Gdzie kończy się niewinność - Dagmara Jakubczak - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Gdzie kończy się niewinność ebook i audiobook

Dagmara Jakubczak

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

253 osoby interesują się tą książką

Opis

Niewinność zawsze ma swoją cenę. Tym razem stawką jest czyjeś życie.

Osiemnastoletnia Ophelia Vale zostaje porwana. Trafia do domu nieznajomego mężczyzny z przeszłością pełną grzechów. Vincent Cross budzi w niej strach i coś znacznie bardziej niepokojącego.

On od początku ma plan. I powód, dla którego wybrał właśnie ją. Z pomocą dziewczyny chce odzyskać to, co zostało mu brutalnie odebrane.

Ophelia musi nauczyć się żyć według nowych zasad i odegrać przygotowaną dla niej rolę. Wie, że wolność zapewni jej jedynie współpraca, choć nigdy nie powinna ofiarować zaufania. Zakłada maskę i wchodzi w rzeczywistość pełną kłamstw, wierzy, że jej historia nie zakończy się jak tragedia szekspirowskiej imienniczki.

 

W świecie Vincenta lojalność bywa bronią, a „być albo nie być” w jego ustach nie brzmi jak pytanie. To obietnica, że ten mężczyzna może okazać się zarówno jej wybawieniem… jak i nieuchronną zgubą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 301

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 11 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika chrzanowska i Marcin Stec

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



DAGMARA JAKUBCZAK

GDZIE KOŃCZY SIĘ NIEWINNOŚĆ

Dla tych, którzy w świecie pełnym tragedii wciąż wierzą w miłość.

Od autorki

Wszystkie cytowane fragmenty w tej książce pochodzą z dzieła Hamlet, Williama Shakespeare’a, w przekładach Józefa Paszkowskiego oraz Stanisława Barańczaka.

Ostrzeżenie

Książka przeznaczona jest dla pełnoletnich odbiorców. W fabule pojawiają się motywy, które mogą być trudne dla niektórych czytelników, między innymi przemoc, pozbawienie woli, kontrola oraz skomplikowane relacje rodzinne.

Autorka nie dąży do gloryfikacji tych zachowań, a wykreowane sytuacje są fikcyjne.

Prolog

PROLOG

Nicość

Śmierć przychodzi nagle. Pojawia się niezapowiedziana i zabiera ci wszystko. W jednej chwili zapominasz, jaki zapach ma deszcz; jak ciepłe są promienie słońca muskające twoją skórę w słoneczny dzień. Nie pamiętasz już, jak brzmi dziecięcy śmiech i jak rozrywający potrafi być pełen rozpaczy krzyk.

Wydawałoby się, że takich rzeczy się nie zapomina. Że człowiek ma w sobie coś, co pozwala mu zachować w pamięci te doświadczenia. Ale wszystko się zmienia w momencie, kiedy umierasz. Wtedy widzisz, czujesz i słyszysz wyłącznie ciemność i ciszę.

Cisza. To chyba najgorsze, co mogło mnie spotkać. Mrok nie przeraża mnie tak bardzo, jak wszechobecna głusza. Zostajesz sama ze sobą, ze swoimi myślami, które nawiedzają cię jedna po drugiej. I choć niewiele pamiętasz z wcześniejszego życia, bo wszystkie wspomnienia są zamazane, to w głębi serca odczuwasz, że coś było wcześniej. Że zanim umarłaś, byłaś kimś, ale każda próba przypomnienia sobie czegokolwiek kończy się porażką.

Mówi się, że w chwili śmierci przed oczami przelatuje całe życie. Że umysł przegląda je niczym album ze zdjęciami i pozwala ostatni raz spojrzeć na to, czego dane ci było doświadczyć. To bzdura. Ludzkość wymyśliła to kłamstwo, by przynieść ukojenie osobom, które są o krok od śmierci. Prawda jest taka, że niczego nie widzisz ani niczego nie pamiętasz. Zostajesz sam, jakbyś od zawsze był nikim.

A może tak właśnie było?

Pamiętam tylko moment śmierci. Oślepiające światło, gwałtowny pisk opon na mokrym asfalcie i huk, które w ułamku sekundy zakończyły moje istnienie. Nie czułam ani bólu, ani strachu. Jakby ktoś jednym ruchem zgasił całe moje życie i wymazał mnie z pamięci systemu.

Umieranie jest proste. Jesteś, a za chwilę cię nie ma. Życie bywa dużo bardziej skomplikowane.

Próbuję sobie przypomnieć, kim byłam, zanim na dobre zniknęłam. Wiem, że miałam do odegrania jakąś ważną rolę, że ktoś, kto został na tym świecie, mnie potrzebował, ale… może tylko mi się wydaje? Może nie byłam tak bardzo ważna, by żyć?

Nie czuję złości ani żalu. Wbrew pozorom ogarnia mnie spokój, bo odnoszę wrażenie, że nawet gdybym udała się w przeciwnym kierunku, śmierć prędzej czy później i tak by mnie dopadła. Nic by mnie przed nią nie uchroniło, choćbym uciekała przez całe życie. Ona jest jak echo – znajdzie cię wszędzie, gdziekolwiek się schowasz.

Pojmuję tylko, że moja śmierć będzie miała konsekwencje i że ktoś inny zapłaci za mój koniec.

Akt 1

Upadek

AKT I, SCENA I

Nowa rzeczywistość, Ophelio

W wieku osiemnastu lat zostałam porwana.

Niewiele pamiętam z tamtego dnia. Przypominam sobie tylko, że padał deszcz, a jego ciężkie krople głośno obijały się o karoserię samochodu. Jakby świat przeczuwał, że dzieje się coś złego, i zesłał ulewę, by zagłuszyć szaleńcze bicie mojego serca.

Było w tym też coś paradoksalnie uspokajającego. Mogłam skupić się na szumiącej wodzie i nie myśleć o twardym sznurze wbijającym się w moje nadgarstki ani o kneblu utrudniającym mi oddychanie. Początkowo łzy spływały strumieniami po moich policzkach. Synchronizowały się z ponurą pogodą i ciekły niczym wodospad, rozmazując mi cały widok, mimo że byłam zamknięta w ciemnej, metalowej puszce.

Często powtarza się dzieciom, by nie rozmawiały z obcymi i nie dały się zwabić na propozycję poczęstowania cukierkami. Rodzice od najmłodszych lat wpajali mi, że świat jest zepsuty. Że ulicami chodzą źli ludzie, którzy tylko czyhają, by pojmać takie osoby jak ja. Powtarzali, że jestem zbyt dobra i zbyt ufna, przez co obcy będą chcieli mnie zniszczyć. I niestety mieli rację.

Późnym wieczorem wracałam od koleżanki. Deszcz osiadał na każdym fragmencie mojej skóry. Nie oglądałam się za siebie. Chciałam jak najszybciej wrócić do domu. Nie wiem nawet, w którym dokładnie momencie obok mnie zatrzymał się samochód. Pamiętam tylko, jak w ułamku sekundy jego drzwi się otworzyły, a chwilę później znalazłam się w środku.

Płakałam. Próbowałam krzyczeć, ale szorstki kawałek materiału w moich ustach odbierał mi głos. Ból w gardle mieszał się ze strachem. Wiłam się na tylnym siedzeniu pojazdu, w duchu się modląc, by ciasne więzy jakimś cudem się poluzowały. Z całej siły kopałam w drzwi, lecz wtedy kierowca gwałtownie zahamował, przez co zsunęłam się na podłogę.

– Jeśli się nie uspokoisz, przywiążę cię do tego cholernego samochodu i będę cię za nim ciągnął – powiedział, a ja momentalnie przestałam się ruszać.

Bo wiedziałam, że był śmiertelnie poważny. I naprawdę mógłby to zrobić.

Nie widziałam jego twarzy. Nie miałam choćby chwili na uświadomienie sobie, co tak naprawdę się ze mną dzieje ani co mnie właściwie czeka. Mogłam wyłącznie błagać Boga, by to wszystko było tylko złym snem.

Resztę drogi pamiętam jak przez mgłę. Czas ciągnął się nieubłaganie, a kiedy samochód wreszcie się zatrzymał, mężczyzna nałożył mi na głowę gruby worek. Siłą wytargał mnie z auta i zaprowadził w nieznanym kierunku.

Znaleźliśmy się w jakimś budynku. Zeszliśmy po schodach, po czym pchnął mnie tak, że z impetem upadłam kolanami na twardą posadzkę. Sekundę później drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a dźwięk przekręcanego zamka jeszcze przez bardzo długi czas odbijał się echem od grubych ścian.

Teraz nie mam pojęcia, czy odkąd zostałam sama, minęły godziny czy może dni. Nie potrafię się skupić na niczym innym niż na drętwiejących, związanych za plecami rękach i suchości w ustach, która niemal pozbawia mnie tchu.

Kolejny już raz próbuję zrzucić z głowy worek. Włosy przykleiły mi się do mokrych od łez policzków. Nadal nie dopuszczam do siebie myśli, że to prawda. Że zostałam… porwana. Wierzę, że ojciec mnie znajdzie. Poruszy niebo i ziemię, by wyciągnąć mnie z tego koszmaru. Zrobi to nie tylko dla mnie, ale i dla mamy. Bo kiedy umierała, obiecał jej, że się o mnie zatroszczy. Od zawsze był moim bohaterem, mówił, że przy nim nic złego mi się nie stanie. A ja mu wierzyłam, i nadal tak jest. Bo to jedyne, co mi pozostało.

Mięśnie w moim ciele się napinają, gdy docierają do mnie czyjeś ciężkie, rytmiczne kroki. Po omacku uciekam pod ścianę, podciągam kolana i czekam. Krew szumi mi w uszach, a serce omal nie łamie żeber, gdy ktoś ciągnie za klamkę. Zamykam oczy, jakby miało mnie to uchronić przed tym, co za chwilę się wydarzy.

– Zostawiłem ją związaną, bo w drodze była trochę niespokojna. – To ten sam głos, który słyszałam w aucie. – Nie chciałem jej niczym faszerować, bo nie wiem, czy nie ma jakichś alergii.

Jest ich dwóch. Co najmniej.

– Możesz odejść. – Surowy, nieznoszący sprzeciwu ton wywołuje ciarki na moim ciele.

Słyszę szmer, jakby ktoś nieznacznie się poruszył, ale nic poza tym.

– Czego nie zrozumiałeś w tym prostym poleceniu? – Tym razem brzmi o wiele niebezpieczniej, choć nadal wydaje się spokojny.

Ale to właśnie spokój jest najbardziej zdradziecki.

Nie mija sekunda, gdy drzwi znów się zatrzaskują. Mimo że w pomieszczeniu panuje grobowa cisza, to wiem, że nie jestem sama. Wraz z pojawieniem się tego mężczyzny atmosfera wewnątrz zrobiła się gęsta. Przepełnia ją mrok i coś jeszcze.

Może tak pachnie mój koniec?

Przeczucie podpowiada mi, że już nic nie będzie takie, jak kiedyś. Nie będę już tą samą dziewczyną, a metaliczny posmak w ustach nie daje mi o tym zapomnieć.

