Ostatni rok imperium - Wasilij Ardamatski - ebook

Ostatni rok imperium ebook

Wasilij Ardamatski

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 843

Rok wydania: 1987

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

WASILIJ

ARDAMATSKI

 

OSTATNI

ROK

IMPERIUM

 

POWIEŚĆ KRONIKA

 

Przełożyły Ewa Korpała-Kirszak i Jadwiga Śliszowa

 

Państwowy Instytut Wydawniczy 1987

 

Tytuł oryginału

«POŚLEDNU GOD»

 

Okładkę i strony tytułowe projektowała

MARIA IHNATOWICZ

 

Copyright for the Polish edition by

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987

 

ISBN 83-06-01549-5

ROZDZIAŁ PIERWSZY

1

Zadymka, szalejąca przez cały wieczór po ulicach Piotrogrodu. uspokoiła się trochę i latarnie, którym udało się wreszcie wychynąć ze śnieżnego kołowrotu, oświetlały pokryty bielą Prospekt Newski. Wiatr jeszcze niósł śnieg przy samej ziemi w poprzek ulicy, zdobiąc chodniki ukośnymi białymi smugami. Z trudem można było dojrzeć godzinę na zegarze umieszczonym na wieży Dumy Miejskiej, gdyż tarczę prawie całkowicie zalepił śnieg; było kilka minut po jedenastej.

Ostatnia godzina roku 1915.

Newski opustoszał. Z rzadka tylko przemykały sanie z siedzącymi w nich zakutanymi w futra postaciami. Żółte puste tramwaje, dzwoniąc bez potrzeby, wolno wlokły się po śniegu. A przed samą północą światło na Newskim zgasło i ulica stała się podobna do zaśnieżonego ciemnego wąwozu.

Prasa piotrogrodzka napisze nazajutrz, że stolica rosyjska nie pamięta równie przygnębiającej i ponurej nocy noworocznej. „Czegóż mogliśmy sobie życzyć w Nowym Roku? Zaiste — czegóż?” — pytała gazeta „Nowoje Wriemia” i nie dawała odpowiedzi na owo pytanie.

Gazeta „Wieczerniaja” natomiast zamieściła wiersz bez podpisu autora:

 

Witamy Nowy Rok jak zawsze w owych dniach.

Lecz bez radości jak tradycja każe...

Los frontu i żołnierza każdy w sercu waży

I apel noworoczny budzi strach.

Tam walka wre i w ową Bożą noc

Złowrogi świst ołowiu nie zagasi męstwa.

Szepcemy wciąż: walczymy do zwycięstwa...

Zwątpienie precz — wierzymy w naszą moc...

 

Wojna stała się nieszczęściem Rosji, które zdawało się nie mieć końca. Na wszystkich frontach ponoszono haniebne klęski. Krew lała się strumieniami. Nieliczne sukcesy rodziły chwilowe nadzieje, które jednakże szybko gasły i gorycz porażki stawała się jeszcze bardziej ostra.

Dlaczego wszystko złożyło się tak tragicznie? Dlaczego wielka Rosja dławi się w upokarzającej bezsilności? Nieudolność dowódców wojskowych? Niezdolność przemysłu do zaspokojenia potrzeb frontu? Rozprzężenie gospodarki? Faryzeuszostwo sojuszników, zmuszających Rosję do poświęcania wszystkiego w imię ich interesów? Rozpasanie kliki Rasputina na dworze carskim? Ministerialna karuzela w zdezorientowanym rządzie? Zdrada? O wszystkich tych sprawach zaczęto już mówić nawet z trybuny Dumy Państwowej. I chociaż gazety drukowały owe wystąpienia ze skreśleniami cenzury, sens wypowiedzi nie budził wątpliwości. A jednocześnie te same gazety krzyczały z pierwszych stron: „Wojna do zwycięskiego końca!” I te same słowa powtarzali popi w cerkwiach, dodając do nich niczym boską pieczęć sakramentalne „Amen”. I zaledwie przed kilku dniami podczas wizyty na froncie car mówił do swych żołnierzy tonem dobrotliwego ojca: „Tylko do zwycięskiego końca...”

...Ach, jak dobrze było mu tam, na Froncie Zachodnim! Trzeba będzie pomyśleć o jakiejś odpowiedniej nagrodzie dla generała Everta. Widać, że cały front pewnie dzierży w swych mocnych rękach...

Dowódca frontu istotnie dołożył wszelkich starań, aby zaprezentować carowi efektowne przedstawienie bez żadnej gafy czy wpadki. Próby trwały dwa tygodnie. Niemcy, słysząc po nocach dolatujące ze strony rosyjskiej gromkie „hura!”, ogłaszali alarm dla swych przednich pozycji. A w schronach sztabowych odbywały się w tym czasie niesłyszalne dla Niemców „spontaniczne” rozmowy bohaterów rosyjskich, kawalerów Krzyża św. Jerzego, z ukochanym carem. Rolę cara odgrywali dowódcy dywizji i robili to bardzo przekonywająco, jako że pytania, które monarcha zadawał wszędzie swoim żołnierzom, były znane od dawna. Podobnie zresztą jak i odpowiedzi, jakie car lubił...

Słowem, wszystko przebiegało zgodnie ze scenariuszem, w którym było nawet to „przypadkowe” spotkanie cara z brodatym Kozakiem z czterema krzyżami na piersi, który powiedział: „Śni mi się po nocach, że jestem w Berlinie, Wasza Cesarska Mość!”

Dobrze tam było. Bardzo dobrze...

Jakże wspaniałe były chwile przeglądu przy dźwiękach orkiestry!

Siedząc na spokojnym karym koniu patrzył z góry na bezkresne śnieżne pole, po którym z chrzęstem wybijały krok zwarte kolumny. Z jakimż zachwytem patrzyli na niego żołnierze! Jak zgodnie krzyczeli „hura!”, nie myląc przy tym kroku! Aż mu się łzy zakręciły w oczach. Spojrzał na generałów, trzymających się nieco na uboczu — czyż z takimi żołnierzami można przegrać? Ogarnęło go radosne przeczucie, że teraz już wszystko pójdzie inaczej. Po smutku zawsze przychodzi radość. Zawsze... Dotykając ręką papachy salutował swym wiernym żołnierzom i słyszał w odpowiedzi potężne „huraaaa!”

Tyle tylko, że było zimno, zmarzły mu kolana i zaczęły obrzydliwie drżeć. Jakoś zbyt długo szły te kolumny... Na pewno wolniej niż należało... Napomknął o tym później przy obiedzie i usłyszał odpowiedź dowódcy armii generała Rohozy:

— Wasza Cesarska Mość, rytm marsza był zgodny z regulaminem, ale żołnierze chcieli lepiej przyjrzeć się Waszej Cesarskiej Mości i to było powodem zwolnienia tempa. Proszę wybaczyć swoim żołnierzom... i nam również...

No cóż, z pewnością o to właśnie chodzi. Kolana już się rozgrzały i wrócił mu dobry nastrój. Napisał tekst telegramu do carowej:

„Dziś rano dokonałem ostatniego przeglądu armii Frontu Zachodniego. Wojska prezentują się doskonale...”

Wręczywszy adiutantowi tekst i zarządziwszy, aby przygotowano pociąg, zwrócił się do generałów:

— Dziękuję... Przekażcie, panowie, wyrazy wdzięczności mym żołnierzom... — Potoczył po obecnych obojętnym, sennym spojrzeniem, ujrzał, że są uszczęśliwieni jego pochwałą i dodał ze smutkiem: — Jak można... Jak można... — Radość zniknęła momentalnie z twarzy generałów... — Z takimi żołnierzami należy iść tylko do przodu... A skazywać takich żołnierzy na zagładę... Jak można... — wyrzekł to cichym, nieco głuchym głosem i zamilkł na długo, przykrywszy wyblakłe oczy podpuchniętymi powiekami.

Generałowie z wydłużonymi minami siedzieli nieruchomo i z oddaniem patrzyli na cara.

Mikołaj wolno, jakby z pewnym trudem otworzył oczy i ciągnął przyciszonym, łagodnym tonem:

— Siły nieprzyjaciela są na wyczerpaniu. Jak nigdy przedtem jesteśmy bliscy zwycięstwa... Bądźcie zupełnie spokojni... nie zawrę pokoju, dopóki nie wypędzimy ostatniego nieprzyjacielskiego żołnierza z naszych ziemi nie zawrę go inaczej, jak tylko w całkowitym porozumieniu z naszymi sojusznikami... Nie zapomnę tego przeglądu i rad jestem, że miałem okazję ujrzeć te dzielne oddziały; proszę przekazać wszystkim żołnierzom wyrazy mej wdzięczności za ich wierną służbę, która sprawia radość memu sercu. Niech Bóg ma was w swojej opiece, panowie...

Car umilkł i dowódca frontu generał Evert, odczekawszy chwilę, zaczął ostrożnie:

— Wasza Cesarska Mość, moje wojska...

Jednakże car powstrzymał go ociężałym ruchem ręki.

— Otrzyma pan odpowiednie rozkazy — rzekł z nagłą surowością i wstał.

Dlaczego car jest tak spokojny i pewny siebie? Dlatego, że nie ma wątpliwości, iż „trójporozumienie” musi w końcu zwyciężyć. Udowodnili mu to — jak dwa razy dwa równa się cztery — najpierw król angielski Jerzy V i jego doradcy, później zaś prezydent Francji Raymond Poincare, który przed samą wojną odwiedził Piotrogród i zostawił mu memorandum, gdzie na jednej stronie znajdowały się wszystkie dane dotyczące zasobów wojskowych trójprzymierza oraz Niemiec, a na dole dopisek: „Wniosek nasuwa się sam przez się...”

To, że wojna idzie Rosji ciężko, że ponosi ona ogromne straty w ludziach. nie wzrusza cara zbyt głęboko. Kiedy pewnego razu przewodniczący Dumy Państwowej Rodzianko zwrócił mu uwagę na wielką liczbę zabitych i rannych w armii rosyjskiej, wyrażając przy tym zaniepokojenie upadkiem międzynarodowego prestiżu Rosji, car odrzekł: „O utracie prestiżu w oczach Anglii i Francji nie może być mowy. A o czyjąż opinię poza tym mamy się troszczyć?” Trudno wyrazić się bardziej jasno i cynicznie zarazem...

A więc wojna do zwycięskiego końca... Wojna do zwycięskiego końca... Słowa te wytarły się, spowszedniały, a jednocześnie zyskały nowy, złowieszczy sens. W teatrze rozrywki estradowy „ekscentryk muzyczny” Juriew śpiewał kuplety z refrenem:

 

A po cóż mi taki koniec.

Skoro ma on być mogiłą...

 

Widzowie wymieniali niespokojne spojrzenia. Wesołe kuplety odbierane były jak rekwiem. Nawiasem mówiąc, w kronice wydarzeń jednej z gazet ukazała się notatka o tym. jak pewien oficer frontowy usiłował zastrzelić kuplecistę za nawoływanie do zdrady.

