Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
70 osób interesuje się tą książką
Judyta była zwykłą nastolatką… do dnia wypadku. Niesprawna od pasa w dół, staje się centralną postacią internetowej kampanii, którą prowadzi Anna, jej matka. Zbiórki, relacje, wzruszające posty – wszystko jest perfekcyjnie zaplanowane. Ale nie chodzi o pomoc. Chodzi o zasięgi. Anna nie widzi w tragedii córki bólu, a jedynie szansę na zdobycie pozycji, o jakiej zawsze marzyła.
Wszystko zmienia się jednak, gdy kobieta postanawia wyjechać na weekend. Rozpoczyna się chora gra – pełna lęku, podejrzeń i sekretów. Ktoś obserwuje każdy jej ruch i zmusza do wyjawienia mrocznych tajemnic podczastransmisji na żywo.
Czy to jeden z fanów? A może ktoś z przeszłości? Co takiego ukrywa Anna i jaką cenę zapłaci za kłamstwa, które stały się jej koszmarem? Czy zdoła odróżnić prawdę od fikcji, którą sama stworzyła?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 302
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
RedaktorAgnieszka Michalik
KorektorAnna Kołtek
Projektant okładkiPiedaartdesign
© Jolanta Żuber, 2025
© Piedaartdesign, projekt okładki, 2025
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero
Samochód stoi nieruchomo. Patrzę na niego przez okno z niepokojem, zupełnie jakby miał mi zaraz coś wykrzyczeć, zdradzić światu to, co zrobiłam. Wmawiam sobie, że tam nie ma żadnych śladów. Żadnych kropli, smug, odprysków. Wszystkie skutecznie zatarłam, ale mroczki przed oczami sprawiają, że już nie jestem pewna, co widzę, a co jest jedynie wytworem mojej wyobraźni. Może zmysł wzroku mnie oszukuje i dostarcza złudnych informacji, bo panika zagłusza zdrowy rozsądek?
Obserwuję swoje ręce. Trzęsą się, jakby należały do kogoś innego. Kogoś, kto to faktycznie zrobił. Bo przecież ja nie mogłam.
Pod paznokciami zagnieździł się brud — brunatna czerwień, której muszę się pozbyć. Powinnam od razu zadziałać. Zimna woda i intensywne szorowanie na pewno pomogą. Ale jak to zmyć z sumienia? Jak usunąć z głowy? W końcu to nie jest tylko jej krew, to też ciężar popełnionego grzechu.
Mrużę oczy, ale wciąż leży przede mną to okropne ciało. Powłoka pozbawiona jakiegokolwiek dźwięku, oddechu, obecności i… tego, co uważałam za dobre.
Zaczynam się poruszać — powoli, jak w transie. Odkręcam kran w łazience. Woda leci z tak głośnym szumem, że aż się cofam. Szoruję mocno dłonie, nadgarstki, paznokcie. Z całej siły. Skóra piecze, ale krew gdzieniegdzie nie chce zejść, jakby wsiąkła w moją duszę bezpowrotnie.
Zmieniam też koszulkę, stara ląduje w worku na śmieci. Robię wszystko mechanicznie i dopiero po kilku minutach zdaję sobie sprawę, że przecież to dowód, który mógłby pomóc policji mnie złapać.
Patrzę na kosz. Co mam z tym zrobić? Spalić? Zakopać? Wozić ze sobą? To głupie. Każdy wybór wydaje się zły, w przypadku każdego istnieje obawa, że mogą mnie oskarżyć, że jakimś cudem znajdą ten ślad.
Biorę bluzkę i ją zwijam, jest mokra od krwi. To wszystko rozlewa się w moim umyśle jak cień, którego nie da się odgonić. Choć teraz, gdy ona nie żyje, a ja sprzątnęłam ślady, nie ma już nic, oprócz tej jednej koszulki. Co mam z nią zrobić?
Chce mi się krzyczeć, jednak gardło mam tak ściśnięte, że z moich ust wyrywa się tylko chrapliwy skowyt. Zbyt dużo czuję, a jednocześnie nie ma we mnie zupełnie nic. Panika miesza się z żalem, wściekłością i z czymś jeszcze — czymś, co przypomina wyrzuty sumienia, ale jest znacznie cięższe. To cholerny kamień, który przygniata mnie i nie pozwala zapomnieć o tym, co zrobiłam.
W głowie słyszę okropny hałas. Nie są to dźwięki z otoczenia, bo nie ma tu nikogo. To coś w moim mózgu, co dudni i nie chce przestać. Pieprzona orkiestra, której koncert wzmaga się z minuty na minutę, a która gra tylko wewnątrz mojego umysłu.
Muszę coś postanowić, bo adrenalina nie popycha mnie do żadnego działania. Tylko zaprogramowane na ekstremalne sytuacje ciało wciąż reaguje na zbyt wielki strach.
Zamykam oczy. Obraz sprzed paru chwil wraca. Widzę ją. Jej twarz i te piękne włosy, które zawsze lubiłam. Pokłóciłyśmy się, krzyknęła. A ja… nie powinnam była odpowiadać takim samym krzykiem. Może gdybym tego nie zrobiła, nic by się nie stało. Ale gdy zaczęła się awanturować, nie wytrzymałam. Nie chciałam jej uderzyć, a potem zaatakować znów ze zdwojoną siłą. Boże, ja naprawdę nie chciałam!
Otwieram wolno oczy, ale wszystko wciąż tu jest — krew z ubrania nie zniknęła, a ręce nadal się trzęsą. Mam ochotę cofnąć czas, jak większość ludzi, którzy zabijają pierwszy raz pod wpływem impulsu. Jednak wiem, że to się nigdy nie wydarzy, i mogę tylko zaklinać rzeczywistość albo modlić się, żeby nikt mnie nie złapał.
Pora na jakąś decyzję. Muszę zacisnąć pięści i zacząć działać. Nie mogę zostać i pozwolić, by dopadła mnie sprawiedliwość, ale jednocześnie nie wiem, czy chcę uciekać i kryć się przez całe życie. Są we mnie przysłowiowe dwa wilki i nie mam pojęcia, który jest silniejszy: ten, który chce przetrwać, czy ten, który chciałby odbyć karę i nie obawiać się następnego dnia.