Cichy szelest wprowadza mnie w stan najwyższej gotowości. Wszystkie mięśnie się napinają. Wciąż mam na głowie worek, więc mogę się tylko domyślać, co się dzieje. Kiedy słyszę powolne, choć pewne kroki, cała się spinam. Tętno mi przyspiesza, gdy ktoś zatrzymuje się kilka kroków przede mną. Wstrzymuję oddech, a zaraz potem uderza we mnie ostre, jasne światło. Mimowolnie mrużę oczy. Potrzebuję kilku chwil, by wyostrzyć wzrok.

– Wstań. – To ciche, krótkie polecenie sprawia, że po raz pierwszy spoglądam w górę.

Dostrzegam mężczyznę w czerni i jego intensywnie niebieskie oczy, które wyróżniają się na tle gęstych, ciemnych rzęs. Powoli wstaję na równe nogi, lecz przez zawroty głowy omal znów nie ląduję na podłodze.

– Ostrożnie. – Spokój w jego głosie kompletnie tu nie pasuje. Tak nie powinien brzmieć ktoś, kto właśnie uprowadził nastolatkę.

Kiedy odzyskuję równowagę, wreszcie mogę mu się przyjrzeć. Jest wysoki, postawny i bardzo… niebezpieczny. Uświadamiam to sobie w momencie, gdy wyjmuje zza pleców nóż. W ostrzu odbija się jaskrawe światło lamp. Przez myśl przemyka mi chęć ucieczki, ale jedno spojrzenie na przedmiot w jego ręku odwodzi mnie od tego pomysłu.

– Odwróć się. – To zaskakujące, jak diametralnie ton jego głosu różni się od wizerunku.

Spełniam polecenie. Choć strach ściska mi żołądek, wiem, że brawura w żaden sposób mi nie pomoże. Zaciskam powieki i wgryzam się zębami w materiał wciąż znajdujący się w moich ustach. Czuję suchość w gardle, jakbym najadła się pustynnego piasku, gdy zimna stal ledwo zahacza o moją skórę.

Wciągam powietrze nosem. Sekundę później dociera do mnie szybkie pociągnięcie nożem, po czym ogarnia mnie ulga. Rozluźniam spięte nadgarstki, a kiedy i knebel się luzuje, zaczynam niespokojnie kaszleć.

– Przyniosę ci wody.

Nadal nie rozumiem swojego położenia. Nie mam pojęcia, co tutaj robię ani czego chce ode mnie ten człowiek.

– Masz jakieś alergie? – pyta po chwili, a ja decyduję się odwrócić. Robię to powoli, nie chcąc wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. – Jakieś uczulenia na pokarm, leki?

Kiedy staję zwrócona do niego twarzą, delikatnie potrząsam głową.

– Dobrze. – Mierzy mnie wzrokiem. Skanuje od góry do dołu, po czym znów wraca spojrzeniem do moich oczu. Trudno mi cokolwiek w nim wyczytać. – Jesteś cała przemoczona.

– P-padał d-deszcz – jąkam się, bo drapanie w gardle nasila się z każdą sekundą.

Chrząkam pod nosem. Serce wali mi jak oszalałe, mimo że spokój i opanowanie nieznajomego powinny mnie choć w niewielkim stopniu cieszyć.

Wiem jednak, że to tylko przykrywka. Maska, dzięki której chce zyskać moje zaufanie i później wykorzystać to przeciwko mnie.

– Rozbierz się – rzuca bez cienia emocji. Jakby właśnie kazał psu się turlać.

Oplatam się rękami w talii. Kątem oka dostrzegam, że mocniej zaciska palce na rękojeści noża. Patrzy na mnie, niemal nie mrugając, i doskonale zdaje sobie sprawę z siły swojego spojrzenia. Ma świadomość, że prędzej czy później się przed nim ugnę. Dobrowolnie lub też nie.

Odsuwam od siebie wstyd i zakłopotanie. Postanawiam robić to, co mi każe, wierząc, że dzięki temu ujdę z życiem. Zdejmuję pobrudzony błotem sweter, a następnie zsuwam z bioder przemoczone dżinsy. Zostaję w samej bieliźnie i ponownie obejmuję się rękami.

– Wszystko, Ophelio – dodaje cicho, jakby skrywał w sobie nieskończone pokłady cierpliwości. – Pozbądź się wszystkiego.

Posyłam mu przerażone spojrzenie, choć to nie rozkaz tak bardzo mnie przestraszył, tylko fakt, że zna moje imię. Wpatruję się w niego tak długo, że w pewnym momencie wyraz jego oczu ulega zmianie. Opanowanie ustępuje miejsca czemuś dużo bardziej mrocznemu. Kolor tęczówek zmienia się jak ocean po zachodzie słońca, gdy spowity mrokiem przybiera ciemny, głębinowy odcień i pozwala podwodnym bestiom wypłynąć na powierzchnię.

– Dlaczego to robisz? – szepczę cicho, czując, jak łzy szczypią mnie pod powiekami.

– Co takiego?

– Dlaczego mnie porwałeś?

Nie odpowiada od razu. Mam wrażenie, że sam szuka na to odpowiedzi albo po prostu nie chce się nią dzielić.

– Bo to jedyny sposób.

– Na co? – brnę, pragnąc poznać prawdę.

Mężczyzna się prostuje. Moje ciało wyczuwa jego kolejny ruch, bo cofam się, kiedy on robi krok do przodu. Plecami wpadam na zimną ścianę, przez co skórę pokrywa gęsia skórka. Wciągam powietrze, gdy przysuwa się niebezpiecznie blisko. Przykłada ostry czubek noża do mojego biodra, a ja wstrzymuję dech w piersi i mocno zaciskam powieki.

Nie boli, choć wiem, że ciepła kropla krwi spływa po moim udzie. Wyczuwam na sobie oddech, a po chwili nieznajomy zahacza ostrzem o moje majtki i je rozcina, przez co materiał spada na podłogę.

– Nie lubię się powtarzać.

Odsuwa się, a ja w końcu mogę otworzyć oczy. Spoglądam na miejsce, w którym nóż zetknął się z moją skórą. Kilka kropel krwi niespiesznie płynie w dół, ale rozcieram je dłonią. Palce niekontrolowanie mi drżą.

Powracam do niego wzrokiem. Patrzy na mnie wyczekująco, dlatego zdejmuję stanik. Kiedy jestem naga, raczy mnie ledwo zauważalnym skinieniem głowy.

– Tam jest wanna. – Wskazuje na drugi koniec pomieszczenia. Nie jest to piwnica, ale nie przypomina też pokoju, w którym ktoś mógłby na stałe mieszkać. Oprócz wanny, materaca, małego lufciku i drzwi nie ma tutaj praktycznie nic więcej. – Kiedy się umyjesz, przyniosę ci nowe ubrania.

Odwraca się i zmierza do wyjścia, co kompletnie mnie zaskakuje. W swoim życiu naoglądałam się wielu filmów i nie przypominam sobie, by w którymkolwiek z nich porywacz zostawiał swoją ofiarę samą.

– Wychodzisz? – pytam, czym najbardziej szokuję samą siebie.

Nie mam pojęcia, dlaczego to powiedziałam. Może jestem odrobinę zdezorientowana, a może dużo bardziej niż jego boję się zostać znowu sama.

Mężczyzna zatrzymuje się kilka kroków od drzwi. Przekręca głowę na bok, ale na mnie nie patrzy, dzięki czemu ponownie mogę się mu przyjrzeć. Ma szerokie barki i wąskie biodra. Z tylnej kieszeni spodni wyłania się pistolet. Zastanawiam się, jak wiele broni ukrył pod tym prostym, choć eleganckim strojem.

– Wierzę, że jesteś na tyle mądrą dziewczyną, by wiedzieć, że próba ucieczki nie skończy się dla ciebie dobrze.

Prycham w duchu.

– Naprawdę uważasz, że możesz mnie ot tak porwać, a ja nie będę szukała sposobu, by się stąd wydostać? – pytam na jednym wdechu. – Bo jeśli tak, to jesteś w ogromnym błędzie.

– Uważam, że powinnaś po prostu zaakceptować nową rzeczywistość.

Mocno zaciskam zęby, by nie powiedzieć czegoś głupiego.

– To złe – mówię, chociaż mam pewność, że on doskonale o tym wie. – To, co robisz, jest złe.

Na ułamek sekundy zapada między nami grobowa cisza. Tylko nasze oddechy mieszają się z gęstym powietrzem.

– „Nic nie jest złe ani dobre samo przez się, tylko myśl nasza czyni to i owo takim” – odpowiada tajemniczo, po czym w kilku krokach opuszcza pomieszczenie.

Przez kilka minut tkwię w tej samej pozycji i próbuję przyswoić to, co właśnie powiedział. Brzmiał mądrze, choć jednocześnie przerażająco, jakby poprzez sztukę szukał usprawiedliwienia swoich okrutnych czynów. I chyba naprawdę wierzy w to, co mówi. Wierzy, że zło nie istnieje.

A przecież przed chwilą właśnie spotkałam się z nim twarzą w twarz.

AKT I, SCENA II

Pan

Siedzę w wannie i rozglądam się po pokoju, w którym mnie zamknięto. Przechodzą mnie dreszcze na myśl, że miałabym tu spędzić resztę życia. To miejsce tak bardzo odbiega od warunków, do jakich jestem przyzwyczajona, że nie mogę przestać o tym myśleć. I choć nie pochodzę z bogatej rodziny, to nasz dom ma wszystko, by zapewnić nam dobre warunki do życia. A tutaj…

Potrząsam głową i znów skupiam się na kąpieli. Muszę być posłuszna, przynajmniej na początku. Będę grzecznie spełniać polecenia mojego porywacza, wybadam grunt, a kiedy zyskam jego zaufanie, ucieknę.

Nie dopuszczam do siebie myśli, że może mi się nie udać. Zawsze jest jakieś wyjście. Choćbym miała własnymi rękami wykopać tunel, zrobię to. Wierzę jednak, że do tego czasu tata mnie znajdzie i zabierze do domu.

Wstrzymuję oddech, słysząc przekręcanie zamka w drzwiach. Podciągam kolana pod brodę, chcąc zasłonić nagie ciało przed niezapowiedzianym gościem. Wbijam paznokcie w skórę, gdy skrzydło powoli się uchyla. Sekundy ciągną się nieubłaganie, zanim zauważam osobę, która weszła do pomieszczenia. W ułamku sekundy zalewa mnie fala ulgi.

To kobieta. Niska, krępa, starsza kobieta. Rozchylam usta, chcąc błagać ją o ratunek, kiedy zauważam w jej rękach ręcznik i jakieś ubrania.

– Pan poprosił, żebym przyniosła panience kilka rzeczy – mówi tak łagodnym tonem, jakbym wcale nie była tu przetrzymywana, tylko przyjechała na weekend.

A może on ją okłamał? Może ona nie wie, co się tutaj naprawdę dzieje?

Raz jeszcze rzucam okiem na pokój. Nie, to niemożliwe, by w to uwierzyła.

– Za chwilę przyniosę ci też kanapkę i coś do picia. – Posyła mi przyjazny, choć kompletnie niepasujący do sytuacji uśmiech. – Pewnie jesteś spragniona.

Odkłada rzeczy nieopodal wanny, po czym kieruje się do wyjścia. Mam mętlik w głowie. Jakim cudem nie zaniepokoiła jej obecność nagiej nastolatki w tak obskurnym, zamkniętym na klucz miejscu?

– Proszę pani! – wołam wreszcie, nim na dobre zniknie mi z pola widzenia. – Proszę nie iść. – Mój głos brzmi słabo, niemal błagalnie, ale ta kobieta dała mi nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone.

