Okłamuj mnie - Natasha Preston - ebook

Okłamuj mnie ebook

Natasha Preston

5,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dziewiętnastoletnia Savannah Dean zostawia rodzinie jedynie krótki list pożegnalny. Musi uciec z domu, by znaleźć się jak najdalej od ludzi, którzy wyrządzili jej tyle krzywdy… Teraz mieszka sama i trzyma się na uboczu.

Kent Lawson wciąż nie pozbierał się po zdradzie, która złamała mu serce i nauczyła nieufności wobec kobiet. Teraz traktuje je tylko jako zabawki na jedną noc.

Kiedy losy Savannah i Kenta się krzyżują, ta dwójka nie może znieść swojego towarzystwa. Kent wie, że Savannah coś ukrywa, a kłamcy budzą jego szczerą pogardę. Jej nie pozostało już jednak nic poza jej sekretami…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 456

Data ważności licencji: 8/18/2030

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 1

1

Savan­nah

Trzy lata temu, z dokład­no­ścią co do dnia, wyszłam z domu w środku nocy i zosta­wi­łam po sobie jedy­nie krótką wia­do­mość.

Mia­łam dzie­więt­na­ście lat i bar­dzo cier­pia­łam. Moja rodzina nie miała poję­cia, że pla­nuję uciec, nikt nie zda­wał sobie sprawy z powagi sytu­acji. A może po pro­stu wszy­scy mieli to gdzieś.

Koniec koń­ców wycho­dzi na to samo.

Teraz stoję w swo­jej maleń­kiej, przy­tul­nej kuchni setki kilo­me­trów od domu i mimo że jestem cał­kiem sama, jest mi tu lepiej. Nie­wielka grupa praw­dzi­wych przy­ja­ciół jest warta wię­cej niż dzie­siątki zna­jo­mych, na któ­rych nie można pole­gać, prawda? Cóż, przy­naj­mniej dla mnie. W moim przy­padku jed­nak „nie­wielka grupa przy­ja­ciół” spro­wa­dza się do jed­nej osoby – sze­fo­wej, któ­rej mogła­bym cał­ko­wi­cie zaufać, gdy­bym tylko potra­fiła się przed nią otwo­rzyć.

A to zupeł­nie nie w moim stylu. Wygląda więc na to, że wła­ści­wie nie mam przy­ja­ciół. Jestem pustel­niczką. Taka jest prawda.

Otu­lam dłońmi kubek gorą­cej kawy, znad któ­rego unosi się para, i zwie­szam ramiona. Może i jest mi tu lepiej niż w domu, ale to nie ozna­cza, że jest dobrze.

Gdy w prze­szło­ści sta­wia­łam czoła tra­gicz­nym wyda­rze­niom, nie mia­łam do kogo się zwró­cić. Pozba­wiona sojusz­nika, który by mnie poparł i cho­ciaż spró­bo­wał zro­zu­mieć moją per­spek­tywę, zro­bi­łam jedyną rzecz, która wydała mi się słuszna, i ode­szłam.

Choć trudno mi to przy­znać, myśl o oko­licz­no­ściach, w jakich porzu­ci­łam swo­jego chło­paka i całą rodzinę, wciąż wywo­łuje ucisk w mojej klatce pier­sio­wej. Róż­nie to zno­szę. Bywają dni, w któ­rych wspo­mnie­nie o tym odbiera mi dech, a innym razem prze­cho­dzi przez moją głowę nie­mal nie­zau­wa­żone. Ból przy­po­mina księ­życ – nie zawsze go widać, lecz ni­gdy nie znika.

Mama i były chło­pak czę­sto podej­mują próby kon­taktu, jed­nak robię, co w mojej mocy, aby trzy­mać ich na dystans. Nie chcę wra­cać do daw­nych cza­sów. Nie chcę nawet myśleć o zda­rze­niach z prze­szło­ści.

W ciągu ostat­nich trzech lat moje życie zmie­niło się nie do pozna­nia. Nie­gdyś miesz­ka­łam z rodziną w dużym domu na porząd­nym osie­dlu, gdzie ludzie z nie­po­ko­ją­cym wręcz zaan­ga­żo­wa­niem przy­ci­nali traw­niki do pre­cy­zyj­nie okre­ślo­nej wyso­ko­ści. To było bez­pieczne i piękne miej­sce.

To tam pozna­łam Simona – Naczel­nego Dupka.

I to tam go porzu­ci­łam.

Teraz miesz­kam w kawa­lerce na przed­mie­ściach. Jest ładna, zbu­do­wana mniej wię­cej sześć lat temu. Wynaj­muję ją od uro­czej kobiety, która kupiła miesz­ka­nie z myślą o wnuczce, aby ta mogła się do niego wpro­wa­dzić, gdy skoń­czy osiem­na­ście lat. Mam stąd też bar­dzo bli­sko do pracy.

Cza­sami led­wie roz­po­znaję sie­bie samą w lustrze, lecz posta­no­wi­łam już, że ten rok będzie dla mnie rokiem odro­dze­nia.

Cie­pły lip­cowy deszcz stuka w okno mojej małej kuchni.

W daw­nym życiu nie­na­wi­dzi­łam desz­czu. Tak bar­dzo przej­mo­wa­łam się swoim wyglą­dem, że ni­gdy nie wycho­dzi­łam z domu bez dosko­na­łego maki­jażu, per­fek­cyj­nej fry­zury i mod­nych ubrań. Gdy odcię­łam się od tej sta­rej Savan­nah – a wła­ści­wie Sav, bo tak mnie nazy­wano – doszłam do wnio­sku, że to jedy­nie nie­warte czasu bła­hostki. Gdy twój świat raz legnie w gru­zach, już wię­cej nie przej­mu­jesz się przy­klap­nię­tymi wło­sami.

Jestem gotowa, by wyjść do pracy, mimo że mam jesz­cze godzinę. Nie zno­szę się spóź­niać, choć wiem, że moja sze­fowa i jedyna przy­ja­ciółka nie zwró­ci­łaby mi uwagi, gdy­bym przy­szła kilka minut po cza­sie.

Chcia­ła­bym być taka jak Heidi – silna i nie­za­leżna, odno­sić suk­cesy. Mieć pełną kon­trolę nad swoim życiem.

Ona ma wszystko dopięte na ostatni guzik, a mnie ledwo udaje się zapiąć pierw­szy.

Mimo to sądzę, że mogę nazy­wać sie­bie nie­za­leżną – w końcu w wieku dzie­więt­na­stu lat roz­po­czę­łam nowe, samo­dzielne życie. Nad resztą cech, które tak cenię w Heidi, wciąż jed­nak jesz­cze pra­cuję. Przez więk­szość czasu czuję się zagu­biona.

Mój lap­top stoi otwarty na stole przede mną. Zacho­wa­łam swoje stare konto na Face­bo­oku, lecz go nie uży­wam. Sav Dean od dawna nie ist­nieje. Nie­wiele mnie dziś łączy z dziew­czyną z pro­fi­lo­wego. Mam na nim osiem­na­ście lat, zro­biono je w Gla­ston­bury. Na zdję­ciu moje ciem­no­blond włosy są upięte w kok, który trzyma się bez zarzutu.

Dla­czego tak mi zale­żało na tym, co ludzie o mnie myślą?

Dosta­łam dwie nowe wia­do­mo­ści. Czy­tam wszystko, co piszą do mnie Simon, rodzina i dawni przy­ja­ciele, ale ni­gdy nie odpi­suję.

Dobra, raz kozie śmierć.

Z łomo­czą­cym ser­cem kli­kam w pierw­szą z kon­wer­sa­cji.

To Simon. Niech spada.

Ton jego wia­do­mo­ści zmie­niał się na prze­strzeni lat. Począt­kowo biła z nich despe­ra­cja, następ­nie złość, a potem poczu­cie zra­nie­nia. Prze­pra­szał jakieś milion razy, lecz ni­gdy nie wziął na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści za to, co się stało. W ostat­nim cza­sie jego słowa brzmiały bła­gal­nie, ale w wia­do­mo­ściach z minio­nych dwóch tygo­dni po raz kolejny poja­wiła się nuta despe­ra­cji.

Sav,

wiem, że ostat­nio nie pisa­łem, ale chcia­łem dać ci czas na zasta­no­wie­nie się nad tym, co dalej z nami będzie. Pew­nie masz masę pytań. Odpo­wiem na nie. Pro­szę, pozwól mi sobie pomóc. Pro­szę. Muszę to zro­bić, a ty powin­naś mnie wysłu­chać. Obojgu nam będzie łatwiej, jeśli tylko ze mną poroz­ma­wiasz.

Nie. Po moim tru­pie.

Moje palce uno­szą się nad kla­wi­szami, sku­piam wzrok na ekra­nie. Chcę mu napi­sać, co musi zro­bić – iść do dia­bła – ale trzy lata temu posta­no­wi­łam sobie, że ni­gdy wię­cej nie zamie­nię z nim słowa, chyba że trwa­łaby apo­ka­lipsa, a my byli­by­śmy ostat­nimi ludźmi na ziemi. A i tak wtedy ze zło­wiesz­czym śmie­chem rzu­ci­ła­bym go zom­bie na pożar­cie.

Skoro jed­nak nie jeste­śmy w takiej sytu­acji…

Drżą­cymi pal­cami zamy­kam wia­do­mość od niego i otwie­ram drugą, od mojej matki.

Savan­nah, kochana Sav, pro­szę, wróć do domu. Wiem, że było ci trudno, ale możesz na nas liczyć. Kochamy cię. Mama i Tata.

Prze­wra­cam oczami, któ­rych kolor odzie­dzi­czy­łam po matce. To same kłam­stwa.

Mimo że w głębi serca wciąż darzę rodzi­ców i moją sio­strę Islę miło­ścią, nie jestem cał­ko­wi­cie pewna, czy gdyby świat zmie­rzał ku zagła­dzie, ruszy­ła­bym im na ratu­nek. Uczu­cia, jakie do nich żywię, zmie­niają się każ­dego dnia – w zależ­no­ści od mojego nastroju. Gdy zbliża się ten czas w mie­siącu, ich szanse na prze­trwa­nie zagłady są zerowe.

Pokusa, aby odpi­sać, nara­sta, więc wstaję i zgar­niam torebkę ze stołu. W pracy będę co naj­mniej pięć­dzie­siąt minut przed cza­sem, ale Heidi nie będzie miała nic prze­ciwko. Muszę jak naj­szyb­ciej wyjść z miesz­ka­nia, zanim pod­dam się rosną­cej chęci odpi­sa­nia na wia­do­mo­ści.

Spę­dza­nie czasu z Heidi zawsze pomaga. Siła jej cha­rak­teru prze­nika przez pory w mojej skó­rze. Każda roz­mowa z nią spra­wia, że moje myśli stają się bar­dziej kla­rowne. Nie ma poję­cia, jak wiel­kim jest dla mnie wspar­ciem. Ni­gdy nie wyja­wi­łam jej powodu swo­jej wypro­wadzki. Oczy­wi­ście wie, że nie jestem bli­sko z rodziną i że wynio­słam się z domu, ale nikt z mojego nowego życia tak naprawdę nie ma poję­cia, co się działo w daw­nym.

Nie żeby liczba osób, przed któ­rymi mia­ła­bym ukry­wać swoją prze­szłość, była szcze­gól­nie duża.

