Pan A. G. w X. - Tibor Dery - ebook

Pan A. G. w X. ebook

Tibor Dery

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 ISBN 83-08-00020-7 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kwidzynie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 724

Rok wydania: 1979

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tibor Dery

PAN A.G.w X.

Tibor

PAN Ali wl

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

iSBN 83-08-00020-7

Tibor

Dery

PAN Ali wl

9

Biblioteka Mieisko-Powiatowa w Kwidzynie 4325x1/MK

118-009355-00-0

Przełożyła Camilla Mondral

Tytuł oryginału: G A. ur X-ben

Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979

U 511. 'I Vi-

jN

;\e'i5ko-(

V-'

"O. Q?

IK^kY-

!/ ■

2>y.

ISBN 83-08-00020-7

Przedmowa

Przybądź, wolności, ty mi daj porządek,

dobrym słowem poucz, ale i bawić się pozwól swemu pięknemu synowi!

Attila Józsęf

Czyżby prawdą było, że wolność rodzi porządek? A nie porządek — wolność?

Nie, lepiej nie przeciwstawiać sobie tych dwóch pojęć, które nawzajem żyją jedno kosztem drugiego. Oba zostały ukształtowane przez łudzkie społeczeństwo w obronie przed naturą, w której nie ma ani porządku, ani wolności, tylko równowaga między bujnym rozmnażaniem się i ginięciem. Człowiek natomiast chce podstawić nogę temu falowaniu bez końca i bronić swej ludzkiej godności, która jest czymś jedynym, nie dającym się z niczym porównać.

Porządek bez wolności? Prędzej czy później doprowadzi do wybuchu. Wolność bez porządku?

Na ten piekielny węzeł ma zwrócić ufluagę moja powieść, niczym ostrzegawczy krzyk. W duszy ludzkiej bowiem i to wre, a od czasu do czasu kipi grzebiąc w mule królestwa i epoki. Mógłbym na ten temat równie dobrze napisać powieść historyczną, ot na przykład o społeczeństwie rzymskim w dobie upadku cesarstwa, ale wcalc nie uważam archizmm danych historycznych za bardziej godne zaufania niż poetycka wyobraźnia, której swobodne igraszki bardziej mnie interesowały — przynajmniej w czasie, gdy pisałem tę powieść — niż powołne człapanie śladem Clio; ruszyłem więc w drogę nie od przeszłości ku naszej dobie, lecz od teraźniejszości ku przyszłym czasom. Ze znanej teraźniejszości łub takiej, którą mi się wydawało, że ją znam — ku wyimaginowanej przyszłości.

Jak każda utopia, ta również ma charakter polemiczny, jest więc jednostronna, gdyż dla swobodniejszej gry eksperymentu i wyobraźni wyeliminowałem z niej reałny sprzeciw historii, socjalizm, aby móc bardziej przekonująco odmalować własne przerażenie. Nie opisałem więc tego, co będzie — nie jestem prorokiem ani z własnego rozumu, ani z tego, co we mnie tkwi ponad rozumem — lecz to, co mogłoby byćy gdyby w momencie pomieszania zmysłów ludzkość tak właśnie podniosła przeciw sobie rękę.

Jaka będzie nasza przyszłość? Jest to dla człowieka pytanie decydujące. Ja napisałem tylko, jaką nie ma być. A że napisałem to właśnie tak — świadczy o ufności, jaką pokładam w ludzkości i socjalizmie.

TIBOR DERY

Przekazuję czytelnikom książkę, której rękopis przez całe dwadzieścia lat spoczywał u mnie w szufladzie. Jej autorem jest mój przyjaciel i kolega z gimnazjum przy ulicy Markó w Budapeszcie, A.G., który mi przekazał ten rękopis ze stanowczym życzeniem, bym go po przeczytaniu zniszczył. Czemu nie spełniłem tego życzenia? Czytelnik z pewnością to zrozumie, gdy dojdzie do końca książki. Prawdopodobnie mój przyjaciel A.G. nie przebywa już wśród żywych, mogę się więc nie obawiać jego wymówek, a może znajdą się czytelnicy, którzy poczują dla mnie wdzięczność za odrobinę pogodnej rozrywki, dostarczonej im dzięki temu, że nie zastosowałem się do prośby autora. Moim zadaniem jest tylko przedstawienie go w kilku słowach i wyjaśnienie, w jaki sposób rękopis trafił do moich rąk.

A.G. przyjechał do Pesztu z Debreczyna mając czternaście lat i zaczął uczęszczać do V klasy gimnazjum przy ulicy Markó. Jego ojciec był biednym kamieniarzem, którego nie byłoby stać na kształcenie najstarszego syna, gdyby niezwykle inteligentnemu i zdradzającemu wybitne zdolności chłopcu nie pospieszyli z pomocą dyrektor i nauczyciele szkoły podstawowej, do której uczęszczał. Uzyskali dla niego zwolnienie z opłat szkolnyęh najpierw w gimnazjum debreczyńskim, a potem w peszteńskim. Tu go poznałem, ale przyjaźń między nami nawiązała się dopiero w trzy lata później, w klasie VII. A.G. był chłopcem małomównym i zamkniętym w sobie, z nikim się nie przyjaźnił; dzięki przypadkowi, którego opowiedzenie nie należy do tematu tej książki — raz wyciągnął ku mnie rękę, i od tej chwili trzymaliśmy się razem przez kilka cudownych, młodzieńczych lat. Jego wstydliwą skromność i dziką, upartą naturę najlepiej charakteryzuje to, że w okresie, kiedy łączyła nas najściślejsza przyjaźń, tylko przypadkiem wygadał się, że był czas, kiedy zamierzał zostać malarzem: był jeszcze uczniem gimnazjalnym, kiedy Galeria Malarstwa przyjęła i wystawiła dwa jego olejne pejzaże, a jeden został nawet zakupiony przez władze stołeczne; ale ani jury, ani radca kulturalny zarządu miejskiego nie mieli pojęcia, że autorem jest chłopak chodzący jeszcze w krótkich spodenkach. Jednak jeszcze przed maturą A.G. porzucił malarstwo i spalił wszystkie swoje obrazy, rysunki i szkice, tak że żadnego z nich nie widziałem.

Kiedy go poznałem, był to wysoki, chudy chłopak o pociągłej twarzy, dużych ciemnych oczach i wąskich ironicznych ustach, a nad nieco garbatym nosem często marszczył czoło. Wydłużoną czaszkę kazał sobie golić maszynką. Był zdumiewająco silny. Widziałem go śmiejącego się tylko wtedy, kiedy byliśmy sami, i to raczej rzadko. Koledzy z tej samej klasy najwyraźniej się go obawiali, chociaż nigdy żadnego nawet palcem nie tknął, ale samym spojrzeniem umiał wznieść wokół siebie jakby mur, za który nie można się było wedrzeć ani serdecznością, ani brutalnie. Kiedy jednak wiedziony kapryśnym humorem chciał pozyskać czyjąś sympatię, umiał się tak ujmująco uśmiechać i znaleźć proste, lecz trafiające do serca słowa, a jego poważne spojrzenie promieniowało takim ciepłem, że każdy dawał się podbić. Miał bystry, szybko reagujący umysł i niesłychaną pamięć, po jednym przeczytaniu przyswajał sobie najtrudniejsze szkolne przedmioty, chociaż w zasadzie nic, czego nas uczono, nie wzbudzało jego zainteresowania. Cóż więc interesowało tę wydłużoną czaszkę i zmarszczone czoło? Przez długie lata żyliśmy w bliskiej zażyłości, a jednak nie potrafiłbym na to odpowiedzieć. Jego zainteresowanie dosiadało coraz to innego konia. Z dziką pasją zabrał się do wyższej matematyki, a po roku odsunął ją rozczarowany. W VII klasie z wypiekami na twarzy wczytywał się w greckich i łacińskich pisarzy, ale mu się znudzili: rzucił ich do kąta. Historię Węgier znał lepiej od profesora, który go w końcu przestał wywoływać, ale najwidoczniej nie miał ochoty w niej szperać. O jego karierze malarskiej i zastopowaniu jej wspomniałem już poprzednio. To kapryśne usposobienie objawiało się jednak nie tylko w poznawaniu świata, lecz także w jego nastrojach. Potrafił się zawrzeć w ponurej ciszy i obojętności, a wtedy nawet mnie wyłączał ze swego życia, znikał, nie widywałem go całymi tygodniami, ukrywał się przede mną, chociaż zwykle widywaliśmy się codziennie. W wyrażaniu uczuć czy sympatii albo też gniewu był zresztą jeszcze bardziej skąpy w słowach niż zwykle, a zarazem nieobliczalny; potrafił kogoś nieobecnego znienawidzić bez widocznego powodu i to tak, że nigdy już z nim nie zamienił słowa, a zrodzony gdzieś w głębi duszy gniew zdradzały tylko zwężone oczy i drganie ust. Nigdy natomiast nie kłamał, ani dla jakiejś korzyści, ani przez delikatność, ani ze strachu czy z miłości. Najmniejsze kłamstewko, przesada albo tuszowanie prawdy budziły w nim takie obrzydzenie, jakby mogły nieodwracalnie zbrukać jego wzniosłą i dumną czystość. Zawsze mówił prawdę nie oglądając się na konsekwencje. Był dokładny niemal do małostkowości, wprost pedantyczny niczym nóż chirurga. Wydaje mi się, że właśnie te dwie cechy stanowią o wartości jego książki. Można wierzyć w to, co mówi i opisuje jako naoczny świadek. Ja zaś o żadnej książce czy dokumencie nie potrafię niczego więcej i lepiej powiedzieć.

Mieszkał w VII dzielnicy, przy ulicy Dohany, w pomieszczeniu przypominającym komórkę, którą ze swego sześciopokojowego mieszkania wydzieliła jakaś zamożna kupiecka rodzina dla „popierania sztuki" jeszcze w owym czasie, kiedy zamierzał być malarzem. Jedyne malutkie okienko wychodziło na studzienkę wentylacyjną, która wpuszczała więcej mroku niż jasności, nawet w dzień trzeba było zapalać światło. Z jakichś niezrozumiałych powodów okienko było zabezpieczone gęsto plecioną siatką drucianą, co nasuwało myśl o więzieniu. W izdebce stało łóżko, stolik i krzesło, na szafę nie starczało już miejsca. Pan domu —mecenas sztuki — oświadczył, że może swoje rzeczy trzymać w szafie razem z rzeczami służącej, w jej pokoiku. A.G. nie skorzystał z łaski, kilka sztuk zapasowej bielizny magazynował pod poduszką, drugie posiadane spodnie prasował stale pod materacem, a książki walały się w kącie na zakurzonej podłodze. Volenti non fit iniuria1 — chciałby człowiek powiedzieć. Mył się w kuchni, pod kranem. Zatrzymał tę izdebkę i po maturze, kiedy już zarabiał, ale wtedy płacił dziesięć koron miesięcznie. Gdyby ktoś mógł dojść do ładu z logiką jego życia wewnętrznego, pomyślałby, że są to skłonności do samoudręczenia. Ale jego przywiązanie do tej ciemnej, zasnutej pajęczyną i śmierdzącymi wyziewami nory zdaje się w jakiś ironiczny sposób wiązać z zabawnymi spostrzeżeniami, opisanymi w jego książce, i to jest powód, dlaczego o tym wspomniałem.

Po maturze, ku rozczarowaniu profesorów i swych debreczyń-skich protektorów, nie zapisał się na uniwersytet,' lecz się zachował jak człowiek trawiony śmiertelną chorobą, który raz na zawsze zrezygnował z wszelkich ambicji wybicia się, zdobycia pozycji w świecie czy zabłyśnięcia w towarzystwie, a nawet w ogóle zrezygnował z życia: od razu przyjął pracę jako praktykant w pesz-teńskich biurach spółki akcyjnej Węgierskie Zakłady Wyrobów z Konopi i Juty, z wynagrodzeniem 80 koron miesięcznie. Zadawałem sobie wówczas pytanie, czemu chce uciec przed samym sobą. Byłem przekonany, że gdyby wstąpił na jakąkolwiek drogę naukową, zdobyłby światową sławę. Czy i to należało do samo-udręczenia? A może z pychy, z pogardy dla ludzi ukrywał swój niezwykły blask? Z reguły jednak takie ucieczki się nie udają.

Wbrew memu oczekiwaniu przez kilka lat wysiedział w owym biurze jako zwykły, szary urzędniczyna ze średnią pensją. W dalszym ciągu spotykaliśmy się niemal codziennie i mogłem się przekonać, że pod maską urzędnika ani odrobinę się nie zmienił, jego olśniewające zdolności nie zanikły. W czasie pierwszej wojny światowej z biura został wzięty do wojska, a wojnę szczęśliwie przeżył. Trafił do niewoli włoskiej, a do kraju powrócił w roku 1920, tak że nie widział nic z węgierskiej rewolucji i kontrrewolucji. Znowu został urzędnikiem. Wtedy się nasze drogi rozeszły, gdyż on pozostał w Peszcie, ja zaś uchodząc przed reżymem Horthyego udałem się na emigrację. Dwa lata później — przy czym cały czas z sobą korespondowaliśmy — niespodziewanie zjawił się w moim paryskim hoteliku na rue Campagne Premiere. Był to ostatni dłuższy okres, który spędziliśmy razem, a nawet mogę powiedzieć, że kiedy po sześciu miesiącach żegnałem go na dworcu Montparnasse, to nie licząc znacznie późniejszego dziesięciominutowego spotkania, widziałem go wtedy po raz ostatni w życiu. Przez owe pół roku spędzone razem był wciąż w niezwykle dobrym nastroju, pełen radości życia i zdrowia; kipiała w nim chęć czynu, młodzieńcza ciekawość i żądza pracy, tylko jeszcze nie wiedział, w jaki nurt to skierować. Czekał, nie spieszył się, chciał być pewny swej decyzji. Przez dwa miesiące tak się nauczył po francusku, że podręczny słownik Kelemena umiał na pamięć od litery A do Z. Wszystko obserwował, był twardy i stanowczy, ale wewnętrzny skurcz jakby listąpił. Potem wyjechał do Afryki, najpierw do Algieru i Maroka, potem do Konga Belgijskiego. W tym czasie dostałem też wiadomość od niego z Londynu. O jego życiu nic jednak nie wiedziałem, listy nie przekraczały pięciu linijek, adresu nie podawał. „Może jutro napiszę obszerniej", zapowiadał w każdym z nich, ale takiego „jutrzejszego" listu nigdy się nie doczekałem. Ostatnia wiadomość była wysłana w 1925 roku z Południowej Ameryki, z Rio de Janeiro.

Kiedy powróciłem z emigracji do Budapesztu, miałem nadzieję, że A.G. może też jest w kraju i odwiedziłem jego rodzinę, a nawet kupca z ulicy Dohany, u którego mieszkał. Nikt o nim nie słyszał. Próżno też dowiadywałem się w policy jnym biurze meldunkowym i w dawnym miejscu pracy. Innych możliwości odnalezienia go nie miałem.

Minęło znów sześć lat. Pewnego dnia wybrałem się na ulicę Nadora do fryzjera, u którego się strzygłem jeszcze przed wyjazdem na emigrację. Bywał tu także A.G. w okresie, gdy pracował w biurze. Na sąsiednim obrotowym krześle siedział zupełnie siwy mężczyzna, któremu fryzjer golił długą białą brodę. Człowiek, który do sześćdziesiątki czy siedemdziesiątki nosił brodę, zwykle niechętnie się z nią rozstaje pod koniec życia, dlatego też zwróciłem na niego uwagę. W miarę jak brzytwa zbierała zarost, wyłaniała się zadziwiająco młoda twarz, która spoglądała na mnie z lustra; mężczyzna miał młodzieńczy wygląd mimo zmarszczek, które mu głęboko przeorały czoło, i bruzd łączących nasadę nosa z kącikami ust. Oczy, które zamknął podczas fryzjerskiego zabiegu, były głęboko wpadnięte, skronie robiły wrażenie wklęsłych, a wyraz twarzy zdradzał wewnętrzne znużenie. Była to twarz przyciągająca uwagę, twarz człowieka z charakterem. Kiedy fryzjer skończył, odwrócił się ku mnie i wyciągnął rękę.

— Jak się masz — powiedział. — No cóż, i tak mnie poznałeś.

Milczałem wstrząśnięty. Mylił się, dopiero teraz go poznałem,

po głosie. Położył mi dłoń na ramieniu, roześmiał się. Jego śmiech, który tak rzadko słyszałem, obstawił nas w jednej chwili pięknymi dekoracjami wspólnie spędzonej młodości. Od czasu gdy chodziliśmy do tego samego gimnazjum przy ulicy Markó, minęło dwadzieścia lat, ale A.G. jakby ich przeżył dwa razy tyle. Powtarzam: włosy miał śnieżnobiałe. Tak się w niego wpatrywałem, że niemal łzy mi stanęły w oczach. Roześmiał się.

— O nic teraz nie pytaj — powiedział — jutro się u ciebie zjawię.

— Mieszkam...

— Wiem — przerwał mi.

— Wiesz?...

Znowu się roześmiał.

Nie przyszedł. Za to na trzeci dzień poczta przyniosła mi paczkę od niego, rękopis książki. Od tego czasu minęło znowu dwadzieścia lat, nigdy już A.G. nie spotkałem. Ja też się zestarzałem, może bardziej, niżby należało, nie lubię i raczej już nie umiem pisać. Być może zająłem się wydaniem rękopisu przyjaciela tylko po to, żeby moja osoba pozostała jeszcze w pamięci czytelników.

Jeszcze kilka krótkich uwag. Jako informację o charakterze historycznym podaję, że rękopis powstał w roku 1929. Nie zmieniłem w nim ani jednej literki. Nawet gdyby się dało wprowadzić jakąś poprawkę stylistyczną, byłoby to naruszenie wiarygodności utworu. Tak jak jest, dobrze się czyta, a na czytelnika działa przede wszystkim tematem i stroną informacyjną, a więc prawdą. Poza tym: autor mówi w trzeciej osobie o sobie samym i o swoich przeżyciach, a wytłumaczeniem tego jest wspomniana poprzednio i tak mi dobrze znana skrytość; nawet w tym sprawozdaniu przeznaczonym dla mnie usiłuje zatrzeć wrażenie, że mówi o sobie. Ale może miał ku temu inny powód, z którego sam sobie nie zdawał sprawy? Przychodzi na myśl jedna hipoteza: może podświadomie nie chciał się utożsamić z człowiekiem, któremu się przydarzyły opowiedziane w rękopisie przygody? Może przypisał je trzeciej osobie, aby łatwiej o nich zapomnieć, aby się od ich ciężaru uwolnić. Jeśli opowiemy komuś o przykrym zdarzeniu tkwiącym w pamięci, traci ono na wadze tyle, ile waży u słuchacza wywołana opowieścią radość z cudzego nieszczęścia. Prawdziwy A.G. stworzył drugiego A.G., powstałego w jego wyobraźni, „ja" stworzył „jego", na którego autor może spoglądać obiektywnie, sądzić go na zimno i nie włączać się cały czas w jego przeżycia i uczucia. Człowiek łatwiej by się przyznał choćby do defraudacji, gdyby mógł o sobie mówić w trzeciej osobie. Spieszę uspokoić czytelników, że A.G. nic nie zdefraudował, nic też nie popełnił takiego, co by raziło nasze poczucie moralności. Ale może — naturalnie to tylko moje własne przypuszczenie — chciałby wszystko to, co mu się przydarzyło, uczynić niebyłym? Jeśli tak, jest to dla nas tym bardziej interesujące.

W pierwszym zeszycie brak początkowych czterech kartek, zostały z niego wydarte. Z dalszego ciągu domyślam się, że była tam opisana podróż, poprzedzająca przybycie do miasta X. Najwidoczniej chciał zatrzeć wszelkie ślady, mogące doprowadzić do miejsca rozgrywających się w książce wydarzeń. Jesteśmy w stanie wyciągnąć tylko jeden wniosek: według opisu na piątej stronie musiał od stacji kolejowej iść piechotą niemal trzy tygodnie, żeby dojść do X, wobec czego z całą pewnością to miasto nie leży w Europie. Rękopis podaje bardzo niewiele imion, a wszystkie należą do powszechnie używanych na świecie; przypuszczam, że są to wymyślone imiona, dla zatarcia śladów. Chciał mi prawdopodobnie uniemożliwić poszukiwanie go. Czy uczyniłbym to? Nawet dzisiaj, będąc schorowanym sześćdziesięcioletnim starcem, uczyniłbym to, gdybym miał jakieś możliwości. Kochałem go bardziej niż kogokolwiek na świecie, z sobą samym włącznie.

Podaję poniżej treść listu, który dołączył do przysłanego mi rękopisu.

Budapeszt, 3 sierpnia 1931 r.

Kochany Tiborze,

załączone zapiski sporządziłem na Twoją intencję, dowiesz się z nich, co warto o mnie wiedzieć od czasu naszego rozstania w Paryżu. Napisałem je dwa lata temu, natychmiast po powrocie do Pesztu, ale po skończeniu rękopisu zdecydowałem, że powinien być zniszczony. Nawet z Tobą nie chciałem się spotkać, przez dwa lata mi się to udało. Zeszyty z zapiskami spaliłem. Chciałem nas obu ustrzec od upiorów naszej młodości. Przypadek jednak zrządził inaczej; z jednej strony zetknął nas z sobą na ulicy Nadora, u fryzjera, w jedynej sytuacji podczas mego pobytu w Peszcie, kiedy miałeś możność poznania mnie, gdyż jutro o świcie znowu wyjeżdżam; z drugiej strony podczas pakowania spostrzegłem, że w swoim czasie przez pomyłkę spaliłem nie zeszyty przeznaczone dla Ciebie, lecz jakieś całkiem obojętne zapiski.

Co Twoje, niech więc będzie Twoje, posyłam Ci wszystko. Miast się samemu stawić — nie mam siły na to, by się z Tobą spotkać, a nie chciałbym, żebyś mnie posądził o brak przyjaźni — tymi notatkami żegnam się z Tobą. Pragnę jednak, byś po przeczytaniu zniszczył zeszyty ponumerowane I-IV, gdyż nie chcęx by pamięć o mnie przechował ktokolwiek poza Tobą. Twojej niespożytej radości życia nie zachwieje ta lektura, ale w obce ręce nie powinna się dostać.

