Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
28 osób interesuje się tą książką
Porywająca opowieść o kobiecie, która ocaliła tysiące dzieci
Kiedy jako pierwsza zdiagnozowała ołowicę wśród śląskich dzieci, wiedziała, że tej informacji nie wolno
zamknąć w czterech ścianach gabinetu. Stając przed wyzwaniem losu, miała tylko jedno wyjście: podjąć
działanie, nawet jeśli oznaczało to konfrontację z systemem, który za wszelką cenę starał się chronić
przemysł, miejsca pracy i pozorny spokój obywateli.
To powieść o niezłomności i odwadze, a przede wszystkim o odpowiedzialności za drugiego człowieka. Fabuła
zaczyna się w czasie powstań śląskich, a potem wkracza w brutalną rzeczywistość wojenną i lata PRL-u. Bez
poznania historii rodziny Hagerów i Górnego Śląska trudno bowiem zrozumieć, skąd wzięła się
bezkompromisowość „ołowianej profesor” w walce o zdrowie i życie najmłodszych pacjentów.
Prof. Bożena Hager-Małecka – jedna z najwybitniejszych pediatrów w historii Polski – zasługuje na prawdę, a
jej niezwykłe życie na własną opowieść.
Prawdy, która jest ciekawsza niż nawet najlepszy serial, nie warto ukrywać.
---
prof. Bożena Hager-Małecka (1921–2016) – wybitna polska pediatra, wieloletnia kierowniczka Katedry i
Kliniki Pediatrii Śląskiej Akademii Medycznej w Zabrzu. Jej zainteresowania naukowe obejmowały m.in.
immunologię kliniczną i gruźlicę. Pracowała nad projektem stworzenia modelowego szpitala dziecięcego.
Doprowadziła w 1987 roku do utworzenia w Śląskim Centrum Pediatrii Oddziału Dializ dla Dzieci oraz Oddziału
Dziennej Resocjalizacji i Rewalidacji dla dzieci z głęboką niepełnosprawnością intelektualną. Przyczyniła się do
rozwoju nowoczesnego systemu opieki pediatrycznej w Polsce.
Po roku 1974, kiedy to zdiagnozowała ołowicę u dzieci z katowickich Szopienic, rozpoczęła działania na rzecz
ochrony środowiska na terenach przemysłowych. Posłanka na Sejm PRL w latach 1976–1989, uczestniczka
obrad Okrągłego Stołu.
---
Historia Bożeny Hager-Małeckiej jak i całej rodziny Hagerów to fascynująca podróż przez zawiłe losy polskiej
inteligencji na Śląsku – ziemi od pokoleń rozdzieranej przez polski i niemiecki żywioł. Dramaty powstań,
okrucieństwo wojny, okupacja i powojenna rzeczywistość nie zdołały ich złamać. Przeciwnie – te najtrudniejsze
doświadczenia oraz konsekwentne wychowanie w głębokim poczuciu odpowiedzialności za drugiego człowieka
ukształtowały pokolenia gotowe do największych poświęceń. To dziedzictwo zaowocowało w pełni w życiu
mojej babci. Kiedy odkryła wstrząsającą prawdę o „ołowianych dzieciach” z Szopienic, nie wahała się ani
chwili. Zaryzykowała wszystko, co miała – karierę, bezpieczeństwo i pozycję – aby stanąć po stronie
najsłabszych. Dzięki tej książce mogą Państwo poznać jej prawdziwą historię.
Stanisław Torbus, wnuk prof. Bożeny Hager-Małeckiej
---
Magdalena Kędzierska-Zaporowska – redaktorka współpracująca z największymi polskimi
wydawnictwami, autorka ponad 20 książek dla dzieci i dorosłych, w tym bestsellerowej biografii Krzysztofa
Respondka Taki świat kupiłem. Tarnogórzanka mieszkająca w Krakowie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 320
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Kraków 2026
Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o.
Copyright © 2026 by Magdalena Kędzierska-Zaporowska
Adiustacja językowo-stylistyczna: Aurelia Hołubowska
Korekta: Katarzyna Machowska
Redakcja techniczna: Paweł Kremer
Projekt okładki: Pola Rusiłowicz
Zdjęcie na okładce: wygenerowane za pomocą narzędzi AI
Zdjęcia w książce i na skrzydełku: archiwum rodziny Bożeny Hager-Małeckiej
Wydanie I | Kraków 2026
ISBN ebook: 978-83-8404-223-6
Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków
Dział sprzedaży: [email protected]
EmocjePlusMinus.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Babcia zawsze uważała, że zdiagnozowanie ołowicy u szopienickich dzieci i akcja ich ratowania to były jej najważniejsze zawodowe osiągnięcia. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek Jej to odebrał.
Stanisław Torbus, wnuk prof. Bożeny Hager-Małeckiej
listopad 1974 roku
Spojrzała z niepokojem za okno wysłużonej Warszawy, którą w każdy czwartek przemierzała drogi całego województwa katowickiego, by przeprowadzać kontrole w przychodniach pediatrycznych, nawet tych oddalonych od jej zabrzańskiej kliniki o kilkadziesiąt kilometrów. Dziś także miała napięty harmonogram, a ze względu na marznący deszcz podróż z Zabrza wyjątkowo się przedłużała. Tego dnia nie chciała się spóźnić – właściwie nigdy się nie spóźniała, jeśli to tylko od niej zależało, ale dzisiaj sytuacja była naprawdę wyjątkowa. Wojewoda Ziętek nigdy nie wzywał jej do siebie. To raczej ona co jakiś czas bez zapowiedzi pojawiała się w urzędzie wojewódzkim z listą potrzeb śląskich przychodni i szpitali dziecięcych. Przekazywała ją wojewodzie. On spoglądał na kartkę, po czym wzywał lekarza wojewódzkiego, by ten natychmiast zrealizował zalecenia konsultantki. Ziętek za zasadne zazwyczaj uznawał przynajmniej osiem na dziesięć zapisanych na liście postulatów. A zdarzało się, że do realizacji kierował wszystkie. Najwyraźniej Bożenie ufał.
Zerknęła nerwowo na zegarek, po czym ścisnęła mocniej trzymaną w ręku kartonową teczkę. To w niej kryła się prawdziwa bomba, która mogła wysadzić co najmniej komitet wojewódzki partii, a na pewno samego generała Ziętka, którego pozycja w Katowicach – jak mówiono – była coraz słabsza.
– Nie nerwujcie się. Dojadymy1 na czas – jej rozmyślania przerwał pan Józef, wieloletni szofer, który bezpiecznie woził ją po najdalszych zakątkach województwa. – Zresztą Jorg poczeko. Wyście som do niego ważno osobistość. Nie bydzie zmierzły za pora minut opóźnienio.
– Pewnie tak – odparła, sama próbując się uspokoić.
– Jakoś ważno sprawa? – próbował zagaić rozmowę kierowca, dostrzegłszy, że jego pasażerka jest czymś wyjątkowo poruszona.