2

...Anglicy nie znają takiej tradycji witania Nowego Roku. jaka istnieje u nas. Jednakże tej nocy w siedzibie ambasady angielskiej na Wybrzeżu Angielskim paliło się światło i w szerokim oknie na tle koronkowej firanki na przemian to pojawiała się, to znów znikała sylwetka mężczyzny. Ambasador jego królewskiej mości króla Anglii sir George Buchanan spacerował po swoim gabinecie. Tu również istniała swoista tradycja noworoczna — ambasador zwykł był podpisywać wtedy sprawozdanie i z tej właśnie okazji zbierali się w gabinecie jego współpracownicy. Stłoczeni wokół biurka obserwowali ceremonię podpisywania dokumentu, a potem słuchali opinii swego zwierzchnika o minionym roku i pracy każdego z nich. Buchanan robił to zazwyczaj w swobodnej, żartobliwej formie, tak że nawet krytyczne uwagi przyjmowano bez obrazy. Na zakończenie lokaj przynosił tacę z kieliszkami szampana i wieczór kończył się uroczyście.

Tym razem wszakże wszyscy stali pośrodku gabinetu z powagą na twarzach i śledzili oczyma postać ambasadora, który chodził tam i z powrotem od okna do przeciwległej ściany; jego głos brzmiał głucho i gniewnie.

Niewysoki, z siwą głową, gęstymi białymi wąsami, lecz z młodzieńczą sylwetką i sprężystym krokiem, sir George Buchanan był człowiekiem w trudnym do określenia wieku. Chętnie żartował, że rankiem bywa zazwyczaj starszy o dziesięć lat, wieczorami zaś panie z reguły prawią mu komplementy na temat jego młodego wyglądu. Miał za sobą długie i niełatwe życie angielskiego dyplomaty i pracownika wywiadu. Służbę w Rosji nazywał swym łabędzim śpiewem, dodając przy tym: „Potem pozostaną mi już pieśni innych, mniej wytwornych ptaków”

Przyjechał do Rosji w roku 1910 prosto z Bułgarii, gdzie również był ambasadorem. Nominacja na analogiczne stanowisko w Petersburgu stanowiła zaszczytny awans, pracował więc z oddaniem, nie szczędząc swych nietuzinkowych zdolności ani wysiłku bystrego umysłu. I potrafił tak ustawić swoją ambasadę, że pracowało dla niego mnóstwo Rosjan zajmujących najrozmaitsze pozycje w społeczeństwie, a także stanowiska w machinie państwowej; wszyscy oni byli bardzo cenni ze względu na posiadane informacje. Jego szerokie stosunki Londyn stawiał za przykład innym ambasadorom. Szczytem było tu nawiązanie ścisłych kontaktów z samym carem. Jeszcze na samym początku wojny gazety niemieckie pisały, że Buchanan jest drugim, niekoronowanym władcą Rosji. Była to oczywiście przesada, ale istotnie miał on duże możliwości i niejednokrotnie wpływał na bardzo ważne decyzje monarchy rosyjskiego.

Do niedawna czuł się w Rosji pewnie. Jednakże pod koniec 1915 roku zaczęły go dręczyć obawy. Nastąpiło to prawie niepostrzeżenie. Jakoś zupełnie nagle pourywało się wiele jego kontaktów, a te, które ocalały, coraz częściej dostarczały mu niedokładnych informacji. Jak gdyby coś stanęło między nim a Rosją niczym ściana i on w żaden sposób nie może się przez nią przebić..

„Partia niemiecka” — tak określił pewnego razu ową siłę. Miał jednakże na myśli nie jakąś określoną organizację, lecz te kręgi, które mając na względzie swe osobiste interesy i korzyści materialne zmieniły orientację na proniemiecką, tak czy inaczej wrogą wobec Anglii.

Największe niebezpieczeństwo ze strony tejże „partii” polegało na tym, że w jej składzie znaleźli się ludzie zajmujący nierzadko bardzo wysoką pozycję w stolicy Rosji. W rezultacie zdecydowanie pogorszyły się stosunki Buchanana z carem, zwłaszcza zaś z carową. W głębi ducha musiał się przyznać, że nie docenił owej „partii”, nie potrafił przewidzieć, że nieuchronnie musi się ona umocnić w toku wojny — kiedy myślał o tym, łabędzi śpiew przestawał być dla niego symbolem, nabierał konkretnych wymiarów. Jeszcze niedawno w szyfrogramach z Foreign Office czytał raz po raz łechcące jego ambicję pochwały; wszystko co myślał, wszystkie jego samodzielne decyzje. Londyn z reguły aprobował. A właśnie dzisiaj, w ostatnim dniu roku, nadszedł szyfrogram, w którym znów — poza kwiecistymi dyplomatycznymi sformułowaniami — dostrzegł bez szczególnego trudu źle ukrywane niezadowolenie.

Nic więc dziwnego, iż dzisiejsza ceremonia podpisywania sprawozdania rocznego w niczym nie przypominała poprzednich...

Buchanan chodził po gabinecie i nie podnosząc wzroku rzucał urywane gniewne zdania:

— Czyż nie rozumiecie, panowie, że ślepota i głuchota to śmierć dla dyplomaty? To, że w Rosji jest źle, jest jasne nawet dla dziecka. A dlaczego jest źle? — zapytał, zatrzymując się przed oknem i patrząc w nieprzeniknioną mgłę nad Newą. Potem odwrócił się gwałtownie i ruszył w stronę przeciwległej ściany. — Na to pytanie nie możemy dać zadowalającej odpowiedzi, ponieważ nie ogarniamy całej powagi sytuacji... — stojąc przy ścianie rzucił spojrzenie na obraz przedstawiający wyjazd na polowanie z chartami i zawrócił w przeciwnym kierunku. — Ale nawet dobra odpowiedź to zaledwie połowa. Nasza sytuacja reprezentantów mocarstwa sojuszniczego zobowiązuje nas nie tylko do konstatowania faktów, lecz również do działania. A jakiego działania można oczekiwać od ślepych i głuchych? — Gdyby w tym momencie Buchanan spojrzał na swego współpracownika Grussa, przedstawiciela służby wywiadowczej, zobaczyłby na jego twarzy ledwie dostrzegalny uśmieszek. Gruss był bardzo zadowolony z siebie — już trzy miesiące temu doniósł swym przełożonym, że ambasada coraz częściej pada ofiarą własnej inercji, przechodząc obojętnie obok istotnych faktów i zjawisk.
— Zalecam panom potrojenie wysiłków... — ciągnął Buchanan. — Niewykluczone, że wkraczamy w najtrudniejszy dla nas okres. Wielka Brytania oczekuje i wymaga od nas pracy proporcjonalnej do skali zachodzących wydarzeń... — Ambasador zatrzymał się na środku gabinetu i po raz pierwszy spojrzał na swych podwładnych, którzy dziwnie przycichli. — Dziękuję. Możecie, panowie, iść do domu — rzekł z łagodnym uśmiechem.

3

Nad Piotrogrodem nisko nawisło czarne niebo zimowej nocy. Wystarczy skręcić z Newskiego, aby od razu znaleźć się w głębokich ciemnościach, wyje wiatr. Bije do nogach niesiony przezeń śnieg. Tylko w nielicznych oknach błyszczy światło — ogromne miasto wita Nowy Rok w niespokojnym śnie. Tak jest najlepiej — naciągnąć kołdrę na głowę i nie myśląc o niczym postarać się zasnąć. Może istotnie ranek przyniesie dobrą radę?

 

W pustym i zimnym tramwaju, zdążającym powoli w stronę Rogatki Narwskiej, jechało dwóch pasażerów; obydwaj byli niewielkiego wzrostu i wyglądali na prostych kmiotków. W lekkich paletkach i króliczych czapkach z sukiennymi nausznikami, siedzieli przyciśnięci do siebie, skuleni z zimna. Widać było, że nie spieszy im się do domu, by powitać Nowy Rok przy suto zastawionym stole. Byli to tajniacy piotrogrodzkiej ochrany Kosoj i Gołub, którym zlecono tej nocy obserwację herbaciarni Samsonowa, gdzie pod pretekstem powitania Nowego Roku miało się odbyć spotkanie robotników fabrycznych — buntowników i podżegaczy. Po zakończeniu zebrania Kosoj i Gołub mieli inwigilować dwóch jego uczestników i towarzyszyć im aż do domów.

Dojechawszy do pętli wysiedli z tramwaju, podnieśli kołnierze i ruszyli przed siebie po świeżym, skrzypiącym śniegu, popychani przez wiatr. Było ciemno choć oko wykol, tylko pod nogami trochę światła od śniegu.

— Pamiętasz dobrze, gdzie to jest? — spytał Gołub.
— Jak dojdziemy do cerkwi, to na prawo; będzie jakieś sto kroków.
— Śnieg skrzypi, słychać na wiorstę.
— Trzeba stawiać od razu całą stopę — powiedział Kosoj, zaklął szpetnie i dodał; — A najważniejsze, że to wszystko na darmo; chodzimy za nimi tak długo, a co z tego, kiedy ich jest tylu, co wszy na tyfuśniku.
— Nie gadaj — niemrawo zaprotestował Gołub. — Mój znajomek pracuje w Kriestach, mówi, że tam wszystko zapchane.
— A ilu ich jeszcze gania...
— Słyszałem, jak szef mówił, że złapiemy ich wszystkich razem.
— Nie wystarczy rąk — Kosoj znów zaklął.
— To nie nasza sprawa; znajdą się i ręce...
— Znajdą... znajdą... — warknął Kosoj osłaniając twarz kołnierzem. — Szwagier do mnie ze wsi przyjechał. Przywiózł słoniny, miodu, a ja, głupi, wódkę zdobyłem...
— Służba nie drużba — odparł Gołub ze złością. — Rób, co ci każą. Za pracę w taką noc obiecali czerwoniutkiego, jeśli nie zawalimy sprawy.
— Ten czerwoniutki już dawno się zrobił niebieściutki...1

Zatrzymali się koło cerkwi. Z prawej strony widać było słabe przebłyski światła — tam właśnie znajdowała się herbaciarnia. Podeszli trochę bliżej. Okiennice były zamknięte i światło przebijało przez szczeliny.

— Dwóch stoi przy wejściu. Widzisz? — szepnął Gołub.
— Pikietę, dranie, wystawili.

Bliżej nie da się podejść. I przejść na drugą stronę ulicy także niebezpiecznie — mogą zobaczyć.

Stali, przyciskając się do zimnej ściany koło kamiennego tunelu bramy.

— Ciekawe, czy podwórko jest przechodnie? — zagadnął Kosoj.

Gołub nie odpowiedział.

— A jakby co... gdzie się przed nimi schowamy? Pójdę popatrzyć...

Po jakichś dziesięciu minutach Kosoj wrócił.

— Tam są składy i nie ma przejścia. Ale między składami jest taki wąski prześwit — tam nie zajrzą.

Milczeli chwilę, wsłuchując się w lodowaty pogwizd wiatru.

— W dziewięćset piątym znacznie lepiej się pracowało — westchnął Gołub. — Wszystko było jasne — łapiesz i ciągniesz. Kiedyś w jedną noc aż trzech przytaszczyłem. dostałem za nich zegarek „Paweł Bure”. O, widzisz... — włożył rękę w zanadrze, wyjął zegarek na łańcuszku, podniósł go do oczu i znowu westchnął: — Ludzie przy stołach już sobie śpiewają...

W pierwszy dzień roku 1916 Gołub i Kosoj złożyli przełożonym wspólny raport na piśmie, który możemy teraz zacytować...

„...W wy znaczonym czasie zajęliśmy miejsce na stanowisku obserwacyjnym w odległości 30 kroków od herbaciarni Samsonowa, mając w pobliżu bramę dla ewentualnego manewru na wypadek zbliżenia z obiektami. Przy wejściu do herbaciarni stali dwaj pikieciarze, co nie dawało możliwości dalszego przybliżenia się ze względu na skrzypienie śniegu pod nogami. Jednakże widoczność była znośna. Buntownicy zebrali się przed naszym przybyciem, w czym jednakże nie było naszej winy. ponieważ dotarliśmy do punktu obserwacyjnego w wyznaczonym czasie. Pikieciarze zmienili się jeden raz. O godzinie 1 minut 40 po północy uczestnicy zebrania zaczęli opuszczać herbaciarnię. Nie pojedynczo jak zwykle, lecz w trzech grupach, przy czym hałasowali i nawet śpiewali... Zgodnie z rozkazem dwóch z nich wzięliśmy pod obserwację i odprowadziliśmy według adresów.

1. Szedł nie zachowując ostrożności. Wzrost powyżej średniego. Płaszcz krótki, do kolan. Przygarbiony. Kaczy chód. Adres: Zwienigorodzka 2. róg Zagorodnego. Główna brama. Obserwację prowadził Kosoj.

2 Wzrost średni. W szynelu i czapce z nausznikami. Buty z cholewami Chodzi szybko, ostrożny. Adres: Zaułek Michajłowski 11. Po wejściu do domu zapaliło sięświatło w drugim oknie z prawej na pierwszym piętrze. Obserwację prowadził Gołub.

 

1 stycznia 1916 r. Podpisy agentów...”

U dołu dopisek:

„Adres na Zwienigorodzkiej ustalono wcześniej, mieszka tam mechanik z elektrowni N. Goriajew. Związany jest z grupą Czilikina — rozpowszechnianie proklamacji. Był zatrzymywany. Z wyglądu przypomina śledzonego obecnie. Zaułek Michajłowski to coś nowego. Przeprowadzić rozeznanie. Podpisano: rotmistrz Kucewałow.”

A z lewej strony u góry najwidoczniej decyzja zwierzchnika:

„Dołączyć do dokumentacji o wykorzystaniu nocy noworocznej jako pretekstu dla nielegalnych zebrań.” Podpis nieczytelny.

Tak witała Nowy Rok ochrana. Przy pracy. W atmosferze nieustannego czuwania u wrót dworu carskiego.

ROZDZIAŁ DRUGI

1

W ostatnich dniach przed nowym, szesnastym rokiem wszystko, co przyjemne, skończyło się dla Mikołaja tam, na Froncie Zachodnim, rozpłynęło się wraz z ostatnimi dźwiękami orkiestr wojskowych.

Z frontu udał się do Carskiego Sioła, zapragnął bowiem jak najszybciej znaleźć się na miłym sercu łonie rodziny, jedynym miejscu, gdzie może być sobą, gdzie jest kochany wiernie i bezinteresownie.

Przykrości zaczęły się jeszcze w drodze... Ciężka rozmowa ze Spirydowiczem. Nie dało się jej odłożyć, jako iż wyobraził on sobie, że jest wyrocznią w polityce. Należało wiec przywołać go do porządku. A nie było to dla Mikołaja sprawą łatwą. Generał Spirydowicz już od dziesięciu lat stał na czele jego ochrony osobistej i car darzył go szczególną sympatią. Zdawał sobie sprawę, iż wywołuje to zazdrość komendanta pałacu generała Wojejkowa, i wszelkimi sposobami starał się ich pojednać. Wojejkowa także bardzo lubił i zawsze zapraszał do towarzystwa, ilekroć miał ochotę wypić w ścisłym gronie. Wiedział, że wywołuje to żartobliwe komentarze, jakoby Wojejkow znalazł szczęśliwy los na dnie kieliszka. Zbliżył go do siebie przed trzema laty, ale znał od dawna, jeszcze z tych czasów, kiedy generał dowodził pułkiem lejbgwardii — młodość cara była blisko związana właśnie z owym pułkiem. I przyjemnie było wspominać z prostodusznym Wojejkowem przy kieliszku wódki rozmaite wesołe historyjki z życia pułkowego.

Ze Spirydowiczem łączy go coś innego. Zaufanie i miłość do niego zrodziły się od razu. od pierwszego spotkania i utrwaliły ostatecznie w roku 1912 w Kijowie w tamtych strasznych chwilach, kiedy w sali teatru rozległy się strzały i siedzący niedaleko od cara premier Stołypin upadł, przeszyty kulami terrorysty. Usłyszawszy strzały, car mocno zacisnął powieki, a kiedy otworzył oczy, nie widział już nic prócz potężnych pleców Spirydowicza, które zasłaniały go przed całym tym przerażającym światem. Spirydowicz natychmiast zaprowadził go do pokoju za kulisami, a następnie odwiózł do rezydencji. Jego opanowanie zachwyciło cara. „Był absolutnie spokojny, stał przede mną jak granitowa skała” — opowiadał później nie wiedząc, iż to jego świadectwo obróci się przeciwko Spirydowiczowi. Komisja badająca sprawę zabójstwa Stołypina oskarżyła kilku wysokich funkcjonariuszy ochrany, w ich liczbie i Spirydowicza, o karygodne niedbalstwo. Wszyscy oni zostali zwolnieni ze swych stanowisk. Poza Spirydowiczem, w stosunku do którego car rozkazał zaprzestać jakiegokolwiek śledztwa.

Pewnego razu car zapytał go wprost:

— Ale jak mimo wszystko potrafił pan zachować wtedy całkowity spokój?
— Wasza Cesarska Mość, wiedziałem jedno: dopóki żyję, Waszej Cesarskiej Mości nic nie grozi, dlaczegóż więc miałem się denerwować, skoro żyłem?

Car zapamiętał również i tę odpowiedź. Kiedy polecał ministrowi spraw wewnętrznych umorzenie śledztwa w stosunku do Spirydowicza, rzekł:

— Każdy rozumie, że z racji swych obowiązków służbowych odpowiadał tylko za moje życie. Byłem zdrów i cały i to dawało mu pełne prawo być spokojnym.

O tak, w ciągu ostatnich dziesięciu lat bardzo wiele łączyło Mikołaja ze Spirydowiczem. Nieraz miał okazję przekonać się ponad wszelką wątpliwość, że generał — w przeciwieństwie do wielu jego zaufanych — wśród nich i generała Wojejkowa — doskonale orientuje się w sytuacji, ma swoje zdecydowane zdanie na temat zachodzących wydarzeń, i car niejednokrotnie słuchał jego rad.

Niełatwo było przeprowadzić ową przykrą rozmowę w pociągu. Ale nie mógł milczeć. Generał wręcz oszalał na punkcie socjaldemokracji i rewolucji. Więc powiedział mu wprost, że ta socjaldemokracja zahipnotyzowała go i oślepiła. Car przypomniał sobie, jakie zmieszanie malowało się wówczas na twarzy generała; poczuł w sercu litość, ale nie, nie, koniecznie trzeba mu było powiedzieć to wszystko. On po prostu nie rozumie, że w Rosji, przy całej specyfice jej ustroju, nie może istnieć żadna partia, która byłaby zdolna stanąć na czele tak zróżnicowanej etnicznie ludności, a tym bardziej doprowadzić do obalenia pochodzącej od Boga władzy monarszej.

Jednakże car widział, że Spirydowicz nie zgadza się z nim. I czyż nie ma racji generał Wojejkow, który powtarza mu uparcie, że Spirydowicz należy do tych, którzy uważają, iż mądrzy ludzie na Rusi od niego się zaczynają i na nim się kończą?

Mikołaja opanowały przykre myśli. Może właśnie w tej chwili po raz pierwszy stracił zaufanie do generała, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że kilka miesięcy później Spirydowicz został wysłany do Jałty w charakterze gubernatora...

Carowa przywitała go w swoim salonie, jak zawsze, ze łzami zachwytu. Całowała zapamiętale jego twarz i ręce, z miłością patrzyła mu w oczy, czule głaskała po włosach... Weszli na antresolę, wziąwszy się za ręce usiedli na szerokiej kanapie obitej czerwoną skórą, i zdumiewający spokój i ciepło niemal natychmiast ogarnęło Mikołaja; nawet wojna odsunęła się gdzieś daleko. Patrzył przez kratę balustrady na stojący na dole marmurowy posąg kobiety pochylonej w modlitewnej pozie i rozkoszował się błogosławioną, świętą ciszą i bliskością żony.

— Niki, na froncie znowu jest źle. Wiesz już? — odezwała się nagle Aleksandra Fiodorowna.

Uderzył pięścią w kolano:

— O Boże, kiedy się to skończy?

I znowu dopadła go ta straszna wojna, nad którą nie sposób zapanować, która wlecze za sobą niekończący się łańcuch nieszczęść.

— Niki, nie trzeba tak. Bóg jest z nami — wyszeptała carowa z napięciem i położyła swą chłodną białą rękę na jego zaciśniętej pięści. — Zło minie, Niki, a Bóg wynagrodzi nam i naszej biednej Rosji to wszystko, co wycierpieliśmy wraz z naszym wiernym ludem.

Byłoby lepiej, gdyby tego nie mówiła.

Boże, jakie nieszczęśliwe panowanie przypadło mu w udziale! A przecież świątobliwy pustelnik Serafim przepowiedział, jakie będą losy rodu Romanowów: na początku jego panowania przyjdą nieszczęścia i powszechne klęski, będzie nieudana wojna a po niej — rozruchy. Ale potem nastąpi świetlana era i życie jego będzie długie i szczęśliwe. I wszystko działo się dokładnie tak jak w przepowiedni. Nie zdążył jeszcze włożyć korony, kiedy wydarzyła się w Moskwie tragiczna katastrofa chodyńska. Później była fatalna wojna z Japonią, a po niej rozruchy. Później jeszcze jedno straszne nieszczęście — urodził się nieuleczalnie chory syn, następca... Już dosyć! Dosyć! Gdzież jest ta świetlana era? Gdzie jest to szczęście?