Znów się uśmiecha.

– Och, skarbie, zaraz tu wrócę – ćwierka radośnie. – I proszę, mów mi Maria.

Kiwam głową, a kiedy zostaję sama, wyskakuję z wanny, wycieram się i zakładam na siebie czyste ubrania. Niecierpliwie czekam na powrót kobiety, by wypytać ją, co się tu, do cholery, dzieje.

Po kilku minutach Maria wraca z talerzem kanapek i czymś parującym w kubku. Podaje mi go, a ja niemal od razu przysuwam gorącą herbatę do ust.

– Proszę uważać, by się panienka nie poparzyła – ostrzega z troską. – Pan będzie niezadowolony, jeśli stanie się panience krzywda.

Marszczę brwi.

– Pan? – To określenie jest dość dziwne jak na faceta, który mógłby być jej wnukiem. – Kim on jest?

Przez jej twarz przemyka cień strachu, jakby powiedziała o jedno słowo za dużo.

– Nie wolno mi o nim rozmawiać. Pan nie lubi, gdy się o nim mówi.

– Gdzie ja jestem?

Przygląda mi się uważnie.

– W bezpiecznym miejscu – odpowiada zdawkowo.

– On mnie porwał. Przetrzymuje mnie tutaj wbrew mojej woli.

Mierzy mnie czujnym, pełnym empatii spojrzeniem, co w obecnej sytuacji jest co najmniej irracjonalne.

– Proszę jeść, panienko Vale.

Wzdycham ciężko. Siadam na brzegu materaca, a talerz i kubek kładę na zimnej podłodze. Muszę podejść nieznajomą nieco inaczej.

– Czy on mnie skrzywdzi? – pytam cicho.

Jej spojrzenie mięknie.

– Vincent to dobry człowiek. Jeśli panienka będzie się go słuchać, nic panience nie grozi.

– Vincent? – powtarzam. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej to imię do niego pasuje.

Maria wygląda na odrobinę zakłopotaną, jakby nie powinna w ogóle ze mną rozmawiać. Dłońmi strzepuje z fartuszka niewidzialne okruchy, a następnie zaczyna się wycofywać w kierunku drzwi.

– Wrócę rano ze śniadaniem. – Chwyta za klamkę. – Dobranoc.

Znów zostaję sama. Cisza głośno odbija się od ścian, siejąc spustoszenie w moim umyśle. Nigdy tego nie lubiłam. Ciszy i samotności. Od zawsze otaczałam się gronem znajomych, dlatego wierzę, że nie zostawią mnie z tym samej i we współpracy z moim ojcem i policją mnie odnajdą.

Nie spodziewałam się, że mogę być tak głodna, dopóki nie wzięłam pierwszego kęsa. Nim się obejrzałam, talerz był wyczyszczony, a kubek z herbatą pusty. To chyba przez adrenalinę nie odczuwałam głodu, bo teraz, gdy wszystko mnie puszcza, zaczynam się robić senna. Zanoszę naczynia bliżej drzwi, by nie wdepnąć w nie w środku nocy, lecz coś przykuwa moją uwagę. Odkładam talerz pod ścianą i na palcach podchodzę do wyjścia.

Drzwi są lekko uchylone. Zapewne Maria ich nie domknęła, gdy w popłochu uciekła z pokoju. Czuję nagły przypływ energii i z ostrożnością ciągnę za klamkę. Skrzydło się porusza, a ja niemal słyszę, jak kamień spada mi z serca. Wysuwam nos na zewnątrz, ale przez półmrok niewiele jestem w stanie zobaczyć. Widzę jedynie zarys długiego korytarza i znajdujące się na jego końcu schody. Porzucam wszelkie wątpliwości i cicho ruszam przed siebie.

Niemal bezszelestnie wchodzę na górę. Moim oczom ukazuje się zadbane, luksusowe wnętrze. Delikatne światło sączy się z niewielkich ściennych klinkietów. Robię kilka kolejnych kroków. Nie wiem, w którym miejscu jest wyjście, ale znajdę je, choćbym miała szukać do rana.

– Tyle razy prosiłem ją, by się upewniła, że zamknęła drzwi. – To on. Vincent. Jego pełen opanowania głos dociera zza moich pleców.

Zaciskam usta w cienką linię, by nie zacząć krzyczeć. Stoję nieruchomo, jakby z obawy, że każdy, nawet najmniejszy ruch może się okazać moim ostatnim.

– J-ja tylko… – jąkam się, szukając w głowie usprawiedliwienia, które mnie ocali. – Nie wiedziałam, że tu będziesz.

– „Być przygotowanym, to wszystko” – odpowiada w ten sam tajemniczy sposób, co wcześniej.

Dopiero teraz się do niego odwracam. Stoi w cieniu, oparty jednym ramieniem o ścianę.

– Przepraszam. Nie chciałam…

– Uciec? – kończy za mnie. – Oczywiście, że chciałaś. Ale w tym domu nie ma drzwi, których nie znam.

Ten spokój i staranne ukrywanie emocji są zadziwiające. Jakby fakt, że ofiara właśnie próbowała zwiać na jego oczach, nie zrobił na nim żadnego wrażenia. A może tego właśnie się spodziewał?

– Dlaczego tu jestem?

– Bo jesteś mi potrzebna.

– Skrzywdzisz mnie? – pytam ze ściśniętym gardłem.

Vincent nie odpowiada od razu. Po prostu mi się przygląda, jak gdyby się zastanawiał, co ze mną zrobić.

– Jeśli będziesz posłuszna, to nic ci się nie stanie.

– A jeśli nie będę?

Czuję suchość w ustach. Mężczyzna zbliża się do mnie w kilku powolnych krokach, a każdy z nich odbija się w mojej głowie niczym echo. Zatrzymuje się na tyle blisko, że słyszę jego miarowy oddech.

– Nie pogrywaj ze mną, Ophelio. – Wzdrygam się, gdy podnosi rękę, chwyta kosmyk moich włosów i delikatnie zakłada go za ucho. – Nie chcesz poznać mnie ze strony, której chwilami sam się boję.

Przechodzą mnie dreszcze. Ten przerażający, pewny siebie, a jednocześnie spokojny ton przyprawia mnie o ciarki. Choć mam ochotę uciec od niego i zostać sama, ciągnę rozmowę. Muszę się jak najwięcej dowiedzieć.

– Tamta kobieta mówiła, że nie jesteś zły.

Vincent gwałtownie cofa się o krok. Niezadowolony zaciska szczęki.

– Maria zdecydowanie za dużo gada.

– Ona tylko… – zaczynam, chcąc stanąć w obronie tej niewinnej kobiety, ale on mi na to nie pozwala.

– Dość! – Po raz pierwszy podnosi głos. – Koniec rozmowy. Tym razem przymknę oko na twój wybryk, ale przy następnym wyciągnę z tego poważne konsekwencje.

Nie odpowiadam. Strach nie pozwala mi na nic innego, jak tylko na zgodzenie się z jego słowami.

– Wróć do siebie – dodaje już nieco spokojniej. – Za chwilę przyjdę zamknąć drzwi na klucz.

Po tych słowach odwraca się na pięcie i znika w ciemności. Niemal rozpływa się w powietrzu jak duch.

Zostawił mnie samą, wierząc, że postąpię mądrze i wrócę na dół. A ja… właśnie to zamierzam zrobić. Bo wiem, że to sprawdzian. Test, którego nie mogę oblać, jeśli chcę tu przetrwać. Biorę głęboki wdech i raz jeszcze się rozglądam. W prawie każdym rogu znajduje się kamera. Domyślam się, że nie ma tu miejsca, którego nie miałby na oku, dlatego chowam dumę do kieszeni i kieruję się tam, gdzie moje miejsce.

Do starej, obskurnej piwnicy.

AKT I, SCENA III

Przygotowania

Czas. Kiedyś mi go brakowało. Narzekałam, że nie nadążam robić rzeczy, które lubię. Chciałam nauczyć się tańczyć, śpiewać i rysować. Pragnęłam się rozwijać, ukończyć studia i znaleźć dobrze płatną pracę. Marzyłam, by poznać miłość mojego życia i założyć kochającą się rodzinę z gromadką słodkich dzieci.

Teraz… nienawidzę czasu. Zbyt długo przebywam sama ze sobą, przez co mój umysł zaczyna wariować. Dni mieszają się z nocami, a ja już dawno przestałam liczyć zachody słońca. Mam wrażenie, jakby ktoś się nimi bawił; jakby celowo zmieniał noce w dnie, bym całkowicie straciła poczucie czasu. Oprócz Marii, która odwiedza mnie dwa razy dziennie o wyznaczonych porach z porcją jedzenia i picia, nie widuję nikogo. Przez chwilę myślałam nawet, że w tym domu jesteśmy tylko my.

Zaczęłam układać w głowie plan ucieczki. Kilka razy próbowałam zagadać gosposię, ale ta unika rozmowy ze mną jak ognia. Strach pomyśleć, co Vincent jej zrobił, że tak nagle zmieniła swoje podejście. Po każdym jej wyjściu sprawdzam drzwi, ale zawsze zamyka je na klucz. Zawsze.

Czasami, kiedy na zewnątrz robi się ciemno, słyszę go. Ciężkie, powolne, a jednocześnie stanowcze kroki odbijają się od zimnych, betonowych ścian. Wibrują w mojej głowie i momentami się zastanawiam, czy nie są one wyłącznie wytworem mojej wyobraźni.

Nie widziałam go od dnia porwania, co może być zabiegiem mającym na celu uśpienie mojej czujności. Ale ja nigdy dotąd nie byłam tak skoncentrowana. Rejestruję każdy najmniejszy dźwięk. Uczę się rozróżniać kroki i przytłumione przez grube mury głosy. Wiem, że wieczorami przewija się tutaj sporo osób, choć nadal nie mam pewności, kim one są. Krzyczałam, wołałam o pomoc, ale albo nikt mnie nie słyszał, albo nie chciał usłyszeć.

Skupiam wzrok na metalowym wiadrze ustawionym w rogu pomieszczenia. Czuję poniżenie na samą myśl, że muszę załatwiać się w ten sposób. Nie przysługuje mi już nawet prawo do wstydu, nie mówiąc o jakiejkolwiek prywatności. Czerwona soczewka kamery śledzi każdy mój ruch. W powietrzu unosi się zapach moczu i wilgoci, co wywołuje we mnie odruch wymiotny.

Wstaję z materaca i robię kilka kroków w tę i z powrotem. Muszę zagłuszyć czymś ciszę, która powoli staje się nie do zniesienia. Wsłuchuję się w dźwięk własnych ruchów. Odliczam w myślach, modląc się, by minuty płynęły szybciej. Jestem przekonana, że to tylko kwestia czasu, nim tata mnie odnajdzie.

Głuszę przerywa brzęk kluczy. Sztywnieję w sekundę i wlepiam wzrok w drzwi. Serce tłucze mi w piersi. Mimo że nie jest to pora karmienia, to mam nadzieję ujrzeć po drugiej stronie Marię. Krew pulsuje mi w żyłach, gdy skrzydło się porusza. Mam złe przeczucia.

– Szef ma dla ciebie niespodziankę. – Niski, pozbawiony emocji męski głos wypełnia pomieszczenie, a moim oczom ukazuje się postawny, uzbrojony facet.

