Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 314 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 53 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 53 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Opis ebooka Okruchy dnia - Kazuo Ishiguro

Narratorem książki jest Stevens, angielski kamerdyner, który wierność wobec pracodawcy i wypełnianie obowiązków stawia ponad wszystko. Swoje dotychczasowe życie w całości podporządkował służbie u lorda Darlingtona. Po śmierci chlebodawcy nadal prowadzi jego dom. Podczas krótkiego urlopu wyrusza samochodem do Kornwalii, by namówić do powrotu dawną gospodynię pannę Kenton. Rozpamiętuje minione lata. Proces analizy jest bolesny i przypomina budzenie się z długiego snu. Drobiazgowy Stevens odkrywa, że cała jego egzystencja była w istocie jedynie namiastką prawdziwego życia, że bezpowrotnie utracił szansę na osobiste szczęście.

Opinie o ebooku Okruchy dnia - Kazuo Ishiguro

Fragment ebooka Okruchy dnia - Kazuo Ishiguro

O książce

Powieść nagrodzona Bookerem,najbardziej prestiżowąbrytyjską nagrodą literacką.

Światowy rozgłos przyniosła jej ekranizacja z mistrzowskimi kreacjami Anthony’ego Hopkinsa i Emmy Thompson, wyróżniona ośmioma nominacjami do Oscarów.

Stevens to kamerdyner idealny, który ponad wszystko stawia lojalność wobec chlebodawcy i perfekcyjne wykonywanie obowiązków. Jego największą ambicją jest dbanie o to, by w Darlington Hall wszystko chodziło jak w zegarku, i temu podporządkowuje życie. Dopiero po latach, podczas podróży po Anglii, wspominając minione lata, musi nieuchronnie dojść do wniosku, że zadawalał się namiastką życia i stracił szansę na szczęście.

KAZUO ISHIGURO

Brytyjski pisarz i scenarzysta. Urodzony w 1954 roku w Japonii, od 1960 roku mieszka w Wielkiej Brytanii. Autor siedmiu powieści – m.in. Pejzaż w kolorze sepii, Okruchy dnia, Malarz świata ułudy, Nie opuszczaj mnie, Pogrzebany olbrzym – oraz tomu opowiadań Nokturny. Do wzrostu popularności pisarza niewątpliwie przyczyniły się ekranizacje jego powieści, jak niezapomniane Okruchy dnia z Anthonym Hopkinsem i Emmą Thompson czy Nie opuszczaj mnie z Keirą Knightley i Carey Mulligan.

Tego autora

NIE OPUSZCZAJ MNIEKIEDY BYLIŚMY SIEROTAMIOKRUCHY DNIANOKTURNY: PIĘĆ OPOWIADAŃO MUZYCE I ZMIERZCHUNIEPOCIESZONYPEJZAŻ W KOLORZE SEPIIMALARZ ŚWIATA UŁUDYPOGRZEBANY OLBRZYM

Tytuł oryginału:THE REMAINS OF THE DAY

Copyright © Kazuo Ishiguro 1989All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Jan Rybicki 1997

Redakcja: Elżbieta Babińska

Zdjęcie na okładce: © Photo12/BE&W

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-282-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Pamięci Lenore Marshall

Prologczerwiec 1956

Darlington Hall

Wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, że jednak wyruszę na wyprawę, która od jakiegoś czasu zaprząta moją wyobraźnię; wyprawę, należy dodać, którą podejmę samodzielnie, wygodnym fordem pana Farradaya; która poprowadzi przez najpiękniejsze zakątki Anglii na południowy zachód aż po West Country, a w Darlington Hall mogę być nieobecny przez pięć czy nawet sześć dni. Muszę podkreślić, że pomysł tej wyprawy został mi niezwykle łaskawie podsunięty przez samego pana Farradaya około dwóch tygodni temu, kiedy odkurzałem portrety w bibliotece. Stałem na drabince i omiatałem portret wicehrabiego Wetherby, gdy wszedł mój chlebodawca, dzierżąc kilka książek, przeznaczonych zapewne do odłożenia na półki. Zauważywszy moją osobę, skorzystał z okazji, by powiadomić mnie, że w tej właśnie chwili podjął ostateczną decyzję w sprawie powrotu do Stanów Zjednoczonych na pięć tygodni w sierpniu i wrześniu. To oznajmiwszy, mój chlebodawca złożył przyniesione tomy na stole i wyciągnął się na szezlongu, po czym popatrzył na mnie i rzekł:

– Wiesz co, Stevens, przecież nie będziesz sterczał w tym domu, jak mnie nie będzie. Może byś wziął samochód i przejechał się gdzieś na parę dni? Coś mi się zdaje, że przydałby ci się mały urlop.

Muszę przyznać, że nie wiedziałem, jak mam zareagować na tak niespodziewanie uczynioną propozycję. Pamiętam tylko, że podziękowałem mojemu chlebodawcy za to, że tak się o mnie troszczy. Chyba jednak wyglądałem na niezdecydowanego, gdyż pan Farraday ciągnął:

– Serio, Stevens, naprawdę przydałby ci się urlop. Dam ci na benzynę. Czy inni kamerdynerzy też tak siedzą i siedzą w domu jak ty? Przecież nie macie czasu, żeby poznać wasz piękny kraj!

Nie pierwszy raz mój chlebodawca podniósł ten problem, który zdaje się autentycznie go zaprzątać. Wtedy, gdy tak stałem na drabince, przyszło mi na myśl pewne wyjaśnienie, jakiego powinno się udzielić w tej sytuacji. Otóż ludzie mojego zawodu, choć nie zwiedzali Anglii w ścisłym znaczeniu tego słowa, czyli podróżując po niej i oglądając malownicze miejsca, mieli o niej znacznie lepsze pojęcie niż wiele innych osób, a to dzięki pracy w domach, w których zbierali się najwięksi państwo tego kraju. Oczywiście, nie mógłbym wyrazić tego przekonania panu Farradayowi bez dłuższej przemowy, co mogłoby sprawiać wrażenie wymądrzania się. Zadowoliłem się więc krótkim stwierdzeniem:

– Miałem zaszczyt widywać to, co w Anglii najlepsze, proszę pana, w tych czterech ścianach.

Pan Farraday musiał nie zrozumieć tej uwagi, ponieważ powiedział znów:

– Serio, Stevens. To nie jest w porządku. Powinno się znać swój kraj. Rób, co ci radzę, rzuć ten dom na parę dni.

Jak Państwo się domyślają, owego popołudnia nie potraktowałem poważnie tej sugestii; uznałem ją za kolejny przykład nieświadomości, jaką Amerykanie przejawiają względem tego, co w Anglii wypada, a co nie. To, że w ciągu kilku następnych dni moje nastawienie do tejże propozycji uległo zmianie – a pomysł wycieczki do West Country coraz bardziej zaprzątał moje myśli – należy bez wątpienia przypisać, co tu kryć, nadejściu listu od panny Kenton, jedynego, jaki od niej otrzymałem w ciągu ostatnich kilku lat (nie licząc życzeń na Boże Narodzenie). Muszę jednak natychmiast wyjaśnić: chodzi mi o to, że list od panny Kenton nasunął mi pewne spostrzeżenia na temat spraw służbowych tu, w Darlington Hall, i z całą stanowczością stwierdzam, że to właśnie troska o sprawy służbowe skłoniła mnie, by na nowo rozważyć tak łaskawie złożoną mi propozycję mego chlebodawcy. Niech mi będzie wolno szerzej to omówić.

