Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
125 osób interesuje się tą książką
Po śmierci mamy June trafia do miejsca, które nigdy nie miało stać się dla niej domem. Do ojca, którego prawie nie zna. Do kobiety próbującej zostać częścią jej życia. I do chłopaka traktującego obecność June tak, jakby była problemem.
Hunter okazuje się arogancki. Zamknięty. Zbyt pewny siebie. I jest ostatnią osobą, z którą June powinna spędzać wakacje.
Jedno lato.
Jedna przeprowadzka.
Jedna rodzina, która stara się udawać, że wszystko da się naprawić. Tylko że nie wszystko można naprawić…
To lato miało być tylko przeczekaniem. Tymczasowym rozwiązaniem. Ucieczką…
June skrywa sekret, który może zniszczyć wszystko. A kiedy przeszłość upomni się o swoje, okaże się, że nie każda rana jest w stanie się zagoić, nie każdą stratę da się wybaczyć i nie każdą miłość można ocalić.
Bo niektóre lata zostają z nami na zawsze. Nawet jeśli były tymi ostatnimi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 323
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ostatnie lato, które było nasze
DAGMARA JAKUBCZAK
Dla wszystkich, którzy musieli nauczyć się żyć
bez kogoś, kto był ich całym światem.
I dla tych, którzy udają, że to w porządku.
Ta książka porusza trudne i emocjonalnie wymagające tematy. Zawiera opisy nieuleczalnej choroby, straty bliskiej osoby oraz żałoby. Pojawiają się również treści o charakterze erotycznym, a zachowania między bohaterami bywają skomplikowane i niezdrowe.
Jeśli któryś z tych tematów jest dla Ciebie szczególnie trudny, odłóż lekturę na później.
Nie wszystko w tej powieści jest dobre.
Nie wszystko jest właściwe.
Ale wszystko ma znaczenie.
Ludzie myślą, że mają czas. Wiele rzeczy odkładamy na później, naiwnie wierząc, że będzie nam dane doświadczyć wszystkiego, co świat ma do zaoferowania. Ale prawda jest taka, że dane jest nam zobaczyć jedynie określoną liczbę wschodów i zachodów słońca, a każdy kolejny oddech przybliża nas do śmierci. Uśmiechy, łzy, pocałunki… one również mają swoją datę ważności.
Ludzie myślą, że śmierć jest jak burza. Huragan, który zrywa się nagle i sieje spustoszenie tak wielkie, że czujesz jej obecność w każdej cząsteczce swojego ciała. Że uderza gwałtownie i rozrywa cię na tysiące maleńkich kawałków.
Ale to nieprawda.
Śmierć jest inna. Przebiegła, spokojna… cicha. Przychodzi wraz z nadejściem lata. Wtapia się w zapach kwitnących truskawek i ciepłego deszczu. Skrywa się w cieniu długich wieczorów, które udają, że będą trwały wiecznie. Zakorzenia się w gorących promieniach słońca, muskających twoją skórę w upalny dzień, jakby tym sposobem chciała ci przypomnieć o swojej obecności. Powiedzieć, że odliczanie już się rozpoczęło.
Mam na imię June.
To zabawne, że mama nazwała mnie miesiącem zwiastującym początek lata. Miałam być symbolem ciepła, wakacji i beztroski, ale nikt nie pomyślał, że wszystko to kiedyś się skończy. Że lato, na które każdego roku tak niecierpliwie czekam, okaże się jednym z moich ostatnich. Że wszystko, co odkładam na później, już nigdy nie nadejdzie.
Czerwiec niesie ze sobą nadzieję. Nadzieję, że jeszcze mam czas. Chłodne poranki okraszone rosą przypominają mi, że wciąż tu jestem.
Lipiec wydaje się krótszy. Słońce praży nieubłaganie, jakby sprawdzał, czy jeszcze mam siłę.
Sierpień przemyka między palcami niczym ziarnka sypiącego się piasku. Ulatuje wraz z odchodzącym latem.
Wrzesień czeka tuż za rogiem. Jesień nadejdzie, nim z drzew opadną wszystkie liście, a razem z nimi… ja.
Wakacje się skończą.
Czerwiec się skończy.
Ja… też się skończę.
June
Nie pamiętam momentu, w którym zgodziłam się tutaj przyjechać. Wprawdzie nie pamiętam niczego z ostatnich trzech tygodni. W mojej głowie wciąż wybrzmiewają słowa lekarzy informujące mnie, że moja mama nie żyje. Że odeszła i już nigdy jej nie zobaczę. Po tej informacji świat przestał być tym samym miejscem.
Wciąż to do mnie nie dociera. Nie wierzę, że jej już nie ma, a ja… zostałam sama. Sama w świecie, którego nie rozumiem. Sama z czymś, co każdego dnia odbiera mi siły.
Wiedziałam, że mój czas jest policzony. Lekarze próbowali dawać mi złudną nadzieję, ale niektóre rzeczy po prostu się czuje. A ja widziałam to w ich oczach. Widziałam, że kłamią.
Nie chciałam marnować ostatnich wspomnień na białe, sterylne sale i jasne jarzeniówki. Nie chciałam, żeby mama zapamiętała mnie… taką. Nie chciałam być cieniem osoby, którą byłam.
Chciałam pozostać sobą do samego końca. Chciałam przeżyć życie na własnych zasadach. Ale teraz, kiedy ona odeszła, to już nie ma żadnego znaczenia.
Wszystko mi jedno.
Czasami nadal się łudzę, że zadzwoni. Że wróci z pracy i będzie mnie strofować za nieposprzątany pokój, na co ja w odpowiedzi przewrócę oczami. Że rozłożymy się wieczorem na kanapie z wielką miską popcornu i po raz dziesiąty włączymy „Przyjaciół”.
Hamulce piszczą, gdy autobus zwalnia. Opuszczam pojazd, zarzucając na ramię ciężki plecak. To zabawne, że udało mi się upchnąć moje niemal osiemnastoletnie życie w jeden bagaż.
Świeże górskie powietrze zalewa mi płuca. Przez chwilę stoję na chodniku, jakbym szukała w sobie siły, by zrobić krok naprzód. By stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, który mnie porzucił.
Wyjmuję telefon i wklepuję w nawigację zapisany wcześniej adres. Moje nowe życie czeka zaledwie dwieście metrów dalej, ale to ani trochę nie napawa mnie optymizmem. Najchętniej zawróciłabym do rodzinnego Fillmore i zaszyła się tam na całe lato. Lecz prawda jest taka, że według systemu jestem zbyt młoda, żebym mogła o sobie decydować, dlatego woleli, bym trafiła do człowieka, który przez ostatnie lata miał mnie gdzieś.
Obrzeża Salt Lake City wydają się spokojne. Domy wyglądają niemal identycznie. Pokryte czerwoną cegłą elewacje perfekcyjnie komponują się z zadbanymi trawnikami i wysokimi, białymi oknami. Idę wzdłuż betonowych płyt chodnika. Po drodze mijam starszą panią, która uśmiecha się przyjaźnie na mój widok. Prowadzi na smyczy rudego jamnika, a ten zatrzymuje się przy prawie każdym drzewie rosnącym równolegle do ulicy.