Każda kolejna sekunda to ryzyko, a mimo to po prostu stoję. Czekam, aż ktoś za chwilę tu wejdzie i powie, że widział, co zrobiłam, i że wszystko skończone.
Mija minuta. Dwie. Trzy. Nikt się nie zjawia.
Wychodzę i wsiadam za kierownicę. Ręce nadal mi się trzęsą, kiedy przekręcam kluczyk i uruchamiam silnik. Staram się nie myśleć o śladach, które ktoś mógłby odkryć, na pewno wszystko jest idealnie posprzątane.
Patrzę w lusterko. Widzę tylko własne oczy — rozszerzone źrenice — i pot, który spływa po skroni. Ulica prowadząca bezpośrednio do jej domu jest niemal pusta, ale i tak każda mijana twarz, każdy cień między drzewami sprawiają, że zaciskam zęby.
Jadę bez celu. Nie wiem jeszcze dokąd, wiem tylko jedno: teraz nie mogę się zatrzymać. Jeżeli to zrobię, wszystko mnie dogoni.
Może policja dostała już jakieś anonimowe zgłoszenie? Nie… to za szybko. A co, jeśli ktoś jednak zauważył, jak pakowałam do bagażnika koszulkę? Za dużo myśli. Nie potrafię się przez nie skupić na drodze, która rozciąga się przede mną jak labirynt bez wyjścia.
Mijam znajome miejsca: bar, budki z kebabami, szkołę; teraz wyglądają tak nieprzyjaźnie. Zwłaszcza że w nocy wszystko wydaje się ostrzejsze — lampy, światła samochodów i wzrok ludzi, na który normalnie nawet nie zwróciłabym uwagi.
Na podmiejskiej stacji wciągam kaptur na głowę, tankuję i płacę gotówką. Próbuję nie rzucać się w oczy, ale muszę mieć pełny bak, jeśli zamierzam uciekać.
Sprzedawca patrzy na moją twarz nieco zbyt długo. Może już wie, że zabiłam? Boże.
Zabieram paragon i wsiadam z powrotem do samochodu. Kieruję się do lasu. Piach trzeszczy pod kołami, ale brnę dalej, aż nie widać już nic poza drzewami. Dopiero tutaj się zatrzymuję, by zebrać myśli. Jednak ta cisza, gęsta i przeszywająca, jest nie do zniesienia.
Muszę ustalić fakty. Wiem, że na razie tu mnie nie znajdą — mam czas do rana. Kiedy wzejdzie słońce, zaczną szukać. A oni? Muszą mi dać stosowne alibi. Przecież tak się robi, by kogoś chronić. Prawda?
Judyta
Mgła rozpościera się nad obrzeżami Lublina, jakby natura próbowała przykryć ochronnym płaszczem to, co działo się u mnie każdego dnia. Zerkam przez okno i wyobrażam sobie polanę rozciągającą się tuż za zaniedbanym placem zabaw. Na pewno unosi się tam zapach wilgoci, mokrych liści i… czegoś jeszcze. Czegoś, co wypełnia nozdrza metalicznym posmakiem niepokoju.
Wiatr huczy pomiędzy drzewami i szeleści liśćmi, a ich odpowiedź brzmi jak cichy szept. Mrużę oczy, gdy promienie słońca przedzierają się przez małe okno na poddaszu. Okno, które uchylane jest tu tak rzadko.
— Pora na zdjęcia. — Na dźwięk tych słów momentalnie się spinam. Gdy tylko mama wchodzi do środka i kładzie telefon na przenośnym stoliku, skóra na moich rękach cierpnie. Znowu się zaczyna.
Odwracam wzrok i zerkam na siostrę. Bawi się szmacianą lalką bez jednego oka, którą mama jej kiedyś kupiła na targu staroci. Jest uśmiechnięta. Jakby była całkowicie poza tym wszystkim, co się dzieje. Ale może to i lepiej, przynajmniej nie budzi się od złych snów jak ja i nie krzyczy w pustkę co noc.
— Nie mam dziś ochoty. — Wiem, że to nie zadziała, ale nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała. — Możemy to przełożyć?
Zsuwam z siebie niebieski koc. Na ustach mamy pojawia się grymas, wargi układają się w cienką linię. Obserwuję ją uważnie. Ma na sobie żółty kostium i wygląda bardzo ładnie, choć jest znacznie chudsza niż kiedyś, przed wypadkiem.
— Wiesz, że to dla twojego dobra — mówi sucho. — Musisz pokazywać się w sieci, bo ludzie przestaną wysyłać nam pieniądze, a to może się skończyć źle. Bez tych środków nie ma szans na kolejnych rehabilitantów i sprzęt.
— Ale…
— Ojciec też pracuje ciężko — przerywa mi od razu — bo chce, żebyś miała lepiej, a ja nie zarobię milionów w butiku, więc uśmiechaj się do kamery posłusznie i opowiedz, jak ci minął dzień i jakie robisz postępy. Obserwatorzy muszą wiedzieć, że pieniądze poszły na rehabilitację, która ci pomaga. No już! — Robi dziwny gest ręką, jakby strasznie jej się spieszyło. — Przebieramy się. Włóż jakąś lepszą bluzkę, ta jest umazana sokiem, znowu coś na siebie wylałaś. Zawsze musisz być taka niezdarna? A ty co tak siedzisz? — Patrzy na Majkę. — Pomóż siostrze, nie widzisz tych jej pokracznych nóg? Chryste. Przecież trzeba je przykryć z powrotem kocem! Dziś nagrywamy jedynie twarz.
Mama wzdryga się, a ja czuję mały ucisk w klatce piersiowej. Po raz kolejny zdaję sobie sprawę, że nawet obecnym wyglądem ją zawodzę, choć wcale nie jest tak źle, jak to opisuje. Moje nogi są nieco chudsze i bardziej blade niż kiedyś, ale na pewno nie są zdeformowane… i nie straszą.
Zamykam na moment oczy i widzę ten wypadek. Białe auto, błysk reflektorów, mój krzyk i przeraźliwy pisk Mai. Początkowo każdy myślał, że to szok pourazowy. Mama wołała nawet, żebym przestała udawać, ale niestety, wylądowałam na wózku — niezdolna do pokonania kilku kroków bez wkładania w to sporego wysiłku.