Po dro­dze do pracy wstę­puję do Star­bucksa i kupuję ame­ri­cano dla sie­bie i latte na chu­dym mleku dla Heidi. Ma fioła na punk­cie kawy i jeśli nie wypije co naj­mniej pię­ciu fili­ża­nek dzien­nie, robi się marudna. Choć deszcz zelżał, i tak zja­wię się w pracy prze­mo­czona jak szczur.

Gdy otwie­ram drzwi pra­cowni, widzę Heidi sie­dzącą przy stole kra­wiec­kim w rogu pokoju. Spo­gląda znad wiel­kiego stosu mate­riału w biało-nie­bie­ską jodełkę i prze­chyla głowę na bok.

W jej nie­bie­skich oczach dostrze­gam współ­czu­cie. Tak wcze­śnie przed pracą zja­wiam się jedy­nie wtedy, gdy coś jest nie tak; gdy moje dawne życie o sobie przy­po­mina.

– Co się stało, Savan­nah? – pyta, wycią­ga­jąc rękę po swoją ogromną kawę.

Podaję jej kubek i zaj­muję miej­sce po dru­giej stro­nie stołu.

Prze­bie­gam dło­nią po wil­got­nych wło­sach i po raz setny roz­wa­żam, czy nie zwie­rzyć się Heidi. Zna naprawdę nie­wielką część całej histo­rii.

– Cho­dzi o moją mamę – mam­ro­czę i wypi­jam łyk kawy.

– Och, kochana. Przy­kro mi, że wciąż tak źle cię trak­tuje.

Sły­sząc te słowa, czuję się, jakby ktoś pocie­rał moją skórę odłam­kami szkła.

– Tak, mi też. Trudno o niej zapo­mnieć, gdy do mnie wypi­suje.

Wia­do­mo­ści od mamy poru­szają mnie bar­dziej niż te od Simona. Za każ­dym razem przy­wo­łują wspo­mnie­nia z naj­gor­szego okresu w moim życiu, w któ­rym zabra­kło mi jej wspar­cia.

– Może powin­naś usu­nąć swój stary adres mailowy?

Heidi myśli, że mama kon­tak­tuje się ze mną przez e-mail. Nie zdra­dzi­łam jej, że mam konto na Face­bo­oku. Uważa mnie za dzi­waczkę, która nie używa mediów spo­łecz­no­ścio­wych, ale nie prze­szka­dza mi to. Nikt tutaj nie nazywa mnie Sav, zatem nie sądzę, aby mogła zna­leźć mój pro­fil, poza tym i tak się nie spo­dzie­wam, że będzie szu­kać.

Robię głę­boki wdech.

– Przez ostat­nie trzy lata zasta­na­wia­łam się nad tym dzie­siątki razy. Nie wiem, dla­czego tego nie zro­bi­łam.

Naprawdę nie mam poję­cia, co mnie powstrzy­muje przed usu­nię­ciem konta. Może jestem maso­chistką i skry­cie lubię spra­wiać sobie ból. A może po pro­stu się nie mylę, gdy myślę o sobie jak o sła­be­uszce.

Heidi unosi brew i prze­rzuca za ramię pro­ste brą­zowe włosy.

– Popra­cu­jemy nad tym.

– A skoro o pracy mowa, to co teraz robisz? – pytam, spo­glą­da­jąc na mate­riał.

– Roz­klo­szo­wane sukienki, ścieg zyg­za­kowy. Matka i córka zło­żyły zamó­wie­nie wczo­raj wie­czo­rem.

– Wczo­raj wie­czo­rem? I już zaczę­łaś?

Łącz­nie z tymi sukien­kami Heidi musi uszyć sie­dem­na­ście sztuk odzieży do końca tygo­dnia, a mimo to zaczęła od naj­now­szego zle­ce­nia.

– Uch, nie patrz na mnie tak oce­nia­jąco, Dean. Popra­cuję nad sukien­kami do ósmej, a potem zabiorę się za naj­star­sze zamó­wie­nie. No i Kent powi­nien wkrótce tu być.

Cała sztyw­nieję na dźwięk jego imie­nia. Kent, młod­szy brat Heidi, zawsze wypro­wa­dza mnie z rów­no­wagi, choć spo­tka­łam go tylko z pięć lub sześć razy i zamie­ni­li­śmy ze sobą led­wie kilka słów. Trudno zigno­ro­wać jego aro­gancki spo­sób bycia oraz fakt, że roz­ma­wia jedy­nie z tymi, któ­rych uważa za god­nych swo­jej uwagi.

– Dla­czego dziś przy­cho­dzi? – pytam. Mój głos drży i staje się coraz wyż­szy, jak­bym nagle nawdy­chała się helu.

Po dzi­siej­szych wia­do­mo­ściach od mamy i Simona zde­cy­do­wa­nie nie jestem gotowa na spo­tka­nie z Ken­tem.

To był zna­ko­mity pomysł, żeby przyjść wcze­śniej do pracy. Czy mogę wró­cić do łóżka i zacząć dzień od nowa?

– Wczo­raj w końcu udało mi się go namó­wić, żeby poskła­dał nowe szafki i półki, które posta­wimy w maga­zy­nie. Chcia­łam, żeby przy­szedł jak naj­szyb­ciej, zanim zdąży zmie­nić zda­nie, bo ktoś musi się tym zająć. Koń­czy nam się miej­sce i naprawdę potrze­buję prze­strzeni do prze­cho­wy­wa­nia.

– Jasne.

Gdy nie­dawno wspo­mniała, że zamiast zatrud­niać kogoś do zło­że­nia mebli, pla­nuje popro­sić o to Kenta, mia­łam nadzieję, że ten odmówi. W końcu to nudna praca, nie­warta jego czasu.

– Nie jest taki zły, Savan­nah.

Kręcę głową, uda­jąc, że nie wiem, o czym mówi.

– Wcale nie uwa­żam, że jest zły.

– Skar­bie, kła­ma­nie fatal­nie ci wycho­dzi.

Gdyby wie­działa, jak bar­dzo się myli…

– On mnie nie lubi i czuję się przez to tro­chę nie­kom­for­towo. Ale nie przej­muj się mną, reaguję zbyt emo­cjo­nal­nie. Czy chcesz, żebym zro­biła dziś coś poza tym, co zawsze?

Heidi odpo­wiada za kre­atywną część dzia­łal­no­ści firmy, a do mnie należą wszyst­kie inne zada­nia – czu­wam nad reali­za­cją zamó­wień ze strony inter­ne­to­wej, mediami spo­łecz­no­ścio­wymi, księ­go­wo­ścią, przy­go­to­wa­niem paczek, ich wysyłką i innymi admi­ni­stra­cyj­nymi spra­wami. Uwiel­biam tę pracę.

Krzywi się i wiem, że nie spodoba mi się to, co zaraz usły­szę.

– Głu­pio mi o to pro­sić, ale trzeba uprząt­nąć maga­zyn, tak aby Kent mógł zacząć pracę. Wszyst­kie rze­czy wystar­czy poprze­su­wać w głąb pokoju, bli­żej drzwi.

Uśmie­chowi na mojej twa­rzy z pew­no­ścią bli­żej do gry­masu. Prze­by­wa­nie w pobliżu tego buca nie napawa mnie szczę­ściem.

– Nie ma pro­blemu. – Gorycz pobrzmiewa w moich sło­wach. Dziś wie­czo­rem w domu wyna­gro­dzę to sobie naprawdę dużą lampką wina.

– Jesteś pewna, Savan­nah? Wspo­mi­na­łaś, że jego obec­ność spra­wia ci dys­kom­fort, a chcę, żebyś zawsze mogła czuć się tu dobrze.

Uno­szę dłoń, wycią­gam nogi przed sie­bie i roz­sia­dam się wygod­niej na krze­śle.

– Nie o to cho­dziło. Jak mówi­łam, dzi­siaj jestem tro­chę prze­wraż­li­wiona, ale tak zupeł­nie szcze­rze, nie prze­szka­dza mi praca w towa­rzy­stwie two­jego brata. Dobrze będzie upo­rząd­ko­wać maga­zyn. – Uśmie­cham się, aby jesz­cze sku­tecz­niej sprze­dać swoją histo­ryjkę.

Heidi wzdy­cha z ulgą, a na jej twa­rzy znów poja­wiają się kolory, gdy uświa­da­mia sobie, że może sku­pić się na two­rze­niu wyjąt­ko­wych, ręcz­nie robio­nych ubrań, a nie na niań­cze­niu mnie i swo­jego brata.

Jak widać, nie kła­mię aż tak fatal­nie.

Pocią­gam duży łyk kawy. Przy­naj­mniej mogę sobie zafun­do­wać naj­więk­szy zastrzyk kofe­iny, jaki sprze­dają w Star­buck­sie.

Drzwi do pra­cowni otwie­rają się z hukiem. Wyczu­wam jego obec­ność, jesz­cze zanim jego syl­wetka pojawi się w moim polu widze­nia. Powie­trze gęst­nieje tak bar­dzo, że mogłoby mnie udu­sić. Heidi wstaje i ze swoim latte w dłoni idzie przy­wi­tać brata. Czuję, jak krew pul­suje mi w żyłach.

Oddy­chaj, Savan­nah.

Znio­słam już rze­czy o wiele gor­sze od towa­rzy­stwa Kenta Law­sona.

Gdy wstaję i odwra­cam się do nich, moje nogi są jak odlane z oło­wiu.

No dobra, może i Kent przez więk­szość czasu spra­wia wra­że­nie podi­ry­to­wa­nego albo znu­dzo­nego, ale, Jezu, jest naprawdę atrak­cyjny. Ma ponad sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, ciemne włosy, u góry nieco dłuż­sze niż po bokach, oczy w kolo­rze tur­kusu – w zależ­no­ści od tego, co ma na sobie, ich odcień wpada bar­dziej w błę­kit lub w zie­leń – i mię­śnie, które każdą zdrową na umy­śle kobietę dopro­wa­dzi­łyby do sza­leń­stwa.

Ale strasz­liwy z niego kutas. Naprawdę strasz­liwy.

I to tyle.

W jego obec­no­ści moje kom­pleksy wycho­dzą na świa­tło dzienne. Zauwa­żam, że staję się przy nim nie­śmiała i nie­pewna sie­bie i, cho­lera, nie­na­wi­dzę go za to.

Heidi pro­wa­dzi go w stronę maga­zynu i zaczyna coś do niego mówić, ale jej słowa są dla mnie jedy­nie nie­zro­zu­mia­łym szu­mem. Kent w żaden spo­sób nie reaguje na to, że też tu jestem. Choć nie spo­dzie­wa­łam się po nim niczego innego, cza­sem miło by było zostać potrak­to­waną jak czło­wiek.

Mówi­łam, że to kutas.

– Kurwa, Heidi, coś ty naku­po­wała? – narzeka, zaj­rzaw­szy do maga­zynu.

Pomiesz­cze­nie jest duże. Półki i szafki roz­cią­gają się wzdłuż całej naj­dłuż­szej ściany naprze­ciwko drzwi.

– Dzięki, że zgo­dzi­łeś się tym zająć – odpo­wiada Heidi ze sło­dy­czą w gło­sie, zupeł­nie nie­zra­żona jego zacho­wa­niem, w któ­rym próżno by szu­kać uroku.