Raz po raz spoglądam na ekran telefonu, sprawdzając, czy zmierzam w dobrym kierunku. Serce bije mocno w rytm stawianych kroków. Kiedy docieram pod właściwy adres, zamieram. Zatrzymuję się pośrodku chodnika i patrzę na budynek. Miejsce, które przez najbliższe miesiące ma stać się moim tymczasowym domem.
Ojciec wierzy, że zamieszkam z nim do czasu osiągnięcia pełnoletniości. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że prawdopodobnie to się nigdy nie stanie, ale chciałam, żeby tak myślał. W końcu do tej pory nie interesował się zbytnio moim życiem, więc co to zmieni?
Po raz kolejny upewniam się, że jestem pod dobrym adresem, ale dom przed moimi oczami niemal wykrzykuje jego imię. Każda cegła na elewacji zdaje się leżeć we właściwym miejscu. Trawnik jest równiutko przystrzyżony, a dziecięcy rowerek stoi oparty o bramę garażową. Wygląda zbyt idealnie. Zbyt spokojnie. Zbyt… rodzinnie.
Dokładnie tak go sobie wyobrażałam. Przestrzeń, w której nie ma miejsca na błędy przeszłości. W której nie ma miejsca dla mnie.
– June? – Głos ojca wyłania się szybciej, niż dostrzegam jego sylwetkę. – Miałaś do mnie zadzwonić. Wyszedłbym po ciebie.
Powoli wychodzi z lewej strony budynku. Ma na sobie ciemne dżinsy i białą, brudną od smaru bluzkę. Idzie w moją stronę, wycierając ręce o szmatkę.
– Chciałam się przejść – mówię bez emocji.
Zbliża się do mnie. Dostrzegam w nim zakłopotanie, jakby sam nie miał pewności, jak powinien się zachować. W końcu, nie licząc pogrzebu mamy, nie widzieliśmy się od kilku dobrych lat.
– Jak minęła podróż? – pyta, zabierając ode mnie plecak.
– Męcząca – odpowiadam krótko. – Nigdy nie lubiłam autobusów.
W moim głosie słychać wyrzut, bo gdyby był obecny w moim życiu, wiedziałby zarówno o tym, jak i innych jego aspektach.
– Proponowałem, że po ciebie przyjadę. – Powoli ruszamy w kierunku domu. – Jesteś uparta jak twoja mama.
Na jej wspomnienie staję w miejscu. Otwieram szerzej oczy i patrzę na niego pustym wzrokiem. Dopiero po chwili dociera do niego, co się stało. Przymyka powieki i wzdycha przeciągle.
– Przepraszam, June. Nie powinienem tego mówić.
Zaciskam palce w pięści w kieszeni bluzy.
– Nie powinieneś był robić wielu rzeczy – wyrzucam z żalem, po czym go wymijam.
Jeszcze nawet nie przekroczyłam progu, a już mam go dość. Ojciec dogania mnie i w ciszy otwiera drzwi. Zachęca, bym weszła pierwsza, co przychodzi mi z trudem. Dom wypełnia obcy zapach. Ściany zdobią dziesiątki zdjęć, ale na żadnym z nich nie ma mnie. Jakbym nigdy nie istniała.
– Emily przygotowała dla nas obiad. Wróci z pracy za około godzinę, ale możemy zjeść już teraz, jeśli jesteś głodna.
Rozglądam się po wnętrzu. Jest czyste, urządzone z miłością i wydaje się, jakby każdy przedmiot miał tu swoje miejsce. To całkowite przeciwieństwo chaosu, który kochałyśmy z mamą. Nasz dom był zbieraniną wielu różnych, często niepotrzebnych rzeczy. Może to właśnie stanowiło powód, dla którego nas zostawił.
– Nie jestem – oznajmiam krótko.
Wyczuwam zmieszanie ojca. Nie potrafi nawet ze mną rozmawiać.
– Pokażę ci twój pokój – dodaje wyraźnie zrezygnowany.
Prowadzi mnie drewnianymi schodami na górę. Stopnie trzeszczą pod ciężarem stawianych kroków, jak gdyby nawet one nie mogły znieść mojej obecności. Coraz mniej chcę tu być.
– Proszę. – Otwiera drzwi, za którymi znajduje się pokój. Zwykły, znacznie odbiegający od pozostałych pomieszczeń. – Nie wiedziałem, jaki lubisz kolor, więc zostawiłem białe ściany. Możemy go później urządzić tak, jak będziesz chciała.
Zduszam w sobie irytację. Gryzę się w język, żeby nie powiedzieć za dużo. Oczywiście, że nie wie, jaki jest mój ulubiony kolor. Nie domyślił się tego nawet po kolorze mojego plecaka, bluzy i butów. W końcu to wymagałoby od niego choć odrobiny zainteresowania, a na to przecież nie zasługuję.
– Dziękuję.
Między nami wisi tak gęsta atmosfera, że aż trudno mi oddychać.
– Łazienka znajduje się na końcu korytarza. Jest wspólna. Tutaj, na piętrze mieszczą się też sypialnie Charlie i Huntera – tłumaczy, jakby właśnie przedstawiał mi ofertę na kupno domu. – Ale myślę, że jakoś się dogadacie.
Śmieje się krótko, lecz szybko poważnieje, widząc wyraz mojej twarzy. Naprawdę chciałabym darzyć go zupełnie innymi uczuciami, ale nie umiem. Nie po tym, co nam zrobił. W jaki sposób nas zostawił. Jak szybko o nas zapomniał i założył nową rodzinę.
– Z pewnością. – Zmuszam się do sztucznego uśmiechu.
Ojciec drapie się po głowie i odkłada mój lawendowy plecak na łóżko. Niepewnym wzrokiem rozgląda się po sypialni.
– Rozgość się i rozpakuj. Zawołam cię, gdy wszyscy wrócą. – Podchodzi do drzwi. – Zjemy razem obiad.
Odpowiadam mu ledwo zauważalnym skinieniem, po czym wreszcie zostaję sama. Patrzę na puste ściany, idealnie posłane łóżko i biurko, przy którym nie będę miała szansy się uczyć. Siadam na miękki materac i wyjmuję z plecaka zdjęcie mamy. Przykładam palce do szkła w nadziei, że pozwoli mi to na nowo poczuć jej obecność. Przymykam powieki i wyobrażam sobie dotyk jej ciepłej skóry. Kwiatowy zapach perfum na powrót pojawia się w moich nozdrzach, niosąc ze sobą miłe wspomnienia. Rzeczywistość jednak szybko mnie odnajduje i znów czuję rozdzierający w sercu ból. Muszę pogodzić się z faktem, że pozostanie ona wyłącznie w mojej głowie.