Otóż faktem jest, że ostatnio w wypełnianiu obowiązków przytrafiło mi się parę drobnych uchybień. Należy zaznaczyć, że uchybienia te były same w sobie bez znaczenia. Myślę jednak – i przypuszczam, że Państwo również zdają sobie z tego sprawę – że dla kogoś tak jak ja nieprzyzwyczajonego do popełniania takich błędów podobny rozwój sytuacji musiał być wysoce niepokojący: zacząłem już wysuwać różne przerażające hipotezy co do ich przyczyn. Tymczasem, jak to często bywa w takich przypadkach, nie dostrzegałem najprostszego wyjaśnienia – dopóki moje rozważania nad wnioskami płynącymi z listu panny Kenton nie otwarły mi oczu na najoczywistszą prawdę: otóż te drobne niedociągnięcia były spowodowane li tylko niewłaściwym rozkładem zajęć personelu.

Poświęcenie szczególnej uwagi ustaleniu rozkładu zajęć służby jest, rzecz jasna, obowiązkiem każdego kamerdynera. Ileż to kłótni, oszczerstw, pochopnych zwolnień z pracy, złamanie iluż obiecujących karier można przypisać niedbałości kamerdynera w ustalaniu rozkładu zajęć personelu? Jak najbardziej zgadzam się z opinią, że umiejętność stworzenia właściwego rozkładu zajęć służby jest dla każdego kamerdynera podstawą jego wszelkich umiejętności. Przez te wszystkie lata sam tworzyłem wiele rozkładów zajęć i, nie chwaląc się, muszę stwierdzić, że wprowadzanie poprawek było konieczne bardzo rzadko. Jeśli zaś obecnie powodem usterek w pracy służby jest niewłaściwy rozkład zajęć, winą należy obarczyć mnie i tylko mnie. Po sprawiedliwości trzeba jednak równocześnie wspomnieć, że w tym akurat przypadku moje zadanie było niezwykle utrudnione.

Wyjaśnię tu dlaczego. Otóż po sfinalizowaniu transakcji – w wyniku których rodzina Darlingtonów traciła dom należący do niej od dwustu lat – pan Farraday oznajmił, że nie zamierza osiedlać się tutaj natychmiast, ponieważ ostateczne zlikwidowanie jego spraw w Stanach Zjednoczonych wymaga jeszcze około czterech miesięcy. Chciał jednak bardzo, by tymczasem służba jego poprzednika – o której słyszał wiele dobrego – pozostała w Darlington Hall. „Służba”, o którą mu chodziło, była jedynie szczątkową, sześcioosobową obsadą, którą krewni lorda Darlingtona zatrzymali do zajęcia się domem na czas przeprowadzania transakcji; z przykrością donoszę, że gdy tylko posiadłość została sprzedana, nie mogłem dla pana Farradaya uczynić nic, by zapobiec odejściu na inne posady wszystkich poza panią Clements. Gdy napisałem do mojego nowego chlebodawcy, by wyrazić żal z tego powodu, otrzymałem z Ameryki instrukcje, by zwerbować nowy personel „godny wielkiego angielskiego domu”. Natychmiast podjąłem kroki, by spełnić to życzenie, lecz, jak Państwo wiedzą, znalezienie odpowiednich kandydatów jest obecnie niełatwe. Choć z polecenia pani Clements udało się zwerbować Rosemary i Agnes, z których jestem zadowolony – przed pierwszą, wstępną wizytą, którą pan Farraday złożył nam wiosną zeszłego roku, nie osiągnąłem żadnych lepszych rezultatów. Wtedy to właśnie – w tym dziwnie opustoszałym gabinecie Darlington Hall – pan Farraday po raz pierwszy uścisnął moją dłoń; zupełnie niezależnie od spraw służbowych mój nowy chlebodawca miał możliwość sprawdzenia moich zalet i umiejętności, na których, ośmielam się zauważyć, można polegać. To widać dlatego uznał, że może od razu porozmawiać ze mną w sposób otwarty i rzeczowy. W wyniku naszego spotkania powierzył mi całkiem znaczną sumę na wszechstronne przygotowanie jego przyszłego tu pobytu. Tak czy inaczej, chodzi mi o to, że gdy podczas tej rozmowy napomknąłem o kłopotach z zatrudnieniem odpowiedniego personelu, pan Farraday po chwili namysłu poprosił mnie o rzecz następującą: o to mianowicie, bym opracował jak najlepszy rozkład zajęć personelu – on nazwał to „takim jakimś harmonogramem służby” – by dom mogły prowadzić cztery obecnie zatrudnione osoby, czyli: pani Clements, dwoje dziewcząt i ja. Zdawał sobie sprawę, że może to wymagać „wyłączenia” części domu; miał jednak nadzieję, że moje doświadczenie i umiejętności pozwolą ograniczyć straty do minimum. Wspominając czasy, gdy miałem pod sobą siedemnaście osób służby, i wiedząc, jak niedawno jeszcze tu, w Darlington Hall, zatrudniano dwadzieścia osiem osób, perspektywa wypracowania takiego rozkładu zajęć, by ten sam dom prowadzić w cztery osoby, była co najmniej zniechęcająca. Choć starałem się tego nie okazać, coś musiało zdradzić mój sceptycyzm, ponieważ pan Farraday zaraz dodał, jakby na pocieszenie, że jeżeli będzie to konieczne, mogę zatrudnić jeszcze jedną osobę. Byłby jednak bardzo zobowiązany, powtórzył, gdybym „dał sobie radę w cztery osoby”.

Ja tymczasem, jak wielu innych ludzi, bardzo niechętnie zmieniam stare przyzwyczajenia. Oczywiście, nie należy kurczowo trzymać się czegoś dla samej tylko tradycji, jak to skłonni są czynić niektórzy. W czasach elektryczności i nowoczesnego ogrzewania nie ma potrzeby trzymać tyle służby, ile było konieczne w ostatnim choćby pokoleniu. Co więcej, według mnie ta właśnie skłonność do utrzymywania zbyt licznej służby li tylko dla tradycji – powodująca, że pracownicy mieli za dużo wolnego czasu – była jednym z ważniejszych czynników znacznego pogorszenia się jakości usług w moim zawodzie. Ponadto pan Farraday wyjaśnił, że nie zamierza organizować tylu wielkich spotkań towarzyskich, ile za dawnych lat widywał Darlington Hall. Z poświęceniem zabrałem się więc do postawionych mi zadań. Nad ustaleniem rozkładu zajęć spędziłem wiele godzin; przynajmniej tyle samo rozmyślałem na ten temat podczas wypełniania mych obowiązków, co po udaniu się na spoczynek. Każdy nowy pomysł wielokrotnie rozpatrywałem pod wszystkimi względami, szukając jakichkolwiek złych stron. Wreszcie otrzymałem rozkład, który, choć może nie spełniał dokładnie zaleceń pana Farradaya, był jednak najlepszym z możliwych rozwiązań. Utrzymamy funkcjonowanie niemal wszystkich reprezentacyjnych części domu; wyłączone zostaną tylko zbyt obszerne w nowej sytuacji pomieszczenia służbowe – w tym korytarz od kuchni, dwie spiżarnie i stara pralnia. W ten sposób do użytku nadawać się będą wszystkie główne pokoje na parterze i wystarczająca liczba pokoi gościnnych. Ponieważ jednak tak szeroki program da się wypełnić jedynie przy pomocy kilku osób dochodzących, rozkład zajęć uwzględniał usługi ogrodnika (raz w tygodniu, a w lecie dwa razy) i dwóch sprzątaczek (po dwa razy w tygodniu). Według nowego rozkładu zmieniłby się też radykalnie podział naszych dotychczasowych obowiązków. Przewidywałem przy tym, że dziewczęta nie będą miały większych kłopotów z przystosowaniem się do tych nowych obowiązków; za to starałem się, by jak najmniejsze zmiany dotyczyły pani Clements – do tego stopnia, że sobie przydzieliłem znacznie więcej zadań, niż można by się spodziewać po najbardziej liberalnym kamerdynerze.

Nawet teraz nie powiedziałbym, że był to zły rozkład zajęć; mimo wszystko umożliwiał przecież czterem osobom wykonanie nadspodziewanie wielkiej liczby zadań. Zgodzą się jednak Państwo, że najlepsze rozkłady zajęć służby to takie, które przewidują pewien margines bezpieczeństwa na wypadek choroby lub innego rodzaju niedyspozycji któregoś z pracowników. Oczywiście w tym akurat przypadku moje zadanie było dość niezwykłe, lecz pomimo to starałem się zachować, gdzie tylko możliwe, takie właśnie „marginesy”. Szczególnie byłem świadom, że wszelkie opory, na jakie mogę natrafić ze strony pani Clements i dziewcząt, usiłując je przekonać do przyjęcia nowych obowiązków, będą o tyle większe, o ile wzrośnie liczba wykonywanych przez nie prac. Dlatego właśnie, gdy zmagałem się z układaniem rozkładu zajęć, wiele uwagi poświęciłem temu, by moje podwładne, gdy już przystosują się do swych bardziej „wszechstronnych” ról, uznały taki właśnie podział pracy za wygodny i zachęcający do większego wysiłku.

Obawiam się jednak, że w trosce o zadowolenie żeńskiego personelu nie oceniłem równie wnikliwie mych własnych możliwości; choć doświadczenie i wrodzona ostrożność w takich sprawach nie pozwoliły mi podjąć się większej liczby zadań, niż mógłbym wykonać, to jednak zbyt mało uwagi poświęciłem własnemu marginesowi bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że w ciągu kilku następnych miesięcy niedopatrzenie to dało o sobie znać w wielu różnych drobnych, lecz znaczących sprawach. Ostatecznie więc rzecz przedstawiała się prosto: wziąłem na swe barki zbyt duży ciężar.

Dziwią się może Państwo, że oczywisty błąd w rozkładzie zajęć personelu tak długo umykał mojej uwagi. Jednak często tak się dzieje, że gdy długo rozważamy jakąś sprawę, prawda ukazuje się nam zupełnie nieoczekiwanie, w wyniku jakiegoś innego wydarzenia. Tak też było i w tym przypadku; otóż otrzymanie przeze mnie listu od panny Kenton, zawierającego – oprócz długich, niezbyt zrozumiałych fragmentów – bezsprzeczną nostalgię za Darlington Hall oraz – a jestem tego pewien – wyraźne aluzje do chęci powrotu, zmusiło mnie do ponownego zastanowienia się nad rozkładem zajęć. Dopiero wtedy stała się dla mnie oczywista rola, jaką mogłaby tu odegrać jeszcze jedna osoba służby; zrozumiałem, że to właśnie jej brak był źródłem mych ostatnich niepowodzeń. I im bardziej o tym myślałem, tym bardziej stawało się jasne, że właśnie panna Kenton, z jej wielkim przywiązaniem do tego domu, z jej przykładnym poczuciem odpowiedzialności zawodowej – jakiego teraz człowiek już nie uświadczy – byłaby tym czynnikiem, który umożliwiłby mi wreszcie ustalenie całkowicie zadowalającego rozkładu zajęć służby dla Darlington Hall.

Wkrótce po dokonaniu takiej oceny sytuacji zacząłem na nowo rozważać łaskawą propozycję pana Farradaya sprzed kilku dni. Przyszło mi bowiem na myśl, że taka wycieczka może być też pożyteczna i ze służbowego punktu widzenia; mógłbym przecież pojechać do West Country, a przy okazji odwiedzić pannę Kenton, by upewnić się co do jej pragnienia powrotu do pracy tu, w Darlington Hall. Muszę wyjaśnić, że list od niej przeczytałem wielokrotnie – nie ma więc możliwości, bym sam sobie wmówił obecność w nim wspomnianych aluzji.

*

Mimo to przez wiele dni nie śmiałem podjąć na nowo tego tematu z panem Farradayem. W całej sprawie istniało kilka aspektów, które trzeba było wyjaśnić przed podjęciem dalszych kroków – na przykład sprawa kosztów. Nawet biorąc pod uwagę życzliwą propozycję mego chlebodawcy, że „da mi na benzynę”, koszty takiej wyprawy mogły urosnąć do zadziwiających rozmiarów, gdy weźmie się pod uwagę noclegi, posiłki i inne drobne wydatki. Potem sprawa stroju, jaki należałoby zabrać w taką podróż, i czy opłaca mi się sprawić sobie nowe ubranie. Jestem w posiadaniu całej kolekcji świetnych garniturów, otrzymanych w ciągu tych wszystkich lat od lorda Darlingtona i jego różnych gości, którzy podczas wizyty mieli powód do zadowolenia z naszej służby. Choć są one na taką wycieczkę może zbyt eleganckie czy też po prostu niemodne w obecnych czasach, to jest jednak wśród nich jedno ubranie spacerowe, które otrzymałem w 1931 czy 1932 roku od sir Edwarda Blaira – wówczas całkiem nowe i pasujące niemal jak ulał – i które nadałoby się na wieczór w salonie lub jadalni każdego hotelu, w jakim zatrzymałbym się w czasie mej podróży. Nie mam, niestety, żadnego odpowiedniego stroju podróżnego – czyli takiego, w którym mógłbym pokazać się za kierownicą samochodu – chyba że włożyłbym garnitur otrzymany w czasie wojny od młodego lorda Chalmersa. Garnitur ten, choć znacznie na mnie za mały, można by uznać za doskonały pod względem stylu. Obliczyłem wreszcie, że moje oszczędności wystarczą na koszty podróży, a nawet na kupno nowego ubrania. Mam nadzieję, że nie posądzą mnie Państwo o zbytnią próżność; chodzi o to, że nigdy nie wiadomo, czy nie będę musiał się przyznać do pracy w Darlington Hall, a w takich razach ważne jest, by strój odpowiadał piastowanemu stanowisku.

Równocześnie wiele chwil poświęciłem studiowaniu atlasu samochodowego, jak również odnośnych tomów Cudów Anglii pani Jane Symons. Jeżeli Państwo nie znają książek pani Symons – jest ich siedem, a każda opisuje inną część Wysp Brytyjskich – gorąco je Państwu polecam. Choć zostały napisane w latach trzydziestych, są zapewne nadal aktualne – przecież bomby niemieckie nie zmieniły naszego krajobrazu aż tak bardzo. Pani Symons była zresztą częstym gościem w Darlington Hall, i do tego jednym z najbardziej lubianych, przynajmniej przez służbę, a to dzięki zawsze okazywanemu zadowoleniu z naszej pracy. Właśnie wtedy, kierując się naturalnym podziwem dla tej pani, zacząłem w wolnych chwilach studiować jej dzieła w naszej bibliotece. Pamiętam też, że w roku 1936, wkrótce po wyjeździe panny Kenton do Kornwalii – nigdy tam nie byłem – często przeglądałem tom trzeci, w którym pani Symons opisuje cuda Devonu i Kornwalii. Całość uzupełniona jest zdjęciami oraz jeszcze bardziej przemawiającymi do mnie rysunkami. Właśnie dzięki temu miałem jakieś pojęcie, gdzie panna Kenton miała pędzić życie w stanie małżeńskim. Było to jednak, jak mówię, w latach trzydziestych, gdy, jak mi się zdaje, książki pani Symons cieszyły się powszechnym uznaniem w całym kraju. Nie zaglądałem do nich przez wiele lat; dopiero teraz znów sięgnąłem na półkę po tom o Devonie i Kornwalii. I znów, jak dawniej, zagłębiłem się w te opisy i ilustracje; i mogą Państwo sobie wyobrazić moje rosnące podekscytowanie na myśl, że być może rzeczywiście wybiorę się w te okolice.

Wreszcie nie pozostało mi już nic innego, jak wspomnieć znów o tej sprawie panu Farradayowi. Oczywiście, istniała zawsze możliwość, że uczyniona przez niego przed dwoma tygodniami propozycja była tylko przelotnym kaprysem i że pomysł ten nie będzie już cieszył się jego uznaniem. Co prawda, według moich obserwacji, które poczyniłem przez te kilka ostatnich miesięcy, pan Farraday nie należy do tych osób, które wykazują najbardziej irytującą cechę, jaką może mieć chlebodawca, a mianowicie zmienność. Nie było bynajmniej powodu przypuszczać, że pan Farraday mógłby tym razem wykazać mniejszy entuzjazm względem mojej planowanej podróży albo wręcz zapomnieć o swej łaskawej propozycji „dania mi na benzynę”. Mimo to gruntownie rozważyłem, kiedy mu o tym napomknąć, bo choć, jak już powiedziałem, nigdy nie podejrzewałbym pana Farradaya o zmienność, to lepiej byłoby nie rozpoczynać rozmowy na ten temat w chwili, gdy mój chlebodawca jest czymś zajęty lub zdenerwowany. Uczyniona przezeń w takiej sytuacji odmowa mogłaby wcale nie być odzwierciedleniem rzeczywistego nastawienia pana Farradaya, lecz raz ją otrzymawszy, niełatwo przyszłoby mi wracać potem do tej sprawy. Było więc oczywiste, że musiałem mądrze wybrać właściwy moment.

Zdecydowałem w końcu, że najbezpieczniej będzie uczynić to podczas podawania popołudniowej herbaty w salonie. Pan Farraday zwykle wraca wtedy z krótkiej przechadzki po okolicznych pagórkach, nie jest więc zaprzątnięty lekturą i pisaniem, tak jak potem, pod wieczór. Co więcej, często, gdy przynoszę mu herbatę, pan Farraday odkłada książkę czy czasopismo, które właśnie przeglądał, wstaje i przeciąga się przy oknie, jakby oczekiwał, że pogawędzi sobie ze mną przez chwilę.

W każdym razie wydaje się, że mój osąd okazał się całkiem trafny; to, jak potem potoczyły się wypadki, było spowodowane omyłką dotyczącą zupełnie innych spraw. Mianowicie nie wziąłem dostatecznie pod uwagę faktu, że o tej porze dnia pan Farraday chętnie bawi się lekką, dowcipną nawet rozmową. Wiedząc, że takie właśnie jest jego nastawienie, gdy przynoszę mu herbatę, i że w takich chwilach zawsze rozmawia ze mną tonem żartobliwym, nie należało wczoraj w ogóle wspominać o pannie Kenton. Rozumieją jednak Państwo, że było czymś zupełnie naturalnym napomknąć o pożytku, jaki z tego wyjazdu może wyniknąć dla spraw służbowych – ostatecznie miałem prosić mojego chlebodawcę o dużą łaskę. Tak więc, mówiąc o powodach, dla których wybrałem za cel mej podróży właśnie West Country, zamiast poprzestać na paru zachęcających szczegółach zapamiętanych z lektury dzieła pani Symons, zupełnie niepotrzebnie wspomniałem, że w tamtych okolicach zamieszkuje teraz dawna gospodyni Darlington Hall. Chciałem chyba wyjaśnić panu Farradayowi, że będę mógł przy okazji zbadać pewną możliwość idealnego rozwiązania naszych drobnych problemów domowych. Jednak gdy tylko zacząłem mówić o pannie Kenton, zrozumiałem, że popełniłem błąd. Nie tylko nie byłem wcale pewien, czy ona pragnie powrócić tu na służbę; ponadto o zwiększeniu liczby personelu nie rozmawiałem z panem Farradayem od czasu naszej pierwszej rozmowy. Wygłaszanie teraz przeze mnie uwag co do przyszłości Darlington Hall mogłoby zostać uznane co najmniej za zarozumialstwo. Urwałem więc chyba dość gwałtownie; musiałem sprawiać wrażenie nieco zmieszanego. Tak czy inaczej, pan Farraday natychmiast skorzystał z okazji, by uśmiechnąć się do mnie szeroko i powiedzieć niby to z zastanowieniem:

– No, no, Stevens. Przyjaciółeczka. I to w twoim wieku…

Cóż za niezręczna sytuacja! Lord Darlington nigdy nie zrobiłby czegoś takiego żadnemu ze swoich pracowników! Zresztą wcale nie chcę mówić tu niczego pejoratywnego o panu Farradayu: jest przecież Amerykaninem, a ich zwyczaje są często tak odmienne od naszych. Na pewno nie mówił tego złośliwie, lecz potrafią Państwo pojąć, w jakże niezręcznej znalazłem się sytuacji.

– Nie wiedziałem, że z ciebie taki kobieciarz, Stevens – ciągnął. – Pewnie dzięki temu człowiek wolniej się starzeje. Nie wiem tylko, czy mogę ci pomagać w osiągnięciu tak podejrzanych celów.

Oczywiście, pierwszym moim odruchem było natychmiast stanowczo zaprzeczyć takim motywom mego postępowania, jakie imputował mi pan Farraday; na szczęście spostrzegłem w porę, że na to tylko czekał, a wtedy moje położenie byłoby jeszcze gorsze. Wolałem już więc stać dalej zmieszany, czekając, aż mój chlebodawca wyrazi zgodę na ten wyjazd.

Choć chwile te były dla mnie wysoce żenujące, nie chciałbym, by Państwo odnieśli wrażenie, że w jakimś sensie mam to za złe panu Farradayowi, który jest przecież osobą miłą i sympatyczną; na pewno bawiło go po prostu to przekomarzanie się, które w Stanach Zjednoczonych jest bez wątpienia oznaką dobrych, przyjaznych stosunków pomiędzy pracodawcą i pracownikiem – ot, taką sobie niewinną rozrywką. Muszę tu dodać, że takie właśnie przekomarzanie się było bardzo częstym sposobem odnoszenia się do mnie mojego chlebodawcy – choć muszę przyznać, że nadal nie wiem, jak mam na to reagować. W ciągu pierwszych dni mojej służby pan Farraday kilkakrotnie zadziwił mnie swymi powiedzeniami. I tak, na przykład, zapytałem go raz, czy pewnemu panu wybierającemu się do nas z wizytą będzie towarzyszyć małżonka.

– Niech nas Bóg broni! – odparł na to pan Farraday. – Gdyby przyjechała, może uda ci się uwolnić nas od niej, Stevens. O, mógłbyś ją wziąć do tych stajni, tam koło farmy Morgana. Zabawiałbyś ją tam na sianie, może jest właśnie w twoim typie.

Przez dobrą chwilę nie miałem pojęcia, o co chodzi mojemu chlebodawcy. Potem zrozumiałem, że to żart, więc starałem się uśmiechnąć, choć podejrzewam, że moja twarz zdradzała pewne zdumienie czy wręcz zaszokowanie.

Jednak po paru dniach przyzwyczaiłem się do tego typu uwag pana Farradaya i gdy tylko dosłyszałem w jego głosie ów żartobliwy ton, natychmiast uśmiechałem się odpowiednio. Mimo to nigdy nie byłem do końca pewien, czego właściwie oczekuje się ode mnie w takiej sytuacji. Być może powinienem roześmiać się głośno, a może nawet samemu dorzucić jakąś dowcipną uwagę. Ta ostatnia możliwość niepokoiła mnie nieco w ciągu ostatnich miesięcy; dotąd nie wiem, co właściwie powinienem czynić. Być może w Ameryce do obowiązków służbowych pracownika należy bawienie swego chlebodawcy dowcipną rozmową. Przypominam sobie zresztą, że pan Simpson, właściciel gospody Pod Ręką Oracza, mówił kiedyś, że gdyby był amerykańskim barmanem, nie przemawiałby do nas po swojemu poufale, choć zawsze uprzejmie, lecz zarzucałby nas grubiańskimi uwagami na temat naszych wad i słabości, wyzywał nas od pijaków i raczył innymi tego typu epitetami, by w ten sposób spełnić oczekiwania swych klientów. Pamiętam też, że pan Rayne, który podróżował do Ameryki jako kamerdyner sir Reginalda Mauvisa, mówił mi, że nowojorscy taksówkarze zwracają się do swych pasażerów w sposób, który w Londynie spowodowałby na pewno jakąś awanturę czy nawet odprowadzenie kierowcy na najbliższy posterunek policji.

Jest więc całkiem możliwe, że pan Farraday chce właśnie, by na jego przekomarzania się odpowiadać tym samym, i że może uznać moje powstrzymywanie się od tego za swego rodzaju uchybienie. To właśnie martwi mnie już od pewnego czasu. Muszę przyznać, że z wielką niechęcią myślę o konieczności wypełniania tego obowiązku. W naszych tak zmieniających się czasach można oczywiście dostosowywać się do zadań dotychczas nienależących do zakresu czyjejś działalności, lecz przekomarzanie się to już coś zupełnie innego. Czy można mieć pewność, że dowcipna odpowiedź jest właśnie na miejscu w danej sytuacji? Nie trzeba chyba wyjaśniać, jak katastrofalne skutki wywołałoby wygłoszenie dowcipnej uwagi w niestosownym momencie.

Mimo to niedawno poważyłem się wreszcie na taką żartobliwą odpowiedź. Podawałem panu Farradayowi poranną kawę w pokoju śniadaniowym, gdy ten powiedział:

– To chyba nie ty tak krakałeś dzisiaj rano, co, Stevens?

Zrozumiałem, że chodzi o dwóch Cyganów zbierających złom, którzy przechodząc tędy jakiś czas temu, oznajmiali o swym przybyciu gardłowymi okrzykami. Tak się złożyło, że tegoż ranka rozważałem właśnie dylemat, czy odpowiadać na żartobliwe zaczepki mojego chlebodawcy, obawiając się przy tym, jak też oceni brak mojej reakcji na jego żarty. Zacząłem więc obmyślać jakąś dowcipną odpowiedź, taką w dodatku, która w razie złej oceny sytuacji z mojej strony nie mogła być potraktowana jako coś obraźliwego. Wreszcie po chwili odezwałem się:

– Były to bardziej jaskółki niż kruki, proszę pana. Jeśli chodzi o skłonności do wędrowania. – Tu uśmiechnąłem się skromnie, by niedwuznacznie dać do zrozumienia, że właśnie powiedziałem dowcip; nie chciałem bowiem, by pan Farraday czuł się w jakiejkolwiek mierze zobowiązany do zachowania powagi.

Ten tymczasem spojrzał tylko na mnie, mówiąc:

– Co takiego, Stevens?

Dopiero wtedy pojąłem – poniewczasie – że przecież mój dowcip mógł być zrozumiały tylko dla kogoś, kto widział, że pod domem rzeczywiście przechodziło dwóch Cyganów. Nie miałem pojęcia, jak z tego wybrnąć; w końcu stwierdziłem, że najlepiej będzie zaprzestać dowcipów, i udawszy, że przypomniałem sobie o czymś ważnym do zrobienia, odszedłem, pozostawiając mojego chlebodawcę w niejakim zdumieniu.

Sprostanie nowym wymaganiom przychodziło mi więc od początku z dużym trudem – do tego stopnia, że, muszę wyznać, zaprzestałem dalszych prób w tej mierze. Równocześnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pan Farraday nie jest zadowolony z mojej reakcji na jego żarty. Co więcej, być może, przekomarzając się ze mną ostatnio coraz częściej, stara się zmusić mnie do większego wysiłku. Tak czy inaczej, od tego pierwszego dowcipu o Cyganach inne nie przychodziły mi na myśl odpowiednio szybko.

Takie kłopoty są obecnie tym bardziej dokuczliwe, że nie mam już możliwości, tak jak dawniej bywało, omówić i uzgodnić swych poglądów z kolegami po fachu. Jeszcze nie tak dawno, jeżeli pojawiały się podobne wątpliwości dotyczące spraw służbowych, miało się tę pewność, że prędzej czy później jakiś kolega po fachu, którego zdanie się szanowało, zjawi się u nas, towarzysząc swemu chlebodawcy, i na pewno znajdzie się okazja, by przedyskutować całą sprawę. Za czasów lorda Darlingtona, gdy wizyty szanownych gości były częste i długie, można było oczywiście naradzić się ze służącymi, kolegami po fachu. Tak, w owych pracowitych dniach w naszym pokoju kredensowym dochodziło do spotkań najlepszych ludzi z naszej branży w Anglii, którzy w cieple kominka prowadzili długie nocne rozmowy. Niech mi będzie wolno powiedzieć, że gdyby wówczas znaleźli się Państwo wśród nas, nie usłyszeliby byle plotek; rozmowa toczyłaby się zapewne na temat wielkich spraw piętro wyżej zaprzątających naszych chlebodawców lub ważnych doniesień z gazet, czy wreszcie – jak zawsze, gdy w jednym miejscu zbierze się kilka osób tego samego zawodu – wszelkich aspektów naszej profesji. Zdarzały się oczywiście gwałtowne dyskusje, lecz zazwyczaj dominowała atmosfera wzajemnego szacunku. Być może lepiej oddam nastrój tych wieczorów, gdy powiem, że stałymi ich uczestnikami były takie sławy, jak pan Harry Graham, kamerdyner sir Jamesa Chambersa, czy pan John Donalds, kamerdyner sir Sydneya Dickensona. Bywali też i inni, może mniej sławni, lecz których żywe uczestnictwo na długo pozostawało w pamięci, jak pan Wilkinson, kamerdyner pana Johna Campbella, świetnie naśladujący wiele znanych osób, jak pan Davidson z Esterly House, który kogoś nie znającego go dobrze mógłby przestraszyć swą zajadłością w dyskusji, choć w każdej innej sytuacji ujmował prostotą i życzliwością, czy jak pan Herman, kamerdyner pana Johna Henry’ego Petersa, którego radykalnych poglądów nikt nie mógł słuchać spokojnie, lecz którego charakterystyczny, płynący z głębi brzucha śmiech i wrodzony wdzięk z Yorkshire sprawiały, że nie dało się go nie lubić. Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo. W owych czasach żywy był w naszym zawodzie duch koleżeństwa, niezależnie od drobnych różnic w poglądach. W gruncie rzeczy byliśmy wszyscy ulepieni z jednej gliny. Teraz jest inaczej; gdy jakiś gość przyjedzie tu z kimś ze służby – a zdarza się to coraz rzadziej – będzie to raczej ktoś nowy, kto wieczór woli spędzić, nie grzejąc się z nami przy kominku w pomieszczeniu kredensowym, lecz pijąc Pod Ręką Oracza lub nawet, co obecnie bardziej prawdopodobne, Pod Gwiazdą.

Wspominałem już tu pana Grahama, kamerdynera sir Jamesa Chambersa. Oto około dwóch miesięcy temu dowiedziałem się ku mojej radości, że sir James ma wkrótce odwiedzić Darlington Hall. Cieszyłem się na tę wizytę nie tylko dlatego, że goście z czasów lorda Darlingtona należą teraz do rzadkości – krąg znajomych pana Farradaya jest, rzecz jasna, zupełnie inny niż jego lordowskiej mości – lecz również dlatego, że spodziewałem się oprócz sir Jamesa zobaczyć też, jak za dawnych lat, pana Grahama i zasięgnąć jego rady w sprawie nurtującego mnie problemu żartów. Jakież było więc moje zdziwienie i rozczarowanie, gdy w przeddzień wizyty sir Jamesa dowiedziałem się, że ten przyjedzie sam. Potem okazało się, że pan Graham nie pracuje już u sir Jamesa, a co więcej, sir James nie zatrudnia teraz nikogo na stałe. Chętnie dowiedziałbym się, co się stało z panem Grahamem, gdyż choć nie znaliśmy się dobrze, dogadywaliśmy się świetnie przy każdym naszym spotkaniu. Nie nadarzyła się jednak okazja do zdobycia tej informacji. Muszę przyznać, że byłem mocno zawiedziony, ponieważ bardzo chciałem omówić z nim sprawę żartowania.

Pozwolę sobie jednak powrócić do mego głównego wątku. Jak już mówiłem, wczoraj po południu przeżyłem w salonie parę naprawdę ciężkich chwil, wysłuchując żartów pana Farradaya. Zniosłem to, jak zwykle, z lekkim uśmiechem – na tyle jednak szerokim, by okazać, że i ja w jakiś sposób uczestniczę w jego wesołej zabawie – i czekałem, by mój chlebodawca wyraził zgodę na wyjazd. Jak przypuszczałem, wyraził ją dość szybko; pamiętał ponadto o swej łaskawej propozycji „dania mi na benzynę” i potwierdził ją.

Tak więc nie widzę nic, co mogłoby przeszkodzić mi w udaniu się na wyprawę do West Country. Będę musiał oczywiście napisać do panny Kenton, że pojawię się u niej przejazdem; będę też musiał zająć się mym strojem. Należy załatwić jeszcze wiele innych spraw związanych z moją nieobecnością w Darlington Hall. Tak czy inaczej, nie widzę jakiegokolwiek powodu, bym nie miał wyruszyć w tę podróż.

Dzień pierwszywieczorem

Salisbury

Tak oto znajduję się teraz w hotelu w mieście Salisbury. Kończy się pierwszy dzień mej wycieczki i muszę przyznać, że jestem zeń całkiem zadowolony. Moja wyprawa rozpoczęła się dziś rano z niemal godzinnym opóźnieniem, choć jeszcze przed ósmą udało mi się spakować i załadować do forda. Ponieważ na tygodniowy urlop udawały się też pani Clements i dziewczęta, ciążyła mi świadomość, że z chwilą gdy i ja wyjadę, Darlington Hall będzie stał pusty, zapewne po raz pierwszy w tym stuleciu, a może i po raz pierwszy od jego wybudowania. Było to niezwykłe uczucie i ono zapewne spowodowało, że kilkakrotnie obszedłem cały dom, by jeszcze raz sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

Trudno wprost opisać uczucia, jakie ogarnęły mnie z chwilą wyruszenia w drogę. Przez pierwsze dwadzieścia minut jazdy nie zauważyłem u siebie żadnych oznak podniecenia czy niecierpliwości. Było to niewątpliwie spowodowane tym, że choć coraz bardziej oddalałem się od pałacu, nadal znajdowałem się w znanej mi, nawet jeśli tylko przelotnie, okolicy. Zawsze wydawało mi się, że z powodu mych odpowiedzialnych zajęć w domu podróżowałem bardzo mało. Jednak przez te wszystkie lata wyjeżdżałem od czasu do czasu w tej czy innej sprawie służbowej – okazało się, że znam okoliczne tereny lepiej, niż przypuszczałem. I gdy tak jechałem w słońcu ku granicy Berkshire, wciąż na nowo zaskakiwało mnie wrażenie, że rozpoznaję roztaczający się wokół widok.

Potem jednak okolica stawała się coraz bardziej obca; wiedziałem już, że nigdy jeszcze tak bardzo nie oddaliłem się od domu. Opisywano mi kiedyś chwilę, w której patrzącym z odpływającego okrętu znika z oczu ląd. Przypuszczam, że uczucie radosnego niepokoju, często przypisywane tej chwili, jest bardzo podobne do tego, co przeżywałem, zapuszczając się w nieznane. A nastąpiło to zaraz, gdy tylko skręciłem na drogę wijącą się wokół jednego ze wzgórz. Po lewej stronie wyczuwałem stromiznę, choć zasłaniały ją drzewa i gęste krzewy rosnące wzdłuż drogi. Ogarnęło mnie uczucie, że teraz dopiero naprawdę opuszczam Darlington Hall, i przyznam się, że nieco mnie to zaniepokoiło, tym bardziej że miałem wrażenie, że nie znajduję się na właściwej drodze, że być może jadę w zupełnie złym kierunku, prosto w pustkowie. Choć trwało to krótko, i tak zmniejszyłem szybkość. Nawet gdy już upewniłem się, że znajduję się na dobrej drodze, musiałem zatrzymać się na chwilę, by ogarnąć to wszystko umysłem.

Postanowiłem wysiąść z samochodu i nieco rozprostować nogi; gdy to zrobiłem, wrażenie, że stoję na stromym zboczu pagórka, stało się jeszcze silniejsze. Po jednej stronie drogi drzewa i zarośla wznosiły się gwałtownie w górę, po drugiej zaś przeświecał przez krzewy rozległy krajobraz.

Odszedłem chyba parę kroków od samochodu, szukając miejsca, skąd miałbym lepszy widok, gdy usłyszałem za sobą głos. Do tej chwili zdawało mi się, że jestem tu całkiem sam, więc odwróciłem się z niejakim zdziwieniem. Nieco dalej od drogi odchodziła stromo w górę ścieżka, niknąca zaraz w gęstwinie. Na kamieniu oznaczającym to miejsce siedział chudy siwowłosy jegomość w sukiennej czapce i palił fajkę. Znów zawołał coś do mnie i choć nie rozróżniałem słów, z jego gestów zrozumiałem, że chce, bym do niego podszedł. Z początku uznałem go za włóczęgę, lecz szybko zorientowałem się, że to po prostu ktoś miejscowy rozkoszujący się tu świeżym powietrzem i letnim słońcem. Uznałem więc, że nie ma powodu, by go nie wysłuchać.

– Tak się tylko zastanawiam – odezwał się, gdy podchodziłem – czy ma pan dobre nogi.

– Słucham?

Jegomość wskazał ręką na ścieżkę.

– Żeby tam wejść, trzeba mieć i dobre nogi, i dobre płuca. A ja nie mam ani tego, ani tego, więc zostaję na dole. Żebym miał lepsze zdrowie, tobym tam siedział, nie tu. Ładnie tam, nawet jest ławeczka. Lepszego widoku nie zobaczy pan w całej Anglii.

– Jeśli tak – powiedziałem – to wolę zostać tutaj. Tak się składa, że rozpoczynam właśnie wycieczkę samochodową, podczas której zamierzam zobaczyć wiele wspaniałych widoków. Nieco przedwczesne więc byłoby zobaczyć najlepszy widok na samym początku.

Jegomość chyba nie zrozumiał, o co mi chodzi, gdyż powtórzył:

– Lepszego widoku nie zobaczy pan w całej Anglii. Ale mówię panu, żeby tam wejść, trzeba mieć dobre nogi i dobre płuca. – Potem dodał: – Pan to dobrze się trzyma jak na swój wiek. Wszedłby pan tam bez kłopotu. Jak mam dobry dzień, to i ja dam radę.

Popatrzyłem na ścieżkę, która wydała się mi stroma i dość kamienista.

– Mówię panu, będzie pan potem żałował, jeżeli pan tam teraz nie pójdzie. Nigdy nic nie wiadomo. Jeszcze parę lat i może być za późno. – Tu zaśmiał się nieco nieprzyjemnie. – Idź pan, póki pan jeszcze dasz radę.

Teraz wydaje mi się, że zapewne mówił to żartobliwie, że chciał się tylko trochę poprzekomarzać. Wtedy jednak poczułem się, muszę przyznać, nieco urażony i być może po to właśnie, by wykazać mu, jak niemądre są jego uwagi, ruszyłem ścieżką w górę.

I bardzo się cieszę, że tak zrobiłem. Ścieżka wiodła zygzakiem około stu metrów w górę, więc był to całkiem forsowny marsz – choć nie mogę powiedzieć, by sprawił mi jakąkolwiek poważniejszą trudność. Dotarłem wreszcie na małą polankę i było to bez wątpienia to miejsce, o którym mówił napotkany jegomość. Czekała tutaj ławeczka i rzeczywiście piękny, rozległy widok na całą okolicę.

Aż po widnokrąg ciągnęły się pola. Teren lekko wznosił się i opadał, a miedze obsadzone były drzewami i żywopłotami. Na niektórych odległych polach zobaczyłem kropki – były to zapewne owce. Wydawało mi się też, że po prawej stronie, na linii horyzontu, dostrzegam wieżę kościelną.

To wspaniałe uczucie stać tak na samej górze, słyszeć wokół odgłosy lata, a na twarzy czuć podmuch lekkiego wiatru. I zdaje mi się, że gdy spoglądałem na ten krajobraz, po raz pierwszy pomyślałem we właściwy sposób o oczekującej mnie podróży. Wtedy to bowiem poczułem po raz pierwszy przypływ zdrowej ciekawości tego, co przeżyję w ciągu następnych dni. Wtedy też doszedłem do wniosku, że nie muszę zbytnio przejmować się zadaniem służbowym, jakie przed sobą postawiłem, a mianowicie sprawą panny Kenton i obecnych kłopotów z personelem.

To jednak wydarzyło się rano. Teraz, pod wieczór, jestem już w wygodnym hoteliku niedaleko centrum Salisbury. Zdaje się, że to lokal dość skromny, choć czysty i doskonale odpowiadający mym potrzebom. Właścicielka, osoba w wieku około czterdziestu lat, uważa mnie chyba za ważnego gościa, a to z powodu forda pana Farradaya i świetności mego stroju. Gdy dziś po południu – do Salisbury przyjechałem około wpół do czwartej – wpisywałem w księdze meldunkowej adres, „Darlington Hall”, zauważyłem, że popatrzyła na mnie z pewną obawą, czy aby nie jestem kimś przyzwyczajonym raczej do hoteli typu Ritz lub Dorchester i czy natychmiast po zobaczeniu proponowanego mi pomieszczenia nie opuszczę z gniewem hotelu. Powiadomiła mnie, że wolny jest tylko dwuosobowy pokój od frontu, ale że mogę go wynająć za cenę jedynki.

Zostałem więc poprowadzony do tego pokoju, w którym właśnie słońce całkiem przyjemnie oświetlało kwiatowe wzorki na tapecie. Znajdowały się tu dwa łóżka i dwa spore okna wychodzące na ulicę. Na pytanie o łazienkę właścicielka odparła nieśmiało, że jest dokładnie naprzeciw moich drzwi, a ciepła woda będzie dopiero po kolacji. Poprosiłem ją o przyniesienie czajnika z herbatą, po czym dalej oglądałem pokój. Łóżka były absolutnej czystości i starannie zasłane. Równie czysta była umywalka w rogu pokoju. Wyjrzawszy przez okno, można było po drugiej stronie ulicy zobaczyć piekarnię, na wystawie której widniały przeróżne ciasta, aptekę i zakład fryzjerski. Dalej widać było, że ulica prowadzi do starego kamiennego mostka, za którym zaczynał się już pejzaż bardziej wiejski. Odświeżyłem sobie nad umywalką twarz i ręce w zimnej wodzie, po czym, w oczekiwaniu na herbatę, zasiadłem na stojącym przy jednym z okien krześle z twardym oparciem.

Hotel opuściłem chyba około czwartej. Podążyłem ulicami miasta, których szerokość sprawia cudowne wrażenie wielkiej przestrzeni. Z przyjemnością spędziłem kilka godzin, li tylko spacerując w miłym cieple słońca. Stwierdziłem prócz tego, że Salisbury ma w sobie wiele uroku; co chwila napotykałem stare, wykładane drewnem domy czy małe kamienne kładki na którymś z licznych strumieni płynących przez miasto. Oczywiście nie zapomniałem odwiedzić wspaniałej katedry, wielce wychwalanej w książce pani Symons. Trudno zresztą byłoby przeoczyć tę majestatyczną budowlę, skoro jej niebotyczna wieżyca widoczna jest z każdego miejsca w mieście. I tak, gdy wieczorem podążałem z powrotem do hotelu, wielokrotnie spoglądałem za siebie i za każdym razem mój wzrok padał na słońce zachodzące za tę ogromną wieżę.

A mimo to widzę teraz, siedząc w moim przytulnym pokoiku, że to wcale nie katedra w Salisbury ani inne urocze zabytki tego miasta pozostaną moim głównym wspomnieniem z pierwszego dnia podróży; że będzie nim oglądany rano piękny, pofałdowany, angielski krajobraz. Jestem gotów uwierzyć, że inne kraje mogą pochwalić się widokami bardziej spektakularnymi. W encyklopediach i „National Geographic Magazine” widywałem już zapierające dech w piersi fotografie ze wszystkich zakątków kuli ziemskiej: wspaniałych kanionów i wodospadów, pięknie poszarpanych szczytów górskich. Rzecz jasna, nigdy nie miałem szczęścia ujrzeć tego na własne oczy, lecz zaryzykuję teraz następujące zwierzenie: otóż najpiękniejsze krajobrazy Anglii – jak ten, który podziwiałem dziś rano – mają pewną cechę, której brak na pozór znacznie wspanialszym krajobrazom innych stron. Jest to cecha, dzięki której każdy obiektywny obserwator uzna angielski krajobraz za najbardziej zadowalający na całym świecie, a którą można najlepiej określić słowem „wielkość”. Jestem bowiem pewny, że gdy rano stałem na tym wysokim wzgórzu i spoglądałem na rozpościerający się u moich stóp widok, miałem owo rzadkie, lecz nieodparte poczucie obcowania z wielkością. Nazywamy nasz kraj Wielką Brytanią i są tacy, którzy uznają to za dowód naszego zarozumialstwa. Ośmielę się jednak stwierdzić, że już sam krajobraz naszej wyspy upoważnia do stosowania tak górnolotnego przymiotnika.

Czymże jednak jest ta „wielkość”? Na czymże polega, z czego wynika? Doskonale zdaję sobie sprawę, że odpowiedzi na takie pytanie należałoby szukać w mędrszej niż moja głowie; gdybym jednak miał zaryzykować własne zdanie, powiedziałbym, że piękno naszego kraju jest niepowtarzalne właśnie dzięki nieistnieniu w nim powierzchownej spektakularności. Wielkością tego piękna jest jego spokój, jego poczucie umiaru; tak jakby kraj ten wiedział o swym pięknie, o swej wielkości i nie czuł potrzeby głośnego o tym oznajmiania. W porównaniu z nim widoki, które znaleźć można w jakiejś tam Afryce czy Ameryce, choć z pewnością bardzo podniecające, dla obiektywnego obserwatora będą bez wątpienia mniej cenne z powodu swej zbytniej ostentacji.

Cały ten problem jest w istocie bardzo podobny do tego, który wywołał wiele dyskusji w moich kręgach zawodowych: jaki kamerdyner jest „wielki”? Pamiętam, że na roztrząsaniu tego tematu spędzaliśmy wiele miłych godzin pod koniec dnia, przy kominku w pomieszczeniu kredensowym. Zauważyli Państwo, że powiedziałem „jaki”, a nie „który”; nie było bowiem poważniejszych wątpliwości co do tego, kto był niedoścignionym wzorem dla całego naszego pokolenia. Mam tu oczywiście na myśli ludzi takich jak pan Marshall z Charleville House czy pan Lane z Bridewood. Jeżeli mieli Państwo szczęście poznać kogoś takiego, wiecie bez wątpienia, o jakie zalety mi chodzi. Na pewno jednak zrozumieją też Państwo, że wcale niełatwo dokładnie określić ich naturę.

Nawiasem mówiąc, gdy teraz o tym myślę, nie całkiem jest prawdą, że sprawa, „kto należy do wielkich kamerdynerów”, nigdy nie podlegała dyskusji. Chodziło mi raczej o to, że nie podlegała ona dyskusji w kręgu największych znawców w naszym zawodzie. Oczywiście kredens w Darlington Hall, jak każdy inny, musiał gościć pracowników o różnym poziomie intelektualnym, i dobrze pamiętam, jak trudno było mi utrzymać język za zębami, gdy któryś z pracowników – a czasem nawet, co stwierdzam z żalem, członek mojego własnego personelu – zaczynał entuzjastycznie wychwalać ludzi takich jak, powiedzmy, pan Jack Neighbours.

Nie mam nic przeciwko panu Jackowi Neighboursowi, który zginął niestety podczas wojny. Wspominam o nim tylko dlatego, iż jego przypadek był bardzo typowy. W połowie lat trzydziestych jego nazwisko powtarzało się najczęściej w rozmowach toczonych przez służbę we wszystkich wielkich domach naszego kraju. Jak już wspomniałem, również do Darlington Hall docierały wieści o kolejnych osiągnięciach pana Neighboursa, przynoszone przez licznych służących naszych gości, przez co ludzie tacy jak pan Graham i ja musieli z przykrością wysłuchiwać niekończących się anegdot o tym kamerdynerze. Największą zaś przykrością było widzieć, jak po wysłuchaniu każdej z nich, skądinąd przyzwoici pracownicy kiwali z podziwem głowami, mówiąc przy tym na przykład: „Ten Neighbours to naprawdę klasa”.

Nie wątpię, że pan Neighbours rzeczywiście miał pewne zdolności organizacyjne; jak słyszałem, zaplanował on kilka ważnych uroczystości w prawdziwie wielkim stylu. Mimo to nigdy nie miał zadatków na uzyskanie tytułu wielkiego kamerdynera. To samo powiedziałbym Państwu w czasach, gdy był u szczytu sławy, podobnie jak mogłem przewidzieć jego upadek po kilku latach największej popularności.

Jakże często okazywało się, że kamerdyner, któregoś dnia okrzyknięty wszędzie największym w swym pokoleniu, po paru latach bynajmniej nim nie był. Tymczasem ci sami służący, którzy kiedyś wychwalali go pod niebiosa, teraz z takim samym brakiem umiaru sławili kolejną osobę, zamiast zastanowić się przez chwilę nad tym, co warte są takie pochopne sądy. Przedmiotem takich rozmów bywał niezmiennie kamerdyner, który znalazł się w centrum uwagi dzięki dość niespodziewanemu zatrudnieniu w jednym ze znanych domów i wyszedł obronną ręką z organizacji jednej czy drugiej wielkiej uroczystości. Zaraz we wszystkich zakątkach kraju rozchodziły się plotki, że zwróciła się do niego ta czy inna znamienita osoba lub że kilka najlepszych domów konkuruje między sobą o jego usługi, proponując mu niesłychane zarobki. Tymczasem po kilku latach ten sam bohater popełnia jakieś uchybienie lub z innego powodu wypada z łask swych chlebodawców, opuszcza dom, w którym zdobył taką sławę, i wszelki słuch o nim ginie – jego dotychczasowi entuzjaści zaś zachwycają się już kimś nowym. Zauważyłem, że najgorsi pod tym względem bywają przyjezdni lokaje, którzy zazwyczaj usilnie starają się osiągnąć jak najszybciej stanowisko kamerdynera. Oni to właśnie twierdzą z największym przekonaniem, że należy wychwalać akurat tego czy innego osobnika lub wciąż powtarzają, co w sprawach zawodowych orzekł ten czy inny bohater.

Muszę oczywiście wyjaśnić natychmiast, że jest wielu lokajów, którzy, będąc pracownikami najwyższej klasy, nigdy nie postępowaliby tak niemądrze. Gdy kilku z nich – takich jak na przykład pan Graham, z którym niestety straciłem już kontakt – gromadziło się w naszym kredensie, prowadziliśmy bardzo ciekawe i inteligentne dyskusje na temat wszelkich aspektów naszej profesji. Wieczory te są zresztą dla mnie jednym z milszych wspomnień z tamtych czasów.

Powróćmy jednak do tego niezwykle interesującego problemu. Problemu, nad którym tak chętnie zastanawialiśmy się, gdy naszych wspólnych posiedzeń nie mąciła czcza gadanina ludzi niemających zrozumienia dla naszego zawodu; a mianowicie „jaki kamerdyner jest wielki?”.