I wreszcie ta wojna... Pochlebiało mu, że Rosja na równi z Wielką Brytanią i Francją bierze udział w nowym podziale świata. Jego miłość własna była mile połechtana myślą, że zaleje sadła za skórę cesarzowi Wilhelmowi, którego wyniosłość odczuwał bardzo boleśnie. Ale któż mógł przypuszczać, że wojna będzie taka długa? Król Jerzy zapewniał, że potężna flota brytyjska zdławi Niemcy blokadą morską. Poincare mówił, że Francja jest doskonale przygotowana do zwycięskiej wojny i że Niemcy zostaną szybko zmiażdżone w rosyjsko-francuskich kleszczach... Gdzież jest to „szybko”? Gdzie jest śmiercionośna blokada morska? Wojna trwa już drugi rok i Mikołaj coraz częściej myśli z rozdrażnieniem, że tak serio prowadzi tę wojnę tylko on i jego Rosja.

A najstraszniejsze jest to, że nie widać końca tych zmagań. I brak mu sił, by ogarnąć to wszystko. Skąd bierze się tyle niepowodzeń? Dlaczego radość z sukcesów jest tak nietrwała, rozwiewa się jak dym? Tacy wspaniali żołnierze, a tu klęska za klęską... Czyżby Bóg nas opuścił i nie chciał słuchać naszych modlitw?

— O czym myślisz, Niki? — głos żony dobiega jak gdyby z oddali i Mikołaj rozgląda się niepewnie wokół siebie. — Zadręczyli cię, mój biedaku. Zapomnij o wszystkim...
— To jest okropne — przerwał jej. — Czasami, kiedy stoję przed świętym obrazem, chce mi się krzyknąć: „Za co? Za co?”
— Mój Boże, Niki, co ty mówisz... — szeptała Aleksandra Fiodorowna przyciskając ręce do piersi i patrząc na niego niebieskimi, lśniącymi jak lód oczyma. — Nasz Przyjaciel mówi: „Bóg wyznaczył każdemu jego los. a Bóg zawsze jest sprawiedliwy...” To grzech narzekać, Niki... wielki grzech... — powtórzyła tragicznym szeptem.

W Kwaterze Głównej była tylko wojna, a tu cała Rosja nacierała na niego, miotała się z boku na bok jak chory w gorączce, potrącając go co chwila. Nie było dnia bez przykrych przeżyć, bez przeróżnych nieszczęść. Nie. nie znalazł spokoju w Carskim Siole. Nagle okazało się, że zapas miedzi w przemyśle wojennym jest na wyczerpaniu i nie sposób wyjaśnić, kto zawinił i co trzeba robić. A na zakup miedzi za granicą brak złota, gdyż wydano je na zakup broni — również za granicą... Nawiasem mówiąc, gdzie jest ta broń? To znów minister spraw wewnętrznych wsunął mu między papiery na biurku notatkę szefa ochrany Głobaczowa. Chodzi oczy wiście o socjaldemokrację; trzeba ją wykorzenić raz na zawsze, w przeciwnym bowiem razie nieszczęście gotowe. Poszaleli na punkcie tej socjaldemokracji czy co? Wichrzycieli fabrycznych trzeba siec batogiem i koniec — od razu się uspokoją. Musi natomiast zastanowić się, co robić z Dumą — to jest źródło wrzenia; rozzuchwalili się tam strasznie, podrywają zaufanie do władzy. A zlikwidować byłoby niebezpiecznie, jak mówią. Dlaczego niebezpiecznie? Mało tego. Niektórzy ludzie, skądinąd mądrzy i wierni, radzili zaszczycić Dumę swoją obecnością na posiedzeniu. Diabeł się w tym nie wyzna. Na domiar złego ministrowie dobrali się w korcu maku — nie dają mu chwili spokoju, przyłażą z każdym głupstwem, o niczym nie chcą sami decydować, nie chcą nic robić, jakby rąk nie mieli. Każdej chwili mogą narobić kłopotów. Taki Sazonow na przykład. Zona ma rację — trzeba się go pozbyć, tak jak pozbył się wszystkich niezadowolonych z tego, że wziął na siebie ciężar kierowania wojną. Gazety ozbisurmaniły się do niemożliwości — piszą byle co, a cenzorzy jakby tein nie widzieli.

Wszystko to codziennie omawia z żoną. Biedactwo, z jakimż poświęceniem stara się ochraniać go przed wszystkimi przeciwnościami losu! I w domu nie ma spokoju... Opuszczając Carskie Sioło pomyślał nawet, że w Mohylewie, w Kwaterze Głównej, mimo wszystko będzie mu lepiej: jest tam przecież Aleksiejew. człowiek, który zna się na sprawach wojennych i przy nim można już nie łamać sobie głowy, kiedy przyjdzie podjąć jakąś decyzję, gdyż tamten wszystko przemyśli i powie, co należy robić...

2

Istotnie, pierwsze godziny pobytu w Kwaterze Głównej upłynęły mu w przeświadczeniu, że jest to miejsce spokojne i pewne, gdzie wszystko toczy się raz na zawsze ustalonym trybem, gdzie można wydać rozkaz, aby go nie niepokojono, i nikt nie ośmieli się go naruszyć.

Zjadłszy śniadanie wstał od stołu i zaczął spacerować po pokoju drobnymi kroczkami, ślizgając się po miękkim dywanie. Miał dreszcze, bolała go głowa. Podszedł do pieca, dotknął dłonią kafli (na każdym był namalowany kogut) i oparzywszy się cofnął ją gwałtownie. Pomyślał z zabobonnym strachem, że może to początek choroby. Przecież jeśli wita się Nowy Rok będąc chorym, to później przez całe dwanaście, miesięcy dręczą człowieka rozmaite dolegliwości.

Za plecami skrzypnęły drzwi — to hrabia Fredericks. Tylko on może wchodzić bez uprzedzenia.

— Dzień dobry. Wasza Cesarska Mość — niewyraźnym starczym głosem przemówił minister dworu.

Mikołaj skinął głową nie odwracając się; nie miał ochoty zaczynać rozmowy ze staruszkiem, który zawsze, niezależnie od sytuacji, miał tylko dwa tematy — majątki ziemskie należące do dworu oraz nadmierne wydatki wielkich książąt. A kiedy się rozochoci, można jeszcze usłyszeć od niego to, co człowiek słyszał już tysiące razy — jak to było dobrze za czasów ojczulka Aleksandra.

Mikołaj obejrzał się na Fredericksa i nagle zrobiło mu się żal starca. Położywszy na biurku teczkę z papierami, stał zgarbiony, opierając się ręką o blat; nogi służyły mu już niezbyt dobrze. Obwisłe policzki leżały na wysokim kołnierzu munduru. Szerokie naramienniki z monogramem carskim opadały w dół. Wyblakłe oczy, patrzące na niego z całkowitym oddaniem, łzawiły... Tak, ten jest naprawdę wierny jemu i tronowi. Ten nawet umrze jak wierny pies na progu pałacu.

Mikołaj podszedł do biurka i spojrzawszy na teczkę ze złotym monogramem spytał:

— Czy jest coś szczególnie pilnego, Włodzimierzu Borisowiczu?
— Jak zwykle, nie czytałem. Wasza Cesarska Mość — odparł Fredericks pochylając siwą głowę i patrząc pokornie na cara spod krzaczastych białych brwi. — Generał Aleksiejew jest u siebie — dodał, przypominając carowi jego stały rozkład porannych zajęć.

 

...Kiedy Mikołaj wszedł do gabinetu Aleksiejewa, ten podniósł znad papierów przygnębioną twarz i szybko wstał; na piersi generała zakołysały się akselbanty i dwa krzyże.

— Witam, Wasza Cesarska Mość — powiedział bez uniżoności, niezbyt głośno, a mówił takim tonem, jak gdyby wydawał rozkaz. No cóż, taki już miał charakter i rzadko kiedy można było zobaczyć uśmiech na jego wiecznie zasępionym obliczu. Całą swoją postacią zdawał się mówić, że jest całkowicie pochłonięty wojną, myśli wyłącznie o niej, o niej i tylko o niej skłonny jest rozmawiać, a sytuacja nie nastraja optymistycznie...

Podali sobie ręce. Car usiadł w swoim fotelu z własnym monogramem na oparciu i spojrzawszy na zawalony mapami i różnymi papierami stół poczuł zwykły niepokój — co się tam znowu stało?

Jak każdy dyletant, którego zrządzenie ślepego losu postawiło wyżej od człowieka kompetentnego w danej dziedzinie, Mikołaj szanował Aleksiejewa i niezbyt go lubił. Jednakże kiedy ze wszystkich stron słyszał szepty: „Aleksiejew nie daje sobie rady”, milczał — wiedział przecież, że w jego otoczeniu Aleksiejew jest jedynym człowiekiem, który zna się na rzeczy i zawsze mówi mu prawdę. Ostatnio żona również jest nastawiona przeciwko Aleksiejewowi, twierdzi, że miesza się on do polityki i zabiega o względy lewicy, ale Mikołaj nie podejmuje tematu, zdając sobie sprawę, że owe szepty o Aleksiejewie pochodzą z tego samego źródła. Zonie szepcą ci sami, którzy szepcą i jemu.

Aleksiejew odezwał się swym głuchym basem, jak gdyby czytał komunikat:

— W ciągu minionej doby, Wasza Cesarska Mość, nic istotnego nie zaszło...

Nie była to stuprocentowa prawda, jednakże Aleksiejew postanowił nie psuć monarsze ostatniego dnia roku i porozumiał się w tym względzie z innymi generałami, których car mógłby zechcieć wysłuchać właśnie dziś. Odsuwając wszelką możliwość konkretnej rozmowy o wojnie, Aleksiejew podał carowi arkusz z tekstem wydrukowanym dużymi literami:

— To jest noworoczne orędzie Waszej Cesarskiej Mości do żołnierzy.

Dowódcy wszystkich frontów już je otrzymali i odczytują teraz na zbiórkach i w okopach...

Car wziął papier i zaczął czytać:

„...Skończył się rok 1915, rok bohaterskich czynów Mych walecznych wojsk. W ciężkich zmaganiach z wrogiem, silnym liczebnie i zasobnym we wszelkie środki, wojska te złamały go i swą własną piersią, niezwyciężoną tarczą ojczyzny, powstrzymały najazd wrażych hord...”

Podniósł wzrok na generała chcąc zaoponować — całkiem niedawno mówił przecież żołnierzom, że siły nieprzyjaciela są na wyczerpaniu... Ale natychmiast zmienił zamiar — po co zaczynać tę rozmowę, jeśli orędzie czytają już na frontach? Postanowił więc kontynuować lekturę.

„...Pamiętajcie, że bez ostatecznego zwycięstwa nasza ukochana Rosja nie może zapewnić sobie samodzielnej egzystencji... bez zwycięstwa nie może być i nie będzie pokoju... Wkraczam w Nowy Rok z niezłomną wiarą w łaskę Boską, w siłę ducha i niewzruszony hart i wierność całego narodu rosyjskiego oraz w męstwo Mych armii lądowych i floty...”