Tęsknię za nią, a jednocześnie jestem wściekła, że zostawiła mnie samą. Pozwoliła, bym wróciła do ojca, który nawet nie kryje się z tym, że moja obecność go przytłacza. Udaje troskliwego tatusia, ale prawda jest taka, że robi to tylko z powodu własnego nazwiska na moim akcie urodzenia. Nie ma w tym za grosz ojcowskiego instynktu, nie mówiąc już o jakiejkolwiek miłości.
Kładę się na łóżku, przyciskając do piersi ramkę ze zdjęciem. Oczy wypełniają mi się łzami. Przez ostatnie tygodnie wylałam ich całe morze i miałam złudną nadzieję, że wreszcie się wyczerpią.
Przecież wszystko kiedyś ma swój koniec.
June
Z dołu dobiegają żywe rozmowy, raz po raz przerywane dziecięcym śmiechem. Z mocno bijącym sercem schodzę do jadalni. Zgodnie z obietnicą ojciec zawołał mnie na obiad, ale długo zwlekałam z zejściem na parter. Chyba podświadomie bałam się zobaczyć ich idealnie poukładane życie.
Pomieszczenie wypełnia zapach jedzenia. Przystaję w progu i przyglądam się kobiecie, która zajęła miejsce mamy. Nie chcę oceniać jej pochopnie i od razu stawiać w złym świetle, bo to nie ona od nas odeszła, ale nie potrafię wydobyć z siebie żadnych pozytywnych odczuć. Mam jej za złe, że weszła z butami w nasze życie i pozbawiła mnie ojca, którego jako dziesięcioletnia dziewczynka tak bardzo potrzebowałam. Wiem, że w dużej mierze to także jego wina i jego decyzja, ale nadal trudno mi spojrzeć na nią przychylniej.
Kobieta śmieje się w odpowiedzi na coś, co powiedział tata, tym samym ukazując rządek śnieżnobiałych zębów. Jej ciemne, sięgające ledwo do łopatek falowane włosy idealnie kontrastują z oliwkową skórą. Wygląda naturalnie, pięknie i odrobinę egzotycznie. Może właśnie to przyciągnęło do niej mojego ojca. Mama była raczej słowiańskiej urody, nieco pospolitej, ale także nie mogła narzekać na zainteresowanie.
– Och, June. – Ojciec odrywa się od intensywnej rozmowy, przez co oczy wszystkich przy stole skupiają się na mnie. – Siadaj.
Wskazuje na dostawione do stołu krzesło. Nawet zwyczajny mebel zdaje się ze mnie drwić, że to nie jest ani moje miejsce, ani mój dom. A już tym bardziej rodzina.
To jak uderzenie w twarz.
Robię niepewny krok do przodu. Nie wiem, jak powinnam się zachować. W końcu nie znam tych ludzi.
– Dzień dobry – witam się nieśmiało, patrząc na odrobinę zakłopotaną kobietę i siedzącą po jej prawej stronie dziewczynkę. – Smacznego.
– Dziękujemy – odpowiada Emily z uśmiechem. – Siadaj i jedz, bo zaraz wszystko wystygnie.
Kiwam głową. Na talerzu czeka na mnie gotowany kurczak z ryżem i warzywami. Biorę do ręki widelec i wbijam go w kawałek brokułu, czując na sobie czyjeś spojrzenie.
– Ty jesteś June? – pyta dziewczynka, której głowa ledwo wystaje nad blat stołu.
– Tak – odpowiadam z wyuczonym uśmiechem.
Nigdy wcześniej nie czułam takiego skrępowania.
– Dlaczego masz takie dziwne imię?
– Charlie! – strofuje ją matka.
Dziewczynka wzrusza ramionami i przybiera na twarz wyraz niewiniątka.
– No co? Czerwiec to miesiąc. Nie poznałam jeszcze nikogo z takim imieniem.
– To nic takiego – dodaję łagodnie, nie chcąc wprowadzać jeszcze większego napięcia.
Ojciec spogląda na swoją partnerkę znaczącym wzrokiem. Staram się nie zwracać na nich uwagi, ale nie potrafię pozbyć się wrażenia, że moja obecność ich krępuje. Gdy tylko weszłam do pomieszczenia, ich radosna rozmowa urwała się w ułamku sekundy.
– To prawda, że jesteśmy siostrami?
Charlie to biologiczna córka mojego ojca. Emily ma jeszcze starszego syna z poprzedniego związku, ale nawet nie wiem, jak wygląda. Nie ma go też przy stole. Wcześniej ani trochę nie interesowało mnie ich poukładane życie, więc nie zagłębiałam się w szczegóły.
– Chyba tak – mamroczę lekko zdenerwowana. Cała ta sytuacja nie jest dla mnie komfortowa.
Dziewczynka piszczy głośno jako wyraz radości.
– Zawsze chciałam mieć siostrę – wyznaje, zerkając na rodziców. – Ale mama i tata powiedzieli, że nie chcą więcej dzieci.
– Masz już brata, skarbie – dodaje Emily, po chwili odnajdując mnie wzrokiem. – Siostrę też.
Uśmiecham się słabo.
– Hunter to dupek.
– Charlie! – upominają ją oboje.
Tłumię w sobie śmiech. Chyba polubię to dziecko.
– No co? – Krzyżuje ręce na piersi. – Nie pozwala mi bawić się w swoim pokoju. Ani do niego wchodzić. Nic nie mogę.
– Twój brat jest już prawie dorosły. I każdy z was ma swój własny pokój, w którym może robić, co chce.
– Nawet rysować po ścianach? – Jej oczy stają się większe.
Emily mruży oczy i wyciąga palec w kierunku córki.
– Nie przeginaj.
Charlie wywija wargę na wierzch i wraca do jedzenia obiadu.
– No właśnie – wtrąca ojciec i upija łyk soku ze szklanki. – A Hunter gdzie się podziewa?
Kobieta wzdycha zrezygnowana. Wygląda, jakby syn spędzał jej sen z powiek.
– Miał wrócić kwadrans temu. Dzwoniłam, ale nie odbiera.
Dokładnie w tym momencie drzwi wejściowe się otwierają i po chwili zamykają z hukiem. Wzdrygam się, lecz nie odwracam za siebie.
– A ty dokąd? – pyta ojciec, patrząc w kierunku schodów. – Obiad stygnie.
– Nie jestem głodny – odpowiada chłopak.
Słyszę, jak wbiega po schodach na górę. Czuję na plecach zimny powiew wiatru, jakby przyniósł go ze sobą. Kończę jedzenie, mimo że przychodzi mi to z trudem. Żołądek wciąż mam ściśnięty z emocji. Staram się nie zwracać uwagi na rozmowy przy stole. Odnoszę wrażenie, że tu nie pasuję.
– Dziękuję. – Zaczynam zbierać naczynia.
– Zostaw to, June – prosi łagodnie Emily. – Ja pozmywam.
– To żaden problem.
– Dzisiaj jest kolej mamy – wtrąca Charlie. – Mamy na lodówce listę, kto zmywa, a kto wynosi śmieci. Tato, dopiszemy do niej June?