Rehabilitacja… Cóż. Czasem rzeczywiście udawało mi się przesunąć z podparciem parę metrów, ale nie mam wystarczającej siły, żeby próbować dalej, choć lekarze twierdzą, że to odwracalne i z dużym prawdopodobieństwem będę chodzić. To wszystko jednak ciągnie się w nieskończoność. Obietnice, zapewnienia, a kończy się zawsze na tym, że jestem wciąż zbyt słaba, drętwienie i ból natomiast są zbyt wielkie.
— Czyli co mam mówić? — pytam, kiedy moje myśli wracają do teraźniejszości.
— To, co zwykle. Że dziękujemy za wsparcie i prosimy o kolejne, ponieważ wyjeżdżamy na turnus rehabilitacyjny… Chodź, kochanie — zwraca się do mojej siostry — i potrzymaj mamie telefon. Może lepiej, gdybyśmy zrobiły też wspólne zdjęcie z Judką? — Mruży oczy i kiwa głową, choć żadna z nas jej nie odpowiedziała. Widocznie to było pytanie retoryczne.
Wreszcie siada obok i obejmuje mnie lekko w pasie. Wciągam powietrze do płuc tak głęboko, że aż boli. Mama dawno tego nie robiła. Ten dotyk parzy, ale jednocześnie mam ochotę złapać ją mocniej za ramiona, przytulić i poprosić, żeby więcej nie traktowała mnie jak małpki. Bo tak właśnie się czuję — jak małpka w cyrku, którą wszyscy oglądają i śledzą każdy kolejny jej ruch.
Zerkam na nią, gdy poprawia włosy. Ma na nich nową farbę, a usta pociągnęła różową szminką. Wygląda pięknie, nie to co ja. To swoisty kontrast między mną, brzydką i zaniedbaną, a nią — wciąż tak ładną. Siostra unosi aparat, wykrzywia usta w uśmiechu i pstryka kilkanaście ujęć, z czego pewnie sporo jest rozmazanych. Kiedy kończy, mama od razu strąca moją dłoń z ramienia i rzuca się do smartfona.
— Nie no. Wyszłam na tym beznadziejnie — mówi z rozpaczą w głosie. — Nikt nie uwierzy w naszą historię, skoro jestem tu tak pomalowana. Zapomniałam się zmyć po pracy! Cholera, co zrobić? No może lepiej zostańmy przy twoich zdjęciach, Judka. Zrób teraz smutną minę, a ty, myszko, usiądź koło siostry i trzymaj ją za rękę.
Wzdycham. Czy ją obchodzi tylko wygląd? Kiedy słyszę szczebiotliwy głos w stosunku do siostry, tej, która ma zdrowe nogi, spuszczam głowę. Robi mi się przeraźliwie smutno, bo mam wrażenie, że kiedyś obie byłyśmy jej ukochanymi córkami, a teraz ja jestem po prostu Judką, a ona myszeczką. Wszystko się zmieniło i już widocznie nie zasługuję na pieszczotliwe określenia.
Przypominam sobie słowa siostry: „Zła Judka z brzydkimi nogami”. Albo: „Czy Judka będzie chodzić, czy już zawsze jeździć tym śmiesznym wózeczkiem?”.Podnoszę wzrok na aparat i czuję, że po moim policzku spływa jedna mała łza. Mama dostrzega tę chwilę słabości i od razu reaguje.
— Cudownie! Idealna mina. Judka, to zdjęcie wstawimy na Instagram, ta uchwycona w locie łza jest niesamowita. Naprawdę dobrze ci to wyszło.
Podchodzi i poklepuje mnie lekko, prawie przyjacielsko po ramieniu, choć patrzy wciąż w telefon. Jest zajęta prezentowaniem naszej prywatności ludziom, którzy mają nam współczuć.
Ale ja nie chcę tej pomocy. Nie chcę tego współczucia. Chcę jedynie, żeby wreszcie przestała pokazywać moje emocje obserwatorom.
— Nagrywamy relacje, dziewczynki. Kochanie — zwraca się do małej — zacznij od tego, jak kiedyś bawiłaś się z siostrą, a teraz nie możesz. Bądź smutna, bo wtedy mamusia dostanie więcej pieniążków i Judka szybciej stanie na nogi.
— Będziemy razem jeździć na rowerze? I bawić się? — dopytuje wesoło Maja.
— Tak. Wszystko będziecie robić.
— Hm… No dobrze.
Przez chwilę Maja spogląda w okno, pewnie myśli, co powiedzieć. Wreszcie zaciska małe palce na rogu sukienki i patrzy w obiektyw aparatu.
— Bardzo chciałabym bawić się już z siostrą — zaczyna, a w jej głosie pojawia się cień powagi. — Biegać i huśtać się, bo teraz nie ma nic innego jak tylko to leżenie. I ten okropny wózek. Judka też go nie lubi… Widziałam kiedyś, jak uderzała w niego pięściami i strasznie przy tym krzyczała. Już?
Mama natychmiast gromi ją wzrokiem. W następnej sekundzie przenosi jednak spojrzenie na mnie. Wiem, że nadszedł moment, w którym to właśnie mnie będzie karała ciszą — a nie ma nic gorszego od ciszy. Tęsknię za tym, jak wyglądała nasza relacja, kiedy byłam sprawna, bo teraz mogę jedynie przyglądać się temu, jak czule zwraca się do Mai.
— Jezu. Dobrze, że to nie jest na żywo, Judka. Przecież gdyby to poszło, że uderzasz w sprzęt, który mamy za pieniądze od darczyńców, to kranik by się zaraz zakręcił. Kochanie… — Ten słodki ton kieruje oczywiście do Majki. — Nie można mówić o tym, że Judka zrobiła coś złego. Powiedz tylko, że bardzo, ale to bardzo chciałabyś, aby wyzdrowiała, i to wystarczy.
Mała kuli się w sobie i macha nogą. Splata nerwowo palce.
— Tylko że…
— No?
