Oto słońce - Gunnhild Øyehaug - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Oto słońce ebook i audiobook

Gunnhild Øyehaug

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Helga Mork jest pisarką, która próbuje ustalić z samą sobą, o czym chce napisać następną książkę. Przede wszystkim interesują ją wściekłe kobiety żyjące w małych, zimnych domkach położonych daleko od cywilizacji. Autorka przechodzi menopauzę i pogodziła się z życiem w samotności w domu przy małej uliczce wysoko na wzgórzu. Rozmawia głównie ze swoją przyjaciółką Iriną, która mieszka daleko i utrzymuje Helgę w ryzach za pomocą regularnych, sarkastycznych wiadomości tekstowych.

 

Pewnego dnia do pustego domu obok wprowadzają się nowi sąsiedzi i ku swojej ogromnej irytacji Helga odkrywa, że oni również są pisarzami. To Christina i Even Albert – para twórców znanych i podziwianych nie tylko w literackim światku, ich zdjęcia Helga widziała w gazetach. Po kilkudniowej obserwacji Albertów przez okno i obejrzeniu długiego nagrania wideo, na którym Even dyskutuje o Wittgensteinie na YouTubie, Helga postanawia nawiązać kontakt z sąsiadami i idzie się przedstawić. Szybko dociera do niej, że Even może być w istocie jej bratnią duszą.

 

Zaniepokojona swoją kompulsywną potrzebą śledzenia tego, co robi Even, oraz przytłoczona uczuciem radości, jakie towarzyszy każdym odwiedzinom sąsiada, Helga postanawia wynająć biuro w swoim małym miasteczku, aby mieć powód, by regularnie wychodzić z domu i skupić się na pisaniu. Okazuje się jednak, że biuro jest portalem do innego świata zwanego Rzeczywistością, gdzie wszyscy cały czas tylko szepczą, a ona zaczyna się zastanawiać, jak kiedykolwiek uda jej się wrócić do tego świata, który znała wcześniej. Oto słońce to historia miłosna poszukująca nadziei w ludzkiej komunikacji, gdzie fikcja i rzeczywistość nieustannie się przenikają, utrudniając odróżnienie jednej od drugiej.

 

„Øyehaug z powodzeniem przybliża czytelnikom zarówno żałosny, jak i euforyczny wymiar nieporadnych uczuć Helgi wobec Evena.

Zamiast zagłębiać się w ukryte intrygi trójkąta miłosnego, Øyehaug koncentruje się na samym akcie zakochiwania się, na okresie, w którym Helga i Even są jeszcze dla siebie nieznajomi. Otrzymujemy rozczulająco piękną historię miłosną od tej znanej ze swojego świetnego poczucia humoru autorki.”

„Aftenpost”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 150

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 26 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agnieszka Castellanos-Pawlak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału Her kjem sola

Przekład Karolina Drozdowska

Redakcja Ewa Pawłowska

Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek

Projekt okładki Christian Bergheim

Projekt stron tytułowych Tomasz Majewski

 

HER KJEM SOLA

Copyright © Kolon forlag AS 2024 [All rights reserved.]

Published by the Agreement with Gyldendal Agency,

Norway and Book/lab Literary Agency, Poland

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Karolina Drozdowska, 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026

Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Helge Skodvin

 

This translation has been published

with the financial support of NORLA.

 

Skład i łamanie Dariusz Ziach

 

ISBN 978-83-976870-5-9 (EPUB); 978-83-976870-5-9 (MOBI)

 

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2026

Wydanie pierwsze

 

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151

03-948 Warszawa

 

[email protected]

+48501177119

www.wydawnictwopauza.pl

WydawnictwoPauza

wydawnictwo_pauza

 
 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Motto

Oto słońce

Rzeczywistość

Szeptoland Solutions

Londyn

Stary kret

Cokolwiek by to miało znaczyć

Niewiarygodne zdarzenie pod National Portrait Gallery w Londynie

Cytowane utwory

Przypisy

 
 

Ale patrzcie,

Już dzień w różanym płaszczu strząsa rosę

Na owym wzgórku wschodnim.

 

William Szekspir, Hamlet[1]

 
 

Ja, Helga Mork (49), mam przeczucie, że coś wisi w powietrzu, choć nie wiem, co to takiego. Stoję sobie po prostu w kuchni i czekam, aż kromka chleba wyskoczy z tostera. Ale moje serce zaczęło bić szybciej, zupełnie jakbym się denerwowała. Czy to jakaś zmiana na niebie każe mi myśleć, że na coś się zanosi? Niebo może być całkiem niewinne, lecz gdyby za oknem nie było słońca albo w ogóle dziennego światła, tylko ciężkie niczym granit gęste chmury ścielące się grubą warstwą w przestworzach, miałabym poczucie, że wszystko buzuje, włosy mogłyby mi stanąć dęba, bo tak się dzieje, gdy powietrze naładowane jest elektrycznością przed uderzeniem pioruna. Co to takiego? – myślę sobie i podchodzę do okna, żeby spojrzeć w stronę gór. Czyżby wszystko zaczęło nagle nerwowo wibrować, zupełnie samo z siebie?

 
 

Czy to możliwe, że poczułam – rzecz jasna, nieświadomie – jakbym została nagle wciągnięta do tej powieści i że jestem obserwowana, gdy tak stoję w kuchni? Czyżbym wyczuwała czyjąś obecność, będącą moim własnym, lecz wykraczającym poza mnie, głosem narratorki?

 
 

Nie, chodzi o białą furgonetkę firmy przeprowadzkowej, która zaraz wjedzie na moją maleńką ulicę, to ona wywołuje we mnie to nieoczekiwane elektryczne napięcie, zupełnie bez udziału mojej świadomości.

 
 

Tak właśnie mieszkam: przy małej uliczce na szczycie zbocza. Po lewej od mojego domu mam wielki głaz narzutowy, po prawej stoi pusty dom sąsiedni. Podsumowując: skała, ja, pustka. Głaz narzutowy to taki kamień, często wielkości małego domu albo przynajmniej domku kempingowego, który został przywleczony przez lodowiec tysiące lat temu w miejsce, gdzie z czysto geologicznego punktu widzenia nie ma właściwie czego szukać. Od czasu do czasu myślę sobie, że mieszkam tuż obok mojego metafizycznego nagrobka, niemal odpowiadającego rozmiarem domowi, w którym żyję, bo – napisałam to kiedyś Irinie – gdy w końcu spoczniemy pod ziemią, nie będziemy przecież mieli pojęcia, jak to jest, co się dzieje tam na górze, wokół kamienia nad naszymi głowami, ale teraz żyję w pewnym sensie wokół tego nagrobka i dane jest mi odczuwać, jak to jest trwać w bliskości z głazem. Ożeż kurwa – odpisała Irina – dzisiaj to uprawiasz przezajebiste czarnowidztwo. Czyli jesteś w swoim zwykłym trybie.

 
 

Moje ręce są drobne i wąskie. Pokrywają je piegi, tak samo jak ramiona i twarz. Gdyby moje ręce były ptakami, latałyby zapewne lekko i bez wysiłku z jednego drzewka wiśniowego na drugie, byłyby wielkości wróbli, a nie na przykład sójek, bo je akurat widujemy, jak lecą ze skrzekiem pod chmurami, by opaść za chwilę ciężko na pobliskie drzewo, zupełnie jakby były topornymi magnesami przyciąganymi do pni. Wróble latają lekko i zwinnie, lądują tak, że prawie tego nie widzisz. Ale moje dłonie to nie wróble, bo są przymocowane do nadgarstków i ramion, przymocowanych z kolei do reszty ciała.

 
 

Za wysoką górą zawsze jest dolina. Nauczyłam się akceptować ten porządek zewnętrznego świata, w którym mieszam – wioski Volke na zachodnim wybrzeżu kraju. Mogę bez końca wchodzić na różne góry i z nich schodzić, wkraczać do dolin i je opuszczać, a te doliny są ze sobą powiązane w sposób, który zawsze było mi trudno zrozumieć. Na dnie dolin płyną zawsze rzeki, wszystkie zmierzają do fiordu, nad którym leży Volke, ze wszystkimi swoimi górami i dolinami. Jako dziecko stałam często w ogrodzie – bez ruchu, z zamkniętymi oczami – nasłuchując, i wyciągałam ramiona na boki. Próbowałam sobie wyobrazić, że moje ramiona to rzeki wpływające do fiordu, to jest do mojego ciała, i był to rodzaj mapy, który dawał się pojąć, ta zbieranina wszystkich ramion.