– Jak zawsze, panie Józefie. Zdrowie dzieci to zawsze ważna sprawa – odpowiedziała, siląc się na uśmiech. Nie chciała sprawić temu dobremu człowiekowi przykrości nieuprzejmym zbywaniem.
– A długo wom tam zejdzie?
– Dlaczego pan pyta? – Zerknęła w odbijające się w lusterku wstecznym oczy mężczyzny. Bała się wspominać o tym, co prawdopodobnie wydarzy się w gabinecie wojewody. Spodziewała się solidnej reprymendy, a może nawet dymisji. Za to, co zrobiła, władze mogły się zemścić. Dobrze o tym wiedziała.
– Bo za chwila Barbórka i pewnie rzucili jakie maszkety2 do Zenita. Kupiłbych wnukom na Mikołaja. Jak wy bydziecie załatwioć sprawy z Jorgiem, to jo szybko sam3 zajrza, czy nie ma jakich bonbonów4 abo szokolady. No i bych żonie co kupił, bo jej jest Barbara. Niby imienin my na Śląsku nie łodprawiomy, ale to takie szczególne…
– Oczywiście – przerwała mu z uśmiechem. – Moja rozmowa z wojewodą potrwa co najmniej godzinę. Spokojnie zdąży pan zrobić zakupy. Proszę żonie kupić coś ładnego. I koniecznie złożyć jej życzenia zdrowia. No bo zdrowie to zawsze najważniejsze.
– Wyście som tako światowo kobita, we samym Paryżu byliście. Może mi doradzicie, co tej mojej Barbórce kupić? Jakieś szaty? Parfiny5? Może jako apaszka?
– A to źle pan trafił, panie Józefie! – Zaśmiała się. – Ja to się w ogóle na modzie i kosmetykach nie znam. Mam dwie garsonki na krzyż, do tego fartuch na zmianę… A w Paryżu na zakupach nigdy nie byłam. Jeżdżę tam wyłącznie na konferencje, na żadne zbytki po prostu mnie nie stać. Jem, co mi dadzą w przerwie obrad, a wieczorem, wracając na miejsce noclegu, kupuję zleżałe banany. Taka to za mnie światowa dama! – Znów szczerze się roześmiała. Zrobiło się jej lżej na sercu, bo dzięki rozmowie o błahych tematach mogła choć na chwilę zapomnieć o tym, z czego zaraz będzie się gęsto tłumaczyć Jorgowi.
– Nie może być! – oburzył się kierowca. – Żeby nasze polskie profesórki ino banany jodły? Jo, co prowda, nigdy żech nie próbowoł, ale kaj6 to pomyśleć takie rzeczy?!
Zafrapowała się. Zrobiło jej się głupio z powodu tych bananów, bo uświadomiła sobie, że swoim narzekaniem naraża się raczej na śmieszność. Większość jej małych pacjentów nawet o przejrzałych bananach mogła tylko pomarzyć. Dobrze było, gdy mieli dostęp choć do jabłek, i to takich rosnących z dala od Śląska, nieskażonych tym wszystkim, co kryła w sobie tutejsza ziemia. Już miała coś odpowiedzieć, ale z kłopotu wybawił ją sam pan Józef.
– No i już my som na miejscu. Mówiłech, że zdonżymy na czas?
Spojrzała za szybę. Rzeczywiście samochód zatrzymał się na Jagiellońskiej, tuż przed schodami gmachu urzędu wojewódzkiego. Pośpiesznie poprawiła szalik i chwyciła za klamkę, ale pan Józef zaprotestował.
– Zaczekojcie. Przeca jo wos wypuszcza i pomoga wom wlyźć do środka. Gładko tak, że jeszcze się połomiecie i nikaj7 my dziś nie pojadymy.
– Dziękuję, ale proszę się nie kłopotać. Dam sobie radę.
Mężczyzna nie przyjął tych zapewnień. Szybko okrążył samochód, otworzył drzwi i podał pasażerce dłoń, pomagając jej wyjść. Uśmiechnęła się tylko.
– Pan to jest niemożliwy, panie Józefie. Proszę już biec do tego Zenita. Tylko ostrożnie, bo na ulicach szklanka. Widzimy się za godzinę i ruszamy do Szopienic, do doktor Królowej. Ona czeka na to, co ustalimy z wojewodą.
– Jasno sprawa! Za godzina tukej8 byda. – Kierowca doprowadził lekarkę do schodów i sprawdziwszy, czy nie są śliskie, pożegnał się z nią wylewnie, dziękując za możliwość zrobienia zakupów. Zachowanie profesor nie było typowe. Zdarzało mu się wozić różnych dyrektorów i partyjniaków, ale nikt nie okazywał mu takiej ludzkiej serdeczności i życzliwości. Doceniał to.
Ruszyła powoli po schodach, w jednej dłoni ściskając lekarską torbę, a w drugiej teczkę. Szła ostrożnie, ale nie ze względu na warunki pogodowe. Wyjątkowo tego dnia odczuwała strach przed wizytą w miejscu, które przecież tak często odwiedzała.
Gdy dotarła na szczyt schodów, energicznie pchnęła solidne, duże drzwi. Po chwili znalazła się w środku gmachu. Znała go doskonale i to nie tylko z regularnych wizyt służbowych. Wiele słyszała o nim od swego ojca, który w latach trzydziestych bywał w nim jako poseł do Sejmu Śląskiego. Budynek robił wrażenie zarówno za sprawą elegancji wystroju, jak i kubatury. Szkoda, że komuniści nie potrafili docenić jego wyjątkowej klasy. I szkoda, że nie mógł pełnić funkcji, do której został przeznaczony.
Jak zwykle westchnęła z zachwytem, rozglądając się po wystawnym westybulu, przypominającym nieco renesansowy dziedziniec z krużgankami. Spojrzała na oryginalne kinkiety, ozdobne balustrady i lśniącą kamienną posadzkę, po czym powoli zaczęła wchodzić po schodach prowadzących na piętro, do gabinetu wojewody. Zatrzymała się parę razy, by uspokoić oddech.
Gdy dotarła pod drzwi, zdecydowanie nacisnęła klamkę. Wchodząc do tego pomieszczenia, nigdy nie musiała pukać. Również tym razem bez ceremonii wkroczyła do środka. Jak zwykle ujrzała przed sobą wyondulowaną fryzurę sekretarki wojewody.
– Dzień dobry, pani Lodziu – przywitała się donośnie, na co ta elegancka i sympatyczna pięćdziesięciolatka od razu uniosła głowę i odpowiedziała entuzjastycznie:
– O, pani profesor! Wojewoda mówił, że pani będzie. Proszę, proszę do środka… – Kobieta wyszła zza biurka, by odebrać od gościa płaszcz. – Ma pani pecha, bo normalnie to bym wpuściła tak bez kolejki, jak zwykle. Ale dziś Dzień Kolejarza i u wojewody gości delegacja z zakładów naprawczych. Poczeka tu pani z kwadrans? To dłużej nie potrwa. To tylko taka kurtuazyjna, świąteczna wizyta.
– Rozumiem. No nic… Jak trzeba, to poczekam – odparła z pozornym spokojem. Myślała, że od razu będzie mieć za sobą ten najgorszy moment konfrontacji, a okazało się, że wyrok może się odwlec o kolejne długie minuty.
– To ja zaraz zrobię kawy. I kołocz9 mamy, bo to dziś Katarzyny. Koleżanka z pokoju obok to Kasia. Przyniosła, żeby nas poczęstować. Domowy, na maśle, na swojskich jajach. Z posypką. Miał być dla wojewody, ale jemu to nie wolno. Wie pani, cukier, nadciśnienie…
Profesor się zaśmiała. Znała problemy zdrowotne pana Jerzego, bo kilka razy zgłaszał się po poradę do jej ojca, ale ta troska sekretarki ją wzruszyła. Pomyślała, że taka pani Lodzia to prawdziwy skarb. Nie dość, że pilnuje kalendarza, przyjmuje interesantów, to jeszcze dba o stan zdrowia swojego przełożonego.
– Chętnie skosztuję – odparła. – Od rana nic nie jadłam, bo zaraz po raporcie w klinice wsiadłam do karetki i pognaliśmy do Katowic.
– To ja tej kawki zrobię – dodała sekretarka, po czym sięgnęła po dzbanek, z którego nalała wody do emaliowanego garnuszka. Potem włożyła do niego stalowy wygięty pręt i podłączyła go do prądu. – Uff… – Westchnęła teatralnie, po czym szeptem dodała: – Ostatnio jak włączyłam tę ruską grzałkę, to w połowie urzędu korki poleciały. No ale nikt nie miał pretensji, przecież szykowałam herbatkę dla wojewody… – Zachichotała.
Profesor też się uśmiechnęła. Wyobraziła sobie to nerwowe bieganie po korytarzach, gdy w gabinetach różnych ważnych oficjeli zgasło światło, bo generał zapragnął ziółek. To musiało być naprawdę bardzo zabawne.
– A kawusia będzie pierwsza klasa. – Sekretarka otwarła małą szafkę przy biurku, w której stało kilka kolorowych paczuszek i puszek. – Teraz to ludziom krewni z Niemiec wysyłają w paczkach te wszystkie Jacobsy, a oni to potem tu przynoszą, jak chcą coś u wojewody załatwić. Jemu dają gorzołę, a mnie przypada kawa. – Kobieta sprawnym ruchem wyjęła mały słoik. Odkręciła zakrętkę i przyłożyła go do nosa, jakby chciała sprawdzić, czy aromat nie uleciał. – I mam taki specjalny dings – kontynuowała swój wywód. – Z NRD. Wsypuje się kawę do tego dzbanuszka, zalewa wrzątkiem i po chwili przyciska tłok. Fusy zostają na dole.
– Rzeczywiście sprytne – przyznała Bożena.
Woda zaczęła bulgotać, więc pani Lodzia sprawnym ruchem zalała wrzątkiem kawę, a po chwili, jak zapowiedziała, powoli wcisnęła tłok.
– Z mleczkiem? Mamy taką śmietankę w proszku… Widziała pani takie luksusy? Można to teraz w delikatesach dostać, oczywiście jak człowiek trafi. Ale dla wojewody to ludzie nie takie rzeczy sami przynoszą… Szanują go u nas za wszystko, co robi dla tego naszego Śląska.
– Bo i jest za co – zgodziła się profesor. – A kawę poproszę bez mleczka. Chyba jednak wolę czarną, bez tych wynalazków – powiedziała spokojnie, po czym wzięła od sekretarki szklankę w metalowym koszyczku, do której tamta nalała aromatyczną, czarną i gęstą jak smoła ciecz. – Rzeczywiście bez fusów – dodała z uśmiechem, gdy upiła pierwszy łyk. – Muszę ten wynalazek sprowadzić do kliniki. Każdy dzień zaczynam od kawy, inaczej trudno mi się skupić na pracy, a fusów nie lubię.
W gabinecie na chwilę zapanowała dziwna w tym miejscu cisza. Pani Lodzia ułożyła na talerzyku spory kawałek drożdżowego ciasta i podała gościowi. Bożena odstawiła na stolik szklankę z kawą i z serdecznym uśmiechem przyjęła poczęstunek. Miała obawy, czy jej żołądek, zaciśnięty z nerwów w supeł, cokolwiek przyjmie, ale udało się jej przełknąć kawałek kołocza, który popity mocną kawą spokojnie przeszedł jej przez gardło.
– Naprawdę pyszny. Ja takiego nie potrafię piec – przyznała, choć powinna dodać, że właściwie to żadnego ciasta nie potrafi upiec perfekcyjnie. W kuchni od zawsze, od czasów młodości wyręczały ją służące, a przed laty zadanie prowadzenia domu przejęła jej teściowa.
Sekretarka przyglądała się uważnie gościowi, jakby teraz to ona chciała posłuchać, co profesor ma do powiedzenia, szczególnie na jeden interesujący ją temat. Trudno było nie zauważyć świdrującego spojrzenia pani Lodzi. Nie wiedziała, jak zagaić rozmowę, więc uznała, że najlepiej zapytać wprost. Pomyślała, że profesor to taka serdeczna kobieta – nawet jeśli nie odpowie, to na pewno się nie obrazi.
– A pani profesor to do wojewody w sprawie tej zarazy, co to jest w Szopienicach? – wyszeptała konfidencjonalnie.
– Zarazy?
– Ludzie mówią, że dzieci chorują. Masowo. Że szpitale pełne. Że powietrze zatrute… Wie pani, boję się. Mam małe wnuki… Trzy i cztery latka.
– A gdzie mieszkają? – zapytała czujnie Bożena.
– W Panewnikach.
– To nie ma się co martwić na zapas. Tam jest sporo zieleni, no i to całkiem daleko od huty.
– Czyli jednak jest coś na rzeczy? – podchwyciła pani Lodzia.
– Na razie obserwujemy sytuację. Rzeczywiście odnotowaliśmy na terenie Szopienic… – profesor zamilkła na chwilę, próbując znaleźć właściwe słowa – …pewne nietypowe i niepokojące objawy u dzieci. Badamy to…
Nie dokończyła zdania, bo drzwi gabinetu wojewody energicznie się otwarły. Szybko odłożyła talerzyk na stolik i opuszką dyskretnie starła z kącików ust drobiny cukru pudru, którym obficie posypano kołocz. Podniosła się, automatycznie sięgając po leżące na krześle obok teczkę i torbę.
W drzwiach stanął wysoki chłopak w kolejarskim mundurze, za nim pojawili się dwaj kolejni – z sumiastymi wąsami i czerwonymi twarzami. Domyśliła się, że świętowanie rozpoczęli już od rana. Po chwili zza nich wychynął potężny starszy mężczyzna, wspierający się o lasce. Jego poznała od razu. Jerzy Ziętek. Jorg.
– Profesor Bożena Hager-Małecko! – wykrzyknął wojewoda, przedstawiając gościom kobietę, która stanęła przed nimi niemal na baczność. – Naszo wojewódzko konsultant do spraw pediatrii…
Mężczyźni ukłonili się, po czym podeszli i rytualnie cmoknęli w dłoń zaprezentowaną im kobietę.
– Miło mi. Hager-Małecka – przedstawiła się kurtuazyjnie, uciekając wzrokiem w stronę gospodarza. To on ją teraz najbardziej interesował.
– No, a to nasi baniorze10 – odezwał się wojewoda. – Mieli my tu mały fajer11, bo to dziś ich świento. Winszuja12 wom roz jeszcze. Dużo zdrowia… i szerokich torów – dodał, choć jego żart chyba nie został właściwie odebrany.
Mężczyźni pośpiesznie opuścili gabinet wojewody, zostawiając go z kolejnym gościem.
– No, dobrze, żeście som. Wchodźcie. Pani Lodziu, ni mo mie do nikogo – zadysponował, po czym gestem zaprosił profesor do środka i zamknął za sobą drzwi.
Bożena Hager-Małecka była w tym pomieszczeniu nie raz i zawsze swobodnie siadała na krześle przy biurku gospodarza. Tym razem się zawahała.
– Czemu nie siadocie? – Generał ruchem ręki zachęcił ją, by zajęła miejsce, po czym sam ciężko opadł na fotel.
Zapadła niezręczna cisza. Wojewoda nalał do literatki gazowanej wody i od razu połowę wypił duszkiem. Widać było, że z kolejarzami wychylili już co najmniej po kieliszku.
– Co wyście, dziołchy, nojlepszego narobiły? – odezwał się w końcu w charakterystyczny dla siebie, nieco zbyt swobodny jak na okoliczność sposób.
– My? My robimy tylko to, co do nas należy. Leczymy dzieci – odparła spokojnie, choć w środku aż się gotowała z nerwów.
– A czemu wy te dzieci leczycie tak, że wszystkie szpitale na cołkim Śląsku som połne, szkoła w Szopienicach jest próżno13, a ludzie godajom, że huta truje? Człowiek siedzi na rewirze14, a tu mu pod nosem baby harcujom. Czemu jo nic o tej całej waszej zabawie nie wiem?
– Już wojewoda wie. Przecież rozmawialiśmy przez telefon. Przedstawiłam całą sprawę dokładnie…
– Ja. Wy mi godocie o ołowicy. Czy wyście cołkiem pogupiały? Ołowica u bajtlów15? U chopów, co robiom na hucie, to jest ołowica, a nie u bajtlów! Co oni w tych Szopienicach przedszkolaki na hutę zatrudnili? – Starszy mężczyzna zaśmiał się, ale szybko spoważniał, zobaczywszy karcący wzrok swojego gościa. Szanował zdanie Bożeny Hager, tak samo jak szanował opinię jej ojca. – Możecie mi to jakoś wytłumaczyć? Ino szczerze i po kolei?
– Po kolei… – Profesor Hager-Małecka westchnęła, po czym zaczęła spokojnie opowiadać: – Od jakiegoś czasu w mojej klinice, podobnie jak i w szpitalu w Janowie oraz w innych śląskich oddziałach pediatrii pojawiają się dzieci z nietypowymi objawami. Trudna do wyleczenia anemia, niska waga, osłabienie, dziwny chód, bóle brzucha i zaparcia. Próbowaliśmy do tych objawów dopasować różne jednostki chorobowe, trochę pasowała nam mukopolisacharydoza, ale…
– No to czemu na niom nie leczyliście?
– Bo to rzadka choroba genetyczna, o nieco innych objawach klinicznych. To niemożliwe, żeby tyle dzieci chorowało na nią jednocześnie.
– Jak wpadliście na ten ołów? – Generał był wyraźnie zainteresowany, a i nieco zniecierpliwiony wywodem.
– Byłam na konferencji w Szwajcarii, na której omawiano przypadek ołowicy u dziecka. Podano przykład chłopca, który spożywał posiłki z ołowianego talerza. Jego objawy bardzo przypominały te, które zaobserwowano u dzieci mieszkających w pobliżu huty. Gdy wróciłam do Polski, natychmiast zleciłam oznaczenie poziomu ołowiu we krwi pacjenta z Szopienic, którego bezskutecznie od jakiegoś czasu u nas leczyliśmy.
– I co wyszło?
– Wielokrotne przekroczenie normy. To dziecko miało we krwi tyle ołowiu, ile mają dorośli mężczyźni chorujący na ołowicę. Okazuje się, że nie trzeba mieć codziennego kontaktu z produkcją. Wystarczy narażenie na metale ciężkie, które przez kominy huty wydostają się na zewnątrz, zatruwając powietrze, a przede wszystkim glebę.
Zapadła cisza.
– I co terozki16? Czym to grozi?
– Prawdę mówiąc, nie mamy pojęcia. Wiemy, że ołowiu można się pozbyć z organizmu za pomocą procesu chelatacji. Przeprowadzamy go w szpitalach. Pomaga też odseparowanie pacjentów od źródeł tego metalu, głównie od zanieczyszczonego powietrza i gleby, więc wysłaliśmy dzieci do sanatoriów. Ale tego, co ołów zepsuł, już nie naprawimy.
– Godejcie ino jaśniej. Co ołów psuje?
– Wszystko. Przede wszystkim układ nerwowy, co oznacza, że dzieci chore na ołowicę najczęściej cierpią na opóźniony rozwój, a nawet upośledzenie umysłowe. Nie przez przypadek w Szopienicach mamy taką dużą szkołę specjalną. Działa tam od tysiąc dziewięćset trzynastego roku, jeszcze Niemcy ją założyli. I to bynajmniej nie z jakichś szczególnie humanitarnych pobudek… Zapewne nie mieli co z tymi dziećmi zrobić. Musieli się szybko zorientować, że większość szopienickich dzieci nie nadaje się do pisania nawet der, die, das… – Zamilkła, czekając na kolejne pytania. Wiedziała, że padną, ale nie chciała ich uprzedzać.
Generał Ziętek wstał i podszedł do okna. Głęboko westchnął, uchylając firankę i zerkając w stronę części budynku zajmowanej przez wojewódzki komitet partii.
– Wiela17 jest tych chorych bajtlów? – zapytał, odwróciwszy się ponownie w stronę gościa.
– Przebadaliśmy parę tysięcy.
– Przebadaliście?
