Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Zagadkowa, dynamiczna miejska odyseja, pełna zaskakujących zwrotów akcji i splotów wydarzeń, skłaniająca do zastanowienia, co znaczą w dzisiejszych czasach podstawowe wartości: miłość, przyjaźń czy wierność. A może raczej… ile kosztują?
Zawsze chodzi wyłącznie o pieniądze. O nic innego. Ktoś może powiedzieć ci, że to niska pobudka. To nieprawda - oświadcza bohater najnowszej powieści Jakuba Żulczyka. Ten młody człowiek przyjechał z Olsztyna do Warszawy, gdzie prawie skończył ASP. By uniknąć powielania egzystencjalnych schematów swoich rówieśników – przyszłych meneli, ludzi mogących w najlepszym razie otrzeć się o warstwy klasy średniej, niepoprawnych idealistów – dokonał życiowego wyboru według własnych upodobań: Zawsze lubiłem ważyć i liczyć.
Waży więc narkotyki i liczy pieniądze jako handlarz kokainy. W dzień śpi, w nocy odbywa samochodowy rajd po mieście, rozprowadzając towar, ale także bezwzględnie i brutalnie ściągając od dłużników pieniądze, przy pomocy odpowiednich ludzi. Jego klientów, zamożnych przedstawicieli elity finansowej i kulturalnej, łączy przekonanie, że: Kokaina i alkohol kochają cię najbardziej na świecie. Bezwarunkowo. Jak matka, jak Jezus Chrystus, zmieniają nocne w miasto w panopticum ludzkich słabości i żądzy.
Jakub Żulczyk w poruszający sposób ukazuje współczesną rzeczywistość, zdeformowaną do tego stopnia, że handlarz narkotyków staje się równie niezbędny jak strażak czy lekarz; jest nocnym dostawcą paliwa dla tych, którzy chcą – albo muszą – utrzymać się na powierzchni.
Jakub Żulczyk (1983r.) – pisarz, felietonista, scenarzysta. Pochodzi z Mazur, studiował w Olsztynie i Krakowie, mieszka i pracuje w Warszawie. Zadebiutował w 2006 r. w wydawnictwie Lampa i Iskra Boża powieścią młodzieżowo-romantyczną Zrób mi jakąś krzywdę. Autor powieści Radio Armageddon, (2008) i Instytut (2010) oraz dwóch części fantastyczno-przygodowego cyklu o Tytusie Grójeckim Zmorojewo i Świątynia, felietonów i artykułów (m.in. dla „Wprost”, „Dziennika”, „Playboya”, „:Przekroju” i „Tygodnika Powszechnego”), scenariuszy filmowych i telewizyjnych, a także książeczki dla dzieci Zdarzenie nad strumykiem. Stypendysta programu Willa Decjusza, zwycięzca międzynarodowego konkursu na esej Young Euro Connect.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 601
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 16 godz. 0 min
Lektor: Jakub Zulczyk
Wydawca: Joanna Laprus-Mikulska Redaktor prowadzący: Katarzyna Krawczyk Redakcja: Roman Honet Korekta: Marianna Filipkowska, Irena Kulczycka
Copyright © by Jakub ¯ulczyk, 2014 W porozumieniu z Agencją Literacką Syndykat Autorów Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Warszawa 2023
Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2
ISBN 978-83-828-9299-4 Warszawa 2023
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja: Dressler Dublin Sp. z o. o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Niewolnik rozpoczął swoją opowieść: – Kto przestaje nad sobą panować, ten stracił już poważanie u innych, a niebawem postrada i życie. Dlatego nie bądźcie zdziwieni, panie, kiedy spostrzeżecie, że mimo powszedniej niedoli – o której ogromie się przekonacie, wysłuchawszy cierpliwie mojej opowieści – nie oduczyłem się uśmiechać.
Hans Henny Jahnn, Opowieść niewolnika
tłum. R. Wojnakowski
20:46
Jesteśmy w Warszawie. Jest dziewiętnasty grudnia. W radiu zapowiadano silne, nawet dziesięciostopniowe mrozy. Na razie prognoza się sprawdza.
Miasto wygląda jak nabazgrane kolorowymi flamastrami na czarnej płachcie przez ogromne, nadpobudliwe dziecko. Gdzieś z oddali przebija się uszkodzona, świąteczna melodia, przez szum, przez zupę z głosów i kroków, pracujących silników, trzasków zamykanych drzwi. Ta melodia dźwięczy mi w całym ciele jak zapowiedź bólu zęba.
Miasto otwiera oczy, zamknięte w dzień, budzi się cicho i ciężko, przypomina schlanego mężczyznę. Jego powieki rozchylają się powoli, zmęczone, sklejone ropą. Jest spuchnięte, tak jakby w ściany, w chodniki, w okna, w kostkę Bauma – w to wszystko wsiąknęła już na stałe czarna, brudna woda. Przydałby się deszcz, burza, potężny piorun, który chociaż na chwilę przeczyściłby powietrze, wyprasował je.
Przydałaby się powódź.
Miasto otwiera się przede mną jak wymięty egzemplarz taniej książki. Na chwilę otwieram usta, jakbym miał zacząć bezgłośnie śpiewać. Zaraz je zamykam. Z perspektywy tylnego siedzenia wygląda to tak, jakbym po prostu ziewnął. Miasto również otwiera usta. Obudziło się. Chce jeść.
– Czy mógłbyś nie jarać w moim samochodzie? – rzucam to pytanie w kierunku tylnego siedzenia, nawet się nie odwracając.
Wyjeżdżamy z Pileckiego w Puławską. Będziemy jechać cały czas prosto aż na Śródmieście.
– No, ale co chcesz? – odpowiada mi z tylnego siedzenia Stryj.
A może Stryj to ten drugi.
– Gówno. Nie pal, kurwa – odpowiadam.
Otwieram mu tylną szybę, aby wyrzucił papierosa. Pstryka papierosem i cicho warczy, odruchowo, jak skarcony pies.
Nie ma gorszego zapachu niż fajki wklepane na stałe w skórzaną tapicerkę. To smród skóry starego palacza, jego dłoni, oddechu.
Co do tapicerki, jeżdżę grafitowym modelem Audi RS4 z 2009 roku, benzyniak, 305 koni. Silnik 2,2. Był używany, ma śmieszny przebieg; kobieta, od której go kupiłem, jeździła nim prawdopodobnie tylko do najbliższej galerii handlowej. Być może – teoretycznie – nie powinienem jeździć takim samochodem.
– Jakiś pedał siadł ci na zderzak – mówi Stryj.
Zjeżdżam na prawo, aby go puścić. Wymija mnie szybko, po chwili widzę, jak wymija kogoś innego, przyśpiesza i przejeżdża na czerwonym.
– Ki chuj? – mówi Stryj. – Kojarzysz?
Wzruszam ramionami. To nie ma żadnego znaczenia. Jeśli ktoś lub coś ma cię zaskoczyć, i tak to zrobi, nieważne, jak nerwowo będziesz się rozglądał, jak cicho będziesz szedł, na ile zamków będziesz zamykał drzwi. A ktokolwiek jechał tym samochodem, już mnie nie zaskoczy. Widziałem go, mam go na mapie. Biorę go pod uwagę. Wiem o jego istnieniu.
Muzyka, bo nie mogę znieść tych odgłosów, które bez przerwy wydają ci dwaj z tyłu. To dziwne sapanie, które może być po prostu sposobem, w jaki oddychają. To kwestia ich powiększonych serc, wody zebranej w stawach, rozrzedzonej krwi. Jeden z nich bez przerwy bębni palcami dłoni o kolano. Nie będę już zwracał mu uwagi. Nie można zabraniać człowiekowi jego kompulsji i tików. Zwłaszcza człowiekowi mającemu za sobą dziesięć lat pod celą i wyglądającemu jak stary buldog, któremu ktoś na chwilę włożył pysk w blender.
– Co to za muzyka, kurwa, ty, czy na stypę jedziemy? – pyta ten drugi.
– Wariacje Goldbergowskie – odpowiadam.
– Co? – pyta.
– Wariacje Goldbergowskie – powtarzam. – Bach.
– Meloman, kurwa jego mać – cmoka Stryj.
– Skąd ty w ogóle jesteś? – pyta ten drugi.
– Skądś jestem – odpowiadam.
– Skąd? – pyta.
– Mieszkam w Warszawie, tak jak ty – odpowiadam.
Już nic nie mówi. Dojeżdżamy do placu Unii Lubelskiej.
Wstałem o piętnastej. Jestem wyspany i skupiony. Rano dostałem lekkiego skurczu w nodze, ale to nic poważnego. To tylko niedobór magnezu. Spałem dziesięć godzin. Po obudzeniu zrobiłem sto pompek i wziąłem zimny prysznic. Po wyjściu z łazienki wypiłem wyciskany sok. Zjadłem płatki z mlekiem. Potem, jeszcze przed wyjściem, jajecznicę z czterech jajek. Jakiś chleb – koniec bochenka zaczynał już pleśnieć, ale jedynie sam koniec. Odkroiłem ten koniec i wyrzuciłem do śmieci. Zjadłem resztę.
Wolę nie jeść w czasie pracy. Chyba że jest okienko, gdy wszyscy wywąchali już swoje, ale jeszcze im nie zeszło; wtedy mam chwilę, zanim zaczną dobijać się znowu, aby domówić. Ale gdy nie ma okienek – zjedzenie czegoś zajmuje, z podjechaniem, zamówieniem i zapłaceniem, minimum dwadzieścia minut, nawet jeśli to jest gówniana zapiekanka.
W dwadzieścia minut mogę zarobić tysiąc złotych.
W przeciętnej pracy biurowej ilość realnego czasu pracy w ciągu dnia wynosi jakieś trzydzieści procent. Reszta to Facebook, papierosy, jedzenie wiórów na lunch, sranie, walenie konia, sny na jawie. U mnie ilość realnego czasu pracy to cała doba, oprócz snu. Wrócę do domu pewnie około dziewiątej; na liczniku będę miał kolejne pięćset kilometrów. Będę musiał chwilę poćwiczyć, aby nie obudzić się skurczony jak starzec po kilkunastu godzinach za kółkiem.
Teraz czuję się dobrze. Kolejny raz poczuję się dobrze we wtorek rano.
Miasto oddycha, ciężko, sapie, próbuje odkrztusić nagromadzoną w gardle flegmę, a jego oddech idzie prosto z flaków, z kanałów, nieświeży i ciężki; jego serce łomocze jak wielki bęben. Czuję, jak po mieście rozsypują się rozszerzone źrenice, uśmiechy, okrzyki jak brzęczące pięciogroszówki. Jadę powoli wzdłuż szpaleru migających w mroku sylwetek.
Ludzie. Wylewają się na zewnątrz, w światła i ciemność, w swoje życie, w weekend, w hałas, jak rozsypane ogromną dłonią paciorki. Idą na Koszykową, na plac Zbawiciela, który właśnie przecinamy, a który wygląda na opanowany przez demonstrację związku zawodowego lunatyków, na Mazowiecką, na Żurawią, na Solec. Odwiedzę dzisiaj każde z tych miejsc. Mniej więcej wiem, gdzie będę o których godzinach. Miasto ma swoje cykle dobowe. W konkretnych częściach miasta imprezy zaczynają się, szczytują i kończą o konkretnych godzinach. I cokolwiek by się działo, Śródmieście zawsze poddaje się ostatnie.
Oba telefony już dzwonią. Niech dzwonią. Będą dzwonić do samego rana. Na razie tracę czas, ale wciąż mam nadzieję, że stracę go relatywnie niewiele.
Około dziesięciu minut szukam miejsca do parkowania. Dopiero po chwili dociera do mnie, że ci dwaj z tyłu wciąż rozmawiają. Dziwnie cicho. Jakby nie chcieli zagłuszyć muzyki. Wyłączam ją. Od razu zaczynają mówić głośniej.
– Przysięgam, kręcili pornosa. No, kurwa. Tam, na tym kiblu na samym dole – mówi ten drugi.
– W damskim czy w męskim? – pyta Stryj.
Już ich odróżniam. Głos Stryja jest bardziej chrapliwy, ciężki, jakby w gardło wbiło mu się coś małego, inwazyjnego, coś, czego nie może odcharknąć i odpluć.
– W damskim, kurwa, dwóch typów i dupa, a trzeci stoi i kręci na smartfona. Jadą ją we dwóch, beka, i pokazują do aparatu, że zajebiście, a ta nic nie klei, równie dobrze mogliby na nią srać.
– I co zrobiłeś?
– Powiedziałem, że chować chuje i spierdalać.
– A przynajmniej w gumie ją ruchali?
– Ta, w gumie. – Ten drugi się śmieje. – W czterech gumach.
– No to ładnie. – Stryj się śmieje. – I przestali?
– Od kopa, człowieku. Naćpani jak skurwysyn. Dobra – kończy w momencie, gdy wreszcie znajduję miejsce do parkowania, wciskam się cudem między range rovera a citroëna. Stryj puka mnie w bark. Odwracam się. Podaje mi gumowe rękawiczki.
– Wchodzisz z nami – mówi Stryj.
Jego głowa ma kształt i fakturę omszałego kamienia. Miliony lat temu, gdy ten kamień był jeszcze miękką gliną, ktoś wepchnął w nią oczy, narysował wąską linię ust, grubym palcem wymazał siatkę niekształtnych blizn na policzkach.
– Jestem tam do czegoś potrzebny? – pytam.
– Czy ty, kurwa, jesteś Eko Taxi? – odpowiada pytaniem na pytanie.
Bez słowa biorę od niego gumowe rękawiczki i zaczynam je zakładać.
Chowam wszystko do kieszeni kurtki. Dokumenty, kluczyki, telefony.
– Piotrek mówił, że jesteś z nami w tym, to jesteś z nami – mówi Stryj.
– To sprawa Piotrka? – pytam.
– Tak, kurwa, to sprawa Piotrka, dlatego idziemy ją razem załatwić – mówi.
– Mam kogoś bić? – pytam.
– Nie, masz być – odpowiada Stryj.
Niech im będzie. Wzruszam ramionami, kiwam głową i zamykam drzwi.
Stryj podchodzi do domofonu, wpisuje numer mieszkania, wciska przycisk z kluczykiem, wprowadza kod. Wchodzimy na klatkę kamienicy. Gdzieś z góry, na moje ucho z trzeciego piętra, słychać odgłosy imprezy. Ciche zderzenia szkła, przytłumione porykiwania tępych cip, brzmiące jak dobiegające gdzieś z daleka alarmy przeciwlotnicze. Słychać, że to impreza studentów pierwszego i drugiego roku, że nie ma tam żadnych moich klientów. Jeśli cokolwiek tam wąchają, to mefedron z internetu. Muzyka w podłączonej do laptopa starej miniwieży taka sama jak w radiach taryfiarzy. Nauczyłem się nie zwracać na nią uwagi.
– Dobrze – mówi ten drugi.
Jest młodszy od Stryja, ma ciemną karnację, wygląda trochę jak Arab. Ma na sobie bluzę i dresy. Stryj nosi marynarkę, ewidentnie szytą na zamówienie. Jego ciało objętością przypomina segment. W bicepsie ma prawie tyle, co ja w pasie. Porusza się niezgrabnie, jakby jego ciało nie czuło pionu, przechyla się lekko na boki; do tego stawia drobne, szybkie kroki, jakby wciąż truchtał. Razem wyglądają jak jeszcze spokojne, jeszcze przez chwilę najedzone zwierzęta, ale zmiana tego stanu to kwestia sekund.
Przystaję w połowie schodów, tuż przy drzwiach, zza których wydobywa się dźwiękowy obłok imprezy, aby z czystej ciekawości go zapytać:
– Po chuj ci ta marynarka?
– Idę zaraz do roboty – odpowiada.
– A jak się ubrudzi? – pyta Śniady.
– Teraz ją zdejmę, spokojnie – odpowiada.
Mieszkanie, do którego mamy wejść, jest na ostatnim piętrze. Numer piętnaście. Staję za nimi. Jako jedyny nie mam zadyszki. Znowu dzwoni mój telefon. Tym razem odbieram.
Stryj puka do drzwi spokojnie, jakby był kurierem albo dostawcą pizzy.
– Nie mogę teraz gadać – mówię.
Ktoś o coś prosi. Że niby Powiśle, za dwadzieścia minut.
– Oddzwonię, nie mogę teraz gadać – powtarzam.
– Ta dziewczyna – mówi Śniady do Stryja – potem Lenek z Bolkiem ją ruchali.
– Ale już w gumie – mówi Stryj.
– Wiadomo – odpowiada Śniady.
– Normalnie jakby miała urodziny. – Stryj się śmieje.
– A wiesz, że chyba miała – mówi Śniady. – Zamawiali tam na stolik, kurwa, jakieś szampany. Jakiś tort był.
Puka jeszcze raz. Ktoś podchodzi do drzwi, powoli; zatrzymuje się. Nasłuchuje. Patrzy przez wizjer. Impreza z dołu, jak na pstryknięcie palcem, robi się głośniejsza o jakieś trzydzieści procent.
Mam nadzieję, że załatwią to szybko. Tracę czas. Telefon znowu dzwoni. Gdzieś w tym momencie na mapie miasta jest kilkanaście osób, które myślą tylko o tym, aby dać mi swoje pieniądze. Hajs parzy ich w dłonie. Wypala im dziury w kieszeniach. Chcą się go pozbyć jak najszybciej, jak ubrań po zmarłych.
Jeden pokój w Warszawie; nie wiem, dlaczego pomyślałem o nim właśnie teraz. Może to podobna elewacja klatki schodowej. Pokój znany mi tak dobrze, że wiem, co jest w której szufladzie. Wiem, gdzie zbiera się w nim najwięcej kurzu. Mogę wymienić po kolei wszystkie ustawione na regale książki. Pokój z wyjściem na mały balkon, z którego widać budynek szkoły podstawowej. Pokój, który o świcie, przy odpowiednim rozchyleniu rolet, wygląda jak wnętrze brudnoróżowego akwarium. Pokój, który jest jak kraj. Zakaz wjazdu do tego kraju jest wbity dożywotnio w mój paszport czarną i niezmywalną pieczątką.
Przestaję o nim myśleć w momencie, gdy facet po drugiej stronie otwiera w końcu drzwi z rezygnacją kogoś, kto wie, że nie ma innego wyjścia. Wchodzimy do środka i błyskawicznie zamykamy je za sobą.
Wchodzę ostatni, zamykam drzwi na zamek.
Przedpokój jest obity drewnopodobną sklejką, zamontowaną tutaj w późnych latach osiemdziesiątych.
To dwupokojowe mieszkanie, nieremontowane od dobrych piętnastu lat. W przedpokoju półka z książkami, makulatura: Robert Ludlum, Łysiak, instrukcje dla hufców harcerskich, roczniki rozwiązanych krzyżówek. Jeden z pokoi po prawej jest zamknięty, nie pali się w nim światło. Jeszcze bardziej na prawo widać łazienkę i kuchnię. Facet, a właściwie chłopak, stoi w drzwiach do pokoju po lewej, zalanego bladym, oślepiającym światłem. W środku widać stolik z puszkami po piwie, przepełnioną popielniczką, białymi smugami na blacie, pustą butelką po taniej wódzie. Do tego małe, dziecięce biurko ze stacjonarnym komputerem. Trzydziestocalowa plazma przyczepiona do ściany, playstation. Tapczan, na nim rozrzucone jakieś ubrania, kołdra bez poszewki. Gołe okno. Oprawiony w antyramę plakat z Lionelem Messim, biegnącym z wzniesionymi rękami po zdobyciu jakiejś bramki. Zaschła paprotka.
Smród tysięcy wypalonych papierosów, potu, niepranych ubrań, niezliczonego kaca. Mimo to podłoga jest w miarę czysta. Ktoś czasami tu sprząta. Na pewno nie on. Tu mieszka ktoś jeszcze.
Stoi w lekkim rozkroku, ma na sobie dresy i klapki, nieogolony, z potarganymi, jasnymi włosami. Jest lekko nalany, ma początki brzucha piwnego, na przedramieniu wydziaraną elkę. Wygląda na trzydzieści lat, ale wiem, że ma mniej. Nic nie mówi.
Stryj zdejmuje marynarkę i wiesza ją na wieszaku.
To trwa tylko chwilę. Stryj i Śniady ruszają w jego kierunku. On się cofa, przez chwilę idzie rakiem, przyspieszając i tracąc równowagę. Dobiegają do niego. Stryj uderza go w pysk, słychać głośne chrupnięcie, jakby zgnieść w rękach kilka plastikowych kubków. Śniady zrzuca wszystko ze stołu na podłogę, Stryj zaczyna kopać chłopaka, ten na początku wydaje ciche jęki, kwilenia, dopiero po chwili zaczyna krzyczeć, wyć, coś, że pomocy, coś, że przestańcie, coś jak zwykle. Przyciszam to w głowie. Rozglądam się dalej po pokoju.
– Gdzie jest hajs?! – pyta Stryj – Wiesz, kurwa, że znajdę. Wiesz, że znajdę.
Chłopak pokazuje palcem.
– Szafa, portmonetka – mówi.
– Jacuś, otwórz, przelicz – mówi Stryj.
Otwieram szafę. Bluzy z kapturem, koszulki z nadrukiem. Tani garnitur. Karton ze szpargałami, niedziałające słuchawki, ładowarki do telefonów, stare gazety. Brudna, zaśniedziała od nalotu faja wodna. Czarna portmonetka z herbem Legii. Otwieram. W środku plik stów i pięćdziesiątek, gruby na dwa palce. Z tyłu słyszę, jak chłopak dostaje jeszcze jednego kopa. Chrupnięcie. Usta, które nie wiedzą, czy krzyknąć, czy zassać jak najwięcej powietrza.
– Przelicz – mówi Stryj.
Przeliczam.
– Jakieś trzydzieści koła – mówię.
– Równo? – pyta.
– Nierówno. Trzydzieści jeden tysięcy dwieście pięćdziesiąt – odpowiadam.
– Nie, już nie – charczy chłopak.
Słyszę, jak odpluwa na podłogę mokrą, lądującą z plaskiem gulę. Odwracam się.
– Trzymaj to na razie – mówi Stryj.
– I co? – pyta Śniady.
– Coś, żeby wiedzieli – mówi Stryj.
– Ręce – mówi Śniady.
– Nie! – krzyczy chłopak.
– Ryj – mówi Śniady.
– Ręce – powtarza Stryj.
– Poczekajcie – mówię.
Jakiś cichy dźwięk z pokoju obok, niechciane szurnięcie, przestawienie. Dźwięk, którego miało nie być.
– Co? – pyta Stryj.
Daję mu znak ręką, aby zajął się swoimi sprawami. Wycofuję się do przedpokoju.
– Jacuś, wrażliwy jest, widzisz – mówi Stryj nie wiadomo, czy do Śniadego, czy do mnie, czy w powietrze.
Przedpokój tonie w mroku. Stoję przed drzwiami do pokoju po prawej. Już nie widzę, co Śniady i Stryj robią z chłopakiem. Wystarczy, że to słyszę. Najpierw wycie, płacz, a potem coś pstryka, jakby w nieokreślonym, delikatnym mechanizmie poluzowała się najważniejsza zastawka. A zaraz później wrzask, szybko stłumiony czymś przystawionym do twarzy: poduszką albo zgniecionym w kulkę podkoszulkiem.
– Kurwo, leż cicho, pedale jebany – mówi Śniady.
Otwieram drzwi do pokoju. Jest ciemno. Przez chwilę słyszę coś w rodzaju pisku, z cichym wciągnięciem powietrza. Wyciągam telefon i świecę przed siebie latarką.
Chrupnięcie, jakby ktoś nagle rozdeptał z całej siły twardy owoc, i znowu przeciągły wrzask chłopaka.
Na dwuosobowym materacu w męskim podkoszulku leży dziewczyna. Ma najwyżej dwadzieścia lat, obejmuje kołdrę, wpatruje się we mnie wytrzeszczonymi oczami zgonionego zwierzęcia. Pierścionek na każdym palcu. Pasemka. Na szyi, pod uchem, mały tatuaż. Jaskółka. Oddycha szybko, trzyma w sobie wrzask, mnóstwo wrzasku, stara się, aby jak najwięcej tego wrzasku pochłonęła kołdra, którą zaciska w ustach. Kołdra jest przesiąknięta jej śliną. Obserwuję przez chwilę, jak dziewczyna drży, zmrożona strachem, pragnąca uciec gdziekolwiek, wycofać się, ale w tym pokoju poza materacem jest tylko okno, więc leży w nim jak w klatce.
– Bądź dalej cicho, tak jak byłaś – mówię do niej.
Kiwa głową jakieś trzydzieści razy w przeciągu pół minuty.
– Rozumiesz, co do ciebie mówię? – mówię cicho.
Ten chłopak z drugiego pokoju zagłusza moje słowa, bo właśnie łamią mu drugą rękę, ale ona i tak kiwa głową, i w końcu wypuszcza kołdrę z ust, próbuje patrzeć poza światłem latarki, próbuje zobaczyć moją twarz. Widzę jej sylwetkę. Pod podkoszulkiem widać wyraźny, okrągły brzuch. Jest w siódmym, może nawet w ósmym miesiącu ciąży.