– Może zacznę odsu­wać te rolki tka­nin od kar­to­nów? – pro­po­nuję. Mój głos brzmi nor­mal­nie, więc nikt w tym pokoju oprócz mnie nie jest świa­domy, jak zde­ner­wo­wana jestem przy Ken­cie.

– Nie, Savan­nah, dokończ naj­pierw pić kawę. – Heidi posyła mi spoj­rze­nie, które odczy­tuję jako: „Zrób, co ci każę”.

Zasty­gam w miej­scu, nie­pewna, co począć. Z jed­nej strony chcia­ła­bym od razu zabrać się do pracy i mieć to już za sobą, a z dru­giej naprawdę potrze­buję tej kawy.

– Dokład­nie, nie spiesz się, prze­cież nie mam nic innego do roboty – sarka Kent, uno­sząc brew.

Zaci­skam zęby tak mocno, że to dziwne, że się nie łamią, i odli­czam w myślach od dzie­się­ciu do zera.

Nie chcesz stra­cić pracy.

– Kent, nie bądź dup­kiem. Nie zwra­caj na niego uwagi, Savan­nah. Wstał dziś lewą nogą. – Ude­rza go w ramię, jed­nak on nawet się nie wzdryga. – Bądź dla niej miły – szep­cze do niego, ale jej słowa i tak docie­rają do moich uszu.

Czuję się jak dzie­ciak.

Poważ­nie, marzę o tym, żeby cof­nąć się w cza­sie i zacząć tę roz­mowę od początku.

Kent splata ręce za ple­cami i koły­sze się w przód i w tył. Roz­gląda się po pokoju, ale nie zaczyna pracy. Daje jasno do zro­zu­mie­nia, że czeka.

Bar­dzo wolno biorę łyk kawy i mrużę oczy. Podej­muję jego wyzwa­nie, ale serce bije mi jak sza­lone, bo mimo że pra­gnę mu się posta­wić, wiem, że na dłuż­szą metę nie mam szans. Dla­czego czuję się przy nim jesz­cze słab­sza niż zazwy­czaj?

Bo wiesz, że daw­niej poło­ży­ła­byś go na łopatki w mgnie­niu oka. Nie dała­byś się roz­sta­wiać po kątach.

Wiem, że gdy­bym mu się posta­wiła, tylko zacząłby wywie­rać na mnie jesz­cze więk­szą pre­sję, a ja nie chcę nikogo do sie­bie dopusz­czać. Kent nie jest osobą, która daje się trzy­mać na dystans. Prze­ciw­nie – gdy­bym tylko dała mu oka­zję, natych­miast wyko­rzy­stałby moją chwilę sła­bo­ści.

Klatka pier­siowa Kenta roz­sze­rza się, gdy chło­pak bie­rze oddech. Zatrzy­muje powie­trze w płu­cach i upar­cie go nie wypusz­cza. Jego zachwy­ca­jące oczy podą­żają za mną, gdy znów zaczyna się koły­sać. Heidi pozo­staje nie­świa­doma roz­gry­wa­ją­cej się mię­dzy nami walki i roz­gląda się po maga­zy­nie ze zmarsz­czo­nymi brwiami. Praw­do­po­dob­nie usi­łuje osta­tecz­nie zde­cy­do­wać, gdzie co posta­wić. Idzie w głąb pomiesz­cze­nia, nie patrząc na nas.

Wypi­jam kolejny łyk kawy. Bóg jeden wie, skąd się bie­rze śmia­łość, która pozwala mi się mie­rzyć z Ken­tem, ale nie odwra­cam wzroku. Czę­ściowo dla­tego, że mam dość czu­cia się słabą, a czę­ściowo dla­tego, że Kent jest jak gra­wi­ta­cja. Jak dzie­jący się na two­ich oczach wypa­dek samo­cho­dowy, któ­rego nie spo­sób zigno­ro­wać.

Kent wypusz­cza powie­trze i nie prze­staje mnie mie­rzyć peł­nym powagi spoj­rze­niem.

Biorę łyk.

Pochyla głowę, patrząc spode łba. Gdyby jego wzrok mógł zabi­jać, już leża­ła­bym mar­twa.

Wypi­jam resztkę kawy, wycią­gam rękę i wrzu­cam kubek do kosza na śmieci.

Kent z uśmiesz­kiem na twa­rzy roz­plą­tuje ręce sple­cione za ple­cami i zwie­sza je luźno po bokach.

– Możemy zaczy­nać?

– Jak tylko będziesz gotowy – odpo­wia­dam dum­nie.

Chcę przy­bić sobie piątkę za obsta­wa­nie przy swoim do końca, ale ist­nieje praw­do­po­do­bień­stwo, że zemdleję. To chyba nie był naj­lep­szy pomysł.

Kent ski­nie­niem głowy wska­zuje na maga­zyn. Pusz­cza mnie przo­dem.

Ja pier­dolę.

Może chce po pro­stu zoba­czyć, jak się prze­wra­cam. Ale nic takiego się nie wyda­rzy. Idę przed nim z głową unie­sioną wysoko, jakby nikt nie dora­stał mi do pięt.

Rozdział 2

2

Kent

Wola­łem się z tym upo­rać w ciągu dwóch week­en­dów, ale Heidi nie zamie­rzała przy­cho­dzić do pracy w dzień wolny. Skru­pu­lat­nie pil­nuje czasu na odpo­czy­nek, co według niej zwięk­sza pro­duk­tyw­ność. Jasne, kurwa.

Nie mówiąc już o tym, że nie chcę prze­by­wać w jed­nym pokoju z Savan­nah Dean, a wła­śnie do tego jestem teraz zmu­szony.

Heidi postą­piła nie­mą­drze, zatrud­nia­jąc ją. Na pewno dała jej pracę tylko dla­tego, że usły­szała jakąś pie­przoną łzawą histo­ryjkę. Jestem dumny z sio­stry, ale jej biz­nes mógłby zostać w rodzi­nie. Któ­raś z naszych kuzy­nek mogłaby wyko­ny­wać obo­wiązki Savan­nah.

Zwi­jam dło­nie w pię­ści i biorę głę­boki oddech.

Savan­nah przy­gryza wargę i wska­zuje na kar­tony.

– Od czego chcesz zacząć?

Mimo że – poza tą sytu­acją z kawą – zawsze była do bólu nudna i pozwa­lała sobą pomia­tać, nie mam wąt­pli­wo­ści, że w życiu nie widzia­łem nikogo tak sek­sow­nego. Szczu­płe ciało, zaokrą­glone w odpo­wied­nich miej­scach, dłu­gie ciem­no­blond włosy, które zimą, jak pamię­tam, były nie­mal brą­zowe, i duże szare oczy, przy­wo­dzące na myśl kolor nieba tuż przed burzą. Ktoś tak bole­śnie nie­cie­kawy nie powi­nien wyglą­dać w ten spo­sób.

Heidi wciąż powta­rza, żebym dał jej szansę, tylko jaki to ma sens? Nie jest jak dziew­czyny, z któ­rymi zwy­kle się uma­wiam. Nie spę­dzam czasu z ludźmi, któ­rzy pod­ska­kują ze stra­chu na dźwięk swo­jego imie­nia. Nie wiem dla­czego, ale wydaje mi się wyprana z emo­cji i czuję, że coś ukrywa.

– Dobrze byłoby chyba zro­bić tu tro­chę miej­sca, zanim otwo­rzę pierw­sze pudło – odpo­wia­dam.

– W porządku. – Odwraca się w kie­runku kar­to­nów i zabiera się do pracy.

Obser­wuję ją, gdy sprzą­tamy prze­strzeń wystar­cza­jącą do posta­wie­nia ogrom­nej półki. Każdy jej ruch jest dokładny i dobrze prze­my­ślany, a jed­nak kilka razy pra­wie się ze mną zde­rza.

– Sorki – wybą­kuje, omi­ja­jąc mnie.

No do chuja. Prze­pra­sza za każ­dym razem, gdy wej­dziemy sobie w drogę. Pra­wie. To żało­sne.

Gdy jej ramię muska moje, wyko­nuję gwał­towny ruch głową. Odwraca się, a jej włosy fruną w powie­trzu i opa­dają na plecy niczym wachlarz. Cho­lera, wyczu­wam zapach kokosa.

No to poza­mia­tane.

Zaci­skam zęby. Bez słowa prze­cią­gam wiel­kie pudło na bok i usi­łuję ją igno­ro­wać. Prze­cho­dzi na drugą stronę pomiesz­cze­nia ze spusz­czo­nym wzro­kiem i wyraź­nie pró­buje na mnie nie patrzeć.

Wpy­cham stos papie­rów do kar­tonu w poło­wie wypeł­nio­nego innymi papie­rami. Naprawdę by się tu przy­dały solidne porządki.

Savan­nah wynosi z maga­zynu tka­niny oraz pudełka z nićmi i igłami. Gdy się pochyla, żeby pod­nieść plik maga­zy­nów modo­wych, dłu­gie włosy opa­dają jej na twarz. Wciąż czuję ich zapach.

Wyobra­żam sobie te włosy roz­rzu­cone na moich udach, a moje ciało reaguje pod­nie­ce­niem.

Weź się w garść. Ona pew­nie nawet nie wie, jak zro­bić laskę.

Założę się, że zaczer­wie­ni­łaby się po uszy na samo wspo­mnie­nie o peni­sie.

Wsuwa palce pod duży kar­ton i pod­nosi go. Pew­nie jest dla niej za ciężki. Nie wiem, dla­czego go nie zostawi, żebym sam go prze­niósł. Krzy­żuję ręce na piersi i obser­wuję, jak z tru­dem zmie­rza w kie­runku drzwi, prze­no­sząc cię­żar ciała na pięty.

Poproś o pie­przoną pomoc!

Nie jestem aż takim dup­kiem, żebym miał jej odmó­wić. Choć naj­wy­raź­niej jestem wystar­cza­ją­cym dup­kiem, żeby patrzeć, jak sama się męczy. Dla­czego nie poprosi?

Odwraca się do drzwi i wtedy zauwa­żam, że leżąca na ziemi rolka tka­niny wystaje odro­binę zbyt daleko. Opusz­czam ręce i otwie­ram usta, ale nim zdążę poru­szyć się choć o mili­metr lub wydać z sie­bie jakiś dźwięk, już widzę, jak Savan­nah się prze­wraca.

Kurwa.

Z urwa­nym okrzy­kiem upada na zie­mię, a jej twarz ląduje na kar­to­nie.

– Cho­lera, Savan­nah! – wołam i ruszam pędem w jej kie­runku.

Pod­piera się, aby usiąść, a z jej ust wydo­bywa się syk­nię­cie.

– O Boże, mój nad­gar­stek. Jezu, ale boli. Chyba jest zła­many.

Wspa­niale. Pew­nie będzie chciała podać moją sio­strę do sądu.

Savan­nah z gry­ma­sem na twa­rzy ujmuje swój nad­gar­stek zdrową dło­nią.

Kucam obok, a jej szare oczy kie­rują spoj­rze­nie na mnie. Deli­kat­nie chwy­tam jej rękę i doty­kam szczu­płego nad­garstka.

– Pokaż – mówię.

– Po co? Czyż­byś prze­szedł jakieś szko­le­nie medyczne, o któ­rym nie mam poję­cia? – odpo­wiada ostro.