— Ja nie wiem, czy chcę. Bo teraz chodzisz ze mną na lody, jeździmy na wycieczki i mamy dużo prezentów. A jak ona wyzdrowieje, to nikt nam już nic nie podaruje. — Jej broda się trzęsie. — Ja nie chcę niczego mówić! Chcę się bawić z Judką, ale chcę też, żebyś mi kupowała ciągle zabawki i zabierała na lody, i żebyśmy spędzały duuużo czasu razem, a ona niech leży jeszcze w pokoju.
Otwieram szerzej oczy, po raz kolejny czuję się oszukana — ogarnia mnie przeraźliwy smutek. W moich płucach osiada coś, czego nie mogę znieść, coś, co przygniata mnie swoim ciężarem. „Ona niech leży”. Te słowa rezonują w moim umyśle, wbijają się w niego jak małe szpileczki.
Jak mama mogła jej wmówić, że liczą się tylko prezenty? Jak mogła omamić ją czymś tak okrutnym? Namieszać jej w głowie do tego stopnia, że Majka wolała lody od zdrowej siostry?
Zaciskam pięści i próbuję dźwignąć się z łóżka. Chcę pokazać, jak silna wciąż jestem, ale nogi drżą mi niemiłosiernie. Jeszcze krok, dam radę, potem kolejny. Sięgam do wózka, ale mama odsuwa go szybkim ruchem, a ja upadam na podłogę. Tylko dzięki refleksowi nie uderzam głową w róg szafki.
Widzę błysk w jej oku. Od razu chwyta za telefon i robi film.
— Zobaczcie — mówi żałośnie. — Tak jest codziennie. Judytka cierpi, a ja razem z nią. Bardzo chciałabym, żeby wyzdrowiała. Za nami już tyle nieudanych prób, ale córka jest dzielna i wciąż się nie poddaje.
Mrużę oczy i patrzę na nią ze złością. Bzdura! To wszystko kompletna bzdura. Jestem maszynką do robienia pieniędzy. Małpką, której kazano pokazywać sztuczki. Brakuje tylko, żebym tańczyła na wózku przed kamerą albo przejeżdżała obok przeszkód.
To okrutny cyrk, który powstał z naszego domu. Tu światła lampy błyskowej nigdy nie gasną, a telefon jest ze mną w każdej chwili, bo mama wciąż czeka na idealne ujęcie. Od dawna nie ma w tym troski.
— Pomóż mi!
Nie odpowiada. Wciąż siedzi z nosem w telefonie. Kiedy ostatnio widziałam ją w tym pokoju samą, z propozycją spędzenia wspólnie czasu? Bez smartfona, bez wsłuchiwania się w dźwięk powiadomień, wypatrywania serduszek i lajków? Dawno. Zbyt dawno.
Jej życie to teraz ekran tego urządzenia. Klik — polubione. Klik — nowa wpłata. Nawet ja, gdy miałam dostęp do internetu, nie spędzałam tyle czasu ile ona na przeglądaniu mediów społecznościowych.
Zbieram się w sobie i z trudem wdrapuję się z powrotem na łóżko. Oczy mnie szczypią, ale nie dam mamie sposobności do wykonania kolejnego ujęcia. Zaciskam powieki z całej siły. To jednak tylko pogarsza sprawę, więc z powrotem je otwieram.
— Chcę na lody. — Głos siostry jest piskliwy, ale stanowczy. — I żebyś mi poczytała książkę, bo nie mam co robić. Idziemy?
— Poczekaj, kochanie, jeszcze chwila. Muszę tylko coś sprawdzić.
— Mamo, chodź. Chcę iść od Judki, bo tu śmierdzi. — Ciągnie ją za bluzkę i zatyka nos, a ja czuję się coraz gorzej, bo ten smród to tylko okropny zaduch.
Na poddaszu nie ma klimatyzacji, a mama otwiera okno raz na kilka dni. Ponoć dla bezpieczeństwa, więc tkwię w tym dusznym pomieszczeniu i rozpaczliwie chłonę każdy podmuch, który zdąży wedrzeć się do środka, kiedy wreszcie się nade mną zlituje.
Mama wierci się na skraju łóżka i scrolluje telefon.
— Mówiłam ci, że za chwilę pójdziemy. Muszę tylko dodać zdjęcie Judki i opisać je. Weź sobie czekoladkę z szuflady i nie przeszkadzaj mamusi, dobrze?
Mała zeskakuje z łóżka i biegnie na dół. Słodycze to coś, czego nigdy nie odmawia, więc mama ma na chwilę spokój.
Przełykam ślinę, by zdobyć się na słowa, które bolą mnie już od dawna, a których nigdy wcześniej nie wypowiadałam. Dzisiejsze odsunięcie wózka i brak pomocy… przeraziło mnie, sprawiło, że coś we mnie pękło.
— Mamo, czy ty chcesz, żebym wyzdrowiała? — pytam cicho.
Nie odpowiada, wciąż coś klika, widzę z daleka, że wciska sporo emotikonów. Pewnie tych smutnych, by osiągnąć jak największy efekt i skłonić obserwatorów do pisania komentarzy. Tylko dlaczego nie widzi moich smutnych oczu, które za nią tęsknią?
Chrząkam jeszcze raz, bo w gardle mam gulę wielkości jabłka. Chciałabym, żeby położyła się obok i przytuliła mnie jak dawniej, pogłaskała po głowie i obiecała, że więcej nie będziemy robić tych okropnych zdjęć i filmów, że poradzimy sobie bez tego show.
— Mamo? — pytam głośniej, ale i tym razem mnie ignoruje.
Podnoszę się i z trudem przesuwam w jej stronę. Wspieram się na jej ramieniu; pachnie słodkim ciastem, które najpewniej robiła razem z moją siostrą. Mama wzdryga się i z kwaśną miną odsuwa ode mnie, jak gdyby w moim dotyku było coś niewłaściwego. Jakbym była już niewystarczająca.
— Judka, to nie czas na to. Masz szesnaście lat, dałabyś spokój z tymi przytulankami, co? Przecież mówiłam, że jestem zajęta. Nie widzisz, że robię kolaż do internetu? Nic nie pasuje do siebie… Cholera, powinnam ściągnąć jakiś inny program do filtrów albo presety. Tylko że to wszystko płatne, a ty i tak już kosztujesz mnie tyle, że niedługo pójdę z torbami.