– Właściwie to przebadała jedna lekarka. Doktor Królowa z rejonowej przychodni w Szopienicach na moją prośbę miała wykonać kilka badań, ale się rozpędziła i zdiagnozowała większość dzieci mieszkających w najbliższej okolicy huty. Chodzi o dzielnicę Targowisko. To niskie, stare familoki. Straszne warunki sanitarne. Brud.
– Ino mi nie godejcie, że ślonskie baby majom maras18 w doma!
– A jak mają mieć czysto? Przecież tam w mieszkaniach nie ma bieżącej wody, są tylko zlewy na korytarzach jak jeszcze przed wojną. A ołów do organizmu przenika w największym stopniu drogą pokarmową. Jest w piachu, w którym dzieci grają w piłkę na podwórkach. Nie myją rąk, a potem tymi brudnymi wkładają sobie jedzenie do ust. Tam chorują prawie wszystkie maluchy. Większość z nich trafiła do szpitali i sanatoriów. A najgorsze jest to, że nie możemy ich zwolnić do domu, bo jak tam wrócą, problem zacznie się od nowa…
– Rany boskie! – Generał Ziętek z wrażenia aż pobladł, po czym znów poczerwieniał. Na czole pojawiły mu się kropelki potu, które natychmiast starł płócienną chusteczką. – To czego potrzebujcie? – zapytał po chwili, upiwszy kolejny łyk wody.
– Mieszkań. Kilkuset mieszkań z dala od huty.
– Oj, dziołchy, dziołchy… Czy wyście pogupiały? Jo wos rozumiem, ale jak jo terozki mom to zrobić? Przeca jo jest za słaby na takie rzeczy. To trzeba do Grudnia, pierona jednego. Albo do Gierka. Jo moga wom dać pora19 mieszkań w centrum. Na wienkszo przeprowadzka to potrzebna jest zgoda partii.
– To niech ją wojewoda załatwi. Przecież macie posłuch na Śląsku.
– Miołech. – Ziętek zamilkł. To, co przed chwilą powiedział, musiało być dla niego trudne. – Co by zrobił Bronek na moim miejscu? – zapytał znienacka, spoglądając uważnie w oczy swej rozmówczyni.
– Mój ojciec? Mój ojciec pojechałby do samej Warszawy, żeby sprawę załatwić.
1 Mimo że śląszczyzna doczekała się własnych zasad pisowni, w książce dla wygody czytelnika stosuję uproszczoną transkrypcję śląskich wyrażeń na język polski [ten, podobnie jak i inne przypisy, pochodzą od autorki].
2 Słodycze (śl.).
3 Tam (śl.).
4 Cukierków (śl.).
5 Perfumy (śl.).
6 Gdzie (śl.).
7 Nigdzie (śl.).
8 Tutaj (śl.).
9 Tradycyjne śląskie ciasto drożdżowe.
10 Kolejarze (śl.).
11 Uroczystość (śl.).
12 Składam życzenia, gratuluję (śl.).
13 Pusta (śl.).
14 Zwolnieniu lekarskim (śl.).
15 Dzieci (śl.).
16 Teraz (śl.).
17 Ile (śl.).
18 Brud (śl.).
19 Parę (śl.).
23 sierpnia 1921 roku
Karolina Hagerowa, elegancka, szczupła kobieta po sześćdziesiątce, co chwilę ukradkiem zerkała przez okno na Kronprinzenstrasse, chcąc sprawdzić, czy zbliża się akuszerka wezwana do porodu jej synowej. Ponad dwie godziny temu wysłała po nią służącą i zaczęła się już nieco niepokoić. Obie kobiety dawno powinny być na miejscu. Po pierwsze dlatego, że Zabrze wcale nie jest takie duże, żeby nie można go było obejść w dwie godziny tam i z powrotem. A po drugie, poród Miłki wyraźnie postępował i lada moment Karolina sama będzie musiała go odebrać. Po cichu liczyła, że do domu na czas wróci jej syn, który jest przecież lekarzem i to mającym jakieś doświadczenie w położnictwie. Pojawienia się Bronka nie mogła być jednak pewna – od wybuchu trzeciego powstania bywał rzadkim gościem w swoim mieszkaniu, a od lipca, kiedy powstanie się zakończyło i kiedy Niemcy zaczęli się mścić za swoją porażkę, właściwie non stop się ukrywał i rzadko kiedy spał we własnym łóżku.
– Czy mama je widzi? Idą już? – wyjęczała Miłka, chodząc po kuchni. Razem z teściową to tam przeniosły szezlong, bo pozostawanie w pokojach od strony ulicy było po prostu niebezpieczne. Każdego wieczoru niemieckie bojówki obrzucały ich okna kamieniami, wykrzykując niewybredne obelgi pod adresem całej rodziny Hagerów.
– Nie, jeszcze nie. Nie martw się, zaraz na pewno się zjawią. – Karolina próbowała uspokoić synową. – A nawet jeśli nie zdążą, to też żaden kłopot. Przecież urodziłam ośmioro dzieci. Poradzę sobie z przyjęciem na świat wnuka – dodała, choć nieco mniej pewnie. Dobrze wiedziała, jak wielkim wyzwaniem może być poród dla tej wątłej dziewczyny, która dopiero co wyratowała się z poważnej choroby płuc. Zapadła na nią po przejściu hiszpanki. I chyba tylko cudem przeżyła tę straszną zarazę. Karolinie zabrała ona męża, a tysiącom matek – synów, którzy przez tę śmiertelną grypę nie wrócili z wojennych frontów.
Sama Karolina podczas porodów zawsze korzystała z pomocy swojego męża lekarza, a później także wykwalifikowanych akuszerek, które potrafiły wyprowadzić ją z największych porodowych trudności. Nie miała pojęcia, czy sama da radę pomóc Miłce w razie jakichś komplikacji. A te mogły być różne – od owinięcia się pępowiny, przez złe ułożenie dziecka, po krwotok u położnicy. I każda z tych sytuacji groziła śmiercią.
Podeszła do kuchennego okna i otwarła je na oścież. Postanowiła wpuścić trochę świeżego powietrza, bo nagrzanych pokojów od ulicy nie wietrzono. Zbyt duże było ryzyko, że jakiś zabłąkany kamień czy nawet domowej roboty granat zostanie im wrzucony do mieszkania.
Do kuchni wpadł rześki, właściwie to całkiem zimny powiew, choć trudno było go nazwać świeżym. Do wnętrza wdarła się ciężka mieszanina kurzu i dymu – nieprzyjemna, ale po niemal dwóch dekadach spędzonych w tym miejscu Karolina zdążyła się do tego drażniącego nozdrza zapachu nieco przyzwyczaić. Zresztą pod koniec sierpnia powietrze nie było wcale takie złe, bo jeszcze nie palono intensywnie w piecach, choć wieczory bywały chłodne.
– Od świętej Anki zimne wieczory i zimne poranki. – Westchnęła i mimowolnie zerknęła na wiszącą w kuchni małą reprodukcję cudownego obrazu z Góry Świętej Anny. Uśmiechnęła się sama do siebie. Już wkrótce będzie mieć nową patronkę – opiekunkę wszystkich babć, tak bardzo czczoną na całym Śląsku. To o jej święte sanktuarium powstańcy toczyli w maju tak zaciekły bój. Niestety przegrany. Tyle dobrego, że przynajmniej zatrzymali szwabski pochód. Ale co to dało? Na razie to, że jej syn i synowa, tak bardzo zaangażowani w kampanię plebiscytową i akcję powstańczą, wielokrotnie musieli uciekać z własnego domu.
Poprawiła firankę, ganiąc się za to ciągłe rozmyślanie o sprawach, które akurat w tej chwili nie miały żadnego znaczenia. Obok niej siedziała przecież ta biedna dziewczyna, zwijając się z bólu. Karolina już miała do niej podejść, gdy usłyszała głośne pukanie do drzwi. W ich sytuacji nie można było zakładać, że zbliżają się mile widziani goście. Wręcz przeciwnie – należało zachować daleko idącą ostrożność. Zostawiła synową w kuchni i sama udała się do korytarzyka.
– Kto tam? – Karolina ostrożnie podeszła do drzwi i wyjrzała przez judasza. Odetchnęła z ulgą, bo przez szkiełko dostrzegła zaczerwienioną i spoconą twarz Eli Porałłowej, kuzynki Miłki. – A to ty! Już otwieram! – dodała, po czym odbezpieczyła zasuwę i wypięła łańcuch. Gdy drzwi się otwarły, stanęła w nich młoda, szczupła dziewczyna. Towarzyszyła jej dostojna, pucułowata matrona. Ubrana była – jak to ludzie mówili – po chopsku, czyli w lnianą koszulę z podwiniętymi rękawami i spódnicę na podszewce, którą przykrywał niebieski, wzorzysty fartuch. Karolina Hagerowa rozpoznała w niej Irmę Wirkową, którą często widywało się na zabrzańskich ulicach, jak biegnie do położnic, i która nieraz wzywała Bronka, gdy jej możliwości pomocy się kończyły.
– Spotkałam Trudkę i odprawiłam ją do domu. Przyprowadziłam akuszerkę – powiedziała Ela, po czym ustąpiła w drzwiach miejsca swojej towarzyszce.
– Dzień dobry – odezwała się szczerze uradowana tymi wieściami gospodyni.
– Szczyńść Boże! – przywitała się kobieta i nie czekając na zaproszenie, weszła do korytarzyka. – Kaj jest doktorowo? – zapytała, zaglądając do jadalni.
– Szczęść Boże. W kuchni – odparła Karolina i wzięła kobietę pod ramię. Była od niej niższa i drobniejsza, więc potrzebowała nieco siły, by skierować akuszerkę we właściwe miejsce.
– I słusznie. Po co się ma marasić20 w izbach? – skwitowała kobieta, najwyraźniej doceniając zapobiegliwość starszej pani Hagerowej.
– Ach, to nie problem! – szybko wyjaśniła Karolina. – W kuchni jest po prostu bezpieczniej. Przynajmniej nikt nam nic nie wrzuci przez okno od ulicy.
Akuszerka spojrzała na rozmówczynię, najwyraźniej nie rozumiejąc tego wyjaśnienia, ale nie zadawała dalszych pytań, bo przecież nie po to ją tu wezwano. Energicznie weszła do kuchni i zorientowała się w sytuacji. Pomieszczenie było duże, jasne i schludne. Na ścianie przy oknie stał świeżo pobielony, przeszklony kredens. Po drugiej stronie znajdował się zlew, a obok niego kuchenka gazowa, na której postawiono dwa garnki z wodą. Na leżance pod oknem przysiadła młoda, drobna kobieta. Widać było, że poród musiał ją już bardzo zmęczyć, bo ostatkiem sił wyrzuciła z siebie jakieś powitanie i błagalne wołanie:
– Pomóżcie mi!
– Już, kociku, już – odezwała się akuszerka, podchodząc do dziewczyny, by pogłaskać ją po głowie. – Bydzie dobrze, ino mie słuchej i rób, co godom.
Wirkowa odeszła na chwilę ku emaliowanemu zlewowi. Chwyciła za leżącą przy nim kostkę szarego mydła i uważnie namydliła ręce aż do łokci. Karolina z uznaniem przyglądała się skrupulatności położnej. Potem ta wzięła stojący przy zlewie mały garnuszek, zaczerpnęła nim nieco gorącej wody z ogromnego sagana stojącego na palniku i oblała nią sobie dłonie. Syknęła, bo najwidoczniej wrzątek ją poparzył, zostawiając po sobie czerwone ślady.
– Tak trzeba – skwitowała krótko. – Dobrze, że mocie tu kokotek21 i takie dobre warunki. Przed chwilom byłach na Porembie22. Bajtel urodził się martwy, a nie było kaj tak elegancko obmyć ronk. Tyle co mi w kastroliku23 wody nagrzonej przynieśli ze zlywu na pientrze. Ale dobre i to. W familokach przynajmniej woda w zlywie majom, nie trza już do studni lotać jak to za starego piyrwy24.
Miłka jęknęła ze strachu, usłyszawszy tę opowieść. Z niepokojem spojrzała na akuszerkę, jakby chciała uzyskać potwierdzenie, iż w jej wypadku nie ma zagrożenia, że dziecko umrze przy porodzie. Dobrze wiedziała, że nikt nie da jej takiej gwarancji. Mimo że dzięki ubezpieczeniom i opiece wykwalifikowanych położnych śmiertelność kobiet i noworodków sukcesywnie spadała nawet w rodzinach zwykłych robotników, dalej poród i połóg wzbudzały wśród rodzących ogromny lęk. Nie wszystkim matkom dane było cieszyć się zdrowiem, a czasem także życiem swoich dzieci.
Akuszerka wyczuła emocje dziewczyny, zresztą trudno było się nie domyślić, że młoda doktorowa boi się rodzenia pierwszego dziecka. Wirkowa podeszła do niej i poleciła, by uniosła koszulę. Po krótkich oględzinach uznała, że poród jeszcze trochę potrwa. Nie chciała jednak martwić położnicy, więc uśmiechnęła się tylko i ponownie czule pogłaskała ją po głowie, tak jak głaszcze się dziecko, które boi się zasnąć. Pracowała jako hebama25 od wielu lat i wiedziała, że taki gest pociechy znaczy czasem więcej niż słowa. Po chwili poprosiła dziewczynę, by wstała i się pochyliła, po czym delikatnie zaczęła jej masować lędźwie. Chciała nieco ulżyć jej w bólu.
Karolina przyglądała się temu z uwagą. Wszystko, co robiła położna, zgodne było z jej doświadczeniem i wiedzą wieloródki, więc nieco uspokojona opuściła kuchnię, zostawiając ją pod nadzorem Eli. Nie znała dobrze tej dziewczyny, ale w końcu była to pasierbica rodzonej ciotki Miłki. Po matce pół-Niemka, ale można jej było chyba zaufać.
Sama poszła do gabinetu syna, w którym stał telefon. Uznała, że spróbuje zadzwonić do najbliższych współpracowników Bronka. Liczyła, że może w ten sposób uda się go sprowadzić do domu. Po kilkunastu próbach udało jej się skontaktować ze Staszkiem Kobylińskim i Wickiem Styczyńskim, ale oni nie byli w stanie powiedzieć, gdzie tego dnia ukrywa się młody Hager. Gdy zrezygnowana poszukiwała kolejnych numerów, pod które mogłaby zadzwonić, usłyszała zgrzyt klucza w zamku.
Szybkim krokiem ruszyła do przedpokoju. Odetchnęła z ulgą, zobaczywszy w nim młodego mężczyznę o kruczoczarnych włosach.
– Dobrze, że jesteś. Miłka rodzi – poinformowała sucho.
– Gdzie ona jest? – zapytał Bronek, zdejmując pośpiesznie marynarkę i podwijając rękawy, jakby sam szykował się do przyjmowania porodu.
– W kuchni. Siedzi przy niej akuszerka. Ela ją przyprowadziła. – Komunikaty Karoliny były lakoniczne, ale do takich właśnie jej syn był przyzwyczajony. Matka znana była z braku wylewności, ale i z niezłomnego charakteru, a przede wszystkim z niezwykłej siły, która od lat gnała ją ku działalności społecznej. To jej bali się Niemcy, dobrze wiedząc, że płomienne przemówienia patriotyczne, które Hagerowa od lat kierowała do śląskich kobiet, to broń groźniejsza niż armata.
Bronisław ruszył w stronę pomieszczenia, w którym bywał raczej rzadko, bo nie było to miejsce, do którego wpuszczano mężczyzn. W kuchni urzędowały głównie służące, zarządzane przez jego matkę lub siostrę, a ostatnio także przez żonę.
– Bronek – jęknęła Miłka, gdy tylko go ujrzała. Ruszył do niej, ale zatrzymały go silne dłonie akuszerki.
– Rynce, doktorze Hager!
Bronek posłusznie wycofał się w stronę zlewu i namydlił dłonie oraz przedramiona. Kobieta miała rację. Nie powinien zbliżać się do rodzącej, szczególnie że ostatnie kilka godzin spędził, odwiedzając w domach chorych na różnorakie wysypki, biegunki i nieżyty oraz opatrując ropiejące rany. Na jego dłoniach znajdowała się zapewne cała kolonia mikrobów, które mogłyby doprowadzić do nieszczęścia. Gdy zatem dopełnił obowiązku dezynfekcji, podszedł do żony i czule ucałował ją w spocone czoło.
– Jak postępy? Rozwarcie? – zwrócił się fachowo do akuszerki.
– Doktórze, to babsko sprawa wiedzieć takie rzeczy. Bydzie dobrze. Idźcie sam do inkszej izby. To nie jest widok do chopa.
– Droga pani, mój syn jest lekarzem! – obruszyła się Karolina. – Praktykował w klinice położniczej w samym Krakowie.
– Póki jo tu jestech, to jo praktykuja w tej kuchni. Niech doktór wylezie i cierpliwie czeko jak kożden chop – zaordynowała akuszerka i zdecydowanym gestem dała Bronkowi znać, by wyszedł.
Wobec takiej decyzji kobiety młody Hager posłusznie wycofał się do korytarza, gdzie czekała na niego oburzona matka.
– Jakże to tak? Wyrzucać medyka od rodzącej? I to żony? – próbowała go podburzyć, ale Bronek z uśmiechem na ustach uspokoił matkę, mówiąc, że tak faktycznie będzie lepiej.
– Wie mama, że szewc bez butów chodzi, a żony lekarzy umierają młodo. Lepiej, żebym się tam nie pałętał. Posiedzę w gabinecie, a jak będzie potrzebna moja pomoc, to przecież mnie wezwą.
– Obyś czegoś nie wykrakał – odparła przerażona Karolina. – Wiesz, że Miłka nie jest najlepszego zdrowia, a ostatnie miesiące raczej jej nie wzmocniły. Ciągłe zamartwianie się o ciebie, te całe kursy polskiego, praca przy opatrywaniu rannych, a teraz jeszcze wieczne tułanie się po ludziach… Nie powinnam była jej obarczać jeszcze zarządzaniem całym Towarzystwem Polek – zaczęła wyrzucać sama sobie, choć dobrze wiedziała, że zrzeczenie się tej funkcji na rzecz młodej, wykształconej i rzutkiej dziewczyny było najlepszym rozwiązaniem. – Dlaczego nie przeszmuglowałeś jej do Krakowa, jak planowałeś? – kontynuowała pretensje, tym razem już nie pod swoim adresem. – W klinice na Siemiradzkiego byłaby bezpieczniejsza. I lekarze doświadczeni na miejscu, i spokój od tych Szwabów…
– Bo to było za drogie. Transport przez zieloną granicę, potem koszt pobytu na oddziale, no i sam poród. A jeśli trzeba by tam zostać dłużej? Z torbami by nas puścili.
Karolina już chciała zaprotestować, że przecież rodzinę stać byłoby na taki wydatek. Najwyżej poprosiłoby się o wsparcie ciotkę Miłki i jej męża – ludzi zamożnych i w końcu w jakiś sposób za dziewczynę odpowiedzialnych. Wtedy jednak z kuchni dobiegło ciche wołanie:
– To ja nie chciałam do Krakowa! Lekarze tam sobie taką cenę zażyczyli, że szkoda nawet o tym myśleć, a nie wiadomo, czy bym w ogóle miała do czego tu wrócić.
– Słyszała mama – poparł żonę Bronek, choć sam miał coraz większe wątpliwości, czy podjęli słuszną decyzję. – Niech się mama lepiej pomodli, a nie rozpacza – zalecił spokojnie i wyjął z kieszeni kamizelki papierosa. Ruszył z nim w kierunku gabinetu.
– Tylko nie otwieraj okien! Widziałam tych psubratów zbierających się pod kamienicą. Jak nic zaraz zaczną rzucać kamieniami i wykrzykiwać te swoje bezeceństwa. Der schwarzer Hund, der schwarzer Hund!26 Ileż można tego słuchać?
Bronek nic nie odpowiedział. Też miał już powoli dość tych męczących ataków, ale taka była cena za zaangażowanie polityczne, do którego zresztą matka tak gorąco go namawiała. Dobrze pamiętał, jakie miał wątpliwości, gdy Korfanty poprosił go o objęcie posady komisarza plebiscytu w Zabrzu. I wtedy to nikt inny, a właśnie matka gorąco go przekonywała, że to jego obowiązek. Że jako syn rodziny, która od dwudziestu lat walczy o polskość Górnego Śląska, nie może odmówić takiego zaszczytu.