To do niej nie­po­dobne. Mru­gam zasko­czony, że powie­działa do mnie wię­cej niż kilka słów, i to tak sar­ka­stycz­nie. Część mnie jest pod wra­że­niem, a część czuje rosnące pod­nie­ce­nie.

Co, do dia­bła, w nią wstą­piło? Wcze­śniej, gdy widzia­łem ją z pięć czy sześć razy, była cicha i nie­śmiała. Może to ból spra­wia, że robi się kłó­tliwa? Nie wiem, czy z natury jest tak zamknięta w sobie, czy może udaje. Nie podoba mi się to, że nie mogę jej roz­pra­co­wać. To pierw­szy krok do tego, aby dać się zro­bić w chuja. Już raz się o tym prze­ko­na­łem.

– Bar­dzo śmieszne. – Chwy­tam moc­niej jej dłoń. – A teraz daj mi zer­k­nąć.

Zabiera zdrową rękę i mam­ro­cze:

– Dobra. Ale nie doty­kaj za mocno, bo boli.

– Na pewno. Padłaś jak wór ziem­nia­ków.

– To miłe, dzięki. – Krzywi się.

Przez minutę żadne z nas się nie odzywa. Nie pod­no­szę na nią wzroku, bo nie mam poję­cia, do czego mogłoby to dopro­wa­dzić. Wiem tylko, że nie podoba mi się, gdy cierpi… i że pach­nie koko­sem.

– Nie widać żad­nego zła­ma­nia, ale już poja­wia się opu­chli­zna. Ktoś powi­nien na to spoj­rzeć.

Mruży swoje ładne oczy i sarka:

– Cudow­nie. Powin­nam się tego spo­dzie­wać. Niech ten prze­klęty Simon zgnije. Nie obcho­dzi mnie, czy go zeżrą… – urywa w pół zda­nia. Na jej blade policzki wstę­puje rumie­niec.

– O czym ty mówisz? – pytam. Kim jest Simon?

Kręci głową i spusz­cza wzrok.

– Nie­ważne. Zapo­mnij. To naprawdę boli, więc będę musiała poje­chać na oddział ratun­kowy. Powiesz Heidi, co się stało? Pro­szę. Wrócę naj­szyb­ciej, jak tylko się da.

Wstaje, a ja wciąż klę­czę na pod­ło­dze. Powi­nie­nem się ruszyć.

– Kent? Halo?

Otrzą­sam się i zry­wam na równe nogi.

– Zawiozę cię.

– Co? Nie trzeba. Przy ulicy jest postój tak­só­wek.

– Powie­dzia­łem, do chuja, że cię zawiozę, Savan­nah. Masz przy sobie swoje rze­czy? Torebkę?

Na nie­spo­dzie­wa­nie dono­śny dźwięk mojego głosu jej szczu­płe ciało instynk­tow­nie pod­ska­kuje w prze­stra­chu. Powinna przy­jąć pomoc za pierw­szym razem, zamiast się wykłó­cać.

– Tak, pójdę po torebkę – oznaj­mia i wycho­dzi z pokoju.

To nie jest dobry pomysł. Powi­nie­nem pozwo­lić jej jechać tak­sówką.

Pocie­ram powieki pal­cami i wydaję z sie­bie jęk.

Opusz­czam ręce wzdłuż ciała, wzdy­cham i idę za nią. Ni­gdy nie powi­nie­nem przy­sta­wać na prośby Heidi.

Zgar­niam ze stołu klu­czyki do samo­chodu, po czym wspól­nie opusz­czamy pra­cow­nię. Savan­nah pró­buje otwo­rzyć drzwi zdrową ręką. Kładę dłoń na drzwiach ponad jej głową i otwie­ram je przed nią sze­rzej. Spo­gląda na mnie i uśmie­cha się w podzię­ko­wa­niu.

Stu­kam pal­cami w grzbiet dłoni i igno­ruję ją. A przy­naj­mniej się sta­ram. Zapach jej wło­sów nie prze­staje na mnie dzia­łać. Otwie­ram samo­chód i prze­no­szę wzrok na znaj­du­jącą się przy ulicy kawiar­nię, do któ­rej Heidi poszła po kolejną kawę. Nie widzę jej, ale nie mamy czasu, aby jej szu­kać. Savan­nah potrze­buje pomocy leka­rza.

Cią­gnę za klamkę drzwi mojego Range Rovera i odsu­wam się, aby prze­pu­ścić Savan­nah.

Zasko­czona unosi swoje jasne brwi.

– Eee, dzięki, Kent.

Czy to aż tak wielka nie­spo­dzianka, że znów otwie­ram przed nią drzwi? Tak złe ma o mnie zda­nie?

Okrą­żam truch­tem auto, sia­dam na fotelu kie­rowcy i odpa­lam sil­nik.

– Powin­nam zadzwo­nić do Heidi i dać jej znać, co się stało – stwier­dza i zanu­rza dłoń w torebce, szu­ka­jąc tele­fonu. Obo­lałą rękę opiera na nodze i lekko mruży oczy z bólu.

Pędzę ulicą, aby jak naj­szyb­ciej dowieźć ją do szpi­tala i zakoń­czyć całe to przed­sta­wie­nie. Następ­nym razem, gdy Heidi poprosi mnie o pomoc, sam zatrud­nię dla niej innego pra­cow­nika.

Zaci­skam dłoń na kie­row­nicy i przy­słu­chuję się, jak Savan­nah łagod­nym tonem wyja­śnia mojej sio­strze, dla­czego znik­nę­li­śmy.

– Nic mi nie jest, Heidi, poważ­nie. Wrócę, jak tylko ktoś spraw­dzi, co z moją ręką.

Ona chce wra­cać do pracy. Żaden ze mnie lekarz, ale sądzę, że powinna zro­bić sobie przy­naj­mniej dzień wol­nego. W ostat­niej chwili powstrzy­muję się przed wypo­wie­dze­niem tych słów na głos, gdy przy­po­mi­nam sobie, że nie mam z nią nic wspól­nego i wisi mi, czy pój­dzie do pracy, czy się odpier­doli i wróci do domu.

Nie obcho­dzi mnie Savan­nah Dean.

– Tak, dam ci znać, jak będę coś wie­działa. Pa, Heidi. – Savan­nah odsuwa tele­fon od ucha i koń­czy połą­cze­nie. Jej oczy na jedną nano­se­kundę spo­ty­kają się z moimi, po czym dziew­czyna spusz­cza wzrok.

Widzę, jak wciąga dolną wargę mię­dzy zęby i żuje ją, jakby to był kawa­łek pie­przo­nego steka. Albo boli ją bar­dziej, niż daje to po sobie poznać, albo moja obec­ność wywo­łuje w niej więk­szy dys­kom­fort, niż począt­kowo sądzi­łem.

Nie jestem total­nym kuta­sem… A przy­naj­mniej nie przez cały czas.

– Już bli­sko – rzu­cam, chcąc wypeł­nić ciszę i spra­wić, aby lepiej się poczuła ze mną w samo­cho­dzie.

Unosi głowę i gdy jej szare oczy spo­ty­kają się z moimi, obda­rza mnie znie­wa­la­ją­cym uśmie­chem.

– Jesz­cze raz dzię­kuję za pod­wie­zie­nie. Wyj­dzie znacz­nie szyb­ciej, niż gdy­bym cze­kała na tak­sówkę.

– Szyb­ciej i taniej.

Wpa­truje się we mnie ze zdu­mie­niem.

– Oczy­wi­ście. Zapłacę ci za paliwo – rzuca zmie­szana i zaczyna prze­szu­ki­wać torebkę.

– Hej, Savan­nah. Wylu­zuj. Tylko żar­to­wa­łem. – Co, do cho­lery? – Nie chcę od cie­bie kasy.

Zastyga z ręką w tor­bie. Na jej twa­rzy maluje się kon­ster­na­cja, jakby się zasta­na­wiała, jak zare­ago­wać.

Czuję ból od samego patrze­nia.

– To był żart – tłu­ma­czę i mie­rzę ją zdzi­wio­nym spoj­rze­niem. – Jak widać, nie­udany.

Odchrzą­kuje i popra­wia się na fotelu.

– No tak. Prze­pra­szam. Ale mogę zapła­cić. W końcu wyświad­czasz mi przy­sługę.

– Żad­nych pie­nię­dzy, Savan­nah.

Ja pier­dolę.

Skrę­cam w lewo i przed nami już widać budy­nek szpi­tala.

Savan­nah wzdy­cha.

– Mam nadzieję, że nie będzie dłu­giej kolejki. Ostat­nim razem musia­łam cze­kać trzy godziny, aż ktoś obej­rzy moją stopę.

– Co sobie zro­bi­łaś?

– Upu­ści­łam czaj­nik. Na szczę­ście była w nim zimna, a nie gorąca woda.

– Czyli można powie­dzieć, że przy­cią­gasz wypadki jak magnes.

Prze­chyla głowę na bok i mie­rzy mnie wzro­kiem.

– Byłam w szpi­talu tylko dwa razy w ciągu całego życia. Wła­ści­wie trzy, licząc dzi­siej­szą wizytę.

– To co się stało za tym trze­cim razem?

Odwraca się ode mnie i kuli, wstrzy­mu­jąc oddech. Musia­łem tra­fić w czuły punkt. Nie odpo­wiada i czuję, jak odgra­dza się ode mnie wyso­kim murem. Aż dziwne, że jesz­cze nie wysko­czyła z samo­chodu.

Nie wiem, co o tym sądzić.

W bez­ru­chu gapi się przez okno, zupeł­nie jakby mnie tu nie było. Panuje nie­zręczna atmos­fera, ale, ku mojej uldze, wła­śnie docie­ramy do szpi­tala. Wjeż­dżam na par­king i cudow­nym tra­fem od razu znaj­duję wolne miej­sce.

Gdy samo­chód staje, Savan­nah natych­miast odpina pas.

– Dzię­kuję za pod­wie­zie­nie. Doce­niam to.

– Posłu­chaj, pójdę z tobą i upew­nię się, że wszystko jest w porządku.

Czy na poważ­nie zamie­rzam to zro­bić?

– Naprawdę nie ma potrzeby. Pora­dzę sobie.

– Jak stąd wró­cisz? – pytam.

– Wezmę tak­sówkę.

– A co, jeśli kie­rowca cię zaata­kuje? Jak niby się przed nim obro­nisz z jedną sprawną ręką?

Kącik jej ust drga.

– Serio, Kent?

– Wszystko się może zda­rzyć.

– Nic mi nie będzie.

Czuję, jak w środku mnie nara­sta… gniew? Iry­ta­cja? Nie jestem pewien. Ale przez te emo­cje, przez nią, a może dla­tego, że od roz­sta­nia z moją byłą żadna kobieta nie pocią­gała mnie w ten spo­sób, jestem wku­rzony.

– Savan­nah, idę z tobą.

– W porządku – daje za wygraną i naci­ska klamkę zdrową dło­nią. Tak jak się spo­dzie­wa­łem, nie sta­wia się zbyt długo. – Dzięki.

Z jękiem uno­szę wzrok do nieba. W co ja się wpa­ko­wa­łem? Choć­bym chciał, nie mogę teraz wró­cić bez Savan­nah do biura Heidi. Sio­stra odcię­łaby mi jaja, gdy­bym zosta­wił ją samą w szpi­talu.

