Pan Darek - Jakub Żulczyk - ebook + książka

Pan Darek ebook

Jakub Żulczyk

0,0
45,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Z PANEM DARKIEM JEST COŚ NIE TAK

Jest rok 1990. Nadeszła wolna Polska i pan Darek też jest wolny. Jest wolny, bo wyszedł z więzienia. Jest wolny, bo nie ma siły ruszać się szybko, uderzać z zaskoczenia. Kiedyś, przed Sztumem, za komuny, pan Darek był gościem. Zjadał frajerów jak pieczone kurczaki. Brał wszystko, co chciał, i nawet nie patrzył. Był potężny. Teraz jest wątły. Niedobrze, bo świat dookoła pana Darka wywrócił się do góry nogami: okazje czają się za każdym rogiem, pieniądz leży na ulicy, wystarczy się po niego schylić. Wystarczy nie być frajerem. Ale aby to zrobić, trzeba jakoś oszukać tę łajzę Zmorę, co wepchnęła w łapy kontrakt oszukańczy...

Pan Darek to trzecia i zarazem ostatnia powieść ze świata ,,Ślepnąc od świateł”. Zabierze Was w głąb głowy faceta, który stał się najbardziej uwielbianym czarnym charakterem polskiej popkultury po 1989 roku. Już coś wiecie o panu Darku. Wiecie, że lubi z cukrem, bez cytrynki. Wiecie, że lubi podróżować – Czarnogóra, Tajlandia. Wiecie, że jest trochę zaburzony. Ale tak naprawdę nie wiecie o nim nic. Dowiecie się dopiero teraz.

Jakub Żulczyk (1983) – autor książek Ślepnąc od świateł i jej kontynuacji Dawno temu w Warszawie, współscenarzysta kultowego serialu na podstawie tej pierwszej. Nagrodzony Warszawską Nagrodą Literacką za powieść Wzgórze Psów. Scenarzysta Belfra i Warszawianki. Współautor podcastu ,,Co ćpać po odwyku”. Tłumaczony, nominowany. Ukończył UJ, fartem. Mieszka trochę w Warszawie, a trochę na Mazurach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wydawca: Joanna Laprus-Mikul­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Redak­cja: Joanna Mika Korekta: Ewa Gra­bow­ska, Marzenna Kłos

Copy­ri­ght © by Jakub Żul­czyk, 2026 Syn­dy­kat Auto­rów – Agen­cja Lite­racka i Sce­na­riu­szowa Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin sp. z o.o., 2026

Wszel­kie podo­bień­stwo do opi­sa­nych osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. +48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-6887-292-7

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Wprowadzenie

Naj­droż­szy Panie Darku!

Mam wielką nadzieję, że Pan się jakoś trzyma, pomimo zde­cy­do­wa­nie nie­we­so­łych oko­licz­no­ści. U nas jakoś idzie, bo prze­cież jakoś iść musi. Nad­cią­ga­jąca jesień przy­nosi ze sobą pewną melan­cho­lię, zwłasz­cza tu u nas, nad morzem. Nie­któ­rym się to podoba, taka aura, zwłasz­cza mło­dym – no ale dla mnie to raczej utra­pie­nie, taka pora roku. Obcość wisi w powie­trzu, jakby czło­wiek był intru­zem we wła­snym mie­ście, we wła­snym życiu. Zimny wiatr nad­ciąga od morza; jak już przyj­dzie, to ni­gdzie sobie nie pój­dzie. Raz jest silny, aż czapki zrywa, raz ledwo wyczu­walny, ale jest zawsze. Ja mówię zawsze, że to taki halny, tylko nasz, nad­mor­ski. Od tego wia­tru głu­pie myśli przy­cho­dzą do głowy. Wiatr idzie też w kości, w stawy, i to też nie pomaga, ale nie będę zadrę­czać Pana oczy­wi­stymi z racji wieku kło­po­tami zdro­wot­nymi, co to, to nie. Póki umiem sama się ubrać, wyjść z miesz­ka­nia do sklepu, przy­nieść zakupy, ukroić sobie kromkę, zapa­rzyć her­batę, póty wszystko u mnie dobrze.

Pewien kło­pot mam z pisa­niem do Pana, takie skrę­po­wa­nie, bo nie wiem, co z tego, co napi­szę, zosta­nie skre­ślone. Na pewno będzie to prze­czy­tane przez osoby trze­cie, ze względu na Pań­skie aktu­alne miej­sce pobytu – oczy­wi­ście modlę się do Matki Boskiej, aby spę­dził Pan tam jak naj­mniej czasu.

Każdy czło­wiek ma w sobie wiele, nie ma ludzi płyt­kich. Tak chcemy myśleć o innych, aby samemu uprasz­czać sobie swoje życie i myśli, ale nikt z nas nie jest pro­sty ani pusty w środku. Nikt nie jest zupeł­nie głupi. Nawet ci biedni ludzie, upo­śle­dzeni, jak to się brzydko mówi, coś widzą i rozu­mieją; może nawet widzą i rozu­mieją coś, czego nie widzimy i nie rozu­miemy my. Ludzie mogą błą­dzić, krzyw­dzić, popeł­niać zbrod­nie, a jed­no­cze­śnie oka­zy­wać innym uwagę i ser­decz­ność. Ja wła­śnie pozna­łam Pana od tej strony, Panie Darku, jako czło­wieka ser­decz­nego i ofiar­nego, na któ­rego można liczyć w każ­dej potrze­bie, w naj­czar­niej­szą godzinę. Dla­tego też nie będę się sku­piać ani na tym, co ludzie o Panu mówią, ani na zarzu­tach, które na Panu ciążą. Ja nie jestem sądem, nie jestem pro­ku­ra­turą. Ja jestem zwy­czajną kobietą, która prze­żyła życie trudne i nudne. Pełno było w nim znoju, ale też nie było w tym znoju nic nie­zwy­czaj­nego. Nie­wielu na mojej dro­dze spo­tka­łam ludzi życz­li­wych. Życz­li­wym czło­wiekiem był dla mnie Pan, Panie Darku. Dla­tego ja też zawsze będę dla Pana życz­liwa. Zawsze będę miała dla Pana dobre myśli, dobre słowo, poczę­stu­nek.

Jedy­nym praw­dzi­wie spra­wie­dli­wym jest Bóg. I to jego praw­dziwy zamysł poznamy w naszej ostat­niej godzi­nie.

Ewu­nia też za panem tęskni i nosi w sercu tro­skę o Pana. Nie­ustan­nie jest wdzięczna za bez­in­te­re­sowną pomoc, którą nie­jed­no­krot­nie Pan jej oka­zał. Do dzi­siaj serce jej się łamie, gdy sobie przy­po­mni, jak strasz­nie Pana wtedy pobito. Naprawdę żeśmy się wtedy o Pana stra­chu naja­dły, przez cztery dni nie szło panu gorączki zbić z 42 stopni. No ale z dru­giej strony, to po co ma Pan w takiej sytu­acji nie­do­brej wspo­mi­nać tego typu chwile. Lepiej coś miłego wspo­mnieć. Na przy­kład to nie­dzielne popo­łu­dnie, gdy zapro­sił Pan nas na poczę­stu­nek do Hor­texu. Ewu­nia do dzi­siaj zacho­dzi w głowę, jak ona była w sta­nie zjeść dwa kremy suł­tań­skie. Czło­wiek codzien­nie by chciał takie miłe popo­łu­dnia, ale ich się zda­rza w życiu nie­wiele i może jest w tym jakiś ukryty sens.

Ewu­nia zaczęła liceum dla doro­słych, straszne miała przed tym opory, ale w końcu je prze­zwy­cię­żyła. Dużo czuję z niej dumy i pró­buję poma­gać, jak się da. Jej życie to kie­rat, w dzień praca, wciąż ta sama, nie­wdzięczna, potem szkoła, wie­czo­rem, żeby cho­ciaż chwilę z Kubu­siem spę­dzić. A Kubuś już cho­dzi, gada, żywe sre­bro, wszyst­kiego dotyka, wszystko spraw­dza, roz­po­znaje litery i umie począ­tek Ojcze nasz. Pamięta Pan, Panie Darku, jakie to malut­kie dzie­ciątko było. Czas pły­nie, na naszą korzyść i nie­ko­rzyść.

Dziura naj­więk­sza w życiu naszym to fakt, że Marka pocho­wać nie możemy. For­mal­nie wciąż jest zagi­niony, zresztą co to za pogrzeb bez ciała. Oczy­wi­ście można tak zro­bić, i ja się przy­chy­lam, ale Ewu­nia nie­go­towa jesz­cze. Czas jej daję, ale cze­kać już na niego nie cze­kam. Ufam Pań­skim domy­słom, Panie Darku, że nie wyszedł ze sztormu tej okrop­nej nocy.

Chcia­ła­bym, aby kie­dyś zna­lazł się jakiś męż­czy­zna, który się Ewu­nią zaj­mie, który przy­gar­nie Kubu­sia jak swo­jego syna. No ale trudna to sprawa, taki jest nie­stety świat. Modlę się o to, o to chyba naj­sil­niej.

Modlę się i modlę, bo co mogę innego zro­bić? Modlę się też za Pań­ską duszę, Panie Darku. Wie­rzę, że Chry­stus zoba­czy Pana praw­dziwą naturę, i przyj­mie Pana do sie­bie tak, jak przy­jął Bara­ba­sza. Jesz­cze raz, Panie Darku, mnie Pana wina czy nie­win­ność nie inte­re­sują. Ja zoba­czyłam w Panu to świa­tło, któ­rego Bóg ludziom raczej skąpi, bo pew­nie w nie­bie jest go nie­wiele.

Zawsze będę miło wspo­mi­nać wspólny czas razem, kochany Panie Darku. Nie liczę na Pań­ską odpo­wiedź, bo wiem, może być z tym róż­nie. Nie wiem, czy coś panu to da, taka rada sta­rej kobiety, ale gdy przyj­dzie do Pana czarna godzina, straszna godzina zwąt­pie­nia, to można się wtedy ura­to­wać, zawie­rza­jąc serce Matce Boskiej. To Ona jest tą praw­dziwą przy­ja­ciółką, która ni­gdy nie odtrą­ciła nikogo.

Myśla­łam ostat­nio, że jeśli zdro­wie pozwoli, ale i będzie taka moż­li­wość, to może wybie­rzemy się do Pana w odwie­dziny. Pociąg jakiś jedzie, to niby drugi koniec Pol­ski, ale nie takie trasy ludzie poko­ny­wali.

Pozdra­wiamy Pana jak naj­ser­decz­niej.

Zawsze będzie miał Pan w nas ser­deczne przy­ja­ciółki.

Z powa­ża­niemWanda i Ewa Kunic­kie

Jabłka

Podobno czło­wiek dostaje świa­do­mo­ści nagle, jakby go szlag tra­fił. Jest sobie dzie­ciacz­kiem-pur­chlacz­kiem, śmiga jak maszynka, auto­mat taki. Czołga się, gada coś. Ślina mu leci, prze­ciek ma z każ­dej dziury. Sra­jący chle­bek, reso­ra­czek taki. I nagle cyk, otwiera mu się główka. Wpada do środka taki pro­myk, olśniewa go. Nic nie miał w łapce, a teraz w łapce ma jabłko, zerwane z Drzewa Pozna­nia. Dzie­cia­czek-reso­ra­czek bie­rze jabłko do łapki, zbliża do buzi. Niuch-niuch. Liz-liz. Dziew­czynka. Chło­pa­czek. Szamę je sobie. Am-am. Chrup-chrup.

Szamę je i nagle stoi po kostki w bło­cie przed piękną złotą bramą. Rozu­mie, że będzie czła­pał przez to błoto bar­dzo długo, może więk­szość życia. I rozu­mie, że ten por­tyk złoty, prze­piękny, to są drzwi do Prawdy.

Ja dostaję takich roz­bły­sków od czasu do czasu. Po każ­dym inny tro­chę jestem. Po każ­dym jestem bar­dziej Dar­kiem. Pierw­szy raz, jak ojczym sta­nął w drzwiach do kuchni i zro­zu­mia­łem, że teraz idzie po mnie. Ojczym to taki ojciec zamiast ojca, a to nie był żaden ojciec, tylko parch naj­gor­szy, co wkła­dał w matulę. Sta­nął w drzwiach do kuchni, a ja wszystko zro­zu­mia­łem. Wszy­ściu­teńko. Skoro ojczym tak opra­wił matkę, a matka była duża, nawet więk­sza od ojczyma, to co on zrobi mnie, skoro jestem taki malu­śny? Coś, czyli ojczym, jest więk­sze, coś innego, czyli ja, jest mniej­sze. Coś, czyli ojczym, jest sil­niej­sze, a coś innego, czyli ja, jest słab­sze. Jest coś jesz­cze, coś trze­ciego, czyli matka, która leży za ścianą i może żyje, a może nie. Czyli rze­czy się róż­nią. Wiel­ko­ścią. Siłą. Życiem. Jedną z tych rze­czy jestem ja.

Liz-Liz. Am-am. Chrup-chrup.

Drugi raz mnie olśniło parę lat póź­niej. Przyj­mijmy, że to będzie nasz wła­ściwy począ­tek histo­rii.

Nie jestem już małym bąblem. Ale nie jestem też duży. Jestem średni taki. Nie jestem już mało­lat, doro­sły ze mnie facet, kon­kret­nie doro­sły.

Jestem sobie taki i sie­dzę w samo­cho­dzie.

Jest teraz.

Muszę zacząć od tego, że jestem spo­kojny. Zostały tylko dwa wyj­ścia.

Już nic nie mam, już wszystko zro­bi­łem. Teraz musi się doko­nać to, co zapi­sane.

Albo kurwa mi wszystko odda, albo pójdę na wieczne zatra­ce­nie.