Tato. Przez to jedno krótkie słowo targa mną ogrom tak silnych i różnorodnych emocji. Patrzę na ojca, a ten przygląda się dziewczynce w sposób, jakiego dawno nie widziałam. W jaki kiedyś patrzył na mnie, zanim postanowił zapomnieć, że istnieję.
– Pozwólmy June najpierw się zadomowić, zgoda?
Charlie energicznie kiwa głową. Raz jeszcze dziękuję za posiłek, po czym uciekam do pokoju, który ma być mój. Ma być, bo nadal nie czuję, jakby mogła go tak traktować. I nie jestem pewna, czy kiedykolwiek się to zmieni.
Zanim ponownie zaszyję się w sypialni, muszę najpierw skorzystać z toalety. Patrzę na cztery pary takich samych drzwi i szukam w głowie podpowiedzi, które z nich miały prowadzić do łazienki. Otwieram te znajdujące się na samym końcu korytarza. Robię krok do środka, lecz nic nie mogło mnie przygotować na widok, jaki zastałam.
– Serio? – Chłopak unosi brew. Mokre, nieco dłuższe włosy przykleiły mu się do czoła. – Pukanie nie wymaga jakichś specjalnych umiejętności.
Moje policzki w ułamku sekundy czerwienieją. Hunter stoi przede mną kompletnie nagi. Nie zasłania się, jakby moja obecność nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.
– J-ja… – jąkam się, zamiast odwrócić i wyjść, jak zrobiłby to każdy na moim miejscu. – Przepraszam.
Odnoszę wrażenie, że stopy przykleiły mi się do mokrej podłogi. Chłopak powoli sięga po ręcznik i owija go wokół bioder. Mięśnie napinają się z każdym ruchem jego ciała. Zachowuje się tak, jakby nie miał za grosz wstydu.
A ja za chwilę się z niego spalę.
– Zawsze robisz takie wejście czy tylko dla mnie? – pyta arogancko z ledwo zauważalnym uśmieszkiem.
Mija mnie w przejściu, ramieniem zahaczając o moje. Dopiero wtedy otrząsam się i nabieram powietrza w płuca. Kiedy zostaję sama, zamykam za sobą drzwi i upewniam się, że przekręciłam klucz.
Wracam do sypialni po kilku minutach. Zrobiło mi się ciepło, a policzki wciąż palą mnie z gorąca. Zdejmuję bluzę, chcąc włożyć coś lżejszego, gdy słyszę, że drzwi do pokoju się otwierają.
– Ups. Przepraszam.
Udawane zaskoczenie dociera do mnie zza pleców. Odruchowo przykładam bluzę do piersi, chcąc zakryć koronkowy stanik. Gwałtownie odwracam się za siebie.
To on.
Znowu.
Hunter stoi w progu z ręką na klamce. Na jego twarzy błąka się pełen rozbawienia uśmiech. Na szczęście zdążył już włożyć na siebie ubrania, ale jego widok sprawia, że na nowo czuję konsternację.
– Myślałem, że to mój pokój.
Krew zastyga mi w żyłach. Ten chłopak jest dużo bardziej wkurzający, niż przypuszczałam.
– Serio? – wyrzucam z irytacją. – Masz problem z orientacją we własnym domu?
Wzrusza ramionami, ale się nie wycofuje. Jakby to wszystko zaplanował.
– Wszystkie drzwi wyglądają identycznie. – Znów ten uśmiech. – Nietrudno o pomyłkę.
Na sekundę przymykam powieki.
– Wyjdź.
– To mój dom.
– Ale mój pokój. – Zaciskam palce na materiale bluzy. – I przestań tak na mnie patrzeć.
Chłopak przestępuje z nogi na nogę.
– Czyli jak? – Unosi brew.
– Jakbyś właśnie wygrał na loterii.
Kącik jego ust drga, lecz po chwili wykrzywia je w grymasie niezadowolenia.
– Stać mnie na lepsze nagrody.
Przewracam oczami. Stanowczym krokiem podchodzę do drzwi. Łapię za skrzydło, gotowa nim mocno trzasnąć, lecz on mi to uniemożliwia.
– Pukanie nie wymaga specjalnych umiejętności – cytuję jego słowa.
– To dlaczego niemal wpakowałaś mi się pod prysznic?
Na sekundę przymykam powieki. Czuję narastające we mnie rozdrażnienie.
– To był przypadek – syczę przez zęby. – Ale ty za to wyglądałeś, jakbyś właśnie na to czekał.
– Nie chciałem być nieuprzejmy. – Wreszcie ustępuje i robi krok w tył. – Chciałem pozwolić ci się napatrzeć.
Mierzę go spojrzeniem, które powinno go spalić na miejscu.
– Gdybyś jeszcze miał się czym pochwalić, to być może byłabym w stanie cię zrozumieć.
Przygryza wargę, tłumiąc głupkowaty uśmiech. Przesuwa wzrokiem w dół mojego ciała, a ja czuję, jak policzki znowu zaczynają mnie piec.
Ze złości.
Tak, na pewno ze złości.
– To dlaczego się czerwienisz?
– Bo mnie wkurzasz – rzucam lodowato. – Wyjdź.
Tym razem nic mnie nie powstrzymuje. Z hukiem zamykam drzwi, jakbyśmy właśnie wypowiedzieli sobie wojnę.
Hunter
Drzwi trzaskają tak mocno, że aż ściana zaczyna drżeć. Uśmiecham się, gdy zyskuję pewność, że mnie nie widzi. Przez chwilę stoję w bezruchu i patrzę na skrzydło, jakby zaraz miała je ponownie otworzyć i rzucić kolejną ripostą. Tak szczerze, to nawet liczę, że to zrobi. Ze złością jej do twarzy.
Przeczesuję palcami wciąż wilgotne włosy i wracam do swojego pokoju. Wkładam szarą bluzę z kapturem i buty, po czym zbiegam na parter. W kuchni zgarniam leżące na blacie jabłko.
– Spóźniłeś się – zauważa poważnym tonem Mike.
Stoi w progu z rękami skrzyżowanymi na piersiach, jakby tylko czekał na wygłoszenie kazania.
– Miałem trening – odpowiadam, wgryzając się w twarde jabłko.
– Prosiłem cię o jedną rzecz. – Robi krok do środka. – Powinieneś wrócić punktualnie.
– Wróciłem.
– O której?
Patrzę na niego z obojętnością. Naprawdę nie wiem, o co mu chodzi.
– Przecież nic się nie stało.
– Stało się. – Kręci głową. – Dzisiaj przyjechała do nas June.
– Do ciebie – poprawiam go od razu. – Ja nikogo nie zapraszałem.
– Jest częścią rodziny.
Parskam gorzkim śmiechem. Przez ostatnie lata nawet o niej nie wspomniał, a teraz nagle zachciało mu się zgrywać troskliwego tatusia.
– Od kiedy? – rzucam z rozbawieniem. – Nie przypominam sobie, żebyś wcześniej się nią interesował.
Mijam go w przejściu i kieruję się do wyjścia.
– A ty dokąd?
Chwytam za klamkę.
– Umówiłem się z kumplem.
– Nigdzie nie idziesz. – Mike zatrzaskuje mi drzwi przed twarzą.
Prycham pod nosem.
– Nie jestem już dzieckiem. Nie muszę pytać cię o pozwolenie.
Mierzymy się wzrokiem.
– Dopóki mieszkasz pod moim dachem, masz się mnie słuchać.
Potrząsam głową. Przez obecność tej dziewuchy kompletnie mu odbiło.
– To dom mamy – przypominam mu ostro. – A ty jesteś tutaj takim samym intruzem jak ona.
Jego szczęki się napinają. Nie chodzi o to, że go nie lubię, bo naprawdę spoko z niego gość, ale nie pozwolę sobą rządzić. Nie w taki sposób. Nie przez nią.
– Hunter! – Głos mamy wyłania się zza rogu. – Masz w tej chwili przeprosić Mike’a.
Kobieta zbliża się do nas i również krzyżuje ręce. Staje obok partnera, a wtedy oboje chcą mnie zgromić samym spojrzeniem.
W końcu Mike wydaje z siebie zrezygnowane westchnienie.
– Chciałem tylko, żebyś poznał się z siostrą.
– Mam już siostrę – przypominam z irytacją. – I ma na imię Charlie.
Odwracam się, a następnie gwałtownie otwieram drzwi. Idę przed siebie, nie zważając na nawoływania mamy. Powietrze na zewnątrz jest chłodniejsze, niż się spodziewałem. Wyjmuję z kieszeni telefon i piszę do kumpla.
Hunter: Będę za dziesięć minut.
Jackson: Sam?
Hunter: A niby z kim?
Jackson: Myślałem, że chcesz się pochwalić nową siostrą.
Rozdrażnienie na nowo we mnie narasta, ale staram się je ignorować. Zamiast tego udaję, że nie wiem, co ma na myśli.
Hunter: Charlie już znasz. I jest dla ciebie za młoda.
Jackson: Nie mówię o niej. Mam na myśli tę drugą. Starszą.
Hunter: Nie jest moją siostrą.
Jackson: Czyli mam zielone światło? Widziałem jej profil na Instagramie. Jest naprawdę ładna.
Przez chwilę gapię się w ekran i zastanawiam nad odpowiedzią.
Hunter: Jakim cudem tak szybko ją znalazłeś? Ledwo się wprowadziła.
Na ekranie pojawiają się trzy podskakujące kropeczki, ale wiadomość nie przychodzi od razu.
Jackson: Przecież wiesz.
Zatrzymuję się w pół kroku. Dobrze mi znany ucisk przybiera na sile. Nie lubię wracać do tamtego dnia. Najchętniej wymazałbym go z pamięci.
Hunter: Będę za chwilę.
Chowam telefon do kieszeni. Truchtam w kierunku boiska do koszykówki, na którym spędzamy większość czasu. O tej porze jest jeszcze opustoszałe, ale za jakąś godzinę będzie roiło się na nim od spragnionych nocnego życia nastolatków. Siadam na trybunach, po czym wyjmuję z kieszeni paczkę fajek. Mama by mnie zabiła, gdyby wiedziała, że palę.
– Widziałeś się z nią?
Jackson wskakuje na siedzenie obok. Częstuję go papierosem.
– Z kim?
Chłopak się śmieje.
– Nie udawaj. – Zaciąga się szlugiem i oddaje mi zapalniczkę. – Chodzi mi o tę nową gorącą laskę w twoim domu.
– Nie jest gorąca.
– Nie? – Unosi brew. – To dlatego jarasz, jakbyś chciał spalić filtr razem z płucami?
Zerkam na papierosa. Cholera, ma rację. Gaszę peta na betonowej płycie, po czym depczę go butem.
– Zamknij się. Miałem zły dzień.
– Zły dzień pod tytułem „nowa gorąca laska za ścianą”?
Przymykam powieki. Z trudem panuję nad wybuchem.
– O co ci chodzi?
Jackson uśmiecha się wymownie i wzrusza niewinnie ramionami.
– O to, że masz pod dachem całkiem niezły towar i udajesz, że nie robi to na tobie żadnego wrażenia.
Sięgam po puszkę z piwem, które przyniósł ze sobą.
– Bo nie robi.
– Nigdy nie umiałeś kłamać. – Spala papierosa i wyrzuca go za siebie. – Ale skoro ty nie jesteś zainteresowany, ja się nią chętnie zajmę.
Upijam duży łyk w nadziei, że zagłuszy on rozdrażnienie wywołane bezpodstawnymi zarzutami kumpla.
– To tymczasowe rozwiązanie. Ona za niecałe trzy miesiące wyjedzie.
Patrzy na mnie z zadowoleniem.
– No właśnie. – Uśmiecha się przebiegle i również sięga po alkohol. – Tymczasowe jest najlepsze. Bez żadnych wielkich deklaracji. Po prostu trzy miesiące i żegnaj.
Parskam krótkim śmiechem.
– Jesteś obrzydliwy.
– A ty niby nie? Zeszłego lata zrobiłeś to samo. Zabawiłeś się z wnuczką Milesów, a kiedy wakacje się skończyły, pozwoliłeś jej wrócić do domu, jakby nic się nie wydarzyło.
Przecieram twarz dłonią na to wspomnienie. April była naprawdę ładna, a ja mam słabość do ładnych lasek. Ale nigdy nie obiecałem jej, że między nami może wydarzyć się coś więcej. Cóż, przynajmniej ja tak to pamiętam. Ona jeszcze przez wiele tygodni wypisywała do mnie, licząc, że może jednak zmienię zdanie.
Aż w końcu zablokowałem jej numer.
– Mam nadzieję, że w tym roku odpuści sobie wizytę u dziadków. – Zerkam na kumpla. – Stary Miles wciąż patrzy na mnie tak, jakby chciał mi urwać jaja.
– Dziwię się, że jeszcze tego nie zrobił. – Upija spory łyk piwa. – To jak będzie? Mogę zaopiekować się twoją seksowną siostrzyczką? – Porusza zabawnie brwiami.
Kręcę głową. Skupiam wzrok daleko przed sobą.
– Nie jest seksowna. Jest wkurzająca.
– Zbyt często to powtarzasz. – Szturcha mnie ramieniem. – Czyli coś jest na rzeczy.
Na sekundę przymykam powieki. Mimo że jest moim kumplem, czasami mam ochotę mu strzelić w pysk.
– Zaczynasz mnie drażnić.
Jackson wybucha głośnym śmiechem. Nie mam pojęcia, co go tak bawi.
– Rozmawiałeś z nią?
– Chwilę. Wpakowała mi się do łazienki.
Chłopak omal nie krztusi się piwem. Wypluwa alkohol na ziemię, po czym posyła mi rozbawione spojrzenie.
– To dlatego jesteś taki podenerwowany. Martwisz się, że twój penis nie zrobił na niej żadnego wrażenia.
Odruchowo uderzam go w tył głowy.
– Zamknij się.