Wstaje i podchodzi do okna, byle dalej ode mnie. Od kiedy jest taka oschła? Czy coś przeoczyłam? Czy przegapiłam moment, w którym „kocham cię, dobranoc” zamieniło się w „daj mi wreszcie spokój i idź spać”?
— Chciałam tylko wiedzieć, czy naprawdę chcesz, żebym wyzdrowiała.
— Co za głupie pytanie? — burczy. — Przecież zbieramy pieniądze na twoją rehabilitację.
— A dlaczego dla małej jesteś miła, a dla mnie już nie? Przecież niczego nie zrobiłam.
Te słowa zawisły w powietrzu jak niewygodna prawda, której nikt nie ma odwagi dotknąć. Widzę jej zawahanie, brwi unoszą się lekko.
— Bo… jest mała i potrzebuje różnych rzeczy, czułości. Ciebie w jej wieku też przytulałam, nie rozumiem więc pytania.
— Ja też chcę tego wszystkiego. Nie odpychaj mnie, proszę.
Krzywi się, ale kiedy dostrzega mój wyraz twarzy, jej wzrok od razu się rozpromienia.
— Czekaj! O Boże! — woła podniecona. — Masz teraz idealnie zaszklone oczy, zrobimy zdjęcie na następny weekend.
Podchodzi do mnie i staje na wprost, z aparatem przy mojej twarzy. W oczach rzeczywiście mam łzy, bo ten dzień jest zbyt trudny.
Narasta we mnie wściekłość. Kiedy lampa błyskowa rzuca ostre światło, wyrywam jej telefon i strącam go na podłogę. Rozlega się cichy trzask.
— Przestań już! Przestań ciągle nagrywać! — Moja broda drży. — Chcę, żebyś mnie przytuliła i została w tym przeklętym pokoju, zamiast ciągle chodzić z Mają na spacery. Masz być ze mną, spędzać czas z drugą córką, bo tak samo cię potrzebuję.
— Zwariowałaś? — Mama podnosi telefon. Na jej twarzy dostrzegam złość. — Chciałaś to rozbić czy co? Przecież wiesz, że robię to wszystko dla ciebie! Jak mogłaś? — fuka przerażona tym, co się stało. — Poza tym o jakim spacerze mówisz? Wiesz, jak ciężko znieść ten cholerny wózek na dół? Zresztą wystawiamy cię czasem do ogrodu, masz pełno miejsca do odpoczynku tu, na górze, a ojciec zapewnił ci domowe nauczanie. To mało?
— Nie musiałabyś go znosić, gdybym zajmowała swój pokój na dole.
— To teraz pokój twojej siostry. Ona rośnie i musi mieć miejsce do zabawy, do rozrywki. Nie może siedzieć ze mną w sypialni.
Zaciskam usta. To kolejna bzdura. Na dole są dwa pomieszczenia — jedno to pokój, który należał kiedyś do mnie, a który teraz zajmuje Maja, drugie zaś, mniejsze, można by z łatwością przerobić na pokój dziecięcy.
— Wstydzisz się tego, jak wyglądam. Dlatego trzymasz mnie na górze i opowiadasz wszystkim, że nie chcę nikogo widzieć. Nienawidzę tego pokoju i tego poddasza, a jeśli będziesz nagrywać każdą moją chwilę, znienawidzę też i ciebie!
Mama mruży oczy i otwiera szeroko usta, zdumiona tymi wszystkimi gorzkimi słowami. Mam wrażenie, że lada moment pocieszy mnie i przeprosi za to, co robi całymi dniami, ale ona tylko unosi dumnie głowę i rusza w kierunku drzwi. Bez słowa. Bez żadnego wyjaśnienia czy choćby przyznania mi racji. Bez niczego.
Kiedy wychodzi, zupełnie obojętna na moje prośby, słyszę głośne plumkanie z aplikacji w telefonie. Napłynęły informacje o kolejnych komentarzach albo polubieniach mojego zdjęcia. Zdjęcia, na którym łzy nie są znakiem bezsilności spowodowanej niesprawnymi nogami, lecz przejawem okrutnej samotności.
Mama się mnie wstydzi. Woli, żebym siedziała tu sama, bo na dole dzieje się już zupełnie inne życie, w którym nie ma miejsca na dziewczynę na wózku — z chudymi rękami i nogami posiniaczonymi od zastrzyków. Dziewczynę, która nie wpisuje się w kanony sławnej influencerki prowadzącej modowy profil i sprzedającej ubrania w internecie; nie wpisuje się w nic, co modne.
Odwracam głowę w kierunku okna i zerkam na niebo. Białe puchate obłoki suną po nim z zawrotną prędkością. Mam wrażenie, że krzywizna dachu jest jedynym ciekawym punktem, który od kilku miesięcy mogę obserwować.
Obiecuję sobie jednak, że będę silna. Zacznę ćwiczyć częściej — już teraz. Krok po kroku. A kiedy wreszcie uda mi się wstać, zaskoczę ją. Zejdę na dół i powiem, że to koniec. Potem roztrzaskam jej telefon, by już nigdy więcej nie sprzedawała ludziom moich emocji.
Judyta
Tej nocy nie mogę zasnąć. Mama nie przyszła już do mnie po sytuacji z rozbitym telefonem. Żołądek kurczy mi się boleśnie, bo jestem głodna i spragniona. Moje nawoływania siostry też nie skutkują. Przez myśl przeszło mi nawet, że mogłabym czołgać się po schodach po szklankę z sokiem, ale postanawiam być dzielna. W końcu mama wciąż powtarza mi, że jestem taka słaba i że powinnam się bardziej postarać, więc… staram się. Przecież nie może mnie karać w ten sposób cały czas.
Zamykam oczy i próbuję zasnąć, jednak ucisk w żołądku mi na to nie pozwala. Wyobrażam sobie talerz z zupą, ciepły rosół rozpływa się w ustach, a ja jem i jem… Nikt nie wyznacza mi porcji i nikt nie dawkuje jedzenia.
Dotykam swoich rąk. Bez trudu mogę objąć nadgarstek kciukiem i palcem wskazującym. To ostatnio moja ulubiona zabawa. Jeszcze dwa miesiące temu nie potrafiłam tego zrobić, co oznacza, że znów schudłam. Z każdym dniem jest mnie coraz mniej.
Nagle drzwi się otwierają. Podnoszę głowę i zerkam w ich stronę. To mama. Przyszła z tacą. Czuję coś na kształt wdzięczności, że nie zapomniała o mnie i jednak przyniosła mi kolację. Siada na łóżku i kładzie chłodną rękę na mojej głowie, a potem lekko przesuwa ją po włosach.
— Kochanie, wiem, że jesteś zmęczona, że wszystko już miesza się w twojej główce i masz dość, ale to przez stres, przez ból, który odczuwasz, i przez chorobę. — Ma taki słodki głos, jednak w tej słodyczy jest coś z zatrutego jabłka. — Ale pamiętaj, nie możesz robić więcej takich rzeczy. Ludzie cię kochają, widzą, jak walczysz, jesteś dla nich inspiracją. Cała nasza rodzina jest podziwiana.
— Przepraszam — bąkam, chociaż wcale nie czuję się winna, chcę po prostu zjeść.
— Wybaczam ci, bo wiem, że masz ciężko. No już. Wypij herbatę. Dobrze ci zrobi. Przez ten cały szał zakupowy zapomniałam całkowicie o kolacji dla ciebie. Teraz ty mi wybacz. — Z jej ust nie pada „przepraszam”, a jedynie suche „wybacz”, wypowiedziane od niechcenia. Słowo, które nie zmienia niczego.
Dźwigam się do pozycji siedzącej i biorę pierwszy łyk herbaty. Jestem tak spragniona, że nie mogę się opanować i duszkiem wypijam zawartość szklanki.
— Mówiłam lekarzowi, że się nie wysypiasz. Dał mi coś ziołowego, powinnaś teraz lepiej spać. Połknij.
Patrzę zdziwiona na nową tabletkę.
— Nie chcę. Za dużo już tego, jest mi od nich niedobrze. — Staram się bronić, bo ostatnio wciąż faszeruje mnie lekami.
Jej spojrzenie się zmienia, nabiera grozy. Znów marszczy brwi i warczy:
— Judka. Weźmiesz ten lek, teraz.
— Nie chcę.
Cofam się powoli, ale nie mam dokąd uciec, bo natrafiam na ścianę, przy której stoi łóżko. Mama pochyla się nade mną i przyciska mnie do ciepłego materaca. Próbuję się wyrywać, ale drugą ręką wciska mi tabletkę do ust i zamyka je siłą.
— Połknij — rzuca tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Jeśli nadal będziesz się szarpać, wleję w ciebie wodę, a wtedy będziesz musiała to połknąć. Rozumiesz?
Mama chwyta za telefon i zaczyna nagrywać, aby pokazać ludziom, że mam kolejny atak. Obraca przeciwko mnie sytuację, którą sama sztucznie stworzyła. Chcę krzyczeć, ale wiem, że wtedy będzie jeszcze gorzej.
Robię więc to, o co prosiła, z trudem przełykam tabletkę. Jest gorzka, w jej smaku nie wyczuwam żadnego ziołowego składnika, raczej coś metalicznego, cierpkiego. To — w połączeniu z przerażającym wzrokiem mamy — sprawia, że serce podchodzi mi do gardła, momentalnie się pocę.
Wreszcie mnie puszcza. Otrzepuje ręce i uśmiecha się łagodnie.
— Brawo, Judka. Czasem zachowujesz się tak, jakbyś była dzielna, ale wiem, że w głębi duszy wciąż jesteś słaba i zdana na mnie. — Kiwa głową z przekonaniem. — Niebawem znów coś nagramy, ludzie muszą wiedzieć, że wciąż walczysz, że nie tracisz tej swojej nadziei… A teraz zjedz kolację, na pewno jesteś głodna.
Podchodzi do okna i wygląda przez nie. Wpatruje się uważnie w coś na dole, ale już dawno nie spoglądałam z tej perspektywy, więc nie mam pojęcia, co mogło ją tak zainteresować.
— Nie przyniosłaś mleka — mówię łagodnie. — Zawsze przynosiłaś.
— Zapomniałam — rzuca tak po prostu.
Staram się wyrzucić z głowy to, co stało się przed momentem. Może to tylko zły sen? Może śnię, a jej postać to tylko złuda?
— Nie mam czym popić kolacji. Dasz mi wodę? — pytam cicho.
— Judka, jestem zmęczona. Weszłam tutaj z trudem, a ten pokój źle na mnie działa. Jest tu duszno i jakoś tak… no nie wiem, depresyjnie. — Pociera złoty pierścionek. — Jutro przyniosę ci całą zgrzewkę, będziesz miała na zapas, dobrze? A teraz zjedz już, chcę odnieść tacę i położyć się spać, bo to był dzień pełen wrażeń. Byłyśmy z Mają w sadzie, potem na rowerach… Jestem padnięta, a tu temperatura jest chyba jeszcze wyższa niż na dole.
— Mnie też jest duszno — zauważam. — Mogłabyś częściej otwierać mi okno. Słyszałaś, co mówiła pielęgniarka…
— Nie, jest za późno — przerywa mi od razu. — Wlecą komary. Kto je będzie później zabijał?
— To zamontuj siatkę w oknie. I samo okno też trzeba wymienić, bo ramy skrzypią strasznie, jak wieje mocny wiatr.
Mama wzrusza ramionami.
— Myślisz, że nie mam co robić, tylko bawić się w jakieś remonty? — pyta kąśliwie. — Judka, daj już spokój. Przyniosę ci najwyżej wiatrak, otwieranie okna jest niebezpieczne. Nie chcę, żebyś wypadła albo żeby cię coś pogryzło. Jak będziesz się pokazywać z bąblami? Myślałaś o obserwatorach, o zdjęciach, o tym, że to będzie wymagało retuszu?
— Nie — odpowiadam zgodnie z prawdą, a mama kręci głową z niesmakiem.
Nie chcę myśleć o tych ludziach i wolałabym, żeby oni też przestali to robić. Nawet nie zaglądam na ten profil, bo mama pozbawiła mnie telefonu, twierdząc, że jest tam sporo niepochlebnych komentarzy. Jak jestem grzeczniejsza, czasem daje mi komórkę, ale tylko taką z kilkoma numerami do znajomych i rodziny, bez dostępu do internetu.
— No właśnie — kwituje z goryczą w głosie. — Ty nigdy nie myślisz rozsądnie. Musisz wreszcie zacząć, bo nie jesteś już malutka. Wiesz, jak ciężko uzbierać pieniądze, kiedy w sieci pokazuje się nastolatkę? Gdybyś była mniejsza, jak twoja siostra, byłoby inaczej, więc doceń moje starania.
— A… kiedy odwiedzi nas tata? — pytam z nadzieją w głosie, bo odkąd się rozwiedli, przyjeżdża coraz rzadziej.
— Niedługo do ciebie zajrzy. Jedz. Mam dla ciebie coś jeszcze. Coś, co sprawi, że te nerwobóle, które masz w nocy, znikną.
Jej twarz rozpromienia się, kiedy podnosi strzykawkę z przezroczystym płynem. Specyfik wygląda tak jak dziesiątki tych, które dostawałam w ramach znieczulenia.
— Co to?
— Twój ojciec pomógł mi to zdobyć, żebyś wreszcie przestała tak narzekać i budzić nas w nocy. Ma znajomości w tej klinice, w której byliśmy w marcu, i ubłagał lekarza, żeby ci to wypisał. To dawka dla dorosłej osoby, więc…
— Więc co? — dopytuję podejrzliwie.
— Nic. Po prostu doceń, że się staramy i próbujemy ci pomóc.
Mama nachyla się w moim kierunku, ale jej tego nie ułatwiam. Odsuwam się i kręcę głową.
— Nie. Nie chcę. Już tak bardzo mnie nie boli.
Zastanawiam się nad tym, co powiedziała, że to dawka przeznaczona dla dorosłej osoby. A jeśli nie powinni mi tego przepisywać?
— Judka, bądź mądrzejsza. Chcesz siedzieć tu całe życie? W tym strasznym, jak go nazywasz, pokoju? Przecież wiesz, że to nie boli, jedno małe ukłucie i po wszystkim. Przecież miałaś już wiele zastrzyków.
— Ale nie ten. Ten jest nowy.
— Przestań być taka słaba! Przestań się mazać — wścieka się. — Mam dość tego twojego marudzenia, pytań… po prostu całej ciebie. Chcę wreszcie skończyć ten dzień, więc nie komplikuj, bo nie dostaniesz jutro nawet łyka wody.
Przełykam ślinę.
— Tata to zdobył?
Kiwa głową. Mam zamiar zapytać, czy to aby na pewno bezpieczne w moim wieku, ale mama wbija mi igłę w udo. Moje ciało przeszywa ostry ból. Zaczynam krzyczeć, jednak ona przytyka mi rękę do ust tak gwałtownie, że przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz.
— Nie drzyj się, jest środek nocy — syczy mi do ucha. — Obudzisz siostrę, a nie masz pojęcia, ile trzeba siedzieć przy jej łóżku, żeby ją uśpić. Nie masz pojęcia o niczym, co dzieje się na dole, ze wszystkim jestem sama. Ale już niedługo, może załatwię dla ciebie jakąś opiekunkę i wreszcie odetchnę od tego wszystkiego… Od ciebie, bo jesteś po prostu nieznośna, gówniaro.
Drżę. Ból nie mija. Zaczynam się krzywić, co ona od razu kwituje słowami, że muszę być silniejsza. Nogi robią się jeszcze bardziej drewniane niż zazwyczaj. Z niepokojem ich dotykam, uciskam łydki i uda, ale nic, zupełnie nic nie czuję. Patrzę na nią ze strachem.
— Co mi zrobiłaś? — pytam, gdy zabiera dłoń z moich ust.
— Nic. I przestań być takim mazgajem, to jest idealne tylko do zdjęć, na co dzień jest wykańczające. Ileż można patrzeć na te twoje smutne miny, chude ręce, pokraczne nogi?
— Nie są takie!
Próbuję wstać, ale moje nogi są jak kłody, nie mogę przesunąć ich nawet o centymetr; jakby nie należały do mnie. Upadam na podłogę, mama mnie nie podtrzymuje. Kiedy zerkam na jej twarz, widzę coś na kształt dumy. Cieszy się z tego?
— To dla twojego dobra, pamiętaj. Rano nagramy kilka filmików, musimy cały czas być dostępni, cały czas coś pokazywać, bo ostatnio mamy spadek wyświetleń. Odeszło też czterdziestu obserwatorów. To bardzo dużo.
Wzdycha z rozpaczą, a ja próbuję dźwignąć się z trudem z powrotem na łóżko. Problem w tym, że moje ciało jest wygięte pod dziwnym kątem.
— Pomóż mi wstać! — krzyczę z bezsilności, ale ona kręci jedynie głową i zabiera z szafki tacę. Talerz z kanapkami przesuwa się na jej róg.
— Judka, musisz zacząć radzić sobie sama. Ja jutro po południu wyjeżdżam, tata na pewno do ciebie zajrzy, ale musisz nauczyć się samodzielności, nie będzie tu tkwił bez przerwy.
— Dokąd? Dlaczego beze mnie?
— Bo chcę odpocząć. Są wakacje, więc Mai też należy się parę dni wypoczynku. Nie chcę ciągle myśleć o tobie i twoich problemach. — Krzywi się, jakby coś ją brzydziło. — Ale oczywiście na relacji powiemy, że wyjeżdżamy razem na turnus. Albo że zostałaś w domu, choć tak bardzo chciałaś jechać. Hm… muszę to przemyśleć. Nie wiem, co bardziej nakręci widzów.
Wciągam się na łóżko, wkładając w to mnóstwo siły. Jęczę przy tym rozpaczliwie, ale mama znów się krzywi i w żaden sposób mi nie pomaga.
— Nie rozumiem, o jakim wyjeździe mówisz. Chcesz mnie tu zostawić? Nigdy nie wyjeżdżałaś z Mają sama.
— Nigdy nie miałam też takiej bezsilnej córki. Co mam robić z tobą na plaży? Wozić cię po piasku? Moczyć ci nogi? Nie bądź śmieszna, poza tym to tylko weekend. Majka na pewno przywiezie ci jakąś pamiątkę. — Ostatnie zdanie aż ocieka ironią.
— Ale…
— Judka, przestań wreszcie. Należy nam się ten wyjazd. Tak dawno nie byłam nigdzie poza Lublinem, a Maja potrzebuje zwiedzać świat, jest ciekawa wszystkiego, więc nie możemy tylko tkwić w tym domu. Ojciec do ciebie zajrzy, zostawię ci jedzenie i kilka książek.
Otwieram szeroko oczy. Mam nadzieję, że blefuje, że po prostu opętała ją jakaś dziwna, szaleńcza myśl, lecz ona tylko wzrusza ramionami, czym potwierdza moje obawy, i wolno rusza na dół. Zamyka drzwi na klucz, a ja nie wiem, co zrobić. Chciałabym za nią wyjść, prosić, żeby zabrała mnie ze sobą, bo potrzebuję jej najbardziej na świecie, ale… nie mam siły.
Judyta
Budzę się, chociaż tak właściwie to nie jestem pewna, czy w ogóle spałam. Przez ostatnie dwa dni światło sączy się przez zamknięte okno, ale nie jest w stanie rozświetlić mroku, który panuje w pokoju, bo niebo jest zachmurzone.
Tam, gdzie mama wbiła igłę, skóra jest lekko sina i coś pod nią drży; jakby moje mięśnie żyły własnym życiem. Nie daję rady zrobić nawet kilku kroków — jest gorzej, niż było. Lek zupełnie nie zadziałał i tkwię od doby w tej samej pozycji, z małą przerwą na łazienkę.
Tata był rano. Obiecał, że zajrzy do mnie później, jak wróci z pracy, lecz wciąż go nie ma, a woda, którą mi nalał do dzbanka, jest już tylko wspomnieniem. Czuję palące pragnienie. Mówił, że ma sporo do zrobienia, ale leżenie tutaj przyprawia mnie o mdłości. Chcę, żeby już przyszedł.
Biorę do ręki telefon, który łaskawie zostawiła mi mama, i wystukuję wiadomość, że go potrzebuję. Ostatnio jest między nami jakoś inaczej, chłodniej. Odkąd się wyprowadził, nasze stosunki uległy zmianie. Wciąż pyta o postępy w chodzeniu i proponuje mamie coraz to nowszych rehabilitantów, ale ona jest zbyt dumna, by wziąć jego wskazówki do serca.
Przychodzi odpowiedź. Tata pisze, że jak tylko skończy ze swoimi zadaniami, zajrzy do mnie i posiedzi dłużej. Zastanawiam się, czy powinnam mu wspomnieć o tym, co robi mama i jak ostatnio zaczęła świrować na punkcie swoich obserwatorów. Nie wiem, czy przyniesie to jakikolwiek efekt. Kiedy zgłaszałam mu, że nie podoba mi się na górze i źle mi z tym, że mam do dyspozycji tylko kawałek poddasza, zbył to tekstem, że skoro mama tak ustaliła, to nie może się przeciwstawiać. Ale na koniec stwierdził, że spróbuje z nią o tym porozmawiać.
Ja też spróbuję… z nim. Dawno nie byliśmy sam na sam. Mama zawsze gdzieś chodziła wokół, bylebym tylko nie chlapnęła niczego podejrzanego. Dziś jednak jej tu nie ma.
Telefon milczy. Tata nie pisze więcej, choć mógłby. Czekam jeszcze chwilę, ale wiadomości nie przychodzą.
Zerkam na drzwi — cisza. W całym domu jest jakoś spokojnie… za spokojnie. I właśnie to mnie niepokoi. Mama jeszcze nie wróciła, ale nie wiem, czy bardziej mnie to cieszy czy przeraża. W głowie kotłuje mi się wszystko naraz. Może to moja wina? Może gdybym była grzeczniejsza, cichsza i lepiej się uczyła, to nie musiałaby się tak denerwować? Może wtedy nie zaciskałaby dłoni na moim ramieniu tak mocno, nie zostawiałaby na nim śladów? Może nie zamykałaby za sobą drzwi bez słowa i nie znikała na całe godziny?
Oczywiście wiem, że to nieprawda. Wiem, bo czasem robi to nawet wtedy, gdy nic się nie dzieje. Gdy tylko zapytam o coś nie w porę, gdy się potknę, gdy po prostu jestem.
Zamykam oczy. Oddycham powoli, jak mnie uczyła psycholożka w szkole. Raz, dwa, trzy, cztery — wdech. Raz, dwa, trzy, cztery — wydech.
Myślę o tym, co by się stało, gdybym napisała tacie prawdę. Nie całą. Może tylko jedno zdanie. Takie, którego nie będzie mógł zignorować.
W końcu piszę:
Tato, mama czasem mnie szarpie. Nie wiem, co mam robić. Możesz z nią porozmawiać?
Trzymam palec nad przyciskiem „wyślij” i patrzę na te zdania długo, zbyt długo. Tak, jakbym sama próbowała w nie uwierzyć. A potem… dalej nie wiem. Może kliknę. Może skasuję. Ale ta wiadomość już istnieje — i nawet jeśli dziś nie odważę się jej wysłać, to może zrobię to… kiedyś.
Zerkam na kanapki leżące na nocnej szafce i sałatkę w pudełku. To wszystko, co mam do jutrzejszego popołudnia, chyba że tata dotrzyma słowa i naprawdę do mnie zajrzy. Liczę w myślach, czy jeśli zjem teraz kanapki, wytrzymam do kolacji, na którą zostanie mi sałatka. Wiem, że nie, ale muszę kalkulować, bo inaczej zwariuję. Nie dopuszczam do siebie myśli, że to kolejna kara.
— Mamo?! — wołam, choć wiem, że jest daleko. Pragnienie pali mnie coraz bardziej. Krzyczę ze złości, żeby nie płakać. Jak mogła mnie zostawić?
Co robić? Nie zjadę wózkiem po schodach, to pewne. Muszę więc dojść do łazienki po łyk wody. Chyba że zczołgam się na dół i już tam zostanę. Ale co z wózkiem? Może tata go weźmie…