 
 

Gdy miałam dziewięć lat, mój ojciec wydrukował napisany przeze mnie wiersz Rzeki w lokalnej gazecie, pod pseudonimem, bo nie chciał ujawnić, że on, redaktor gazety, drukuje w niej tekst napisany przez własne dziecko. Ale uważał, że było to zastanawiające, ten sposób, w jaki oddałam swoje ramiona jako rzeki, nie tylko dwie, bo było ich wiele, to więcej, niż można oczekiwać od dziewięciolatki, i on też zaczął po tym myśleć o swoich ramionach jako o wielu rzekach, a doświadczeniem tym dzielił się z innymi ludźmi, inspirując ich do podobnych przemyśleń. Ja zaś irytowałam się tym pseudonimem. Zdarzało mi się podejść do przypadkowego mieszkańca wioski i powiedzieć: „Jeśli doświadczyłeś tego nowego i zaskakującego poczucia, że twoje ramiona są jak wiele rzek wpływających do ciała, to stało się tak za moją sprawą”.

 

Pewnego dnia ta dziewięcioletnia, zupełnie rzeczywista osoba wzięła kawałek różowej kredy i nabazgrała na jasnoszarym murze wiaty ze śmietnikami niedaleko ośrodka kultury: JESTEM AUTORKĄ WIERSZA RZEKI. Tyle tylko, że się nie podpisałam. W ten sposób jednocześnie ujawniłam się światu jako pisarka i pozostałam nieujawniona. Podałam informację o czymś rzeczywistym, co mogło się teraz stać przedmiotem spekulacji, jednocześnie wcale jej nie podając. Wyobrażałam sobie, że mieszkańcy wioski zadają sobie pytanie o to, kim jest ta „autorka”.

 
 

Mieszkam sama. Mattis, mój syn (będący jednocześnie synem pewnego szwedzkiego pisarza, ale to zupełnie inna historia), mieszka teraz razem z dziewczyną w mieście oddalonym ode mnie o sześćset trzydzieści kilometrów. Nie chcę być jedną z tych teściowych narzekających, że synowa używa zbyt intensywnych perfum o ciężkim i słodkim zapachu, teściową zwracającą uwagę, że ona nigdy po sobie nie sprząta, a mimo to stałam się dokładnie kimś takim. Dziewczyna mojego syna ma na imię Lavinia. Siostra Emily Dickinson też się tak nazywała. Nie chcę się zastanawiać, czy rodzice Lavinii umyślnie ochrzcili ją na cześć siostry Emily, chcąc wyjść na ludzi oryginalnych, no bo kim bym wtedy była, dopuszczając takie myśli do swojej głowy?

 

„Musisz się ogarnąć” – mówi Irina. „Wiem” – odpowiadam.

 

Jeśli Lavinia mnie odwiedza, to potem na przykład podłoga sypialni usłana jest papierkami po cukierkach i skarpetkami, których nie chce jej się zabierać do domu, bo, jak sama twierdzi, zawsze może sobie kupić nowe. Wszystko to po ich wyjeździe zmiatam szczotką na szufelkę i wyrzucam do kubła na śmieci za rogiem domu. Nie rozważam nawet prania i wieszania do wyschnięcia niechcianych przez nikogo skarpetek. Ale potem zawsze i tak wyławiam je z kubła i wkładam do torebki przechowywanej w szafie na korytarzu.

 

Często po tym, jak wrzucam torebkę do szafy i zatrzaskuję drzwi, zdarza mi się wyjść na schody, stać tam i myśleć sobie, jak to dobrze, że przed domem nie ma niczego i nikogo, żadnych innych ludzi, nic tylko las, który właściwie nie jest człowiekiem, ale ma w sobie coś ludzkiego, tyle tylko, że bez całego tego pośpiechu.

 
 

Jedyne książki, które w tym momencie chce mi się czytać, mają narracje prowadzone przez kobiety mieszkające w małych domach z nieszczelnymi oknami, daleko od cywilizacji. Jest to też jedyne, co daję radę pisać. Byłam na to mocno zdecydowana, omówiłam to z Iriną i moją redaktorką. Moja redaktorka czekała na nową powieść, podobnie zresztą jak ja. Tymczasem szukałam kobiet poza cywilizacją. Mogły mieszkać w chatkach na pustyni. Albo w kamiennym domku wykutym w skale na Wyspach Brytyjskich, ze ścianami smaganymi deszczem. Mógł to być także stary murowany dom z kiepską elektryką gdzieś w Polsce, w samym środku śnieżnej, lodowatej zimy.

 

Jeśli ktoś miał do mnie mówić, to tylko te kobiety.

 

Mogły to być również kobiety jeżdżące autem od motelu do motelu w USA, odkrywające dziwne rzeczy, które ludzie pozostawiali w szufladach i komodach: wizytówki, wyrwane strony z Biblii, listy zakupów.

 

Rozdarte na dwoje nylonowe rajstopy.

 

Mogły to być również kobiety, które miały kilka dużych psów, kobiety noszące okulary przeciwsłoneczne zarówno w domu, jak i na dworze. Takie, co to mają całą misę z okularami przeciwsłonecznymi stojącą przy drzwiach, tak żeby ludzie – jeśli ktoś je odwiedza – mogli włożyć okulary przed wejściem. Ich okna byłyby zabite deskami, salon przypominałby pogrążone w mroku akwarium.

 
 

Idealna fabuła powieści mogłaby wyglądać na przykład tak:

 

„Kobieta, która mieszka w domu o nieszczelnych oknach, bez szamba, musi w środku nocy zanosić swoje własne gówno do specjalnego dołu w ogrodzie, który jest zasypany śniegiem i zamarznięty, tak że bohaterka musi przebijać się kilofem przez zmarznięte gówno, żeby zrobić miejsce dla nowego gówna”.

 

Koniec.

 

Albo inaczej:

 

„Pewna kobieta mieszka w małym domu o nieszczelnych oknach daleko od cywilizacji, bez doprowadzonej wody. Może za jej oknami przejeżdża jeden pociąg na godzinę. Co godzinę życie śmiga jej przed nosem, co godzinę bohaterka myśli sobie: Ja to pierdolę. Musi chodzić nad strumień po wodę. Ma długą szarą spódnicę, która zamacza się na dole, gdy kobieta stoi pochylona nad tym strumieniem, poza tym bohaterka jest trochę roztargniona i zanurzając wiadro w wodzie, myśli o innych rzeczach. Dlatego zawsze ma w wiadrze kamyki i śmieci zebrane z dna”.

 

Koniec.

 
 

Chcesz napisać powieść z fabułą dążącą do totalnego antyklimaksu, bez rozwoju bohaterów, zwieńczoną epickim punktem zerowym, powieść na jedną stronę – pisze do mnie Irina. Owszem – odpowiadam. Czy ktokolwiek chciałby kupić taką powieść? – pyta Irina. Takiej powieści się nie kupuje – objaśniam – znajduje się ją wciśniętą między te duże kamienie w miejscu, gdzie rzeka zakręca na Romedalen.

 
 

„Jeżeli śniący posiadł urodziwą i pełną wdzięku nieznajomą, elegancko ubraną i obwieszoną złotymi klejnotami, która chętnie mu się oddała, to oznaka pomyślności we wszelkich przedsięwzięciach. Gdyby natomiast obcował z brzydką, niezgrabną, odzianą w łachmany zbolałą staruchą, która była mu niechętna, znaczenie snu jest odwrotne”[2].