Jackson śmieje się jeszcze głośniej.
– Nie wiedziałem, że jest aż tak źle.
– Bo nie jest. – Zaciskam zęby. – Mój kutas ma się świetnie.
– Z pewnością ma już dość twojej ręki.
– Chcesz mi użyczyć swojej? – pytam złośliwie.
Unosi ręce w geście kapitulacji.
– Ja nie, ale… June? – Porusza brwiami. – Kto wie.
– Jest moją siostrą, debilu.
Chłopak kolejny raz zanosi się śmiechem.
– Dopiero co upierałeś się, że nią nie jest.
Poddaję się. Nie mam już siły prowadzić tej bezsensowej konwersacji. Przeskakuję przez krzesełka na trybunach i wbiegam na boisko. Biorę do ręki piłkę od kosza i odbijam ją kilka razy o ziemię.
– Grasz? – Mój głos zdradza frustrację.
– Może June chciałaby z nami pograć? No wiesz. – Wstaje i powoli zmierza w moją stronę. – Trochę przysiadów, trochę skłonów. Jej tyłek pewnie zajebiście wygląda w legginsach.
Zaciskam palce w pięści. Nie zniosę dłużej tego głupiego pierdolenia. Z całej siły ciskam piłką w jego stronę, ale Jacksonowi udaje się uniknąć uderzenia. W odpowiedzi znowu zanosi się śmiechem.
– Mam cię dosyć – rzucam z wściekłością.
– Rodzina musi się integrować.
Patrzę na niego twardym wzrokiem.
– Wracam do domu.
Odwracam się na pięcie. W środku gotuję się ze złości. Nie chce mi się go dłużej słuchać.
– Hunter! – krzyczy, ale ja nie zwracam na niego uwagi. – Przecież wiesz, że robię sobie jaja.
Nie patrzę już na niego. Zamiast tego pokazuję mu środkowy palec, po czym szybkim krokiem opuszczam boisko. W drodze powrotnej wypalam kolejnego szluga, w żaden sposób nie łagodzi on jednak nagromadzonego we mnie napięcia. Kiedy docieram pod dom i zauważam palące się w salonie światło, postanawiam wejść do środka innym sposobem. Nie chcę natknąć się na mamę ani tym bardziej na Mike’a. Kieruję się więc na tyły budynku, gdzie znajduje się taras, a nad nim mieści się balkon. Wdrapuję się po drewnianym słupku na górę. Robiłem to tyle razy, że nie sprawia mi to już żadnego trudu.
– Wiesz, normalni ludzie używają drzwi. – Jej głos wybrzmiewa gdzieś z cienia. – To taka pionowa klapka do wchodzenia.
Wstrzymuję oddech. Nie byłem przygotowany na kolejną konfrontację. Podciągam się, przerzucam nogi przez barierkę i wskakuję na balkon. June siedzi na leżaku.
– Z reguły powinno się w nie też pukać – dodaję, otrzepując ręce. – A mimo to nie wszyscy o tym pamiętają.
Robię krok do przodu i staram się nie zwracać na nią uwagi. Ona jednak tak łatwo nie odpuszcza.
– Śmierdzisz.
Mimowolnie uśmiecham się pod nosem. Powoli odwracam głowę w jej stronę.
– Brzmisz jak Charlie.
Dziewczyna podnosi się do pozycji siedzącej. Ostatnie promienie zachodzącego słońca padają na jej twarz.
– Fajkami i piwem – oznajmia z wyrzutem. – Twoja mama wie, że palisz?
– Nie twój interes.
Ruszam przed siebie. Muszę znaleźć się jak najdalej stąd. Jak najdalej od niej.
– Mogłoby być niezręcznie, gdyby ktoś jej o tym powiedział. – Powoli wstaje z miejsca i zmniejsza dzielący nas dystans. Czuję kwiatowy zapach.
Zaciskam szczęki. Przekręcam się w stronę June. Jest niższa ode mnie co najmniej o głowę. Przez sekundę tylko mi się przygląda, a później oplata się rękami w pasie, jakby nie mogła znieść mojej obecności.
– Grozisz mi? – pytam cicho.
Głośno przełyka ślinę.
– Ostrzegam.
Prycham pod nosem. Ta dziewczyna drażni mnie jak mało kto.
– Co ty tutaj robisz? – pytam, zamiast po prostu wejść do cholernego pokoju.
– Napawam się świeżym powietrzem. – Lekko przechyla głowę. – Przynajmniej napawałam. A potem przyszedłeś ty i wszystko zepsułeś.
Zaciskam wargi. Milknę na chwilę, bo nagle zabrakło mi słów.
– To mój balkon.
Dziewczyna spogląda na uchylone okno tarasowe prowadzące do jej sypialni. Kilka metrów dalej znajduje się identyczne, za którym mieści się mój pokój.
– Nie wydaje mi się. Jego konstrukcja jasno wskazuje, że to wspólna przestrzeń.
– Przy wszystkich się tak przemądrzasz czy tylko ja jestem wyjątkiem?
– Ty? Wyjątkiem? Przypominasz raczej kogoś, kto nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa.
Uśmiecham się mimowolnie.
– Zbyt pochopnie mnie oceniasz, June.
– Po prostu jestem realistką. – Wzrusza ramieniem. – A ty zwyczajnym egoistą.
Wzdycham przeciągle. Serce mocno wali mi w piersi. Zostawiam ją bez słowa i podchodzę do drzwi. Popycham je raz, ale one ani drgną. Pcham drugi raz, mocniej, ale nadal nie chcą się ruszyć. Jestem przekonany, że zostawiłem je uchylone. Zawsze zostawiam.
– Ups. – Kiedy dociera do mnie cichy chichot, wiem, że to jej sprawka. – Chyba musiałam pomylić pokoje. Wiesz, wyglądają niemal identycznie, a ja strasznie nie lubię przeciągu.
Zaciskam powieki ze złości. Pełen rozbawienia ton June działa na mnie jak zapalnik. Już mam zamiar się do niej odwrócić i pokazać, gdzie jest jej miejsce, ale ona okazuje się szybsza i prędko zamyka się w swoim pokoju.
Przecieram twarz dłonią. To będzie najdłuższe lato w moim życiu.
June
To będzie najdłuższe lato w moim życiu.
Parskam pod nosem. Niektórzy nie zdają sobie sprawy, że nasz czas jest nieograniczony. A ja nie mam zamiaru spędzić ostatnich wakacji na martwieniu się chłopakiem, któremu ego zastąpiło komórki mózgowe.
Wzdycham ciężko. Odpycham się od okna tarasowego i kładę na łóżku. Gapię się w sufit. Sekundę później mój telefon wibruje. Chwytam urządzenie i marszczę brwi, nie rozpoznając numeru.
Otwieram wiadomość. Moim oczom ukazuje się zdjęcie półnagiego, wyrzeźbionego torsu. W pierwszej chwili wmawiam sobie, że to jakaś pomyłka, lecz w następnej kadr pomieszczenia odbijającego się w lustrze wydaje mi się dziwnie znajomy.
Cholera.
To nasza łazienka. Ta sama, w której kilka godzin wcześniej natknęłam się na nagiego Huntera.
Przymykam powieki. Mocniej zaciskam palce na urządzeniu, jak gdyby miało mi zaraz wypaść z ręki.
June: To miało mi zaimponować?
Hunter: A zaimponowało?
June: Ani trochę.
Hunter: Nie wierzę ci.
Potrząsam głową. Szybko wystukuję kolejną wiadomość.
June: Skąd masz mój numer?
Hunter: Sprytnie, ale nie zmieniaj tematu.
June: Nie zmieniam. Po prostu próbuję zrozumieć, po co mi twoje nagie zdjęcia.
Hunter: Nie są nagie.
Hunter: A zdjęcie wysłało się przypadkiem.
June: Marny z ciebie kłamca.
Hunter: Podoba ci się to, co widzisz?
Odruchowo klikam w zdjęcie. Nie wiem, dlaczego wciąż na niego patrzę.
June: Oprócz ego, które ledwo mieści się w kadrze, nie widzę nic, co mogłoby przykuć moją uwagę.
Trzy kropeczki pulsują, lecz nie przychodzi żadna wiadomość. Kiedy już chcę odłożyć telefon, urządzenie ponownie wibruje w mojej dłoni.
Hunter: A jednak nadal na nie patrzysz.
June: Tylko się upewniam.
Hunter: Jasne. Co wywnioskowałaś?
June: Jestem jeszcze bardziej rozczarowana niż wcześniej.
Hunter: Powinnaś wyłączyć autokorektę. Rozpalona brzmi lepiej.
Przewracam oczami.
June: Być może, ale nie tym razem.
Hunter: To dlaczego twoje policzki płoną?
Mimowolnie dotykam palcami twarzy. Skóra jest cieplejsza niż zwykle, ale on po prostu podniósł mi ciśnienie.
Jak za każdym poprzednim razem.
June: Tak działa na mnie przerośnięte ego.
Hunter: Mogę wysłać ci więcej takich zdjęć.
June: Żebym miała koszmary?
Hunter: Żebyś zmieniła zdanie.
June: Twoje niedoczekanie.
Hunter: Wiesz, June, większość dziewczyn chciałaby być teraz na twoim miejscu.
Zaciskam usta.
June: Czujesz to?
Hunter: Co?
June: Megalomania. Dociera gdzieś zza ściany. To od ciebie, prawda?
Hunter: Nie musisz być niemiła. Rodzina powinna się wspierać.
June: Jestem po prostu szczera. A ty zbyt pewny siebie. Ktoś musi sprowadzić cię na ziemię.
Hunter: To dlaczego wciąż ze mną piszesz?
June: Dobre pytanie. To chyba przez grzeczność.
Hunter: A może nie potrafisz przestać?
June: Właśnie to robię. Dobranoc, Hunter.
Hunter: Dobranoc.
Hunter: Postaraj się za dużo o mnie nie śnić.
Po raz kolejny przewracam oczami i odkładam telefon na szafkę. Nie wiem, jak ja to zniosę. Już sam przyjazd tutaj kosztował mnie wiele nerwów, a w dodatku Hunter wydaje się kimś, kto z wielką przyjemnością zamieni ostatnie lato w moim życiu w prawdziwy koszmar.
Nie mogę się tego doczekać…
***
Kolejny dzień spędzam w większości w swoim pokoju. Ojciec zajrzał tu przed południem, by upewnić się, że wszystko gra, ale ta udawana troska już na mnie nie działa. Wiem, że robi to wyłącznie z litości. Żal mu mnie, ale nie dlatego, że jestem jego córką. Żal mu dziewczyny, która straciła matkę i… została z tym całkiem sama.
Próbowałam się tu jakoś urządzić. Próbowałam zaaranżować swój nowy pokój, by jakoś znieść najbliższe lato, ale nic tutaj nie pasuje. Ja tutaj nie pasuję. Nie pasuję do ich idealnego, poukładanego życia. Do harmonii, którą wypracowali sobie przez lata. Do rodziny, którą stworzyli.
Wrzucam plecak do szafy. Wkładam buty i po cichu wymykam się z domu. Nie chcę natknąć się ani na ojca, ani tym bardziej na Huntera. Schodzę na parter. Na szczęście nikogo nie widzę, więc z ulgą wychodzę na ulicę.
Podążam w nieznanym kierunku. Obserwuję domy sąsiadów i ich zadbane ogródki. Każda posesja wygląda podobnie. Odnoszę wrażenie, jakby życie tutaj toczyło się w zupełnie innym rytmie. Jakby co roku o tej samej porze zwalniało i pozwalało w pełni cieszyć się dobrą pogodą.
Wsuwam ręce do kieszeni bluzy, chociaż słońce wciąż świeci wysoko na niebie. Napawam się ciepłymi promieniami. Tylko to mi pozostało, bo nie doczekam już kolejnej zimy. Choć górskie szczyty nadal noszą ślady śniegu, mój organizm nie zdoła tam dotrzeć. Jest zbyt wycieńczony ciągłą walką i już nigdy nie będzie gotowy na tak ogromny wysiłek.
Przystaję na skrzyżowaniu dwóch ulic, kiedy gdzieś z oddali docierają do mnie głośne krzyki, przerywane rytmicznymi uderzeniami. Zmierzam w tamtym kierunku. Kilka metrów dalej dostrzegam boisko do koszykówki. Grupa spoconych chłopaków rozgrywa właśnie mecz. Podchodzę do ogrodzenia i przyglądam im się z bezpiecznej odległości. Na trybunach siedzą dziewczyny. Są pogrążone w rozmowie, ale stale zerkają na zawodników i piszczą głośno, gdy jednej z drużyn udaje się trafić piłką do kosza.
W duchu przewracam oczami. Zapewne koszykówka ani trochę ich nie interesuje. Siedzą tu w nadziei, że któryś z nich zwróci na nie uwagę. Moje przypuszczenia się potwierdzają, gdy blondyn macha w ich kierunku, a te patrzą na siebie kompletnie zauroczone i wachlują twarze dłońmi.
Parskam pod nosem. Opieram się o siatkę ogrodzenia i patrzę na mecz. Chłopcy są naprawdę nieźli. I nie mam na myśli wyłącznie ich gry. Wysocy, dobrze zbudowani, przystojni. Mam ochotę zdzielić się w twarz, bo przed sekundą właśnie wyśmiałam tamte dziewczyny z tego samego powodu.
– Jackson! – Znajomy głos przykuwa moją uwagę. – Podaj! Tutaj!
Krew odpływa mi z twarzy.
To on.
Hunter.
Znowu.
W tej właśnie chwili powinnam się odwrócić. Powinnam stąd uciec zanim mnie zauważy, ale nie potrafię zmusić się do wykonania choćby jednego kroku. Chłopak skupiony jest na grze. Przejmuje piłkę, odbija ją od ziemi i biegnie w kierunku kosza, gdzie wybija się do góry i bezproblemowo zdobywa punkt. Słyszę okrzyki radości. Zbija z kumplami piątki i truchta na środek. Mokra koszulka przykleiła mu się do torsu.