Wydarzenia opisałem ogólnie biorąc w takiej kolejności, jak się zdarzyły. Być może, o ile dziewczyna nazwana Elżbietą nie żyje, jeszcze raz tu wrócę. Ale nie sądzę. Przywykłem do tamtego życia, chociaż jestem najgłębiej przekonany, że tutaj, w naszym świecie, kłamać jest rzeczą przyzwoitszą, niż tam mówić prawdę. Reszta siły, która we mnie pozostała, mówi, że na samym końcu wyimaginowany trybunał wydał wyrok: umrzeć to większy grzech, niż żyć nikczemnie. Ale dostałem już zawrotu głowy i zacząłem się powoli chylić ku rozpadowi. Na to, by tutaj żyć, nie mam już ochoty. Tylko sam mógłbym sobie okazać litość, ale tego nie uczynię.

A więc pozostań z Bogiem! Ciężko mi na sercu, że nigdy Cię już nie zobaczę. Ściskam

A. G.

Od dnia, kiedy napisałem ten wstęp, minęło jeszcze dziesięć lat, a więc książka czekała na wydanie ponad trzydzieści lat. Niech mi nikt nie zarzuca próżności!

Budapeszt, w październiku 1963 roku

Tibor Dery

Rozdział pierwszy

W ostatnim dniu podróży, nim dojechali do końcowej stacji, pociąg był już niemal zupełnie pusty. Od południa wcale się już nie zatrzymywał; kiedy A. G. pod wieczór, na kilka godzin przed celem podróży, jeszcze raz przeszedł wzdłuż wszystkie wagony, w żle oświetlonym, zakurzonym przedziale wypatrzył jednego chudego starca o wyglądzie wieśniaka i dalej, w ostatnim, najbardziej trzęsącym wagonie, starą kobietę, która dla osłony przed kurzem okryła sobie twarz dużą niebieską chustką. Parowóz ciągnął już tylko sześć niewielkich wagonów wycofanych z głównych linii, porządnie nadwerężonych: zniszczone ławki, oblepione brudem żarówki, powybijane szyby w oknach. Ściemniło się wcześniej, niżby na to wskazywała pora roku. Nad okolicą rozciągało się pokryte chmurami niebo o zimnym ołowianym blasku, które budziło smutek i przyspieszało zapadanie zmroku. Do końcowej stacji dojechali nocą.

Troje podróżnych spędziło noc na ławach poczekalni. O świcie, w odległości kilku kilometrów od stacji, wyrósł górski grzbiet o wysokości ośmiuset lub tysiąca metrów; po drugiej stronie budynku, naprzeciwko, pod wciąż jeszcze szarym niebem, rozciągała się aż po horyzont nieruchoma, milcząca równina. A. G. przechadzał się wzdłuż toru czekając, aż się zjawi zawiadowca stacji.

Pusty pociąg stał jeszcze przed budynkiem stacyjnym. W sporej odległości, na piaszczystej drodze wiodącej w kierunku gór A. G. dostrzegł na zakręcie starego wieśniaka i kobietę, człapiących gęsiego, każde z białym tłumokiem w ręku; za każdym stawianym krokiem unosiły się za nimi obłoczki pyłu. Odchodząc żadne z nich nie pożegnało się z A.G. Było zimno, od równiny wiał jednostajny, cichy, przenikliwy wiatr.

Było już późno, kiedy zawiadowca stacji przeszedł ze swego mieszkania do dyżurki ruchu. A. G. zapytał, jak się stąd dostać do X. Zawiadowca popatrzył na niego, ale nic nie odpowiedział. A. G. powtórzył pytanie.

— Do X? — zapytał zawiadowca. — To trudna sprawa. Nie ma w tamtą stronę żadnej komunikacji, może pan tylko pójść piechotą.

— Jak to daleko stąd?

— Dobrze maszerując dotrze pan w dwa tygodnie — wyjaśnił kolejarz. — Tylko że po drodze nie dostanie pan nic do jedzenia. W tych stronach mało jest osiedli, i to leżą daleko od szlaku. A gdzie pan będzie spędzał noce? Pod gołym niebem?

W ciągu przedpołudnia zawiadowca przyprowadził człowieka, który się podjął dowieźć A. G. wozem do miejsca, skąd będzie już tylko trzy dni drogi do X. Dalej nie może dojechać, gdyż musi wrócić do miejsca pracy. Był to maszynista obsługujący parowóz pociągu. Wczoraj przyjechał, a w drogę powrotną wyrusza za dziesięć dni. Obiecał też zdobyć nieco żywności. Był to małomówny, ponury mężczyzna, który najwidoczniej wbrew chęci, a tylko dla zabicia nudy podjął się tej jazdy. Wyruszyli późnym popołudniem dwukółką zaprzężoną w niedużego siwego osła, którego sierść upstrzona była wyliniałymi do samej skóry plamami. Pod kozłem leżało pół worka kartofli, a bagaż A. G. — zielony plecak i neseser z cielęcej skóry — został wsunięty pod siedzenie. Ruszyli od budynku stacyjnego prosto na rozległą równinę, której piaszczysty grunt porastała ostra jak brzytwa wysoka szara trawa stepowa, tworząc rzadko tkany dywan z kapryśnie narysowanymi nieregularnymi wzorami sterczących nad trawą gęstych burych zarośli.

— Nie ma drogi? — zapytał A. G.

— Nie ma — odpowiedział maszynista. — Zarosły ją chwasty.

— Nikt tędy nie jeździ?

Tamten spojrzał na swego pasażera i mruknął.

— Po co by jechali?

— Bardzo proszę, niech mi pan odpowie — nalegał A. G.

— Jużem odpowiedział, tylko mnie pan nie zrozumiał. Jak nie ma po co jechać, to ludzie nie jeżdżą.

Nad równiną przesuwała się warstwa zbitych chmur o jednolitym szarym odcieniu, bez najmniejszego odblasku wskazującego kierunek. Już podczas długiej jazdy koleją A. G. był jak przytłoczony zakrzepłym niebem, którego masa, podobna do kwaśnego mleka, od góry wsysała słoneczne promienie, rzygając pod siebie brudnym światłem; czy ten obraz stale mu już będzie towarzyszył ?

— Jak się pan orientuje, jeżeli nie ma drogi?

— Trzeba jechać prosto przed siebie ku zachodowi, panie —

odparł maszynista. — Nie można zabłądzić. Słońce wstaje zza góry.

Wbrew swej naturze A. G. był zirytowany.

— A co będzie, jak jutro stracimy górę z oczu?

Od wyruszenia ze stacji A. G. nie dostrzegł nawet ptaka, ziemia też nie zdradzała obecności żadnego żywego stworzenia: nigdzie owada, jaszczurki czy glisty. Trawa kładła się pod ciężarem kół, ale było jasne, że za godzinę lub dwie wyprostuje się i znowu będzie falowała w podmuchu zimnego zachodniego wiatru. Miejscami drogę zagradzały gęste kolczaste zarośla, które musieli wymijać, gdyż niepodobna było przez nie się przebić. Nieraz dobre pół godziny jechali z wiatrem wiejącym z boku. Pozbawiona wszelkich orientacyjnych punktów trawiasta płaszczyzna dawała jadącym równie mało wskazówek, co otwarte morze.

— Mam kompas — powiedział maszynista — ale wcale nie jest potrzebny, gdyż wystarczy jechać cały czas pod wiatr.

— A jak wiatr ustanie ?

— Nie ustanie.

— Nawet w nocy?

Miast odpowiedzi mężczyzna wzruszył tylko ramionami. Najwidoczniej był niezadowolony, że on, maszynista, musi teraz poganiać osła. A. G. rozumiał jego rozgoryczenie. Wyliniałe stworzenie zdawało się być jeszcze starsze od sześciokołowego parowozu T-110, który dowlókł pociąg do końcowej stacji; osioł szedł przeważnie stępa i dopiero natarczywe gwizdanie skłaniało zwierzę do powolnego kłusa, który niebawem znowu przechodził w% zwolniony krok, i maszynista musiał znów sięgać do gwizdka. Od rana do ppźnego wieczoru rozlegało się na bezkresnej wietrznej równinie przenikliwe, irytujące gwizdanie, jedyny głos słyszany przez A. G. poza cichym szelestem trawy i suchym szuraniem poruszanych wiatrem zarośli. Maszynista nie odzywał się. Koła zapadały się po osie w piach i czasem któreś skrzypnęło, a jadący musieli zeskakiwać z kozła, żeby unieruchomiony pojazd wydobyć z letargu; wtedy maszynista ciągnął osła, A. G. natomiast pchał dwukółkę. Jeden jedyny raz zaczął padać deszcz, ale ustał. Innym razem zaprzęg przez kilka minut rzucił na ziemię wyraźny cień, ale po chwili zrobiło się jeszcze ciemniej.

Czwartego dnia koło południa osioł zatrzymał się, zadarł łeb i zaczął ryczeć. Miało się wrażenie, że będzie wymiotował, z flftd-niesionym ku niebu łbem i załzawionymi ślepiami wygląctefjmk śmiertelnie przerażone dziecko, które pierwszy raz w życiuJuK;

miotu je i nie wie, co się z nim dzieje. Wydawany przez zwierzę głos, rozpoczęty niskim charczeniem, przechodził w coraz wyższy i jaśniejszy ton, kończąc niemal piskiem; za każdym nowym wrzaskiem głos się wzmagał i brzmiał bardziej rozpaczliwie. Miało się wrażenie, że przy następnym ryku wnętrzności osła rozedrą się i wypłyną przez rozdziawiony pysk. Poszarpane na strzępy płuca, serce i kiszki zwierzęcia wydzierały się głosem. Napięta szyja, falujący kurczowo brzuch i zadarty, drgający łeb stwarzały obraz najwyższej zwierzęcej rozpaczy; chrypliwie-piskliwe charczenie zdawało się prosto z genitaliów trafiać do gardła, wypychać ozór i napinać przekrwione nozdrza. Sam Bóg ulitowałby się nad zwierzęciem, gdyby je usłyszał. Maszynista stał nieruchomo z opuszczoną głową obok osła.

— Dalej już nie pojadę, panie — odezwał się po dłuższej chwili.

— Jak pan to rozumie? — zapytał A. G.

Maszynista wbił wzrok w ziemię.

— Nie mogę dalej jechać — powtórzył.

— Czy dojechaliśmy do miejsca, tak jak się umówiliśmy?

— Niestety nie, panie — odpowiedział tamten z widocznym zdenerwowaniem.

— Nie chce pan dalej jechać? — dopytywał się A. G.

Miast odpowiedzi mężczyzna podszedł do dwukółki, wystawił

plecak i neseser na ziemię, po czym podszedł do osła, chwycił uzdę tuż przy pysku i powoli zawrócił zaprzęg. Zwierzę natychmiast umilkło. A. G. zsiadł z kozła.

— Gadaj pan! — zawołał zirytowany.

Żyły na skroniach maszynisty nabrzmiały.