 

Takie rzeczy również zdarza mi się czytać. Tak się składa, że je uwielbiam. Powyższy cytat pochodzi z Onejrokrytyki Artemidora z Daldis, jego podręcznika tłumaczenia snów, napisanego trzysta lat przed Chrystusem. Ta właśnie książka leży na moim stole w salonie, otwarta na stronach osiemdziesiątej czwartej i osiemdziesiątej piątej. Siedziałam tam pogrążona w pracy, aż zgłodniałam i poszłam do kuchni, by zrobić sobie kanapkę. Artemidor postrzega sny jako komunikaty słane śniącemu z przyszłości, zjawiska, które można prosto, rozsądnie i wiarygodnie objaśniać. Właśnie dlatego lubię czytać ten podręcznik – urzeka mnie to pełne spokoju przekonanie o zależności między nieprawdopodobnym a rozsądnym. Nieprawdopodobny sen (niektórzy śnią o tym, że zjadają mięso ze swojego ciała) oznacza coś zupełnie konkretnego, prostego i zwyczajnego (jeśli jest się ubogim, to sen o zjadaniu własnego ciała oznacza szczęście. Taki człowiek będzie pracował swoim ciałem tak, że stanie się bogaty). Komuś wygłaszającemu publiczne oracje przynosi szczęście sen o tym, że oddaje innym do zjedzenia swoje usta. Ludzie ci zarobią dużo pieniędzy, wykorzystując swoje usta i język do tego, co robić potrafią, czyli do przemawiania. Ale jeśli śnią, że zjadają swoje usta lub własny język? Cóż, to zapowiedź końca ich kariery. To wszystko stanowi kompletny absurd i daje mi jakiś rodzaj wewnętrznego spokoju: kocham czytanie o niemal niewiarygodnych, nieświadomych wiadomościach, które ludzie przesyłali sami do siebie w snach trzysta lat przed Chrystusem, a następnie poznawanie ich interpretacji, spokojnie, pewnie i precyzyjnie objaśniających, co to znaczy, gdy się śni o posiadaniu kobiety pięknej i urokliwej albo brzydkiej i niezgrabnej, proponowaniu komuś zjedzenia swoich ust albo swojego ciała.

Ach, co za uderzająca dyskrepancja między wewnętrznym, płynnym, subiektywnie przeżywanym światem a pewnym, powszechnie obowiązującym jego objaśnieniem! I już jestem w domu, spokojna i rozluźniona.

 
 

Czy minęło wiele czasu, odkąd zastanawialiśmy się nad znaczeniem słowa „dyskrepancja”? Pochodzi ono od łacińskiego discrepare, co oznacza „nie pasować do siebie”. Słownik proponuje porównanie z norweskim słowem krepere, czyli zdechnąć albo wykorkować. Nigdy wcześniej chyba jeszcze żadne słowo nie było bliższe naszemu własnemu stanowi, ale teraz „porównanie z wykorkowaniem” zaczyna się wydawać adekwatne do zaistniałej sytuacji, dlatego też tak uczynimy. Słowo krepere trafiło do norweszczyzny za pośrednictwem języka niemieckiego, włoskiego, łaciny, gdzie oznaczało „trzeszczeć”, ale pierwotnie: „pęknąć, eksplodować”.

 
 

À propos pękania. Jesteśmy (nadal jestem tu ja, nawet jeśli decyduję się mówić w liczbie mnogiej – tak tylko przypominam) szczerze zachwyceni tymi ściankami działowymi oddzielającymi od siebie poszczególne partie tekstu, o tymi: . Przepełniają nas poczuciem, że za kolejną ścianą może się pojawić cokolwiek, a każda kolejna ścianka działowa może sygnalizować  n o w ą   i n f o r m a c j ę,  k t ó r e j   s i ę   n i e   s p o d z i e w a l i ś m y,  a   t a   m o ż e,  l e c z   n i e   m u s i,  m i e ć   z w i ą z e k   z   i n f o r m a c j ą   p o p r z e d n i ą. Jest zupełnie tak, jakby każde kolejne zawierało w sobie najbardziej zjawiskowy wschód pełnego Księżyca nad górskim grzbietem albo kieszeń powietrzną w zatopionym wraku statku, do którego zanurkowaliśmy, i to w chwili, gdy do nas dociera, że skończył nam się tlen. Albo też okienko, przez które widać miasto, gdzie właśnie wylądowaliśmy, ale nie widzieliśmy go nigdy wcześniej, lecz spotkania z nim nie możemy się teraz doczekać, albo też twarz, za którą długo tęskniliśmy, a ta się nagle tuż przed nami pojawia, jest zupełnie tak, jakby każde jedno było listem od nieco zamglonego nadawcy.