Mimowolnie przełykam ślinę. Wciąż mam przed oczami zdjęcie, które podobno przypadkowo wysłał mi wczorajszego wieczoru.
– Nie patrz tak na niego.
Wzdrygam się w odpowiedzi na głos dziewczyny. Obok mnie znajduje się drobna blondynka i również przygląda się chłopakom.
– Nie wiem, o czym mówisz. – Ponownie wsuwam ręce do kieszeni i plecami opieram się o ogrodzenie.
Patrzy na mnie z uśmiechem. Po chwili wyciąga dłoń.
– Jestem Natalie. – Ruchem głowy wskazuje na boisko. – A Hunter to największy dupek w mieście.
Już ją lubię. Tłumię w sobie chichot i ściskam jej rękę.
– June.
– Wyglądasz na dobrą dziewczynę, June. – Przygląda mi się uważnie. – A on lubi niszczyć wszystko, co dobre.
Potrząsam lekko głową.
– Dzięki za troskę, ale nie jestem nim zainteresowana.
– Tylko ostrzegam. – Wzrusza wesoło ramionami. – Każda z nas prędzej czy później ulega jego urokowi.
Moje brwi szybują do góry.
– To gdzieś w tym egoizmie kryje się urok?
Natalie śmieje się krótko.
– Coś czuję, że się zaprzyjaźnimy.
Z boiska ktoś wykrzykuje imię Huntera, przez co obie spoglądamy w tamtą stronę. Chłopak znów przejmuje piłkę i zdobywa kolejny punkt.
– Tylko błagam, nie daj się zwieść jego czułym słówkom. – Twarz blondynki wykrzywia grymas niezadowolenia. – On powie wszystko, żeby cię zdobyć.
Marszczę brwi.
– Mówisz tak, jakbyś sama tego doświadczyła.
Wzdycha przeciągle.
– Kiedyś mi się podobał. Nawet bardzo. – Przerywa na moment. – A potem boleśnie wróciłam na ziemię.
– Przykro mi.
Zbywa mnie machnięciem ręki.
– Było, minęło. Teraz moją misją jest ostrzeganie niewinnych dziewczyn.
Śmieję się pod nosem. Może powinnam jej powiedzieć, że Hunter teoretycznie jest moim przybranym bratem, ale tego nie robię. Sama nie wiem dlaczego.
– Chyba jesteś tu nowa, co? – zagaja, gdy nic nie odpowiadam.
Rozglądam się na boki. Wszystko tu jest dla mnie obce.
– Aż tak to widać?
– Znam każdą twarz w okolicy. A twojej nigdy wcześniej tu nie widziałam. – Patrzy na mnie przenikliwym wzrokiem. – Przyjechałaś na wakacje do rodziny?
W sekundę smutnieję. Prawda jest taka, że nie mam już rodziny. Został mi tylko ojciec, który udaje, że jeszcze coś dla niego znaczę.
– Tak jakby nie miałam innego wyjścia. – Wzruszam ramieniem.
Natalie szturcha mnie zaczepnie.
– Trochę więcej entuzjazmu, June. – Uśmiecha się. – Każde lato w Salt Lake City jest niezapomniane i pełne wrażeń. Zaufaj mi.
To z pewnością takie będzie. Biorąc pod uwagę fakt, że jest moim ostatnim.
– Masz plany na wieczór? – pyta po chwili. Wydaje się osobą, która lubi dużo mówić. Naprawdę dużo. – Robimy dziś wieczorem ognisko nad jeziorem z okazji rozpoczęcia wakacji. Powinnaś wpaść.
– No nie wiem. Nikogo tu nie znam.
– Znasz mnie – obwieszcza wesoło. – Powinnaś wyjść i się rozluźnić. Chyba nie zamierzasz spędzić całego lata w domu?
Natalie ma rację. Nie mogę spędzić ostatnich tygodni w zamknięciu. Powinnam wykorzystać je najlepiej, jak potrafię. Ale ból po stracie mamy wciąż nie pozwala mi w pełni wrócić do życia. Czuję, jakbym tamtego dnia umarła razem z nią.
– Będzie muzyka, alkohol, chłopcy… – Posyła mi porozumiewawcze spojrzenie. – I mnóstwo złych decyzji. To jak? Wchodzisz w to?
Przez sekundę się waham. Ale przecież nie mam już nic do stracenia.
– Wchodzę w to.
Daya & Albi – Good Boys (Hide Away)
Trevor Daniel – Falling
Zara Larsson – Midnight Sun
Lord Huron – The Night We Met
Lady Gaga – How Bad Do U Want Me
Tame Impala – Dracula (JENNIE Remix)
Z książkami Dagmary jestem od zawsze i każda kolejna sprawia, że chcę coraz więcej. Ta historia od początku ma swoje tempo i wciąga. Fabuła jest pełna emocji, zwrotów i momentów, przez które jest się ciekawym, co wydarzy się dalej. Bohaterowie, jak zwykle u Dagmary, mają mocne charaktery i nie da się przejść obok nich obojętnie. Ich historia rozwija się w zaskakujący sposób, a napięcie cały czas narasta gdzieś w tle. Autorka świetnie poradziła sobie z poprowadzeniem tej opowieści. To zdecydowanie książka, która zostawia niedosyt i sprawia, że ma się ochotę na więcej.
Jedersafe
Ostatnie lato, które było nasze to poruszająca historia o bolesnej stracie i nieuchronnym przemijaniu. Choć początek znajomości June i Huntera to ciągłe kłótnie i złośliwości, to w momencie gdy bohaterowie nawiązują nici porozumienia, opowieść diametralnie zmienia tor, uderzając w czytelnika niespodziewaną refleksją nad upływem czasu i niesprawiedliwością losu. Książka w piękny i melancholijny sposób pokazuje, jak kruche potrafi być ludzkie życie i jak wielką wartość niosą wspólnie spędzone chwile.
Dominika Sieczka – autorka serii „Bogini”
Historia, która pokazuje wielowymiarowość miłości. Ta bywa trudna, nierozumiana, utracona lub… za krótka. Ostatnie lato, które było nasze pozwala nam przeżyć wszystkie te rodzaje miłości razem z bohaterami. To opowieść, która momentami rozbawi, innym razem zasmuci, a czasem wyciśnie z nas łzy. Napełni również nadzieją, że miłość czeka na nas wszędzie… nawet na krawędzi wzgórza. Polecam wszystkim przeczytanie tej historii! Gwarantuje, że złapie Was za serce.
Katarzyna Kasmat-Łyskaniuk
© Dagmara Jakubczak
© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026
ISBN 978-83-68677-91-1
Wydanie pierwsze
Redakcja
Anna Łakuta-Rudzka
Korekta
Kinga Dąbrowicz
Magda Adamska
Skład i łamanie
Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl
Projekt okładki
Melody M. – Graphics Designer
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.