Ten samo­chód to BMW, czarne jak czarci sto­lec, BMW M5 E34 z 1990 roku. Czyli z tego roku, w któ­rym wła­śnie jeste­śmy. Kre­dziak buch­nął je w Ham­burgu, Nie­miec może dwa tygo­dnie pojeź­dził sobie. Chuj w dupę temu Niem­cowi, jak każ­demu Niem­cowi.

Sie­dzę w samo­cho­dzie Kre­dziaka i jestem spo­kojny. Oblany tym spo­ko­jem niczym słoń­cem, praw­dzi­wym takim, nie far­ma­zoń­skim, co wła­śnie świ­ruje zza chmur. To słońce na nie­bie to jakiś chuj docze­pił, wisi tam nie­lep­sze od gwiazdy z celo­fanu na bidu­lo­wej cho­ince. A ja wtu­lam się w śmier­dzące cyce Boga. Wła­śnie teraz, gdy jedziemy na Chy­lo­nię.

Bo wresz­cie wyru­cha­łem dia­bła.

Myślała łajza, że mnie nie ma. Że prze­krę­ciła prze­kręta. Że spa­cy­niła Darka na ludzika swo­jego. Chuj ci na imię, kre­aturo straszna. Pies jebał twój ród.

Może i mam kło­poty. Może dostanę śre­dnio­wieczny wpier­dol. Może żyw­cem z tego nie wylezę. Ważne jed­nak, że Darek Kin­ski nie pój­dzie do ziemi cwe­li­skiem.

Wła­śnie po pra­wej minę­li­śmy Kino Pro­mień i jedziemy w stronę dworca. Ale ja wiem, że Kre­dziak zatrzyma się w cen­trum, przed jed­nym z blo­ków przy Chy­loń­skiej. Zatrzyma się tam, bo ma klu­cze do piw­nicy. I ludzie będą sły­szeć, że Kre­dziak jest w piw­nicy, ale nikomu do pustego łba nawet nie przyj­dzie, żeby zejść tam i się spruć. Nie­któ­rzy trzy­mają w piw­ni­cach rowery, inni sło­iki, a inni ziem­niaki. Kre­dziak dzieli się swoją piw­nicą, nie jest jej jedy­nym kró­lem. U Kre­dziaka mieszka Strach. Wpro­sił się i sie­dzi, nie pła­cąc komor­nego.

– Musimy poba­je­rzyć, Darek – mówi Kre­dziak.

Już to raz powie­dział, jak mnie zgar­niał.

Już wszystko rozu­miem, wszystko wiem.

Niuch-niuch.

Chrup-chrup.

Gdy byłem dzie­ciacz­kiem małym, to inne dzie­ciaczki szep­tały sobie bajdę o dia­ble, który jeź­dzi w wiel­kim czar­nym samo­cho­dzie i porywa dziew­czynki i chłop­ców nie wia­domo gdzie. Ni­gdy nie wra­cają, wylo­so­wali jabłko z czar­nym roba­kiem, zły anioł ich poca­ło­wał, no trudno się mówi. Ta czarna fura, to można ją poznać, nie­któ­rzy mówili, bo ma rogi zamiast luste­rek wstecz­nych. Krąży i krąży, jak się ją zoba­czy, trzeba się prze­że­gnać, ale odwrot­nie, i opluć sobie samemu buty, i powie­dzieć apage sata­nas, ale od tyłu. I pamię­tam, że zapy­ta­łem jed­nego, takiego rudego Żukrow­skiego, czy powie­dzieć całość od tyłu, czyli sana­tas egapa, czy każde słowo od tyłu, czyli egapa sana­tas. Rudy Żukrow­ski nie wie­dział. Idź się dowiedz, kurwo ruda, powie­działem. Idź się dowiedz, jaka to jest marka tego auta, czy to jest Wołga, czy to jest Syrenka, czy to jest Tra­bant, czy Duży Fiat. Idź się dowiedz tak, żeby­śmy mogli przed tym dia­błem się scho­wać. Pała bita. Jak nie wie, to po co gada?

A potem i tak się zamknął, gdy się w końcu dzięki mnie najadł. Ale o tym póź­niej.

Chrup-chrup.

Hyc-hyc.

Teraz patrzę na lusterka wsteczne Kre­dziaka. Nie są rogami, ni­gdy nie będą. Kre­dziak chciałby być dia­błem. Marzy sobie o tym, tak jak Woj­tek marzył, by zostać stra­ża­kiem. I tak jak Woj­tek, Kre­dziak to sobie może sikawę potrzy­mać.

Mija dwo­rzec powoli. Sie­dzi na fotelu pasa­żera, pro­wa­dzi Balon, jego żoł­nierz. Ja myślę, że Balon to cwel Kre­dziaka, ale cho­wam te przy­pusz­cze­nia dla sie­bie. Balon jest spuch­nięty, paskudny, cały czas żre, bo cały czas łyka meta­na­bol, ruski ste­ryd taki, co go przed olim­piadą w Moskwie sztan­gi­ści brali. Nie­długo wszyst­kie chło­paki będą jak Balon. Prze­ko­nani, że są z betonu, a będą z budy­niu.

Kre­dziak ma na pal­cach sygnety z bia­łego złota. Gdy bębni pal­cami o deskę roz­dziel­czą, te sygnety kli­kają o sie­bie w spo­sób, który jest nawet przy­jemny. Jakby wstęp do pio­senki jakiejś takiej roz­ma­rzo­nej. Myślę o dźwię­kach i pio­sen­kach, bo w takich sytu­acjach ucieka się myślami w różne sprawy. Te dzieci, które porwał sza­tan swoim czar­nym autem, też nie myślały, gdzie wła­ści­wie jadą z tym sza­tanem ani co się sta­nie.

One myślały o tym, czy jak wrócą na wie­czo­rynkę, to im matka da chleba z patelni posy­pa­nego cukrem.

Ale sza­tan to sza­tan, a Kre­dziak to tylko Kre­dziak.

O tym, co mieszka u niego w piw­nicy – Strach, potworny mąż Zmory – nie ma tak naprawdę poję­cia. Wywo­ły­wa­nie demo­nów to nie żarty.

– Nie jesteś dziec­kiem, Darek – mówi nagle Kre­dziak, jakby umiał czy­tać w myślach. Ale Kre­dziak nie umie czy­tać w myślach, on w ogóle nie umie czy­tać.

Jak posze­dłem do ZOMO, to były tam same Kre­dziaki. Zęby zepsute od uro­dze­nia. Na bakier z lite­rami, na bakier z myślami. Pięty by im jechały, nawet jakby mie­siąc je pumek­sem szo­ro­wali. Ludzie onuce.

Ale skoro tak, to kim ja jestem, tu, na tyl­nym sie­dze­niu?

– Stary jesteś chłop, Dario. Ile ty masz lat? Trzy­dzie­ści?

– Nie mów do mnie tak. Mówi­łem ci. Nie mów tak.

– To jak mam mówić?

– Ja Darek mam na imię. Prze­cież wszy­ściutko wiesz, Kre­dziak. Wszy­ściu­teńko.

– Darek, Dario, jeden chuj, powiem ci, w tej sytu­acji. Niech ci będzie. Czy ty wiesz wszy­ściutko, Darek?

– Tak do końca to nie wiem, co wiem, Kre­dziak. Ty wiesz, co wiesz?

– Nie cza­ruj, za mądre te zda­nia i jak na cie­bie, i na te oko­licz­no­ści – zwraca uwagę Balon.

Może słusz­nie. Bo oko­licz­no­ści są bar­dzo przy­kre. Mogło być lepiej. Ale jest jak jest.

Wyobra­żam sobie wszystko, co Kre­dziak może mi zro­bić. Nie boję się niczego, a i nic z tego, co Kre­dziak zrobi, nie będzie szcze­gól­nie fine­zyjne. Kre­dziak nie wie zbyt wiele. Jakby coś kie­dyś prze­czy­tał, to może by się zain­spi­ro­wał, na przy­kład śre­dnio­wie­czem. Ale jak już mówi­łem, czy­tać Kre­dziak nie umie. Nie wie, że można być okrut­nym w taki spo­sób, w jaki maluje się malunki albo pisze wier­sze. Kre­dziak lubi sły­szeć, jak ludzie krzy­czą i pro­szą, choć nie podoba mu się sam dźwięk. Podoba mu się, że w kon­se­kwen­cji dosta­nie pie­nią­dze. Kre­dziak ogól­nie jest chudy, ner­wowy, roz­dy­go­tany taki. Szopę czar­nych kudłów ma na łbie, uli­zaną na Beatlesa, z grzywką. Roz­gląda się cią­gle, jak jaki szczur. Myśli, że w końcu tyle pie­nię­dzy będzie miał, że mniej ner­wowy się zrobi. Jak każdy debil.

Robi mi się dziurka w gło­wie i przez tę dziurkę wpada świa­tło. Świa­tło poka­zuje prawdę. Od prawdy podobno zawsze naj­pierw jest głu­pio i wstyd. Prawda jest taka, że jestem tu, gdzie jestem, z powodu dłu­giego pasma pomy­łek. Naj­więk­szą było dać się zro­bić dia­błu.

A kon­kret­nie upio­rzycy.

Oczy­wi­ście, kto kogo prze­krę­cił, to się wła­śnie oka­zało.

Ale udało się kur­wi­sku, na długi czas.

Kre­dziak zatrzy­muje BMW pod blo­kiem przy Chy­loń­skiej, dokład­nie tam, gdzie się spo­dzie­wa­łem.

– Wysia­daj, Darek – mówi. Udaje kogoś, kto nie chce tego, co się sta­nie, kto został zmu­szony przez oko­licz­no­ści. Źle udaje. Kre­dziak nie umie uda­wać. Gdyby zdjął buty, smród jego wie­śniac­kich gir poczu­liby aż w Rumi.

Wysia­dam. Stoję pod autem Kre­dziaka, wdy­cham powie­trze pełne węgla i uranu, i pla­stiku jesz­cze, tak, tego pla­stiku jest coraz wię­cej, roz­to­pio­nego; to powie­trze może mnie zabić szyb­ciej niż Kre­dziak, no ale Kre­dziak nie chce oddać pola powie­trzu i popy­cha mnie do przodu. Otwiera drzwi na klatkę, tak po pro­stu. Może i były zamknięte, ale co to dla Kre­dziaka. W środku wali zupą pie­czar­kową i słod­kim kiblem. Jakby sma­ro­wali te ściany szam­bem, a potem cukrem, jakby wie­rzyli, że im to zdro­wia i życia doda. Meta­lowa skrzynka na listy wisi na jed­nym gwoź­dziu, jakimś cudem nie spier­do­liła się jesz­cze na zie­mię. Z piw­nicy wyłazi gruby kot, lokaj Stra­chu, jego odźwierny. Balon chce kop­nąć kota, ale Kre­dziak go powstrzy­muje, łapie za ramię. War­czy na Balona, że chyba go poje­bało. To nie­fart kopać koty. Tyle Kre­dziak wie. Ktoś gło­śno gada w miesz­ka­niu na par­te­rze, stara baba jakaś. Kre­dziak son­duje drzwi, jakby się zasta­na­wiał, czy wje­chać tam z buta i dać jej w mordę. Rezy­gnuje i idzie w dół piw­nicy, w ciem­ność, a ja idę za nim.

Tup, tup. Scho­dzimy sobie w ciemne ciemno. Scho­dzimy sobie w Strach. Kot już gdzieś polazł, podrep­tał sobie. Zro­bił swoje. Czym jest Strach? Mężem kurwy Zmory, to po pierw­sze. Ale myślę sobie coś innego – że jest takie coś, co dzieje się we mnie, i co ja sobie koja­rzę ze sło­wem strach, co ja sobie tak nazy­wam, ale może wcale stra­chem nie jest. W sen­sie takim, który czują ci nor­malni ludzie, ci, co się boją.

Kre­dziak zapala małą latarkę, taką latarkę, która nazywa się Kora i która ma wmon­to­wane róż­no­ko­lo­rowe szybki, więc można mieć w efek­cie świa­tła w róż­nych kolo­rach, czer­wone, nie­bie­skie, zie­lone. Ale Kre­dziak wybiera to białe.

Białe świa­tło wydo­bywa z ciem­nej ciem­no­ści wąski kory­tarz i zbite z desek drzwi do kolej­nych komó­rek. Nie idziemy jed­nak do żad­nej z tych komó­rek, tylko docho­dzimy do końca kory­tarza, skrę­camy w prawo i tam jest więk­sze pomiesz­cze­nie, nie­pa­su­jące, jakby zro­bione spe­cjal­nie dla Kre­dziaka. Sły­szę za ple­cami ciche pstryk­nię­cie, to Kre­dziak zapala świa­tło, zawie­szona pod sufi­tem goła żarówka poka­zuje mi to kró­le­stwo, w któ­rym mieszka Strach, piw­niczną izdebkę wiel­ko­ści trzech lub czte­rech złą­czo­nych komó­rek. Przy ścia­nie widzę półki z nie­ohe­blo­wa­nych desek, na nich prze­różne szpeje, piłki, klu­cze fran­cu­skie, śruby, sta­cyjki wykrę­cone z samo­cho­dów, pod ścianą koł­paki, felgi, dra­chy, szyby. Sprawy i śmieci z aut przy­własz­cza­nia, maga­zyn taki, a może i kolek­cja. Stół robo­czy z ima­dłem i lutow­nicą, przy któ­rym Kre­dziak albo jakiś jego zuch skleca gzymsy i inne instru­menty zło­dziej­skie. W rogu, obok tego stołu, bez­kształtna bryła ze szmat i kar­to­nów, jak cień tego pokoju, jego spust. Może tam Strach sobie śpi, na tej kupie gówna. Może tam sobie odpo­czywa.

Śni sobie.

O czym śni Strach?

– Darek.

– No tak mam na imię, Kre­dziak – potwier­dzam.

– Nie rób sobie z nas jaj – rzuca Balon.

– Daj­cie się cho­ciaż pośmiać, pano­wie – odpo­wia­dam. – Prze­cież to i tak nic nie zmieni.

Kre­dziak odwraca się i pod­cho­dzi do tej góry śmie­cia w rogu pokoju, coś stam­tąd bie­rze.

Chudy jestem. Nie fabrycz­nie chudy, jak Kre­dziak. Nie­do­ży­wiony jestem. To wina Zmory. Oszu­ki­wała mnie od początku. Wmó­wiła mi, że jest moim jedy­nym wyj­ściem. Że bez niej umrę. Że Gór­niak i reszta otwo­rzą mnie lekko jak owoc jakiś, arbuz, który tylko pozo­ruje twar­dość, czer­wo­nej wody pełen.

Prze­biła tę błonę, co świat ludzi odgra­dza od kosz­maru. Prze­kłuła ją pazu­rem, jak raj­stopę. Wla­zła do środka, usia­dła na mnie, wyszcze­rzyła mordę i zro­biła mnie w chuja. Tu można byłoby skoń­czyć. I może wła­śnie tu skoń­czymy.

Kre­dziak wraca, trzyma w łapach dwa przed­mioty, dzierży je dziel­nie, jak król na obra­zie insy­gnia wła­dzy. Poka­zuje mi je, żebym widział bar­dzo wyraź­nie. Jeden przed­miot jest pro­sty, drugi bar­dziej zło­żony.

– Sytu­acja jest bar­dzo nie­wy­godna dla wszyst­kich.

– Sytu­acja już nikogo nie dotknie. Już jest po sytu­acji.

– Nie dotknie? Nie dotknie, Darek? Wszyst­kich nas dotknęła.

– Naj­bar­dziej kle­chę gru­basa skur­wy­syna – śmieję się.

Ale Kre­dzia­kowi nie jest do śmie­chu.

– Wiesz, ile pie­nię­dzy Fry­cowi osta­tecz­nie stra­ci­łeś?

– To dla­czego ja z Fry­cem nie roz­ma­wiam?

– Bo Fryc ze śmie­ciami nie gada.

I to jest może naj­bar­dziej przy­kre w tym momen­cie, naj­bar­dziej bole­sne. Że wszystko, co Fryc mówił, całe to bra­ter­stwo fał­szywe, co przede mną dekla­ro­wał, te pokoje swoje sekretne, do któ­rych mnie zabrał – takim samym było zro­bie­niem w trąbę, takim samym far­ma­zo­nem.

Ten pro­sty przed­miot – Kre­dziak trzyma go w lewej ręce – to nóż, moty­lek taki, brud­nawy, ale doostrzony, widać to nawet w tym sła­bym świe­tle.

Ten zło­żony przed­miot to długa meta­lowa rura, czarna cała, śli­ska od smaru, a przez to lśniąca jak wąż, z pla­sti­ko­wym roz­wi­dle­niem na jed­nym końcu i drew­nianą ręko­je­ścią na dru­gim. Kre­dziak dzierży ją mocno, ści­ska tę ręko­jeść, jakby bał się, że rura sama wysu­nie mu się z dłoni i pier­dol­nie go w łeb. Od rury odcho­dzi z jed­nej strony druga, krót­sza, zagięta, z dru­giej wystaje taki mały cycek. Po chwili łapię, że ten cycek to zamek. Blo­kada do kie­row­nicy, żeby ci auta nie pier­dol­nęli. Aha. To tak to. No dobrze.

– Ja jed­nej rze­czy nie rozu­miem, Darek. Jak chłop, co w Sztu­mie z gadami jechał jak z kur­wami, co pod­pa­lił wła­sną celę, zacho­wuje się teraz jak jakieś fra­je­rzy­sko?

– Fra­je­rzy­sko – powta­rzam po nim.

– Tak, fra­je­rzy­sko, co dzieci sprze­daje.

– Dzieci sprze­daje – powta­rzam.

– Prze­cież nam ta kurwa wszystko powie­działa.

– A ty, Kre­dziak, na honor ban­dycki przy­sią­głeś, że jej nic nie zro­bisz.

Nie­chęt­nie, ale przy­ta­kuje. No przy­siągł. Pod­cho­dzi do mnie. Zbliża się. Że niby zmięknę, że się ugnę. Ja mu na to, tro­chę dla bajeru:

– Cie­kawe, co kle­cha powie, jak się ock­nie. Kto tam wlazł do niego i go tak urzą­dził. To nie był fra­jer prze­cież, co, Kre­dziak? Może to ty byłeś? W końcu ty gitem jesteś.

Za głupi jest na takie tek­sty, widać po nim, że mu czapka szwan­kuje. Nie wie teraz, czy ma się obra­żać, czy puszyć.

– Wiesz, co ci powiem, Darek? Ja podob­nego nauczy­ciela w szkole do cie­bie mia­łem. Mariana takiego dziw­nego, chu­dego. Do dziew­czy­nek pod­cho­dził na lek­cji i je cze­sał wła­snym grze­bie­niem. Coś zepsu­tego w nim było, sple­śnia­łego. I w tobie też to jest.

Co mam odpo­wie­dzieć na tę Kre­dzia­kową ana­lizę? Wzru­szam sobie ramio­nami i tyle. Niech gada dalej.

– To, co się stało, jest tylko przez cie­bie. Gdańsz­czaku, poje­bie pier­do­lony. Hycle powinny być dla takich waria­tów jak ty. Ścią­gać ich z ulicy i od razu na Sre­brzy­sko w kaftan.

Czym jest to, co ja sobie nazy­wam Stra­chem? To takie pie­cze­nie w brzu­chu, i do tego jakby ktoś wsu­nął palec do tyłka. To pewna przy­jem­ność, dziwna i dzika, wię­zienna taka. W gar­dle robi się sucho. Tro­chę stoi kutas, tak do połowy. Jak przy babie, ale brzyd­kiej. Albo przy cwelu.

Nie­któ­rzy, gdy się boją, chcą ucie­kać. A ja ni­gdy nie chcia­łem.

Nawet gdy ojczym do mnie szedł, jak już opra­wił matulę, to nie ucie­ka­łem. Jak sta­nął w drzwiach i ścią­gnął por­tki.

Puk-puk, jeb-jeb, chrup-chrup.

Ojczym stał przede mną, ja byłem mniej­szy, on był więk­szy, ale się nie bałem. Rze­czy róż­nią się od sie­bie. Można być więk­szym i mniej­szym. Można być grub­szym i chud­szym. Sil­niej­szym i słab­szym. Ale żadna róż­nica o niczym nie prze­są­dza.

– Jak­byś robił nor­mal­nie, jak­byś był nor­malny, jak­byś nie wpa­dał na pomy­sły, przez które wszy­scy mają kło­poty, to byś wyszedł na swoje, Darek.

– Głupi jesteś – dodaje Balon.

Balon robi wszystko to, co Kre­dziak, jest jego echem smro­dli­wym; Kre­dziak gada, Balon powta­rza, Kre­dziak sie­dzi, Balon sie­dzi, Kre­dziak wstaje, Balon wstaje, Kre­dziak piard­nie, Balon wącha.

– Ty myślisz, Darek, że jesteś jak worek z zagad­kami. Ale prawda jest taka, że jedyną zagadką o tobie jest to, że jesz­cze cie­bie nie ska­le­czyli, tak fest osta­tecz­nie – bre­dzi dalej Kre­dziak. Pod­krę­cił się, coraz gło­śniej gada.

Myśli sobie, że wyrok na mnie wydaje. Chuja jed­nak on wie, chuja psiego i śmier­dzą­cego, o ska­le­cze­niach moich.

Można być mniej lub bar­dziej honor­nym. Można być więk­szą lub mniej­szą kurwą. Ale to jesz­cze o niczym nie świad­czy.

Kre­dziak, głu­pek z nogami śmier­dzą­cymi, on by dostał wide­lec do dupy pierw­szego dnia. On nie ma poję­cia, co tam się zadziało. On sobie tego nie potrafi w ogóle zobra­zo­wać w gło­wie.

Ojciec stał przede mną, tak jak Kre­dziak teraz. Matula za ścianą naj­pierw w ogóle nie wyda­wała dźwięku, a potem wydała jeden jedyny, jakby głodny kot zaję­czał.

– Darek, co ja będę gadał. Paskud­nie wyszło. Raz, że nakra­dłeś. Dwa, gorzej, że spro­wa­dzi­łeś na nas nie­szczę­ście.

– Tobie się mój pomysł spodo­bał.

– Darek, ja już nie chcę tego słu­chać. Masz wybór.

– W sen­sie Fryc tak powie­dział, żeby mi dać wybór?

– A jakie to ma zna­cze­nie, Darek? Ważne, że masz wybór. Ciesz się, nie­któ­rzy nie mają.

– Ban­dycki.

– Tak, ban­dycki.

Róż­nice są pozorne. Nie wszy­scy silni są tak samo silni, nie wszy­scy słabi są tak samo słabi. Nie wszy­scy silni i słabi są tacy cały czas. To, że wszy­scy idą w to samo miej­sce, czyli do ciem­nego grobu, nic tu w ogóle nie uprasz­cza.

Pac-pac. Człap-człap.

– Dosta­niesz kosę, szybką, w kichę. Może się wykrwa­wisz, może nie.

Wiem jedno. Jestem osła­biony, zdra­dzony. Jestem wątły. Zmora zabrała mi wszystko. Mam jedną czwartą krwi, tyle tylko, by powłó­czyć nogami, jedze­nie sobie do mordy wło­żyć. Ale ni­gdy, przeni­gdy, nie mia­łem ochoty ucie­kać.

– Albo dosta­niesz oprawę blo­kadą. Dwie­ście razy. Wszę­dzie, tylko nie po łbie, wia­domo, bo od jutra wra­casz do roboty i lepiej, żeby nikt się cie­bie o nic nie pytał, prawda? No i to, co jesteś mi krewny, to jesz­cze dzie­sięć pro­cent wię­cej.

Ojczym stał wtedy w drzwiach, a ja mia­łem coś w ręku. Bo gdy mnie włą­czyło, gdy chrup­ną­łem sobie jabłuszko pozna­nia, to pierw­sze, co zro­bi­łem, to wzią­łem coś do małej łapki. Coś małego, co leżało obok. Nawet nie popa­trzy­łem. Po pro­stu wie­dzia­łem, że tam jest.

– Chodź tu – powie­dział ojczym.

– Chodź tu – odpo­wie­dzia­łem, niby go mał­pu­jąc. Ale nie mał­po­wa­łem wcale.

Kre­dziak waży w dło­niach te przed­mioty. Pod­nosi raz nóż, raz blo­kadę. Raz blo­kadę, raz nóż. Nóż będzie szybki, ale nie wia­domo, jak głę­boko wej­dzie, nawet Kre­dziak nie wie. Tak jak gada, może prze­żyję, może nie.

Blo­kada będzie trwała długo. Blo­kada zamieni mnie w obcą, roz­pa­loną dziw­ność, w chore ciel­sko. I też może prze­żyję, może nie. Od zomow­skiej blon­dyny umie­rały chłopy więk­sze ode mnie.

Znam jedno i znam dru­gie. Byłem w Sztu­mie. Byłem w wielu miej­scach.

– Chodź tu, Skul­wy­sy­nie – powie­dzia­łem do ojczyma, pamię­tam to dokład­nie.

Matula tak do niego mówiła, więc ja, malu­śny, myśla­łem wtedy, że on ma na imię Skul­wy­syn. Coś, co mia­łem w łapce, to było czy­ste pozna­nie. Mały owoc, bar­dzo ostry. Nie mam poję­cia, czemu aku­rat tam leżało. U matuli wszę­dzie coś leżało. Nie było żad­nego porządku, co to, to nie. Tu pety, tam szklanki, tu łyżki, tam brudy jakieś, szmatki, nie było wia­domo, czy to do ubra­nia, czy to do ście­ra­nia. Ale ja, maluśki taki, zapa­mię­ta­łem, że to tam leży. W nieświa­domości.

I on ruszył na mnie, ogromny, i szarp­nął mną jak kukłą, jak lalką taką, sra­ją­cym chleb­kiem, ale ja wie­dzia­łem, bo wie­dzia­łem już wszystko – wie­dzia­łem, że to małe, bar­dzo ostre coś muszę trzy­mać mocno w dwóch pal­cach.

Jest jedna prawda na temat świata. Jeśli ktoś raz został ska­le­czony przez sil­niej­szego, uszko­dzony na samym początku, to już zawsze będzie kale­czony. Chyba że prze­rwie to siłą. Chyba że weź­mie żyletkę w małą łapkę swoją.

– No i jak, Darek? – Kre­dziak się nie­cier­pliwi.

Roz­kła­dam ręce. Prze­cią­gam się, jak­bym miał wsko­czyć na zawo­dach do basenu.

– No dobra, Fryc gadać ze mną nie chce. Ale popa­trzeć też nie chciał?

Kre­dziak nie odpo­wiada. Może Fryc patrzy. Może jest tu jakaś dziurka w tej piw­nicy, okienko małe w murze, okienko na jedno oko. Może przy­ci­ska Fryc oko do tego okienka i robi to, co zawsze robi, gdy patrzy na przed­sta­wie­nia.

– I po co takie cere­giele? Nie lepiej jak z Juran­dem, szyb­ciutko i po kło­po­cie?

– Szyb­ciej – war­czy na mnie.

Wytrą­cam go z rów­no­wagi, i dobrze, bo on na rów­no­wagę żadną nie zasłu­guje.

– Daj się zasta­no­wić, Kre­dziak. Dla cie­bie to i tak bez róż­nicy.

Wszę­dzie coś leżało u matuli. Tu pety, tu smrodki, tu szmatki, tam brudy. Żyletki też. Wszystko brudne, wstrętne. Tylko żyletki były czy­ste.

Moja rączka mała, łapka chleb­kowa wie­działa, gdzie ści­skać. Wie­działa też, gdzie ciąć.

Roz­glą­dam się po tej kan­cia­pie i nagle wiem, rozu­miem – nie ma żad­nego Stra­chu, Strach to far­ma­zon. Strach wymy­śliły pedały. To, co mi się wyświe­tla w brzu­chu, to nie jest Strach.

To się ina­czej nazywa. Trudno powie­dzieć jak.

Kie­dyś wymy­ślę na to słowo.

Nie odda­łem jej wszyst­kiego, tam w Sztu­mie.

Jak już czło­wiek raz popa­trzy w Drzewo Pozna­nia, jak już raz zerwie to jabłko, to już za każ­dym razem, gdy w nie spoj­rzy, dostrzeże nowy owoc, nowy liść.

Dopiero teraz widzę, że w jed­nym miej­scu jest prze­pi­ło­wana, uszko­dzona. Teraz poj­muję – pew­nie była na kie­row­nicy tej jego em piątki. To nie jest zwy­kła blo­kada, to tro­feum jego zło­dziej­skie.

Zdej­muję koszulkę.

– Blo­kada, Kre­dziak. Dawaj.

Tin Pan Alley

Jak to w ogóle się zaczęło, z Kre­dzia­kiem? Choć nawet nie tyle z Kre­dzia­kiem, bo ten poboczną jest posta­cią w tej histo­rii, jak to się zaczęło z Fry­cem, Cukrem, Marecz­kiem, Ben­tle­jem, no i Ewu­nią, i całą tą mena­że­rią ludzką, tra­gi­ko­me­dią? Jak to zaczęło się z eks­ce­len­cją dzie­cio­jebcą i żoną Fryca Gra­żyną? Jak wpa­dłem w to wszystko, cho­ciaż nie powi­nie­nem, bo pre­dys­po­zy­cji nie mia­łem do tego momentu żad­nych, zwłasz­cza siło­wych?

Nie­dawno, ale jed­nak dawno.

Dwa lata potra­fią trwać i dwie­ście lat.

Lato eks­plo­do­wało nisko na nie­bie kulą ognia, co zawi­sła w powie­trzu jak jabłko złote. Lato, które spra­wia, że wszystko zaczyna puch­nąć, przej­rze­wać, mięk­nąć i się roz­pa­dać. Owoce gniją na drze­wach, trawa robi się naj­pierw mokra, a potem brą­zowa, i zaraz gnije, i to się wszystko w jeden dzień dzieje, i duszno się robi, powie­trze zaczy­nają wydzie­lać na kartki, lecz nawet ono jest nie­wy­star­cza­jące, śmier­dzi starą dupą i chorą pachą. I w Gdyni było takie wła­śnie lato, wszystko spły­wało w dół, powie­trze spły­wało, ele­wa­cje domów spły­wały, mordy ludziom spły­wały z mord, lody dzie­ciom z wafli na zie­mię, i wszę­dzie opa­li­zo­wały kałuże sto­pio­nej brei.

To ten kraj spły­wał, tak po praw­dzie. Roz­pa­dło się gówno pole­pione z gówna, radio­ak­tywna bar­da­cha. Dwa wyj­ścia były w tym kur­wi­dole: albo się wdra­pać na przy­pi­saną sobie górkę i tam chłep­tać swój przy­dział śmie­tany, albo iść do kolejki ludzi grzecz­nych i w nagrodę za grzecz­ność gruz z kałem żreć, w gów­nie jeź­dzić, w gów­nie miesz­kać, dymać w pocho­dach, dostać dyplom i talon na balon, ode­brać go ręcami popa­rzo­nymi jak u Bir­kuta.

A teraz się prze­wró­ciło to wszystko, wywa­liło mordą w gnój, mię­dzy chude świ­nie. Ludzie zoba­czyli na fil­mach albo rodzina im powie­działa, że w Chi­cago czy RFN-ie do sklepu wcho­dzisz i jest pełno wszyst­kiego kolo­ro­wego, i możesz sobie to kolo­rowe do chaty zabrać, wyta­rzać się w tym i żreć do popę­ka­nia. Ludzie zoba­czyli, co jest dookoła, podra­pali się we łby, poszli na udry. Kur­wi­sko w bry­lach w odpo­wie­dzi wyłą­czyło Tele­ra­nek, zakne­blo­wało ich woj­skiem. Aku­rat jak ten cyrk odpa­lili, to ja grza­łem ręce przy gazow­niku. Zapier­do­li­łem komuś pałą. Ile ja mia­łem lat, dwa­dzie­ścia, dwa­dzie­ścia jeden, faj­nie było komuś pałą zapier­do­lić. Ci ludzie byli głupi. Życie byli gotowi oddać za kolo­rowe pozłotka. Urban mi się podo­bał, czu­łem, że gdy­bym go spo­tkał, toby­śmy się pośmieli śmiesz­niutko. Recho­tał z tego baj­zlu, i ja też. Jak­bym mu powie­dział, że te nasze pały łaj­dac­kie mogłyby być w kwiatki poma­lo­wane, to by zro­zu­miał.

Upał tylko przy­spie­szał wszyst­kiego spły­wa­nie i gni­cie.

Sta­łem w tym dwa lata temu, niby stary, a w krót­kich por­t­kach, cokol­wiek dziwny, na pewno uszko­dzony. Szu­ka­łem pie­nią­chów. Pie­nią­chy były potrzebne po to, aby trzy­mać się na powierzchni, nie uto­nąć w tych lśnią­cych kału­żach. One tylko wyda­wały się płyt­kie, mówię wam. W nie­które całą nogą można było wpaść, jak w bagno. Pod spodem było pie­kło.

Było równo rok po Sztu­mie, jakoś tak. Ze Sztumu wysze­dłem, wypeł­złem, wyczoł­ga­łem się słaby.

I to tej kurwy Zmory wina.

Przed Sztu­mem byłem potężny. Nie­po­zorny, ale nie­na­żarty. Zja­da­łem sobie całych ludzi, żułem ich, plu­łem kost­kami. Żar­łem fra­je­rów jak pie­czone kur­czaki, jak zrazy. Posa­dzili mnie tam, bo bra­łem sobie, co chcia­łem. Wcho­dzi­łem do skle­pów, do ludzi. Bra­łem i nawet nie patrzy­łem. Wsa­dzili mnie chyba za bim­ber. Pola­złem w kabałę, w noc, w garaże. Śmieszny Darek, wołali na mnie, dobry Darek, ale dobry wariat. Po całym Gdań­sku tak wołali. Czę­sto takie noce mia­łem, noce roz­cią­gnięte do tygo­dni. Wycho­dzi­łem z domu, tylko nóż bra­łem, papie­rosy, żyletkę. Budzi­łem się po tygo­dniu na przy­kład, w polu jakimś. W ostat­nim momen­cie, bo mnie gonili, wie­śniaki jakieś na przy­kład. I wtedy też posze­dłem w taką przy­godę, i bim­bru się komuś zachciało, pola­złem do baby, co metę trzy­mała, zabra­łem jej wszystko, sprze­da­łem kopa. Ale wtedy aku­rat – no pech prze­świetny – w cywilu gady też flaszkę kupo­wały. I mnie zwi­nęli na klatce.

W Sztu­mie wypadki zawi­kłane miały miej­sce. O tym póź­niej. W wiel­kim skró­cie – gorąco się zro­biło, bo miano oka­zać łaskę, a nie oka­zano. Przy­szła do mnie w nocy, usia­dła na kla­cie. Okropną miała mordę, robaki w niej miesz­kały. Cuch­nęło od niej nie­opi­sy­wal­nie. Chciała mnie chro­nić, ale śmiała się ze mnie. Chciała, żebym ją zapłod­nił, wro­dził w jej paskudny brzuch dia­ble bękarty. Potem by cho­dziła z pęka­tym beb­zo­nem, peł­nym pają­ków małych. Potem by je jadła. No tak w wiel­kim skró­cie to ja nie mogłem.

Wzią­łem u niej kre­dyt. Ten kre­dyt to była lichwa, jak każdy kre­dyt u demona. Niby gdyby nie ona, to by mnie tam ukrzy­żo­wano. Gór­niak. Palec. Jajco. I gady. Rzą­pała. Ukrzy­żo­wa­liby mnie jak Jezusa, nawet gąbki z octem do ust by nie podali.

Ukrzy­żo­wa­liby mnie za inność moją.

Tak mi wmó­wiła.

A potem wybuchł ogień.

Na dachach sta­li­śmy na bacz­ność, słońce paliło nas w plecy. Nagra­nie jest z tego, na kame­rze. Można mnie zoba­czyć. Trzeci z lewej. Chudy. Wafe­lek pokru­szony.

Wysze­dłem stam­tąd, ale żywy życiem frędzla. Odda­łem na pro­cent swoją siłę, swoją krew, swój głód.

A może ja już nie żyję, co? Jest to nie­wy­klu­czone, ta moja śmierć. Widzia­łem raz, jak Kre­dziak opra­wił w ten sam spo­sób osiem­na­sto­let­niego byczka, nabi­tego, odkar­mio­nego na ziem­nia­kach. Chło­pak to ledwo prze­żył, potem opo­wia­dali na Chy­loni, że wyszedł z tego ciutkę wol­niej­szy, inny taki.

Więc skoro silny chło­pak był uszko­dzony po tym opra­wia­niu Kre­dzia­ko­wym, to co ja mam powie­dzieć – cher­lawy, wypom­po­wany, wypeł­niony wła­snymi fla­kami zbi­tymi na mus, na pasz­tet? Tyle ze mnie, ile z przej­rza­łej gruszki, co prze­le­żała pod drze­wem pięć upal­nych dni, ledwo doci­śnięta butem przez prze­bie­ga­ją­cego łobuza. Lekko pac­nąć i roz­pada się w cie­pły mus.

Rok po Sztu­mie, czyli dwa lata temu, sta­łem na ulicy we Wrzesz­czu, kon­kret­niej pod Cri­sta­lem na Kiliń­skiego, i nie wie­dzia­łem, co zro­bić. Zna­czy, leżały przede mną różne pomy­sły, roz­ło­żone jak nie­udany pasjans – ale żaden jakoś nie paso­wał. Mogłem chwy­cić cegłę czy kamień, trza­snąć w szybę Pewexu, wbiec, wziąć coś, wybiec. Mogłem kogoś wal­nąć w łeb, przy­po­mnieć mu, że życie bywa kru­che. Mogłem się zasta­wić albo zachlać. Mogłem podzia­łać nożem. Nic mi się nie podo­bało. Nic mi nie paso­wało. Chyba tylko tkwie­nie dalej w tej zwy­kło­ści. Bycie prze­strze­leń­cem, pra­cow­ni­kiem. Uda­wa­nie takie. Czła­pa­nie przez życie. Schy­la­nie się do kija przez łeb, kija przez grzbiet. No tak nie można. Nie można odczło­wie­czyć czło­wieka. Nawet naj­więk­sze osła­bie­nie, naj­więk­sze krwio­pij­stwo nie zabie­rze czło­wie­czeń­stwa. Ale tyle mia­łem, wła­śnie tę czło­wie­czość i jej znak, kropkę mię­dzy kciu­kiem a wska­zu­ją­cym. Mia­łem puste zana­drze, żad­nego caca. Siły nic, nie jadłem, tyle, żeby cho­dzić. Jajko jakieś, kromka chleba. Jedze­nie mnie odrzu­cało, Zmora zabrała łak­nie­nie.

Sta­łem pod Cri­sta­lem, bo jesz­cze do nie­dawna robotę tu mia­łem. Kel­ne­ro­wa­nie było dobre, bo obsłu­gi­wało się róż­nych ludzi, więk­szych i mniej­szych, grub­szych i chud­szych. Nie umia­łem w gastro­no­mii dobrze przy­krę­cić, do tego trzeba było na barze stać albo na bramce. Ja bie­ga­łem z tac­kami. Był nawet sens w tym bie­ga­niu, bo do Cri­stala zacho­dzili ci naj­grubsi. Nie­cały rok wcze­śniej były uro­dziny Wałęsy, to na tych uro­dzi­nach widzia­łem po raz pierw­szy dele­ga­cję war­szaw­ską, gru­ba­sów chu­dych, a jed­nak tak upa­sio­nych, że się nie mie­ścili w te za duże mary­narki. Per­szingi, Spa­ringi, Trze­wiki, Sokoły, to wszystko cioty były, ale w Cri­stalu co chwila patrzyli na złote zegarki, nie że która godzina, ale po pro­stu, czy się nie pobru­dziły. Przy­jeż­dżało toto z War­szawy, sia­dało obok Wałęsy i nawi­jało mu maka­ron na uszy o swo­ich dziw­nych spra­wach, potęż­nych inte­re­sach, czer­wony sos kapał im z pal­ców na pod­łogę, nie­któ­rzy go nie widzieli, ale ja go widzia­łem, ten sos kapiący, a Lechu z nimi sie­dział, bo Lechu sie­dział z każ­dym, kto umie­jęt­nie uda­wał, że wielbi go jak Boga. Mogłem się napa­trzeć. Tylko że kel­ne­ro­wa­nie miało też wady, bo było się dla tych ludzi powie­trzem, a nawet gorzej, kukłą nakrę­caną na sprę­żynkę. Co się robi w tej robo­cie, tylko się przy­nosi i nic wię­cej, jak tro­chę za późno, to się obe­rwie blu­zgiem albo łapą w pysk, jak tro­chę za wcze­śnie, to tak samo, a gdy ide­al­nie na czas, to potem w nagrodę ochłap dają, papie­rek nie­zna­czący, za który gwoź­dzia nie kupisz nawet, nawet sznura.

Stoję pod tym Cri­sta­lem, bo wła­śnie stra­ci­łem robotę. Wście­kłem się, gdy przy­szła ta łajza, dzie­cio­jebca soli­dar­no­ściowy w sutan­nie, i kazał brzeg tale­rza po pomi­do­rówce czy­ścić wła­sną koszulą. No co, nio­słem talerz, ciut zawi­ro­wało, obręcz zupy została, tyle, nic się nie wylało. Posze­dłem do kie­row­nika, ten patrzy na gada, mówi, że mam czy­ścić, jak kle­cha roz­ka­zał, wła­sną koszulą, tak, kurwa, nic się nie prze­sły­sza­łeś Darek. Ale będę w brud­nej koszuli latał, mówię mu. Nie, nie będziesz, bo na mojej sali w brud­nych koszu­lach nikt nie lata.

Cri­stal to był wtedy świat, kan­de­la­bry, świecz­niki, żyran­dole, turec­kie dywany mięk­kie na pod­ło­dze, buty się w nie zapa­dały. Wszę­dzie gustowne drewno, menu w skó­rza­nej opra­wie, cięż­kie jak Biblia. I tylko z kibla wiało stol­cem, no trudno, wszę­dzie dawało stol­cem, nie było na to rady. Taka była, jest i będzie pol­ska zie­mia. Niuch-niuch.

– A więc to tak – powie­dzia­łem do kie­row­nika. Kie­row­nik miał na imię Roman. Była z niego taka wysoka, szpa­ko­wata i szpo­tawa kurwa z zakrzy­wio­nym nosem. Miał kochankę, raj­sto­piarę taką, z utrwa­lo­nym czu­bem; na szatni sie­działa, a jak gadała, to dawało od niej octem.

– Tak, to wła­śnie tak. – Roman poki­wał łbem.

Nie mia­łem nic przy duszy, zresztą co tu było mieć przy duszy w tej Pol­sce śmier­dzą­cej? Dolary, zega­rek Omega. Daczę. Mer­ce­desa. Szklar­nię. Ojca postaw­nego, w gaje­rze lub mun­du­rze, ojca tuż przed zawa­łem, wiecz­nie spo­co­nego, ale jesz­cze coś mogą­cego – tu prze­sta­wić, tu pod­nieść, tego zepchnąć. Nie mia­łem żad­nej z tych rze­czy. Mia­łem tylko swoje imię. No i kropkę na ręku. Choć ta kropka była jak pie­niądz w kie­szeni. Z dnia na dzień coraz mniej warta.

– Darek – powie­dział dziw­nie miło i nagle klep­nął mnie w ramię.

Już nie żyjesz, pomy­śla­łem. Nie ma cię. Znik­niesz sobie, wypa­ru­jesz, pstryk. Nie ma cię i ni­gdy nie będzie, jak w sumie każ­dego – ale cie­bie to nie będzie szyb­ciej. Dzi­waczne to było, bo od roku robi­łem w Cri­stalu za wycior do pizdy, a ani razu tak nie pomy­śla­łem, w ogóle od Sztumu nie pomy­śla­łem, żeby kogoś naprawdę ska­le­czyć, żeby w gło­wie zro­bić ten miękki krok.

– Darek, wiesz. Ja potrze­buję kogoś, kto bar­dziej doce­nia to, co ma.

Cof­ną­łem się. Nie zro­zu­mia­łem tego, co powie­dział. Zro­bi­łem nie jeden, ale dwa kroki. Przy tym dru­gim tup­ną­łem. Nikt mnie nie będzie doty­kał, chyba że w chuja ten, komu na to pozwolę, taką przy­sięgę zło­ży­łem już dawno. Popa­trzy­łem w te durne Roma­nowe oczy. Nic nie wie­dział, bo nikt ni­gdy nie wie, kiedy wyda­wany jest wyrok. Wyroku nie sły­chać. Za łatwo byłoby wtedy.

Wró­ci­łem na salę. Pod­sze­dłem do tej klą­twy ludz­kiej w sutan­nie, roz­par­tej i roz­la­nej przy stole, jakby ktoś chlu­snął ropą pro­sto z beczki. Ryj miał przy­ozdo­biony oku­la­rami typu cobra, tyle że korek­cyj­nymi. Ści­skały głowę zwie­szoną smęt­nie nad tale­rzem pomi­do­rówki, z czer­woną obrę­czą zupy powstałą w wyniku lek­kiego zachy­bo­ta­nia.

– Jestem – przy­po­mnia­łem mu.

Można kale­czyć róż­no­rako, myśla­łem wtedy. Naprawdę pełno tego, do wyboru do koloru, w sumie naj­lep­szy asor­ty­ment mają w skle­pie z potwor­no­ściami. Można robić krzywdy tępe, takie z samej siły ude­rze­nia. Ale można robić też krzywdy jak pod­stępy, krzywdy ledwo widoczne, okrutne sztuczki. A można też i robić krzywdy naj­strasz­niej­sze, które są jak całe przed­sta­wie­nia. Myśla­łem o tym już wtedy, śniło mi się to po nocach i poci­łem się przez to. Ale wie­dzia­łem jedno. Sam jestem Upiór. Gdy Zmora do mnie przy­la­zła, to przy­szedł swój do swego. Jestem Upiór, ale jedno wiem – kale­cze­nie to coś, co doro­śli robią sobie nawza­jem. To jest odpo­wie­dzial­ność doro­słego, zro­bić unik, kro­czek w bok, i albo się obro­nić, albo skale­czyć pierw­szemu. Odpo­wie­dzial­ność i umie­jęt­ność. Doro­sły chłop i doro­sła baba mówią sobie: dobra, będę teraz kale­czył, bo taki chcę być, tak chcę mieć chleb, takie chcę mieć życie i rozu­miem, że może być prze­róż­nie. Rozu­miem, że kale­cząc, wyra­żam zgodę, aby ktoś skale­czył mnie. Bum-bum. Ciach-ciach. Jeb-jeb. Tym­cza­sem dzie­cia­czek mały, gów­nia­czek-reso­ra­czek, on nie może sobie posta­no­wić, że będzie kale­czony albo że będzie kale­czył. Dzie­cia­czek nie może posta­no­wić sobie nic.

Różne rze­czy można było robić, ale szar­pać dzieci, gnieść dzieci, wkła­dać dzie­ciom – ni­gdy. Takie jest prawo. Nie wiem, kto je zapi­sał, ale wiem, że jest inny świat, pod skórą tego gów­nia­nego świata tutaj, i to prawo jest wła­śnie stam­tąd. Zoba­czy­łem je w oczach Zmory. Prze­czytałem je i zapa­mię­ta­łem.

– Jestem – powtó­rzy­łem.

Pod­niósł łeb. Chyba już nie pamię­tał, co wcze­śniej gadał ani kim jestem. Obok jego lewej ręki stała pra­wie pusta pół­li­trówa gorzały. Są wstrętne zwie­rzęta, zwie­rzęta zepsute, takie, które tylko szko­dzą innym zwie­rzę­tom, i on był jed­nym z nich. Skoro nosił na szyi znak Boga, a Bóg nic sobie z tego nie robił, zna­czyło to, że Boga nie ma. Nie robi­łem w gło­wie żad­nych mięk­kich kro­ków do niego – ja pod­bie­głem w myślach do skur­wy­syna, pocwa­ło­wa­łem do niego. Wyro­ków wcale nie sły­chać. Tylko co były warte te wyroki moje, gdy krew ze mnie spusz­czono, pozo­sta­wiono ofermą fra­jer­ską? Co mia­łem zro­bić? Wzią­łem rękaw koszuli i wytar­łem obręcz tale­rza. A potem zdją­łem tę koszulę, zło­ży­łem równo, bo nauczy­łem się wielu rze­czy w miej­scach roz­ma­itych, mię­dzy innymi równo skła­dać koszule, i poło­ży­łem tę zło­żoną koszulę tuż przed nim, przed tym zwie­szo­nym paskud­nym gów­nia­nym łbem.

Parę chwil póź­niej sta­łem pod Cri­sta­lem przy Kiliń­skiego, we Wrzesz­czu, gdzie kie­dyś matka mnie wydała na świat; pod pro­sto­kąt­nym pawi­lo­nem paskud­nym, zabawką radziecką z azbe­stu, dla jakie­goś popro­mien­nego dziecka olbrzyma. Ja nie chcia­łem, by bawiło się mną żadne dziecko. Ja nie chcia­łem do kałuż wpa­dać i się topić. Ja chcia­łem odzy­skać siłę i głód.

To, co mia­łem, a co porzu­ci­łem w kory­ta­rzu ognia, wśród pał, strza­łów i gazu. Pod nie­bem drga­ją­cym od żaru, nie­bem niczym prze­ra­żona twarz. Widać mnie na fil­mie, mówię. Trzeci od lewej.

Sta­łem pod Cri­sta­lem i wie­dzia­łem, że będzie tylko gorzej.

Potrze­bo­wa­łem też pie­nią­chów. Praw­dzi­wych pie­nią­chów, nie papier­ków pol­skich. Nacią­gnięty byłem jak gumka procy, taka cienka, co pisz­czy wciąż, że pęk­nie. Żar był strasz­liwy, bez­na­dziejny. A jak ma się czuć czło­wiek sto­jący z gołą klatą w pie­kiel­nym upale? Prze­cież nie ścią­gnie z sie­bie skóry, może ją co naj­wy­żej ścią­gnąć z kogoś innego.

Te karty, co leżały na stole, to nic w nich nie było. Same dwójki piki.

Czas nary­so­wać swoją wła­sną kartę. Wykroić ją nożem z kar­tonu. Zama­lo­wać na biało. Nary­so­wać ołów­kiem tre­fle albo piki.

Miesz­ka­łem wtedy w kamie­nicy na Jaś­ko­wej Doli­nie. Wró­ci­łem tym samym na śmieci stare niczym obcy czło­wiek. Przez mój czas we Sztu­mie zmie­niło się wszystko, wymie­nili się ludzie, stare ekipy roz­pu­ściły się w nie­by­cie, Gdań­skiem rzą­dzili mało­laci, któ­rzy two­rzyli się w nowe, lepiej zor­ga­ni­zo­wane grupy. Prze­spa­łem angaż do tych grup. Ci, z któ­rymi krę­ci­łem roboty, albo garo­wali wyroki, albo poucie­kali do Austrii i Nie­miec. Ja byłem zgre­dzik. Mia­łem swoje umie­jęt­no­ści prze­różne, ale co z tego. Spo­ty­ka­łem co rusz jakie­goś sta­rego koleżkę, ale ten zawsze robił krok w bok, nie chciał gadać. Jakby wyczu­wał, że coś się we mnie zepsuło, trefny się zro­bi­łem, nie­na­da­jący. Inna sprawa, że zawsze byłem napro­mie­nio­wany inno­ścią swoją, i jeśli trzy­mano się ze mną, to opor­tu­ni­stycz­nie, by wyko­rzy­stać tę moją goto­wość, łap­czy­wość, by użyć tego, że sta­wa­łem się psem naj­wście­klej­szym wolą mocy wła­sną. Inny byłem, ale cho­ciaż silny. A teraz byłem żaden. Darek Kin­ski.

Miesz­ka­łem we wspól­nym pokoju z dwoma chło­pa­kami, nie za bar­dzo wie­dzia­łem, co robią, tyle tylko, że jeden lubił walić się do wyra w tych samych skar­pe­tach, w któ­rych bie­gał cały dzień. Pod każdą celą świata taki zamach na higienę byłby uka­rany okrut­nie i należ­nie. Za ścianą miesz­kała stara kobieta, która dzień i noc bez­kształt­nie zawo­dziła, wyda­wała ten sam dźwięk, nie­ważne, czy spała, czy nie, wyła tę kościelną pieśń, w któ­rej połknęła wszyst­kie spół­gło­ski. Na początku zda­rzało jej się jesz­cze czła­pać po miesz­ka­niu, jakby ją jakaś siła prze­dziwna ani­mo­wała. Potra­fiła wtedy na przy­kład wejść do kibla – drzwi nie zamy­kały się od wewnę­trza – i usiąść na kola­nach temu, co sie­dział na dzba­nie. Zepchnąć ją trzeba było do wanny, nim zaczę­łaby srać, ale deli­kat­nie, żeby się nie poła­mała. Raz mi się to przy­tra­fiło, udało mi się ją z reflek­sem prze­sta­wić, ale jed­nego z tych chło­pa­ków budow­lań­ców to zwy­czaj­nie wzięła i obe­srała.

Szybko jej ta wital­ność tajemna prze­mi­nęła. Teraz leżała już w bar­łogu i robiła pod sie­bie. Przy­ła­ził jej doglą­dać syn, krępy, nic­nie­mówny chłop w dre­so­wych por­t­kach. Do nas pukał raz w mie­siącu po pie­nią­dze. Widzia­łem go kie­dyś nad ranem, nie­da­leko dwor­co­wych kibli, roz­glą­dał się ner­wowo, licząc na chuja do dupy, a w ciem­no­ści dookoła niego krą­żyły nie­wi­dzialne dia­bły. Ja go widzia­łem, on mnie nie. Miał więk­sze pro­blemy niż pusta dupa, ale o tym nie wie­dział.

Wsze­dłem do pokoju tylko po to, żeby wło­żyć coś na grzbiet, wytartą pił­kar­ską koszulkę Pumy. Nie było żad­nego z tych dwóch nie­do­myl­ców, pocili się na budo­wach czy zło­mo­wi­skach. Przej­rza­łem ich szafki i kie­sze­nie. Maszynki do gole­nia, jakieś monety, nic szcze­gól­nego. Paczka popu­lar­nych, napo­częta, karty z gołymi babami. Zza ściany znowu usły­sza­łem to jęcze­nie. Coś się stało tej sta­rej, kie­dyś, może na woj­nie. Coś zoba­czyła, pew­nie, jak się soł­daty bawią. Z mamu­nią, z sio­stru­nią. Popa­trzyła sobie tak na to i zaczęła wyć. Może z nią też się zaba­wili. Dla tych ruskich zwie­rząt dziura to była dziura, mała, duża, wsio rawno. Jak zaczęła wtedy wyć, to do dzi­siaj nie prze­stała.

Scho­wa­łem te karty, fajki, te mońce drobne do kie­szeni, cho­ciaż tak naprawdę nie potrze­bo­wa­łem ich wcale. Powoli, na mięk­kich pal­cach, jak zamy­ślony bok­ser wysze­dłem na kory­tarz, wysoki, duszny i ciemny. Po obu stro­nach wzno­siły się przy­kle­jone do ścian zwały szmelcu, któ­rego nie potrze­bo­wał nawet dia­beł. Zza podwój­nych odra­pa­nych drzwi biła mie­sza­nina smro­dów nie­do­brych. Coś we mnie pul­so­wało, zia­renko. Nie umia­łem go nazwać. Czu­łem wyklu­wa­nie. Jaki jest odgłos wyklu­wa­nia? Pok-pok. Plyk-plyk.

Czy to była siła? Czy coś wra­cało? Gdy odda­wa­łem Zmo­rze to, co mia­łem, poszła mię­dzy nami nor­malna bajera. Była w tym moja naiw­ność – w prze­ko­na­niu, że bajera to bajera, że święte jest święte. Podobno gdy przy­cho­dziła do innych chło­pów, sia­dała im na pier­siach, ści­skała im serca, to oni sikali ze stra­chu, naj­więksi mor­dercy, naj­więk­sze gity. Mnie po pro­stu od niej śmier­działo jak od każ­dej kurwy. Powie­dzia­łem jej to i się zdzi­wiła, a ja zaśmia­łem się w duchu, bo trudno zdzi­wić kurwę, a mnie się jed­nak udało. Teraz zamie­rza­łem zdzi­wić ją znowu. Prze­krę­cić jakoś. Nie wie­dzia­łem jesz­cze jak, ale zrozumia­łem, że zaraz to wykmi­nię. Mądra wcale nie jesteś, myśla­łem. Zro­bię cię w trąbę, a potem będę rene­go­cjo­wać kon­trakt.

– Czy jesteś tutaj? – zapy­ta­łem na głos. Myśla­łem, że mój głos będzie dono­śniej­szy, ale to było tylko kwi­le­nie, co ugrzę­zło zaraz w tym ciem­nym, wyso­kim powie­trzu, pod tym czar­nym stro­pem.

Może była, może nie.

Otwo­rzy­łem drzwi, skrzyp­nęły, jakby prze­je­chać nożem po kamie­niu.

Stara leżała w bar­łogu, nie­wiele z niej było, suche nic, plama, nie czło­wiek. Przy­wa­lona koł­drami, uwię­ziona w pie­kle minio­nej chwili, któ­rej oprócz niej nikt nie pamię­tał. Co to była za chwila, mogłem sobie tylko wyobra­żać. Młoda, przed cha­łupą, plamki na hory­zon­cie, coraz bli­żej, ruscy soł­daci. Matka tak zaci­skała nogi, że osta­tecz­nie bagne­tem ją prze­bili. A jej nie prze­bili. Może coś takiego. Nie zdzi­wił­bym się.

Nie­wiele osób zga­dza się na rze­czy­wi­stą naturę świata. Więk­szość pró­buje za wszelką cenę kre­mem ten świat sma­ro­wać. Fał­szy­wym kre­mem, słod­kim. Mnie ten krem ni­gdy nie sma­ko­wał. W świe­cie nic nie ma, naj­bar­dziej nie ma w nim spra­wie­dli­wo­ści.

To gdzieś było. Gdzieś tutaj. Fart. Zaczyn. Pikuta. Chodź, chodź, myśla­łem. Dawaj, dawaj. Wyci­na­łem nowe karty skru­pu­lat­nie, musiały być takie same, nie mogły być nie­far­towne, nie mogły być brzyd­kie. Ostroż­nie, jak dzie­cia­czek malu­śny z wysu­nię­tym języ­kiem, prze­jeż­dża­łem powoli po wyobra­żo­nym bry­stolu, wyobra­żo­nym noży­kiem robiąc wyobra­żone, zaokrą­glone brzegi. Brzegi zaokrą­glone jak małe dupy. Dwa­dzie­ścia cztery karty, wyż­sze arkana, od dzie­wią­tek do asów plus jokery. Serca, karo, tre­fle, piki, ale wszyst­kie czarne. Damy kurwy, jopki cwele, króle gady. Ryso­wa­łem, wydra­py­wa­łem malut­kim kawał­kiem gryfu nowe moż­li­wo­ści. Złu­dze­niem było to – co wiem już teraz, sto­jąc naprze­ciwko Kre­dziaka w piw­nicy – że siła wróci szybko. Nie, nie wróci.

Wystar­czyło ciut przy­ci­snąć. Uwol­ni­łem ją do miej­sca, w któ­rym nie musiała już jęczeć. Może nawet było tam to świa­tło, które wyobra­żała sobie we łbie, wyśnione tło jej cier­pie­nia. Nie­wielki, naiwny Jezus patrzył na nią z obrazka, przy­bi­tego do tapety, która wyglą­dała, jakby na nią ludzie na sygnał srali. Ufała mu, z jego serca wycho­dziło świa­tło. W brzu­chu poczu­łem dziwne drap­nię­cie, pie­cze­nie dobrego uczynku. Może ten jej syn, wypa­tru­jący chuja wśród demo­nów, nie­spo­kojny głu­pek, rów­nież poczuje coś takiego, gdy tu wej­dzie. Może podzię­kuje, nie­ko­niecz­nie mnie albo cze­muś kon­kret­nemu, po pro­stu podzię­kuje w powie­trze.

Karty. Nowe. Zoba­czy­łem je. Roz­ło­żone na stole, świeże, czarne, cze­kały. Coś musi tu być, mówiły mi. Ona coś musi mieć. W tej jej gro­cie była taka sama bar­da­cha jak na kory­ta­rzu. Ni­gdy tu nie wcho­dzi­łem. Nie wie­dzia­łem nawet, czego szu­kać. Te przed­mioty to nawet nie były przed­mioty, sple­śniało to na kupie, kiece jakieś stare, halki, koce, pie­rzyny, tylko na sto­liku obok coś wyod­ręb­nione, szklanka z żółtą wodą, tabletki z krzy­ży­kiem, modli­tew­nik, róża­niec, gówno warte. Zaczą­łem zwa­lać, prze­glą­dać, szu­kać, macać. Musiało tu być, wołało mnie. Dawaj, dawaj. Chodź, chodź. Szybko, szybko. Sznela, sznela. Brudne to było, okropne, od cho­roby, naj­le­piej byłoby iść gdzieś się zde­zyn­fe­ko­wać, odpla­mić. Pły­nem lugola, wap­nem. Watą szklaną zedrzeć skórę po tym wszyst­kim. Ale nowe karty uspo­ka­jały. Faj­nie wyglą­dały. Pach­niały pięk­nie. Wszystko w swoim cza­sie, mówiły. Szu­kaj, szu­kaj. Nie bój się. Wąchaj, wąchaj. Znaj­dziesz trop. Niuch-niuch.

Pod zgni­łymi szma­tami, kocami i koł­drami w końcu coś było – skó­rzana walizka pełna zbu­twia­łego smrodu, jakby do środka napchali mar­twych kró­li­ków. Ale to nie były kró­liki, po pro­stu jesz­cze wię­cej szmat, paku­łów, sta­rej waty bar­da­sza­nej, roz­padu nabrzmia­łego. W końcu wszystko to roz­pad. Jak coś jest całe, nowe, to prze­cież tylko czeka. Otwo­rzy­łem tę walizkę i zaczą­łem wyrzu­cać zawar­tość na zewnątrz, a cho­roba, którą były te rze­czy prze­siąk­nięte, cho­roba pod­kar­miona upa­łem, wyzie­wami sta­rej, wże­rała mi się w dło­nie i wie­dzia­łem, że nie­długo sam będę chory, w gorączce, samotny i zdy­cha­jący od zaka­że­nia.

Trudno. Gryz-gryz. Chap-chap. Niuch-niuch.

Zna­la­złem je w rekla­mówce z Pewexu. Obwią­zane zło­tym łań­cusz­kiem z Matką Boską. Był na nich pre­zy­dent ame­ry­kań­ski Jack­son, co wyglą­dał jak nie­do­ży­wiony Cho­pin. Nali­czy­łem ich pięć­dzie­siąt, tych Jack­sonów. Pięć­dzie­siąt razy dwa­dzie­ścia równa się tysiąc. W siatce były jesz­cze złote pier­ścionki, kol­czyki, taki szmelc. Za tysiąc mogłem kupić wszystko. To miesz­ka­nie, miesz­ka­nie obok i miesz­ka­nie na dole. Za tysiąc mogłem nary­so­wać sobie drzwi w powie­trzu i wejść przez nie do innego świata. Prze­rwać błonę i przejść na drugą stronę. Do czer­wo­nego pokoju. Zna­leźć ją i prze­mó­wić do roz­sądku.

Kształt wyraź­niał. Rysu­nek wyostrzał. Ozna­cze­nia kart mówiły gło­śniej, jesz­cze gło­śniej. Zło­ży­łem pie­nią­dze na pół, scho­wa­łem do kie­szeni. Zaj­rza­łem jesz­cze do pokoju, w któ­rym spa­łem. Te łań­cuszki i złote dyr­dy­małki wło­ży­łem nie­do­myl­com do szu­flady, mię­dzy monety, skar­pety i maszynki do gole­nia, tylko tro­chę głę­biej.

Pie­nią­dze są nie­bez­pieczne, pie­nią­dze to nóż bez ręko­je­ści, samo ostrze z obu stron – ostrze świetne, zabije każ­dego, ale dłoń zawsze tro­chę krwawi. Od pie­nię­dzy pomy­słów zaczyna być pełno, kipią w gło­wie jak ukrop, trudno je powstrzy­mać, krzy­czą krzy­kiem głod­nych piskla­ków. Nadzieja to upiorny haj, roz­sa­dza oczy i jajca. Gdy wybie­ga­łem z domu sta­rej, nie patrzy­łem na nic i na nikogo, tak jakby cały świat ściekł w dół i została tylko pod­ma­lówka, tapeta taka. Może nawet miną­łem tego jej bied­nego syna chu­jo­roba, zbie­ga­jąc po scho­dach na łeb, na szyję. Nie­ważne, karty mil­czały, dawały mi się wyszu­mieć. Złu­dze­nie, że wyru­chał­bym wszystko we wszystko, było prze­po­tężne, mógł­bym wejść do każ­dego bur­delu w Trój­mie­ście i zosta­wić dziecko w każ­dej kur­wie, myśla­łem – ale tak naprawdę nie mia­łem na to siły, Zmora wyrwała mi rów­nież kutasa, był nie­przy­datną zabawką, sikawką dzie­ciaczka. To też biorę, powie­działa, sie­dząc na mnie okra­kiem. Zgo­dzi­łem się. Chcia­łem żyć. Chcia­łem przejść przez ogień tak, żeby cokol­wiek ze mnie wyszło po dru­giej stro­nie.

Trzeba było ucie­kać. Ucie­kać z Gdań­ska, z tych sta­rych podwó­rek, na któ­rych miesz­kały tylko duchy. Chcia­łem przejść na drugą stronę. Prze­rwać tę błonę, za którą cza­iła się Zmora. Dziurę zro­bić w bło­nie jak w mem­bra­nie i wycią­gnąć kurwę z dru­giej strony świata, uciąć głowę, zabrać, co moje.

Na razie zde­cy­do­wa­łem się poje­chać do Sopotu.

Bli­żej, a jed­nak gdzieś indziej.

Sopot przy­wi­tał mnie zim­nym, sło­nym wia­trem, który szedł od morza i umiał wyczy­ścić każdy brud i każde kure­stwo. Dla­tego w Sopo­cie tyle tego było – bo każdy wie­dział, że cokol­wiek zrobi, zosta­nie uła­ska­wiony przez ten wiatr, dosta­nie roz­grze­sze­nie. Zwy­kłych ludzi potra­fił wpę­dzić do trumny, na sznur, wywiać im ostat­nią radość z kości. Ale nas, ban­dy­tów, uła­ska­wiał jak Jezus Bara­ba­sza.

Posze­dłem w Mon­ciak. W gło­wie mi huczało. Dzień się koń­czył, tak długi dzień, który prze­cież dopiero się zaczy­nał. Szu­ka­łem ich, cho­ciaż tak naprawdę nie wie­dzia­łem, kogo szu­kam. Coś popy­chało mnie do przodu, fizycz­nie mnie popy­chało, pie­nią­dze w kie­szeni ważyły kil­ka­na­ście ton, jak głaz przy­tro­czony do sła­bego ciel­ska. Chcia­łem iść na Wzgó­rze Piwo­wara, do Bun­ga­lowu, bo tam sie­dzieli waj­cho­wi­cze, chcia­łem się na nich popa­trzeć, wyba­dać ich, może potem z nimi doga­dać. Iść na Szwedy. Może zacią­gnąć jed­nego w krzaki, poga­dać z nim bar­dziej. Spró­bo­wać, czy mi to dalej sma­kuje, krew tęt­ni­cza.

Ale nie mia­łem siły. Mio­tało mną jak łajbą, nor­mal­nie zaraz na izbę mnie zgarną, pomy­śla­łem. Wla­złem do Hor­texu. Gdy usia­dłem na krze­śle, byłem mokry od potu. Zamó­wi­łem kawę, krem suł­tań­ski, kom­pot jakiś, cokol­wiek, by zjeść i wypić. Kel­nerka coś mówiła, zgrabna dupa, ale jakby nie­ist­nie­jąca, ktoś ją uszył z gabar­dyny, tylko twarz ście­kała jej ze łba jak cie­pły kisiel. Blon­dynka, sło­miana taka. Chłopka ze wsi. Przy­nio­sła cały ten amba­ras, któ­rego nawet nie chciało mi się tknąć, ledwo łyżkę umo­czy­łem w kre­mie. Zła­pa­łem się na tym, że prze­cież nie mam czym zapła­cić – nie dam wszak tej cipeczce gabar­dy­no­wej całego Jack­sona za plujkę i sma­ro­wi­dło z sal­mo­nellą.

Popa­trzyła na mnie szybko, chyba to zro­zu­miała. Zła­pa­łem ją za dłoń w prze­gu­bie. Puls jej fur­ko­tał. Wzią­łem sobie z tego pulsu odro­binkę, maluśko, tyle, by nie zemdleć. Popa­trzy­łem jej w oczy. Na duszy poja­wiła się jej mała ryska. Szczę­ście masz, że jestem słaby, pomy­śla­łem. Wszy­scy macie tu szczę­ście.

– Daj kogoś, kto tu coś wie, co się dzieje – powie­dzia­łem do niej cicho, a ona zro­zu­miała.

Wyglą­dała jak laleczka prze­nie­siona tu z innego świata, porwana z lep­szej epoki. Znik­nęła szybko, zosta­wia­jąc mnie z kawą. Wzią­łem łyk i zmu­si­łem się, żeby nie odpluć na stół. Okro­pień­stwo okropne. Rzyg-rzyg. Tfu-tfu.

Przy­szedł po chwili, w bia­łej koszuli, chu­chro­waty i z wąsami jak u dzie­ciaka z pod­sta­wówki, cie­niami takimi nie­go­lo­nymi; do tego napo­ma­do­wane włosy, nie na sma­lec, coś lep­szego miał ze statku, RFN-owskie sma­ro­wi­dło jakieś – błysz­czało się dobrze, dziew­czyny musiały to lubić. Na łapie miał zega­rek, Kirow­skije, wyeks­po­no­wany, od ojca dostał jak nic. Młody chło­pak, ale uda­wał star­szego, nawet udat­nie uda­wał. Poka­za­łem mu, żeby usiadł, pokrę­cił głową, że prze­cież nie może, to klienci są od sia­da­nia, a potem prze­my­ślał sprawę, roz­glą­da­jąc się dookoła. Dał mi znak łbem, abym poszedł za nim.

Podwórko było cia­sne, para­pety cie­płe jak płyty w pie­kar­niku, wygrze­wały się na nich koty, któ­rym wciąż było mało. Poczę­sto­wał mnie papie­ro­sem, cho­ciaż to ja powi­nie­nem poczę­sto­wać jego.

– Jakie­goś zaję­cia szu­kam. No i walu­cia­rza, co mi nie da kursu ban­dyc­kiego.

Zmru­żył oczy. Wypu­ścił dym. Ja pali­łem płytko, nie potrze­bo­wa­łem i mi nie sma­ko­wało, ale gdy­bym skie­po­wał przed fil­trem, byłaby to nie­po­trzebna pogarda.

– Ja cię koja­rzę. Ty z Gdań­ska jesteś. W Cri­stalu kel­ne­ru­jesz.

Chrząk­ną­łem w odpo­wie­dzi. Nie­do­brze, ale z dru­giej strony, jak miał nie koja­rzyć?

– Wódki razem nie pili­śmy. – To nie była z mojej strony nie­uprzej­mość celowa, bar­dziej fak­tów usta­le­nie.

Zaja­rzył. Łbem pokrę­cił na znak, że ow­szem, że nie.

Jakaś baba wysta­wiła łeb przez okno, na para­pe­cie miała przy­go­to­waną poduszkę na podwór­kowe kino. Pew­nie naj­mniej­szy sze­lest przy­wo­ły­wał ją na ambonę.

– Wszystko w porządku – powie­dział do niej chło­pak.

Oparta o tę poduszkę, widziała i sły­szała nie­jedną naradę. Może przy­no­sił jej ciastka po robo­cie, wyglą­dała, jakby lubiła słod­kie, zaże­rała słod­kim wszystko, co złe, a dużo tego było, jak to u sta­rej baby.

Rzu­cił petem, zga­sił butem, od razu wsa­dził sobie w gębę następ­nego. Pokrę­ci­łem głową, zanim zdą­żył zapro­po­no­wać. Te pol­skie papie­rosy to zawsze sma­ko­wały jak kur­wia pizda. Idąc tą meta­forą liza­kową, jak czło­wiek pierw­szy raz sztach­nął się porządną pojarą, Marl­boro albo Ben­son & Hed­ges, to jakby nor­mal­nie samemu Jezu­sowi Chry­stu­sowi z poły­kiem knagę ohe­blo­wał.

– Ja z Gdyni jestem. Marek – powie­dział. – Koja­rzę cię, bo my kie­dyś w Cri­stalu spo­tka­nie mie­li­śmy.

– My. Spo­tka­nie – powtó­rzy­łem.

Spa­lił się, jakby powie­dział coś za dużo. Wyczu­łem go, zro­zu­mia­łem.

– Czyli tu tylko w dzień sie­dzisz – zro­zu­mia­łem.

– No, cza­sem coś się działa.

– A jak się nazy­wają ci, dla któ­rych dzia­łasz?

Pokrę­cił głową.

– Za dużo chcesz wie­dzieć.

– Ale mówisz, że w Gdyni można podzia­łać – doci­sną­łem.

– Jak jesteś z Gdyni. – Wzru­szył ramio­nami.

– Ja mogę być z Gdyni, jak trzeba – odpar­łem.

Coś tak jakby się uśmiech­nął, trudno powie­dzieć. Pedry­lem nie był, choć tro­chę wyglą­dał. Spra­wiał wra­że­nie, jakby ten piczo­wąs to mu tydzień temu przez noc wyrósł, jakby dopiero co wyfru­nął z zawo­dówki, a dziew­czy­nie naj­wię­cej, co zro­bił, to lekko smyr­nął za majt­kami. Z dru­giej strony w tej buźce dzie­cin­nej tkwiły oczy dziw­nie stare i smutne, lekko mleczne. Oczy czło­wieka, który zmiar­ko­wał, że sensu żad­nego nie ma w tym stwo­rze­niu naszym. Zro­biło mi się tro­chę cie­pło do niego. Tak jak kie­dyś do Malinki. Malinka, oj, Malinka. Cho­ciaż Marek piczo­wąs to innego asa mi przy­po­mniał niż Malinka. Gór­niaka. Tak, za Gór­nia­kiem też mi się cie­pło zro­biło, ale ina­czej. Mniej miło­śnie.

Gór­niak. Malinka. Różni od sie­bie byli bar­dzo, lecz obaj zaśpie­wali swój śpiew.

Otrzą­sną­łem się z nie­po­trzeb­nych wspo­mnień.

– Poga­dał­bym z tobą chwilę kie­dyś.

A on, ku mojemu zdzi­wie­niu, powie­dział:

– No to wpad­nij do Gdyni. Miesz­kam w Śród­mie­ściu, Abra­hama dwa­dzie­ścia przez osiem. Coś wymy­ślimy. Tu nie przy­chodź, bo się zwal­niam zaraz.

I znik­nął w środku, i tak mnie zosta­wił, z marze­niem i babą na para­pe­cie.

Zanim Zmora zabrała mi siłę, mogłem wsa­dzać w cokol­wiek, nie prze­szka­dzało mi nic. A naj­bar­dziej kocha­łem wsa­dzać w nie­win­ność, nie­ważne, czy w dziew­czynę, czy chłopca. Naj­waż­niej­szy był ten smak, kwa­śnego, co wła­śnie zmie­niło się w słod­kie. To lek­kie pęk­nię­cie w oczach. Słodki taki. Am-am. Niuch-niuch. Żeby było jasne, ni­gdy dzieci. Co to, to nie. To zbrod­nia naj­więk­sza. Wyro­słe, ale nie­winne, a przy tym chętne, cie­kawe – to było naj­smacz­niej­sze.

Tego wie­czoru cho­dzi­łem po Sopo­cie, dopóki nie opa­dłem z sił. Pot stygł na mnie, tężał w klej. Ska­zany byłem na sie­bie. Cią­gle grza­łem puchę, czę­sto tak jest na wol­no­ści. Tylko na wol­no­ści jesz­cze trzeba uda­wać. Dla­tego się wraca. Bujało mną na lewo i prawo, ale per­fid­nie, to ona bujała. Dosze­dłem do lasu i to na moment mnie zatrzy­mało. Musi­cie wie­dzieć, że Trój­mia­sto jest scze­pione nie­wi­dzialną sie­cią, żyłami i ner­wami dzi­ko­ści. Jeśli gdzie­kol­wiek w Trój­mie­ście wej­dziesz mię­dzy drzewa, to jak­byś wcho­dził w labi­rynt. Jeśli wiesz, jak iść, jeśli umiesz ich słu­chać i czy­tać wycięte w korze nie­wi­dzialne znaki, to możesz wyjść gdzie­kol­wiek, w Gdyni, w Gdań­sku, w Wej­he­ro­wie, w Rumi. Patrz pod nogi, a znaj­dziesz miej­sca, któ­rych nikt nie chce, abyś je zna­lazł; miej­sca, w któ­rych poukry­wane są okrutne skarby.

Może więc to i moje prze­zna­cze­nie, pomy­śla­łem. Przejść na drugą stronę. Do obcej, pol­skiej Gdyni z Gdań­ska nie­miec­kiego. Poszu­kać tam nowych ekip, nowych wra­żeń. Przy­gód. Wes­tchnień.

Bałem się jed­nak opusz­czać Sopot; nie mia­łem siły na te okrutne skarby, nie chcia­łem iść do ludzi taki słaby. Zatrzy­ma­łem się przed Operą Leśną, co wyglą­dała jak ogromny sza­let, porzu­cony w lesie drew­niany upiór. Roz­pa­dało się to dzia­do­stwo na poje­dyn­cze deski, gniło zaśmie­cone i popę­kane, i nie wiem, kto mógłby tam wystę­po­wać, chyba tylko chór śmie­cia­rzy albo kwar­tet smycz­kowy cweli. Był to dla mnie widok szcze­gól­nie przy­kry. Jeśli ist­niało coś, czego nie chcia­łem prę­dzej czy póź­niej zagryźć, szarp­nąć, pociąć – jeśli coś w życiu rze­czy­wi­ście kocha­łem – to były to pio­senki. Nie marzy­łem o wła­snym domu, ale zawsze chcia­łem mieć kolek­cję płyt czy kaset, mój zbiór utwo­rów uko­cha­nych.

Sta­łem tak, ogrze­wany przez tysiąc dola­rów w kie­szeni, pewno mia­łem na udzie czer­wony ślad. Sta­łem naprze­ciwko tej ruiny i się waha­łem, zadzi­wia­jąc samego sie­bie tym waha­niem, bo ni­gdy się nie zasta­na­wiam, czy coś mogę, a następ­nie prze­sze­dłem przez zaśmie­cone, obsrane try­buny i wdra­pa­łem się na scenę. Było zupeł­nie pusto, jakby wszystko zde­chło, wszy­ściu­teńko, jakby nawet ptaki i wilki zre­zy­gno­wały z życia albo prze­szły w sen podobny do zimo­wego, ale inny, roz­grzany, taki sen w gorączce. Nawet zwie­rzęta o czymś maja­czą, wie­dzia­łem to.

– Dzień dobry pań­stwu – powie­dzia­łem do publicz­no­ści, któ­rej nie było. – Witam pań­stwa bar­dzo ser­decz­nie. Nazy­wam się Darek Kin­ski i popro­wa­dzę dla pań­stwa Srebrny Jubi­le­usz Festi­walu Pio­senki w Sopo­cie.

Cisza. Nawet nie zaszcze­kał pies. Upał wybił wszystko i wszyst­kich. Noc nie przy­nio­sła żad­nej ulgi. Nikt nie zga­sił słońca, po pro­stu zasło­nili je czarną kre­piną.

– Wystą­pią dziś wyjąt­kowe gwiazdy – mówi­łem dalej. – Halina Frąc­ko­wiak, która wydała swoją płytę dłu­go­gra­jącą, z prze­piękną pio­senką Tin Pan Alley z tek­stem Janu­sza Kon­dra­to­wi­cza. Nie­miecki pio­sen­karz Fancy zaśpiewa Fla­mes Of Love. Wie­czór uświetni zaś bry­tyj­ska gwiazda Saman­tha Fox, praw­dziwa blond pięk­ność z namięt­nym utwo­rem Touch Me.

Nie inte­re­so­wało mnie, czy naprawdę tak było. Czy tacy arty­ści wystę­po­wali kie­dyś w Sopo­cie, w takiej kolej­no­ści. Po pro­stu sta­łem na sce­nie i pro­wa­dzi­łem swój festi­wal marzeń. Powoli na widowni poja­wiali się pierwsi ludzie. Zni­kały śmieci. Nad gło­wami widzów roz­bły­sło mięk­kie świa­tło, białe i przy­ja­zne.

– Dzię­kuję pań­stwu, żeście się tak licz­nie sta­wili. Pro­szę mi wyba­czyć pre­zen­cję ciut wymiotną. Za mną cięż­kie czasy. Z nadzieją patrzę w przy­szłość, ale co zro­bić, chu­jem krzepko waliło. Zresztą co ja tam będę męczył pięk­nych pań­stwa! Kogo obcho­dzą tro­ski Kin­skiego Darka z Gdań­ska!

Z pustych try­bun dotarły ane­miczne okla­ski. Smutne takie, jak na aka­de­mii w szkole. Klask, klask. Coś jakby zwil­żyło mi się oko, na razie lewe.

– Naj­waż­niej­sza jest pio­senka. Wzru­sza­jący tekst. Piękna melo­dia. Naj­waż­niej­sza jest muzyka. Prawda, pro­szę pań­stwa? Jedyne, co dobre, w tym paskud­nym świe­cie.

Prawe oko też mi się zwil­żyło i teraz z obu mi cie­kło, to nie był płacz taki, jak ludzie pła­czą, raczej prze­ciek z zardze­wia­łej rury.

W Sztu­mie, zanim przy­szła do mnie Zmora, to pio­senki miały mnie w swej opiece. Koiły jak małe matki. Kra­sno­ludki takie. Krót­kim obgry­zio­nym ołów­kiem spi­sy­wa­łem tek­sty z pamięci do kajetu, który potem cho­wa­łem przed gadami w dziu­rze wydra­pa­nej w ścia­nie. Jeśli coś kocha­łem, to te słowa. Powta­rza­łem je, nuci­łem w gło­wie, a gdy powtó­rzy­łem wystar­cza­jącą liczbę razy, to na chwilę mia­łem jakby inną duszę, byłem zro­biony z cze­goś innego. Niech no tylko zakwitną jabło­nie. Jesz­cze się tam żagiel bieli. Wielka dama znów tań­czy sama. Z tobą chcę oglą­dać świat.

Teraz to ja sta­łem na sce­nie, a moje dło­nie zro­biły się nagle fio­le­towe, takim dziw­nym fio­le­tem, z któ­rego można byłoby kieckę uszyć. To roz­bły­sły zawie­szone na dachu reflek­tory. Odwró­ci­łem się, aku­rat gdy wcho­dziła na scenę. Na początku jej nie pozna­łem. Jakby kto piękno skro­plił, jakby ją wyjął wła­śnie z żebra Adama. Szła miękko, kiwa­jąc bio­drami na boki. Włosy uło­żył jej jakiś Bóg. Obszyta ceki­nami suk­nia spły­wała po jej ciele, nada­jąc mu kształt gitary. Widzia­łem, że nie jest już mało­latką, miała pra­wie czter­dzie­ści lat, ale każda mało­latka mogłaby jej co naj­wy­żej opi­ło­wać paznok­cie u stóp. Pode­szła do mikro­fonu, natu­ralna jak wie­trzyk, ukło­niła się, skrom­nie, ale nie nie­win­nie, co to, to nie. Popa­trzyła na mnie, cho­ciaż sta­ra­łem się być nie­wi­dzialny. Wycią­gnęła do mnie dłoń, a kar­mi­nowe paznok­cie zatań­czyły w fio­le­to­wym świe­tle. Odwró­ci­łem się, za mną stroił się zespół, facet w oku­la­rach pole­ro­wał szmatką sak­so­fon, błysz­czącą złotą broń.

– Dzię­kuję, panie Darku – powie­działa, a ja poczu­łem, że zaraz czymś try­snę, czymś z serca, czymś, czego ni­gdy nie mia­łem.

Owa­cja, gło­śna jak seria w powie­trze, a zaraz po niej pierw­sze takty i jej głos, jakby anioł roz­ta­piał całe to kure­stwo świata, jedną modli­twą zamie­niał je w masło na roz­grza­nej patelni.

Zabiorę cie­bie wła­śnie tam, samo­lot miękko zej­dzie w dół, i mia­sto jak muzyczny super­sam zbu­dzi sześć śpią­cych strun1.

Doko­nało się. Stra­ci­łem rów­no­wagę, tak porząd­nie, i w końcu się wyje­ba­łem, łup­ną­łem poty­licą o nad­gniłe deski. Łeb prze­szył ból, słodki, sło­dziuśki. Znowu byłem w celi, gry­zmo­li­łem tek­sty w zeszy­cie w kratkę. Palec, nie­pi­śmienny git spod Mrą­gowa, który na wol­no­ści wła­snej matce wci­snął nagrzane żelazko w twarz, robił sobie cezara żyletką, żeby zabrali go na oddział. Cezara robiło się tak: ryso­wało się krwawą linię po obry­sie ciała, głę­boką na pół cen­ty­me­tra, taką, by się nie wykrwa­wić, ale by zaju­szyć wszystko dookoła; ryso­wało się ją też po wnę­trzach pal­ców, po każ­dym zgię­ciu, przez punkt mię­dzy odby­tem a jajami. Palec robił cezara, cała cela pach­niała zardze­wia­łym żela­zem, które wycie­kało mu z ciała, a ten drugi ze Ślą­ska, Jajco, co kolegę zabił w dys­ko­tece, zaczy­nał rzy­gać i bła­gał Palca, żeby prze­stał, ale Palec nie prze­sta­wał, a ja pisa­łem, malut­kimi liter­kami, tak by się wszyst­kie słowa zmie­ściły.

Tak­sówką żółtą tak jak Chi­na­town, ruszymy, tłu­miąc pożar serc, w muzykę, która nie zna prawd i kłamstw, ale jest, cią­gle jest2.

A Zmory nie było. Ani pod celą, ani tutaj. Pani Halina, anioł wspa­niały, chro­niła mnie przed jej klą­twą. Sło­dycz jej głosu cero­wała prze­rwaną błonę mię­dzy świa­tami.

Słu­cha­jąc jej, nie musia­łem robić kro­ków, nie musia­łem ni­gdzie biec, nie musia­łem patrzeć w roz­ło­żone karty, nie byłem słaby ani silny, nie było ognia ani wody, dnia ani nocy; wszystko zlało się w całość; gdy śpie­wała, byłem czy­stym byciem, wszystko zgu­bi­łem, to co zakre­ślało kształty, imię nawet.

Hura­gan okla­sków jak burza stu­le­cia, na widowni musiały być tysiące, dzie­siątki tysięcy ludzi, a Opera Leśna już nie była operą, była naj­więk­szym sta­dio­nem, jakimś Wembley. Leża­łem sku­lony do samego rana, w pozy­cji dzie­ciaczka, ssąc kciuk i patrząc na miej­sce, gdzie jesz­cze przed chwilą były jej stopy, w czar­nych, wyso­kich butach na obca­sie. Te buty mógł­bym zjeść z tale­rza, nożem i widel­cem, patrząc jej głę­boko w oczy. Zja­da­jąc kęs ostatni, zeló­weczkę, try­snął­bym.

Nad ranem zro­biło się chłodno. Zwie­rzęta już coś gadały, nagrzana zie­mia ode­tchnęła na kilka sekund. Publicz­ność znik­nęła. To był począ­tek, choć trudno powie­dzieć czego. Nowe karty dalej leżały na swoim miej­scu, roz­ło­żone, wyraźne. Cegła Jack­so­nów wciąż parzyła mnie w udo. Nikt by mi ich nie zabrał, nikt by się nie odwa­żył, choć za jedną dzie­siątą tego pół Sopotu pode­rżnę­łoby mi gar­dło. Coś mnie chro­niło, może Zmora, może karty, może ja sam. Wsta­łem. Wla­złem w las i sze­dłem, sze­dłem, patrząc pod nogi, aż wysze­dłem w Orło­wie, w popo­łu­dnie jesz­cze bar­dziej roz­grzane niż wczo­raj. Czła­pa­łem przez żar, a świat dookoła drżał, budynki zle­wały się w budyn­kową maź, z tej mazi wyod­ręb­nił się Bun­ga­low, ale to jesz­cze nie był czas, by iść do Bun­ga­lowu, jesz­cze nie. Naj­pierw musia­łem się uczło­wie­czyć, bo do czło­wieka dużo mi bra­ko­wało i nawet oko­licz­no­ści prze­sta­wały mnie uspra­wie­dli­wiać.

Lazłem i lazłem, aż zro­zu­mia­łem, że jeśli cze­goś się nie napiję, to zaraz trafi mnie szlag. W pustym i złym skle­pie smutna kobieta stała na tle pó­łek z octem, musz­tardą i bło­tem w pacz­kach, roz­ka­za­łem podać sobie oran­żadę, była cie­pła, ale wypi­łem ją dusz­kiem, cukier oble­pił zdarte gar­dło lepką gazą. Nie zapła­ci­łem, wydarła mordę, chuj w cie­bie, kurwo stara. Lazłem i lazłem, przez Redłowo aż do Śród­mie­ścia, jak­bym wie­dział, gdzie idę, zupeł­nie tego nie wie­dząc. Roz­grzało mnie i zasmro­dziło do tego stop­nia, że zaczy­nały krą­żyć dookoła mnie muchy, jak­bym był cie­la­kiem.

Myśla­łem o sta­rej. Czu­łem, że mi dzię­kuje za wyzwo­le­nie swoje. Czu­łem jej modli­twy do Jezusa do ściany przy­bi­tego. Pro­siła go o opiekę nade mną, osła­bio­nym, wybra­ko­wa­nym Dar­kiem Kin­skim, Dar­kiem, który kie­dyś jadł ludzi, a teraz nie miał siły pogryźć bułki z masłem. Zro­biła to, zanim roz­to­piła się w świe­tle, a dobry Jezus jej posłu­chał. I może ten jej syn stał w czar­nej nocy wśród sza­ta­nów, pod pustą pikietą, cze­ka­jąc na chuja do dupy, bo ona ni­gdy się za niego porząd­nie nie pomo­dliła.

Kamie­nica na Abra­hama była jedną z tych przed­wo­jen­nych, któ­rych nawet ato­mówka nie zdej­mie. Z pół­tora kilo­me­tra od dworca, z ele­wa­cją znisz­czoną w kolo­rze prze­le­ża­łego ziem­niaka. Drzwi na klatkę otwarte na oścież. W środku było parę stopni chłod­niej i umę­czone mię­śnie zaśpie­wały bólem, jak­bym nagle dostał anginy. Skrzynka na listy stała otwo­rem, dziw, że jej jesz­cze nie zerwali i na złom nie zanie­śli, może na zło­mie nie przyj­mują skrzy­nek pocz­to­wych. Drew­niane schody pod sto­pami skrzy­piały i char­czały jak chłop, co zużył wszystko, co miał, i już nie wal­czy, bo w nie­po­sia­da­niu niczego jest spo­kój, na który czeka się całe życie. W Sztu­mie sły­sza­łem tro­chę takich chark­nięć, prze­do­sta­wały się przez ogień i wrzask.

Na drzwiach była ósemka i bar­dzo blade, nama­zane nie­zgrabną ręką K + M + B. Dzwo­nek nie dzia­łał. Zapu­ka­łem, puk, puk. Zanim cokol­wiek się w środku poru­szyło, minął dobry rok.

Dziew­czyna była piękna w spo­sób nie od początku widoczny. Włosy koloru słomy, cien­kie i zmę­czone spły­wały po gło­wie równą linią. Oczy miała pod­krą­żone, wzrok prze­stra­szony, ale pewny. W drob­nych dło­niach wiele było siły, w tych łap­kach małych, kost­kach, żył­kach, odci­skach. Naj­pierw ktoś zro­bił się we mnie głodny, a potem ktoś inny zatkał temu głod­nemu pię­ścią pysk.

Opar­łem się o fra­mugę. Dotkną­łem Jack­so­nów w kie­szeni, jakby były chu­jem.

– Ewu­nia? – dobiegł z głębi miesz­ka­nia głos star­szej kobiety.

Dopiero teraz zaczy­na­łem widzieć detale, zgrzebne płasz­czyki i kurtki powie­szone na hakach, kap­cie i łap­cie, kawa­łek meblo­ścianki z Rubi­nem wysta­jący zza drzwi. Że nikt ich na palto jesz­cze nie zro­bił, pomy­śla­łem. A może zro­bił i nic nie ma w tych pal­tach. Gar­nek jakiś na pod­ło­dze, z czymś, co musi jesz­cze postać, ale jak postoi, to każdy zamlasz­cze.

– Ewu­nia?

– Marek jest może? – zapy­ta­łem, po czym poka­za­łem sie­bie samego ręką. – Prze­pra­szam za mój stan ogólny. Jest nie­cie­kawy, ale może się zmie­nić.

Ewu­nia znik­nęła w głębi miesz­ka­nia. W kory­ta­rzu poja­wił się Marek. Wbrew dekla­ra­cji zdzi­wiony był, że się tu zja­wiam. Ręce o spodnie ocie­rał. Pod­szedł do mnie, ręce ocie­rał o spodnie, zacie­ka­wiony, jakby mnie widział pierw­szy raz.

Powie­dzia­łem nagle, tknięty olśnie­niem:

– Sły­sza­łem, że loka­tora na pokój szu­ka­cie.

– Skąd? – zapy­tał.

– Z ogło­sze­nia.

– Z ogło­sze­nia. – Poki­wał głową, po czym odwró­cił się w stronę kuchni:

– Matka, dawa­łaś ty jakieś ogło­sze­nie?

Nie wie­dzia­łem, skąd mi się to wzięło. Może ze snu. A może wyczy­ta­łem to z kory­ta­rza, z kształtu miesz­ka­nia. A może poczu­łem nagle, że muszę tu być, za wszelką cenę. Poczu­łem zapach Ewuni.

Pogrze­ba­łem w kie­szeni, jak­bym zapa­łek szu­kał, odkle­iłem jed­nego Jack­sona od cegły, wycią­gną­łem i roz­pro­sto­wa­łem go w powie­trzu. Zatań­czyło Marecz­kowi w oczach, no jak­żeby nie.

Zna­łem takich jak on, pełno ich było tam, gdzie się wycho­wy­wa­łem. Nie­jed­nego takiego ska­le­czy­łem, z łatwo­ścią, jak­bym chleb masłem sma­ro­wał. Żyłem jak zwie­rzak, czoł­ga­łem się albo bie­głem na czwo­ra­kach, uja­da­łem i war­cza­łem. Jadłem tylko to, co upo­lo­wa­łem, wię­cej nic. Byłem brudny i zaro­śnięty i wszystko pach­niało mi krwią, i nie ist­niało nic, czego nie roz­wią­za­łyby nóż, cegła, zęby, pięść, i tylko wyglą­da­łem jak czło­wiek.