 
 

Ach, co to za szarlataneria z tym zamglonym nadawcą! Mgła się śmieje: „My (bo mgła nie może używać na swoje określenie zaimka w liczbie pojedynczej) nigdy nie wysyłamy listów! Szumimy sobie tylko cicho, jak odgłos zamontowanej w budynku klimatyzacji, który jest tam cały czas, kryjemy się za wami, przecież nie mówimy i nie  p i s z e m y, lol, to wy to robicie”.

 
 

Właściwie to jest tak, jakby tych nigdy nie miało być dość. Ale dlaczego tak? – moglibyśmy zadać sobie pytanie. Czy dlatego, że muszę pisać o Evenie? Który jedzie za furgonetką do przeprowadzek, sprawa całkiem naturalna, bo połowa rzeczy w tej furgonetce należy do niego, i wkrótce skręci w moją ulicę? Nauczyłam się właśnie, że w języku arabskim jest czterdzieści synonimów miłości, a „słowo sababa obnaża głębię tęsknoty i pożądania, której towarzyszą często intensywne emocje, i najlepiej rozumieją je osoby, które same tego stanu doświadczyły” – stwierdza mój podręcznik. To najlepsza definicja, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Dyskrepancja: najlepiej zrozumiana przez tych, którzy jej doświadczyli. Cisza: najlepiej zrozumiana przez tych, którzy jej doświadczyli. Jest zupełnie tak, jakby fakt, że tu stoję i patrzę w błękitne niebo, powstrzymywał mnie przed pójściem dalej, jakby ta kromka chleba miała nigdy nie wyskoczyć z tostera.

 
 

Ojej, haiku:

Poprzez śnieżny wiatr

Jedenastu na koniach

Nie ogląda się

 

Masaoka Shiki

 
 

Być może nie rozumiemy, co tutaj robi to haiku, poza odwlekaniem momentu, w którym kromka wyskoczy z tostera, a furgonetka do przeprowadzek, mająca ostatecznie spowodować pojawienie się Evena, wjedzie w końcu na moją ulicę i wszystko się zacznie, wprowadzając wreszcie termin sababa do jednej z poprzednich partii tekstu – ale to jednak zaskakujące, jak śnieżna zadymka z jedenastoma konnymi znika teraz w białej ciszy, nie znikając przy tym zupełnie, bo jeźdźcy są uwięzieni w haiku, gdy od nas odjeżdżają, nie oglądając się za siebie, śnieżny wiatr więc tylko wieje i wieje jak w jakiejś chronicznej zamieci, poza tym to właściwie niewiarygodne, jak jeźdźcy, właśnie dlatego, że są opisani jako nieoglądający się za siebie, sprawiają wrażenie, jakby się jednak odwracali. Gdyby było tam tylko napisane: „Poprzez śnieżny wiatr: Jedenastu na koniach”, nie wiedzielibyśmy, czy oni przyjeżdżają, czy odjeżdżają, ale gdyby odjeżdżali, nie zastanawialibyśmy się, czy zwracają ku nas swoje twarze, czy je odwracają, zwyczajnie byśmy zaakceptowali fakt. Widzimy po prostu potylice tych ludzi, gdy się od nas oddalają. Ale ponieważ haiku dorzuca informację, że ta grupa ludzi „nie odwraca się”, powstaje możliwość, że  k t o ś   j e d n a k   n a   n a s   s p o g l ą d a,  j a d ą c   w   ś n i e ż n e j   z a d y m c e,  b o   c h o ć   t o   s i ę   w ł a ś n i e   n i e   d z i e j e,  p o w s t a j e   p r z e s t r z e ń   k u   t e m u,  b y   b y ł o   i n a c z e j!

 
 

Lavinia rzuciła kiedyś: „Mattis mówi, że potrafisz czytać wyłącznie książki napisane przez wściekłe kobiety w małych domach”. A potem zaśmiała się takim słodkim, krótkim śmiechem. „W małych domach z nieszczelnymi oknami, zgadza się” – odparłam, zaskoczona, że Mattis jej o tym mówił, i zaskoczona, że ja powiedziałam o tym Mattisowi, nie przypominałam sobie, bym to kiedyś zrobiła, ale oto ta informacja nagle do mnie wraca. „Tylko że to się nie zgadza – sprostowałam. – Potrafię czytać wyłącznie o idiotycznych snach śnionych trzysta lat przed Chrystusem”. Lavinia znów się zaśmiała. „Są zabawne” – dodałam i poczułam, jak moje policzki wiszą, gdy tak siedzę w szlafroku, a Lavinia zajmuje miejsce przede mną, epatując młodą skórą, ciemnymi puklami włosów i prowokująco zarysowanymi sutkami. „Uważam, że wściekłe kobiety są niesamowicie interesujące” – powiedziała Lavinia, która studiowała literaturę i języki nordyckie. „Pff – prychnęłam. – Może nie takie interesujące, gdy przyjdzie co do czego, to znaczy dla mnie. To tylko głosy. Kobiety. I koniec. Mogłyby to być konie mamroczące w swoje worki z obrokiem, tak naprawdę interesuje mnie coś innego” – dopowiedziałam. „Bo tak się składa, że chciałabym napisać pracę magisterską o wściekłych kobietach w literaturze współczesnej – powiedziała Lavinia. – To świetnie, że możesz być moją ekspertką”. „He, he” – odparłam i już widziałam, co Lavinia sobie myśli, było to widoczne jak na dłoni, wyciągnęła rękę po marmoladę pomarańczową, która stała przy moim talerzu. Nie potrzebowała żadnej ekspertki, a już na pewno nie teściowej. Jej słowa były czczym pochlebstwem. Próbuje się przypochlebić teściowej. „Tak się składa, że nie jestem w najmniejszym stopniu wściekła” – odparłam.

 
 

„Słyszałaś o hipotezie babci?” – spytała Lavinia, a ja po jej spojrzeniu poznałam, że pożałowała tego pytania w chwili, gdy je zadała. No ale teraz musiała pociągnąć je dalej. „To teoria o tym, dlaczego kobiety dożywają starości, to znaczy czemu żyją jeszcze po menopauzie – powiedziała Lavinia. – Mężczyźni mogą płodzić dzieci niemal do dnia swojej śmierci, więc mają przynajmniej argument, który ma uzasadniać fakt ich starczej egzystencji”. Zaśmiała się krótko, wyjrzała przez okno i najwyraźniej coraz bardziej żałowała tematu, z którym wyjechała, więc i ja się trochę zaśmiałam, żeby jej jakoś pomóc. „No ale wymyślono tę hipotezę babci, której można użyć jako wyjaśnienia – ciągnęła Lavinia. – Antropolodzy przestudiowali różne grupy etniczne i zwłaszcza w jednej z nich odkryli, że młode kobiety, którym towarzyszyła babcia, miały większe szanse na przetrwanie. Większe szanse miało też ich potomstwo, bo była starsza kobieta, która mogła zajmować się dzieckiem, gdy matka wychodziła na przykład, by zdobyć jedzenie, albo kiedy trzeba było migrować i nieść ze sobą cały swój dobytek gdzieś bardzo daleko. Tak właśnie powstała hipoteza babci, zgodnie z którą kobiety wciąż pełnią jakąś funkcję ewolucyjną po tym, jak same przestają produkować dzieci, bo pomagają w opiece nad potomstwem. Chronią i organizują. Babcia na pokładzie to korzyść ewolucyjna. Dlatego te kobiety istnieją. Uważam, że to brzmi zupełnie od czapy – powiedziała Lavinia. – To znaczy, moim zdaniem, pytanie «Czemu istnieją babcie?» jest właściwie tożsame z pytaniem: «Czemu istnieje człowiek»”. „Ach” – odpowiedziałam i pomyślałam sobie, że chyba mimo wszystko trochę jednak kocham Lavinię.

 

[...]