Zbliża się do mnie w paru krokach. Mięśnie w moim ciele zastygają w bezruchu. Oddech mam nierówny, jakby ktoś w jednej chwili odciął mi dopływ tlenu. Zsuwam wzrok niżej, na przypiętą do jego paska broń, po czym głośno przełykam ślinę.

– Jeśli będziesz grzeczna, nie będę musiał jej używać – mówi w odpowiedzi na niewypowiedziane przeze mnie pytanie.

Powracam do niego spojrzeniem. Patrzy na mnie z taką siłą, przez którą mam ochotę się schować.

– Wychodzimy. Gotowa? – dodaje po chwili milczenia.

– Dokąd?

Kącik jego ust się unosi.

– Niespodzianka.

Przez moment się waham, ale ostatecznie ruszam. Mężczyzna podąża tuż za mną. Czuję jego oddech na plecach. Wychodzimy na korytarz, gdzie posłusznie czekam, aż do mnie dołączy.

Każe mi iść przodem. Ostrożnie stawiam każdy krok, jakby niewiele dzieliło mnie od śmierci. Wszelkiego rodzaju broń od zawsze budziła we mnie przerażenie, bo wiem, że wystarczy tylko jedno pociągnięcie, by wymazać czyjeś życie.

Wchodzimy schodami na górę. W absolutnej ciszy podążamy tym samym holem, na którym znalazłam się pierwszego dnia, choć dziś jest dużo bardziej oświetlony. Elegancki wystrój kompletnie nie pasuje mi do Vincenta. Przestronne wnętrza pomieściłyby co najmniej kilkadziesiąt osób. Zastanawiam się, po co komu tak wielki dom. Pachnie tu czystością i bogactwem, jakby to miejsce nie miało nic wspólnego z norą, w której do tej pory przebywałam.

– Na górę. – Strażnik upomina mnie, gdy o sekundę za długo się rozglądam.

Stąpam po marmurowych stopniach. Z każdym krokiem uświadamiam sobie, jak bardzo nie pasuję do tego otoczenia. Szare znoszone dresy i o kilka rozmiarów za duży T-shirt kompletnie gryzą się z tą scenerią. Na piętrze mężczyzna prowadzi mnie do jednych z wielu drzwi.

– Tu będziesz spać – mówi, gdy znajdujemy się w środku. – Szef zostawił coś dla ciebie na łóżku. Niedługo tu wrócę.

Oglądam się za siebie, lecz nim zdążę zaprotestować, zostawia mnie samą i zamyka drzwi na klucz. Ogarnia mnie niepokój, bo kompletnie nie mam pojęcia, co się dzieje ani dlaczego mnie tutaj przeniesiono. Sypialnia wygląda dużo lepiej niż w moim rodzinnym domu. Podchodzę do szafy wypełnionej dziesiątkami nowych, pachnących ubrań. Otwieram drzwi znajdujące się na drugiej ścianie, a za nimi jest nowoczesna łazienka. Potrząsam głową z niedowierzaniem. To wszystko nie ma sensu. Byłam przekonana, że mnie skrzywdzą; że sprzedadzą na organy albo – co gorsza – wsadzą do burdelu. Ale to… nie wiem, co o tym myśleć.

Wracam do sypialni i podnoszę leżącą na łóżku kopertę. Wewnątrz znajduję kartkę z wiadomością.

Ophelio,

miło mi powitać Cię w moim domu. Mam nadzieję, że z czasem poczujesz się tu swobodnie. Przykro mi, że poznaliśmy się w tak niefortunnych okolicznościach. Wiem, że masz wiele pytań. Obiecuję odpowiedzieć na każde z nich w swoim czasie.

W pokoju znajdziesz wszystko, czego możesz potrzebować. Gdy jednak czegoś Ci zabraknie, powiedz o tym jednemu z moich ludzi.

Dziś wieczorem zapraszam Cię na kolację. Bądź gotowa na dziewiętnastą.

I pamiętaj, tylko posłuszeństwo pozwala przetrwać w tym brutalnym świecie.

V.

Odkładam wiadomość na materac. Podchodzę do lustra i przyglądam się swojemu odbiciu, ale nie poznaję dziewczyny przed sobą. Potargane włosy, sińce pod oczami i blada, ziemista cera. To nie jestem ja. Mam wrażenie, jakbym patrzyła na skorupę osoby, którą kiedyś byłam. Jej oczy wypełnia pustka. Smutna, przerażająca nicość. Czuję, jakby ktoś wyssał ze mnie życie i pozbawił światłości, a w jej miejsce wstawił cień. Nie jestem już tamtą Ophelią. Jestem tylko jej słabym, zniekształconym cieniem.

Biorę drżący oddech. Wciąż się łudzę, że to tylko zły sen, który zniknie, gdy promienie wschodzącego słońca wpadną do pokoju. Ale wtedy patrzę na okratowane okna i ponownie na swoje odbicie. To nie jest mój pokój, a moje obecne życie to nie sen. To rzeczywistość, do której muszę się dopasować, jeśli chcę wyjść z tego cało.

Wbrew pozorom całkiem dobrze znoszę nowe położenie, ale to za sprawą cierpliwości, bo tylko ona pozwoli mi to przetrwać.

Moje rozmyślania przerywa niezapowiedziany gość. Z zapartym tchem spoglądam na drzwi, a wtedy do środka wchodzi Maria. W jednej ręce trzyma długi, czarny pokrowiec, a w drugiej parę czerwonych szpilek. Kiedy mnie zauważa, jej mimika wyraża zaskoczenie.

– A panienka jeszcze nie gotowa? – pyta, zbliża się i pospiesznie zawiesza wieszak na ramie dużego lustra. – Pan nie lubi, gdy ktoś się spóźnia.