— Nie mam o czym mówić, panie. Dalej nie pojedziemy.

— Jak daleko jest stąd do X?

— Osiem dni marszu.

— Nie dotrzymał pan umowy — stwierdził A. G.

Maszynista wsiadł na dwukółkę.

— Może pan ze mną wrócić, jeśli pan chce. A jak nie, to proszę zapłacić połowę umówionej sumy.

Krajobraz wciąż się nie zmieniał, z monotonną sumiennością wyrzucał z siebie nieruchome płachty szarości. Wiatr nie ustawał, nawet nocą potrząsał drobnolistnymi, kolczastymi gałęźmi krzaków; nie można było zmylić drogi, chyba żeby powietrzne prądy podstępnie zmieniły kierunek. A. G. nie był jednak w stanie tego sprawdzić, gdyż o świcie warstwa gęstych chmur rozjaśniła się jednocześnie z czterech stron, tak że nic nie rzucało cienia. Ogolił się i ruszył dalej. Po trzech dniach forsownego marszu wyrzucił ciężką skórzaną walizkę, przerzuciwszy komplet bielizny, kilka chusteczek i zapasowe skarpetki do plecaka. Przegub prawej ręki boleśnie mu nabrzmiał. Jadł niewiele, na pozostały szmat drogi zostało mu kilka małych puszek wołowiny z grochem oraz dwie i pół tabliczki czekolady.

Wygląd równiny powoli się zmieniał. Najpierw stopa wędrowca zahaczyła o zardzewiały drut, który się wyczołgał spod zarośli. Trawa i zarośla zrzędły. Pod butem A. G. zgrzytnął kawał zardzewiałej blachy, pod krzakiem wypatrzył dziurawy kociołek. Koło południa szarozielony step wyraźnie zmienił barwę, tu i ówdzie wyrastały rdzawoczerwone plamy, wciąż w sporej od siebie odległości, ale stopniowo zagęszczały się. Były to stosy bezładnie porzuconych zwojów drutu kolczastego i poplątanych, czołgających się jak węże metalowych taśm i kabli różnej grubości, tak pordzewiałych, że rdza nawet grunt dokoła zafarbowała, a trawa marniała w ich niezdrowym sąsiedztwie. A. G. musiał obchodzić te zwaliska, gdyż przejście przez splątane druty było niemożliwością. Ta zbieranina żelaznych odpadków, podobna do składnicy złomu, tak się wkrótce zagęściła, że między stosami żelastwa powstały tylko przejścia szerokie na kilkaset kroków, a nie chcąc stracić właściwego kierunku, A. G. musiał już po południu zdecydować się na pokonywanie przeszkód na przełaj. Chociaż stąpał możliwie ostrożnie, druty czepiały się to z prawej, to z lewej strony, rozdzierały mu spodnie albo też wyskakiwały spod stóp i uderzały go w twarz. Tempo marszu spadło do jednej czwartej.

Nazajutrz droga nieco się poprawiła, wśród drutu kolczastego i kabli walały się inne żelazne odpadki, które miejscami wyrównywały drogę i ułatwiały posuwanie się naprzód. Znajdowały się tam potrzaskane rury wodociągowe, rury bergmanowskie, teowce, grzejniki centralnego ogrzewania. Ciągnęło się to na przestrzeni wielu kilometrów w każdą stronę i kilkakrotne usiłowania A. G., żeby zboczywszy w lewo lub w prawo znaleźć się znowu na trawiastej równinie — okazały się bezskuteczne. W jakimś miejscu stąpając po rurze o znacznej średnicy ześliznął się, noga wpadła w szparę między rurę i żelazną belkę, tak że mu kostka spuchła. Szare, porosłe trawą plamy niemal zupełnie zniknęły, jak daleko tylko sięgał wzrokiem, widział same zardzewiałe żelazne odpadki pokrywające ziemię. W powietrzu unosiła się jakby rozpylona rdza niesiona wiatrem, ołowiane dzienne światło zdawało się nieco bardziej przyćmione, przykry zapach utleniającego się żelastwa zupełnie wyparł szorstką, suchą woń trawy i zarośli. Do południa A.G. znowu dotarł do terenu zawalonego drutami, których stosy sięgały mu kolan i tak utrudniały posuwanie się, że do zapadnięcia nocy zdołał przejść najwyżej trzy lub cztery mile. Noc spędził w wielkiej rurze, która go jako tako chroniła od wiatru.

Wciąż jeszcze nie spotkał człowieka. Teren zarzucony starym żelastwem sięgał ze wszystkich stron po horyzont. Nad wszystkim panowała martwa cisza, którą zakłócał tylko zdyszany oddech A. G. i czasem metaliczny zgrzyt uderzających o siebie drutów. Taśmy i przewody tak gęsto były poplątane, że nie można było przez nie dostrzec ziemi, tylko wiatr od czasu do czasu porywał garść piachu spod narzuconych zwojów, ale i ten rozpływał się zaraz niczym para w gęstym, ściekającym z nieba szarym świetle. Dopiero pod wieczór droga stała się znów nieco łatwiejsza, kiedy odpadki drutu przerzedziły się, a wśród nich — najpierw pojedynczo, potem układając się w stosy sięgające ludzkiego wzrostu — pojawiły się zużyte naczynia kuchenne, dziurawe garnki, patelnie, wypalone blachy do ciast, olbrzymie popękane kotły, potem coraz więcej zużytych i połamanych części maszyn, koła napędowe, osie, kotły maszyn parowych, dźwignie o różnej grubości i długości, wyciągi korbowe, koła zębate, walce. Same koła zębate ciągnęły się na przestrzeni, której przebycie kosztowało A.G. cały dzień; żadnego innego złomu tutaj nie było. Któregoś dnia, po kilku godzinach marszu, wydało się A.G., że jego męki wkrótce się skończą. Patrząc przez lornetkę, dostrzegł w odległości jakich dziesięciu kilometrów granicę rdzawobrunatnej barwy żelastwa, poza którą ciągnęła się równa przestrzeń koloru jasnoszarego, miejscami przechodzącego w lśniącą białość. Miał wrażenie, że jest to ogromna powierzchnia wody, jakby wielkie jezioro dochodzące do horyzontu. Mylił się jednak. Były to znów odpadki chromowanych lub niklowanych nie rdzewiejących części maszyn, urządzeń i narzędzi o nieznanym przeznaczeniu, które pokrywały niezmierzoną przestrzeń tak przed wędrowcem, jak też po lewej i prawej stronie. Po dwóch dniach marszu dotarł do nowego śmietniska starego rdzewiejącego żelastwa. Tym razem przeważały bezładnie porzucone płyty różnej grubości i o różnych wymiarach. Posuwanie się było tu łatwiejsze. Pod grubymi podeszwami butów A.G. płyty wesoło dźwięczały, zgrzytały i skrzypiały zsuwając się jedna na drugą, ożywiając niemą ciszę odgłosem żywego rytmu ludzkich kroków.

Dziesiątego czy jedenastego dnia wędrówki A. G. dostrzegł

pierwsze zardzewiałe działo, którego stercząca w górę potężna lufa nieruchomo wpatrywała się w przyćmione niebo. Przez kilka następnych dni wędrował wśród porzuconych luf armatnich, przewróconych czołgów i wagonów kolejowych leżących kołami do góry. Według jego oceny znajdowały się tu dziesiątki tysięcy przeważnie całych i tylko przez czas nadgryzionych wagonów kolejowych oraz nie mniejsza ilość samolotów i samochodów. To cmentarzysko olbrzymim pierścieniem otaczało bezpośrednie sąsiedztwo miasta X. Osłabiony niedostatecznym pożywieniem A. G. na tym ostatnim odcinku drogi przebywał dziennie najwyżej cztery lub pięć mil; musiał balansować na lufach armatnich, przeciskać się między czołgami, wdrapywać się na spiętrzone wagony kolejowe i zsuwać się po drugiej stronie, gdyż pojazdy takimi rozległymi zwaliskami tarasowały drogę ku zachodowi, że omijanie ich trwałoby cztery lub pięć razy dłużej. Stopy miał straszliwie obolałe, dłonie starte do krwi i bał się, że od skaleczeń zardzewiałym żelastwem może nastąpić zakażenie. Niestety rękawiczki zostawił w walizce, którą porzucił jeszcze na początku pieszej wędrówki.

Tymczasem rozpadał się deszcz i posuwanie się po wilgotnym żelastwie, po stopniach i buforach wagonów, po walających się na ziemi kołach, rurach i osiach było jeszcze bardziej utrudnione. Człowieka nigdzie jeszcze nie dostrzegł, ani też żadnego śladu czy to żywego, czy martwego zwierzęcia. Pierwszy dom, który zobaczył pewnego ranka w sporej odległości, o ile mógł się zorientować poprzez gęste, parne powietrze, stał w zupełnym odosobnieniu po jego lewej ręce; na oko dzieliła go od tego domu godzina drogi, miał chyba z osiem pięter, wyglądał jak czynszowa kamienica. A. G. skierował tam kroki. Dom był nie zamieszkany, dach się zawalił, jedna ściana popękała. W powodzi starego żelastwa dom stał, jak opuszczona ślepa latarnia morska pośród oceanu, złom piętrzył się pod ścianami aż do otworów okiennych pierwszego piętra. Za tym domem w znacznych od niego odległościach stały inne budynki po dwa lub trzy blisko siebie, ale te grupy domów stały o pół godziny lub godzinę drogi od siebie; te także rozpadały się w gruzy, a że ziemia dokoła była zarzucona złomem, murów nie obrastały dzikie pnącza, które zwykle bujnie się pienią na opuszczonych wiejskich domostwach. Te domy musieli opuścić ich mieszkańcy przed kilkoma dziesiątkami lat, wewnętrzne ściany też były ze wszystkiego odarte, nigdzie śladu tapety, potrzaskane rury sterczały lub zwisały z otworów w murach, przez otwory i popękane ściany widać było przegniłe do samego dołu klatki

schodowe i zawalone strychy. Dopiero po trzech dniach A.G. natknął się na domy, w których znajdowały się szczątki mebli, to zapadnięte łóżko, to przewrócony kulawy stół, to znów krzesło cudem wiszące nad dziurą w podłodze albo pusta rama krzywo uczepiona ściany.

Droga była teraz nieco łatwiejsza: opodal budynków biegł nasyp kolejowy, na który nie zdołało się wdrapać porzucone z obu stron stare żelastwo. Co prawda szyny obu torów i nawet podkłady były jakby wyrwane za pomocą maszyn, mimo to łatwiej było się przedostać przez pogięte zardzewiałe szyny i bezładnie rzucone dębowe kloce podkładów, niż brodzić w grubej warstwie różnorakiego złomu, pokrywającego całą powierzchnię równiny. Miasto musiało już być niedaleko. Rozwalone budynki stały coraz bliżej siebie, miejscami po obu stronach torów tworzyły równe szeregi i spoglądały pustymi oknami nad nasypem. Pogoda nie zmieniła się, deszcz wciąż padał, chwilami tylko ustawał, żeby po niedługim czasie znów siąpić.

Ogólnie biorąc bezpośrednie sąsiedztwo X tak wyglądało, jak zewnętrzne dzielnice wielkich miast europejskich, jak owe rzadko zabudowane dalekie przedmieścia, które podróżnym przybywającym pociągami pierwsze sygnalizują zbliżanie się do miasta, chociaż niejednokrotnie pociąg pośpieszny musi jechać jeszcze godzinę lub dwie, nim znużony podróżny znajdzie się na którymś z centralnych dworców. Po owych najdalszych dzielnicach następują znowu rozległe, nie zabudowane tereny, dalej wyrastają zgrupowania fabryczne i znowu domy mieszkalne tuż przy torze kolejowym, różne osiedla urzędnicze i robotnicze przebiegają za gęstym dymem parowozu, w znacznej odległości wynurzają się tu i tam drapacze chmur czy wieżowce, aż wreszcie ostry stukot kół na szynach zdradza, że pociąg znowu mija gęstą zabudowę. Na murach kamienic i w wolnych przestrzeniach widnieją olbrzymie reklamy, tu i ówdzie można przez okna zajrzeć do mieszkań, na ślepych torach widać odstawione puste wagony towarowe i osobowe. Ale to są wciąż przedmieścia, które tylko zapowiadają daleko jeszcze leżące miasto. X było zbudowane według identycznego modelu, lecz A.G. kosztowało dalsze trzy dni forsownego marszu, nim dotarł do zamieszkanych dzielnic. Zewnętrzny pierścień okalający miasto leżał całkowicie w gruzach. Dawne zabudowania fabryczne można było co prawda odróżnić od domów mieszkalnych, podobnie jak dawały się rozpoznać tuż za przewróconymi i rozbitymi wagonami budynki stacyjne, wieże dyspozytorni i budki strażnicze. Ale nawet tu, w pobliżu miasta, A.G. nie spotkał żywego ducha. Widok był niesłychanie monotonny, a ogólne wrażenie deprymujące. Idąc A.G. często ziewał. Wśród ruin świszczał tylko wiatr, żaden inny głos się nie rozlegał. Obraz zniszczenia nie był przerażający, tylko nudny, niczym nie urozmaicony. Człowiek czuł się jak na cmentarzu: ogarniała go senność i tracił humor. Irytującej monotonii rozpadu nie łagodziło nawet to, że domy nie jednocześnie uległy zniszczeniu, lecz proces ten trwał wiele lat, a może nawet wiele dziesięcioleci; framugi okien bez szyb i rozbite bramy świadczyły, że mieszkańcy niektórych budynków opuścili je przed zaledwie pięcioma czy dziesięcioma laty; w innych natomiast dachy i stropy się zawaliły i zewnętrzne mury okalały tylko gruzy sięgające pierwszego piętra. Widoczne było, że zniszczenie nie było wynikiem wojny czy zamierzonego gwałtu, albo też klęski żywiołowej, lecz tylko ludzkiego zaniedbania. Chociaż A.G. był człowiekiem zrównoważonym, na tym ostatnim odcinku drogi ogarnęła go nerwowość.

Po dalszych trzech dniach drogi dotarł wreszcie do miasta. Ulice się zwęziły, ale między zwalonymi domami, tam gdzie przejście było wolne od gruzów, tu i ówdzie wyłaniały się płaty brukowanej lub wykładanej płytami jezdni, miejscami zardzewiałe szyny kolejki miejskiej wiły się wzdłuż krętych uliczek. Żelazne słupy ulicznych latarni były przeważnie powywracane, ale niektóre przymocowane do murów lampy trzymały się. Zwaliska gruzów tarasowały miejscami wąskie uliczki do wysokości pierwszego piętra; kilka razy, nie chcąc lub nie mogąc pokonać przeszkody, gdyż nawet na czworakach ledwie mógł się wdrapać na jej szczyt, A.G. był zmuszony do okrążania gruzów, co go parę razy doprowadziło do punktu wyjściowego. Tu i ówdzie, przed stosunkowo mało zniszczonymi domami, bruk był z jakiegoś powodu zerwany, a w głębi rowów widać było grube rury kanalizacyjne i splątane kable. Poruszanie się nie było całkiem bezpieczne, gdyż w pewnym momencie tuż za plecami A.G. runął mur wznosząc wielopiętrowy obłok pyłu.

Dochodziło południe, kiedy w głuchej ciszy zakłóconej najwyżej stuknięciem spadającej cegły lub szelestem zsuwającego się żwiru A.G. usłyszał pierwszy coś znaczący odgłos. Uszy jego, podobne do gardła człowieka umierającego z pragnienia, tak łapczywie chwytały ten pierwszy znak życia, że mimo woli przystanął i wstrzymał oddech. Z którejś z sąsiednich ulic doszedł go zgrzyt kół jakiegoś środka lokomocji miejskiej, mógł to być tramwaj albo kolejka wąskotorowa, która wbiegała na jakiś ostry zakręt. Po niedługiej chwili usłyszał astmatyczne sapanie małego parowozu, ale wszystko nagle ustało wchłonięte przez wysokie bloki mieszkalne. Niewiele później A.G. spostrzegł wśród gruzów pierwszego człowieka. Był to tęgi mężczyzna w średnim wieku, gładko ogolony, w okularach, z głową nakrytą sukienną czapką z klapami na uszy. Wsparty na łokciach wyglądał z okna czwartego piętra na pół zrujnowanego domu i bacznie się wpatrywał w A.G. Ten poczuł na karku świdrujące spojrzenie i podniósł wzrok; kiedy się ich oczy spotkały, mężczyzna życzliwie się uśmiechnął i z radosnym okrzykiem śpiesznie odszedł od okna. Wszystkie budynki w pobliżu rozsypywały się w gruzy, sama ulica na tym odcinku była trudna do przebycia, a widoczne dalej domy, także zniszczone, choć częściowo nadające się do zamieszkania, wydawały się również całkiem opuszczone.

A.G. sądząc że mężczyzna odszedł od okna z zamiarem zejścia na dół, przysiadł na jakiejś żelaznej belce i dłuższy czas czekał. Brama się jednak nie otworzyła, więc ruszył w dalszą drogę.

Rozdział drugi

A.G. dobrze znal Londyn, ale X wydawało się rozleglejsze. Szedł cały dzień i połowę nocy, ale wśród pustych i przeważnie zrujnowanych domów dopiero nazajutrz przed południem dotarł do zamieszkanej dzielnicy. O ile można się było zorientować z charakteru ulic, było to także przedmieście z wąskimi ulicami, brudnymi czynszowymi kamienicami wśród niezliczonych domów rozpadających się w gruzy i małą ilością sklepów, których większość była pusta i straszyła opuszczonymi żaluzjami. Tam gdzie na wystawie leżały jakieś towary, były to tandetne, brzydkie wyroby, pokryte warstwą szarego kurzu. W wielu miejscach nawierzchnia ulicy była uszkodzona, gdzie indziej ledwie przeglądała spod stosów śmieci. Rozpoczęte i z jakiegoś powodu przerwane roboty kanalizacyjno-wodociągowe zagradzały przejście wykopanymi rowami i pryzmami kamieni. Jezdnią także szli piesi: robiło to wrażenie strajku pracowników komunikacji miejskiej. Owego pierwszego dnia A.G. nie dostrzegł żadnego pojazdu. Nie ukazał się nigdzie ów tramwaj czy kolejka, której odgłosy wpadły mu w ucho poprzedniego dnia, odkrył tylko jej szyny w bardzo wąskim zaułku, z którego ostro skręcały w powrotnym kierunku równoległą uliczką, i to nie po jezdni, lecz z obu stron po chodnikach, tuż przy murach. A.G. chętnie by dojechał do śródmieścia, ale choć szedł bardzo długo, nie napotkał żadnego środka lokomocji miejskiej ani też taksówki lub dorożki. Nigdzie też nie dostrzegł restauracji, gdzie mógłby zaspokoić dręczący go głód.

Chociaż było zimno, wszyscy — także kobiety — chodzili bez płaszczy, w zniszczonych, a często nawet podartych ubraniach i z gołą głową. Ludzie sunęli wolnym krokiem, bez pośpiechu, A.G. nie spotkał nikogo, kto by się śpieszył. Wśród przechodniów rozlegały się głośne, wesołe chichoty, tworzyły się od razu grupy gapiów otaczające roześmiane towarzystwo, ludzie chwilę stali, po czym odchodzili uśmiechnięci. Wbrew nędznemu ubraniu i otaczającemu ich ponuremu widokowi zniszczenia, twarze przechodniów były raczej pogodne, nawet wesołe: robili wrażenie beztroskiego rozbawionego tłumu, który w wolną niedzielę obnosi swój dobry humor wśród rozpadających się w gruzy domów i czynszowych bloków, jakby się zebrali na zielonej polanie w miejscu wycieczkowym, żeby zapomnieć o codziennych kłopotach. Za gładkimi czołami nie było żadnych ukrytych myśli. A.G. zagadnął młodego człowieka pytając, gdzie mógłby znaleźć jakiś środek lokomocji. Zaczepiony jasnym spojrzeniem ogarnął przybyłego, po czym z ujmującym uśmiechem i błyskiem w oku klepnął się w udo.

A.G. sądził, że tamten nie zrozumiał pytania.

— Szukam jakiegokolwiek pojazdu, który by mnie zawiózł do śródmieścia — powtórzył.

Młody człowiek wybuchnął szczerym, dziecinnym śmiechem i palcem wskazał nogi swego rozmówcy.

— One pana tam doniosą — powiedział.

A.G. mimo woli się uśmiechnął.

— Jestem zmęczony. Czy nie ma w pobliżu postoju taksówek?

— Może jest, to niewykluczone — odpowiedział młody człowiek.

— A gdzie?

Tamten wciąż się uśmiechał.

— Tego nie można wiedzieć z całą pewnością, panie.

A.G. popatrzył na niego.

— W ubiegłym tygodniu widziałem w pobliżu postój taksówek, ale wątpię, by się tam jeszcze znajdował...

— Przypuszcza pan, że został zlikwidowany? — zapytał A.G.

Młody człowiek wzruszył ramionami.

— Chyba to pana nie dziwi, że nie mogę dać stanowczej odpowiedzi. Może postój jeszcze jest, a może został zniesiony. Tak czy owak nie warto go szukać. Stracilibyśmy kilka godzin na sprawdzenie, czy go zlikwidowano. Zresztą taksówki nie stoją na postojach.

— W porządku — odparł A.G. — A gdzie jest najbliższy przystanek tramwajowy?

— Tutaj w pobliżu, panie — odpowiedział młody człowiek z ożywieniem.

A.G. znów na niego popatrzył.

— Proszę, niech mi pan wytłumaczy, jak tam dojść.

— Chętnie bym pana tam zaprowadził — odparł tamten — bo sam na pewno pan nie trafi. Pytanie tylko, czy dzisiaj tramwaj tam się zatrzyma. A właściwie mówiąc nie jest to tramwaj, tylko kolejka z parową lokomotywą.

— Czy się zatrzyma?

— To niepewna sprawa — mówił dalej młody człowiek. — Zresztą nawet gdyby miała przystanąć, to być może przystanek przeniesiono w inne miejsce i musielibyśmy go długie godziny szukać.

A.G. był tak wyczerpany, że zaczynał tracić cierpliwość. Wydawało mu się, że rozmówca sobie z niego kpi.

— A zatem? — rzucił pytanie.

— Chętnie będę panu towarzyszył — odpowiedział tamten. — Może po drodze natrafimy na przystanek. Radziłbym jednak, by się pan nie łudził. Może być i tak, że kolejka wcale dzisiaj nie jeździ i jeśli znajdziemy przystanek, próżno będziemy czekać.

— Dziękuję — powiedział A.G. i odwróciwszy się plecami do młodego człowieka ruszył przed siebie.

Przy wąskich, zaniedbanych uliczkach dostrzegał teraz więcej domów w dobrym stanie, były nawet takie, które postawiono najwyżej przed kilku laty i tylko najwyższe piętra pozostały nie zamieszkane, gdyż nie położono dachu i spróchniałe wiązania częściowo się zapadły. A.G. zauważył też sporo domów, których budowę przerwano: murarze podciągnęli je do samej góry, ale dachu nie położono. I tu ludzie mieszkali na niższych kondygnacjach. W tej centralnej części miasta głód mieszkaniowy musiał bardzo ludziom dokuczać, gdyż każdy zakamarek był zajęty, a ulicami przewalał się zwarty tłum. Ale i tu nie można było dostrzec żadnego pojazdu. Luźne kamienie bruku kiwały się pod stopami przechodniów, ze szpar wyciskało się błoto i śmierdziało rozkładającymi się śmieciami. Mimo przenikliwego chłodu i wilgoci niemal wszyscy mężczyźni chodzili w samych kurtkach lub marynarkach, a kobiety w zarzuconych na ramiona lekkich chustkach. Chociaż wyblakłe twarze i skurczone ramiona wskazywały, że marzną, nie zakłócało to ich beztroski i wesołości. Kiedy zaczął siąpić powolny, drobny deszcz, nikt nie przyspieszył kroku, a stojące wszędzie wesołe gromadki ocierały sobie wilgotne twarze i spokojnie dalej rozmawiały. Deszcz nie rozrzedzał ołowianej warstwy chmur, która była jak ciemna szyba zasłaniająca dalekie źródła światła i rozpraszająca jednolicie szary odblask, aby nim spryskać wzdrygającą się ziemię. Ta gra kolorów była wynikiem kompromisu: nie światło i nie ciemność. A.G. przystanął przed ogromną halą, której budowy nie ukończono: postawiono dwie boczne ściany, na których wspierał się szklany dach w kształcie kopuły, całe zaś wnętrze ziało pustką, bez ścian działowych i stropów; na rusztowaniach, których część zdążyła runąć, nikt nie pracował. Z potężnej hali, niczym z tunelu, wiało zimno i wilgoć.

Z plecami opartymi o jakiś dom A.G. przez dłuższą chwilę przyglądał się budowli, potem ruszył wolnym krokiem dalej. Widocznie dochodził do centrum miasta, gdyż ulice były tu szersze, bruk w lepszym stanie i bardziej nadający się do chodzenia. Ledwie mógł się utrzymać na nogach, więc zagadnął jakiegoś przechodnia pytając, gdzie znajduje się najbliższy hotel.

— Hotel? — powtórzył przyjaźnie tamten, lecz z wyraźnym zdumieniem. — Jeśli wolno zapytać, po co szuka pan hotelu?

W pierwszej chwili A.G. nie wiedział, co odpowiedzieć.

— Jestem tu obcy, nie mam gdzie spać — powiedział wreszcie.

Mężczyzna popatrzył na niego.

— Uczyni mi pan zaszczyt zgadzając się być gościem w moim skromnym, lecz miłym mieszkaniu.

A.G. milczał.

— Powiedziałem, żeby się pan zechciał do mnie pofatygować — powtórzył tamten głośniej, jakby w obawie, że A.G. jest przygłuchy i nie zrozumiał go. — Mieszkam w pobliżu, zaledwie o godzinę drogi stąd.

— Ma pan pokój do wynajęcia? — dopytywał się A.G.

Mężczyzna roześmiał się.

— Może pan być spokojny. Jeśli pan nie ma gdzie spać, to nawet łóżko mogę panu dać.

— Nawet łóżko? — powtórzył A.G. — Dziękuję panu bardzo. Ale chciałbym pozostać w X dłuższy czas.

— Może pan u mnie mieszkać tak długo, jak tylko pan zechce — odparł mężczyzna. — Choćby do dnia pańskiej szanownej śmierci, niezależnie od tego, jak długo każe na siebie czekać.

A.G. jeszcze raz bacznie mu się przyjrzał: była to otwarta, sympatyczna twarz, malowała się na niej życzliwość i chęć dopo-możenia obcemu. Mowy nie mogło być o tym, by tamten zamierzał go zwabić do swego mieszkania, zagrabić jego rzeczy lub w inny sposób nadużyć jego zaufania. Z pewnością też nie myślał o zakpieniu z obcego. Ale A.G. marzył o niezależności, jaką daje pokój hotelowy, i o łóżku, w którym mógłby spać czterdzieści osiem godzin bez przerwy.

— Dziękuję — powiedział. — Ale teraz pierwszego dnia, wolałbym zatrzymać się w hotelu.

Mężczyzna znów go ogarnął zdumionym spojrzeniem.

— Jak pan woli, proszę bardzo.

— Gdzie znajduje się hotel?

— Nie wiem — odpowiedział mężczyzna.

A.G. chwilę milczał.

— Nie wie pan?

— Był tu hotel — odrzekł tamten i z miłym uśmiechem bliżej się nachylił, jakby chciał, żeby go A.G. lepiej zrozumiał. — Tak, mieliśmy w mieście'hotel, a może nawet dwa lub trzy, ale nie wiadomo, czy jeszcze istnieją. To znaczy nie wiadomo, czy ich nie zlikwidowano od czasu, kiedy je ostatni raz widziałem. Mogę sobie wyobrazić, że hotel Excelsior jeszcze jest otwarty, ale równie dobrze może być odwrotnie.

A.G. czuł, że znowu go ogarnia zniecierpliwienie.

— Czyżby zamknięto wszystkie hotele w mieście?

— Może hotel Excelsior jest jeszcze otwarty, to był największy hotel — wyjaśnił tamten. — Miał na usługi gości co najmniej dwadzieścia ślicznych pokoi.

— Aż dwadzieścia? — powtórzył ironicznie A.G. — Którędy można tam dojść?

— Zaprowadzę tam pana — odparł uprzejmie mężczyzna. — Chociaż być może na próżno tam idziemy.

— Dziękuję, proszę się nie fatygować — powiedział A.G.

— Nie wiadomo, czy rzeczywiście jest otwarty — mówił dalej mężczyzna. — Dawno w tamtych stronach nie byłem. Zresztą kto wie, może w tym czasie zbudowano nowy hotel nawet większy od Excelsioru i to gdzieś w pobliżu, na którejś z sąsiednich ulic. Miasto coraz się zmienia, człowiek nie jest w stanie wszystkiego śledzić. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby się okazało, że otwarto gdzieś luksusowy hotel o pięciuset pokojach, chociaż to się wydaje raczej nieprawdopodobne. Co prawda nigdy nie można wiedzieć. Szukajmy razem, chętnie będę panu towarzyszył.

A.G. uchylił kapelusza i bez słowa ruszył przed siebie. Ale tamten pobiegł za nim.

— Powiedziałem, że chętnie pójdę z panem — krzyknął mu prosto do ucha w przekonaniu, że obcy jest przygłuchy. — We dwóch może prędzej znajdziemy.

Na następnym rogu A.G. wszedł do jadłodajni. Przypadkiem tam trafił, gdyż ani okno wystawowe, ani żaden napis nie zwracały uwagi przechodniów; wąskie jednoskrzydłowe drzwi od ulicy robiły wrażenie wejścia do wiejskiego sklepu spożywczego, farba odłaziła od drzewa, oszklona górna część była rozbita. Właśnie jakiś człowiek stamtąd wychodził żując jeszcze pełnymi ustami, a nim zdążył zamknąć za sobą drzwi, wyszedł za nim inny mężczyzna z kromką chleba w ręku, podczas gdy drugi ocierał sobie zatłuszczone usta. Z otwartych drzwi buchnęło gęstą parą o kwa-skowatym zapachu. A.G. wszedł i usiadł przy najbliższym stoliku.

Sala była tak rozległa, że połowa w głębi ginęła w mroku. Nie miała okien, więc i w dzień musiało się palić światło, ale ze stropu wysokiego na kilka pięter zwisało na długich drutach zaledwie kilka słabych żarówek bez kloszów. Tworzące się pod sufitem przeciągi huśtały żarówki, których nikły blask tylko przesuwał cienie, ale nie dawał oczom punktu zaczepienia. W falującym mroku ledwie można było dostrzec, że w sali znajduje się kilkaset nakrytych stolików, ale tylko przy ośmiu czy dziesięciu z nich, w znacznych od siebie odległościach, siedzieli pojedynczo goście. Ci z niesłychanym pośpiechem spożywali kolację, z ostatnim kęsem w ustach wstawali i szybko opuszczali lokal. W tej części sali, gdzie usiadł A.G. usługiwał tylko jeden kelner, w głębi także majaczyła jedna biegająca tu i tam postać, najwidoczniej także roznosząc potrawy; pośrodku sali natomiast, przy ladzie, sterczało ze czterdziestu albo i pięćdziesięciu kelnerów, którzy nic nie robili, tylko głośno gadali i śmiali się, ale żaden z nich się nie ruszył, kiedy jakiś gość wchodził do sali. A.G. od dobrego kwadransa siedział już przy stoliku, ale nikt się nie zjawił, by przyjąć zamówienie. Sufit składał się ze złotych i białych kasetonów, niczym w sali audiencjonalnej książęcej rezydencji lub w sali balowej luksusowego hotelu, ściany na całej wysokości zdobiły płyty różowego marmuru, które łagodnie odbijały brudne światło rozhuśtanych żarówek. Tuż za plecami A.G. wisiała na ścianie olbrzymia złocona rama, ale bez obrazu. Podłoga też była marmurowa, ale ziała wielkimi dziurami, o które wciąż potykali się biegający kelnerzy, a jakiś nieuważny gość przewrócił się i dłuższą chwilę leżał rozciągnięty na ziemi. Obrusy na stołach były brudnoszare, poplamione i wystrzępione.

A.G. wstał i energicznie wymachując rękami dawał znaki przebiegającemu obok kelnerowi. Ten w biegu przyjaźnie się uśmiechnął i dalej popędził ku ladzie stojącej pośrodku.

— Niech się pan nie denerwuje, zaraz przyjdzie na nas kolej — powiedział jakiś mężczyzna siedzący o kilka stolików od A.G. — Ja co prawda przyszedłem nieco wcześniej od pana, ale chętnie ustąpię panu pierwszeństwa. Godzinka mniej czy więcej nie gra żadnej roli, a ja chętnie przebywam w tym lokalu.

— Doprawdy? — zapytał A.G.

— Oczywiście — odparł nieznajomy. — Tutaj przypominają się człowiekowi wszystkie grzechy i może się nad nimi do woli zastanowić. Ma nawet czas, żeby je poszeregować według ich wagi lub kolejności chronologicznej i dokładnie je zanalizować. To miejsce jest doskonałe, spędziłem tu wiele miłych godzin.

— Widzę, że ladę, gdzie wydają posiłki, podpiera z pięćdziesięciu kelnerów — powiedział A.G. — Czemu żaden z nich do nas nie podejdzie?

Nieznajomy popatrzył na środek sali.

— Doprawdy nie wiem, proszę pana. Jeszcze się nad tym nie zastanawiałem.

A.G. wlepił w niego wzrok, ale nic nie powiedział.

— Być może mz mają ochoty — ciągnął tamten ze skupioną miną. — Tę ewentualność wysunąłem tylko dlatego, że nic innego mi w tej chwili nie przychodzi do głowy. Ja na przykład zanudziłbym się w towarzystwie pięćdziesięciu osób. Może właśnie dlatego tak się zachowują.

Przy stoliku zajętym przez A.G. stanął właśnie kelner. Miał wychudzoną twarz o męczeńskim wyrazie, rzadką brodę na podobieństwo Chrystusowej, a z czoła i skroni ściekał mu pot. Postawił przed A.G. blaszaną menażkę z zupą, gruby wyszczerbiony fajansowy talerz z mięsem polanym szarawym sosem o kwasko-watym zapachu, a obok położył cieniutką jak opłatek kromkę chleba.

— Życzę panu smacznego — powiedział z życzliwym uśmiechem, a jednocześnie z kieszeni w spodniach wyjął jabłko, przetarł je kilka razy rękawem kurtki i położył obok talerza z mięsem. — Mam nadzieję, że pan będzie zadowolony.

— Czy nie ma spisu potraw? — zapytał A.G.

— Spisu potraw? — kelner otarł spocone czoło rękawem: — Niesfety nie ma, proszę pana.

A.G. przyglądał się w milczeniu blaszanej menażce.

— Czy innego dania nie mógłby mi pan przynieść?

— Na co, proszę pana? Niech pan zechce skosztować, to na ogół wszystkim smakuje. Od wielu lat tylko to gotujemy.

— Menażka nie jest dostatecznie brudna — wtrącił tonem wyrzutu gość siedzący przy sąsiednim stoliku.

Kelner szybkim ruchem zwrócił się w jego stronę.

— Uprzejmie proszę, by się pan nie wtrącał do wewnętrznych spraw naszego zakładu — powiedział spokojnie. — Jesteśmy fachowcami i z niemal idealną dokładnością potrafimy ocenić, co komu należy podać. Ten pan jest u nas po raz pierwszy i zostaje odpowiednio do tego obsłużony. Na bardziej gruntowne zbadanie jego gustów nadejdzie kolej później.

A.G. od razu zapłacił rachunek nie chcąc znowu ryzykować długiego czekania. Czekając na wydanie reszty, którą kelner wy-supływał po jednej monecie z różnych kieszonek zatłuszczonego fraka i jedwabnej kamizelki, zapytał, gdzie znajduje się najbliższy hotel.

— Pytam o to, gdyż jestem tu obcy i nie mam gdzie spać — dodał na wszelki wypadek, żeby się nie narazić na zbędne dopytywania.

— Po co miałby pan iść do hotelu? — zapytał po chwili kelner, uważnie się wpatrując w twarz A.G. — Niech się pan u mnie prześpi, nawet jeśli moja osoba nie wzbudza w panu szczególnej sympatii.

A.G. opuścił wzrok.

— Dziękuję, ale przybyłem tu na dłuższy czas.

— Chętnie pana będę gościł choćby najdłużej — odparł kelner. — Niestety nie mogę pana zaprowadzić, jako że nie mam teraz czasu, ale napiszę adres i wytłumaczę, jak tam trafić. Drzwi mieszkania nie są zamknięte, wystarczy nacisnąć klamkę, wejdzie pan i zajmie sobie łóżko, które okaże się właśnie wolne.

— Czy ma pan pokój do wynajęcia? — zapytał A.G.

— Pokój do wynajęcia? — powtórzył pytanie kelner. — Oddzielny pokój? A to po co? Mieszkanie z całą pewnością spodoba się panu, a jak pan zechce, może pan spać w jednym pokoju ze mną.

— Wolałbym jednak hotel — odparł bez zniecierpliwienia A.G. — Czy nie może mi pan podać adresu jakiegoś hotelu?

Kelner znowu otarł pot z czoła i zapadniętych skroni. Błyszczące oczy wskazywały, że ma gorączkę.

— Ogromnie żałuję, że nie chce pan przyjąć mego zaproszenia. Tak na poczekaniu nie potrafię panu podać adresu — powiedział z męczeńskim wyrazem twarzy i tak cicho, że A.G. ledwie go rozumiał — ale zaraz zapytam kolegę, niech pan zechce łaskawie chwilę poczekać.

W głębi sali któraś żarówka widocznie się przepaliła i zgasła, a rozkiwane cienie tak zgęstniały, że sylwetka odchodzącego kelnera zupełnie się roztopiła w mroku. A.G. był przekonany, że nieprędko zjawi się z powrotem. Rozmowy kelnerów wałęsających się wokół lady nagle przycichły, niektórzy stali teraz pod ścianą z przymkniętymi oczyma, inni czyścili sobie paznokcie lub przy-czesywali włosy. Przez otwarte drzwi wejściowe wciskał się wiatr, poruszając obrusami.

— Ten człowiek dużo gada — odezwał się mężczyzna od sąsiedniego stolika — i dobrze pan zrobił, nie chcąc u niego zamieszkać. Nie miałby pan w nocy spokoju. Jest co prawda uprzejmy i z pewnością na tyle taktowny, na ile zezwala jego zawód, ale zbytnio daje rozmówcy do zrozumienia, że jest z siebie zadowolony. Chyba mogę liczyć na to, że mu pan tego nie powtórzy?

— Może pan zna adres jakiegoś hotelu? — zapytał A.G.

— Oczywiście — odpowiedział tamten. — Tylko musi mi pan pozostawić trochę czasu do namysłu, w ciągu piętnastu minut przypomni mi się jeden hotel, a może nawet dwa.

— Czy w tym mieście są w ogóle hotele? — dopytywał się A.G. — Mam na myśli takie, które są aktualnie w eksploatacji.

— Z pewnością są — odpowiedział sąsiad. — Mamy ze sto, a może i dwieście wielkich hoteli, tylko trzeba je znaleźć. Ja ostatnio mało chodzę po mieście, poza tym jestem zajęty własnymi myślami i nie bardzo się rozglądam dokoła. Sądzi pan, że to źle?

A.G. ukłonił się i wyszedł na ulicę. Chociaż na dworze już zapadał zmrok, było tam jaśniej niż w marmurowej sali restauracyjnej. Tu i ówdzie paliły się lampy uliczne, dostrzegł także kilka oświetlonych wystaw sklepowych. W siąpiącym zimnym deszczu przewalał się wciąż równie gęsty tłum, zalegając nawet jezdnię na całej szerokości. Po kilku minutach A.G. skręcił w długą aleję, gdzie pieszych było co prawda nieco mniej, ale żadnego pojazdu nigdzie nie dostrzegł — ani samochodu, ani konnego wozu. Po jednej stronie alei wznosiły się wysokie wieżowce, których najwyższe kondygnacje ginęły na tle ciemnego nieba, ale nigdzie okna nie były oświetlone, należało więc przypuszczać, że są nie zamieszkane albo że znajdują się w nich pomieszczenia biurowe lub też budowy jeszcze nie zakończono. Oświetlenie uliczne było tu jeszcze marniejsze niż w przecznicach, chodniki miejscami zatarasowane stosami cegły lub gruzu, w wielu miejscach zerwane bruki, a grube kable rozciągnięte przez całą ulicę pod nogami przechodniów. W ciemności co chwila ktoś się o nie potykał.

Nad wejściem do jednego z budynków A.G. zauważył ledwie widoczną małą tabliczkę z napisem „Hotel Astoria". Cofnął się o kilka kroków i przyjrzał fasadzie: był to trzydziesto- lub nawet czterdziestopiętrowy wieżowiec, w którym żadne okno nie było oświetlone, co A.G. stwierdził już poprzednio, kiedy skręcił w Aleję. Od otwartych na oścież drzwi wejściowych wąski korytarz prowadził w głąb budynku, na końcu widoczne były drzwi obrotowe, spoza których ostre światło padało na korytarz, oświedając go do samego wejścia od ulicy. A.G. wszedł do środka. Znalazł się w holu hotelowym, którego rozmiary zdawały się przekraczać to, co zaobserwował w marmurowej sali restauracyjnej. Chyba tylko z pomocą lornetki teatralnej można by wypatrzyć, co się dzieje w dalszej części holu, chociaż z plafonu znajdującego się na wysokości kilku pięter niezliczone żyrandole i lampy łukowe rozsiewały blask, za fotelami umieszczone były lampy stojące, a małe lampy na stolikach rozpraszały zaczajony mrok. W odległości kilkuset kroków od drzwi obrotowych, pośrodku holu, w basenie z zielonego marmuru migotała woda wysoko tryskającej fontanny oświedonej od dołu różnokolorowymi reflektorami; wokół basenu, w majolikowych wielkich donicach, rosły palmy., krzewy laurowe i ogromne fikusy, których lśniące liście wskazywały, że są starannie pielęgnowane i że codziennie ktoś ściera z nich kurz wilgotną szmatką. W najodleglejszej części holu, w głębi, widoczna była estrada dla orkiestry wyłożona dywanem i zalana szczególnie ostrym blaskiem rozsiewanym przez potężne reflektory; ze względu na rozmiary holu w najbliższej części zainstalowane były głośniki, żeby dźwięki dochodziły wszędzie jednakowo. W tej chwili orkiestra grała uwerturę do którejś z operetek Lehara. Można zresztą było od razu zauważyć, że dyrekcja hotelu z serdeczną troską przewidziała wszystkie najdrobniejsze wymagania klientów: fotele, kanapy i sofy, których było kilkaset, były obite albo aksamitem, albo skórą lub jedwabnym adamaszkiem, aby każdy mógł wybrać to, co jego zmysłowi dotyku sprawia największą przyjemność. Widok ten budził jednak wrażenie obcości, może nawet odpychał, gdyż stan tych kosztownych sprzętów i staranne ich utrzymanie nie wskazywało, by kiedykolwiek były używane. Całość wyglądała jak wystawa mebli. Skąpana w świede jasnych lamp olbrzymia sala, której ściany zdobiły trzy piętra biegnących dokoła marmurowych balkonów o bogatych złoceniach, była zupełnie pusta. Tylko we wnęce po lewej stronie od wejścia siedział portier. Dyskretna, przyciszona muzyka dochodziła i tutaj.

— Czy mógłbym dostać pokój? — zapytał A.G.

Portier wstał od stołu, na którym ustawiona była szachownica z przewróconymi figurami.

— Dobry wieczór panu — rzekł tak serdecznym, przyjacielskim tonem i z tak ujmującym uśmiechem jak wszyscy mieszkańcy miasta, z którymi A.G. dotychczas rozmawiał. — Pan sobie życzy pokoju? Prawdopodobnie będę mógł pana życzenie spełnić. Sądzę, że nie będzie żadnych przeszkód. Niby dlaczego miałyby być jakieś trudności!

— Zechce więc pan to uczynić — odpowiedział A.G. — Jestem zmęczony i chciałbym się położyć.

Portier pogładził się po chudej, pomarszczonej twarzy i niezwykle wielkimi czarnymi oczyma spojrzał współczująco na A.G.

— Naturalnie, naturalnie... Tylko wielka szkoda, że pan tak późno przyszedł. Dyrektor hotelu już wyszedł, mógłbym najwyżej wicedyrektora ściągnąć z biura. A może zechciałby pan jutro się do nas pofatygować?

— Chcę się natychmiast położyć — powiedział A.G. — Nie uprzejmość jest mi potrzebna, lecz łóżko.

— Łóżko czy pokój? — zapytał portier marszcząc czoło.

— Pokój — odpowiedział A.G. — Dobry pokój, i to niezwłocznie.

— Mój panie — rzekł portier nieco matowym głosem — przywykłem do tego, by nasi szanowni goście na mnie wyładowywali swoje naiwne kaprysy, to należy do moich obowiązków służbowych, powiedziałbym nawet, że po to tu jestem. Jeśli więc zadowoli się pan zastępcą dyrektora, natychmiast go tu ściągnę.

— Czy bez niego nie może mi pan wskazać pokoju? — zapytał A.G.

— Ależ mogę — odparł portier. — Znam cały hotel jak własną dłoń. Tylko że nie wypada tego uczynić w stosunku do gościa.

— Niech pan zapomni o tym, co nie wypada! — odpowiedział A.G. — Proszę, chodźmy zaraz.

Stanowczy ton głosu jakby odmienił portiera: najwidoczniej ulżyło mu, jakby ktoś zdjął ciężar z jego ramion, i spojrzeniem pełnym wdzięczności ogarnął A.G. Poszli przez hol, mniej więcej w połowie skręcili w lewo długim korytarzem, z którego kilka szerokich klatek schodowych prowadziło w górę. Korytarz w końcu zwężał się, doprowadził do wąskich schodków piwnicznych zamkniętych żelaznymi drzwiami. Portier kulejąc nieco zaczął schodzić po wąskich i stromych, kręconych schodach, słabo oświetlonych. A.G. postępował za nim bez słowa: nie chciał jeszcze bardziej opóźniać chwili, kiedy się położy do łóżka. Był śmiertelnie wyczerpany, stopy miał pokrwawione, wierzch dłoni skaleczony. Ale gdy wszedł do pomieszczenia, którego drzwi portier uprzejmie przed nim rozwarł, znowu się zbuntował.

— Czy lepszego pokoju nie macie? — zapytał.

— Zależy od tego, co pan nazywa lepszym pokojem, proszę pana — odpowiedział obrażonym tonem portier. — To jest jeden z najlepszych, jakie mamy, jeden z najobszerniejszych.

„Pokój" był w istocie obszerny, wymiarami przypominał pomieszczenie magazynowe o niskim sklepieniu, w którym trzyma się towary wymagające składowania w chłodnym i ciemnym miejscu. Okna nie było, jedyne oświetlenie stanowiła naga mrugająca jak świeca żarówka, umocowana na ścianie tuż nad drzwiami, tak że zaledwie na małej przestrzeni rozpraszała mrok. Całe mury, aż do tonących w zupełnych ciemnościach kątów, pokrywała gęsta sieć rur o różnej średnicy, które pełzły nawet po stropie, czasem powyginane jak węże, czasem w kształt litery U. Zmontowane były tak blisko jedne drugich, że spadający tynk pozostawał w szparach i tylko pył wykruszał się na szarą betonową podłogę. Dla niektórych rur zabrakło miejsca, więc umieszczono je częściowo tuż nad ziemią, częściowo zawieszono pod stropem na wysokości człowieka, i tak biegły w różnych kierunkach. Naprzeciwko drzwi stało żelazne łóżko, tuż obok bujający fotel, ale innych sprzętów nie było. Rury wydawały odgłosy podobne do przelewania się wędy, robiło to wrażenie nieustannego szumu.

— Czy pan słyszy? — zapytał portier. — Widzę, że się pan nie zorientował, jaką wspaniałą rozrywką jest słuchanie tych odgłosów. To doprawdy najprzyjemniejszy pokój, gorąco go panu polecam.

— Nie mam ochoty słuchać rur — odpowiedział A. G. — Niech mi pan da pokój z oknem, przez które można wyjrzeć na ulicę. Jak nie będzie w nim rur, to nic nie szkodzi.

— Bardzo proszę — powiedział portier. — Moim obowiązkiem jest zaspokajać życzenia naszych miłych gości, choćby mieli najdziwniejsze gusta. Jednym słowem chciałby pan mieć pokój, w którym znajduje się okno?

Gdy się z powrotem znaleźli przy pierwszej klatce schodowej, portier przystanął obok wind.

— Czy pan sobie życzy wejść po schodach, czy wjechać windą? — zapytał. Jego głos i zachowanie nie straciły nic z początkowej uprzejmości ani też z okazywanego poczucia własnej godności.

— Co będzie prędzej ? — zapytał A. G. — Na które piętro mamy się dostać?

— Chyba na dwudziestym drugim znajdzie się pokój odpowiedni dla pana.

— Windą — stwierdził A. G.

Portier skinął głową.

— Proszę bardzo — odpowiedział tonem człowieka, który się nie zawiódł na swojej znajomości natury ludzkiej i był na taką odpowiedź przygotowany. — Proszę bardzo. Nie mam co prawda wielkiej wprawy w obsługiwaniu urządzenia dźwigowego — dodał wchodząc za gościem do kabiny — mam jednak nadzieję, że szybko dotrzemy do celu. Trzeba bowiem wiedzieć, że ze względu na obsługę, żeby się nie nudziła, tak zmontowano dźwig, by od wewnątrz nie można było stwierdzić, na którym piętrze znajduje się kabina. Nie można też liczyć mijanych pięter, gdyż jak pan sam widzi wznosimy się niesłychanie szybko. Inaczej mówiąc, trzeba trafić do celu. Bardzo żałuję, że personel obsługujący dźwig już zeszedł ze stanowisk, byłby pan lepiej obsłużony. Po godzinie siódmej wieczorem ruch jest u nas znikomy, i to jest właśnie powód dlaczego dyrektor już się udał do swego prywatnego mieszkania. Teraz proszę uważać. Jeżeli dobrze obliczyłem, dojechaliśmy na miejsce.

Nacisnął rączkę, winda tak gwałtownie zahamowała, że A. G. się zachwiał. Portier wyszedł z kabiny, ale zaraz wszedł z powrotem.

— Przeholowałem — powiedział z miłym uśmiechem. — Jesteśmy na trzydziestym szóstym piętrze, musimy kawałek zjechać.

Winda ruszyła w dół. Po krótkiej chwili A.G. znowu stracił równowagę. Portier otworzył drzwi, wyszedł i zaraz wrócił.

— No cóż, chybiłem — powiedział. — Jesteśmy na jedenastym piętrze. Zjadę teraz na dół, potem zaś pojedziemy w górę dwukrotnie dłużej, niż jechaliśmy w dół, i zajedziemy jak trzeba. Dużej różnicy nie będzie.

Przez oszklone drzwi kabiny widać było szybko migające oświetlone drzwi pięter pędzące gwałtownie w górę, a po chwili uciekające równie szybko w dół. W kabinie nie było ławeczki, A. G. obijał się od ściany do ściany. Winda znowu stanęła, portier wysiadł i natychmiast wrócił.

— Już bliżej — powiedział. — Jesteśmy na dwudziestym ósmym piętrze. Jeżeli teraz pojedziemy w dół mniej więcej o połowę krócej niż poprzednio, kiedy zjeżdżaliśmy z jedenastego piętra na parter, to trafimy bez pudła. Czy pan teraz rozumie?

— Co? — zapytał A. G.

— Jak się personel wspaniale tym bawi.

— I goście też? — zapytał A. G.

— Oczywiście — stwierdził portier.

Winda zatrzymała się po raz trzeci, portier znowu wyskoczył z kabiny. Tym razem bawił dłużej na zewnątrz, A. G. słyszał, jak drepce tam i na powrót, jak sam do siebie chichoce. Kiedy się zjawił, jego chuda, poryta głębokimi zmarszczkami twarz była aż wykrzywiona powstrzymywanym śmiechem, z kącika jednego oka spływała łza.

— Znowu chybiłem — powiedział.

A. G. nie odpowiedział.

— Chybiłem — powtórzył głośniej portier. — Bardzo przepraszam.

— Na którym piętrze jesteśmy? — spytał A. G.

;— Niech pan nie sądzi, że rozmyślnie się mylę. Mowy nie ma! A co do piętra, to jesteśmy na trzynastym, a za następną jazdą nie możemy się już omylić, gdyż tylko dziewięć pięter dzieli nas od celu, czyli dokładnie jedna czwarta tej odległości, którą zostawiliśmy za sobą dojeżdżając do trzydziestego szóstego piętra. Wtedy też jechaliśmy w górę, podobnie jak teraz, a zatem wyczucie czasu i odległości jest znacznie łatwiejsze niż wtedy, kiedy nas mogło zmylić to wjeżdżanie, to znowu zjeżdżanie.

— Czy nie mógłby mi pan dać pokoju na trzynastym piętrze? — zapytał gość.

— Czemu nie? — odpowiedział portier. — Tu także znalazłby się odpowiedni pokój dla pana.

A. G. zrobił krok, by wyjść z kabiny.

— Wobec tego proszę mi go dać.

— Chwileczkę! — wstrzymał go portier. — W tym celu musimy najpierw zjechać na parter, gdyż nie zabrałem kluczy z trzynastego piętra.

A. G. milczał. Był tak wyczerpany i senny, że niemal zasypiał stojąc i nie miał siły na jakikolwiek sprzeciw.

— Ma pan zupełną słuszność — stwierdził portier. — Zjedziemy na parter i wrócimy na trzynaste piętro. To będzie dziecinna zabawa: to samo tempo w dół i z powrotem. Żeby wjechać, potrzebujemy tyle samo czasu, co na zjechanie. Dziecinna zabawa. Niech się pan czegoś uchwyci, ruszamy.

Winda pognała w dół, tym razem jeszcze prędzej niż poprzednio. Oświetlone okienka pięter zlewały się z sobą w jedną długą smugę przerywaną plamami mroku. Świetlista wstążka urwała się z głuchym stuknięciem.

— Hop! — krzyknął wesoło portier — jesteśmy na dole. Chwileczka cierpliwości! — i wyskoczył z kabiny.

A. G. zsunął z ramion plecak, niemal pusty, bo wszystko po kolei z niego wyrzucił w drodze. Ale teraz nawet wróbel, gdyby mu przysiadł na ramieniu, stanowiłby ciężar. Ledwie zdążył położyć na podłodze sfatygowany worek, kiedy zjawił się zdyszany portier, dzwoniąc pękiem kluczy. Winda znowu ruszyła. Prostokąty drzwi na piętrach pędziły w dół, goniły jedne drugie.

— Teraz! — krzyknął mimo woli A. G.