Kronprinzenstrasse była nieźle oświetlona, ale na bocznej ulicy Barbary po zmroku zawsze panowały egipskie ciemności. To od tamtej strony zasadzali się bojówkarze – i to trwało już od kilku lat, bo przecież wrogość wobec Polaków zamieszkujących Zabrze nie zaczęła się ani po trzecim powstaniu, ani nawet po plebiscycie. Właściwie Niemcy próbowali uprzykrzać im życie już od momentu, kiedy zapowiedziano przeprowadzenie podziału Górnego Śląska, ale w ostatnich tygodniach ich ataki stały się wręcz nieznośne.
Westchnął i schował papierosa. Wszedł do gabinetu, zajrzał do barku i wyjął z niego karafkę z wódką. Nalał sobie odrobinę do kieliszka i wypił na uspokojenie, po czym usiadł za biurkiem. Wiedział, że poród może trochę potrwać, choć po cichu liczył na to, że Bóg oszczędzi Miłce najgorszych cierpień i komplikacji. Nie czuł się wystarczająco kompetentny, by im sprawnie zaradzić. Praktykował jako lekarz, ale ostatnio trudnił się głównie zaopatrywaniem ran postrzałowych i leczeniem innych dolegliwości nabytych przez powstańców na polu walki. Przede wszystkim zaś zajmował się wiecowaniem i politykowaniem, bo czas był wyjątkowo gorący.
Późnym wieczorem, a właściwie nocą, dobiegł do niego z kuchni krzyk Miłki. Przysypiał już, opierając głowę na dłoni, więc hałas natychmiast go poderwał. Ruszył do żony pełen niepokoju. Na szczęście, gdy stanął w progu, ujrzał Wirkową trzymającą w rękach noworodka, który właśnie w tej chwili donośnie zapłakał.
– Dziołszka – oznajmiła kobieta z uśmiechem. – Mo płuca! Doktór chce odpempnić dziecko? – zapytała.
Wzruszony Bronek podszedł do żony i ucałował jej dłonie, po czym sięgnął po przygotowany zawczasu skalpel, którym odciął pępowinę i sprawnym ruchem ją przewiązał. Ćwiczył to wiele razy. Z radością uznał, że nie zapomniał niczego z nauk, które pobierał w krakowskiej lecznicy. Zresztą i w Zabrzu zdarzało mu się asystować przy porodach. Będąc jedynym polskim lekarzem w okolicy, nieraz bywał wzywany przez akuszerki do trudniejszych przypadków.
Gdy położna zajęła się Miłką, dziecko przejęła Elka. Dziewczynka wciąż płakała, jakby czuła, że trzymają ją jakieś obce ręce. Ciotka sprawnym ruchem ułożyła ją na kuchennym stole i obmyła lnianą szmatką. Bronek podszedł i uważnie zbadał córkę – policzył wszystkie palce, obejrzał główkę, przyłożył nawet ucho do klatki piersiowej, żeby usłyszeć, czy serce bije miarowo. Wszystkie te badania zapewniły go, że maleństwo jest silne i zdrowe.
Kuzynka Miłki ubrała je w przygotowany wcześniej biały kaftanik. Chciała przekazać córkę matce, ale ta wyraźnie osłabła. Zaniepokoiło to Karolinę, więc zwróciła uwagę Bronka na dziwne zachowanie synowej.
– To normalne u położnic. Dajmy jej odpocząć – orzekł ze spokojem, choć wewnątrz poczuł lekkie podenerwowanie. Podszedł do wciąż milczącej żony i przyłożył rękę do jej czoła. Było zimne, ale to jeszcze nic nie oznaczało. Jeśli podczas porodu wdała się jakaś infekcja, pierwsze jej objawy mogą się pojawić dopiero za kilkanaście godzin, a nawet za dwa dni. Co prawda widział, jak skrupulatnie akuszerka przestrzega zasad higieny, ale gorączce połogowej trudno całkowicie zapobiec.
– Poleży, rano co zje, to roz, dwa odzysko siły. Nawarzcie jej bawarki, to dobre na mlyko. A jak bydzie słabnońć, to dejcie jej czerwonego wina ze żółtkiem. Trocha krwi dziołcha straciła, to trzeba jom wzmocnić – poradziła akuszerka i zaczęła zbierać się do wyjścia. – Łostawiom cię, kociku, w dobrych renkach – zwróciła się do świeżo upieczonej matki. – Ida teraz trocha łodsapnońć, bo pewnie zarozki znów po mie przyjdom.
– Dziękuję – odezwała się Miłka, a Bronek, usłyszawszy jej całkiem silny głos, odetchnął z ulgą. Najwyraźniej podejrzenia matki były niesłuszne.
– Ja też jestem wam bardzo wdzięczny. Proszę to przyjąć. – Wyciągnął w stronę położnej kilka banknotów.
– To za dużo! – zaprotestowała akuszerka. – Toż to cały miesionc chlyba! Niech doktór schowo. Jak byda kiedy potrzebować pomocy doktóra, to się doktór łodwdzienczy.
– Nie ma mowy. Proszę wziąć. Nam na wszystko wystarcza. Najwyżej nie weźmiecie zapłaty od tych, co nie mają pieniędzy. Lekarzom na szczęście jeszcze dobrze się powodzi – odparł zdecydowanie.
– Do czasu… Ile to doktórowi pozwolom tu być? Przeca oni Poloków pogoniom, żeby same doktóry niemieckie tu łostoły27.
– Damy radę. W plebiscycie prawie połowa ludzi w Zabrzu była za Polską. Ktoś musi ich leczyć – odpowiedział, uśmiechając się serdecznie.
Naprawdę szczerze wierzył w to, że po wygranym powstaniu, nawet pomimo niepomyślnych wyników wcześniejszego głosowania, Polacy w końcu uzyskają tu jakieś prawa. A jak dobrze pójdzie, to i cały powiat przejdzie pod polskie rządy. Oczywiście dobrze wiedział, że Niemcy przez jakiś czas będą się na nich mścić, ale był pewien, że sytuacja niebawem się uspokoi, bo przecież lekarza potrzebują wszyscy, niezależnie od narodowości, religii czy języka. Jego ojciec przez lata praktykował w niemieckim Zabrzu jako jedyny polski lekarz, dlaczego więc jemu nie miano by pozwolić tu zostać i uczciwie pracować?
Dalsza część w wersji pełnej
20 Brudzić (śl.).
21 Kran, zawór (śl.).
22 Dzielnica Zabrze, dziś Zaborze.
23 Rondelku (śl.).
24 Dawno temu, w starych czasach (śl.).
25 Akuszerka (śl.).
26 Czarny pies (niem.). Tak określano Bronisława Hagera ze względu na jego bardzo ciemne włosy.
27 Zostały (śl.).
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Katowice – listopad 1974 roku
Zabrze – 23 sierpnia 1921 roku
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Motto
Początek treści
