ciebie to i tak bez różnicy.
Wszędzie coś leżało u matuli. Tu pety, tu smrodki, tu szmatki, tam brudy. Żyletki też. Wszystko brudne, wstrętne. Tylko żyletki były czyste.
Moja rączka mała, łapka chlebkowa wiedziała, gdzie ściskać. Wiedziała też, gdzie ciąć.
Rozglądam się po tej kanciapie i nagle wiem, rozumiem – nie ma żadnego Strachu, Strach to farmazon. Strach wymyśliły pedały. To, co mi się wyświetla w brzuchu, to nie jest Strach.
To się inaczej nazywa. Trudno powiedzieć jak.
Kiedyś wymyślę na to słowo.
Nie oddałem jej wszystkiego, tam w Sztumie.
Jak już człowiek raz popatrzy w Drzewo Poznania, jak już raz zerwie to jabłko, to już za każdym razem, gdy w nie spojrzy, dostrzeże nowy owoc, nowy liść.
Dopiero teraz widzę, że w jednym miejscu jest przepiłowana, uszkodzona. Teraz pojmuję – pewnie była na kierownicy tej jego em piątki. To nie jest zwykła blokada, to trofeum jego złodziejskie.
Zdejmuję koszulkę.
– Blokada, Kredziak. Dawaj.
Jak to w ogóle się zaczęło, z Kredziakiem? Choć nawet nie tyle z Kredziakiem, bo ten poboczną jest postacią w tej historii, jak to się zaczęło z Frycem, Cukrem, Mareczkiem, Bentlejem, no i Ewunią, i całą tą menażerią ludzką, tragikomedią? Jak to zaczęło się z ekscelencją dzieciojebcą i żoną Fryca Grażyną? Jak wpadłem w to wszystko, chociaż nie powinienem, bo predyspozycji nie miałem do tego momentu żadnych, zwłaszcza siłowych?
Niedawno, ale jednak dawno.
Dwa lata potrafią trwać i dwieście lat.
Lato eksplodowało nisko na niebie kulą ognia, co zawisła w powietrzu jak jabłko złote. Lato, które sprawia, że wszystko zaczyna puchnąć, przejrzewać, mięknąć i się rozpadać. Owoce gniją na drzewach, trawa robi się najpierw mokra, a potem brązowa, i zaraz gnije, i to się wszystko w jeden dzień dzieje, i duszno się robi, powietrze zaczynają wydzielać na kartki, lecz nawet ono jest niewystarczające, śmierdzi starą dupą i chorą pachą. I w Gdyni było takie właśnie lato, wszystko spływało w dół, powietrze spływało, elewacje domów spływały, mordy ludziom spływały z mord, lody dzieciom z wafli na ziemię, i wszędzie opalizowały kałuże stopionej brei.
To ten kraj spływał, tak po prawdzie. Rozpadło się gówno polepione z gówna, radioaktywna bardacha. Dwa wyjścia były w tym kurwidole: albo się wdrapać na przypisaną sobie górkę i tam chłeptać swój przydział śmietany, albo iść do kolejki ludzi grzecznych i w nagrodę za grzeczność gruz z kałem żreć, w gównie jeździć, w gównie mieszkać, dymać w pochodach, dostać dyplom i talon na balon, odebrać go ręcami poparzonymi jak u Birkuta.
A teraz się przewróciło to wszystko, wywaliło mordą w gnój, między chude świnie. Ludzie zobaczyli na filmach albo rodzina im powiedziała, że w Chicago czy RFN-ie do sklepu wchodzisz i jest pełno wszystkiego kolorowego, i możesz sobie to kolorowe do chaty zabrać, wytarzać się w tym i żreć do popękania. Ludzie zobaczyli, co jest dookoła, podrapali się we łby, poszli na udry. Kurwisko w brylach w odpowiedzi wyłączyło Teleranek, zakneblowało ich wojskiem. Akurat jak ten cyrk odpalili, to ja grzałem ręce przy gazowniku. Zapierdoliłem komuś pałą. Ile ja miałem lat, dwadzieścia, dwadzieścia jeden, fajnie było komuś pałą zapierdolić. Ci ludzie byli głupi. Życie byli gotowi oddać za kolorowe pozłotka. Urban mi się podobał, czułem, że gdybym go spotkał, tobyśmy się pośmieli śmieszniutko. Rechotał z tego bajzlu, i ja też. Jakbym mu powiedział, że te nasze pały łajdackie mogłyby być w kwiatki pomalowane, to by zrozumiał.
Upał tylko przyspieszał wszystkiego spływanie i gnicie.
Stałem w tym dwa lata temu, niby stary, a w krótkich portkach, cokolwiek dziwny, na pewno uszkodzony. Szukałem pieniąchów. Pieniąchy były potrzebne po to, aby trzymać się na powierzchni, nie utonąć w tych lśniących kałużach. One tylko wydawały się płytkie, mówię wam. W niektóre całą nogą można było wpaść, jak w bagno. Pod spodem było piekło.
Było równo rok po Sztumie, jakoś tak. Ze Sztumu wyszedłem, wypełzłem, wyczołgałem się słaby.
I to tej kurwy Zmory wina.
Przed Sztumem byłem potężny. Niepozorny, ale nienażarty. Zjadałem sobie całych ludzi, żułem ich, plułem kostkami. Żarłem frajerów jak pieczone kurczaki, jak zrazy. Posadzili mnie tam, bo brałem sobie, co chciałem. Wchodziłem do sklepów, do ludzi. Brałem i nawet nie patrzyłem. Wsadzili mnie chyba za bimber. Polazłem w kabałę, w noc, w garaże. Śmieszny Darek, wołali na mnie, dobry Darek, ale dobry wariat. Po całym Gdańsku tak wołali. Często takie noce miałem, noce rozciągnięte do tygodni. Wychodziłem z domu, tylko nóż brałem, papierosy, żyletkę. Budziłem się po tygodniu na przykład, w polu jakimś. W ostatnim momencie, bo mnie gonili, wieśniaki jakieś na przykład. I wtedy też poszedłem w taką przygodę, i bimbru się komuś zachciało, polazłem do baby, co metę trzymała, zabrałem jej wszystko, sprzedałem kopa. Ale wtedy akurat – no pech prześwietny – w cywilu gady też flaszkę kupowały. I mnie zwinęli na klatce.
W Sztumie wypadki zawikłane miały miejsce. O tym później. W wielkim skrócie – gorąco się zrobiło, bo miano okazać łaskę, a nie okazano. Przyszła do mnie w nocy, usiadła na klacie. Okropną miała mordę, robaki w niej mieszkały. Cuchnęło od niej nieopisywalnie. Chciała mnie chronić, ale śmiała się ze mnie. Chciała, żebym ją zapłodnił, wrodził w jej paskudny brzuch diable bękarty. Potem by chodziła z pękatym bebzonem, pełnym pająków małych. Potem by je jadła. No tak w wielkim skrócie to ja nie mogłem.
Wziąłem u niej kredyt. Ten kredyt to była lichwa, jak każdy kredyt u demona. Niby gdyby nie ona, to by mnie tam ukrzyżowano. Górniak. Palec. Jajco. I gady. Rząpała. Ukrzyżowaliby mnie jak Jezusa, nawet gąbki z octem do ust by nie podali.