Wysia­dam z samo­chodu, zamy­kam drzwi i okrą­żam auto, aby dołą­czyć do Savan­nah. Z kąci­kiem ust lekko unie­sio­nym w uśmie­chu odwraca się i kie­ruje do wej­ścia na oddział ratun­kowy.

– Jak nad­gar­stek? – pytam, dotrzy­mu­jąc jej kroku.

Idzie bar­dzo szybko, więc musi naprawdę cier­pieć. Ledwo za nią nadą­żam.

– Boli.

Podwójne drzwi roz­su­wają się przed nami i Savan­nah pod­cho­dzi do reje­stra­cji.

Dziew­czyna za kon­tu­arem nie może być star­sza ode mnie o wię­cej niż kilka lat. Zauważa mnie jako pierw­szego i mie­rzy wzro­kiem odro­binę zbyt długo.

Po pro­stu wyko­naj swoją pracę, do cho­lery. Jesz­cze się tobą zajmę.

– W czym mogę pomóc? – pyta.

Savan­nah odchrzą­kuje.

– Prze­wró­ci­łam się i upa­dłam na nad­gar­stek.

Kobieta o imie­niu Car­lin – jak głosi pla­kietka na jej piersi – jest cał­ko­wi­cie w moim typie, ale pod­bi­ja­nie do niej w poło­wie zmiany na zatło­czo­nym oddziale ratun­ko­wym praw­do­po­dob­nie nie jest dobrym pomy­słem. Choć nie ozna­cza to, że nie był­bym gotów pod­jąć się tego wyzwa­nia.

– Dobrze – odpo­wiada i w końcu odrywa ode mnie wzrok, żeby spoj­rzeć na Savan­nah. – Będę potrze­bo­wała kilku infor­ma­cji.

Na ogół rze­czy takie jak praca, prze­by­wa­nie w miej­scu publicz­nym czy tro­ska o wła­sną przy­zwo­itość nie odwio­dłyby mnie od sko­rzy­sta­nia z szansy na szybki nume­rek, szcze­gól­nie że, wnio­sku­jąc po zacho­wa­niu Car­lin, z jej strony raczej nie spo­dzie­wał­bym się żad­nych obiek­cji. Mimo wszystko obec­ność Savan­nah spra­wia, że gryzę się w język.

Poza tym muszę wró­cić do Heidi i zło­żyć dla niej półki. Nie chcę zawieść sio­stry, tak to już jest.

– Dzięki – mówi Savan­nah po prze­ka­za­niu Car­lin wszyst­kich nie­zbęd­nych danych.

Po raz ostatni spo­glą­dam na oka­zję, którą wła­śnie prze­pusz­czam, i podą­żam za Savan­nah w poszu­ki­wa­niu wol­nego miej­sca w pocze­kalni.

Rozdział 3

3

Savan­nah

Sia­dam na pla­sti­ko­wym krze­śle i zaci­skam zęby. Dla­czego draż­nią mnie pożą­dliwe spoj­rze­nia, jakie posy­łają sobie Kent i ta reje­stra­torka? Mogą robić, co tylko im się podoba, prawda? Nie powinno mnie to w ogóle obcho­dzić. Choć może moją iry­ta­cję budzi fakt, że to ja jestem cho­lerną pacjentką, a reje­stra­torka bar­dziej niż na mnie sku­pia się na roz­bie­ra­niu Kenta wzro­kiem.

Nie żebym się jej dzi­wiła. Trudno ode­rwać od niego oczy.

Gdy Kent roz­siada się na krze­śle, jego wzrok utkwiony jest we mnie. Przy­gląda mi się nie­pew­nie, pra­wie jakby się mnie bał. To cał­kiem miła odmiana. Ale pew­nie ma taką minę, bo chciałby znaj­do­wać się teraz gdzie­kol­wiek indziej, byle nie tutaj.

– W porządku? – pyta ostroż­nie, a lek­kie drże­nie jego głosu ujaw­nia praw­dziwe emo­cje. Naprawdę się mną przej­muje, przy­naj­mniej w tej sekun­dzie.

– Wszystko dobrze. Nie musisz tu ze mną sie­dzieć, jeśli nie chcesz.

Odwal się i idź poga­dać z laską, która bez waha­nia by cię prze­le­ciała, choćby w tej wła­śnie chwili w łazience.

Marsz­czy brwi.

– Wydaje mi się, czy roz­ma­wia­li­śmy już o tym w samo­cho­dzie? Chyba usta­li­li­śmy, że zostaję.

– Tak było, ale wygląda na to, że coś cię… roz­pra­sza.

– Co, kurwa? Jeste­śmy tu od trzech minut.

Zacho­wuję się jak wariatka. Dla­czego mnie obcho­dzi, co on robi? Przy­szedł tu ze mną wcale nie po to, żeby mnie wspie­rać i trzy­mać za pie­przoną rękę, ale żeby odwieźć mnie potem do domu.

Boże, to naprawdę zły dzień.

Wzdy­cham i pró­buję wziąć się w garść.

– Prze­pra­szam. To przez ból. Słabo go zno­szę.

Krzy­żuje ręce na piersi i wyciąga nogi przed sie­bie tak, że mógłby pod­ciąć kogoś prze­cho­dzą­cego kory­ta­rzem.

– Nic się nie stało. Dora­sta­łem z dwiema sio­strami.

Momen­tal­nie pro­stuję się na krze­śle.

– A co to ma do rze­czy?

– Wiem, jak kobiety potra­fią dra­ma­ty­zo­wać – bur­czy pod nosem.

Bez­czelny gno­jek.

– Płeć nie ma tu nic do rze­czy! Wiesz, mam pro­po­zy­cję. Połóż rękę na ziemi, a ja na niej stanę i zoba­czymy, czy cię, kurwa, zaboli.

Odwraca się do mnie gwał­tow­nie z otwar­tymi ustami. Zasko­czy­łam go.

Sie­bie wła­ści­wie też.

Serce łomo­cze mi w piersi, pom­pu­jąc krew tak szybko, że mogła­bym zemdleć. Teraz już bar­dziej przy­po­mi­nam dawną sie­bie. Taką, jaką naprawdę lubi­łam.

Przy­wiózł mnie do szpi­tala i spe­cjal­nie czeka, żeby zawieźć mnie też do domu, a do tej pory odpła­ci­łam mu się jedy­nie zło­śli­wo­ścią. Ups.

– Chcesz, żebym zapy­tał, czy nie mogą ci podać jakichś środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych? A może lepiej uspo­ka­ja­ją­cych?

Mimo woli zaczy­nam chi­cho­tać. Kent też się śmieje i kręci głową.

– Prze­pra­szam za… – spo­glą­dam na niego z unie­sioną brwią – …dra­ma­ty­zo­wa­nie.

– W porządku. Wiem, że trudno zacho­wać zimną krew w mojej obec­no­ści. Wiele kobiet ma z tym pro­blem.

Prze­wra­cam oczami.

– Tak jak ta laska w reje­stra­cji? I wcale nie masz na mnie aż takiego wpływu, Kent. Nie jesteś w moim typie.

Wła­ści­wie to nie do końca prawda. Fizycz­nie bar­dzo mnie pociąga (moje łomo­czące serce wie coś na ten temat), ale tę infor­ma­cję zacho­wam dla sie­bie.

Zaci­ska szczękę.

– Nie okła­muj się.

Jak on…

– Nie okła­muję ani sie­bie, ani nikogo innego. Nie inte­re­sują mnie żadni męż­czyźni.

Już nie.

Przez chwilę pró­buje spoj­rzeć mi w oczy. Nie wiem, co chce z nich wyczy­tać, ale widocz­nie niczego się nie dowia­duje, bo w końcu pyta:

– Jesteś les­bijką?

– Poważ­nie? To, że nie podo­basz się dziew­czy­nie, czyni z niej les­bijkę?

– Naprawdę lubisz robić sceny, Savan­nah. Sama powie­dzia­łaś, że nie inte­re­sują cię „żadni męż­czyźni”.

Och. Mru­gam i w panice zasta­na­wiam się, co odpo­wie­dzieć, aby wybrnąć z tej sytu­acji.

– Cóż… nie.

– „Cóż, nie”? – powta­rza.

Zna­ko­mi­cie się bawi.

Wiercę się na krze­śle. Gdzie, do cho­lery, jest pie­lę­gniarka? Dała­bym sobie zła­mać drugą rękę, byleby tylko uwol­nić się od Kenta i nie musieć kon­ty­nu­ować tej roz­mowy.

– Jestem hetero.

– Co zro­bił?

Mie­rzę go wzro­kiem.

– Co kto zro­bił?

– Twój były.

Co zro­bił? Jezu. Ta roz­mowa zde­cy­do­wa­nie nie powinna się odby­wać w szpi­tal­nej pocze­kalni. Ani ni­gdzie indziej.

Kręcę głową i odpo­wia­dam:

– Niczego nie zro­bił. Po pro­stu nam nie wyszło. Poza tym ni­gdy wcze­śniej nie byłam w praw­dzi­wej rela­cji. A bio­rąc pod uwagę, że czter­dzie­ści pro­cent związ­ków mał­żeń­skich koń­czy się roz­wo­dem, a zdrady są dziś na porządku dzien­nym, chyba podzię­kuję.

– To co zamie­rzasz?

– Zająć się karierą. A ty?

– To samo. – Szcze­rzy zęby w uśmie­chu. – I przy­god­nym sek­sem.

Mało zaska­ku­jące.

– Byłeś kie­dyś w związku? – pytam. Bo coś mi się nie wydaje, dodaję w myślach.

– Tak.

O cho­lera.

Uno­szę brwi. Nie­zbyt mi się udało ukryć zasko­cze­nie.

– Naprawdę?

– Mie­li­śmy po sie­dem­na­ście lat. Oka­zała się pie­przoną kurwą. – Jego słowa ocie­kają jadem, ze zło­ści obnaża zęby.

Musiała go poważ­nie zra­nić.

– Mogę zapy­tać, co się stało?

– Nie – ucina temat.

Skoro tak…

– Savan­nah Dean?

Pod­no­szę wzrok, aby zoba­czyć, kto mnie woła. Kobieta w nie­bie­skim stroju pie­lę­gniarki roz­gląda się po pomiesz­cze­niu. Dzięki Bogu. Wstaję i uśmie­cham się do niej.

– Pro­szę za mną – mówi, po czym odwza­jem­nia uśmiech.

Nie oglą­dam się na Kenta, bo, jeśli mam być szczera, cała nasza roz­mowa od chwili przy­by­cia do szpi­tala poto­czyła się fatal­nie. Nie zdzi­wię się, jeśli po moim powro­cie już go tu nie będzie.

Odda­ła­bym wiele, aby móc prze­stać tak świ­ro­wać – w końcu nie mylił się cał­ko­wi­cie, gdy zauwa­żył, że trudno mi zacho­wać przy nim zimną krew – a jed­nak nie potra­fię. Naprawdę.

Coś w nim mnie pociąga, a to ostat­nie, czego mi potrzeba. Chcę pozo­stać w tle, nie­zau­wa­żona.

Pie­lę­gniarka zadaje mi serię pytań i przy­gląda się mojej ręce. Nie jest w sta­nie posta­wić dia­gnozy, więc kie­ruje mnie na rent­gen. Po prze­świe­tle­niu zostaję odpro­wa­dzona do pocze­kalni, gdzie mam cze­kać, aż lekarz przyj­rzy się wyni­kowi bada­nia.

Kent wciąż sie­dzi w tym samym miej­scu z wypro­sto­wa­nymi nogami skrzy­żo­wa­nymi w kost­kach. Wpa­truje się w ekran tele­fonu i nie zauważa, jak się zbli­żam.

Zacho­wuj się nor­mal­nie.

– Cześć – rzu­cam.

Bły­ska­wicz­nie prze­nosi na mnie wzrok. Pro­stuje się i odkłada komórkę. Jezu, jest wspa­niały.

– I jak?

– Pie­lę­gniarka nie jest pewna, co się stało. Zro­bili mi prze­świe­tle­nie i muszę zacze­kać na wyniki.

Kiwa głową.

– Wciąż boli?

– Już mniej. Na szczę­ście dała mi para­ce­ta­mol. – Sia­dam obok niego. – Możemy zapo­mnieć o tym, co było wcze­śniej? Mam wra­że­nie, że nasza zna­jo­mość nie roz­po­częła się zbyt dobrze, a jeśli mamy się spo­ty­kać pod­czas two­jej pracy w maga­zy­nie, powin­ni­śmy się zacho­wy­wać w cywi­li­zo­wany spo­sób, prawda?

– Jasne – odpo­wiada odro­binę zbyt prędko i zbyt oschle.

Co zna­czy: „Będę cię tole­ro­wał, jeśli to konieczne”.

Pew­nie nie mogę liczyć na wię­cej po tym, jak na niego nasko­czy­łam. Poza tym, gdy skoń­czy poma­gać Heidi, już ni­gdy nie będę musiała go oglą­dać – a przy­naj­mniej nie w naj­bliż­szym cza­sie. Zda­rza się, że wpada do pra­cowni, aby zoba­czyć się z sio­strą, co ozna­cza, że przy tej oka­zji praw­do­po­dob­nie będziemy się jed­nak widy­wać.

Gdy ponow­nie wyciąga komórkę i sku­pia wzrok na ekra­nie, odwra­cam głowę.

Żałuję, że wczo­raj wie­czo­rem wycią­gnę­łam z torebki książkę. Zanu­dzę się na śmierć, cze­ka­jąc na wynik prze­świe­tle­nia u boku kogoś, kto tylko wpa­truje się w tele­fon.

Przy­gry­zam wargę i stu­kam sto­pami o pod­łogę, pod­czas gdy cisza mię­dzy nami się prze­ciąga. Kent nie wydaje się tym ani tro­chę prze­jęty. Z zado­wo­le­niem mnie igno­ruje i sku­pia się na gra­niu w grę. Ja z kolei czuję potrzebę, aby w jakiś spo­sób wypeł­nić ciszę. Lub uciec.

Ucieczka brzmi dobrze. Jestem dobra w ucie­ka­niu. To moja spe­cjal­ność.

Po jakichś czter­na­stu godzi­nach – no dobra, po dwu­dzie­stu minu­tach – wyjąt­kowo wysoki lekarz wzywa mnie do swo­jego gabi­netu. Gdy wcho­dzimy do oddzie­lo­nego zasłonką pomiesz­cze­nia, zadzie­ram głowę, aby na niego spoj­rzeć. Prze­strzeń jest ste­rylna, co mi nie prze­szka­dza, choć ostry zapach kłuje mnie w noz­drza.

– Panno Dean, otrzy­ma­łem wynik pani prze­świe­tle­nia i, pro­szę spoj­rzeć, na nad­garstku widać nie­wiel­kie pęk­nię­cie wło­sko­wate. – Nie mam poję­cia, gdzie powin­nam sku­pić wzrok, ale lekarz wska­zuje na cienką linię na zdję­ciu rent­ge­now­skim.

Mrużę oczy i przy­su­wam się bli­żej. Przy jego palcu wska­zu­ją­cym dostrze­gam deli­katną kre­skę.

Odda­lam się i pytam:

– To co teraz?

– Powinna pani nosić sta­bi­li­za­tor przez sześć tygo­dni. Zanim będzie pani mogła go zdjąć, konieczna będzie wizyta kon­tro­lna, pod­czas któ­rej wyko­namy kolejne prze­świe­tle­nie.

Pod­nosi ze stołu czarną ortezę. Na pierw­szy rzut oka wygląda, jakby miała się­gać od dłoni do łok­cia. Pew­nie będzie bolało, ale przy­naj­mniej to lewa, a nie prawa ręka.

– Nie będę mogła pro­wa­dzić, prawda? Mam samo­chód z ręczną skrzy­nią bie­gów. – Trudno byłoby mi je zmie­niać.

– Oba­wiam się, że nie. Lepiej, aby nie ścią­gała pani sta­bi­li­za­tora.

Lekarz dopa­so­wuje ortezę do mojej ręki i opo­wiada mi o tym, co powin­nam, a czego nie powin­nam robić, po czym wrę­cza mi wydruk, na któ­rym wid­nieją te same infor­ma­cje. Dostaję też zestaw leków prze­ciw­bó­lo­wych.

– Czy ma pani jakieś pyta­nia? – koń­czy.

– Nie, wiem już wszystko. Dzię­kuję.

Gdy tylko odpra­wia mnie ski­nie­niem głowy, wstaję i opusz­czam gabi­net.

Sta­bi­li­za­tor bar­dzo cia­sno przy­lega do mojej ręki, ale pew­nie wła­śnie dzięki temu kości będą wła­ści­wie unie­ru­cho­mione.

Tym razem Kent zauważa mnie od razu, gdy wra­cam do pocze­kalni. Zapewne pod­no­sił wzrok na każ­dego, kto wycho­dził zza drzwi. Musi być znu­dzony i z pew­no­ścią chce już iść. Pod­nosi się z krze­sła ze spoj­rze­niem utkwio­nym w moim nad­garstku.

– Jest zła­many? – pyta.

– To pęk­nię­cie wło­sko­wate. Muszę nosić sta­bi­li­za­tor przez sześć tygo­dni… i nie wolno mi pro­wa­dzić auta.

– Do bani. Ale twoja rodzina na pewno ci pomoże, nie?

Czy Heidi mu nie wspo­mi­nała, że nie mam rodziny? A może opo­wia­dała mu o tym, a mimo to on udaje, że nie wie?

– Nie mam tu nikogo, ale dam sobie radę. Miesz­kam bli­sko pra­cowni, więc i tak zwy­kle cho­dzę pie­szo. – Założę się, że będzie padało przez bite sześć tygo­dni.

– Nie masz nikogo? – dopy­tuje przy­ci­szo­nym tonem.

Heidi opo­wia­dała mi tro­chę o ich rodzi­nie. Kent ma dwie sio­stry i wiem, że są ze sobą bli­sko, tak samo jak z rodzi­cami i dal­szą rodziną.

Musi im być miło.

– Nie. Ale nie szko­dzi. Samej jest mi dobrze.

To nie do końca kłam­stwo. Czuję się zde­cy­do­wa­nie lepiej, odkąd się wynio­słam. Nie powiem, że nie bra­kuje mi towa­rzy­stwa, ale podoba mi się to, że nikt tu nie zna mojej prze­szło­ści, i chcia­ła­bym, aby tak zostało.

– W porządku. Czy mimo wszystko ma ci kto poma­gać, dopóki nie przy­zwy­cza­isz się do uży­wa­nia tylko jed­nej ręki?

Dopiero z chwilą, gdy wycho­dzimy z budynku, zaczyna mnie opusz­czać stres. Nie prze­pa­dam za szpi­ta­lami.

– Pora­dzę sobie. To i tak moja słab­sza ręka. Przez kilka pierw­szych dni będę sobie zama­wiać jedze­nie na wynos. Ha, czyli jed­nak są jakieś korzy­ści z pęk­nię­tego nad­garstka.

– Bar­dzo śmieszne, Savan­nah – mówi, gdy zbli­żamy się do jego samo­chodu.

– Jesz­cze raz dzię­kuję. Dobrze jest móc na kogoś liczyć.

– Nawet na mnie? – Wci­ska przy­cisk na klu­czyku i otwiera przede mną drzwi po stro­nie pasa­żera.

Śmieję się i uśmie­cham do niego sze­roko.

– Tak, nawet na cie­bie.

Kładę torebkę przed fote­lem i wsia­dam do auta. Zanim dosię­gnę klamki, aby zamknąć drzwi, Kent sam je za mną zatrza­skuje. Uśmiech poja­wia się na mojej twa­rzy, ale znika, nim chło­pak usią­dzie za kie­row­nicą.

Jedziemy z powro­tem do biura i tym razem nie jest już tak nie­zręcz­nie jak wcze­śniej.

Heidi zrywa się na równe nogi, gdy tylko poja­wiamy się w drzwiach.

– Savan­nah, wszystko w porządku? – Jej wzrok pada na mój nad­gar­stek. – Naprawdę jest zła­many?

– Pęk­nięty.

– Lekko – dodaje Kent.

– Zoba­czymy, jak będziesz sobie radził, gdy to tobie zafun­duję pęk­nięty nad­gar­stek – rzuca Heidi.

– No nie… Czyli teraz i ty gro­zisz mi ręko­czy­nami. Chyba lepiej zabiorę się za te półki – rzuca i rusza do maga­zynu.

Heidi pod­cho­dzi bli­żej.

– Powin­naś odpo­cząć w domu.

– Wola­ła­bym zostać tutaj. – Dzi­siej­sza wizyta w szpi­talu była moją pierw­szą od trzy­dzie­stu ośmiu mie­sięcy i ani tro­chę nie czuję się na siłach, aby być teraz sama. – Wzię­łam tabletkę prze­ciw­bó­lową i jest mi lepiej.

– Savan­nah, naprawdę sądzę, że powin­naś zro­bić sobie wolne.

– Zwa­riuję, jeśli będę sie­działa w domu w środku tygo­dnia. Nie będę się prze­cią­żać, obie­cuję. A sku­pie­nie się na prze­glą­da­niu skrzynki mailo­wej dobrze mi zrobi.

Heidi wzdy­cha i przy­gryza wargę, zasta­na­wia­jąc się, czy dać wiarę moim sło­wom, czy ode­słać mnie do domu.

– W porządku, ale jeśli nad­gar­stek zacznie cię boleć, wra­casz do sie­bie.

– Umowa stoi.

Po pro­stu jej nie powiem, gdy zaboli. Nie mogę być teraz sama. Kto wie, czy potra­fi­ła­bym się powstrzy­mać przed odpi­sa­niem na wia­do­mo­ści mamy i Simona. Dzi­siej­szy dzień był wystar­cza­jąco gów­niany, jesz­cze zanim uszko­dzi­łam sobie rękę, i nie chcę zro­bić nic głu­piego pod wpły­wem emo­cji.

– Sia­daj. Przy­go­tuję ci her­batę.

– Dla mnie będzie kawa! – krzy­czy Kent z dru­giego pokoju.

Heidi prze­wraca oczami.

– Czy był grzeczny, gdy byli­ście w szpi­talu?

Przez więk­szość czasu tak. To ja świ­ro­wa­łam jak idiotka.

– Był świetny.

Uśmie­cha się.

– Zro­bię tę her­batę.

Sia­dam i loguję się do kom­pu­tera.

Gdy zza ściany docie­rają do mnie odgłosy krzą­ta­niny Kenta, serce zaczyna mi bić odro­binę szyb­ciej.