Przypisy
[1] William Szekspir, Hamlet, przeł. Józef Paszkowski, red. Piotr Chmielowski, Księgarnia Feliksa Westa, Brody 1909.
[2] Artemidor z Daldis, Rozważania o snach, czyli onejrokrytyka, przeł. Joanna Żółtowska, Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1995.
 
 
 
 
 
 
 
 

Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku

na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –

do czytania i dobrej prozy zagranicznej.

 

Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,

która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.

Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki

z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.

Oto słońce to dziewięćdziesiąta czwarta książka

Wydawnictwa Pauza.

 

Wcześniej ukazały się:

 

2018

Legenda o samobójstwie – David Vann

Pierwszy bandzior – Miranda July

Nasz chłopak – Daniel Magariel

Historia przemocy – Édouard Louis

Tirza – Arnon Grunberg

 

2019

Pasujesz tu najlepiej – Miranda July

O zmierzchu – Therese Bohman

Piękna młoda żona – Tommy Wieringa

Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug

Floryda – Lauren Groff

Przyjaciel – Sigrid Nunez

Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall

Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh

Brud – David Vann

Koniec z Eddym – Édouard Louis

 

2020

Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz

Linia – Elise Karlsson

Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry

Ta druga – Therese Bohman

Dorośli – Marie Aubert

Turbulencje – David Szalay

Nikolski – Nicolas Dickner

Fauna Północy – Andrea Lundgren

Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård

Pełnia miłości – Sigrid Nunez

Przejście – Pajtim Statovci

Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros

Dziennik upadku – Michel Laub

 

2021

Halibut na Księżycu – David Vann

Zabierz mnie do domu – Marie Aubert

Utonęła – Therese Bohman

Koniec dnia – Bill Clegg

Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez

Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh

Ostatnie stadium – Nina Lykke

Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell

Wyznanie – Domenico Starnone

Za otrzymane łaski – Valeria Parrella

Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg

Kto zabił mojego ojca – Édouard Louis

Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli

 

2022

Komodo – David Vann

Londyn – David Szalay

Wyspa kobiet – Lauren Groff

Wizyta – Katharina Volckmer

Ostatni wywiad – Eshkol Nevo

Strega – Johanne Lykke Holm

Intymności – Lucy Caldwell

Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride

Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride

Dla Rouenny – Sigrid Nunez

Zmagania i metamorfozy kobiety – Édouard Louis

 

2023

Odmawiam myślenia – Lotta Elstad

Elmet – Fiona Mozley

Mleko krew żar – Dantiel W. Moniz

Urugwajka – Pedro Mairal

Andromeda – Therese Bohman

Czy muszę odchodzić? – Yiyun Li

 

2023

Wcale nie jestem taka – Marie Aubert

Fatum i furia – Lauren Groff

Nędza – Andrzej Tichý

Długa odpowiedź – Anna Hogeland

W lasach ludzkiego serca – Antje Rávik Strubel

Zmiana – Édouard Louis

Dostatek – Jakob Guanzon

Lapvona – Ottessa Moshfegh

Ptaki – Samanta Schweblin

 

2024

Słabsi – Sigrid Nunez

Eileen – Ottessa Moshfegh

Ostatni dzień na Ziemi – David Vann

Szczegóły – Ia Genberg

Fuga – Lauren Groff

Miałam tak wiele – Trude Marstein

Soho – Fiona Mozley

Zaproszona – Emma Cline

System – Amanda Svensson

Niewidzialni – Pajtim Statovci

Psychiatrzy i masażyści – Arnon Grunberg

Na czworakach – Miranda July

Dzikie bezkresy – Lauren Groff

Lot – Lynn Steger Strong

 

2025

Śmierć w jej dłoniach – Ottessa Moshfegh

Metry na sekundę – Stine Pilgaard

Gdzie indziej – Yan Ge

Nie jesteśmy tu dla przyjemności – Nina Lykke

Stan raju – Laura van den Berg

Goście – Agnes Ravatn

Tłusty róż – Fernanda Trías

 

2025

Teo od 16 do 18 – Raluca Nagy

Góra prawdy – Therese Bohman

Wonderland – Hanna Nordenhök

Siedem pustych domów – Samanta Schweblin

 

2026

Wymieranie Ireny Rey – Jennifer Croft