Ukrzyżowaliby mnie za inność moją.
Tak mi wmówiła.
A potem wybuchł ogień.
Na dachach staliśmy na baczność, słońce paliło nas w plecy. Nagranie jest z tego, na kamerze. Można mnie zobaczyć. Trzeci z lewej. Chudy. Wafelek pokruszony.
Wyszedłem stamtąd, ale żywy życiem frędzla. Oddałem na procent swoją siłę, swoją krew, swój głód.
A może ja już nie żyję, co? Jest to niewykluczone, ta moja śmierć. Widziałem raz, jak Kredziak oprawił w ten sam sposób osiemnastoletniego byczka, nabitego, odkarmionego na ziemniakach. Chłopak to ledwo przeżył, potem opowiadali na Chyloni, że wyszedł z tego ciutkę wolniejszy, inny taki.
Więc skoro silny chłopak był uszkodzony po tym oprawianiu Kredziakowym, to co ja mam powiedzieć – cherlawy, wypompowany, wypełniony własnymi flakami zbitymi na mus, na pasztet? Tyle ze mnie, ile z przejrzałej gruszki, co przeleżała pod drzewem pięć upalnych dni, ledwo dociśnięta butem przez przebiegającego łobuza. Lekko pacnąć i rozpada się w ciepły mus.
Rok po Sztumie, czyli dwa lata temu, stałem na ulicy we Wrzeszczu, konkretniej pod Cristalem na Kilińskiego, i nie wiedziałem, co zrobić. Znaczy, leżały przede mną różne pomysły, rozłożone jak nieudany pasjans – ale żaden jakoś nie pasował. Mogłem chwycić cegłę czy kamień, trzasnąć w szybę Pewexu, wbiec, wziąć coś, wybiec. Mogłem kogoś walnąć w łeb, przypomnieć mu, że życie bywa kruche. Mogłem się zastawić albo zachlać. Mogłem podziałać nożem. Nic mi się nie podobało. Nic mi nie pasowało. Chyba tylko tkwienie dalej w tej zwykłości. Bycie przestrzeleńcem, pracownikiem. Udawanie takie. Człapanie przez życie. Schylanie się do kija przez łeb, kija przez grzbiet. No tak nie można. Nie można odczłowieczyć człowieka. Nawet największe osłabienie, największe krwiopijstwo nie zabierze człowieczeństwa. Ale tyle miałem, właśnie tę człowieczość i jej znak, kropkę między kciukiem a wskazującym. Miałem puste zanadrze, żadnego caca. Siły nic, nie jadłem, tyle, żeby chodzić. Jajko jakieś, kromka chleba. Jedzenie mnie odrzucało, Zmora zabrała łaknienie.
Stałem pod Cristalem, bo jeszcze do niedawna robotę tu miałem. Kelnerowanie było dobre, bo obsługiwało się różnych ludzi, większych i mniejszych, grubszych i chudszych. Nie umiałem w gastronomii dobrze przykręcić, do tego trzeba było na barze stać albo na bramce. Ja biegałem z tackami. Był nawet sens w tym bieganiu, bo do Cristala zachodzili ci najgrubsi. Niecały rok wcześniej były urodziny Wałęsy, to na tych urodzinach widziałem po raz pierwszy delegację warszawską, grubasów chudych, a jednak tak upasionych, że się nie mieścili w te za duże marynarki. Perszingi, Sparingi, Trzewiki, Sokoły, to wszystko cioty były, ale w Cristalu co chwila patrzyli na złote zegarki, nie że która godzina, ale po prostu, czy się nie pobrudziły. Przyjeżdżało toto z Warszawy, siadało obok Wałęsy i nawijało mu makaron na uszy o swoich dziwnych sprawach, potężnych interesach, czerwony sos kapał im z palców na podłogę, niektórzy go nie widzieli, ale ja go widziałem, ten sos kapiący, a Lechu z nimi siedział, bo Lechu siedział z każdym, kto umiejętnie udawał, że wielbi go jak Boga. Mogłem się napatrzeć. Tylko że kelnerowanie miało też wady, bo było się dla tych ludzi powietrzem, a nawet gorzej, kukłą nakręcaną na sprężynkę. Co się robi w tej robocie, tylko się przynosi i nic więcej, jak trochę za późno, to się oberwie bluzgiem albo łapą w pysk, jak trochę za wcześnie, to tak samo, a gdy idealnie na czas, to potem w nagrodę ochłap dają, papierek nieznaczący, za który gwoździa nie kupisz nawet, nawet sznura.
Stoję pod tym Cristalem, bo właśnie straciłem robotę. Wściekłem się, gdy przyszła ta łajza, dzieciojebca solidarnościowy w sutannie, i kazał brzeg talerza po pomidorówce czyścić własną koszulą. No co, niosłem talerz, ciut zawirowało, obręcz zupy została, tyle, nic się nie wylało. Poszedłem do kierownika, ten patrzy na gada, mówi, że mam czyścić, jak klecha rozkazał, własną koszulą, tak, kurwa, nic się nie przesłyszałeś Darek. Ale będę w brudnej koszuli latał, mówię mu. Nie, nie będziesz, bo na mojej sali w brudnych koszulach nikt nie lata.
Cristal to był wtedy świat, kandelabry, świeczniki, żyrandole, tureckie dywany miękkie na podłodze, buty się w nie zapadały. Wszędzie gustowne drewno, menu w skórzanej oprawie, ciężkie jak Biblia. I tylko z kibla wiało stolcem, no trudno, wszędzie dawało stolcem, nie było na to rady. Taka była, jest i będzie polska ziemia. Niuch-niuch.
– A więc to tak – powiedziałem do kierownika. Kierownik miał na imię Roman. Była z niego taka wysoka, szpakowata i szpotawa kurwa z zakrzywionym nosem. Miał kochankę, rajstopiarę taką, z utrwalonym czubem; na szatni siedziała, a jak gadała, to dawało od niej octem.
– Tak, to właśnie tak. – Roman pokiwał łbem.
Nie miałem nic przy duszy, zresztą co tu było mieć przy duszy w tej Polsce śmierdzącej? Dolary, zegarek Omega. Daczę. Mercedesa. Szklarnię. Ojca postawnego, w gajerze lub mundurze, ojca tuż przed zawałem, wiecznie spoconego, ale jeszcze coś mogącego – tu przestawić, tu podnieść, tego zepchnąć. Nie miałem żadnej z tych rzeczy. Miałem tylko swoje imię. No i kropkę na ręku. Choć ta kropka była jak pieniądz w kieszeni. Z dnia na dzień coraz mniej warta.
– Darek – powiedział dziwnie miło i nagle klepnął mnie w ramię.
Już nie żyjesz, pomyślałem. Nie ma cię. Znikniesz sobie, wyparujesz, pstryk. Nie ma cię i nigdy nie będzie, jak w sumie każdego – ale ciebie to nie będzie szybciej. Dziwaczne to było, bo od roku robiłem w Cristalu za wycior do pizdy, a ani razu tak nie pomyślałem, w ogóle od Sztumu nie pomyślałem, żeby kogoś naprawdę skaleczyć, żeby w głowie zrobić ten miękki krok.
– Darek, wiesz. Ja potrzebuję kogoś, kto bardziej docenia to, co ma.
Cofnąłem się. Nie zrozumiałem tego, co powiedział. Zrobiłem nie jeden, ale dwa kroki. Przy tym drugim tupnąłem. Nikt mnie nie będzie dotykał, chyba że w chuja ten, komu na to pozwolę, taką przysięgę złożyłem już dawno. Popatrzyłem w te durne Romanowe oczy. Nic nie wiedział, bo nikt nigdy nie wie, kiedy wydawany jest wyrok. Wyroku nie słychać. Za łatwo byłoby wtedy.
Wróciłem na salę. Podszedłem do tej klątwy ludzkiej w sutannie, rozpartej i rozlanej przy stole, jakby ktoś chlusnął ropą prosto z beczki. Ryj miał przyozdobiony okularami typu cobra, tyle że korekcyjnymi. Ściskały głowę zwieszoną smętnie nad talerzem pomidorówki, z czerwoną obręczą zupy powstałą w wyniku lekkiego zachybotania.
– Jestem – przypomniałem mu.
Można kaleczyć różnorako, myślałem wtedy. Naprawdę pełno tego, do wyboru do koloru, w sumie najlepszy asortyment mają w sklepie z potwornościami. Można robić krzywdy tępe, takie z samej siły uderzenia. Ale można robić też krzywdy jak podstępy, krzywdy ledwo widoczne, okrutne sztuczki. A można też i robić krzywdy najstraszniejsze, które są jak całe przedstawienia. Myślałem o tym już wtedy, śniło mi się to po nocach i pociłem się przez to. Ale wiedziałem jedno. Sam jestem Upiór. Gdy Zmora do mnie przylazła, to przyszedł swój do swego. Jestem Upiór, ale jedno wiem – kaleczenie to coś, co dorośli robią sobie nawzajem. To jest odpowiedzialność dorosłego, zrobić unik, kroczek w bok, i albo się obronić, albo skaleczyć pierwszemu. Odpowiedzialność i umiejętność. Dorosły chłop i dorosła baba mówią sobie: dobra, będę teraz kaleczył, bo taki chcę być, tak chcę mieć chleb, takie chcę mieć życie i rozumiem, że może być przeróżnie. Rozumiem, że kalecząc, wyrażam zgodę, aby ktoś skaleczył mnie. Bum-bum. Ciach-ciach. Jeb-jeb. Tymczasem dzieciaczek mały, gówniaczek-resoraczek, on nie może sobie postanowić, że będzie kaleczony albo że będzie kaleczył. Dzieciaczek nie może postanowić sobie nic.
Różne rzeczy można było robić, ale szarpać dzieci, gnieść dzieci, wkładać dzieciom – nigdy. Takie jest prawo. Nie wiem, kto je zapisał, ale wiem, że jest inny świat, pod skórą tego gównianego świata tutaj, i to prawo jest właśnie stamtąd. Zobaczyłem je w oczach Zmory. Przeczytałem je i zapamiętałem.
– Jestem – powtórzyłem.
Podniósł łeb. Chyba już nie pamiętał, co wcześniej gadał ani kim jestem. Obok jego lewej ręki stała prawie pusta półlitrówa gorzały. Są wstrętne zwierzęta, zwierzęta zepsute, takie, które tylko szkodzą innym zwierzętom, i on był jednym z nich. Skoro nosił na szyi znak Boga, a Bóg nic sobie z tego nie robił, znaczyło to, że Boga nie ma. Nie robiłem w głowie żadnych miękkich kroków do niego – ja podbiegłem w myślach do skurwysyna, pocwałowałem do niego. Wyroków wcale nie słychać. Tylko co były warte te wyroki moje, gdy krew ze mnie spuszczono, pozostawiono ofermą frajerską? Co miałem zrobić? Wziąłem rękaw koszuli i wytarłem obręcz talerza. A potem zdjąłem tę koszulę, złożyłem równo, bo nauczyłem się wielu rzeczy w miejscach rozmaitych, między innymi równo składać koszule, i położyłem tę złożoną koszulę tuż przed nim, przed tym zwieszonym paskudnym gównianym łbem.
Parę chwil później stałem pod Cristalem przy Kilińskiego, we Wrzeszczu, gdzie kiedyś matka mnie wydała na świat; pod prostokątnym pawilonem paskudnym, zabawką radziecką z azbestu, dla jakiegoś popromiennego dziecka olbrzyma. Ja nie chciałem, by bawiło się mną żadne dziecko. Ja nie chciałem do kałuż wpadać i się topić. Ja chciałem odzyskać siłę i głód.
To, co miałem, a co porzuciłem w korytarzu ognia, wśród pał, strzałów i gazu. Pod niebem drgającym od żaru, niebem niczym przerażona twarz. Widać mnie na filmie, mówię. Trzeci od lewej.
Stałem pod Cristalem i wiedziałem, że będzie tylko gorzej.
Potrzebowałem też pieniąchów. Prawdziwych pieniąchów, nie papierków polskich. Naciągnięty byłem jak gumka procy, taka cienka, co piszczy wciąż, że pęknie. Żar był straszliwy, beznadziejny. A jak ma się czuć człowiek stojący z gołą klatą w piekielnym upale? Przecież nie ściągnie z siebie skóry, może ją co najwyżej ściągnąć z kogoś innego.
Te karty, co leżały na stole, to nic w nich nie było. Same dwójki piki.
Czas narysować swoją własną kartę. Wykroić ją nożem z kartonu. Zamalować na biało. Narysować ołówkiem trefle albo piki.
Mieszkałem wtedy w kamienicy na Jaśkowej Dolinie. Wróciłem tym samym na śmieci stare niczym obcy człowiek. Przez mój czas we Sztumie zmieniło się wszystko, wymienili się ludzie, stare ekipy rozpuściły się w niebycie, Gdańskiem rządzili małolaci, którzy tworzyli się w nowe, lepiej zorganizowane grupy. Przespałem angaż do tych grup. Ci, z którymi kręciłem roboty, albo garowali wyroki, albo pouciekali do Austrii i Niemiec. Ja byłem zgredzik. Miałem swoje umiejętności przeróżne, ale co z tego. Spotykałem co rusz jakiegoś starego koleżkę, ale ten zawsze robił krok w bok, nie chciał gadać. Jakby wyczuwał, że coś się we mnie zepsuło, trefny się zrobiłem, nienadający. Inna sprawa, że zawsze byłem napromieniowany innością swoją, i jeśli trzymano się ze mną, to oportunistycznie, by wykorzystać tę moją gotowość, łapczywość, by użyć tego, że stawałem się psem najwścieklejszym wolą mocy własną. Inny byłem, ale chociaż silny. A teraz byłem żaden. Darek Kinski.
Mieszkałem we wspólnym pokoju z dwoma chłopakami, nie za bardzo wiedziałem, co robią, tyle tylko, że jeden lubił walić się do wyra w tych samych skarpetach, w których biegał cały dzień. Pod każdą celą świata taki zamach na higienę byłby ukarany okrutnie i należnie. Za ścianą mieszkała stara kobieta, która dzień i noc bezkształtnie zawodziła, wydawała ten sam dźwięk, nieważne, czy spała, czy nie, wyła tę kościelną pieśń, w której połknęła wszystkie spółgłoski. Na początku zdarzało jej się jeszcze człapać po mieszkaniu, jakby ją jakaś siła przedziwna animowała. Potrafiła wtedy na przykład wejść do kibla – drzwi nie zamykały się od wewnętrza – i usiąść na kolanach temu, co siedział na dzbanie. Zepchnąć ją trzeba było do wanny, nim zaczęłaby srać, ale delikatnie, żeby się nie połamała. Raz mi się to przytrafiło, udało mi się ją z refleksem przestawić, ale jednego z tych chłopaków budowlańców to zwyczajnie wzięła i obesrała.
Szybko jej ta witalność tajemna przeminęła. Teraz leżała już w barłogu i robiła pod siebie. Przyłaził jej doglądać syn, krępy, nicniemówny chłop w dresowych portkach. Do nas pukał raz w miesiącu po pieniądze. Widziałem go kiedyś nad ranem, niedaleko dworcowych kibli, rozglądał się nerwowo, licząc na chuja do dupy, a w ciemności dookoła niego krążyły niewidzialne diabły. Ja go widziałem, on mnie nie. Miał większe problemy niż pusta dupa, ale o tym nie wiedział.
Wszedłem do pokoju tylko po to, żeby włożyć coś na grzbiet, wytartą piłkarską koszulkę Pumy. Nie było żadnego z tych dwóch niedomylców, pocili się na budowach czy złomowiskach. Przejrzałem ich szafki i kieszenie. Maszynki do golenia, jakieś monety, nic szczególnego. Paczka popularnych, napoczęta, karty z gołymi babami. Zza ściany znowu usłyszałem to jęczenie. Coś się stało tej starej, kiedyś, może na wojnie. Coś zobaczyła, pewnie, jak się sołdaty bawią. Z mamunią, z siostrunią. Popatrzyła sobie tak na to i zaczęła wyć. Może z nią też się zabawili. Dla tych ruskich zwierząt dziura to była dziura, mała, duża, wsio rawno. Jak zaczęła wtedy wyć, to do dzisiaj nie przestała.
Schowałem te karty, fajki, te mońce drobne do kieszeni, chociaż tak naprawdę nie potrzebowałem ich wcale. Powoli, na miękkich palcach, jak zamyślony bokser wyszedłem na korytarz, wysoki, duszny i ciemny. Po obu stronach wznosiły się przyklejone do ścian zwały szmelcu, którego nie potrzebował nawet diabeł. Zza podwójnych odrapanych drzwi biła mieszanina smrodów niedobrych. Coś we mnie pulsowało, ziarenko. Nie umiałem go nazwać. Czułem wykluwanie. Jaki jest odgłos wykluwania? Pok-pok. Plyk-plyk.
Czy to była siła? Czy coś wracało? Gdy oddawałem Zmorze to, co miałem, poszła między nami normalna bajera. Była w tym moja naiwność – w przekonaniu, że bajera to bajera, że święte jest święte. Podobno gdy przychodziła do innych chłopów, siadała im na piersiach, ściskała im serca, to oni sikali ze strachu, najwięksi mordercy, największe gity. Mnie po prostu od niej śmierdziało jak od każdej kurwy. Powiedziałem jej to i się zdziwiła, a ja zaśmiałem się w duchu, bo trudno zdziwić kurwę, a mnie się jednak udało. Teraz zamierzałem zdziwić ją znowu. Przekręcić jakoś. Nie wiedziałem jeszcze jak, ale zrozumiałem, że zaraz to wykminię. Mądra wcale nie jesteś, myślałem. Zrobię cię w trąbę, a potem będę renegocjować kontrakt.
– Czy jesteś tutaj? – zapytałem na głos. Myślałem, że mój głos będzie donośniejszy, ale to było tylko kwilenie, co ugrzęzło zaraz w tym ciemnym, wysokim powietrzu, pod tym czarnym stropem.
Może była, może nie.
Otworzyłem drzwi, skrzypnęły, jakby przejechać nożem po kamieniu.
Stara leżała w barłogu, niewiele z niej było, suche nic, plama, nie człowiek. Przywalona kołdrami, uwięziona w piekle minionej chwili, której oprócz niej nikt nie pamiętał. Co to była za chwila, mogłem sobie tylko wyobrażać. Młoda, przed chałupą, plamki na horyzoncie, coraz bliżej, ruscy sołdaci. Matka tak zaciskała nogi, że ostatecznie bagnetem ją przebili. A jej nie przebili. Może coś takiego. Nie zdziwiłbym się.
Niewiele osób zgadza się na rzeczywistą naturę świata. Większość próbuje za wszelką cenę kremem ten świat smarować. Fałszywym kremem, słodkim. Mnie ten krem nigdy nie smakował. W świecie nic nie ma, najbardziej nie ma w nim sprawiedliwości.
To gdzieś było. Gdzieś tutaj. Fart. Zaczyn. Pikuta. Chodź, chodź, myślałem. Dawaj, dawaj. Wycinałem nowe karty skrupulatnie, musiały być takie same, nie mogły być niefartowne, nie mogły być brzydkie. Ostrożnie, jak dzieciaczek maluśny z wysuniętym językiem, przejeżdżałem powoli po wyobrażonym brystolu, wyobrażonym nożykiem robiąc wyobrażone, zaokrąglone brzegi. Brzegi zaokrąglone jak małe dupy. Dwadzieścia cztery karty, wyższe arkana, od dziewiątek do asów plus jokery. Serca, karo, trefle, piki, ale wszystkie czarne. Damy kurwy, jopki cwele, króle gady. Rysowałem, wydrapywałem malutkim kawałkiem gryfu nowe możliwości. Złudzeniem było to – co wiem już teraz, stojąc naprzeciwko Kredziaka w piwnicy – że siła wróci szybko. Nie, nie wróci.
Wystarczyło ciut przycisnąć. Uwolniłem ją do miejsca, w którym nie musiała już jęczeć. Może nawet było tam to światło, które wyobrażała sobie we łbie, wyśnione tło jej cierpienia. Niewielki, naiwny Jezus patrzył na nią z obrazka, przybitego do tapety, która wyglądała, jakby na nią ludzie na sygnał srali. Ufała mu, z jego serca wychodziło światło. W brzuchu poczułem dziwne drapnięcie, pieczenie dobrego uczynku. Może ten jej syn, wypatrujący chuja wśród demonów, niespokojny głupek, również poczuje coś takiego, gdy tu wejdzie. Może podziękuje, niekoniecznie mnie albo czemuś konkretnemu, po prostu podziękuje w powietrze.
Karty. Nowe. Zobaczyłem je. Rozłożone na stole, świeże, czarne, czekały. Coś musi tu być, mówiły mi. Ona coś musi mieć. W tej jej grocie była taka sama bardacha jak na korytarzu. Nigdy tu nie wchodziłem. Nie wiedziałem nawet, czego szukać. Te przedmioty to nawet nie były przedmioty, spleśniało to na kupie, kiece jakieś stare, halki, koce, pierzyny, tylko na stoliku obok coś wyodrębnione, szklanka z żółtą wodą, tabletki z krzyżykiem, modlitewnik, różaniec, gówno warte. Zacząłem zwalać, przeglądać, szukać, macać. Musiało tu być, wołało mnie. Dawaj, dawaj. Chodź, chodź. Szybko, szybko. Sznela, sznela. Brudne to było, okropne, od choroby, najlepiej byłoby iść gdzieś się zdezynfekować, odplamić. Płynem lugola, wapnem. Watą szklaną zedrzeć skórę po tym wszystkim. Ale nowe karty uspokajały. Fajnie wyglądały. Pachniały pięknie. Wszystko w swoim czasie, mówiły. Szukaj, szukaj. Nie bój się. Wąchaj, wąchaj. Znajdziesz trop. Niuch-niuch.
Pod zgniłymi szmatami, kocami i kołdrami w końcu coś było – skórzana walizka pełna zbutwiałego smrodu, jakby do środka napchali martwych królików. Ale to nie były króliki, po prostu jeszcze więcej szmat, pakułów, starej waty bardaszanej, rozpadu nabrzmiałego. W końcu wszystko to rozpad. Jak coś jest całe, nowe, to przecież tylko czeka. Otworzyłem tę walizkę i zacząłem wyrzucać zawartość na zewnątrz, a choroba, którą były te rzeczy przesiąknięte, choroba podkarmiona upałem, wyziewami starej, wżerała mi się w dłonie i wiedziałem, że niedługo sam będę chory, w gorączce, samotny i zdychający od zakażenia.
Trudno. Gryz-gryz. Chap-chap. Niuch-niuch.
Znalazłem je w reklamówce z Pewexu. Obwiązane złotym łańcuszkiem z Matką Boską. Był na nich prezydent amerykański Jackson, co wyglądał jak niedożywiony Chopin. Naliczyłem ich pięćdziesiąt, tych Jacksonów. Pięćdziesiąt razy dwadzieścia równa się tysiąc. W siatce były jeszcze złote pierścionki, kolczyki, taki szmelc. Za tysiąc mogłem kupić wszystko. To mieszkanie, mieszkanie obok i mieszkanie na dole. Za tysiąc mogłem narysować sobie drzwi w powietrzu i wejść przez nie do innego świata. Przerwać błonę i przejść na drugą stronę. Do czerwonego pokoju. Znaleźć ją i przemówić do rozsądku.
Kształt wyraźniał. Rysunek wyostrzał. Oznaczenia kart mówiły głośniej, jeszcze głośniej. Złożyłem pieniądze na pół, schowałem do kieszeni. Zajrzałem jeszcze do pokoju, w którym spałem. Te łańcuszki i złote dyrdymałki włożyłem niedomylcom do szuflady, między monety, skarpety i maszynki do golenia, tylko trochę głębiej.
Pieniądze są niebezpieczne, pieniądze to nóż bez rękojeści, samo ostrze z obu stron – ostrze świetne, zabije każdego, ale dłoń zawsze trochę krwawi. Od pieniędzy pomysłów zaczyna być pełno, kipią w głowie jak ukrop, trudno je powstrzymać, krzyczą krzykiem głodnych pisklaków. Nadzieja to upiorny haj, rozsadza oczy i jajca. Gdy wybiegałem z domu starej, nie patrzyłem na nic i na nikogo, tak jakby cały świat ściekł w dół i została tylko podmalówka, tapeta taka. Może nawet minąłem tego jej biednego syna chujoroba, zbiegając po schodach na łeb, na szyję. Nieważne, karty milczały, dawały mi się wyszumieć. Złudzenie, że wyruchałbym wszystko we wszystko, było przepotężne, mógłbym wejść do każdego burdelu w Trójmieście i zostawić dziecko w każdej kurwie, myślałem – ale tak naprawdę nie miałem na to siły, Zmora wyrwała mi również kutasa, był nieprzydatną zabawką, sikawką dzieciaczka. To też biorę, powiedziała, siedząc na mnie okrakiem. Zgodziłem się. Chciałem żyć. Chciałem przejść przez ogień tak, żeby cokolwiek ze mnie wyszło po drugiej stronie.
Trzeba było uciekać. Uciekać z Gdańska, z tych starych podwórek, na których mieszkały tylko duchy. Chciałem przejść na drugą stronę. Przerwać tę błonę, za którą czaiła się Zmora. Dziurę zrobić w błonie jak w membranie i wyciągnąć kurwę z drugiej strony świata, uciąć głowę, zabrać, co moje.
Na razie zdecydowałem się pojechać do Sopotu.
Bliżej, a jednak gdzieś indziej.
Sopot przywitał mnie zimnym, słonym wiatrem, który szedł od morza i umiał wyczyścić każdy brud i każde kurestwo. Dlatego w Sopocie tyle tego było – bo każdy wiedział, że cokolwiek zrobi, zostanie ułaskawiony przez ten wiatr, dostanie rozgrzeszenie. Zwykłych ludzi potrafił wpędzić do trumny, na sznur, wywiać im ostatnią radość z kości. Ale nas, bandytów, ułaskawiał jak Jezus Barabasza.
Poszedłem w Monciak. W głowie mi huczało. Dzień się kończył, tak długi dzień, który przecież dopiero się zaczynał. Szukałem ich, chociaż tak naprawdę nie wiedziałem, kogo szukam. Coś popychało mnie do przodu, fizycznie mnie popychało, pieniądze w kieszeni ważyły kilkanaście ton, jak głaz przytroczony do słabego cielska. Chciałem iść na Wzgórze Piwowara, do Bungalowu, bo tam siedzieli wajchowicze, chciałem się na nich popatrzeć, wybadać ich, może potem z nimi dogadać. Iść na Szwedy. Może zaciągnąć jednego w krzaki, pogadać z nim bardziej. Spróbować, czy mi to dalej smakuje, krew tętnicza.
Ale nie miałem siły. Miotało mną jak łajbą, normalnie zaraz na izbę mnie zgarną, pomyślałem. Wlazłem do Hortexu. Gdy usiadłem na krześle, byłem mokry od potu. Zamówiłem kawę, krem sułtański, kompot jakiś, cokolwiek, by zjeść i wypić. Kelnerka coś mówiła, zgrabna dupa, ale jakby nieistniejąca, ktoś ją uszył z gabardyny, tylko twarz ściekała jej ze łba jak ciepły kisiel. Blondynka, słomiana taka. Chłopka ze wsi. Przyniosła cały ten ambaras, którego nawet nie chciało mi się tknąć, ledwo łyżkę umoczyłem w kremie. Złapałem się na tym, że przecież nie mam czym zapłacić – nie dam wszak tej cipeczce gabardynowej całego Jacksona za plujkę i smarowidło z salmonellą.
Popatrzyła na mnie szybko, chyba to zrozumiała. Złapałem ją za dłoń w przegubie. Puls jej furkotał. Wziąłem sobie z tego pulsu odrobinkę, maluśko, tyle, by nie zemdleć. Popatrzyłem jej w oczy. Na duszy pojawiła się jej mała ryska. Szczęście masz, że jestem słaby, pomyślałem. Wszyscy macie tu szczęście.
– Daj kogoś, kto tu coś wie, co się dzieje – powiedziałem do niej cicho, a ona zrozumiała.
Wyglądała jak laleczka przeniesiona tu z innego świata, porwana z lepszej epoki. Zniknęła szybko, zostawiając mnie z kawą. Wziąłem łyk i zmusiłem się, żeby nie odpluć na stół. Okropieństwo okropne. Rzyg-rzyg. Tfu-tfu.
Przyszedł po chwili, w białej koszuli, chuchrowaty i z wąsami jak u dzieciaka z podstawówki, cieniami takimi niegolonymi; do tego napomadowane włosy, nie na smalec, coś lepszego miał ze statku, RFN-owskie smarowidło jakieś – błyszczało się dobrze, dziewczyny musiały to lubić. Na łapie miał zegarek, Kirowskije, wyeksponowany, od ojca dostał jak nic. Młody chłopak, ale udawał starszego, nawet udatnie udawał. Pokazałem mu, żeby usiadł, pokręcił głową, że przecież nie może, to klienci są od siadania, a potem przemyślał sprawę, rozglądając się dookoła. Dał mi znak łbem, abym poszedł za nim.
Podwórko było ciasne, parapety ciepłe jak płyty w piekarniku, wygrzewały się na nich koty, którym wciąż było mało. Poczęstował mnie papierosem, chociaż to ja powinienem poczęstować jego.
– Jakiegoś zajęcia szukam. No i waluciarza, co mi nie da kursu bandyckiego.
Zmrużył oczy. Wypuścił dym. Ja paliłem płytko, nie potrzebowałem i mi nie smakowało, ale gdybym skiepował przed filtrem, byłaby to niepotrzebna pogarda.
– Ja cię kojarzę. Ty z Gdańska jesteś. W Cristalu kelnerujesz.
Chrząknąłem w odpowiedzi. Niedobrze, ale z drugiej strony, jak miał nie kojarzyć?
– Wódki razem nie piliśmy. – To nie była z mojej strony nieuprzejmość celowa, bardziej faktów ustalenie.
Zajarzył. Łbem pokręcił na znak, że owszem, że nie.
Jakaś baba wystawiła łeb przez okno, na parapecie miała przygotowaną poduszkę na podwórkowe kino. Pewnie najmniejszy szelest przywoływał ją na ambonę.
– Wszystko w porządku – powiedział do niej chłopak.
Oparta o tę poduszkę, widziała i słyszała niejedną naradę. Może przynosił jej ciastka po robocie, wyglądała, jakby lubiła słodkie, zażerała słodkim wszystko, co złe, a dużo tego było, jak to u starej baby.
Rzucił petem, zgasił butem, od razu wsadził sobie w gębę następnego. Pokręciłem głową, zanim zdążył zaproponować. Te polskie papierosy to zawsze smakowały jak kurwia pizda. Idąc tą metaforą lizakową, jak człowiek pierwszy raz sztachnął się porządną pojarą, Marlboro albo Benson & Hedges, to jakby normalnie samemu Jezusowi Chrystusowi z połykiem knagę oheblował.
– Ja z Gdyni jestem. Marek – powiedział. – Kojarzę cię, bo my kiedyś w Cristalu spotkanie mieliśmy.
– My. Spotkanie – powtórzyłem.
Spalił się, jakby powiedział coś za dużo. Wyczułem go, zrozumiałem.
– Czyli tu tylko w dzień siedzisz – zrozumiałem.
– No, czasem coś się działa.
– A jak się nazywają ci, dla których działasz?
Pokręcił głową.
– Za dużo chcesz wiedzieć.
– Ale mówisz, że w Gdyni można podziałać – docisnąłem.
– Jak jesteś z Gdyni. – Wzruszył ramionami.
– Ja mogę być z Gdyni, jak trzeba – odparłem.
Coś tak jakby się uśmiechnął, trudno powiedzieć. Pedrylem nie był, choć trochę wyglądał. Sprawiał wrażenie, jakby ten piczowąs to mu tydzień temu przez noc wyrósł, jakby dopiero co wyfrunął z zawodówki, a dziewczynie najwięcej, co zrobił, to lekko smyrnął za majtkami. Z drugiej strony w tej buźce dziecinnej tkwiły oczy dziwnie stare i smutne, lekko mleczne. Oczy człowieka, który zmiarkował, że sensu żadnego nie ma w tym stworzeniu naszym. Zrobiło mi się trochę ciepło do niego. Tak jak kiedyś do Malinki. Malinka, oj, Malinka. Chociaż Marek piczowąs to innego asa mi przypomniał niż Malinka. Górniaka. Tak, za Górniakiem też mi się ciepło zrobiło, ale inaczej. Mniej miłośnie.
Górniak. Malinka. Różni od siebie byli bardzo, lecz obaj zaśpiewali swój śpiew.
Otrząsnąłem się z niepotrzebnych wspomnień.
– Pogadałbym z tobą chwilę kiedyś.
A on, ku mojemu zdziwieniu, powiedział:
– No to wpadnij do Gdyni. Mieszkam w Śródmieściu, Abrahama dwadzieścia przez osiem. Coś wymyślimy. Tu nie przychodź, bo się zwalniam zaraz.
I zniknął w środku, i tak mnie zostawił, z marzeniem i babą na parapecie.
Zanim Zmora zabrała mi siłę, mogłem wsadzać w cokolwiek, nie przeszkadzało mi nic. A najbardziej kochałem wsadzać w niewinność, nieważne, czy w dziewczynę, czy chłopca. Najważniejszy był ten smak, kwaśnego, co właśnie zmieniło się w słodkie. To lekkie pęknięcie w oczach. Słodki taki. Am-am. Niuch-niuch. Żeby było jasne, nigdy dzieci. Co to, to nie. To zbrodnia największa. Wyrosłe, ale niewinne, a przy tym chętne, ciekawe – to było najsmaczniejsze.
Tego wieczoru chodziłem po Sopocie, dopóki nie opadłem z sił. Pot stygł na mnie, tężał w klej. Skazany byłem na siebie. Ciągle grzałem puchę, często tak jest na wolności. Tylko na wolności jeszcze trzeba udawać. Dlatego się wraca. Bujało mną na lewo i prawo, ale perfidnie, to ona bujała. Doszedłem do lasu i to na moment mnie zatrzymało. Musicie wiedzieć, że Trójmiasto jest sczepione niewidzialną siecią, żyłami i nerwami dzikości. Jeśli gdziekolwiek w Trójmieście wejdziesz między drzewa, to jakbyś wchodził w labirynt. Jeśli wiesz, jak iść, jeśli umiesz ich słuchać i czytać wycięte w korze niewidzialne znaki, to możesz wyjść gdziekolwiek, w Gdyni, w Gdańsku, w Wejherowie, w Rumi. Patrz pod nogi, a znajdziesz miejsca, których nikt nie chce, abyś je znalazł; miejsca, w których poukrywane są okrutne skarby.
Może więc to i moje przeznaczenie, pomyślałem. Przejść na drugą stronę. Do obcej, polskiej Gdyni z Gdańska niemieckiego. Poszukać tam nowych ekip, nowych wrażeń. Przygód. Westchnień.
Bałem się jednak opuszczać Sopot; nie miałem siły na te okrutne skarby, nie chciałem iść do ludzi taki słaby. Zatrzymałem się przed Operą Leśną, co wyglądała jak ogromny szalet, porzucony w lesie drewniany upiór. Rozpadało się to dziadostwo na pojedyncze deski, gniło zaśmiecone i popękane, i nie wiem, kto mógłby tam występować, chyba tylko chór śmieciarzy albo kwartet smyczkowy cweli. Był to dla mnie widok szczególnie przykry. Jeśli istniało coś, czego nie chciałem prędzej czy później zagryźć, szarpnąć, pociąć – jeśli coś w życiu rzeczywiście kochałem – to były to piosenki. Nie marzyłem o własnym domu, ale zawsze chciałem mieć kolekcję płyt czy kaset, mój zbiór utworów ukochanych.
Stałem tak, ogrzewany przez tysiąc dolarów w kieszeni, pewno miałem na udzie czerwony ślad. Stałem naprzeciwko tej ruiny i się wahałem, zadziwiając samego siebie tym wahaniem, bo nigdy się nie zastanawiam, czy coś mogę, a następnie przeszedłem przez zaśmiecone, obsrane trybuny i wdrapałem się na scenę. Było zupełnie pusto, jakby wszystko zdechło, wszyściuteńko, jakby nawet ptaki i wilki zrezygnowały z życia albo przeszły w sen podobny do zimowego, ale inny, rozgrzany, taki sen w gorączce. Nawet zwierzęta o czymś majaczą, wiedziałem to.
– Dzień dobry państwu – powiedziałem do publiczności, której nie było. – Witam państwa bardzo serdecznie. Nazywam się Darek Kinski i poprowadzę dla państwa Srebrny Jubileusz Festiwalu Piosenki w Sopocie.
Cisza. Nawet nie zaszczekał pies. Upał wybił wszystko i wszystkich. Noc nie przyniosła żadnej ulgi. Nikt nie zgasił słońca, po prostu zasłonili je czarną krepiną.
– Wystąpią dziś wyjątkowe gwiazdy – mówiłem dalej. – Halina Frąckowiak, która wydała swoją płytę długogrającą, z przepiękną piosenką Tin Pan Alley z tekstem Janusza Kondratowicza. Niemiecki piosenkarz Fancy zaśpiewa Flames Of Love. Wieczór uświetni zaś brytyjska gwiazda Samantha Fox, prawdziwa blond piękność z namiętnym utworem Touch Me.
Nie interesowało mnie, czy naprawdę tak było. Czy tacy artyści występowali kiedyś w Sopocie, w takiej kolejności. Po prostu stałem na scenie i prowadziłem swój festiwal marzeń. Powoli na widowni pojawiali się pierwsi ludzie. Znikały śmieci. Nad głowami widzów rozbłysło miękkie światło, białe i przyjazne.
– Dziękuję państwu, żeście się tak licznie stawili. Proszę mi wybaczyć prezencję ciut wymiotną. Za mną ciężkie czasy. Z nadzieją patrzę w przyszłość, ale co zrobić, chujem krzepko waliło. Zresztą co ja tam będę męczył pięknych państwa! Kogo obchodzą troski Kinskiego Darka z Gdańska!
Z pustych trybun dotarły anemiczne oklaski. Smutne takie, jak na akademii w szkole. Klask, klask. Coś jakby zwilżyło mi się oko, na razie lewe.
– Najważniejsza jest piosenka. Wzruszający tekst. Piękna melodia. Najważniejsza jest muzyka. Prawda, proszę państwa? Jedyne, co dobre, w tym paskudnym świecie.
Prawe oko też mi się zwilżyło i teraz z obu mi ciekło, to nie był płacz taki, jak ludzie płaczą, raczej przeciek z zardzewiałej rury.
W Sztumie, zanim przyszła do mnie Zmora, to piosenki miały mnie w swej opiece. Koiły jak małe matki. Krasnoludki takie. Krótkim obgryzionym ołówkiem spisywałem teksty z pamięci do kajetu, który potem chowałem przed gadami w dziurze wydrapanej w ścianie. Jeśli coś kochałem, to te słowa. Powtarzałem je, nuciłem w głowie, a gdy powtórzyłem wystarczającą liczbę razy, to na chwilę miałem jakby inną duszę, byłem zrobiony z czegoś innego. Niech no tylko zakwitną jabłonie. Jeszcze się tam żagiel bieli. Wielka dama znów tańczy sama. Z tobą chcę oglądać świat.
Teraz to ja stałem na scenie, a moje dłonie zrobiły się nagle fioletowe, takim dziwnym fioletem, z którego można byłoby kieckę uszyć. To rozbłysły zawieszone na dachu reflektory. Odwróciłem się, akurat gdy wchodziła na scenę. Na początku jej nie poznałem. Jakby kto piękno skroplił, jakby ją wyjął właśnie z żebra Adama. Szła miękko, kiwając biodrami na boki. Włosy ułożył jej jakiś Bóg. Obszyta cekinami suknia spływała po jej ciele, nadając mu kształt gitary. Widziałem, że nie jest już małolatką, miała prawie czterdzieści lat, ale każda małolatka mogłaby jej co najwyżej opiłować paznokcie u stóp. Podeszła do mikrofonu, naturalna jak wietrzyk, ukłoniła się, skromnie, ale nie niewinnie, co to, to nie. Popatrzyła na mnie, chociaż starałem się być niewidzialny. Wyciągnęła do mnie dłoń, a karminowe paznokcie zatańczyły w fioletowym świetle. Odwróciłem się, za mną stroił się zespół, facet w okularach polerował szmatką saksofon, błyszczącą złotą broń.
– Dziękuję, panie Darku – powiedziała, a ja poczułem, że zaraz czymś trysnę, czymś z serca, czymś, czego nigdy nie miałem.
Owacja, głośna jak seria w powietrze, a zaraz po niej pierwsze takty i jej głos, jakby anioł roztapiał całe to kurestwo świata, jedną modlitwą zamieniał je w masło na rozgrzanej patelni.
Zabiorę ciebie właśnie tam, samolot miękko zejdzie w dół, i miasto jak muzyczny supersam zbudzi sześć śpiących strun1.
Dokonało się. Straciłem równowagę, tak porządnie, i w końcu się wyjebałem, łupnąłem potylicą o nadgniłe deski. Łeb przeszył ból, słodki, słodziuśki. Znowu byłem w celi, gryzmoliłem teksty w zeszycie w kratkę. Palec, niepiśmienny git spod Mrągowa, który na wolności własnej matce wcisnął nagrzane żelazko w twarz, robił sobie cezara żyletką, żeby zabrali go na oddział. Cezara robiło się tak: rysowało się krwawą linię po obrysie ciała, głęboką na pół centymetra, taką, by się nie wykrwawić, ale by zajuszyć wszystko dookoła; rysowało się ją też po wnętrzach palców, po każdym zgięciu, przez punkt między odbytem a jajami. Palec robił cezara, cała cela pachniała zardzewiałym żelazem, które wyciekało mu z ciała, a ten drugi ze Śląska, Jajco, co kolegę zabił w dyskotece, zaczynał rzygać i błagał Palca, żeby przestał, ale Palec nie przestawał, a ja pisałem, malutkimi literkami, tak by się wszystkie słowa zmieściły.
Taksówką żółtą tak jak Chinatown, ruszymy, tłumiąc pożar serc, w muzykę, która nie zna prawd i kłamstw, ale jest, ciągle jest2.
A Zmory nie było. Ani pod celą, ani tutaj. Pani Halina, anioł wspaniały, chroniła mnie przed jej klątwą. Słodycz jej głosu cerowała przerwaną błonę między światami.
Słuchając jej, nie musiałem robić kroków, nie musiałem nigdzie biec, nie musiałem patrzeć w rozłożone karty, nie byłem słaby ani silny, nie było ognia ani wody, dnia ani nocy; wszystko zlało się w całość; gdy śpiewała, byłem czystym byciem, wszystko zgubiłem, to co zakreślało kształty, imię nawet.
Huragan oklasków jak burza stulecia, na widowni musiały być tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi, a Opera Leśna już nie była operą, była największym stadionem, jakimś Wembley. Leżałem skulony do samego rana, w pozycji dzieciaczka, ssąc kciuk i patrząc na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą były jej stopy, w czarnych, wysokich butach na obcasie. Te buty mógłbym zjeść z talerza, nożem i widelcem, patrząc jej głęboko w oczy. Zjadając kęs ostatni, zelóweczkę, trysnąłbym.
Nad ranem zrobiło się chłodno. Zwierzęta już coś gadały, nagrzana ziemia odetchnęła na kilka sekund. Publiczność zniknęła. To był początek, choć trudno powiedzieć czego. Nowe karty dalej leżały na swoim miejscu, rozłożone, wyraźne. Cegła Jacksonów wciąż parzyła mnie w udo. Nikt by mi ich nie zabrał, nikt by się nie odważył, choć za jedną dziesiątą tego pół Sopotu poderżnęłoby mi gardło. Coś mnie chroniło, może Zmora, może karty, może ja sam. Wstałem. Wlazłem w las i szedłem, szedłem, patrząc pod nogi, aż wyszedłem w Orłowie, w popołudnie jeszcze bardziej rozgrzane niż wczoraj. Człapałem przez żar, a świat dookoła drżał, budynki zlewały się w budynkową maź, z tej mazi wyodrębnił się Bungalow, ale to jeszcze nie był czas, by iść do Bungalowu, jeszcze nie. Najpierw musiałem się uczłowieczyć, bo do człowieka dużo mi brakowało i nawet okoliczności przestawały mnie usprawiedliwiać.
Lazłem i lazłem, aż zrozumiałem, że jeśli czegoś się nie napiję, to zaraz trafi mnie szlag. W pustym i złym sklepie smutna kobieta stała na tle półek z octem, musztardą i błotem w paczkach, rozkazałem podać sobie oranżadę, była ciepła, ale wypiłem ją duszkiem, cukier oblepił zdarte gardło lepką gazą. Nie zapłaciłem, wydarła mordę, chuj w ciebie, kurwo stara. Lazłem i lazłem, przez Redłowo aż do Śródmieścia, jakbym wiedział, gdzie idę, zupełnie tego nie wiedząc. Rozgrzało mnie i zasmrodziło do tego stopnia, że zaczynały krążyć dookoła mnie muchy, jakbym był cielakiem.
Myślałem o starej. Czułem, że mi dziękuje za wyzwolenie swoje. Czułem jej modlitwy do Jezusa do ściany przybitego. Prosiła go o opiekę nade mną, osłabionym, wybrakowanym Darkiem Kinskim, Darkiem, który kiedyś jadł ludzi, a teraz nie miał siły pogryźć bułki z masłem. Zrobiła to, zanim roztopiła się w świetle, a dobry Jezus jej posłuchał. I może ten jej syn stał w czarnej nocy wśród szatanów, pod pustą pikietą, czekając na chuja do dupy, bo ona nigdy się za niego porządnie nie pomodliła.
Kamienica na Abrahama była jedną z tych przedwojennych, których nawet atomówka nie zdejmie. Z półtora kilometra od dworca, z elewacją zniszczoną w kolorze przeleżałego ziemniaka. Drzwi na klatkę otwarte na oścież. W środku było parę stopni chłodniej i umęczone mięśnie zaśpiewały bólem, jakbym nagle dostał anginy. Skrzynka na listy stała otworem, dziw, że jej jeszcze nie zerwali i na złom nie zanieśli, może na złomie nie przyjmują skrzynek pocztowych. Drewniane schody pod stopami skrzypiały i charczały jak chłop, co zużył wszystko, co miał, i już nie walczy, bo w nieposiadaniu niczego jest spokój, na który czeka się całe życie. W Sztumie słyszałem trochę takich charknięć, przedostawały się przez ogień i wrzask.
Na drzwiach była ósemka i bardzo blade, namazane niezgrabną ręką K + M + B. Dzwonek nie działał. Zapukałem, puk, puk. Zanim cokolwiek się w środku poruszyło, minął dobry rok.
Dziewczyna była piękna w sposób nie od początku widoczny. Włosy koloru słomy, cienkie i zmęczone spływały po głowie równą linią. Oczy miała podkrążone, wzrok przestraszony, ale pewny. W drobnych dłoniach wiele było siły, w tych łapkach małych, kostkach, żyłkach, odciskach. Najpierw ktoś zrobił się we mnie głodny, a potem ktoś inny zatkał temu głodnemu pięścią pysk.
Oparłem się o framugę. Dotknąłem Jacksonów w kieszeni, jakby były chujem.
– Ewunia? – dobiegł z głębi mieszkania głos starszej kobiety.
Dopiero teraz zaczynałem widzieć detale, zgrzebne płaszczyki i kurtki powieszone na hakach, kapcie i łapcie, kawałek meblościanki z Rubinem wystający zza drzwi. Że nikt ich na palto jeszcze nie zrobił, pomyślałem. A może zrobił i nic nie ma w tych paltach. Garnek jakiś na podłodze, z czymś, co musi jeszcze postać, ale jak postoi, to każdy zamlaszcze.
– Ewunia?
– Marek jest może? – zapytałem, po czym pokazałem siebie samego ręką. – Przepraszam za mój stan ogólny. Jest nieciekawy, ale może się zmienić.
Ewunia zniknęła w głębi mieszkania. W korytarzu pojawił się Marek. Wbrew deklaracji zdziwiony był, że się tu zjawiam. Ręce o spodnie ocierał. Podszedł do mnie, ręce ocierał o spodnie, zaciekawiony, jakby mnie widział pierwszy raz.
Powiedziałem nagle, tknięty olśnieniem:
– Słyszałem, że lokatora na pokój szukacie.
– Skąd? – zapytał.
– Z ogłoszenia.
– Z ogłoszenia. – Pokiwał głową, po czym odwrócił się w stronę kuchni:
– Matka, dawałaś ty jakieś ogłoszenie?
Nie wiedziałem, skąd mi się to wzięło. Może ze snu. A może wyczytałem to z korytarza, z kształtu mieszkania. A może poczułem nagle, że muszę tu być, za wszelką cenę. Poczułem zapach Ewuni.
Pogrzebałem w kieszeni, jakbym zapałek szukał, odkleiłem jednego Jacksona od cegły, wyciągnąłem i rozprostowałem go w powietrzu. Zatańczyło Mareczkowi w oczach, no jakżeby nie.
Znałem takich jak on, pełno ich było tam, gdzie się wychowywałem. Niejednego takiego skaleczyłem, z łatwością, jakbym chleb masłem smarował. Żyłem jak zwierzak, czołgałem się albo biegłem na czworakach, ujadałem i warczałem. Jadłem tylko to, co upolowałem, więcej nic. Byłem brudny i zarośnięty i wszystko pachniało mi krwią, i nie istniało nic, czego nie rozwiązałyby nóż, cegła, zęby, pięść, i tylko wyglądałem jak człowiek.