Zwrócił orędzie Aleksiejewowi i patrząc w okno, za którym wolno opadały płatki śniegu, powiedział:

— Jestem przekonany jak nigdy dotąd, że tak właśnie myślą wszyscy moi żołnierze.
— Wiadomo nam, Wasza Cesarska Mość, jak szczęśliwy byłeś wśród żołnierzy — odparł Aleksiejew z niestosowną oschłością w głosie.
— Pewien brodacz, kawaler czterech krzyżów Jerzego, powiedział mi, że śni mu się, iż jest w Berlinie — rzekł cicho Mikołaj, uśmiechając się do swych wspomnień.

Aleksiejew nie odpowiedział, poprawił tylko na nosie swoje zwyczajne okulary w drucianej oprawie.

A Mikołaj pomyślał nagle: „Boże, jak absurdalnie wyglądałby ten brodaty chłopek w Berlinie, w parku pałacu Poczdamskiego, gdzie tak cudownie pachną róże...”

Poruszył się w fotelu.

— Czym się teraz zajmiemy?
— Generałowie już się zebrali, Wasza Cesarska Mość...

Przeszli do sali narad. Kiedy zjawili się w drzwiach, siedzący przy długim stole generałowie wstali energicznie jak na komendę i zwrócili się w stronę monarchy.

— Siadajcie, panowie — powiedział car w sposób najzupełniej cywilny i zajął swoje miejsce u szczytu stołu.

Zgodnie z rozkazem Aleksiejewa sztabowcy referowali rozmaite, może nawet i ważne, ale nie najważniejsze sprawy związane z sytuacją na froncie i mówili o przebiegu uzupełniania taboru kolejowego, o zwiększeniu liczby lazaretów na zapleczu, o racjach żywnościowych dla jeńców niemieckich, o zmianie przepisów dotyczących cerkwi polowych i kapelanów, o przyspieszeniu szkolenia chorążych, o rozbudowie artyleryjskich warsztatów remontowych...

Mikołaj słuchał generałów z roztargnieniem — przeniknął ich zmowę, był im za to wdzięczny i dlatego nikomu nie przerywał, nie zadawał pytań, wiedząc doskonale, że wszystkie te sprawy mogą być rozstrzygnięte bez jego udziału. Byle tylko skończyło się to wszystko jak najszybciej. Ból głowy dokuczał mu coraz bardziej. I zbliżała się pora śniadania z członkami sojuszniczych misji wojskowych przy Kwaterze Głównej.

Meldunki skończyły się wreszcie. Mikołaj podziękował generałom, złożył im życzenia noworoczne i zamknął naradę.

3

W biało-błękitnej jadalni, gdzie w okresie zimy nawet w dzień paliło się kilka żyrandoli, przedstawiciele zagranicznych misji wojskowych stali przy stole, każdy przed swym miejscem, i wymieniali półgłosem uwagi w oczekiwaniu na cara. Usłyszawszy skrzypienie butów umilkli i zwrócili się w stronę drzwi: ich twarze wyrażały ugrzecznienie i szacunek.

Mikołaj zatrzymał się w szeroko otwartych drzwiach. Najstarszy rangą angielski generał Williams — wysoki, tęgi, ze spadzistymi ramionami — wyprężył się. ledwie słyszalnie stuknął obcasami i powitał monarchę po angielsku. Mikołaj skinął mu głową i poprosił wszystkich, aby usiedli. Zaszurano krzesłami i natychmiast dwaj lokaje zaczęli podawać śniadanie. Zajęło to nie więcej niż dwie-trzy minuty i lokaje — kłaniając się — cofnęli się pod ściany.

— Czy Wasza Cesarska Mość raczy podzielić się z nami wrażeniami z pobytu na froncie? — spytał Williams.
— Wrażenia są cudowne — uśmiechnął się Mikołaj, zakładając końce serwetki za kołnierz swego munduru pułkownika. Odpowiedział również po angielsku i dalej już całą rozmowę przy śniadaniu prowadził w tym języku. Car znał angielski doskonale i lubił się nim posługiwać. Już chciał zacząć opowiadać o entuzjazmie, jaki obserwował w szeregach armii, ale przypomniał sobie o wszystkich nieszczęściach, które wydarzyły się na froncie, i nie powiedział nic.
— Kilka dni spędziłem z rodziną — zaczął, zmieniając temat rozmowy. — Chciałem trochę odpocząć, ale w okolicach Piotrogrodu jest nie mniej spraw do załatwienia niż tutaj.

Potoczył bezbarwnymi oczyma po uczestnikach śniadania. Kiedy jego spojrzenie padło na przedstawiciela Francji, markiza de Lagiche, też uśmiechnął się do cara i spytał:

— Jak się czuje następca tronu? Stęskniliśmy się za nim wszyscy.
— Przy matce jest mu jednak lepiej — odparł Mikołaj. — Pamięta oczywiście wszystkich panów i prosił o przekazanie panom ukłonów i życzeń noworocznych.
— Kiedy przebywał w Kwaterze Głównej — podchwycił czarnooki grubas z czarnymi wąsami, serbski pułkownik Londkijewicz — każdy z nas widział w nim swoich własnych synów i robiło nam się jakoś lżej na sercu.
— Mnie także sprawiał wiele radości i umilał moje życie tutaj — ze szczerym smutkiem powiedział Mikołaj i w zamyśleniu zapatrzył się w górę, na masywne żyrandole. Myślał teraz o czymś zupełnie innym — o tym, że śniadanie wkrótce się skończy, wszyscy zgodnie z tradycją przejdą do palarni, a tam nie uda mu się uniknąć rozmowy o sytuacji na froncie. Szczególnie nie lubił takich rozmów z generałem Williamsem, którego nazywał w duchu lisem o obyczajach buldoga.
— Czy wolno spytać o zdrowie Jej Cesarskiej Mości? — zagadnął uniżenie de Lagiche.
— Dziękuję panu... Jest zdrowa, ale bardzo zmęczona... — odparł Mikołaj i dodał z uśmiechem: — Być żoną cesarza rosyjskiego to niełatwy obowiązek.
— O tak, o tak! — zgodzili się wszyscy kiwając głowami.
— Wydaje mi się, że Wasza Cesarska Mość nie powinien pozwalać małżonce, by tak szafowała swymi siłami — rzekł Williams z odcieniem współczucia.

Mikołaj spojrzał na Anglika surowo. Cóż to, aluzja? Ostatnio ze wszystkich stron słyszy te przeklęte aluzje, że jego żona wtrąca się do nie swoich spraw.

Williams zrozumiał swój błąd i czym prędzej dodał:

— Wychowywać pięcioro dzieci to nie żarty!

Ale to uściślenie nic nie wyjaśniało. Przeciwnie, można było uznać, że Anglik podkreśla, iż carowa winna poświęcić się wyłącznie rodzinie i troskom macierzyńskim.

Mikołaj w milczeniu skierował się do palarni.

Goście rozmawiali o pogodzie, o urokach rosyjskiej zimy. Williams ssał swoje cygaro, ale nie przestawał równocześnie spoglądać raz po raz na cara: wyczekiwał wyraźnie na odpowiedni moment, by podejść doń ze swymi pytaniami. Mikołaj widział to i kiedy skończył rozmowę z Francuzem, a Williams szybko ruszył w jego stronę, oznajmił głośno:

— Panowie, zapraszam was na wieczorne nabożeństwo w naszej cerkwi tak że zobaczymy się jeszcze dzisiaj — spojrzał znacząco na zegarek i szybko wyszedł z palarni.

Idąc do gabinetu rzucił w przelocie adiutantowi:

— Nikogo nie przyjmuję...

Lubił swój gabinet w Kwaterze Głównej —jasny pokój ze ścianami obitymi niebieskim jak niebo adamaszkiem. Mebli niewiele — biurko, narożna kanapa, dwa fotele i krzesło. Wszystko przywiezione z Carskiego Sioła — tak życzyła sobie żona. Powiedziała — niech te rzeczy przypominają ci dom i nas. Biurko było niezwykłe; mówiono mu, że zdobią je unikatowe rzeźby wykonane przez północnych szkutników dwieście lat temu. Wydał polecenie, aby nie przysuwano biurka do ściany; chciał, aby rzeźby były widoczne ze wszystkich stron. Stojąca w rogu kanapka budzi w nim przyjemne wspomnienia — w pałacu carskosielskim stała w sypialni żony i oboje lubili siadywać na niej, czując wzajemnie podniecającą bliskość. Ale tutaj siadywał na niej bardzo rzadko, bo jak tylko usiądzie, natychmiast robi mu się smutno, czuje się samotny.

Teraz, usiadłszy przy swoim rzeźbionym biurku, otworzył teczkę z papierami.

Na samym wierzchu leżał list od matki. Nie czytając włożył go do szuflady. Na pewno znowu plotki na temat Alicji. Jakby się wszyscy zmówili, aby go dręczyć. A cóż takiego ona im zrobiła? Cóż złego w tym, że się kochają i chcą sobie pomagać we wszystkim, przecież obydwoje są pomazańcami bożymi? Ona jest mądra i wszystko rozumie, bezgranicznie kocha Rosję i pragnie dla niej wyłącznie dobra. No i wreszcie jest jedynym człowiekiem, któremu on ufa bez zastrzeżeń i może powierzyć swe najtajniejsze myśli, wiedząc, że spotka się ze zrozumieniem i pomocą z jej strony. Oni wszyscy chcą mu ją odebrać. Doszło już do obrzydliwych oszczerstw, strzępią sobie na niej języki w brudnych zaułkach petersburskich, jak gdyby chodziło nie o carową, lecz o jakąś praczkę. A wszystko ma ten sam cel — zburzyć ich harmonię, ich szczęście. I po to właśnie wymyślają te ohydne historie o niej i o Przyjacielu. Wszyscy oni doskonale wiedzą, że Grigorij jest wcieleniem mądrości bożej i mądrości ludu i tego właśnie tak bardzo się boją. Nic nie znaczy dla nich tron, nic nie znaczy Rosja. Miała rację żona, kiedy już dawno prosiła go, by wykazał zdecydowanie, uderzył pięścią w stół, przypomniał wszystkim, że jest samodzierżcą rosyjskim! Tak, tak właśnie uczyni i będzie bezlitosny wobec tej sfory bezdomnych psów, niech się tylko skończy ta przeklęta wojna.

Z bólem serca myśli Mikołaj o tym, jak ciężko jest carowej znosić to wszystko samotnie tam w carskosielskim pałacu, otoczonej przez fałszywych ludzi, którym nie sposób zaufać. Musi zrobić wszystko, co w jego mocy, by nie czuła się tam opuszczona.

Mikołaj odsunął od siebie teczkę, wyjął z szuflady arkusz papieru z koroną i monogramem.

„Ukochana moja!

Dziękuję Ci z całego serca za Twój miły list... — pisał wyraźnym, trochę pochylonym pismem. — Najgorętsze dzięki składam Ci za Twą miłość i czułość w ciągu tych sześciu dni, które spędziliśmy razem. Gdybyś wiedziała, jak mnie to podtrzymuje na duchu i jaką stanowi nagrodę za moją pracę, odpowiedzialność, niepokoje itp.! Nie wiem doprawdy, jak bym wytrzymał to wszystko, gdyby Bogu nie spodobało się dać mi Ciebie za żonę i przyjaciela. Wczoraj po naszym rozstaniu przyjąłem grubego Chwostowa, a trwało to półtorej godziny. Porozmawialiśmy poważnie o wszystkim. Po herbacie wziąłem tę książkę — Dziewczyna-milioner — i długo czytałem. Niezwykle interesująca rzecz i uspokaja umysł. Spałem źle, a raczej za mało, bo nie mogę zasnąć; nogi mi tak zmarzły, że wreszcie przykryłem się z głową kocem i w ten sposób ogrzałem skraj posłania — jakoś to w końcu pomogło! Przybywszy tutaj dzisiaj rano zastałem taką samą zimną pogodę jak w domu — 10 stopni. Teraz jest trochę cieplej, nie ma wiatru, masa śniegu. Po długim raporcie — tradycyjne śniadanie ze wszystkimi cudzoziemcami. Niech Cię Bóg błogosławi, moja duszko, i niech błogosławi i nasze drogie dzieci! Twój na wieki, moje kochane Słoneczko, stary mężulek Niki...” 2

Poleciwszy adiutantowi wysłać list, Mikołaj poczuł ulgę — miał wrażenie, że porozmawiał z żoną, pocieszył ją swoją miłością. Wziął z biurka niedoczytaną powieść Dziewczyna-milioner i udał się do sypialni, mając przedsmak przyjemności, jaką sprawi mu zapoznanie się z dalszym rozwojem przygód miłosnych sympatycznej bohaterki tej angielskiej powieści brukowej.

4

Kiedy car położywszy się na sofie z upojeniem czytał romans o wesołych przygodach awanturnicy, angielski generał Williams i jego francuski kolega de Lagiche przechadzali się po zaśnieżonej drodze w pobliżu domu, w którym mieszkali. Rozmowa toczyła się niespiesznie. Raz po raz zapadało długie milczenie i obaj wsłuchiwali się wtedy w mroźne skrzypienie śniegu pod swymi nogami.

— Co przywiózł z sypialni carskosielskiej? — spytał Williams, przytrzymując ręką podniesiony futrzany kołnierz.
— Wyraźnie uchylił się od rozmowy z panem — zauważył Lagiche, rozcierając zmarznięte ucho.
— Powinna była nakłonić go, aby zajął jakąś bardziej zdecydowaną pozycję — rozwijał swoją myśl Anglik.
— Jakoś tego nie widać — rzekł Francuz, usiłując zakryć ucho wąskim kołnierzem. — Zdumiewająca jest zmienność jego poglądów. Pamiętam, jak rok temu powiedział mi, że Duma to nic więcej, jak tylko zawór, za pomocą którego będzie umiejętnie wypuszczał parę z kotła. A przed tym wyjazdem na front mówił już, że Duma to prawdziwe przekleństwo dla Rosji, że ją narzucono.

Milczenie. Skrzypi śnieg. Gdzieś w oddali gwizd parowozu. Przy samotnej sośnie zawrócili.

— A co właściwie robi Duma? — Lagiche zatrzymał się. — W jej ostrych wystąpieniach, które go tak przerażają, wyrażone jest pragnienie, aby Rosja lepiej walczyła. Mam nadzieje, że on również chce, by tak było, podobnie zresztą jak my.
— Jako głównodowodzący znajduje się pod obstrzałem Dumy, a to jest niebezpieczne — generał Willimas zrobił kilka kroków i także się zatrzymał patrząc, jak wolno pada śnieg. — Buchanan miał rację — wziąwszy ciężar wojny na siebie, car związał sobie ręce i nogi, nie uwzględnił tego, że główną przyczyną rozdrażnienia w kraju jest właśnie wojna.
— A ja uważam, że wręcz przeciwnie — zaoponował Lagiche, uderzając dla rozgrzewki nogą o nogę. — To właśnie daje mu prawo, ze względu na dobro frontu, zrobić zdecydowany porządek w Piotrogrodzie.
— Przecież on się nie zdobędzie na taką decyzję. — Williams nachylił się ku Francuzowi. — Czy pamięta pan, z jaką dumą opowiadał kiedyś, że jakiś chłop nazwał go „nasz dobry, cichy car-ojczulek”?

Lagiche nie odpowiedział i ruszyli dalej. Słuchali skrzypienia śniegu pod nogami. Williams szedł wyprostowany, stawiając duże, pewne kroki. Lagiche zmarzł w swym krótkim płaszczu i w lekkiej czapce z daszkiem; stawiał drobne kroczki, kulił się, zakrywając ręką to jedno ucho, to drugie...

Sytuacja ich nie jest łatwa, odpowiedzialność zaś wręcz przytłaczająca, wiedzą bowiem, co postawiły na kartę ich kraje przystępując do tej wojny. Kiedy generał Williams wyjeżdżał do Rosji, minister wojny Kitchener powiedział mu, że właśnie teraz rozstrzygnie się, czy Brytyjczycy będą mieli prawo nadal śpiewać Rule Britannia czy też będą musieli zapomnieć swego hymnu. Dla Francji silne Niemcy stanowią bezpośrednie śmiertelne zagrożenie i bez jego zlikwidowania przyszłość państwa jest nie do pomyślenia. Tak więc pracujący przy Kwaterze Głównej Williams i Lagiche mieli to samo zadanie i działali zgodnie, pomagając sobie wzajemnie i nawet wymieniając informacje. Teraz również niepokoiło ich to samo — ustalili, że na wysiłki wojenne Rosji, na jej poczynania na froncie, coraz większy wpływ wywiera coś niezrozumiałego dla nich, lecz bardzo niebezpiecznego, a mianowicie sytuacja w kraju i w Piotrogrodzie. Nie mieli jednak pełnego wyobrażenia o katastrofalnym położeniu Rosji i sądzili, że jej wszechmocny monarcha jest w stanie zaprowadzić porządek, brak mu tylko potrzebnej stanowczości. Prawdopodobnie tak też myślano zarówno w Londynie, jak i w Paryżu, żądając od swych agentów, aby zorientowali się, jakie jest stanowisko cara. Ale to nie takie proste — właśnie wrócił do Kwatery Głównej po odwiedzeniu frontu i Carskiego Sioła. Z czym wrócił? Od rozmowy z Williamsem, choćby tylko przelotnej, uchylił się wyraźnie. A Francuzowi opowiedział takie rzeczy, że wprost nie do wiary...

Williams zwrócił się ku idącemu obok niego koledze.

— Więc ostatecznie co panu powiedział?

Pod siwymi, starannie przystrzyżonymi, zbielałymi od szronu wąsami markiza przemknął uśmiech:

— Nie uwierzył pan? Sam jestem wstrząśnięty. Ale to fakt. Powiedział mi dosłownie: „Jedyne przyjemne wspomnienie z Carskiego Sioła to trzy wrony, które zastrzeliłem w parku pałacowym...”
— Nieprawdopodobne! — Williams zatrzymał się patrząc wprost przed siebie w śnieżną mgłę.
— A jednak to fakt — przytupując w miejscu ciągnął Lagiche. — Rosja to rzeczywiście szczególny kraj; tu wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż wyobraża sobie Europejczyk.
— Najgorsze jest to. że on razem z tymi swoimi wronami może znaleźć się w takiej sytuacji, że jedynym ratunkiem będzie separatystyczny pokój z Niemcami. Pomyślał pan o tym? — spytał Williams nie przestając patrzyć przed siebie.
— Uważa pan za realne istnienie w Piotrogrodzie partii proniemieckiej? — odpowiedział pytaniem Lagiche. Pomyślał w tej chwili, że jeszcze dziś poinformuje Paryż o obawach, jakie nurtują jego angielskiego kolegę.
— Partii to chyba nie — odparł Williams i poszedł dalej. — Ale krąg wpływowych osób związanych pępowiną z Niemcami istnieje i ci ludzie nie śpią. A wreszcie w Piotrogrodzie i wokół pałacu carskiego kręcą się po prostu agenci niemieccy. Nie może ich nie być. I sytuacja, jaka się obecnie wytworzyła, jest dla nich wyjątkowo pomyślna.

W milczeniu doszli jeszcze raz do samotnej sosny, gdzie ich ślady na śniegu zawracały z powrotem, i Williams znów się zatrzymał.

— Ciekawe, czy po nabożeństwie urządzi tradycyjną rosyjską kolację noworoczną? I czy nas zaprosi?
— „Wszystko jest w rękach Boga”, jak zwykł mawiać... — roześmiał się Francuz. Miał dzisiaj obfity materiał informacyjny dla swego rządu...

 

Kiedy car wybierał się do cerkwi, Fredericks spytał go, na ile osób należy nakryć do kolacji.

— Na dwie — odpowiedział Mikołaj.
— Kto będzie miał zaszczyt być zaproszonym? — zainteresował się minister dworu.
— Pan, Włodzimierzu Borisowiczu, tylko pan...

 

Za co Rosja skazana została na utratę milionów swych obywateli na polach tragicznych bitew pierwszej wojny światowej?

Oficjalna kronika wydarzeń wyglądała bardzo prosto i nie wzbudzała żadnych wątpliwości. 28 czerwca 1914 roku terrorysta serbski o symbolicznym nazwisku Pryncyp zabił w Sarajewie następcę tronu austriackiego Franciszka Ferdynanda i jego małżonkę. Wstrząśnięta straszliwym nieszczęściem monarchia austrowęgierska 23 lipca postawiła Serbii ostre ultimatum, które zostało wszakże odrzucone, i w pięć dni później wojska austro-węgierskie ruszyły na Serbię. Wierna braterstwu Słowian Rosja staje w obronie Serbii, ogłaszając 30 lipca powszechną mobilizację. W odpowiedzi na to Niemcy — dotrzymując swych zobowiązań wobec AustroWęgier — wypowiadają 1 sierpnia wojnę Rosji, zaś w dwa dni później — Francji, która staje się sojuszniczką Rosji. 4 sierpnia przeciwko Niemcom występuje Anglia. Kierowane podobnymi zasadami wierności wobec swych zobowiązań, włączają się później do wojny Japonia, Turcja, Włochy... Wydaje się, iż wszystko jest logiczne, jasne i nawet szlachetne.

I wygląda na to, że wszystko zaczęło się od strzałów w Sarajewie. Zapomniane już dziś pisemko „Dwadcatyj Wiek” ogłosiło wiersz, w którym czytamy:

 

Przypadek zrodził pożar w całym świecie...

Lecz gdyby drgnęła prawica zabójcy.

Nie znalibyśmy okropności wojny...

 

No cóż, nie jest to pierwszy wypadek, kiedy ślepa poezja usiłowała ukryć za jedwabną przesłoną całą ohydę rzeczywistości.

Autentyczne przyczyny wybuchu wojny były równie dalekie od strzelającego Pryncypa, jak dalekie jest Sarajewo od Londynu, Paryża, Berlina, Waszyngtonu i Petersburga, gdzie właśnie owa wojna została „spreparowana”. Wszystko to zostało już opisane w setkach książek i ludzkość nie od dziś wie kto, dlaczego i w jaki sposób zorganizował tę krwawą jatkę. W rzeczonych książkach, w zależności od tego, kto je pisał, jak i w imię czego, znaleźć można świadomy fałsz, półprawdę lub wreszcie całą prawdę, jednakże tylko Leninowska interpretacja owej wojny wyjaśnia w pełni sens wydarzeń. Już w pierwszych miesiącach jej trwania odsłonił Lenin bezlitosną prawdę. Stwierdził, że wojna europejska, którą przygotowywały w ciągu dziesięcioleci rządy i partie burżuazyjne wszystkich krajów, stała się faktem. Wzrost potencjału militarnego, gwałtowne zaostrzenie walki o rynki w epoce najnowszego, imperialistycznego stadium rozwoju kapitalizmu w krajach przodujących, interesy dynastyczne najbardziej zacofanych monarchii wschodnioeuropejskich musiały nieuchronnie doprowadzić i doprowadziły do tej wojny. Aneksja ziem i ujarzmienie obcych narodów, doprowadzenie do ruiny konkurentów i grabież ich bogactw, odwrócenie uwagi mas pracujących od wewnętrznych kryzysów politycznych Rosji, Niemiec, Anglii i innych krajów, rozbicie solidarności i ogłupianie robotników propagandą nacjonalistyczną, a wreszcie wyniszczenie ich awangardy celem osłabienia rewolucyjnego ruchu proletariatu — tak przedstawia się jedyna rzeczywista treść, znaczenie i sens obecnej wojny.

W kilku zdaniach zawarte zostały wszystkie najistotniejsze kwestie. Absolutnie wszystkie! Rozumiemy więc, że strzały w Sarajewie nie mają nic wspólnego z „przypadkiem”, który „zrodził pożar w całym świecie”. I wiemy, że nawet „gdyby drgnęła prawica zabójcy”, wojna wybuchłaby mimo wszystko. Dostrzegamy też cały fałsz apelu pod adresem żołnierza rosyjskiego: „Do boju za wiarę, cara i ojczyznę!”

Siła, która wciągnęła Rosję w ten krwawy wir, była potężna i najzupełniej realna. Kapitalizm rosyjski poczuł swą moc dającą mu prawo do zajęcia odpowiedniego miejsca na arenie światowej. Nic nie mogło już uchronić Rosji od owego przelewu krwi i nie miało znaczenia, kto siedział na tronie — Mikołaj II czy też jakaś inna latorośl rodu Romanowów.

Sprzymierzeńcy Rosji nie obawiali się jej zaborczych zapędów. Rynki zbytu, jakimi zamierzali się podzielić, stanowiły ogromny obszar, zaś nieprzebrane rezerwy ludzkie Rosji napawały sojuszników nadzieją — jej aktywność w wojnie ocali życie żołnierzom Anglii i Francji. Doszło do tego, że owi sojusznicy z całym cynizmem wyliczali, ile wart jest żołnierz cywilizowanej Europy, a ile ciemnej chłopskiej Rosji, i rezultat tych obliczeń dowodził, że żołnierz rosyjski jest trzy razy tańszy.

Wojna wybuchła i już w pierwszych dniach działań na frontach, pragnąc pokazać światu swą potęgę militarną a także pomóc Francji ponoszącej klęskę za klęską nad Marną i pod Paryżem, rozpoczyna Rosja przygotowaną w pośpiechu ofensywę w Prusach Wschodnich. „Najkrótszą drogą do Berlina” — oświadczył głównodowodzący armią rosyjską wielki książę Mikołaj Nikołajewicz, wydając równocześnie rozkaz rozpoczęcia natarcia w Galicji. Niemcy przerzucają siły z frontu zachodniego na wschodni. Francja jest uratowana, jednakże wojska rosyjskie — ponosząc kolosalne straty — zmuszone są do wycofania się z Prus. W ten sposób już w pierwszych tygodniach wojny określona została strategia działań wojennych Rosji, a ściślej mówiąc — określony został niemal całkowity brak dalekowzrocznej i dokładnie sprecyzowanej strategii. Pod koniec roku 1915 szef sztabu Kwatery Głównej generał Aleksiejew, otrzymując od cara kolejny rozkaz przyspieszenia początku ofensywy celem poprawy sytuacji Francji, rzekł z goryczą: „Straciliśmy tak wiele. Wasza Cesarska Mość, ratując innych, że mimo woli nasuwa się pytanie: czy ktoś będzie ratował nas?”

Wojna kosztowała Rosję bardzo dużo. Istnienie nadmiernej ilości dowódców znających doskonale jedynie rytuał defilad, przy jednoczesnym braku tych. którzy wiedzieli, jak należy prowadzić wojnę, odbijało się nieustannie na przebiegu bitew. I Rosja płaciła za to krwią. Brakowało armat i pocisków. Brakowało nawet karabinów — na początku wojny kupowano je za granicą płacąc złotem. W związku z tym wszystkim każdy krok naprzód kosztował coraz więcej, podczas gdy straty rosły z każdym dniem, zaś cierpienie ludzkie zdawało się nie mieć końca. Narastało zdumienie — dlaczego wszystko idzie aż tak źle? I coraz większa liczba Rosjan zadawała pytanie: w imię czego giną nasi ludzie?

Na to pytanie odpowiadali zgodnie z prawdą tylko bolszewicy. Wojna ta — mówili — stanowi kontynuację wciąż tej samej antynarodowej polityki państwa kapitalistów i obszarników, dlatego też właściwy stosunek do niej może być tylko jeden — należy przekształcić ją w wojnę domową, w wojnę przeciwko samodzierżawiu, przeciwko władzy kapitalistów i obszarników.

Jednakże głos owej bolszewickiej prawdy docierał do mas ludowych z najwyższym trudem. Wojna zahamowała rozwój ruchu rewolucyjnego. Przeciwko bolszewikom, którzy zmuszeni byli zejść do podziemia, toczono zaciekłą walkę mającą na celu całkowite ich unicestwienie. Wystarczy powiedzieć, że w okresie wojny ich komitet w Piotrogrodzie ponad trzydzieści razy ulegał totalnemu rozgromieniu. Zlikwidowano również wszystkie wydawnictwa, a przecież już w pierwszych dniach wojny pojawiły się w Rosji ulotki antywojenne. Lenin, na którego carska ochrana polowała ze szczególną zawziętością, zmuszony był w tym czasie przebywać za granicą, nie przestawał wszakże kierować działalnością bolszewików nawet stamtąd, pomagając im za pośrednictwem gazety „Socjał-Diemokrat” poznać prawdę o wojnie i zorientować się w niezwykle złożonej sytuacji.

Z ogromnym trudem docierała do ludu Leninowska prawda, lecz pracowali nad tym ludzie uczciwi i ofiarni; wiedzieli oni i wierzyli, że każde słowo tej prawdy, które dotrze choćby do jednego człowieka, odbije się szerokim echem, zacznie żyć nowym życiem, mnożąc się w świadomości i w sercach innych.

ROZDZIAŁ TRZECI

 

Myśl o przyjęciu w pałacu delegacji robotników podsunęła, choć trudno w to uwierzyć, carowa. Z jej listów i dziennika można się dowiedzieć, jak do tego doszło. Przeczytała biuletyn departamentu policji za rok 1915 i ogarnęło ją oburzenie — co to ma znaczyć? Co się dzieje? Na każdej stronie mówi się o rozruchach robotniczych w całej Rosji... a do tego jeszcze to wstrętne, zupełnie nie rosyjskie słowo „proletariat” — te!

Oburzeniem swym podzieliła się z ministrem dworu, sędziwym Fredericksem. Obleczony w suto haftowany złotem mundur staruszek zachwiał się na słabych nogach, co mogło sprawiać wrażenie ukłonu:

— Wasza Cesarska Mość, cóż tu można powiedzieć? Żydzi mącą... A poza tym — coś zbyt wielu zrobiło się dziś tych kształconych... — Fredericks już od dawna na wszystko miał jedną odpowiedź.

Aleksandra Fiodorowna aż się rozzłościła na starca:

— Co też pan... Powtarza pan bez przerwy jedno i to samo. Przecież robotnicy rosyjscy to prości ludzie, nie ma tam kształconych. I po co mieliby mącić?
— Wasza Cesarska Mość ma rację, ludzie to ciemni, ale można ich poprowadzić, dokąd się chce. Czyż mogę zapomnieć, jak chłopi, którzy w dziewięćset piątym roku dewastowali mój majątek, kłaniali mi się potem do ziemi i mówili żegnając się znakiem krzyża, że niby nie wiedzieli co czynią. Tak to już jest. Wasza Cesarska Mość...

Carowa przeszła przez swą sypialnię i po schodach z antresoli zeszła do gabinetu męża. Siedział przy biurku, ścisnąwszy głowę rękami, czytał jakiś dokument państwowy i nie słyszał kroków żony — nawet cofnął się trochę, zobaczywszy ją nagle przed sobą. Podniósł się z trudem z fotela i uśmiechając się obciągnął mundur, który sterczał mu niezgrabnie na ramionach.

— Zjawiłaś się jak złodziej: przestraszyłaś mnie.
— Wybacz, że ci przeszkodziłam. Ale wiesz, co mi przyszło do głowy?Dlaczego nie miałbyś przyjąć u siebie robotników? Przecież kiedyś przyjmowałeś nawet kupców. Porozmawiałbyś z nimi szczerze, od serca, tak jak ty to potrafisz. Spytałbyś ich, czego w końcu chcą? Dlaczego bez przerwy wywołują jakieś zamieszki?

Car się zamyślił. Przypomniał sobie przeczytany niedawno meldunek gubernatora Jekatierynburga, że w tamtejszej hucie omal nie wybuchł bunt z powodu systemu kar wprowadzonego przez zarządcę-Niemca.

— To jest myśl, moja miła — rzekł cicho. — I rzeczywiście, wciąż postponujemy tych ludzi, podejrzewamy ich o wszystkie grzechy śmiertelne, a przecież oni — i tu Guczkow ma rację — zaopatrują front w broń i robią to coraz lepiej. A kto się nimi zajmuje na co dzień? Chyba tylko policja...

Tu Mikołaj coś sobie przypomniał, urwał więc i utkwił ponury wzrok w przestrzeń. Co tam widział? Czy nie rok dziewięćset piąty? Czy nie powstanie robotników moskiewskich, kiedy to nie spał przez trzy noce i miał tak silne dreszcze, że bez przerwy zmieniano mu grzałki w nogach? A z Moskwy wciąż nie było wiadomości, czy wysłany tam pułk Siemionowski uporał się z buntem.

— Pomyślę o tym, moja droga — rzekł z roztargnieniem. — Dziękuję ci za pomysł i za to, że się tak troszczysz o nasze państwo.

Szeleszcząc długą suknią Aleksandra Fiodorowna podeszła doń całkiem blisko, położyła mu ręce na ramionach i wzdrygnęła się dotknąwszy zimnych naramienników z dystynkcjami pułkownika.

— Zdecydowałeś się ostatecznie na otwarcie Dumy? — spytała patrząc mu w oczy.
— Tak. Wszyscy, dosłownie wszyscy, nawet Chwostow, radzą mi to zrobić. Nie można ich tylko krytykować, bo to wywołuje złość. Dlatego postanowiłem, że będę obecny na otwarciu.

Jej dłonie ześliznęły się z jego ramion.

— O Boże... Chcesz wleźć w to obrzydliwe mrowisko?! — jęknęła półgłosem, patrząc niespokojnie w jego nieuchwytne oczy.
— Moja droga, to będzie szok dla tych krzykaczy z Dumy; zatka im gęby, nie odważą się...
— A jeśli się odważą? — przerwała carowa, a jej rozszerzone oczy, w których malowało się wzburzenie, zabłysły.
— Uspokój się, moja droga; zamknąć Dumę jest tak samo łatwo jak ją otworzyć. A jeśli nie zważając na mój pojednawczy krok znów zaczną swoje stare sztuczki, wówczas cała Rosja zaaprobuje zamknięcie Dumy. Rozumiesz? — I spytał zmieniając temat: — Jaką temperaturę miał rano Aleksy?
— Normalną — odparła z roztargnieniem. — Więc mówisz, że Chwostow też to radzi?
— A nawet bardzo mnie namawia. W ogóle opanowała go teraz idée fixe. że władza państwowa powinna wykorzystać każdą okazję, aby pokazać, że służy społeczeństwu, a jeśli nie będziemy tego robić, to stworzymy możliwość działania naszym przeciwnikom.
— Społeczeństwo... społeczeństwo... Nie rozumiem, co to jest społeczeństwo — powiedziała z rozdrażnieniem. — Ale rozumiem, że zamierzasz kokietować tych, którzy nas znieważają. A propos, Grigorij mówi, że Chwostow zaczął kręcić.
— Co to znaczy — kręcić? — spokojnie spytał Mikołaj.
— No... to znaczy, że pracuje na dwie strony...
— A któż jest tą drugą stroną?
— Grigorij nie wyjaśniał dokładnie.
— Bzdury, moja droga. Chwostow po prostu nie może kręcić... — car roześmiał się cicho. — Wprawdzie nazywa się Chwostow3, ale nie ma ogona, aby nim kręcić; całe jego życie do momentu mianowania go ministrem nie wzbudza najmniejszych podejrzeń. On jest nasz, moja droga, nasz do szpiku kości, a do tego jeszcze ma głowę na karku, już się o tym przekonałem... — Mikołaj zamyślił się na chwilę, a potem dodał: — I właśnie jemu powierzę realizację twojego pomysłu o przyjęciu delegacji robotników; jestem pewny, że zrobi to doskonale...

Zegar stojący na kominku zaczął swym kryształowym dźwiękiem wydzwaniać godzinę jedenastą. Car liczył uderzenia jak dziecko.

— Wybacz mi, moja droga, ale nie zdążyłem jeszcze przeczytać tego dokumentu, a w poczekalni już siedzi Stürmer, którego wezwałem na jedenastą. Sprawa dotyczy właśnie otwarcia Dumy i muszę omówić jego wystąpienie... — Mikołaj wziął z biurka niedoczytany tekst expose premiera.
— No, a jakże on? — spytała carowa.
— Stürmer? Na razie mogę tylko powiedzieć, że boi się swej własnej władzy. Ale to przejdzie...
— Podoba mi się, że jest taki... imponujący...

Car nie odpowiedział.

Kiedy Aleksandra Fiodorowna weszła na antresolę i zniknęła tam za drzwiami, wziął z biurka dzwonek, zadzwonił gwałtownie i opadł na fotel. W drzwiach bezgłośnie pojawił się adiutant.

— Niech pan poprosi premiera.

Podczas gdy Stürmer nierównym krokiem zbliżał się do biurka, szurając po parkiecie nogami, car mimo woli uśmiechnął się w duchu, przypomniawszy sobie słowa żony o imponującym wyglądzie premiera — nie wiadomo dlaczego śmieszyła go jego potężna postać opięta mundurem ze złotymi galonami, którą od twarzy do brzucha przecinał czarny klin brody; wesołość budziły też długie wąsy sterczące na boki jak szable.

— Witam pana, Borysie Władimirowiczu — car wstał zza biurka i wyciągnął rękę do premiera, który pospiesznie zbliżył się do niego. — Proszę siadać.

Stürmer odczekał, aż car usiądzie, ostrożnie umieścił się w fotelu i podciągnął pod siebie wiecznie bolące, udręczone podagrą nogi.

Czekając, aż gość usadowi się wygodnie, car przypomniał sobie nagle, jak przychodził do niego na audiencję inny premier — Stołypin, o którym po dzień dzisiejszy zdarza mu się czytać w tajnych raportach ochrany, że był on ponoć jedyną nadzieją Rosji; ten całym swym wyglądem podkreślał, że jest cywilem (pewnego razu przyszedł nawet w źle odprasowanych spodniach). był bardzo pewny siebie, miał tupet i uważał się najwidoczniej za drugiego cara.

— Zamieniam się w słuch. Wasza Cesarska Mość... — trwożliwie i radośnie zarazem rzekł Stürmer.

Car otrząsnął się z przykrych wspomnień i spytał z uśmiechem:

— No i co, oswoił się pan już z nowymi obowiązkami?
— Ależ skąd. Wasza Cesarska Mość! Sądzę, że taki moment nigdy nie nastąpi! Tyle spraw! Tyle spraw! Strach pomyśleć! — nie spuszczając oczu z monarchy mówił Stürmer z emfazą. — Cała moja nadzieja w Waszej Cesarskiej Mości — dodał cicho.
— Mądrość ludowa głosi, że nie święci garnki lepią,i jestem głęboko przekonany, że z pomocą Boską da pan sobie radę — rzekł car poważnie i przysunął do siebie tekst przemówienia premiera. Twarz Stürmera jak gdyby ukryła się w brodzie i zabawnie wyzierała z jej gęstwiny.

Mikołaj spuścił wzrok na papier.

— Borysie Władimirowiczu, zapoznałem się z przedstawionym przez pana wystąpieniem na otwarcie Dumy... — zajrzał na koniec przemówienia. — Czy nie jest zbyt długie?
— Można skrócić — natychmiast odpowiedział premier.
— I można wyczuć bez trudu, że po raz pierwszy znajdzie się pan na tak niezwykłej trybunie i że nie będzie to zbyt przyjemne...
— Właśnie. Wasza Cesarska Mość! — zawołał Stürmer.
— Nie ma sensu rzucać pereł między wieprze — ciągnął car. — Przemówienie powinno być krótkie i bardzo powściągliwe. Pan nie zdaje sprawozdania przed Dumą, a tylko raczy ją poinformować. Radziłbym panu powiedzieć...
— Chwileczkę. Wasza Cesarska Mość! — Stürmer pochylił się ku stojącej na podłodze teczce, szczęknęły zamki i oto już wynurzył się nad biurkiem z zeszytem w rękach, przygotowany do zapisywania dyspozycji monarchy. — Zamieniam się w słuch. Wasza Cesarska Mość...
— Pierwsza rzecz, i to jest motyw przewodni całego pańskiego exposé — to wojna do zwycięskiego końca ręka w rękę z naszymi sojusznikami. Druga — wszystko dla frontu i zwycięstwa! Absolutnie wszystko! — car uderzył w stół kantem dłoni. — Trzecia — wojna, którą prowadzimy, jest bardzo trudna i jak każda wojna składa się nie tylko z sukcesów. Ale w tym miejscu wyrazi pan radość, iż nasze wojska zdobyły Erzerum.
— Już zdobyły. Wasza Cesarska Mość? — Stürmer nie mógł powstrzymać okrzyku radości: bardzo chciał oznajmić Dumie coś miłego i zyskać przez to jej przychylność.
— Zdobędą — rzekł oschle Mikołaj. — Dalej — o wierze rządu w wielką siłę ducha naszego narodu, który rozumie, że przyszłość Rosji zależy od zwycięstwa nad silnym i perfidnym wrogiem. Niechaj siedzący tam panowie zastanowią się nad tym głębiej, zanim zaczną się pchać na trybunę ze swymi projektami odnowy naszego państwa... — Car umilkł na chwilę i zapatrzył się w okno, za którym padał gęsty śnieg. — Co się zaś tyczy spraw wewnętrznych państwa... to rzeczą najważniejszą jest to, aby nie zabrnąć w ślepy zaułek. Niech pan napomknie o takich na przykład kwestiach jak... reforma cerkwi... ziemstwa... Proszę powiedzieć o konieczności wprowadzenia instytucji ziemskich w niektórych regionach Syberii... ale to również pobieżnie... I koniecznie o panoszeniu się Niemców; a w pańskich ustach zabrzmi to bardzo korzystnie... — Car pomyślał chwilę i zakończył: — Sądzę, że to wystarczy. I oczywiście kilka optymistycznych zdań o wojnie i przyszłym zwycięstwie.

Skończywszy notowanie, Stürmer rzekł:

— Wszystko zrozumiałem. Wasza Cesarska Mość, i odpowiednio przerobię przemówienie. Jak zawsze w obecności Waszej Cesarskiej Mości człowiek widzi wszystkie problemy i jaśniej, i głębiej. Dziękuję, Wasza Cesarska Mość.
— Czy ma pan coś do mnie? — spytał car z wyraźnie akcentowanym zmęczeniem; był to jego wypróbowany chwyt, aby skończyć audiencję.
— O, całą teczkę. Wasza Cesarska Mość! — zawołał Stürmer, który nie znał jeszcze zwyczajów cara. Zobaczywszy jednak, jak ten spochmurniał, dodał pospiesznie: — Ale nie pozwolę sobie zabierać dłużej cennego czasu Waszej Cesarskiej Mości i postaram się rozwiązać to wszystko sam.
— O, właśnie to jest mi szczególnie przyjemnie słyszeć, bo już po prostu nie sposób się opędzić; przychodzą do mnie niemal z każdą sprawą, podczas gdy winni decydować sami.

Stürmer wstał i skłonił się nisko:

— Życzę zdrowia Waszej Cesarskiej Mości ku szczęściu i pożytkowi ojczyzny naszej, pozwalam sobie wszakże nie tracić nadziei, że gdybym miał rzeczywiście jakieś kłopoty, otrzymam mądrą pomoc ze strony Waszej Cesarskiej Mości.
— Oczywiście — ledwie dosłyszalnie powiedział car, i kiedy premier podniósł już z podłogi swą wypchaną teczkę, dodał: — Zapomniałem pana poinformować, że ja również będę na otwarciu Dumy.
— Niemożliwe! — głupio wykrzyknął Stürmer, jednakże car ciągnął dalej, jakby nic nie słyszał: