Czarne słońce - Jakub Żulczyk - ebook

186 osób właśnie czyta

Opis

Koniec świata, jaki znasz

W ojczyźnie przyszłości wrogowie pozbawieni są wszelkich praw. A wrogiem jest każdy Inny, każdy Obcy. Odgrodzona od dogorywającej Europy, rządzona przez Ojca Premiera, Wielka Polska nigdy nie zostanie zalana przez hordy uchodźców, nie będą panoszyć się w niej zdrajcy i degeneraci.

Za eliminację odpadów ze społeczeństwa odpowiedzialny jest Gruz, lider neonazistowskiej bojówki, chodzące wcielenie absolutnego zła, człowiek mordujący dla samej przyjemności zabijania. Realizacja kolejnego rządowego zlecenia brutalnie przeorze mu świadomość i zmieni całe życie.

Okrutna, wywrotowa, „antypolska” powieść autora Ślepnąc od świateł jest efektownym zderzeniem literackich gatunków – thrillera, dystopii, kryminału noir, powieści drogi, dramatu psychologicznego i zaskakującej książki o miłości. Prowokując do granic możliwości, Żulczyk tak naprawdę oferuje głęboko humanistyczną opowieść o wielkiej duchowej przemianie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 657

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WydawcaJoanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzącyIwona Denkiewicz

RedakcjaKonrad Kęder – Aktala sp. z o.o. Maciej Żulczyk

KorektaMirosława Kostrzyńska

Copyright © by Jakub Żulczyk, 2019 W porozumieniu z Agencją Literacką Syndykat Autorów Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., 2019

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamaniePiotr Trzebiecki

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9497-0

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Tak oto kończy się to wspaniałe dzieło; dzieło bez wątpienia absolutnie odpychające.

D.H. Lawrence, Apokalipsa

Ostatni Drakkar

Noc jest nasza i dobra. Każda noc jest nasza. To nasza matka. Pachnie gumą i węglem. Powietrze, gdy złapać je w garść, zostawia na łapie mokry ślad śmierdzący benzyną. Noc to wilczyca, która karmi młode ropą.

Stoimy na zewnątrz, jak wilki, i czekamy, spokojnie, aż skończą.

Słyszę wszystko, co mówią tamci – przez ściany, szybę i drzwi. Nikt tego nie wie, ale mam bardzo dobry słuch. Usłyszę szept z drugiego końca zatłoczonej sali. Usłyszę, jak ktoś głaszcze schowany pod kurtką nóż. Czasami wydaje mi się nawet, że słyszę czyjąś myśl. Myśli brzmią jak przeciw-pogłos; jak taki dźwięk, co zwija się do środka.

Gruz, Gruz, twoich własnych myśli jest zdecydowanie za dużo, aż łeb ci się od tego topi.

Restauracja mieści się w budynku teatru. Teatr – na wielkim, ogrodzonym podwórku. Jeszcze niedawno sprawdzano tych, którzy wchodzą na podwórko. Proszono ich o dowody, pytano o nazwiska, ale w końcu z tego zrezygnowano, przecież nie będą selekcjonować gości, którzy wchodzą do restauracji. Nie utrzymaliby się, chociaż teatr znajduje się w samym sercu naszej pięknej stolicy. Zagranica może dawać pieniądze na teatr, ale nie na restaurację. Weszliśmy tu jak do siebie. To znaczy, my i tak wszędzie wchodzimy jak do siebie, razem z drzwiami, zabierając powietrze.

Dwie kobiety i czterech chłopów, to znaczy, chłopów – większe chłopy to są z waszych sióstr, jeden z drugim. Dwóch z nich dotyka się pod stołem, pewnie zaraz wstaną i pobiegną do łazienki dziabać sobie lachy. Załatwimy ich pierwszych. Spokojnie, my z dezynfekcji.

Jedna z tych kobiet, na oko czterdzieści parę lat, mocno wymalowana, chuda, sucha, mówi głośno, najgłośniej ze wszystkich. Oczy ma duże, czarne. Trochę się boi, ale jeszcze bardziej chciałaby wszystko spalić na popiół i w pizdu. Ta wściekłość jest silniejsza niż strach, podoba mi się to. Błyszczy białymi kłami, ładuje sobie do ust sałatę, ale nie pasuje to do niej, powinna pić krew. Lubię ją, w innej sytuacji bym się z nią nawet może i pozabawiał, rozumiesz, tak po kumplowsku.

– I to jest najgorsze – mówi do reszty tak głośno, że przez moment słyszymy ją wszyscy – że dzieje się to, co zwykle. Po to jest cały ten Facebook, abyśmy nic nie robili, tylko poprawiali sobie samopoczucie. Ktoś raz na jakiś czas napisze oburzony, długi tekst, fajnie, umie pisać porywająco, ludzie to podchwycą, zalajkują, zacznie się dyskusja. Jakiś portal internetowy to przeklei, bo oni potrafią już tylko przeklejać to, co napiszemy na społecznościówkach, bo to nic nie kosztuje. I fajnie, i świetnie, przecież nikt nam tego nie zabroni.

– I wszystko zostaje skanalizowane, wszyscy jesteś-my w domu, pijemy sobie winko – wtrąca się facet siedzący po przekątnej, nie jej facet, chłop tej drugiej, młodej i ładnej dupy, sam ma z pięćdziesiąt lat, małe, bystre oczy w pomarszczonej twarzy, siwą brodę. To ten cały reżyser. Uśmiecha się uśmiechem kogoś, kto kocha siebie bardziej niż babę. Jak się uśmiecha, to nie pokazuje zębów. Na szyi ma jakąś jedwabną szmatę. Próbuje zakryć wszystko, co w nim wstrętne.

– Tak, tak. – Ona celuje w niego widelcem, pokazuje mu, że ma rację, że dobrze powiedział, ale on tylko się w nią wgapia. Jest pewny tego, że jest od niej lepszy, że zaraz może zrobić z nią wszystko, bo jest taki stary i mądry.

– Ale co innego chciałabyś robić, Olu? – pyta w końcu.

– No na pewno nie iść na kompromis.

– Wiemy, że poruszamy się po koncesjonowanym obszarze, że jesteśmy listkiem figowym, że jest nam najłatwiej w Polsce, bo tu, w Warszawie, jest troszeczkę inaczej. – On wyciera sobie nos. – Ale tu będziemy mieli więcej do powiedzenia niż w więzieniu.

Przez chwilę milczą. Spotkali się po to, żeby popsuć sobie samopoczucie i zaraz, szybciutko, je sobie na-prawić.

– Czterdziesty dzień – mówi facet wymalowanej i suchej. Nawet nie patrzy na reżysera. Widać, że ma z nim problem. Że jest od niego brzydszy, biedniejszy i że go nie kochają. Gdy tak się na niego gapi, coś w nim maleje. Z ludzi, których znam, nikt nie widzi takich rzeczy.

Reżyser za to patrzy na niego i cieszy się, że ten jest takim frędzlem, szmatką taką, że wystarczy pstryknąć na niego palcami. Bardzo poprawia mu to humor.

– Co czterdziesty dzień? – pyta ta jego baba, oj, już ma go dosyć, na pewno wali się z innymi, każde jego słowo jest dla niej jak chlapnięcie kwasem, tak minimalnie, jedną kropelką, gdzieś po ciele.

– Czterdziesty dzień głodówki Boroczyna – powtarza cicho matowym głosem ten jej chłop frędzel. – Trwa. Dzisiaj.

Wsadzam mocno pięść w dłoń, zaciskam, knykcie strzelają jak popcorn. Nie mogą się doczekać.

Mówią na mnie Gruz. Jestem niewypałem, co go twoje dzieci znalazły i wybuchły w pizdu, bąbelki kochane śliczne. Drutem kolczastym, na który trafia dłoń w ciemności. Butelką z kwasem rozbitą na twoim głupim ryju. Nigdy nie zamykam oczu. Słyszę wszystko. Zawsze i wszędzie cię znajdę. Powiedziałbym ci, żebyś uważał, ale po co masz uważać, skoro i tak cię znajdę.

Ja i moi ludzie stoimy na zewnątrz i dyszymy. Gdy zwierzę dyszy, to oznacza, że jest w nim nadmiar mocy. Musi jej trochę wypuścić, bo inaczej eksploduje mu wszystko, serce, dupa, łeb.

Jest nas siedmioro, sześciu typów i Gwiazda, bo siedem to dobra liczba. To, co się dzieje, to nasza operacja Tannenberg.

– Jacku, ty chcesz, żebym ja też głodował? – Siwy denerwuje się i nie potrafi tego ukryć. Tego nienawidzi najbardziej. Ciosów w brzuch, których nie zdążył sparować. Psuje mu to postawę. Jakby ktoś mu nagle nacharał na tę jedwabną szmatę, na klapę marynarki.

– Nie, ale może będziesz musiał – odpowiada brzydszy frędzel.

– Nawet ci się to przyda – parska ta sucha, a w reżyserze coś się zatrzymuje. Na bank w nią kiedyś wkładał. Młoda nie wie, o co chodzi; nie odzywa się, tylko mruga oczyma jak sarna i pakuje sobie jedzenie do gęby. To na pewno aktorka. Rzucił suchą, bo zaczął dymać młodą, proste. Facetowi, gdy stoi, to wydaje się, że nigdy nie umrze. Sucha w pewnym momencie za bardzo się wściekła i poszła w tango z jego najlepszym przyjacielem. Widać to po nich. Tamten popłakał się ze szczęścia, bo zawsze ją chciał, i dopiero teraz widzi, jaki ma problem. A i tak tu siedzą, sami, bo z kim mają siedzieć? Nikt ich nie chce, mimo że jeszcze mają pieniądze, jeszcze coś znaczą; chcą ich tylko zagraniczne gazety dla pedałów. Jest jeszcze ta para pederastów, ale to są statyści, pewnie kolejny aktor i jego młodsza dziwka. Ten młodszy, zanim przyjechał do Warszawy, pewnie nawet nie łykał lachy. Po prostu nie miał kasy i nie miał gdzie mieszkać. Dlaczego tylko ja widzę te proste rzeczy?

Reżyser zastyga, ale w końcu parska śmiechem, klepie się po rysującym się pod koszulą brzuchu, patrzy na nią, kręci głową. Jeszcze to ich łączy, że mu tak dołożyła. Ona najchętniej włożyłaby szpilki i nadepnęła mu na jajca. Tylko nie rozumie tego, że on śni o tym co noc, o całej kolejce wysokich i chudych bab, które go nienawidzą i depczą mu po jajcach.

Gwiazda chce mnie złapać za dłoń, ale nie pozwalam jej. Ma pod językiem żyletkę. Przesuwa ją spod języka na front zębów i z powrotem. Nawet ja, czasami, boję się jej patrzeć w oczy.

Wszystko jest bardzo proste. Na przykład kwestia Hitlera. Wiele już można, bardzo dużo, ale nie można powiedzieć tego wprost, w sensie tego, co mi się wydaje, mi i innym. Trzeba chodzić dookoła, na palcach, jakby wszyscy pilnowali, żeby nie obudzić jakiejś śpiącej starej baby, co jak wstanie, to nawkłada wszystkim kijów za złe zachowanie. Trzeba mówić: ja kocham tego i tamtego, inspiruję się tym i tamtym, ten i ten to prawdziwy bohater, który daje mi siłę do tego, żeby codziennie wszamać obiad i iść potem na dzban, za Polskę, za kraj. Dmowskiego kocham i szanuję. Mosdorfa, Howorkę. Kolbego. Całą starą i nową Polskę i pradawnych wojów w zbrojach, tych co wici rozsyłali, Komorowskiego i Okulickiego, Józefa Franczaka. Mogę oddać za to życie – za tych wszystkich bohaterów ulic i pomników, za pamięć o nich. Będę płynął za nich w ciemność, siekał toporem ten żydowski farsz, którym ciemność jest nadziana jak wielki żydowski pieróg gównem.

Zastępcze sranie w banię.

Mnie nie interesują kłamstwa, tylko prawda. Ta, której nie widać, jak mojej mordy.

– Wchodźmy tam, zimno jest – mówi Buldog. Ma głos, jakby się kamieni nałykał. Może jak był głodny, to podniósł trochę z ziemi i zjadł. Nie jest zbyt mądry. Daję znak ręką, że jeszcze chwila, jeszcze niech w nich trochę pobuzuje.

– Prawda jest taka, że Boroczyn trochę przesadził – mówi reżyser. Teraz z kolei robi się trochę zakłopotany.

– Krzysiek, a co będzie, jak ty przesadzisz? – pyta nagle frędzel.

Reżyser nagle otwiera szeroko oczy, patrzy na frędzla, jakby ten coś zagadał po mandaryńsku.

– Co będzie, gdy ciebie wsadzą do więzienia? I będzie trzeba pisać apele? Podpisywać listy? – Frędzel gada z pełnymi ustami, więc trochę żarcia, taka drobina, ląduje reżyserowi na klapie marynarki.

– Spokojnie. Nas nigdzie nie wsadzą, nam po prostu rozkażą wyjechać. – Uśmiecha się reżyser.

– Tam, gdzie i tak masz kontrakt – wzdycha sucha.

– Bo jesteś listkiem figowym – mówi frędzel.

– O co wam chodzi? Rozmawiamy jak przyjaciele. Jesteśmy przyjaciółmi. Musimy nimi być w tych wstrętnych czasach. – Reżyserowi krew napływa do twarzy, czerwieni się jak pijus. – Czego wy chcecie, żebym jak Boroczyn zrobił na scenie gejowską orgię, ze sraniem, za przeproszeniem, na twarze i brzuchy, wszyscy w maskach Wojtyły czy innego Jezusa, coś takiego mam zrobić? Po co? By coś komuś udowodnić? By zrobić smród dla smrodu? Widzieliście to, co zrobił? Ja wyszedłem z tego po piętnastu minutach. Zrzygałem się, literalnie poszedłem zwymiotować. To szkodnik. Niech głoduje. My zrobiliśmy Kafkę, zrobiliśmy Sebalda, Canettiego zrobiliśmy, Hannah Arendt. Zaśpiewaliśmy uniwersalne pieśni. Wczoraj rozmawiał ze mną „Guardian”. Czy ktoś poważny rozmawia z Boroczynem? Oczywiście, wszyscy teraz go bronią. Są jego przyjaciółmi. Są bardzo poruszeni. Palą znicze na Białołęce, jakby już umarł, prawda? Palą znicze, bo chcą, aby już umarł. Nie mogą się doczekać. Przyda im się.

– Już za dużo. Mówisz za dużo – syczy ta sucha. Celowo wypuszcza z dłoni widelec. Szczęk jest głośny, ktoś się odwraca.

– Popatrz mi w oczy, kochanie, i powiedz, że nie mam racji – prosi suchą reżyser.

Na dźwięk słowa „kochanie” frędzel trochę się kuli, jakby ktoś zamachnął się na niego ręką, ojciec albo starszy brat.

– To nie są oni. To jesteśmy my – odpowiada sucha.

– Ja chyba muszę do łazienki – prosi młoda.

– Siedź i słuchaj, kochanie. Siedź i słuchaj, bo to bardzo ciekawe. Zobacz, co miałem przez piętnaście lat. – Reżyser szczerzy się do młodej, a ta, gdyby mogła, schowałaby się pod stół. Jest mała, szczupła, ma oczy jak sarenka w bajce, boi się wszystkiego co ją otacza, co chwila podskakuje, jakby ktoś smyrał ją po tyłku nieizolowanym kablem.

– Nie bądź takim sadystą – mówi jeden z tych pedryli, ten trochę starszy, krótko ścięty. Patrzy na reżysera, jakby był nim znudzony, jakby poznał go już z każdej możliwej strony. To ten rodzaj spojrzenia, którego reżyser nie potrafi odczytać, bo w ogóle go nie rozumie.

– Nie, nie jestem sadystą. Ja po prostu dobrze wiem, kto czego potrzebuje. – Reżyser wzrusza ramionami.

– Wchodzimy – prosi Gwiazda – wchodzimy, teraz. Ja już nie mogę wytrzymać.

Buldog ogląda kastety w świetle latarni. Są bardzo piękne. Polerował je cały ranek, jak zderzaki od drogich aut. Wygląda, jakby miał na tych wielkich łapach małe lampy. Cała reszta – Burzum, Siwy, Mengel, Husar i ten mały, co nie pamiętam jego ksywy, ten z różowymi plamami na twarzy, przygotowują się na to od tygodnia, są tak podnieceni, że tańczą w miejscu. Nie mogą się powstrzymać. Para kłębi się pod deklami, wyłazi im z uszu. Ziemia, po której chodzą, syczy, paruje, woda w niej związana zaczyna się gotować.

– Daj mi ich, błagam – prosi Gwiazda. Brzytwa z perłową rękojeścią tańczy w jej dłoni, na podobę małego, pijanego akrobaty.

Otwieram dłonie, podnoszę łapy do góry, przeciągam się. Jeszcze chwila. Normalnie zaraz trzaśnie we mnie piorun Odyna. Ale będzie gnój, jeden z drugim. Ale będzie awantura.

Ten, z którym gadaliśmy w ministerstwie, powiedział: „wiecie co robić”, po prostu. Miał garnitur, telefon i koloratkę, jak każdy. Powiedział, żeby mówić do niego „księże ministrze”. Rozmawialiśmy w ministerstwie, w nocy. Ja, on i Damian, mój dowódca, nasz zwierzchnik z ramienia Ruchu Narodowego Szczerbiec. Formalnie byliśmy taką zbuntowaną, radykalną ekipą w ramach RNS, a Damian znał się z nami tylko nieoficjalnie. RNS to była prawdziwa partia, udająca opozycję dla klech (czyli Polski Katolickiej, oficjalnie sterowanej przez Kościół partii, która rządziła Polską, mając większość w parlamencie). Ale tam na Wiejskiej siedziało tylko z pięciu ulizanych spermochłonów w przykusych gajerach, którzy pisali felietony do „Szturmowca”, jeździli do Irlandii i Hiszpanii na konferencje o alternatywie dla Unii i świecili ryjami w telewizji. Prawdziwa walka była zupełnie gdzie indziej. Polityka to zawsze kłamstwo, nieważne kto ją robi.

I tak naprawdę, to Damian nas wychował, wyszkolił, stworzył, nazwał. Ochrzcił nas. Gruz – to on mnie tak nazwał. Bo „gruz” to po rosyjsku ładunek.

Oficjalnie byliśmy bandytami i nikt się do nas nie przyznawał. Do ministerstwa wpuścili nas tyłem, bo od frontu było głupio. Ten w koloratce położył kasę na stole, ale tu nie chodziło o pieniądze. Te pieniądze, to była tylko formalność. Gdy zapłonie święty ogień, wszystkie pieniądze momentalnie wyparują – zobaczysz, jeden z drugim. Staną się tylko cyframi. To potrwa tylko chwilę. Niewysrane gówno w twoim brzuchu będzie więcej warte.

Damian zobaczył, jak patrzę się na te banknoty, i tylko się uśmiechał, bo wiedział, co mam w głowie.

– Daj mi ich – błaga Gwiazda.

Jeszcze chwila. Patrzę sobie, jak jest pięknie w tej restauracji, jak czyściuchno; podłoga lśni, jakby wylizali ozorami. Obrusy, koszule kelnerów są lśniąco białe, aż oczy bolą. Biel ma swój zapach, mówię wam, to zapach świeżego druku, sody, czystości.

– Wiesz co, ty po prostu nie możesz znieść tego, że po raz pierwszy dziennikarze z zagranicy dzwonią do kogoś innego niż ty. – Sucha przerywa ciszę. Jeszcze nie skończyła. Młoda wstaje, tym razem bez pytania. Sucha przez krótką chwilę patrzy na jej dupę i prycha jak oblany wodą kot.

– Przestań – prosi ją reżyser. Jest zmęczony, przyjął swoje, ma dosyć. Nagadał się, powymądrzał, bardzo przy tym spocił; teraz chce już tylko zjeść, podać lachę i lulu.

Akurat młoda wraca z łazienki. Poprawiła sobie makijaż, ale i tak ma trochę zaczerwienione oczy. Taka zapłakana wygląda jak cienki płatek słodkiego ciasta. Język odruchowo wysuwa mi się z ust. Z trudem go chowam. Dla niej to dopiero początek płakania.

– Oni i my, mówisz. Oni i my kontra te skurwysyny. – Reżyser przechyla się przez stół do suchej.

– Nie wiem, czy kontra to dobre słowo, Krzysztofie, ale niech ci będzie – wtrąca się starszy pedryl. Już zaraz skończą się im te dyskusje.

– Wiesz, co mówię w każdym wywiadzie. Wiesz, o czym jest ten spektakl. To oskarżenie. Ja oskarżam. Oskarżam tych skurwysynów nie tylko za to, że nie możemy mówić, czego chcemy. Że nie możemy kochać się, jak chcemy, rodzić, jak chcemy, żyć. O to, że tak, my, dobrze sytuowani przecież, w komfortowej sytuacji, możemy sobie tu pleśnieć w tej naszej banieczce, ale możemy tylko tyle, pleśnieć, a dookoła nas jest bagno, las krzyży. I oskarżam tych skurwysynów o to i o tę tandetę, o to, że wzięli z ludzi to, co najgorsze i zrobili im z tego flagę. – Reżyser charczy, robi się czerwony, strzela dookoła małymi kroplami śliny i grudkami żarcia.

Te jego słowa robią wrażenie przede wszystkim na młodej, która zaczyna się trochę trząść. Sucha słyszała to już kilkaset razy. Reżyser już tak oskarża od kilkunastu lat. Tylko siebie nie oskarża, patrząc w lustro. Dlatego tu stoimy. Ta paczka pieniędzy była gruba, przypominała kawał słoniny. Myśleli, że to wystarczy. Nie wiedzieli, że nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

– Gdybym był, jak mówisz, gdybym był listkiem figowym – reżyser odwraca się do frędzla, normalnie trzęsie się z wściekłości – to nie pluliby na to. Nie wiązaliby mi rąk. Nie wzywaliby mnie na rozmowy do ministerstwa. Oni zawsze to robią. Wzywają na rozmowy do ministerstwa. To wy dzielicie. Nie ja. To wy dzielicie. Robicie rozłam. Syf. Stoicie pośrodku. Szukacie względności. Relatywizujecie. Chcecie być świętsi od papieża.

– Najświętszego Ojca Piotra Drugiego – poprawia go sucha, ale reżyser nawet nie zauważa, tylko ciągnie dalej.

– To wy. Nie ja. Wy. W tym kraju ksiądz jest premierem, do cholery. Tu panuje kalifat, od dwóch tygodni w tym kraju można strzelać do uchodźców, a wy wolicie atakować mnie, oskarżać siebie nawzajem.

– Kochanie, bo znowu pęknie ci coś w oku – wtrąca się młoda – i będziesz chodził wszędzie w ciemnych okularach i wpadał na ludzi na ulicy.

Młodszy pedryl boi się najbardziej, sprawia wrażenie kogoś, kogo przenieśli do środka komputera, gdy oglądał sobie horror. Ma wielkie gały, podobne do dwóch czarnych misek z wodą. Patrzy przed siebie, z półotwartą gębą. Nikt nie zwraca na niego uwagi, a to sprawia, że boi się jeszcze bardziej.

A potem odwraca się i widzi przez szybę, jak się uśmiecham. I to już dla niego zbyt wiele, jakby przed chwilą nie sikał, toby się zlał, rusza bezgłośnie mordą jak ryba bez wody.

– Wchodzimy – mówię.

Gwiazda bez krępacji drapie się po cipie, odpowiednio przy tym wzdychając. Za każdym razem, gdy na nią patrzę, pęka we mnie jakaś mała struna, trochę się rozstrajam. Jest brzydsza od ospy, jakaś zła ręka wyrzuciła jej na gębę garść krost, zdrapała zdrową skórę jak starą tapetę i powstrzykiwała tu i ówdzie nieznane światu, dermatologiczne zarazy. Na to wszystko zachlapała się makijażem, raz czarnym, raz białym. Oczy ma jak sztuczne, ostry kształt gęby, jakby ktoś wyciął go nożem. Niemożliwe, żeby ludzka matka i ojciec zrobili taką zarazę.

Wchodzimy jak do siebie, chociaż nigdy tu nie byliśmy. Wszystko cichnie momentalnie. Kątem oka widzę, jak ktoś wkłada sobie palec do ucha, by sprawdzić, czy nie ogłuchł. Wszyscy mają otwarte mordy i oczy tak szeroko, że aż ich boli. Idziemy rzędem. Mamy to opanowane. Ja na froncie. Najpierw nic nie robimy. Trzymam dłoń w górze, żeby ich przytrzymać, jeszcze przez chwilę.

Wiem, że najbardziej boją się mojej maski. Maska pokazuje tylko oczy i kawałek ust. Nie widać moich brwi. Nie widać, czy się uśmiecham. Mówię wam, że oni nie chcą, i wy też nie chcecie, widzieć tego, co jest pod spodem.

Mówią na mnie Gruz. Imię, nazwisko i mordę straciłem już dawno temu. Jestem wielki jak wieża i silny jak sto niedźwiedzi. Badała mnie kiedyś lekarka i powiedziała, że mam zrośnięte wszystkie żebra i pancerz z kości pod skórą. Żebra mam z tytanu, nie da się mnie zastrzelić, złamać, zabić. Gdy spadnę z dziesiątego piętra, nic mi się nie stanie.

Gruz, co to za mania wielkości? Co ty opowiadasz za bzdury? Jakie sto niedźwiedzi? Jakie tytanowe żebra? Skąd ty sobie to wziąłeś?

Kelnerzy i barmani nic nie robią, jakby przez chwilę jeszcze mieli nadzieję, że sobie jednak tak usiądziemy, weźmiemy karty i zaczniemy zamawiać, a to zupkę, a to drugie, jakieś warzywa, pluskwy wodne, co nawet ich nazw nie można wymówić, cokolwiek tu mają.

Patrzą na nas i widzą, że jesteśmy z piekła. Nie, że z pochodzenia; piekło to masa, z której nas zlepiono. Gwiazda wyciąga z kurtki brzytwę i wszyscy już rozumieją; zaczynają wrzeszczeć, ale Gwiazda wrzeszczy głośniej. Oj, wrzeszczeć to ona umie. Aż szklanki pękają.

Nic nie wykrzywia ludzkiej mordy bardziej niż strach. Strach zamienia ją w papier, w zgnieciony żart. Najpiękniejszy jest moment, gdy z twarzy odpływa krew. Gdy już wiedzą, gdy są pewni, że to już naprawdę koniec.

Zaczynają fruwać jak gołębie wypuszczone z klatek: czyjś talerz, w ścianę, potem krzesło, w czyjś ryj, potem cegła leci w szybę wystawową i wszystko zalewa szkło, kelnerka leci na ziemię z tacą pełną potraw.

Husar wyciąga spray i maluje na ścianie swastykę. Gdy to robi, wystawia z gęby koniec języka. Wychodzi równa jak od linijki. Długo się uczył, ale w końcu się udało.

Każdy z nich musi zrozumieć i poczuć, że nie jest bezpieczny. Nigdy nie był, no i już nie będzie. Posprzątane. Czyjaś morda ląduje w talerzu gorącej zupy, tłuste krople rozbryzgują się dookoła, Mengel zaczyna się śmiać, ja też, bo to śmieszne, bo gość jest gruby i spocony, a ta zupa wpadła mu do nosa i zaczął prychać jak hipopotam.

Dobra, już dość. Do celu. Sam podchodzę do stolika, przy którym siedzą reżyser, frędzel, dwie kurwy i dwa pedały. Po tej godzinie gapienia się na nich, słuchania tego, co mówią, są już dla mnie jak rodzina. Cieszę się, że mogę w końcu to zrobić. Strasznie mnie wkurwiali. Jak to rodzina.

– Proszę stąd wyjść. Proszę dać nam spokój. – Frędzel wstaje i podryguje, jakby bardzo chciało mu się do kibla. Nie myślałem, że on będzie aż taki bohater. Biorę jego pysk w dłoń, chcę, żeby popatrzył w moje oczy i jednak usiadł. Robi to, a jak. Też bym usiadł. Przez chwilę widzę w jego oczach siebie, jaki jestem brzydki.

Podchodzę do reżysera i kładę mu dłonie na barkach. Czuję jego puls, tańczy mu pod skórą, rażony prądem wąż. Wystarczy, że tak postoję przez dwie, trzy, dziesięć minut i on sam sobie zgasi światło.

Teraz część śpiewana. Niech wszyscy goście posłuchają pięknego koncertu. Mengel, Husar, Gwiazda, wszyscy śpiewają – „on nie umarł za Ciebie, lecz po to, by wiara Syjonu zabiła nas. Bóg to twoje sumienie, a nie semicki fetysz, co nadstawia twarz”.

– Twarz, na którą srasz – rzuca na koniec przyśpiewki Mengel i robi się śmiesznie, wszyscy zaczynamy się śmiać, bo to śmieszny żart taki, i tylko kurwom nie jest do śmiechu.

Podrywam reżysera do góry. Jest lekki, pusty w środku, to dlatego, że zamiast szpiku ma frajerstwo w kościach. Jest miękkim, zgnitym żydkiem, któremu całe życie było tak zajebiście ciepło we własnej kupie. To, co mam zaraz zrobić, będzie dla mnie wielką przyjemnością.

– Zostaw go! Zostawcie go! Zwierzęta! Gorsi od zwierząt! Wynoście się stąd! – wrzeszczy sucha, podrywa się z krzesła. Młoda płacze, jest tak przerażona, że nie jest w stanie się ruszyć, poza tym chyba wstydzi się wstać, bo się zsikała.

„Wiecie, co robić”, powiedział facet w koloratce kładąc pieniądze.

„Macie doprowadzić to tylko do pewnego momentu; zatrzymać się krok przed końcem. Tu nie chodzi o krew, tu chodzi lęk. Lęk to nie zawsze śmierć. Lęk to nie kara. Lęk to wskazówka od Pana Boga. Bez lęku człowiek umarłby w grzechu i czasami trzeba mu pomóc, aby poczuł ten lęk i skapował się, że coś tu śmierdzi”. Zapytał, czy rozumiem. Powiedziałem mu, że jak jeszcze raz się zapyta, czy ja coś rozumiem, to urwę mu żuchwę i wepchnę mu do dupy. Poprzysiągłem mu, że technicznie jest to wykonalne. Kątem oka widziałem, jak Damian próbuje zachować powagę. Powtórzył, że jak przegniemy, to nie dostaniemy reszty pieniędzy.

– Wiesz, że Hitler zabijał Polaków, idioto? – mówi reżyser, pokazując głową na swastykę na ścianie.

– Gnoje! Wyjdźcie stąd! Wynocha! – wrzeszczy sucha, bohaterka jedna, trzęsie się jak przy padaczce, ale wrzeszczy, dzielnie, wytrwale, gardło zdziera sobie do krwi.

– Wiesz, że Hitler zabijał Polaków?! – krzyczy reżyser.

– Tylko takich jak ty – odpowiadam.

I teraz tak.

Żebyś ty mnie dobrze zrozumiał, jeden z drugim.

Tu nie chodzi o żaden kraj, w sensie tych trzystu iluś tysięcy kilometrów kwadratowych, ani nie chodzi o żaden naród, bo połowa tych ludzi to się nadaje tylko do utylizacji i wyruchania przez świnie. Obozy szkoda dla nich stawiać.

To jest o tym, że banda chłopów wielkich jak góry stoi, wznosząc łapy jak chorągwie. To jest o tym, że ty, twój brat, jeden, drugi, trzeci, jesteście razem jak rycerze. Stoicie z mieczami, toporami i maczugami na Ostatniej Bitwie, po której zwycięzcy wsiądą w Ostatni Drakkar i dopłyną do Białej Walhalli. Że tu i teraz jesteśmy jednym, stugłowym, tysiącgłowym, kurwa, smokiem, który w ogromnym żołądku ma ocean roztopionej, białej stali i wszyscy twoi bracia i siostry są tym jednym, białym, roztopionym, oślepiającym oceanem i wszystko, co jest na twojej drodze, naszej drodze, jest do przeżucia, wyplucia, zadeptania, rozerwania na strzępy, unicestwienia.

Tak czuję się teraz, gdy biegniemy zakamarkami dzielnicy nieopodal teatru, gdy przeskakujemy przez płoty.

Biegną za nami, skurwysyny, myśleć, że po prostu poklepią nas po plecach i powiedzą: „wybaczcie, bracia, musimy zachowywać pozory” – tak myśleć, to potworna naiwność.

Wszyscy są przeciwko nam.

Tak, że biegniemy, a nawet, można powiedzieć, spierdalamy. Ale ja wiem, że czegokolwiek nie robimy, idziemy tak naprawdę przed siebie, tratując wszystko. Jak tysiącgłowy smok. To oni, ta policja, oni próbują za nami nadążyć.

I w tę zimną, czarną noc śmierdzącą benzyną, nawet Gwiazda jest ładna. To znaczy ładna. Można na nią popatrzeć dłużej niż przez pięć sekund. Usta i policzki ma całe w krwi tej młodej. Gdy to robiła, nawet chłopakom zrobiło się dziwnie. W sumie, to śmiałem się tylko ja -jeden.

Poznałem ją tego samego dnia, gdy poznałem Damiana. Na zbiórce. Wtedy, w parku, gdy kopnąłem starą babę w ryj. Stałem i zastanawiałem się, co ona taka brzydka. Ale lepiej poznałem ją dużo później, już po mojej przemianie, gdy straciłem twarz, ale zyskałem siebie i maskę. To było na koncercie. Stałem w tłumie i czułem się tak jak teraz. Na scenie stali chłopaki ze Stalowej Burzy i grali swój numer Kristallnacht. Wszyscy wokół rzucali się na siebie jak pojebani, każdy chciał przewrócić każdego, z radości, z poczucia mocy, a ja stałem po prostu w środku, zjadałem ich energię, czasami, gdy ktoś wpadł na mnie za mocno, łapałem go za twarz i po prostu ją zgniatałem, i czułem, że wszyscy tak naprawdę skandują moje imię, krzyczą je, ile sił w płucach, GRUZ, GRUZ, GRUZ!, a wszystkie te blade wampiry z grzywkami i małymi cyckami schowanymi w krótkich kurtkach bomberkach, one wszystkie chciały, żebym je wyruchał, zapłodnił i zgniótł, bo to ja byłem i jestem szefem hordy, władcą i stworzycielem światów.

I stałem tak w jądrze tego wszystkiego, a chłopaki śpiewali „co zrobiłeś dziś, by powstrzymać zarazę”. Gwiazda stała obok mnie, naćpana, myślała pewnie, że załapie się na jakieś jebanie, ale ja patrzyłem w drugą stronę, na Renatę. Renata. Piękna Renata. Księżniczka Renata. Najpiękniejsza z najprawdziwszych Polek. Chciałem ją zjeść i zapić jej potem. Patrzyłem na nią i ros-ły mi kły. Miała długie, kasztanowe włosy, długie nogi, zgrabną dupkę, do tego twarz, jaką mógłby narysować któryś z tych starodawnych pedałów – białą, szlachetną, królewską.

Renata była jak obraz, dlatego jej ugrupowanie, Chrześcijańska Unia Jedności, dawało ją zawsze na front. Wszyscy na nią patrzyli i przez ułamek sekundy wie-rzyli, że faszyści mogą być mili i normalni. Damian mówił mi: „Gruz, co ja mogę, mogę się tylko z tego wszystkiego śmiać”. Z koalicji z RNS i CHUJ-a też – Renata startowała ze wspólnej listy do sejmu. CHUJ, tak samo jak RNS, był taką niby-opozycją dla klech, ale Ojciec Premier raz czy dwa piardnął coś o nich z uznaniem w telewizji, po czym żydowskie gadzinówy pisały, że Rada Państwa jest faszystowska, bo oficjalne popiera faszystów. Sam Damian uważał ją bardziej za mapeta, taką maskotkę, co macha cycami przed meczem. „Potrzebujemy gwiazdy, bo żyjemy w kulturze gwiazd, Gruz”, powtarzał. No i fakt, często pokazywali ją w żydowizji, gdzie chodziła do tych prezenterów, których nie wiadomo czemu jeszcze nie powiesili. No i oczywiście powiedzieli jej, że absolutnie ma z nami nie rozmawiać, nawet nie patrzeć w naszą stronę, że nawet od samego rozmawiania z nami dostanie jakiejś choroby.

Teraz stała z boku i kręciła koncert telefonem, robiła pewnie relację na Instagrama. Nie tylko ja na nią patrzyłem. Wszyscy na nią zerkali. Wybijało ich jak szambo. Robili się głodni. Kobiety robiły się złe. Ale Renata była Świtezianką. Dymać ją, to musiałoby być jak wydymać Polskę.

I wtedy, pamiętam, ze sceny trzasnął piorun, czyli riff do Grzmotu Odyna i Dziki ze Stalowych Burz zaśpiewał: „Więziony jak Eichmann w żydowskiej celi, liczę dni / by stanąć w szeregu przed ołtarzem ojców zapalić wić / białym płomieniem wypalić chorobę, rozgonić czerń / by czystej krwi złożyć ofiarę, przywołać dzień” i wszyscy zwariowali, zaczęli się drzeć, jakby zmartwychwstał sam Goebbels i zaczął się na nich wydzierać.

Podszedłem w stronę Renaty i złapałem ją za szyję, jak psiaka, i wziąłem ze sobą. Z boku wydawało się, że jest sztywna, ale gdy ją schwyciłem, była miękka i posłuszna. Pachniała wygotowanym obrusem. Bardzo, bardzo się bała. Wszyscy się boją, a co dopiero ona.

Inna sprawa, że zawsze, gdy widzę coś białego, czystego, muszę na to nadepnąć. Mój podpis to odcisk buta.

– Stój, kurwa. – Pierwszy pocisk przelatuje tuż obok mnie. Dobrze, chłopaki, fajnie. Rozkręcajcie się.

Gdy przebiegamy obok Najświętszego Szpitala, jest ich już kilkunastu. Gwiazda nagle wskakuje na dach jednego z zaparkowanych aut. Nie ma sensu jej mówić, żeby złaziła, że przez to lepiej ją widać, że ją zastrzelą, szkoda gardła i tak nie posłucha. Zawsze zrobi, co chce. Jest tak lekka, że nie robi w tych dachach żadnych wgnieceń. Odfrunie im zaraz. Brzydki wróbel. Chory ptak. Niczyja córka, niczyja siostra.

Damian na chwilę wyszedł, niby że zadzwonić, i wtedy zostałem z tym typem w koloratce sam, a on powiedział: „mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę, że w razie czego nie możecie liczyć na żadną pomoc z ministerstwa. Wszystko co zrobicie, spotka się z oficjalnym dementi. Nie mamy z wami nic wspólnego. Nie znamy was. Sami rozumiecie. Jesteście najbardziej radykalną i niebezpieczną organizacją ze wszystkich ruchów narodowych. Biuro Bezpieczeństwa Wewnętrznego ma na was teczkę, grubą jak Pismo Święte”.

„Zrobiłbym to, nawet gdybym się z tobą nie spotkał”, odpowiedziałem mu. „Zrobiłbym to, bo nienawidzę tych obrzezańców, gównojadów. Ale pamiętaj o jednym, pamiętaj, że ja wcale nie czuję z tobą jedności. Ty nie jesteś mój. Ja nie jestem twój”.

„Może, ale przecież chcemy tego samego”.

„Czego?”, zapytałem. „Nieuchronnego”, odpowiedział.

„Za parę lat w tym kraju nie będzie już żadnej, zbędnej wolności”, powiedział, gładząc palcami pieniądze, jakby się z nimi żegnał. „Nie będzie żadnej Europy. Tego smrodu, zgniłego Bizancjum, kolorów, narkotyków. Niech upadają, niech umierają bez nas. To kwestia paru lat, nawet mniej; wystarczy załatwić formalności, licencje na wiercenia, odpowiednie kontrakty. W dniu, kiedy zaczniemy wydobycie, wzniesiemy piękny mur. To proste. Część tego muru już zbudowaliśmy, na południu. I wyświadczamy im wszystkim przysługę, powstrzymując najazd Hunów. Ale już niedługo. Zaraz się odgrodzimy, potem rozszerzymy, a na końcu będziemy wszystkim. Polska będzie wszystkim. Przyszłość jest nasza. Potrzebujemy w niej tych, którzy będą dobrze egzekwować prawo”.

Gadał tak wzniośle, że byłem pewien, że zaraz zaspermi się z tego wszystkiego.

Powiedziałem do niego, „słuchaj, ja po prostu chcę ich wszystkich powiesić. Spalić, rozszarpać. Zjeść i wysrać”. Też się rozkręciłem, a co; gadałem tak, aż w końcu się przestraszył, coś mu lekko pękło w oczach i cofnął się o krok.

„Bądź dobry, a dostaniesz ich aż za dużo, pęknie ci żołądek” odezwał się dopiero po chwili, ciszej niż przedtem, i dotknął krzyżyka, który miał na szyi, na znak, że mówi prawdę.

A wtedy Damian wrócił do pokoju, usiadł i powiedział, że „tak, Gruz, chcemy tego samego, nie denerwuj się, spokojnie”.

„Poza tym wiedzą, z kim rozmawiają”, dodał.

Mengel jest obok mnie. Bystry i silny, z diabłem w oczach. Prawdziwy faszysta, dobry wariat, najbardziej podobny do mnie z całej tej zbieraniny. Chudy, żylasty, nie do zajebania, mógłbyś go palić, topić, dźgać, nic nie piśnie, nie mrugnie, tylko jeszcze napluje ci w ryja. Gdy zabrali mi twarz i Suchego, bywało, że był moją jedyną nadzieją; gdyby nie on, pewnie sfrunąłbym z dziesiątego, jak ostatni tchórz.

A tak jestem tu i napierdalam, jeden z drugim.

Przy skręcie w Dziwisza zajeżdżają nam drogę. W ostatniej chwili wpadamy w podwórko kamienicy. Mamy parę sekund, zanim tu wbiegną. Burzum wyciąga pistolet, policyjny glock. Mówił, że gdy był mały, ojciec brał go na polowania. Teraz strzela w zamek; huk, jakby kula wyleciała prosto z mojego ucha. Wbiegamy do środka, wbiegamy na górę, głośno tupiąc po schodach. Przez okno na półpiętrze widzę, że zabarykadowali ulicę trzema kabarynami na sygnale. I słychać, jak dojeżdżają kolejne. Opieram się o ścianę i zaczynam się śmiać.

– Co tu się dzieje? Wynocha stąd! Dajcie ludziom normalnie żyć! Bandyci! – Z mieszkania wybiega jakiś gruby, wąsaty bejuch w kapciach. No pięknie się tu popisałeś odwagą i mądrością, faflunie jeden. Na koszulce ma orła w koronie i ryj tego piłkarza pederasty, co już dziesiąty rok reklamuje każdą jedną rzecz, co ją możesz ubrać albo zeżreć. Gruby podskakuje przy tym w miejscu, jak dziecko na widok tortu. No skąd wzięli takiego, powiedzcie mi, małpy by w niego w zoo gównem rzucały, a i tak by nie zrozumiał.

Ja też mam pistolet. Dobry i rosyjski, SPS Giurza, wspaniała broń. Dostałem od Damiana, na urodziny. Strzelam grubasowi w łeb. Osuwa się po ścianie, znacząc ją swoim różowym śladem. Niewiele tam mózgu było w tej głowie. Raczej farba taka.

Gwiazda zaczyna się śmiać. Gdy się śmieje, to w świat idzie dźwięk, jakby kotu łapy nożyczkami odcinać. Przyciągam ją do siebie i wsadzam jej język do ust. Pachnie, jakby zjadła paczkę papierosów i zapiła to błotem. Wrzask baby, która podlatuje do chłopa. Widzi nas i zaczyna się drzeć, jakby ktoś podpalił jej dupę. No i co z tego, że chłop nie żyje, głupia kurwo? I tak by zdechł. Gwiazda wciąż się ze mną całuje, jej język przypomina brudny kawał mięsa podniesiony z ziemi. Chce mi się od niej rzygać.

Baba drze się potwornie, wzywa Jezusa, więc strzelam jej po nogach, tak, by się uspokoiła. Siwy ściąga z ramion torbę. Był przygotowany na taką okazję. Podchodzę do baby i kończę te jej śpiewy strzałem w łeb.

Oczywiście, to tylko deser.

Gdy w końcu wyszedłem od tego z koloratką na korytarz, z pieniędzmi w kieszeni, Damian klepnął mnie w ramię. Spojrzał na mnie zza okularów, wszedł mi oczami do środka. To spojrzenie zawsze mnie uspokajało, sprawiało, że przestawałem się gotować. Dobre oczy, mądre i dobre jak chleb. „Rób, co uznasz za stosowne”, powiedział cicho. „Oni są za miękcy. Z nimi można tylko stać w miejscu”. „Dokładnie, Damian, cały ten kościół to jebane pedały”, zaśmiałem się. „Prawie wszyscy”, też się uśmiechnął. „Pomogę ci”, dodał. „Wiesz, że zawsze możesz liczyć na moją pomoc”. Odpowiedziałem, że ufam tylko jemu i swojej bandzie. Bo taka jest prawda.

Siwy kuca, wyciąga z torby karabinek, AKS. Rączka wypolerowana, jakby ją całą noc wylizywał. Pamiętam, jak te pistolety i karabinki przyjechały do nas do siedziby, w tirze, który wiózł groszek w puszkach czy tego typu gówno. Zawinięte w kilka warstw grubej, czarnej folii. Na skrzynce były ruskie stemple oraz adres na przyklejonej do boku kartce. Przetłumaczyłem litera po literze – było to Koło Przyjaciół Turystyki z Symferopola.

Gdy wychodziliśmy wtedy z ministerstwa, Damian potwornie się pocił, aż pod pachami, na sweterku, pojawiły się dwa fikcyjne kontynenty. „Co jest, Damian”, zapytałem go. „Ludzie będą mówić, że to straszne, że to nieludzkie”, odparł po chwili. „Ale zawsze potrzebny jest Princip”, dodał. „Niewiadomski. Breivik. Ktoś, kto pociągnie za spust”. „Nie musisz mnie nazywać nazwiskami innych, Damian”, powiedziałem. „Wydaje mi się, że, jak to mówią, jestem jakością samą w sobie”.

Zatrzymaliśmy się przy wejściu. „Chyba że Bin Laden”, powiedziałem. „Bin Laden nie był wcale taki tchórzliwy. Jego ojciec wybudował cały Bliski Wschód, wszystkie autostrady wylał tym ciapakom. A Bin Laden zamiast balować za jego hajs, dymać najlepsze wielbłądy, kąpać się z kumplami w ropie i kebabie, to wolał siedzieć sobie w jaskini w Afganistanie”. „Nie wiem, czy to najlepszy przykład”, parsknął Damian. „Od tych ciapaków się można jednak paru rzeczy nauczyć”, powiedziałem mu i zaśmiałem się z tego, jak mu twarz się na to zgniotła.

Damian nigdy nie łapie żartów.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.