Rozdział 4

4

Kent

Przez wypa­dek Savan­nah jestem do tyłu z pracą. Liczy­łem na to, że zło­że­nie wszyst­kich pó­łek i rega­łów zaj­mie mi trzy dni, bio­rąc pod uwagę, że część ma dodat­kowe szu­flady i mniej­sze półeczki w środku. Teraz już wiem, że na pewno spę­dzę tu też czwarty dzień, a może i piąty, bo Savan­nah już mi nie pomoże w prze­su­wa­niu z jed­nej strony pokoju na drugą całej tej sterty bzde­tów, jaką zdo­łała zgro­ma­dzić moja sio­stra.

Ścią­gną­łem chło­pa­ków na awa­ryjne wie­czorne piwo, bo jestem w par­szy­wym nastroju, a jedy­nie alko­hol i ci kre­tyni mogą go popra­wić.

Zwy­kle lekiem na taki stan byłaby kobieta, ale to wła­śnie kobieta nie­ustan­nie draż­niła mnie przez cały dzień. Po przed­sta­wie­niu, jakie zro­biła w szpi­talu, nie wiem już, czy tylko kryje swoją praw­dziwą twarz pod maską potul­no­ści – tylko po co mia­łaby to robić? – czy jest po pro­stu pie­przoną wariatką.

Zde­cy­do­wa­nie wyglą­dała na sza­loną. Wcze­śniej nie roz­ma­wia­li­śmy ze sobą zbyt wiele, ale nie widzia­łem, żeby tak na kogoś naska­ki­wała. Nawet Heidi uważa, że Savan­nah powinna bar­dziej wal­czyć o swoje i nie dawać sobą pomia­tać. Dziś rano z pew­no­ścią osią­gnęła ten cel. Ale wyda­rzyło się coś jesz­cze, coś dziw­nego. I dla­tego muszę się napić.

Do tego wciąż wyczu­wam zapach kokosa.

Ten pier­do­lony kokos.

Toby sie­dzi naprze­ciwko mnie przy stole i unosi pyta­jąco brew. Przy­szedł też Max. Obaj patrzą na mnie tak, jakby zamie­rzali prze­pro­wa­dzić wywiad.

– Co zro­biła? Opo­wia­daj ze szcze­gó­łami – zaczyna Max.

– Ona… Sam nie wiem, stary. Nie chcę o niej gadać.

Max wybu­cha śmie­chem.

– Jasne, że nie chcesz.

Toby zgar­nia jedno z trzech piw, które zamó­wi­łem.

– Czyli zła­mała przez cie­bie nad­gar­stek i teraz się na nią wku­rzasz?

– Nie przeze mnie.

Toby zerka na Maksa.

– Mówi­łeś, że nie pomógł jej nieść cięż­kiego pudła.

Max potwier­dza ski­nie­niem głowy i igno­ru­jąc moją obec­ność, odpo­wiada Toby’emu:

– Tak mi powie­dział.

– Hej! – wci­nam się. Prze­no­szą na mnie wzrok. – Nie wie­dzia­łem, że pudło jest aż tak cięż­kie, ale i tak nie o to cho­dzi. Potknęła się.

– Ale nie potknę­łaby się, gdyby nie dźwi­gała tego kar­tonu – stwier­dza Toby i odsta­wia piwo.

Max potrząsa głową.

– Kent chyba przy­szedł, żeby zagłu­szyć wyrzuty sumie­nia, i chce, żeby­śmy mu w tym pomo­gli.

– Czy wy, pojeby, może­cie prze­stać się zacho­wy­wać, jakby mnie tu nie było? Nie mam żad­nych wyrzu­tów sumie­nia w związku z Savan­nah Dean.

– Hmm. To wła­śnie powie­działby ktoś, kto się czuje winny – żar­tuje Max.

– A ja się łudzi­łem, że mi pomo­że­cie.

Toby się śmieje.

– Co się stało z jej nad­garst­kiem?

– Drobne pęk­nię­cie. Wró­ciła potem do pracy, więc pew­nie nie boli jej aż tak bar­dzo.

Max pry­cha.

– A ja sobie zała­twiam tygo­dniowy urlop, gdy zła­pię prze­zię­bie­nie.

– Nie wydaje mi się, żeby Savan­nah kie­dy­kol­wiek uda­wała chorą, żeby wymi­gać się od pracy. Jest na to zbyt porządna.

– Nie wiem, co o tym myśleć. Toby, Kent nie miał żad­nych pro­ble­mów z kobie­tami od cza­sów tej suki, czyli od sze­ściu lat, a teraz zwo­łuje spo­tka­nie na piwo w ponie­dział­kowy wie­czór z powodu jakiejś laski.

– Powtó­rzę to znowu: Max, prze­stań się zacho­wy­wać, jakby mnie tu nie było. I skończ już beczeć. Co z tego, że jest ponie­dzia­łek?

– Po co chcia­łeś się z nami widzieć? – dopy­tuje Toby.

– Bo dostaję przez nią szału.

– Och. Spodo­bała ci się – rzuca Max.

– Nie.

Nie w tym rzecz. I nawet nie muszę ucie­kać się do kłam­stwa. Może i Savan­nah jest naj­bar­dziej znie­wa­la­jącą istotą na ziemi, ale to tyle. Jeśli po ostat­niej rela­cji w ogóle wejdę z kim­kol­wiek w zwią­zek, będzie to ktoś z cha­rak­te­rem, kto nie zacznie na mnie w loso­wym momen­cie war­czeć bez powodu.

Choć aku­rat jej war­cze­nie nie prze­szka­dza mi aż tak bar­dzo.

Max marsz­czy brwi.

– Jesteś pewien?

– Cał­ko­wi­cie. – Pocie­ram dło­nią czoło. – Od czasu sytu­acji z Freyą trzy­ma­łem się zasady, że nie wcho­dzę w rela­cje z kobie­tami, poza oka­zjo­nal­nym sek­sem, wia­domo. Wyda­rze­nia z dzi­siaj tylko pomo­gły mi się utwier­dzić w prze­ko­na­niu, że to dobra decy­zja. Ten dzień zabu­rzył mój spo­kój. Spę­dza­nie czasu z Savan­nah i obser­wo­wa­nie, jak daje z sie­bie robić popy­cha­dło, po pro­stu działa mi na nerwy.

Toby pociąga łyk piwa.

– Może powi­nie­neś dać tej dziew­czy­nie szansę. Co o niej wiemy?

Spo­glą­dam na niego z gry­ma­sem i odpo­wia­dam:

– Nie­wiele. Nie ma tu żad­nej rodziny. Wspo­mi­nała, że jest sama, ale nie chciała cią­gnąć tematu. Nie umiem jej roz­czy­tać. Wydaje mi się, że udaje kogoś, kim nie jest.

Choć sam w grun­cie rze­czy nie wiem, jaka jest naprawdę.

– I może w tym tkwi pro­blem – odzywa się Max. – Ty nie pozbie­ra­łeś się jesz­cze po rela­cji z Freyą. Może Savan­nah też ma za sobą jakieś przej­ścia, tylko że zwią­zane ze swoją rodziną.

To mi nie przy­szło na myśl.

– Heidi wspo­mi­nała, że Savan­nah nie zdra­dza zbyt wiele, ale może z cze­goś jej się zwie­rzyła.

Toby unosi kufel w trium­fal­nym geście.

– No i pro­szę. Musisz poga­dać z sio­strą.

– Cze­kaj­cie. Poszu­kam jej. – Max klika w ekran tele­fonu.

Pyta­jąco uno­szę brew.

– Stal­ku­jesz ją w social mediach?

– Prze­cież cały świat cią­gle to robi. Jesz­cze raz, jak ma na nazwi­sko?

– Dean.

Czuję dys­kom­fort, ale chcę też dowie­dzieć się cze­goś wię­cej.

– No dobra, Savan­nah Dean, zobaczmy, co masz do ukry­cia.

Toby i ja wpa­tru­jemy się w Maksa, a sekundy cią­gną się w nie­skoń­czo­ność.

– No i? – pytam.

Poka­zuje mi kilka zdjęć pro­fi­lo­wych, a ja przy każ­dym kręcę głową. Żadne z nich nie przed­sta­wia Savan­nah. Spraw­dzamy też na Twit­te­rze i Insta­gra­mie, ale niczego nie znaj­du­jemy.

– Nie ma jej na Face­bo­oku, Twit­te­rze ani na Insta. – Max pod­nosi wzrok. – Coś jest z nią nie tak, stary. Gdzie ona mieszka?

– Kurwa, no to już prze­sada! – pro­te­stuję ostro.

Max prze­wraca oczami.

– Ale z cie­bie cipa.

– Mordo, nie powin­ni­śmy tego robić. To na pewno nie­le­galne. – Toby pociera swój zarost. – Jak bar­dzo ci zależy na tej dziew­czy­nie?

Kręcę głową.

– Nie zależy. Odpuść­cie. To nikt ważny, a gdy ten tydzień się skoń­czy, nie będę już musiał jej oglą­dać.

Max odrywa się od tele­fonu i kła­dzie go na stole.

– Czyli mam jej już nie szu­kać?

– I tak nic ci z tego nie wyszło. Nie ma jej w mediach spo­łecz­no­ścio­wych – odpo­wia­dam. A to samo w sobie jest dziwne.

Tym, co naprawdę mnie mar­twi, jest fakt, że nikt jej tak naprawdę nie zna, a Heidi powie­rzyła jej dba­nie o swoją firmę. Nasza rodzina już raz się zawio­dła – na prze­klę­tej Freyi – a mimo to Heidi bez zasta­no­wie­nia zaufała Savan­nah, wie­rząc, że ta nie wystawi jej do wia­tru.

– Powiedz­cie, że mie­li­ście lep­szy dzień niż ja.

– Bzyk­ną­łem kole­żankę z pracy w toa­le­cie – ogła­sza Max.

– Tę, do któ­rej od jakie­goś czasu się przy­sta­wia­łeś?

– Nie, jej przy­ja­ciółkę.

Toby żar­to­bli­wie wymie­rza Mak­sowi cios w ramię.

– Nie­źle.

Przy­słu­chuję się ich roz­mo­wie o tym, jaki z Maksa jest babiarz – pod tym wzglę­dem ja i Toby razem wzięci nie dora­stamy mu do pięt – ale nie prze­staję myśleć o Savan­nah. Coś w niej budzi moją czuj­ność. Nie zasnę spo­koj­nie, dopóki nie będę miał pew­no­ści, że doro­bek mojej sio­stry jest bez­pieczny.

•••

Docie­ram do biura Heidi chwilę po dzie­wią­tej rano. Sie­dzi za biur­kiem i szki­cuje coś, co przy­po­mina sukienkę albo długą koszulkę. Wygląda ohyd­nie jak cho­lera, ale nie ja to będę nosił.

– Dzień dobry – wita mnie, pod­no­sząc wzrok. – Na bla­cie w kuchni czeka na cie­bie kawa.

– Dzięki. Gdzie jest Savan­nah?

– W maga­zy­nie.

– Co ona tam robi? Ma tylko jedną sprawną rękę.

– Kent, uspo­kój się. Niczego nie prze­nosi.

To po co, do cho­lery, tam poszła? Heidi trzyma wszyst­kie rachunki i doku­menty z banku tutaj.

– No to czym się zaj­muje?

Nie­bie­skie oczy Heidi prze­szy­wają mnie niczym szty­lety.