Krzyżuję ręce na piersiach i czekam na rozwój wydarzeń.

– Co się tutaj dzieje, Mario?

Kobieta posyła mi pytające spojrzenie.

– Co panienka ma na myśli?

– To wszystko. – Gestem wskazuję całe pomieszczenie. – Co tutaj robię? Czego on ode mnie chce?

Jej spojrzenie łagodnieje. Chwilami przypomina mi babcię, która odeszła, gdy miałam dziewięć lat.

– Pan wszystko panience wyjaśni.

– Kiedy?

– Wkrótce. – Ucina rozmowę. – A teraz należy przygotować się do kolacji. Pomogę panience się ubrać i ułożyć włosy.

Potrząsam głową. To miejsce i ci ludzie są naprawdę dziwni.

– Dlaczego ciągle mówisz na niego „pan”? Kim on dla ciebie jest?

Maria odchrząkuje. Prostuje się i zwraca w moją stronę, palcami wygładzając idealnie wyprasowaną bluzkę. Jej oczy przybierają ciemniejszą barwę, jakby skrywały jakiś mroczny sekret.

– Zadajesz zbyt wiele pytań, Ophelio.

– Bo na żadne z nich nie dostałam jeszcze odpowiedzi. – Kiedy odwraca wzrok, dodaję: – Kim jest Vincent?

– Kimś, kogo powinno się słuchać.

Ten chłodny ton sprawia, że przez kręgosłup przebiega mi zimny dreszcz. Kobieta rozpina zamek w pokrowcu, a moim oczom ukazuje się prosta, czarna suknia sięgająca niemal samej podłogi.

– To twój strój na dzisiejszą kolację. Nałożymy ci odrobinę makijażu, a włosy zepniemy w luźnego koczka.

Zaciskam palce w pięści. Brak odpowiedzi jest naprawdę irytujący.

– Nie mam zamiaru nigdzie iść ani tym bardziej niczego takiego wkładać. Nie jestem niczyją zabawką.

Maria sztywnieje. Powoli się do mnie odwraca. Przez jej twarz przebiega cień strachu. Zastanawiam się, czy jest on spowodowany moim sprzeciwem, czy może konsekwencjami, jakie nam obu przyniesie.

– Nie radzę ci się stawiać, dziecko – ostrzega cicho. – On nie prosi i nie czeka. On oczekuje twojego posłuszeństwa.

Oczy kobiety błyszczą współczuciem, jakby zbyt wiele razy widziała, czym kończy się brawura. To sprawia, że zaczynam jej wierzyć.

– A co się stanie, jeśli odmówię?

– Nie mnie to oceniać, Ophelio.

– Znasz go lepiej ode mnie.

Ledwo zauważalnie potrząsa głową. Czuję, że w jakiś sposób ten mężczyzna jest jej bliski i co by się nie działo, zawsze stanie po jego stronie.

– Czas ucieka – przypomina, wskazując na zegar wiszący na ścianie. – Radzę zacząć przygotowania.

– Czy on mnie zabije?

Patrzy na mnie przez chwilę ze smutkiem w oczach, po czym przybiera na twarz nieśmiały uśmiech.

– On taki nie jest – odpowiada cicho z drżeniem w głosie.

– Chyba sama w to nie wierzysz.

Maria wzdycha przeciągle. Podchodzi do mnie i palcami rozczesuje mi skołtunione włosy. Stara się brzmieć przekonująco, co nie do końca jej się udaje.

– W swoim życiu widziałam już tyle złego, że śmierć to najlepsze, co mogłoby panienkę spotkać.

Między nami zapada gęsta cisza. Serce ściska mnie w nieznany dotąd sposób, jakby wreszcie dotarło do mnie, że to, co się dzieje, to prawda. Zostałam porwana i uwięziona w domu obcego faceta, którego mam się słuchać, jeśli chcę przeżyć.

– Mówiłaś, że on nie jest zły – szepczę.

– Nie dla ludzi, którzy są mu wierni.

– A co z resztą?

Kobieta znów ucieka wzrokiem. Próbuje go wybielić w moich oczach, ale kiepsko jej to idzie.

– On nie zabija, Ophelio. Pan jest bardzo cierpliwy. Niszczy powoli, niepostrzeżenie. Tak, że nawet nie zdołasz zauważyć, kiedy przestaniesz być sobą. To dużo gorsze od śmierci i wierz mi, nie chcę, byś podzieliła ten los.

Te słowa uderzają we mnie niczym pociski. Dłonie zaczynają mi drżeć, gdy tylko pomyślę, do czego może być zdolny. To niebezpieczny człowiek i chyba naprawdę powinnam zacząć się go bać. Tylko dlaczego tak trudno mi to przychodzi?

– Zostało trzydzieści minut. – Rusza w kierunku wyjścia. – Mam nadzieję, że wybierzesz mądrze.

Zaraz po tym znika za ciężkimi, drewnianymi drzwiami, zostawiając mnie samą. Czuję, jak w moim żołądku formuje się wielka pięść i mocno ściska mi żołądek do granic wytrzymałości. Na ramie lustra wisi wieczorowa, połyskująca w świetle lamp suknia. Patrzę na eleganckie buty i zestaw starannie ułożonych na komodzie kosmetyków.

Zostałam wciągnięta do nieznanego świata. Do gry, której zasad nie rozumiem, ale mimo to muszę w nią zagrać. Jestem jednym z pionków, ale nie mogę pozwolić, by zbito mnie w pierwszym ruchu.

© Dagmara Jakubczak

© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026

ISBN 978-83-68677-40-9

Wydanie pierwsze

Redakcja

Justyna Szymkiewicz

Korekta

Kinga Dąbrowicz

Danuta Perszewska

Magda Adamska

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Projekt okładki

Melody M. – Graphics Designer

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.