Wychodzę i zamykam drzwi. Stryj i Śniady są już w przedpokoju. Stryj zakłada marynarkę.
– O co ci chodziło? Ktoś tam jest? – pyta Stryj.
– Nie. – Kręcę głową.
Wychodzimy z mieszkania, oni pierwsi. Zamykam drzwi. Na korytarzu ul dźwięków, pijanych studentów, polskich piosenek nagranych Bogu na wstyd wybucha jak nagły, cuchnący wyziew z chorego żołądka.
– Rzucisz mnie na Świętokrzyską? – pyta Stryj.
– A ty jak? – pytam Śniadego.
– Ja też tam wyskoczę – odpowiada Śniady. – Potem się przejdę.
Schodzimy po schodach, wychodzimy na zewnątrz. Przecieram usta. Powietrze włazi mi pod kurtkę, jakby ktoś obcy nagle wsunął mi pod kurtkę zimne dłonie.
– Hajs – mówi Stryj.
Podaję mu plik. Stryj kiwa głową i chowa pieniądze do kieszeni spodni.
– To już wszystko? – pytam.
– Możemy dzwonić. – Stryj kręci głową.
– Dwadzieścia po dziewiątej – mówię, pokazując wyświetlacz telefonu. – Godzina. Zabraliście mi godzinę. Mogę ci powiedzieć co do złotówki, ile to dla mnie godzina.
– Chcesz rekompensatę, kurwa, czy jak? Ile ci zajechać? Pięć paczek? Dziesięć paczek? – podnosi głos Stryj, wyciąga z kieszeni plik banknotów, podchodzi do mnie na jeden mały krok.
Stoję w miejscu. Jednym nieznacznym ruchem ręki otwieram samochód.
– Naprawdę? Nie masz? Pusty jesteś? – pyta ponownie.
– Wsiadaj – mówię i otwieram drzwi od strony pasażera.
Wsiadam do samochodu. Nawet na niego nie patrzę, tylko czekam, aż wsiądzie, aż zorientuje się, że nie mówi już do mnie, ale do powietrza. Śniady orientuje się pierwszy. Wsiada. Przez chwilę w lusterku widzę jego spojrzenie. Wygląda na tego bystrzejszego, na kogoś, kto umie w porę przerywać bezsensowne sytuacje, ograniczać straty czasu.
Przekręcam kluczyk w stacyjce, samochód wypełnia się muzyką. Ściszam ją. Jeszcze przez chwilę patrzę w okna mieszkania, z którego przed chwilą wyszliśmy. To, które było ciemne, dalej jest ciemne, a drugie nadal pozostaje jasne. Piętro niżej kilka pijanych lasek siedzi na parapecie, palą papierosy, próbują trafić wydmuchiwanym dymem w uchylone okno. Stryj wsiada, tym razem z przodu.
– Zapnij pasy – mówię do niego i ruszam.
– Ile pali? – pyta.
– W mieście coś pod piętnaście – odpowiadam, lekko cofając i wyjeżdżając na jezdnię.
– Poza miastem pewnie nie wiesz? – Śmieje się.
Również się uśmiecham. Nie wiem, czy ten samochód był kiedykolwiek poza Warszawą. Mam go od roku.
– Róg Mazowieckiej – mówi Stryj i dodaje: – Wiesz co, fajne to autko, ale, kurwa, przypałowe, powiem ci.
– Trudno. Nie będę jeździł renaultem clio – odpowiadam.
Wiem, że nie powinienem jeździć takim samochodem. On z kolei nie musi wiedzieć o tym, że o tym wiem.
– Ile za niego dałeś? – pyta ponownie.
– Około dziewięciu dych.
– Gotówą? – pyta.
– Nie, zapłaciłem mu w dywanach – odpowiadam.
– Co? – pyta.
– A czym? – pytam.
Miasto jest już wysycone ludźmi. Idą w grupach, wyszczerzeni do najbliższych paru godzin życia, wylewają się z przejść podziemnych, wsiadają do i wysiadają z taksówek. Jeszcze wyprostowani, jakby przyczepieni do niewidzialnych strun. Jeszcze młodzi w ten najbardziej irytujący sposób: sprawiający wrażenie, jakby przebrali się w ubrania własnych rodziców. Maszerujący. Wyprostowani. Wzorowi oficerowie własnych życiorysów. Idący po drobne zwycięstwa, po identyczne, nudne przegrane. Biegnący przed siebie po to, aby na chwileczkę zapomnieć. Przyszli lub obecni menedżerowie średniego szczebla, asystenci i asystentki, czyjeś prawe lub lewe ręce, studenci albo ich sprytniejsi koledzy. Rozpoznający się na ulicy, mylący się z kimś nawzajem, całujący, prowadzący się do domów, na bifory, potem do klubów, wyłażący z taksówek. Część z nich już mnie potrzebuje. Niektórzy niedługo zaczną.
Niektórzy może chcieliby, aby gdzieś w wiszącym nad tym wszystkim powietrzu, tym powietrzu, które ma niezmiennie czarny kolor, było coś jeszcze. Jakiś głos. Jakieś echo. Jakaś prawda. Jakiś skarb. Niektórzy może łudzą się, że to coś tam jest, ale większość z nich w ogóle o tym nie myśli. Myślą o jedzeniu, seksie, płatnościach, podatkach. Przede wszystkim myślą o pieniądzach. O tym, że mają ich za mało. Ci, którzy myślą o czymś więcej, są z góry na przegranej pozycji. Są zdekoncentrowani. Z rozkojarzonym błędnikiem, jakby coś nagle uderzyło ich w skroń. Wpatrywanie się w tę czarną kartkę powietrza nie ma najmniejszego sensu. To, co tam jest, zawsze będzie niewidoczne, gdy stanąć naprzeciwko. To coś, tę prawdziwą treść miasta, można zobaczyć tylko kątem oka, mimochodem.
Tak samo jak nie ma sensu wpatrywać się w ludzi. Są identyczni. Trajektorie ich ruchów, ich myśli, ich lęki są zbieżne w stu procentach. Odróżniają się tylko szczegółami. Mundurkami. Można oceniać i opisywać ludzi, grupować ich w podzbiory, katalogować, przypisywać im miejsca na własnych siatkach, mapach. Ale jesteśmy tutaj wszyscy tacy sami jak rozproszone punkty, bezładnie i bez skutku próbujące wrócić do wspólnego stanu skupienia, złączyć się w jedną plamę.
Ja, Śniady, Stryj, ci wszyscy ludzie – jakby ktoś kiedyś trzymał nas skondensowanych w jeden, organiczny kisiel w wielkiej puszce spreju, a następnie wstrząsnął nią i pomalował miasto grubymi pociągnięciami. Pokrył je nami. Z lotu ptaka musimy wyglądać jak długie, nieregularne smugi bladej i mięsnej piany.
Za siedem godzin będzie ich o połowę mniej, zaczną iść wolniej, krzywiej, staną się głośniejsi i biedniejsi. Nieudane podrywy. Oczyszczone karty. Zgubione telefony. Jaskiniowe wykrzykiwania przezwisk i imion.
Temperatura na zewnątrz spadła o jeden stopień. Gdzieś niedaleko niebieskie światła ambulansu kładą na otoczenie lodowaty filtr. Wszystko robi się na chwilę wyraźniejsze, widoczniejsze w wyższej rozdzielczości.
Skręcam w Świętokrzyską i zatrzymuję się na awaryjnych.
– Zobaczymy się jeszcze dzisiaj. – Stryj wyjmuje z kieszeni marynarki gumę do żucia i wpycha sobie do ust. – Na pewno.
– Być może – odpowiadam.
Podaję mu rękę. Odwracam się i podaję rękę Śniademu. Wychodzą. Wycofuję. Jadę dalej, w kierunku Nowego Światu.
Ten chłopak, któremu połamali ręce – przez chwilę przychodzi do głowy – jest jak włosek z grzybni, która pokrywa to miasto, mchu kretynów. Z ludzkimi błędami jest tak samo jak z aspiracjami, lękami, fantazjami – jest ich wyłącznie kilka rodzajów. Ich wykres, gdyby ktokolwiek go stworzył, byłby równie prosty do zrozumienia, jak zasady gry w wojnę. Nie widzieć tego, to nie widzieć zupełnie nic. Ten ćwierćmózg sam połamał sobie ręce i sam zabrał sobie swoje własne pieniądze.
Zawsze trzeba o tym pamiętać. Nie licząc niektórych rodzajów raka, wszystko, co spotyka ludzi, wyrządzają sobie sami.
Włączam muzykę z powrotem. Ten irytujący dźwięk, to sapanie, słyszę je znowu, chociaż poza mną nie ma w tym samochodzie zupełnie nikogo. To miasto wydziera kolejny oddech ze swojego przerośniętego, nasterydowanego serca.
SEN
Mam tylko jeden rodzaj koszmaru – sen, w którym nie wiem, gdzie jestem.
Z reguły ląduję w miejscu, które jest granicą cywilizacji; punktem, za którym zaczyna się dzicz. Węzłem, przejściem – chociaż nie mam pojęcia, między czym a czym. Jednopasmowa, wyasfaltowana droga w środku lasu. Brudna, opuszczona plaża rozpuszczająca się w szarej, ciężkiej masie horyzontu; wyłącznie majaczący w oddali statek daje mi do zrozumienia, że znalazłem się w świecie, w którym ktoś jeszcze żyje. Ale może na statku nikogo nie ma. Może jest jedynie dryfującą po wodzie, pustą skorupą. Rogatki jakiegoś nieokreślonego miasta, szare prostopadłościany pokrytych brezentem, opustoszałych budynków, rozbite latarnie, majaczące kontury zabudowań i tylko szum przejeżdżających samochodów, gdzieś bardzo daleko.
Nie mam przy sobie telefonu, dokumentów, pieniędzy. Nic. Znam tylko swoje imię; nie pamiętam swojej daty urodzenia, nie pamiętam adresu, numeru telefonu, nie pamiętam, jak nazywają się moi rodzice, jak nazywa się moje rodzinne miasto. Jestem nikim. Jestem nigdzie. Nie jestem głodny ani nie chce mi się pić. Jestem rozbudzony.
Z reguły idę przed siebie, szukając kogokolwiek, drogi, śladu, i trwa to bardzo długo, całymi godzinami. Wiem, że nikogo nie spotkam. Wiem, że nawet jeśli kogoś spotkam, nie zapytam go o drogę, bo będzie mi wstyd.
Ten sen powtarza się co jakiś czas. Wybudzam się z niego na bezdechu, gwałtownie połykając powietrze, jakby ktoś trzasnął mnie pięścią w splot słoneczny. Ten lęk tkwi we mnie jeszcze przez chwilę, gnieździ mi się w ustach, ślisko spływa w dół przełyku, jakbym połykał żywą, tłustą larwę. Muszę zapalić światło, muszę zobaczyć, że w moim mieszkaniu wszystko znajduje się na swoim miejscu, jest znajome. Szafa. Telewizor. Półka na książki. Naczynia w kuchni. Moje ubrania, złożone na kanapie. Siadam wtedy na łóżku i zaczynam recytować swoją datę urodzenia, PESEL, numer telefonu, adres zamieszkania. Potem leżę jeszcze przez pół godziny na łóżku, bez ruchu. Wstaję. Robię sobie kawę. Biorę prysznic. Oglądam telewizję, dopóki nikt do mnie nie zadzwoni.
Tej nocy śniły mi się bloki, osiedle.
Jak zwykle nie wiedziałem, gdzie jestem. Nie wiedziałem, czy jestem gdziekolwiek. Ten sen okazał się jednak trochę inny, był pewną wariacją; przede wszystkim nie byłem w nim sam. Towarzyszył mi około dwunastoletni chłopak w bawełnianych dresach i bluzie, z przetłuszczonymi, dłuższymi włosami, opadającymi mu na twarz. Zorientowałem się, że jest mojego wzrostu, że również jestem chłopcem mniej więcej w jego wieku. Było słonecznie, staliśmy na dużej, zielonej, otwartej przestrzeni placu zabaw. Na zewnątrz znajdowało się sporo ludzi: dzieci, małolatów, ich rodziców. Wszyscy siedzieli na ławkach, grali w piłkę, rozglądali się dookoła, zabijali czas. Dwóch dziadków grało przy stoliku szachowym; paru innych ze skupieniem obserwowało partię, która równie dobrze mogła trwać już parę dni. Ktoś grał w ping-ponga. To musiała być niedziela, bo grupy wystrojonych ludzi wlewały się powoli do kolejnych klatek albo przystawały jeszcze na chwilę przed blokami, rozmawiając.
Przed nami wyrastało z ziemi pięć mieszkalnych bloków, wczepiających się w niebo jak szaro-czarne, brudne pazury. Cztery z nich, zbliżone do siebie, wznosiły się nieme jak zatrzymana azbestowa artyleria; jeden był trochę oddalony, stał z boku, ustawiony pod odmiennym kątem do pozostałych. Wiedziałem, że idziemy dokładnie tam i że nie powinniśmy tego robić.
Szliśmy powoli w kierunku budynku, prowadząc rozmowę; to była dziecięca, podwórkowa logistyka, ustalanie kolejności wydarzeń, jakbyśmy szli kraść jabłka, albo wykupić zapas gum marki Turbo z osiedlowego sklepu za odłożone pieniądze. Zastanawialiśmy się, o której godzinie mamy wrócić do domów, aby nikt nie zaczął podejrzewać, że tam byliśmy. Pewnie po dwudziestej pierwszej, mówił chłopak. Musimy wyrobić się do dwudziestej pierwszej. Szedł powoli, ociągał się, co chwila przystawał, aby splunąć albo odwrócić się za czymś schowanym w trawie i widocznym tylko dla niego. Sprawiał wrażenie, jakby miał ciężką nerwicę. Nie dziwiło mnie to. Wiedziałem, że bije go ojciec. Mówił niewyraźnie, usta miał pełne kukurydzianych chrupek, które bez przerwy wyciągał z trzymanej przed sobą wielkiej torby. Raz po raz wyciągał paczkę w moim kierunku. Chrupki zdawały się nie kończyć. Nie chciałem ich. Nie byłem głodny.
Chłopak zapytał mnie, czy mam przy sobie latarkę. Zorientowałem się, że mam. Że mam również scyzoryk oraz gaz pieprzowy. Zaczynałem rozumieć, że idziemy do miejsca, do którego pod żadnym pozorem nie możemy się zbliżać, że do oddalonego bloku na końcu osiedla nikt nie chodzi.
Ten chłopak musiał być kimś w rodzaju mojego najlepszego kolegi. Mówił bardzo dużo, ale nie rozumiałem z tego prawie nic, jakby mówił do mnie po rosyjsku. W miarę jak przybliżaliśmy się do bloku, zauważyłem, że ma elewację ciemniejszą od pozostałych, pokrytą sadzą. Jakby jakiś czas temu ktoś próbował go podpalić.
– A jeśli ona tam jest? – zapytałem go.
Zacisnął usta, ale po chwili się uśmiechnął.
– Nie ma jej, zobaczysz – odpowiedział. – Oni wszyscy kłamią.
Odwróciłem się. W pobliżu nas nie było już żadnych ludzi.
– Oni wszyscy kłamią – powtórzył.
Poszliśmy dalej.
Z każdym krokiem wiedziałem i pamiętałem coraz więcej. Wiedziałem, że mieszkali tam ludzie, ale z biegiem czasu wszyscy się wynieśli albo do innych bloków, albo w ogóle do innych miast. Część poumierała. Wszystkie wejścia do klatek były zamurowane. Wszystkie dzieci z osiedla miały bezwzględny zakaz zbliżania się do tego miejsca. Ci, którzy tylko mieli taką możliwość, wyprowadzili się z osiedla – nie mogli znieść jego obecności.
Każdy krok wyświetlał we mnie kolejną informację.
To blokowisko przypomniało mi Olsztyn, Jaroty. Albo Łódź, Bałuty. Albo Bydgoszcz, Fordon. Albo Nową Hutę. Przez chwilę. Ale to nie było żadne z tych miejsc. W żadnym mieście na świecie nie było takiego miejsca.
Gdy podeszliśmy pod blok, poczułem smród, fetor wdzierający się bezpośrednio do nosa i przylepiający do gardła, kwaśny, siarczany płaszcz. Smród, który jest tak silny, że powoli zaczyna być smakiem.
Większość okien w bloku została wybita. Na odpadającym, szarym tynku widniały napisy w niezrozumiałym dla mnie języku, nakreślone czarną smołą; może ten język był mi nieznany, a może po prostu nie umiałem czytać.
– Wejście jest z tyłu – powiedział chłopak.
– Kto ci to powiedział? – zapytałem.
– Po prostu wiem to. Chodź – odparł.
Okrążyliśmy blok, aż w końcu pokazał mi wybite okno do piwnicy, jedyne niezamurowane. Znajdowało się w obetonowanym wgłębieniu, przykrytym od góry metalową kratą. Dno wgłębienia pokrywała warstwa zbitego szkła, zgaszonych papierosów, zużytych kondomów. Były tu od kilkunastu lat. Odpadki po życiu. Resztki.
Podnieśliśmy kratę i odrzuciliśmy ją na bok. Okazała się zaskakująco lekka.
– Mówiłem ci – powiedział.
– Dlaczego zostawili to jedno otwarte? – zapytałem.
– Nie wiem, zapomnieli o nim – odparł.
Ale ja wiedziałem, czułem, że zostawili je specjalnie.
Coś tykało w powietrzu jak ogromny, zawieszony nad nami zegar. Czułem to, te dziwne skoki, jakby ktoś przewijał dzień do przodu, jakby z każdą sekundą czas pozbywał się kolejnej godziny, która leciała w dół, szybko i nagle jak cegła zrzucona z ogromnej wysokości.
Gdy weszliśmy do środka, na zewnątrz zapadł już zmierzch. Smród był nie do opisania, wypełniał pomieszczenie jak zawieszona w powietrzu wata, wdzierał się do nosa, pozostawiając na zatokach oblepiającą wilgoć. Nie czułem takiego zapachu nigdy w życiu, nigdy na jawie. Trochę jak pleśń, fermentująca tkanka. Zgorzel. Jak litry wydzieliny z zepsutych zębów porozlewane po podłodze, nasiąknięte nimi ściany.
Pomieszczenie było puste. Przed nami widniały zbite z desek drzwi. Chłopak pchnął je do przodu tak lekko, jakby materia całego pomieszczenia znajdowała się pod jego pełną kontrolą, jakby mógł przesuwać i wznosić ściany, stawiać schody, zmieniać układ całych pomieszczeń.
Smród narastał, chociaż wydawało się to niemożliwe. Właził w pory skóry, nasycał nos. Chciało mi się wymiotować, ale nie miałem czym. Chłopak wciąż jadł chrupki. Szliśmy po schodach, świecąc latarką; na chwilę zatrzymałem snop światła na ścianie i zobaczyłem, że są pokryte brązowym, burym nalotem, przypominającym wilgotną rdzę. Weszliśmy na piętro. Doszliśmy do wejścia na klatkę. Obok były windy. Na ścianie ktoś napisał sprejem wielki napis: ODDAWAJ KURWO CO ZABRAŁAŚ. Obok: BĄDŹ PRZEKLĘTA STARA KURWO WIEDŹMO. Poniżej widniał szereg mniejszych bazgrołów, podpisów, inskrypcji. Daty. Nazwiska. Kreski. Coś w rodzaju dziecięcego rysunku. Obdarte fragmenty przyklejonych do ścian plakatów, powiadomień. Patrzyłem na to przez chwilę, ale mój kolega kazał mi iść dalej. Ruszyłem za nim; nagle jakby przestał się ociągać: szedł pewnie i szybko i nie odwracał się już co kilkadziesiąt sekund za siebie. Sprawiał wrażenie, jakby był u siebie, był w domu.
Przystanął przed windami i nacisnął kilka razy guzik przywoływania. Smród wypełniał mnie od środka. Wił mi się w brzuchu jak wielki połknięty robak. Jeśli wrócę, ten zapach pozostanie ze mną do końca. Nigdy go nie zmyję. Usłyszałem coś dobiegającego z góry, bzyczenie, hałas, buczenie – agonalne odgłosy starego, potężnego urządzenia.
– Słyszysz? – zapytałem mojego kolegę.
– Nie – odpowiedział – nic nie słyszę.
Winda zadziałała. Usłyszałem tępe, głośne zgrzytnięcie i masa metalu zaczęła jechać w dół. Chciałem zapytać go, jak to możliwe, skoro budynek został już dawno odcięty od jakiegokolwiek zasilania.
– Podobno jest na jedenastym piętrze – odpowiedział.
Pokiwałem głową.
– Druga winda też działa, ale ona zawiezie nas gdzie indziej – dodał.
Weszliśmy do środka. Nie było światła. Słyszałem tylko swój oddech, szybki i rwany. Jakby bzyczenie ogromnej liczby much. Mrok. Ciepło, w środku było ciepło, nawet gorąco. Mój kolega nacisnął przycisk oznaczony numerem jedenaście, nawet nie pomagając sobie latarką. Doskonale wiedział, gdzie jest. Ruszyliśmy. Strach stał się jak wlewana mi na siłę do ust woda; nie potrafiłem go połknąć, krztusiłem się nim.
Winda sunęła powoli, nieregularnie, przystając co parę sekund, jakby ożywiał ją mechanizm zasilany pracą czyichś rąk.
Wiedziałem, że stąd nie wyjdę.
– Chyba chcę wracać – powiedziałem, ale wiedziałem, że jest już za późno.
– Zobaczysz, że jej tam nie ma – odparł.
Winda jechała niezmiernie długo. W nieskończoność. W końcu zatrzymała się na jedenastym piętrze.
Przyszło mi do głowy, że jeśli nie wrócę do domu na dwudziestą pierwszą, nikt nie przyjdzie nawet mnie tu szukać. Na tym piętrze nie było już napisów na ścianach ani śmieci na podłodze. Pozostał wyłącznie brunatny nalot na każdej poziomej i pionowej powierzchni. Sprawiał wrażenie, jakby był żywy: kipiał, pączkował, rozmnażał się. Mój kolega zgniótł coś w ręku i wyrzucił pod nogi. To było opakowanie po chrupkach.
Coś wydało hałas, głos. Bezkształtny jęk, bezzębne zawołanie. Dźwięk nie odbił się od ścian, ale rozpełzł się po nich jak śluz. Biegnące za nim echo przypominało syknięcie.
– Nikogo tu nie ma – powiedział mój kolega. – Idź.
Popatrzyłem się na niego. Poświeciłem mu w twarz latarką. Pokręcił głową.
– Idź do przodu.
Kiwnąłem głową. Nie było innego wyjścia. Wiedziałem, że nie mam jak uciec. Wiedziałem, że winda nie zadziała wtedy, gdy ja nacisnę guzik, że musi to zrobić on. Wiedziałem, że wszystko jest postanowione.
Ruszyłem w stronę wyłamanych drzwi do jednego z mieszkań. Panował nieprzenikniony mrok. Stąpałem po podłodze, moje buty się do niej przyklejały; była pokryta jakby cienką warstwą roztopionej gumy.
– Gdzie jesteś? – zapytałem mojego kolegę.
Nie odpowiedział.
Coś wydało kolejny jęk, zaraz obok. Zaskrzeczało. Wiedziałem, że to coś, co jest w środku, mieszkańcy blokowiska utożsamiają z kobietą. Wiedziałem, że napis na dole był o niej. Wiedziałem, że mój kolega mnie okłamał. Wiedziałem, że jest już na dole. Że najprawdopodobniej opuścił już ten budynek.
Wziąłem oddech, wiedząc, że razem z powietrzem połykam coś, co nigdy nie powinno dostać się do środka ludzkiego organizmu. Ciężkie stopy trucizn, grzyby, zarazę.
Zrobiłem kolejny krok do przodu. Coś zaczęło wyłaniać się z ciemności, kontury. W rogu pustego pomieszczenia o zabitych oknach, pod ścianą, coś siedziało, czekając na mnie. Nie miało kształtu żadnej żywej istoty, to była bezładna kupa materii, która jakby ściekła z sufitu, osadziła się i okrzepła właśnie tam.
Wiedziałem, że zaprowadził mnie tu specjalnie. Wiedziałem, że złożył mnie w ofierze. Że co jakiś czas ktoś musi zostać tu przyprowadzony, aby cała reszta mieszkańców mogła w spokoju egzystować.
Coś w kącie poruszyło się.
Nie mogłem już się poruszać. Zamieniłem się w bryłę, z ustami zatrzymanymi we wrzasku. Czekałem.
Nie wiedziałem o tym, idąc tutaj. Czy gdybym wiedział, zacząłbym uciekać? Czy zacząłbym biec w drugą stronę, w kierunku ludzi stojących nieopodal bloku, dzieci na placu zabaw? Czy nie zaczęliby znikać, gdybym zaczął biec w ich kierunku?
A może złapaliby mnie i wszyscy wspólnie zaciągnęli tu na siłę?
Obudziłem się na podłodze około szóstej rano.
Dopiero po chwili zrozumiałem, że zadaję sobie te pytania na głos.
22:15
Stoimy na Mokotowskiej, przed jakimś miejscem. O takich miejscach mówi się po prostu: miejsca; nie wiem, czy to klub, kawiarnia, czy galeria – to po prostu pewna modna w tym tygodniu przestrzeń wynajęta dzięki znajomościom dobrze ustawionego rodzica. Obok jest butik jakiegoś polskiego projektanta. Naprzeciwko prywatna przychodnia ginekologiczna. W środku – chyba – pokaz mody albo wystawa projektów, albo zdjęć z sesji, albo cokolwiek w tym rodzaju, zdjęć brzydkich, i chudych, trupio udrapowanych dziewcząt, które pewnie są tu też we własnych osobach. Sztuka. Moda. Estetyka. Dużo moich dobrych klientów wierzy w te bzdury.
Wejście okupuje ten specyficzny typ młodych dup, noszących pstrokate, niesymetryczne ciuchy, przegłodzonych, z telefonami wszczepionymi w łeb, w identycznych, nabijanych ćwiekami butach. Do tego młodzi, chudzi kolesie w długich płaszczach i zadbanych fryzurach. Ktoś udaje, że miksuje płyty. Ktoś nerwowo rozlewa drinki z wódy i soku w kartonie. Ludzie dzwonią po taksówki, akcja powoli dobiega końca; wszyscy przenoszą się gdzie indziej. Wyrok zapadł. Tu już nic więcej się nie wydarzy.
Obok nas przejeżdża karetka. To już piąta, którą mijam tego wieczoru.
– Powiem ci, że półtora tysiąca kliknęło, że przyjdzie. Ale jak zwykle. Jest dwieście, może trzysta – mówi szybko, tak szybko, że nie wiem, skąd ma ślinę na tyle słów. – To jest, powiem ci, wirtualne uczestnictwo, czy jak to się tam nazywa. Jak klikną, że mają wziąć udział, to już jest tak, jakby naprawdę przyszli. I co z tego? To są nowe, polskie marki. Naprawdę nowi projektanci. Zajebista robota. Ludzie dokładają do interesu, ściągają materiały, kurwa, z Ameryki Południowej, bo chcą zrealizować jakąś wizję, rozumiesz? Mają wyjebane, kto się w tym sfotografuje, czy się zaprzyjaźnią z jakąś aktorką, która polezie w tym potem na premierę Wawy na gorąco, stary. Nie, kurwa, Dzień z Wolim i Tysiem. Ludzie mają wyjebane. Idą tłumami. Do znajomych. Nie idą na to, co się dzieje, tylko do znajomych. Zawsze przychodzą do swoich znajomych. Znajdź choćby dziesięć osób, które przyprowadzą ci Warszawę. Wtedy będziesz miał Warszawę. Zawsze tak, kurwa, jest.
– Nie wiem – odpowiadam.
– A ja wiem. Mówię ci, że tak jest. Ile miejsc się na tym wyjebało – mówi, po czym wydmuchuje nos. – Walił już dzisiaj. Na pewno. Znajomi są gdzie indziej – dodaje, rozglądając się dookoła, odrobinę zbyt nerwowo.
– Nie wiem, bo nie mam Facebooka – odpowiadam.
Otwieram schowek. Wkładam rękę głębiej, do zapadki. Wyjmuję dwie samary.
– Stary – mówi – jeśli chcesz być fajny, musisz się starać bardziej.
– Nie wszystkim chodzi o bycie fajnym – odpowiadam.
– To czemu nie masz Facebooka? – pyta. – Za takimi rzeczami stoi pewne założenie.
– Ja nie mam nawet komputera – odpowiadam. – To znaczy mam jeden, w jednym miejscu, ale nie używam go do tych wszystkich, wiesz, internetowych spraw.
Patrzy na mnie przez chwilę, jakbym był pokryty łuską.
– Nie wierzę ci. Pier-do-lisz. Pierdolisz – mówi.
Widać, że jego niewiara jest szczera, idzie z głębi jego ptasiego, dobrego, pedalskiego serca.
– To psuje pamięć – mówię. – Muszę dbać o pamięć.
– Wciąż nie rozumiem, stary, kurwa. – Uśmiecha się. – Oświeć mnie.
Ma na imię Łukasz, chyba. Dzwoni do mnie od roku, za to często. Zawsze kupuje minimum jeden cały worek. Jest miły, nie stwarza problemów. Gej, niski, szczupły, ze starannie przystrzyżonym zarostem, zawsze w celowo komicznych ubraniach, wąskich spodniach, muszkach, fularkach. Lubię go. Przyjechał tu skądś, tak samo jak ja. Robi jakąś karierę, pracuje w jakiejś prasie, podobno pisze coś w internecie, ma jakiegoś bloga, przynajmniej tak twierdzi. Nie wygląda na kogoś, kto porusza się do przodu, siadając na kutasach. Jest cyniczny, czasami opowiada dobre dowcipy. Nawet gdy wypowiada się o kimś lub o czymś z uznaniem, ma spojrzenie człowieka, w którego oczach cały świat składa się z gówna.
Lubię go. Zawsze ma pieniądze. Jest uprzejmy. Nigdy nie jest zanadto pijany. Nigdy nie każe się wieźć do bankomatu. Zawsze ma odliczone pieniądze. Lubi sobie pogadać, więc go słucham. Dobry klient. Miły człowiek.
– Osiemset – mówię mu.
Daje mi osiemset, dokładnie rozciągając każdą stówę.
– O co chodzi z tą pamięcią? – pyta ponownie.
– Ile numerów telefonów znasz na pamięć? – odpowiadam. – Dat czyichś urodzin? Nazwisk? Potrafisz sobie przypomnieć wszystkie godziny spotkań z przyszłego tygodnia?
Nie odpowiada. Kiwa głową.
– Masz ulubiony zespół? – pytam go ponownie. – Wymień dziesięć jego piosenek.
– Ty wolisz mieć wszystko w głowie – mówi. – Rozumiem.
– Ja nic nie wolę. To ty, tak jak wszyscy, wyjąłeś sobie wszystko z głowy i włożyłeś w tablet, w komputer, w chmurę, w cokolwiek – odpowiadam. – W pamięć zewnętrzną. Co się stanie, jak pamięć zewnętrzna się zepsuje?
– To ma sens – odpowiada, po czym dodaje: – Wiesz co, muszę ci coś powiedzieć. Zawsze chciałem ci to powiedzieć.
– Nic z tego nie będzie – mówię mu. – Lubię dziewczyny, Łukasz.
– Chciałem ci powiedzieć, że naprawdę dobrze się ubierasz, jak na… – przerywa. Nie wie, jakiego słowa użyć.
– Handlarza – pomagam mu skończyć zdanie.
– Naprawdę dobrze się ubierasz. Ile dałeś za ten płaszcz?
– Tysiąc dwieście euro – odpowiadam.
– To Margiela? – pyta.
– Lanvin – odpowiadam. – Nic z tego nie będzie, Łukasz. Nie kocham cię.
Uśmiecha się. Chowa samary do kieszeni. Przez chwilę patrzy na skłębiony przy wejściu tłum, jakby był obcym gatunkiem, jakby próbował zrozumieć jego zachowania. Nieświadomie krzywi się, jakby połknął coś kwaśnego.
– Gdzie potem idziesz? – pytam.
– W „Basenie” będzie grubo. Rozdanie „Wjazdów”.
– Czego?
– Takie nagrody miejskie – odpowiada. – Będziesz tam dzisiaj. Na pewno.
– Może – mówię. – Może tam będę, a może nie.
– Na razie. – Podaje mi rękę.
Ściskam mu dłoń, patrzę, jak wysiada.
Trzaska drzwiami. Telefon. Pazina. Wiem, gdzie jest.
– Będę za dziesięć minut – mówię.
– Wiesz, gdzie jestem? – pyta retorycznie.
– Tak. – Kiwam głową.
Rozłączam się.
Mam przeczucie, że będzie padać śnieg. Już za chwilę. Niebo nadyma się, wzbiera. Znowu otwieram usta, znowu bezgłośnie. Nic nie ma. Jakby ktoś w nocy wyjął coś ze mnie podczas snu. Organ, o którym nie miałem pojęcia. Będzie padać, wiem to. Muzyka. Debussy. Kolejna karetka. Widzę Łukasza, jak idzie i wtapia się w tłum. Ruszam.
23:10
Są trzy rzeczy, które robią wszyscy w Warszawie.
Po pierwsze, ludzie mówią. Mówią za dużo. Mówią bezładnie. Mówią o sobie nawzajem, za swoimi plecami. Mówią, kto komu wisi pieniądze, kto kogo ostatnio wypierdolił z interesu. Mówią, kto jest słaby, gdzie jest słaby, kiedy stał się słaby. Mówią o tym, co inni mówią o innych. Mówią o tym, kto się z kim rucha. Kto kogo zdradził. Kto kogo porzucił. Mówią, aby mówić. Mówią, mówią i mówią. Piją po to, aby mówić jeszcze więcej. Jeszcze głupiej. Informacje przeciekają przez nich, lecą im z oczu, z uszu, spomiędzy nóg. Nieistotne i istotne. Te powszechnie wiadome i te poufne. Wciąż mówią. Mówią, dopóki nie padną. Mówią po to, aby za chwilę powiedzieć jeszcze więcej. Mówienie ich podnieca, rozszerza im źrenice, przyśpiesza oddech, zwilża śluzówki. Gdy jest połączone z byciem słuchanym, wtedy staje się lepsze i ważniejsze niż seks. Lepsze i ważniejsze, bo bardziej ekonomiczne. Mówienie różni się od seksu zdecydowanie korzystniejszym stosunkiem energii zainwestowanej do energii uzyskanej.
Po drugie, ludzie handlują. W efekcie zarabiają albo dużo, albo gówno. Jeśli wiedzą, jak handlować, zarabiają dużo. Jeśli wydaje im się, że wiedzą, zarabiają gówno. Handlują tym, co wiedzą, tym, co mają, i tym, czego nie mają; handlują, chodząc, handlują, kłamiąc, pokazując się, licząc, pisząc. Handlują swoimi pomysłami, wymyślając kampanie marketingowe, handlują kondycją swoich stawów, rozwożąc pizzę albo wtykając ulotki burdeli za wycieraczki samochodów. Są jak ślepe, puszczone za tropem psy. Nie widzą. Wąchają. Szukają pieniędzy. Wyciągają je spomiędzy przerw między płytami chodnikowymi. Wyciskają je z powietrza, z siebie nawzajem. Ale przede wszystkim ludzie handlują, mówiąc.
Po trzecie, ludzie w Warszawie wąchają kokainę. Właśnie tu wchodzę ja, cały na biało.
Kokainę walą wszyscy, których na to stać, i dosyć spory procent tych, których na to nie stać. Walą prawnicy. Politycy. Lekarze. Właściciele przedsiębiorstw. Kierownicy przedsiębiorstw. Menedżerowie niższego szczebla. Menedżerowie wyższego szczebla. Gwiazdy telewizji. Pracownicy telewizji. Właściciele agencji reklamowych. Pracownicy agencji reklamowych. Finansiści. Deweloperzy. Pisarze. Malarze. Muzycy. Publicyści. Fotograficy. Dziennikarze. Producenci. Wydawcy. Restauratorzy. Bandyci. Adwokaci. Alfonsi. Kurwy. Hotelarze.
Wszyscy, wszyscy bez wyjątku walą kokainę. Nieważne, jak byłaby słaba, droga, pożeniona. Wszyscy traktują ją jak rytuał. Jak gest. Jak oczywisty emblemat. Walenie kokainy jest jak noszenie zegarka. Jak wracanie do domu taksówką. Jest jak mówienie i zarabianie pieniędzy. Jest naturalną konsekwencją jednego i drugiego. Jest najlepszą pomocą i w jednym, i w drugim.
W Warszawie każdy ma trzy najważniejsze numery telefonów. Te numery są zawsze w określonym porządku, jak miejsca na podium. Złoty medal należy do osób, które im płacą. Brązowy do osób, z którymi właśnie sypiają. Ja mam srebro. Dla wszystkich ludzi, których mam w komórce, jestem drugim najważniejszym numerem.
Dlatego nie ma sensu zadawać mi pytań, dlaczego, skoro jeżdżę z towarem od dziesięciu lat, nigdy nie zostałem zawinięty.
Ale w tym wszystkim ciekawa jest jeszcze jedna sprawa.
Wszyscy w Warszawie handlują, ale ja handluję kokainą. To pewna różnica. Kokaina jest czymś namacalnym, czymś, czego można dotknąć, czymś, co coś rzeczywiście zmienia, przynajmniej na krótką chwilę. Kokaina jest prawdziwa. Jest czysta, biała, twarda, w dużych, stugramowych kościach przypomina wypolerowane do białości kamienie. Pięści. Jest prawdziwsza od złota i diamentów – kiedy ostatnio widziałeś sztabkę złota? Kokainę miałeś w nosie w ostatni weekend.
Kokaina nie podlega kursom i spekulacjom. Inwestuje się w nią i zarabia na niej prawdziwe pieniądze. Ponosi się za nią prawdziwą odpowiedzialność. Dzisiaj, kiedy wszyscy handlują fikcją, wartościami dodanymi, opakowaniami opakowań, gdy większość kapitału to pustka, mydliny, dopisywane cyfry, gdy wszyscy pokornie przyklejeni do komputerów czekamy na pęknięcie balonu, ja obracam prawdziwym kapitałem.
Nie jestem z tego powodu jakoś szczególnie dumny. Po prostu to wiem. To jest prawdziwy handel. Handel, w którym mówi się niewiele, tylko tyle, ile wystarcza. Operuje się liczbami, równoważnikami zdań. Tu nie ma analiz rynku, kampanii reklamowych, sondowania produktu. Nie trzeba. To realne produkty. Prawdziwe pieniądze.
Pieniądze, które wisi mi Maluch, też są prawdziwe. To dziewięćdziesiąt tysięcy złotych gotówką, prawdziwe jak kurwa mać.
Jesteśmy w klubie, którego właścicielem jest Maluch. Klub nazywa się „Betlejem”. Dźwięk przetacza się po wylanej betonem podłodze jak grzmot. Kilkadziesiąt osób tańczy, dotykając się albo próbując się dotykać. Reszta obściskuje bar, zamawia następne szybkie serie kolejek, pokrzykuje na barmanów, wali otwartymi dłońmi w blat, mówi, mówi, mówi.
„Betlejem” to wielki klub, zajmujący całą kamienicę w centrum miasta. Przed 1989 rokiem mieścił się tu dziecięcy szpital chorób zakaźnych. Rzekomo w piwnicy, w której było prosektorium, ktoś niedawno zorganizował orgię. Przyszło dużo ludzi, ale podobno nikt nie uprawiał seksu.
Stoję w cieniu, w jednym z zakamarków, razem z Paziną. Piję wodę. Pazina podwójną wódkę na lodzie. Pazina jest drobna i chuda, ma ufarbowane na czarno, spięte w kok włosy, jej dłonie bez przerwy się poruszają jak dwa małe, walczące pająki. Pali cienkiego papierosa. Jest trochę pijana. Przypatruje się ludziom ze spokojem kogoś, kto wie o nich zbyt wiele, aby nimi pogardzać. Jest prawdopodobnie jedynym przyjacielem, jakiego mam. To znaczy nie do końca wiem, na czym miałoby polegać posiadanie przyjaciela. Ale Pazina jest osobą, która połyka sekrety, która wie, kiedy mówić, a kiedy być cicho, która odbiera telefony i potrafi być o czwartej nad ranem w miejscu, w którym nie powinna być, po to, aby coś przejąć, zawieźć do siebie, schować i z nikim o tym nie rozmawiać.
Nigdy ze sobą nie spaliśmy. Ten pomysł nawet się nie pojawił, tak jak nie pojawia się między rodzeństwem albo pomiędzy statystycznym mężczyzną a żoną jego brata.
– Współczuję ci – mówi. – Być tutaj trzeźwym to gorzej, niż być skacowanym w pracy.
– Nie mamy pracy, Pazina – przypominam jej.
– Ja mam – odpowiada. – Ty też.
– Nie mamy – mówię. – To jest zarabianie pieniędzy. Ale to nie jest praca.
– W sumie nikt tutaj nie pracuje – mówi.
Pazina ma około trzydziestu lat. Nigdy nie pytałem jej o dokładny wiek. Od jakichś dziesięciu lat zarządza miastem: jest menedżerką klubów, organizatorką koncertów, wynajduje lokale do wynajęcia. Zna chyba wszystkich, chyba wszyscy znają ją, i chyba ona wie o nich wszystko. Umie świetnie liczyć, lepiej ode mnie; bardzo ją za to szanuję. Co zastanawiające, w ogóle nie dba o swoje własne pieniądze i tego kompletnie u niej nie rozumiem. Wydaje i rozdaje wszystko od razu. Czyści karty kredytowe. Płaci za obcych. Stawia, pożycza, pomaga. Jakby wiedziała, że gdy skończą się jedne pieniądze, zaraz pojawią się nowe. Nigdy nie umiałem wytłumaczyć jej tego, że jest inaczej.
Jest twarda i spokojna. Umie powstrzymać sto pięćdziesięciokilowego draba przed zmasakrowaniem drugiego człowieka. Wyciągać ludzi z tych prawdziwych i z tych wmówionych depresji. Sama nigdy nie wyciągnęła się ze swojej. Mówi, że tylko ją wypiera. Wiem, że nie wyciągnie się z niej nigdy – Pazina tak naprawdę od lat mieszka w małym, czarnym pomieszczeniu bez okien, z małą klapką w drzwiach na podawanie jej jedzenia. Za dużo przeszła, żeby kiedykolwiek je opuścić. To kolejny powód, który sprawia, że ją szanuję, mogę z nią rozmawiać, czuję wagę jej słów. Została pocięta, poszarpana przez ludzi i przez okoliczności.
– Idziesz do niego? – pyta.
– Za chwilę – odpowiadam. – Niech się jeszcze bawi.
– Za chwilę w ogóle nie będzie rozumiał, co się do niego mówi – zauważa.
– To dobrze – odpowiadam.
– Będziesz go straszył? – pyta.
– Czy ja kiedyś kogokolwiek straszyłem? – odpowiadam pytaniem na pytanie.
– To chyba twoja była – mówi Pazina, wskazując palcem na przeciwległy róg korytarza, na skupisko kilku osób przyciśniętych do ściany, trzymających w ręku drinki. Kojarzę ich. I widzę ją. Dziewczynę, która mieszka w tamtym pokoju. Tym, do którego mam zakaz wstępu. Dziewczyna ma na imię Beata. Nie powinienem o niej myśleć. To potwornie mnie rozprasza, odrywa mnie od rzeczywistości, rozmazuje mi obraz. Ale widzę ją, wyraźną jak plamę na białej koszuli; stoi nieruchomo, wyższa i ostrzejsza od reszty, słucha kogoś, starając się wyhodować na swojej twarzy uśmiech. Wiem, że zaraz stąd wyjdzie. To nie jest jej miejsce. Po prostu przyszła zobaczyć, co się dzieje. Delikatnie się otrzeć. Wygląda, jakby ktoś wydrapał ją na tym obrazie żyletką.
Ci ludzie, którzy z nią stoją – znam ich. Jeden z nich to operator filmowy, młody siusiak, histeryk. Drugi, dyrektor kreacji, chyba znowu czynny alkoholik, facet z brzydką dziewczyną, czterema psami i studenckim poczuciem humoru. Trzeci jest trzydziestopięcioletnim DJ-em, tak smutnym, jak tylko smutny może być trzydziestopięcioletni DJ. Zresztą znam wszystkich. Mam zapisane w pamięci pół tego miasta, tak samo jak Pazina. Wiemy, kto jak się nazywa, z kim kto rozmawia, kto gdzie zarabia, jakie ma słabości, co lubi, czego się boi, kiedy należy przestać z nim rozmawiać i czy w ogóle warto to robić. Bez tego robienie czegokolwiek w Warszawie jest równie sensowne, jak pielenie pola minowego.
Jednak ja mam jeszcze w pamięci ludzi, o których Pazina nie ma zielonego pojęcia i nie chce go mieć. Nazywa to ciemną strefą, pyta mnie, czy dziś jestem w ciemnej strefie. Odpowiadam, że tak. Ona więcej nie pyta. Połyka to. Nie chce wiedzieć. To kolejna z jej dobrych cech. Że często nie chce wiedzieć, a większość tych ludzi tutaj, w tym klubie, w tym mieście, chce wiedzieć wszystko. Jest to ich największa z życiowych aspiracji.
– No i co? – pyta mnie, patrząc na nich.
– Co co? – odpowiadam.
– Coś cię kłuje? – pyta.
– Nie – odpowiadam.
– Kłamiesz – stwierdza.
– Nie myślę o tym. To bardzo dekoncentruje – odpowiadam.
– No to inaczej: czy czujesz się zdekoncentrowany? – pyta.
– Nie, nigdy – odpowiadam.
Stukamy się szklankami. Kiwam jej głową. Bez słowa idę na zaplecze, a ona rozumie, że nie muszę o tym mówić. Lubię Pazinę. Nie musimy tracić benzyny na tak zbędne rzeczy, jak powitania, pożegnania, buziaki, podania ręki, uściski. Żadne z nas nie analizuje tej sytuacji, nie obraca jej w głowie, nie myśli o niej. Jesteśmy dla siebie odpoczynkiem. Jak spacer.
Maluch jest na zapleczu. Nazywa je biurem, może dlatego, że pomalował pomieszczenie na biało, a do środka wstawił szafkę z Ikei i długi stół. Szafka jest pełna dokumentów. Przy ścianie stoją ustawione w równych rzędach środki czystości, skrzynki wódki, rolki papieru toaletowego, puste segregatory. W środku jest też chuda blondynka, która wygląda na dwadzieścia osiem lat, ale pewnie nie ma nawet osiemnastu; nosi bluzę pokrytą kwiatowym nadrukiem, skórzane, obcisłe spodnie i ma nieobecne spojrzenie kogoś, kto ziewa na widok porno ze zwierzętami. Maluch dzieli kreski na stole. Za oknem widać Pałac Kultury i Nauki, oświetlony na fioletowo.
– Kopę lat, Jacuś. – Wstaje, podchodzi do mnie, strzela swoją dłonią o moją, próbuje mnie objąć, cofam się o krok.
– Siądziesz? – pyta.
Kiwam głową. Patrzę na dziewczynę.
– Ja jestem Marta – mówi, jakby żuła gumę, chociaż nie ma nic w ustach.
– Marta, wyjdź – mówię do niej.
Maluch zatrzymuje się, jakby ktoś znienacka zrobił mu zastrzyk. Ona nie reaguje, patrzy na mnie przez chwilę, żując niewidzialną gumę.
– To moja dziewczyna – mówi i opiera się dłonią o blat, przechylając głowę w prawo jak pies, który próbuje zrozumieć, co mówi do niego właściciel.
Maluch naprawdę nazywa się Dawid, ale jest Maluchem od momentu, gdy kiedyś, w latach dziewięćdziesiątych, wystąpił w filmie Stawiam na wygraną. Była to komedia sensacyjna, akcja rozgrywała się w środowisku młodych i pięknych złodziei samochodów. Ci, którzy jeszcze pamiętają ten film, twierdzą, że był gorszy nawet od drugiej części Młodych wilków, tej z Anną Muchą i ułamkiem w tytule.
Maluch grał tam drugoplanową rolę durnia o pseudonimie „Maluch”, nieszczęśliwie zakochanego w głównej bohaterce, którą grała wokalistka zespołu Big Day. Jego rozterki miłosne zakończył śmiertelny postrzał otrzymany od rosyjskiego gangstera, którego grał Aleksander Bednarz. Od tamtej pory Maluch jest Maluchem. Dla wszystkich, nawet dla tych, którzy nie pamiętają filmu.
Sam nie pamiętam, jak wyglądał w filmie. Teraz wygląda źle. Ma półdługie, przetłuszczone włosy, zarost, wymiętą flanelową koszulę, oczy mówiące „nikogo nie ma w domu”, przyklejony, naprężony uśmiech. Ma trzydzieści cztery lata, jest współwłaścicielem czterech klubów w Warszawie. Ostatnio otworzył budę z wegańskim jedzeniem – twierdzi, że najważniejsze w tym momencie jest dla niego zdrowe odżywianie. Pomimo zdrowego odżywania ma zepsute, brązowe zęby, poza przednimi dwoma, wstawionymi niedawno. Prawdziwe stracił, gdy podszedł do grupy ochroniarzy gdzieś na Sienkiewicza i zapytał, czy ruchają się w dupę. Teraz twierdzi, że w ogóle tego nie pamięta.
Wali mnóstwo towaru. Gdyby tylko płacił, byłby znakomitym klientem. Poza tym pije. Pije więcej, niż musi, a musi pić dużo. Dwa lata temu pękła mu śledziona. Ledwo go odratowali. Ma długą i brzydką bliznę na brzuchu. Po pierwszej półlitrówce lubi ją pokazywać.
Ma długi, cholernie dużo długów. Nikt nie wie, ile i u kogo, łącznie z nim samym. Ja wiem o moim długu. Przyszedłem o nim porozmawiać.
– Tracimy czas. Ja tracę czas – mówię do niego.
– Musimy być niemili? – pyta.
– Nie jesteśmy niemili – odpowiadam.
Przez chwilę jeszcze stoi przy biurku, potem daje dziewczynie znak głową, aby wyszła. Wychodzi powoli, powłóczy nogami jak obrażone dziecko, które po godzinnych perswazjach poszło odrabiać lekcje. Nie zamyka za sobą drzwi. Maluch podchodzi i robi to za nią. Wraca do stołu, gestem podobnym do zapraszania wskazuje na usypane kreski. Kręcę głową.
– Nigdy nie bierzesz swojego towaru? – pyta.
– To mój towar? – pytam.
Wzrusza ramionami. Kiedy wciąga do nosa, jego ciało na chwilę tężeje, zapada się w sobie, jakby miał skurcz. Gdy kończy, bierze butelkę wody, wylewa sobie odrobinę na dłoń i wciąga wodę. Wydaje przy tym obrzydliwy dźwięk, jakby powolne wysmarkiwanie się w palce.
– Koksik lubi pływać – mówi. – Podobno Łazuka tak mówił.
– Mam dla ciebie propozycję – informuję go.
Siada. Uśmiecha się. Ja nie. Ma w sobie coś z hieny, z brzydkiego i chorego zwierzęcia. W pewnym sensie jest moim błędem. Być może powinienem lepiej go wyczuć, uważniej go obserwować, wcześniej skasować mu linię kredytową.
Działam jak bank – jeśli klient jest okej, jeśli kupuje u mnie regularnie, za wystarczająco dużo forsy, jeśli nie spóźnia się z płatnościami, wtedy ja mam przygotowane dla niego oferty. Debety, linie kredytowe, promocje. Jeśli ktoś kupuje u mnie towar za dziesięć tysięcy tygodniowo – a jest takich kilkunastu, i nie są to dla nich wielkie pieniądze – a potem dzwoni i mówi o nagłym podżyrowaniu kredytu, nierozstrzygniętym przetargu, szybkiej inwestycji, i prosi mnie o debet na dziewięćdziesiąt tysięcy, wtedy się zgadzam. To kwestia oceny tej osoby. W większości przypadków się nie pomyliłem. W przypadku Malucha – tak. Chociaż to była też kwestia przysługi. Wie, kim jestem, a wpuszcza mnie do każdego ze swoich klubów. Nie jest to konieczne, ale jest miłe.
– Słucham twojej propozycji – mówi.
– Lubię ten klub – odpowiadam.
– Co w nim lubisz? – pyta.
– To, że przychodzi tu coraz więcej ludzi, i nie są to brodate brudasy deliberujące godzinami nad jedną wódką – odpowiadam.
– Też go lubię. – Kiwa głową.
Jakby jakaś niewidzialna ręka powoli rysowała na jego twarzy ślady zrozumienia, wypisywała mu w środku głowy „Mane, tekel, fares”. Muzyka z piętra niżej wypełnia pomieszczenie jak brudny obłok. Na dole tańczą duchy, nie rozmawiają, nie widzą siebie nawzajem, bawią się źle.
– Powiedzmy, że potraktujemy mój dług jako kupienie udziałów – mówię mu.
– Kurwa, Jacuś, ja mam dla ciebie w przyszłym tygodniu trzydzieści koła. – Zrywa się z miejsca. – Na bank, ugadane. Zrobiliśmy taki deal z jedną whisky… Mam wpływ na firmowe, spokojnie.
– Potraktujmy mój dług jako kupienie udziałów – powtarzam. – Jestem tu tylko pośrednikiem. Powiedzmy, że udziały przeszłyby w ręce kogoś, kto jest moim kolegą, którego lubię i który ma doświadczenie w prowadzeniu lokali gastronomicznych.
– Kurwa, Jacuś. – Przysuwa się do stołu. – Nie róbmy tutaj, kurwa, Pruszkowa.
– Ja miałbym z tego pewien procent w zyskach – mówię. – No i, wiesz, wpuszczałbym tu czasami jakieś pieniądze.
– Ja nie mogę ci tu nic uprać, stary, wiesz, jak jest. Progi podatkowe. Zabójca gastronomii. Ludzie się zastanawiają, dlaczego w Polsce nie ma gwiazdek Michelin – odpowiada i widzę, że zaczynają mu drżeć ręce.
– Dziewięćdziesiąt tysięcy to jest sporo kasy – przypominam mu – nawet dla ujemnego milionera.
– Nie mogę, Jacuś, kurwa, proszę – mówi błagalnie.
Boi się, a towar i wóda pompują w nim ten strach, rozgrzewają mu brzuch i mózg. Widzę po nim, jak podnosi mu się temperatura, jak dostaje gorączki. Ale wciąż próbuje przykleić sobie uśmiech, który pojawia się i znika na jego twarzy co kilkanaście sekund jak błąd montażowy. Wciąż próbuje żartować.
– Nie traktuj tego jako wyboru – mówię. – Potraktuj to tak, że wyciągam do ciebie rękę. Lubię cię. Chcę ci pomóc. Przewróciłeś się pijany na ulicy, ktoś cię okradł, wpierdolił ci, a ja chcę cię podnieść, zaprowadzić na chatę, przekimać cię na kanapie.
Ktoś puka do drzwi.
– Otwórz – mówię. – Jestem dobrym człowiekiem – dodaję.
Ktoś puka ponownie.
– Wpuść – mówię.
– Tak?! – pyta głośno Maluch, zwracając się w stronę drzwi.
Wstaje, przeciąga się, otwiera stojącą na regale butelkę whisky, nalewa sobie trochę do szklanki. Wypija łyk. Podaje mi. Kręcę głową.
– Poczekaj chwilę – mówi.
Do środka wchodzi ochroniarz. Od razu widzę, że to pies. Szeroki, krótki facet z gębą, która pomimo braku zarostu zawsze będzie wyglądać jak pięć minut po zgoleniu wąsów. Polar, bojówki. Buty do wspinaczki. Krótka szyja. Pies na sto procent, dorabiający. Obrzucamy się przez chwilę wzrokiem, jego spojrzenie jest tępe jak stara łyżka. Razem z nim przyszło dwóch wychudłych chłopców: obydwaj w obcisłych spodniach, fullcapach, z tunelami w uszach i całą resztą pstrokatych atrybutów gimnazjalnej młodzieży. Za nimi, na deser, zjawiła się dziewczyna identycznego wzrostu i postury, różniąca się od nich jedynie długością włosów.
– I co się stało? – pyta Maluch komicznym tonem Pana Kleksa, Korczaka z pękniętą śledzioną; opiera się o szafkę i wpatruje się w tę trójkę uszkodzonych nastolatków.
Chłopcy spuszczają głowy, patrzą tylko na siebie nawzajem, dziewczyna również próbuje złapać z nimi kontakt wzrokowy, ale oni wymykają się jej spojrzeniu, jakby się jej wstydzili.
– My już sobie pójdziemy – mówi w końcu jeden z nich.
Brzmi, jakby właśnie przechodził mutację.
– No nie wiem, czy tak prędko sobie pójdziecie – odpowiada Maluch.
– Naprawdę. Już nic nie mamy. To była pomyłka – dodaje ten drugi.
– Spuścili w kiblu – mówi ochroniarz.
– Zawsze można zrobić test – odpowiada Maluch.
Widzę, jak ochroniarz się uśmiecha. Patrzę na zegarek. Tracę czas. Ale dam Maluchowi jeszcze chwilę. Niech poczuje, że ma odrobinę kontroli nad rzeczywistością. Niech poczuje się trochę pewniej. To ten typ człowieka, któremu strach sznuruje cały przewód pokarmowy i krtań aż do końca języka. Gdy naprawdę się boi, milknie, wyłącza uszy, przestaje rozumieć. Niech wróci na ziemię. Niech się otworzy. Wtedy powtórzę mu jeszcze raz to samo, co powiedziałem mu przed chwilą.
– Czy ty widzisz – pyta mnie Maluch – czy ty widzisz, że tu rozgrywa się bitwa o przyszłość i dusze dzisiejszej młodzieży? Popatrz na nich, ile oni mają lat? Powinni grać w piłkę, jeździć pod namiot, cokolwiek, kurwa, powinni pisać wiersze i grać w zespołach, a oni non stop siedzą, kurwa, na insta, a jeśli ruszają tyłki, to żeby wciągać koks w moim kiblu, w moim klubie. Zaraz pewnie zaczęliby robić słoneczko, gdyby nie wszedł tam Janek. Czy ty widzisz w ogóle, co się z nimi, kurwa, dzieje? Nie masz ochoty czegoś z tym zrobić?
– Nie uczę w szkole – odpowiadam.
– My już naprawdę idziemy. Przepraszamy – mówi dziewczyna.
Ma cichy, łagodny głos kogoś, kto przeprasza wszystkich za wszystko przez całe swoje życie.
– Dawać to, co wam zostało – mówi Maluch.
– Nic nam nie zostało – odpowiada jeden z chłopaków.
– To dawać portfele – mówi Maluch.
– Ej, bez przesady, kurwa – mówi drugi, starając się podnieść głos.
– Janek, pokaż mu blachę – prosi Maluch.
Pies grzebie w spodniach, po chwili wyciąga odznakę. Obraca ją przez chwilę w grubych, bulwiastych palcach jak kartę do gry. Podtyka ją chłopakowi pod nos. Ten lekko tężeje, robi krok do tyłu. Jest mu bardzo gorąco, widać to. Janek, czy jak on się tam nazywa, bierze odznakę do ręki. Chowa ją do tylnej kieszeni spodni.
– Portfele i to, co zostało – powtarza Maluch.
Dziewczyna znów chce, aby tamci na nią popatrzyli, ale nie potrafią. Sięga do torebki. Zaczyna w niej szybko grzebać. Maluch bierze do rąk portfele i worek towaru. Towar chowa do kieszeni, zaczyna przeglądać portfele. W jednym znajduje dwieście złotych. Podaje je Jankowi. Chłopak kiwa głową jeszcze raz. Dziewczyna zaczyna cicho płakać. Janek, jakby nagle ktoś go włączył, zgniata dwie stówy, wkłada je do kieszeni spodni i idzie w kierunku drzwi. Zanim wyjdzie, odwraca się do Malucha.
– To jest do załatwienia, o co prosiłeś. To kopyto – mówi, patrząc raz na mnie, raz na niego.
– Pogadamy później – odpowiada Maluch.
– W każdym razie to jest do załatwienia – powtarza pies; ma głos i wymowę, jakby trzymał w ustach kulę z chleba.
Niepostrzeżenie kiwa głową. Wychodzi.
– To nie jest miejsce, do którego byle łach z gimnazjum może przyjść i się naćpać, rozumiesz? To jest, kurwa, klub w centrum Warszawy, tu są zapraszani DJ-e z zagranicy, są koncerty, to nie jest dyskoteka „Egipt” pod Piździchowem – mówi Maluch do jednego z chłopaków.
Ten odpowiada kiwnięciem głowy. Jest wciąż przerażony, ale myśli o tym, że wszystko dobrze się skończyło. W jego żołądku ulga i strach biją się z zestawem z McDonalda i pięcioma wypitymi browarami.
– Jak rozumiesz, to spierdalaj – mówi Maluch i zaczyna dzielić kolejne kreski.
Kątem oka widzę, że ta trójka jeszcze stoi, jakby nie rozumiała po polsku, tylko cały ten czas kiwała głowami, jak przestraszony Japończyk przy kasie na polskim dworcu.
– Spierdalaj – powtarza i dopiero wtedy szybko wychodzą, zostawiając za sobą otwarte drzwi.
Maluch wstaje i je zamyka.
– Boisz się czegoś? – pytam i dodaję: – Nie sądzę, abyś miał się czegokolwiek bać.
– Nie, niczego – odpowiada, patrząc na mnie pytająco.
Strach zatyka go z powrotem od razu, gdy tylko mu o tym przypomniałem.
– To po co ci pistolet? – pytam go spokojnie.
– Ty nie masz pistoletu? – pyta.
Nie odpowiadam.
– Słuchaj, dam ci tydzień. Pomyśl. Wiesz, ja wiem, że zalegasz z czynszem. Że spółdzielnia ma problem. Że wisisz pieniądze miastu. Że parę osób chciałoby, żeby ktoś to wszystko uregulował. Że zaraz masz głosowanie o koncesję – spokojnie mówię mu o tym, co wiem.
Nie patrzy na mnie. Siada przy stoliku. Wciąga kreskę. Po chwili podnosi głowę.
– Mogę dać ci dzisiaj dziesięć tysięcy. Utarg z tygodnia – mówi.
Na twarzy wciąż ma przyklejony uśmiech, ale w jego spojrzeniu jest jakaś nieokreślona prośba.
Wstaję i podchodzę do drzwi.
– Daję ci tydzień. Nie dzwoń w innej sprawie niż „mam” – mówię.
Zostawiam go zastygłego, przyklejonego do blatu w swoim biurze i wychodzę na zewnątrz. SMS od Paziny: Musiałam iść, zadzwonie jutro. Chowam telefon do kieszeni, idę na dół, w kierunku baru. Rozglądam się przez chwilę, odruchowo szukając Beaty. Ale ona już poszła, nie ma jej, zostawiła swoich ludzi, którzy rozproszyli się po „Betlejem”, tworząc nowe grupki i konfiguracje. Pytanie, czy wyszła właśnie dlatego, że zobaczyła mnie w tłumie, pojawia się na chwilę w moich myślach, ale zaraz znika. Zdmuchuję je jak zapałkę. Takie pytania sprawiają, że nie zauważę tego samochodu, który powinienem zauważyć, porozmawiam z kimś, z kim nie powinienem rozmawiać, odbiorę telefon, którego nie powinienem odebrać.
Jeszcze przez chwilę, dosłownie przez ułamek sekundy, myślę o tym, gdzie mogła pójść i z kim. Z kim dzisiaj będzie w łóżku. Ale to też znika. Bardzo szybko. Potem już tylko przepycham się przez tłum do wyjścia, po drodze podaję ręce, patrząc przez twarze, jakby były przezroczyste, nie liczę, ile razy, nie wiem komu. To niedobrze, że nie wiem komu, bo powinienem ich wszystkich rozpoznawać, zapisać to w głowie, kto to był, w jakiej kolejności. Ale zaczynam być zmęczony. To tylko ludzie z hipsterskiego klubu. Nie mają żadnego znaczenia.
Najgorsze jest to, że traciłem dzisiaj bardzo dużo czasu.
1:50
– No ale ten bankomat jest zaraz na rogu, kurwa, stary. No weź. No proszę cię – mówi.
– Nie jestem taksówką – odpowiadam.
– Kurwa, no ale jak mam ci zapłacić?
– Jeszcze nie musisz mi płacić, bo jeszcze nic nie dostałeś – odpowiadam.
On nic nie mówi.
– Zawsze tak z tobą jest – dodaję.
– Wezmę dwie – mówi.
Dzwoni mój telefon, odbieram.
– Czekamy tutaj już pół godziny – mówi głos w telefonie.
– Poczekajcie jeszcze chwilę, jadę – odpowiadam.
Wyrzucam go przy bankomacie. Czekam. Nie lubię tej nocy. Prawie nic się nie zgadza, nic się nie udaje. Jest coś nieciekawego w powietrzu, coś, co nie pozwala doprowadzić spraw do końca, coś, co wyzwala złe intuicje. Jakby ktoś uruchomił zły program rzeczywistości, program, którego procedury muszą być doprowadzone do końca – aż do kompletnego krachu.
Otwieram bezgłośnie usta. Wypluwam to. Nie wierzę w intuicję. „Nie ma czegoś takiego jak intuicja – powtarzam sobie w myślach. – Intuicja to po prostu przejaw osobowości paranoidalnej” – powtarzam jeszcze raz, biorę głęboki oddech. Intuicja to tylko chuchanie w trzymane w dłoni kości. Nic więcej.
Najpierw przez piętnaście minut nie mógł znaleźć mojego samochodu. Nie wiem, od kogo ma mój numer. Jest typem człowieka, o którym nie potrafię powiedzieć, czy jest fabrycznym durniem, czy zgłupiał po drodze. Wszystko jest w nim skretyniałe i uszkodzone, wygląda jak postać, która ma parodiować jakiś typ człowieka w polskim serialu telewizyjnym, pracownika agencji reklamowej albo operatora, ale ta parodia jest nieśmieszna. Chce wyglądać dobrze, ale jest źle ubrany i uczesany, źle mówi, zachowuje się nie tak jak trzeba. To mogłoby przekonać kobietę spod Przemyśla, która wysyła przepisy na pastę z podrobów do pisma „Przyślij przepis”, a w sobotnie wieczory ogląda maratony kabaretowe. Ale dla mnie, dla ludzi stąd, coś się nie zgadza.
Chociaż – podobno – wszyscy go bardzo lubią.
– Ej, kartę mi zjadło – mówi, otwierając drzwi. – Kurwa, przysięgam. Połknął mi kartę, pierdolony.
– Wsiadaj – mówię, chociaż przez dwie sekundy walczę z tym, aby wyjść z samochodu, złapać go za mazak i trzasnąć nim o maskę.
– Co teraz? – pyta, nerwowo rozglądając się dookoła.
– No właśnie, co teraz? Miałeś kupić dwie – odpowiadam.
– Mam gotowiznę na chacie – mówi.
– To czemu nie zszedłeś z nią od razu? – pytam.
– Teraz mi się przypomniało. Mam odłożone na mieszkanie – mówi.
– Osiem stów – mówię mu.
– Mam tyle – odpowiada.
Po chwili zatrzymujemy się pod kamienicą na Filtrach. Wychodzi z taksówki, trzaskając drzwiami. Jest naćpany po uszy. Jego ciało podskakuje jak odlane z galarety, jakby ktoś z boku co chwila delikatnie nim potrząsał.
– Poczekasz, czy idziesz ze mną? – pyta.
– Poczekam – odpowiadam.
– Ale to może chwilę potrwać – mówi.
Wzdycham jeszcze raz. Wysiadam i idę za nim. Jeszcze parę godzin tej nocy; czekam na jej koniec jak na wypłatę, jak na telefon ze szpitala. On otwiera drzwi, wchodzimy na podwórko, wpisuje kod do domofonu, myli się przy tym trzy razy, po czym wchodzi do środka.
– Może PIN też wpisywałeś źle? – pytam go.
– Że co? – pyta, odwracając się do mnie; zza rogowych okularów przebija się wzrok kogoś, kto nie zna związku przyczynowo-skutkowego między nożem, masłem i chlebem.
– Już nic – odpowiadam.
Wchodzimy na górę, on otwiera drzwi; to duże, przestronne mieszkanie, całe zawalone przedmiotami, ubraniami, kartonami. Na kanapie siedzi dwóch jego kumpli. Są średnio przytomni, ale jeszcze potrafią załapać, że coś się zmienia, że jest przed nimi obca osoba. Pod ścianą stoją sztalugi, antyramy, obrazy na płótnie.
– Moja dziewczyna właśnie się wyprowadziła – tłumaczy, zakreślając jednocześnie ruchem ręki cały ten pierdolnik.
– Nie wzięła ze sobą rzeczy? – pytam.
– No właśnie nie – odpowiada.
Siadam na krześle i czekam, aż znajdzie pieniądze. Jego kumple siedzą naprzeciwko, taksują mnie otępiałymi, znudzonymi spojrzeniami zwierząt. Jeden duży, umięśniony, misiowaty, drugi chudy, spłoszony, z wklęsłą klatką piersiową i rozbieganymi oczami. Obaj ubrani podobnie, w bluzy Carhartt, czapki z daszkiem, buty Supra. Pełnoletni hip-hopowcy. Jednego z nich kojarzę z imprez, na których chyba puszcza cudzą muzykę.
– Siemasz – mówi ten większy.
– Cześć – odpowiadam.
– Kurwa, były tu! Były tu przecież! – słyszę jego krzyki z sypialni. – Gdzie jest, kurwa, ten becel? Gdzie pieniądze są?
– Gdzie pieniądze są?! – powtarza drugi i zaczyna się śmiać. – Gdzie te pieniądze są?! – zaczyna się drzeć.
– Weź, cicho bądź, kurwa – mówi mój klient.
Przestają zwracać na niego uwagę. Jeden z nich włącza jakiś filmik na YouTube. Na filmiku jest jakiś przedstawiony od pasa w dół idiota, który chodzi po mieszkaniu w samych slipach Calvina Kleina i z ewidentną wadą wymowy pokrzykuje coś o bogactwie.
– A z czego zapłacisz? – pyta ten drugi, chudszy, który wciąż na mnie patrzy.
– Stary mi przeleje, kurwa! – odkrzykuje. – Jutro mi przeleje przecież, ja pierdolę! Dzwonię do niego i mówię, żeby przelał, to przelewa.
Stary mu przeleje. Tak, przecież kiedyś mówił mi coś o sobie i swoim starym. Mówił, że jego ojciec ma fabrykę pod Wrocławiem robiącą klamki do okien. Że gdy skończy trzydzieści pięć lat, będzie czekać na niego pięćdziesiąt milionów złotych. Tak, mówił coś, że jeździ ferrari, chociaż pracuje w jakiejś galerii czy gdzieś tam, czy jest bileterem w teatrze, czy cokolwiek, i zarabia tam, tak jak wszyscy, maksymalnie dwa tysiące miesięcznie brutto, czyli śmieciówkę.
Za kanapą stoi obraz. Na białej, zagruntowanej powierzchni czarne, drukowane litery: KTO BOGATEMU ZABRONI?
– To malowała twoja dziewczyna? – pytam.
– Nie, ona nie jest już moją dziewczyną – mówi, wracając do salonu.
Otwiera szufladę jednej z komód. Wyrzuca z niej skarpetki, gacie, niektóre jeszcze w opakowaniach, tak jakby chodził do H&M lub Zary i raz na parę miesięcy robił zapasy bielizny na parę lat.
– Zobacz lepiej to. – Ten drugi włącza teledysk jakiegoś polskiego rapera.
Nie wiem za dużo o polskim hip-hopie i nie mam potrzeby poszerzania mojej skromnej wiedzy. Słuchałem paru piosenek, które miały na celu pokazać tym, którzy nie wiedzą, jak jest naprawdę, jak naprawdę jest. Jeśli jest tak, jak w tych piosenkach, to żyjemy naprawdę w trochę innym świecie. Ta, którą włącza, jest o facecie, który pali papierosy, nie ma pieniędzy i ucieka z siłowni do kolegi, aby się nawciągać. Opisuje, jak pije kompot, patrząc przez okno, i się boi.
Śmieją się z tego kawałka, ale znają go na pamięć. Dopowiadają końcówki zwrotek.
Jest druga w nocy. Pieniądze przeciekają mi przez palce. Ta noc przypomina stanie w ogromnym korku. Po drugiej stronie Wisły czeka na mnie czterech obiecujących narkomanów pracujących od niedawna w dziale audytu w PwC. Chyba dostali premie, chcą towaru za dwa koła. Miałem być u nich dwadzieścia minut temu. Co mnie, kurwa, obchodzą lęki faceta ze ściany wschodniej, siorbiącego kompot w swojej kawalerce w piątkową noc, gdy za oknem taksówkarze wiozą do burdeli lokalnych królów branży utylizacyjnej.
– Ale beka – mówi jeden z nich.
– Dawno temu się rozstaliście? – pytam go, patrząc, jak wywala na podłogę kolejną szufladę.
– Dwa tygodnie – odpowiada, nie patrząc na mnie.
– Czemu? – pytam.
– Nie sprzątała. – Odwraca się do mnie z tym swoim spojrzeniem kogoś, kogo codziennie rano zadziwia fakt, że budynki na ulicach nadal są jakimś cudem przymocowane do ziemi, zamiast odlecieć w kosmos.
– Kochaliście się? – pytam.
– Zajebiście się ruchała – odpowiada – ale miała trochę nie tak w bani.
– Co to znaczy? – pytam.
– Ale co? – odpowiada pytaniem na pytanie.
– Że miała nie tak w bani – odpowiadam.
– Często ryczała bez powodu – mówi – No i jak była młodsza, to się cięła. I inne takie.
– Dużo rozmawialiście? – pytam.
On wywala ostatnią szufladę. W końcu coś znajduje i chyba są to moje pieniądze, bo jego galaretowate ciało podskakuje, a on sam odruchowo klaszcze w dłonie.
– Jest! Kurwa! – krzyczy.
– Bardzo się cieszę – informuję go.
Odwraca się do mnie, trzyma w ręku wachlarz ze stów, na oko jakieś dwa tysiące, wyjmuje z niego osiem stów, daje mi, wkładam je do kieszeni. Wyjmuję dwie samary, podaję mu do ręki. Zaciska je w pięści, jakby nie do końca wierzył w swój odruch chwytny.
– Może powinniście więcej ze sobą rozmawiać – mówię.
– Ona dużo gada – odpowiada. Rozgląda się po mieszkaniu. – Musi przyjechać po te rzeczy. Ma to zrobić od tygodnia, ja pierdolę.
– Zawieź je jej – mówię.
– To ona się wyprowadza – odpowiada.