– Ogar­nia finanse. Będziemy chciały wpła­cić część gotówki.

To też należy do jej obo­wiąz­ków?

– Ale chyba spraw­dzasz, czy robi to dobrze, co?

– Kent!

– No co? Co ty tak naprawdę o niej wiesz? Powin­naś się upew­nić, że robi to, co do niej należy.

– Nie mów mi, jak mam pro­wa­dzić swój wła­sny biz­nes, i nie oskar­żaj Savan­nah o pie­przoną kra­dzież. Wiem o niej tyle, ile pra­co­daw­czyni powinna wie­dzieć o pra­cow­nicy, więc nie mie­szaj się w to.

Uno­szę ręce w obron­nym geście i robię krok w tył.

– Dobra.

Jezu, co w nią wstą­piło?

Obcho­dzę ściankę dzia­łową i zgar­niam z kuchni swoją kawę.

Może i Heidi sądzi, że wie o Savan­nah wystar­cza­jąco dużo, ale ja nie. Czuję w kościach, że coś jest z nią nie w porządku.

Ota­cza ją aura podobna do tej, jaka towa­rzy­szyła Freyi.

Z kawą w dłoni wcho­dzę do maga­zynu, w któ­rym Savan­nah roz­sia­dła się na pod­ło­dze. Ma na sobie leg­ginsy i długi top z napi­sem „#NOPE” na wyso­ko­ści piersi.

Sie­dzi po turecku, ota­czają ją roz­rzu­cone kartki, przed sobą ma kar­to­nowe pudełko, a mię­dzy nogami kubek her­baty. Gdy pod­nosi na mnie wzrok, jej oczy w kolo­rze sza­rego burzo­wego nieba chłoną moją syl­wetkę. Wygląda prze­pięk­nie.

– Dzień dobry, Kent – wydaje z sie­bie głos led­wie odro­binę gło­śniej­szy od szeptu, jakby była prze­stra­szona.

– Dzień dobry – bur­czę.

Czy jej włosy wciąż pachną jak kokos?

Ogar­nia mnie chęć, żeby sobie przy­wa­lić.

– Już sobie idę. Nie sądzi­łam, że zna­le­zie­nie ksią­żeczki wpłat zaj­mie mi tyle czasu.

– Dla­czego trzy­ma­cie ją tak scho­waną?

Prze­cież w fir­mie powinno się ją mieć pod ręką, a nie prze­cho­wy­wać upchniętą w jakimś kar­to­nie.

Co Savan­nah tak naprawdę kom­bi­nuje z doku­men­tami ban­ko­wymi mojej sio­stry?

Heidi powinna bar­dziej uwa­żać, komu daje do nich dostęp.

– Zwy­kle nie jest scho­wana. Heidi wrzu­ciła ją w zeszłym tygo­dniu do jed­nego z kar­to­nów z papie­rami księ­go­wymi, a potem przez całą tę reor­ga­ni­za­cję zapo­mniała, do któ­rego.

Zaci­skam zęby. To podobne do Heidi. Jest wspa­niałą pro­jek­tantką, ale zarzą­dza­nie firmą idzie jej kosz­mar­nie. Nie wyklu­cza to jed­nak nie­cnych zamia­rów Savan­nah.

Nie lubię tej dziew­czyny i nie ufam jej sło­wom, ponie­waż z łatwo­ścią mogłaby wyko­rzy­stać dobroć Heidi i jej nie­chlujne podej­ście do pro­wa­dze­nia biz­nesu.

Z tru­dem prze­ły­kam ślinę i pro­po­nuję:

– Pomogę ci. Przyda ci się ktoś nie­kon­tu­zjo­wany.

Jej pełne usta wygi­nają się w uśmie­chu.

– Ale to nie tak, że ampu­to­wali mi rękę, wiesz?

Klę­kam i sta­wiam kubek z kawą na pod­ło­dze.

– Które pudła już przej­rza­łaś?

– Tylko to jedno. Może i nie ampu­to­wali mi ręki, ale z jedną sprawną wolno mi idzie.

Ścią­gam pokrywkę z dru­giego kar­tonu.

– Jak twój nad­gar­stek?

– Boli. Dużo bar­dziej niż wczo­raj.

– Bie­rzesz leki prze­ciw­bó­lowe, które dał ci lekarz?

– Nie. Stwier­dzi­łam, że bez nich czeka mnie dużo lep­sza zabawa.

Oho!

Potrząsa głową, a na jej policz­kach wykwita rumie­niec, jakby była zawsty­dzona swoim wybu­chem.

– Tak, biorę je co cztery godziny.

Mimo­wol­nie sze­roko się uśmie­cham. Czy taka jest naprawdę? Czy wła­śnie to kryje się pod maską nudziary? Nie mam jesz­cze pew­no­ści.

– I widzę, że ci po nich wesoło. Mocne są?

– Nie mogę pro­wa­dzić, gdy je biorę, ale ze sta­bi­li­za­to­rem i tak nie dała­bym rady – odpo­wiada, uno­sząc usztyw­nioną rękę.

– No cóż, tak się koń­czy nie­pa­trze­nie pod nogi.

Zdzi­wiona otwiera usta, ale po bły­sku w jej oczach wnio­skuję, że tym razem wie, że tylko się z nią dro­czę.

– Nic nie widzia­łam przez to cho­lerne pudło. Nie sądzi­łam, że coś leży mi na dro­dze.

– A jed­nak było ina­czej.

– Co ty nie powiesz. – Prze­nosi spoj­rze­nie swo­ich olśnie­wa­ją­cych oczu na kubek z her­batą i pod­nosi go. – Jaką część pracy chciał­byś dziś wyko­nać?

Naj­le­piej całość. Nie chcę tu być.

– Nie wiem. Zacznę od tych prze­klę­tych wiel­kich sza­fek, bo zło­że­nie ich potrwa naj­dłu­żej. Daj mi czas do week­endu, a nie będę ci już prze­szka­dzać.

– Nie prze­szka­dzasz mi, Kent. Wła­ści­wie to ja prze­szka­dzam tobie. – Gestem wska­zuje na kar­ton i papiery roz­rzu­cone po pod­ło­dze, po czym jej spoj­rze­nie ponow­nie sku­pia się na mnie.

Zanu­rzam rękę w pudle.

– To nic takiego. W końcu wyko­nu­jesz swoje obo­wiązki. Będę cię omi­jał.

– O, mam ją – mówi i wyciąga z kar­tonu ksią­żeczkę wpłat. Kła­dzie ją przed sobą i odgar­nia włosy z ramie­nia, odsła­nia­jąc szyję.

Musiała dziś rano umyć włosy. Z tru­dem prze­ły­kam ślinę, ści­ska mnie w żołądku.

– Posprzą­tam ten bała­gan, żeby ci nie zawa­dzać. Zaofe­ro­wa­ła­bym pomoc, ale nie wiem, czy do cze­goś bym ci się przy­dała – mówi.

Moje ciało prze­szywa fala wzbu­rze­nia. Zwi­jam dło­nie w pię­ści.

– Tylko byś mi, kurwa, prze­szka­dzała. Pocze­kam na zewnątrz, aż skoń­czysz i się stąd wynie­siesz. – Z zaci­śnię­tymi zębami pod­no­szę się i wycho­dzę, zosta­wia­jąc Savan­nah sie­dzącą na ziemi z otwar­tymi ustami.

Kurwa. Pier­dolę to.

Rozdział 5

5

Savan­nah

Twarz mi pło­nie. Pró­buję ogar­nąć umy­słem to, co się wła­śnie wyda­rzyło. To bez sensu. W jed­nej chwili wszystko było mię­dzy nami w porządku, a w kolej­nej stwier­dził, że mu prze­szka­dzam.

Kent to dupek. Naiw­nie sądzi­łam, że mogli­by­śmy się doga­dać. Przez jakieś trzy­dzie­ści pierw­szych sekund zda­wało mi się, że w tym tygo­dniu będziemy ze sobą pra­co­wać w zgo­dzie, bez kolej­nej awan­tury, ale naj­wi­docz­niej to nie­moż­liwe.

Mam już dosyć zmu­sza­nia się, by być dla niego miłą, a mija dopiero drugi dzień, od kiedy tu pra­cuje.

Zagar­niam papiery jedną ręką i cho­wam je z powro­tem do pudła, zupeł­nie się nie spie­sząc. Niech poczeka. Wcale nie musiał zacho­wy­wać się jak kutas.

Ale to pew­nie u niego norma.

Wyjąt­kowo nie­zdar­nie udaje mi się pozbie­rać wszyst­kie doku­menty. Kent chyba osza­lał, jeśli sądzi, że jesz­cze wyniosę je dla niego z maga­zynu. Już wcale nie jest mi przy­kro, że nie zdą­ży­ły­śmy z Heidi posprzą­tać, zanim zaczął tu pracę.

Wła­ści­wie mam ochotę zro­bić jesz­cze więk­szy bała­gan. I pocho­wać mu narzę­dzia.

Z długo poszu­ki­wa­nymi doku­men­tami przy­ci­śnię­tymi do piersi idę do biura. Mój kubek po her­ba­cie został na ziemi. Co za nie­fart.

Kent popija kawę w kuchni, sto­jąc z nogami skrzy­żo­wa­nymi w kost­kach i opie­ra­jąc się o blat, jak gdyby on tu rzą­dził. Uważa, że skoro to firma jego sio­stry, ma więk­sze prawo, aby tu być, niż ja. A może jest chuj­kiem, który sądzi, że wszystko mu się należy. Nie wiem, czym się zaj­muje, ale ktoś, kto nosi dobre ciu­chy i jeź­dzi dro­gim Range Rove­rem, musi nie­źle zara­biać. Może to pie­nią­dze go tak zepsuły.

Domy­ślam się, że jego rodzina jest dobrze sytu­owana. Heidi wspo­mi­nała, że pro­wa­dzą wła­sną firmę, miesz­kają w dużym domu i mają sporo ziemi, ale mimo to nie wydaje mi się, aby zara­biali aż tyle, żeby on jako doro­sły męż­czy­zna nie musiał pra­co­wać.

Tak czy ina­czej, nie obcho­dzi mnie to.

Pew­nie jest bez­ro­botny. Założę się, że cią­gnie kasę od rządu i spę­dza całe dnie na okra­da­niu dzieci ze sło­dy­czy i popy­cha­niu sta­ru­szek.

Prze­cho­dzę przez główną pra­cow­nię, sku­pia­jąc wzrok na swoim biurku, na któ­rym leży torebka z pie­niędzmi, które mam wpła­cić. Chcę jak naj­szyb­ciej ją zabrać i wyjść. Powie­trze jest tak gęste, że można by je kroić nożem, a mimo to nie sądzę, aby Heidi była świa­doma panu­ją­cej atmos­fery. Nie zdzi­wi­łoby mnie, gdyby Kent też nie zda­wał sobie z niej sprawy.

Ale to, że wark­nął na mnie zupeł­nie bez powodu, chyba musiał zauwa­żyć, prawda?

Jasne, moje nie­do­cze­ka­nie.

Heidi pod­nosi głowę i posyła mi uśmiech. W dni, gdy Kent nosi ubra­nia o nie­bie­skim odcie­niu, oczy rodzeń­stwa wyglą­dają nie­mal iden­tycz­nie, z tą „drobną” róż­nicą, że jej są pełne życz­li­wo­ści, a jego – pogardy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki