Ogród kości - Simon Beckett - ebook

Ogród kości ebook

Simon Beckett

0,0
39,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W cieniu lasu, wśród splątanych korzeni, kryje się śmiertelna tajemnica, która nigdy nie powinna ujrzeć światła dziennego…

Podczas jazdy górskimi drogami w trakcie gwałtownej zimowej burzy antropolog sądowy David Hunter zostaje zmuszony do szukania schronienia w odległej wiosce. Jednak nocny postój szybko przeradza się w koszmar po makabrycznym odkryciu dokonanym w głębi pobliskiego lasu.

Gdy burza odcina łączność ze światem, a jedyna droga zostaje zniszczona przez żywioł, Hunter nie wie, komu może zaufać. Kiedy na powierzchnię zaczynają wypływać sekrety sprzed lat, staje się jasne, że mroczna przeszłość odizolowanej społeczności może być groźniejsza, niż spodziewał.

Tym razem nie może liczyć na niczyją pomoc. Jest zdany wyłącznie na siebie.

Ogród kości to pełen napięcia thriller rozgrywający się w cieniu wzgórz Kumbrii – historia, która zmrozi czytelników do szpiku kości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 427

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książka, którą naby­łeś, jest dzie­łem twórcy i wydawcy. Pro­simy, abyś prze­strze­gał praw, jakie im przy­słu­gują. Jej zawar­tość możesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym. Ale nie publi­kuj jej w inter­ne­cie. Jeśli cytu­jesz jej frag­menty, nie zmie­niaj ich tre­ści i koniecz­nie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiu­jąc jej część, rób to jedy­nie na uży­tek oso­bi­sty.

Sza­nujmy cudzą wła­sność i prawo.

Wię­cej na www.legal­na­kul­tura.pl

Pol­ska Izba Książki

Tytuł ory­gi­nału: The Bone Gar­den

Copy­ri­ght © 2026 by Hun­ter Publi­ca­tions Ltd. Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © 2026 for the Polish trans­la­tion by Robert Sudół

All rights rese­rved

Redak­cja: Anna Brze­ziń­ska Korekta: Alek­san­dra Płotka, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki: © Black­sheep-uk.com Zdję­cie na okładce: © Black­sheep-uk.com/Shut­ter­stock Adap­ta­cja okładki: Mag­da­lena Zawadzka Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 28 paź­dzier­nika 2026 ISBN 978-83-8457-131-6

Dla Hilary

Prolog

Kość prze­trwa.

Podob­nie jak cegły i zaprawa pozo­stałe po sta­rym domu kość prze­trwa życie, które nie­gdyś ją oży­wiało. Trzyma się jesz­cze długo po tym, gdy upływ czasu uni­ce­stwi resztę ciała – skórę, tkankę, narządy, chrząstki i ścię­gna. Szkie­let obro­śnięty daw­niej tkanką miękką może prze­trwać setki lat. W odpo­wied­nich warun­kach nawet dłu­żej. Na przy­kład gleby kwa­śne na ogół sprzy­jają zacho­wa­niu tkanki mięk­kiej, za to szyb­ciej roz­kła­dają kości, nato­miast gleby zasa­dowe oddzia­łują odwrot­nie, spo­wal­nia­jąc roz­kład kości nie­mal w nie­skoń­czo­ność.

Ale nic nie trwa wiecz­nie. Kość w końcu też ule­gnie roz­pa­dowi, powra­ca­jąc nie­uchron­nie do postaci mine­ra­łów, z któ­rych się ufor­mo­wała. Z pro­chu powsta­łeś i w proch się obró­cisz. Do tego czasu jed­nak, pozo­sta­wiony w spo­koju, szkie­let trzyma się jako ska­mie­niały relikt życia, które dawno dobie­gło kresu.

Kość prze­trwa.

Poczuł, że gałązka ugina się pod butem, bo prze­niósł cię­żar ciała na drugą nogę. Zatrzy­mał się. O tej porze roku las roił się od natu­ral­nych puła­pek, a mroźne wia­try i desz­cze ogo­ła­cały drzewa z liści. Tego roku zima była nad­zwy­czaj dżdży­sta, zamie­nia­jąc zie­mię w błoto pod kobier­cem z igli­wia, zła­ma­nym wil­got­nym gałę­ziom i kona­rom nada­jąc dużą sprę­ży­stość.

Gdy uniósł stopę, gałązka zatrzesz­czała, ale nie pękła.

Nie­wiele bra­ko­wało. Zga­nił się w myśli, spusz­cza­jąc wzrok, żeby przyj­rzeć się ziemi przed sobą. Gogle nok­to­wi­zyjne prze­obra­ziły nocny las w mono­chro­ma­tyczny zie­lony świat, obcy i dzi­waczny. Wstrzy­mał oddech, ogar­nia­jąc spoj­rze­niem pro­ste pnie drzew. Deszcz ustał, lecz z gałęzi wciąż kapała lodo­wata woda, bęb­niąc w kap­tur i kurtkę. Nie usły­szała. Będzie stała spo­koj­nie.

Stała.

Czę­ściowo zasło­nięta przez pień świerku ofiara zatrzy­mała się na brzegu stru­mie­nia, odprę­żona i cał­ko­wi­cie nie­świa­doma zagro­że­nia. Znów bez­sze­lest­nie wypu­ścił powie­trze z płuc. Było zimno, pach­niało gliną i żywicą. Powoli zro­bił kolejny krok, ostroż­nie sta­wia­jąc stopę, jakby posu­wał się po lodzie. Jesz­cze kilka metrów i będzie w zasięgu. Cicho, cichutko.

Ubrany w ciemną kurtkę i spodnie pozo­sta­wał prak­tycz­nie nie­wi­doczny. Nawet w dzien­nym świe­tle trudno byłoby go dostrzec, nato­miast w taką bez­k­się­ży­cową noc wyda­wał się led­wie zary­sem w gęstwi­nie cieni.

Pod warun­kiem że niczym się nie zdra­dzi.

Teraz znaj­do­wała się pra­wie w zasięgu strzału. Oddy­cha­jąc powoli i rów­no­mier­nie, zro­bił kilka kolej­nych kro­ków i przy­sta­nął, żeby spraw­dzić zie­mię pod sto­pami. Teren był nie­równy, pokryty kamie­niami i wiją­cymi się korze­niami pod war­stwą opa­dłego igli­wia. Jeden nie­uważny krok nie tylko prze­kre­śliłby wszystko, ale jesz­cze mógłby skoń­czyć się skrę­ce­niem kostki.

Przy­sta­nął po poko­na­niu dwóch metrów. Stał nie­ru­chomo, nie zwa­ża­jąc na spa­da­jące srebrne kro­ple wody, obser­wu­jąc smu­kłą syl­wetkę mię­dzy drze­wami, a zimny wiatr bez­li­to­śnie szczy­pał go w twarz. Odle­głość wyno­siła około trzy­dzie­stu metrów, a cel znaj­do­wał się tuż za pochy­łym pniem. Nie będzie to łatwy strzał, lecz bał się podejść bli­żej.

Wszystko zale­żało teraz od niego.

Powoli nało­żył strzałę i uniósł łuk myśliw­ski. Nacią­ga­jąc oporną cię­ciwę, poczuł, że serce wali mu jak zwa­rio­wane. Cał­ko­wite sku­pie­nie – świat skur­czył się, bo ist­niała tylko ofiara i napięty łuk. To wła­śnie uwiel­biał naj­bar­dziej – ostat­nie chwile pełne moż­li­wo­ści. Teraz spo­koj­nie. Tylko spo­koj­nie.

Unio­sła głowę. Spoj­rzała wprost na niego. Wypu­ścił strzałę.

Brzdęk – który bar­dziej poczuł, niż usły­szał – i strzała pomknęła w prze­strzeń. Krzyk roze­rwał ciszę, a po nim roz­legł się odgłos upa­da­ją­cego ciała. Rzu­cił się do przodu, podą­ża­jąc ścieżką, którą chwilę wcze­śniej prze­była strzała. Tra­fił w cel, wie­dział o tym, zanim dobiegł na miej­sce. Łania zro­biła kilka chwiej­nych kro­ków i padła na bok w stru­mie­niu. Patrzyła brą­zo­wymi oczami, wyba­łu­szo­nymi z bólu i dez­orien­ta­cji, a jej chra­pliwy oddech mato­wił powie­trze. Z piersi wysta­wała strzała – tkwiła głę­boko i wciąż drżała. Zsu­nął się na brzeg przy pochy­łym świerku. Poczu­cie triumfu już przy­ga­sło – jak zwy­kle. Wyjął nóż, nie­bez­piecz­nie ostry, ząb­ko­wany, żeby dokoń­czyć dzieła. Łania wydała z sie­bie ostat­nie, kon­wul­syjne tchnie­nie i znie­ru­cho­miała na zawsze.

Ule­ciało z niej wszel­kie życie i piękno. Była sty­gną­cym mię­sem.

Umył nóż w rwą­cym stru­mie­niu, a gogle nok­to­wi­zyjne nadały krwi barwę sinej zie­leni. Z tyłu woda wymyła błot­ni­sty brzeg pod pochy­łym świer­kiem, odsła­nia­jąc jego korze­nie. Były grube i splą­tane jak węże w gnieź­dzie. Albo jak stos sta­rych kości.

Ta myśl podzia­łała depry­mu­jąco. Zresztą bez­po­śred­nio po polo­wa­niu zawsze czuł się przy­bity. Naj­pierw eufo­ria, potem zjazd emo­cjo­nalny. Znu­żony nagle całą sytu­acją, wypro­sto­wał się, żeby unieść gogle i prze­trzeć zmę­czone oczy. Lecz zanim zdą­żył to zro­bić, przez roz­stęp w chmu­rach przedarł się sre­brzy­sty sierp księ­życa, rzu­ca­jąc ostrzej­sze świa­tło na obna­żone korze­nie świerku.

Cie­nie zatań­czyły i nagle dostrzegł twarz spo­glą­da­jącą na niego z kłę­bo­wi­ska pod pniem.

O kurwa!

Odsko­czył do tyłu, ale potknął się o mar­twą łanię i wpadł do stru­mie­nia, wprost w obję­cia lodo­wa­tej wody. Dźwi­ga­jąc się nie­zdar­nie, w popło­chu, spoj­rzał ponow­nie w tamto miej­sce.

Twarz znik­nęła. Pozo­stała tylko plą­ta­nina odsło­nię­tych korzeni na błot­ni­stym brzegu. Prze­mo­czony i prze­mar­z­nięty do szpiku kości, uznał, że coś mu się przy­wi­działo.

I wtedy obraz jakby się wyostrzył i znów uka­zała się twarz.

Jezu Chry­ste…

Odry­wa­jąc wzrok od nie­sa­mo­wi­tego obli­cza, wycią­gnął z potoku paru­jące tru­chło upo­lo­wa­nego zwie­rzę­cia. Wyko­nu­jąc serię bły­ska­wicz­nych ruchów, wyjął z torby uprząż i zapiął ją na małej łani. Z tru­dem dźwi­gnął zdo­bycz na ramiona, poty­ka­jąc się wsku­tek pośpie­chu, bo pra­gnął jak naj­szyb­ciej znik­nąć z tego lasu. Mimo to, wbrew sobie, przy­sta­nął i rzu­cił ostat­nie spoj­rze­nie przez ramię.

Następ­nie, zgar­biony pod cię­ża­rem łani, ruszył pośpiesz­nie w drogę powrotną.

Rozdział 1

Owca nie miała nóg.

Takie było pierw­sze wra­że­nie, choć brak snu i pada­jący deszcz ze śnie­giem mogły mieć wpływ na mój ogląd rze­czy­wi­sto­ści. W bla­sku reflek­to­rów oczy zwie­rzę­cia świe­ciły nie­sa­mo­wi­cie w głębi mroku roz­snu­tego przez zimową burzę. Wpa­try­wa­łem się w te śle­pia zza uru­cho­mio­nych wycie­ra­czek, pró­bu­jąc pojąć, co widzę. Zwie­rzę znaj­do­wało się na ziemi, ale nie leżało i nie widać było nóg. Ale wciąż żyło i naj­wy­raź­niej niczym się nie przej­mo­wało.

Rów­nież tym, że tara­so­wało wąską drogę.

Podróż była wystar­cza­jąco uciąż­liwa i bez takich przy­gód. Póź­nym popo­łu­dniem wyje­cha­łem z Lon­dynu i ruszy­łem do Car­li­sle, żeby w cha­rak­te­rze doradcy wziąć udział w poszu­ki­wa­niach zagi­nio­nej osoby w Kum­brii. Dosta­tecz­nie długo współ­pra­co­wa­łem z poli­cją jako kon­sul­tant kry­mi­na­li­styczny, żeby przy­wyk­nąć do nagłych wyjaz­dów po całej Anglii, ale za te pery­pe­tie mogłem winić wyłącz­nie sie­bie. Odprawę przed akcją poszu­ki­waw­czą wyzna­czono dopiero naza­jutrz, więc nie było powodu do pośpie­chu. Nale­żało zacze­kać do rana, poko­nać trasę za dnia i przy lep­szej pogo­dzie. Ale nie, w pię­ciu­set­ki­lo­me­trową podróż wyruszy­łem w szare zimowe popo­łu­dnie, igno­ru­jąc alert burzowy.

Śpie­szy­łem się, gdyż chcia­łem zyskać na cza­sie. Zamie­rza­łem szybko poko­nać nie­znaną trasę i zamel­do­wać się wie­czo­rem w hotelu, żeby wypo­cząć przed kil­koma dniami wyczer­pu­ją­cej pracy. A przy­naj­mniej tak sobie powta­rza­łem. Bo tak naprawdę w spra­wie poszu­ki­wań zadzwo­niono do mnie w bar­dzo nie­od­po­wied­nim momen­cie. Byłem pode­ner­wo­wany i nie­spo­kojny, wytrą­cony z rów­no­wagi przez wia­do­mość, którą otrzy­ma­łem tego dnia. Po ode­bra­niu tele­fonu z prośbą o kon­sul­ta­cję uchwy­ci­łem się moż­li­wo­ści bez­zwłocz­nego wyjazdu po pro­stu po to, by się czymś zająć.

Nie prze­my­śla­łem tego. Gdy szary zimowy dzień zaczął doga­sać, pogoda gwał­tow­nie się pogor­szyła. Według kalen­da­rza wio­sna była tuż-tuż, lecz natura kie­ro­wała się wła­snym har­mo­no­gra­mem. Deszcz padał z impe­tem, zale­wa­jąc nawierzch­nię drogi i two­rząc stru­mie­nie wody, zamie­nia­jąc świat w kolaż roz­ma­za­nych plam świetl­nych. Na pół­noc­nym krańcu Parku Naro­do­wego Kra­iny Jezior tempo jazdy na auto­stra­dzie spa­dło nie­mal do zera. Przez mokre szyby dostrze­głem migot nie­bie­skich świa­teł sygna­li­zu­ją­cych kraksę. Wyrwany z zamy­śle­nia per­spek­tywą ludz­kiej tra­ge­dii w potrza­sku pogię­tego metalu cze­ka­łem z nie­cier­pli­wo­ścią, aż dowlokę się do pierw­szego zjazdu, po czym odbi­łem w bok.

Szybko zda­łem sobie sprawę, że popeł­ni­łem błąd. Po kilku kilo­me­trach posta­no­wi­łem wró­cić na auto­stradę. Nie­stety, kie­ru­jąc się pod­po­wie­dziami nawi­ga­cji, zagłę­bi­łem się w sieć wąskich wiej­skich dróg, które z chwili na chwilę sta­wały się coraz bar­dziej strome i kręte. Dokoła pano­wała gęsta ciem­ność, nie­roz­pro­szona żad­nym świa­tłem. Ekran nawi­ga­cji pociem­niał do trybu noc­nego, poka­zu­jąc drogę jako wijącą się kre­skę. Nie było żad­nych punk­tów orien­ta­cyj­nych – sądząc po tym, jak szosa pięła się i opa­dała, naj­praw­do­po­dob­niej znaj­do­wa­łem się w górach Kum­brii. Naj­praw­do­po­dob­niej, bo oko­liczny kra­jo­braz sta­ran­nie skry­wały mrok i burza.

Teraz lało już jak z cebra. W świe­tle reflek­to­rów strugi desz­czu przy­po­mi­nały srebrne nici, waląc w dach auta i zale­wa­jąc przed­nią szybę jak olej pomimo wytę­żo­nej pracy wycie­ra­czek. Jesz­cze gor­szy był wiatr, bo mio­tał samo­cho­dem jak zabawką i gro­ził wyrwa­niem mi kie­row­nicy z rąk. Sie­dzia­łem zgar­biony na fotelu, wytę­ża­jąc wzrok, żeby dostrzec cokol­wiek w ule­wie, a droga wiła się i wiła bez końca. Cały mój świat skur­czył się do tunelu wykro­jo­nego w ciem­no­ści przez świa­tła reflek­to­rów, a podmu­chy zaci­na­ją­cego desz­czu wypeł­niały noc jed­no­staj­nym szu­mem. Wpa­try­wa­nie się w tę scenę było nie­bez­piecz­nie hip­no­ty­zu­jące. Mogłem łatwo się roz­ko­ja­rzyć, stra­cić pano­wa­nie…

Zamru­ga­łem gwał­tow­nie powie­kami. Pobudka, ock­nij się. Wypro­sto­wa­łem plecy, chcąc zacho­wać czuj­ność, ale zmę­cze­nie jazdą w takich warun­kach dawało o sobie znać. Nie­chęt­nie pogo­dzi­łem się z tym, co od dawna było oczy­wi­ste: nie­moż­liwe, żebym tego dnia dotarł do Car­li­sle. Nie w tych warun­kach. Nale­żało zro­bić sobie prze­rwę, ale gdzie? Nie widzia­łem nawet pobo­cza.

Droga bie­gła wśród stro­mizn i drzew powy­gi­na­nych przez wiatr. Posta­no­wi­łem zatrzy­mać się w pierw­szej napo­tka­nej wio­sce lub w pubie, rzu­ci­łem więc okiem na ekran nawi­ga­cji.

Pusto.

Nie, tylko nie to… Nie spusz­cza­jąc wzroku z drogi, naci­sną­łem przy­ci­ski nawi­ga­cji sate­li­tar­nej. Bez skutku. Ekran był pod­świe­tlony, ale poza kur­so­rem w kształ­cie strzałki, ozna­cza­ją­cym mój samo­chód, nie poka­zy­wał niczego. Nawet drogi. Nie mia­łem poję­cia, gdzie się znaj­duję.

Sły­sza­łem o zja­wi­sku zwa­nym rain fade, pole­ga­ją­cym na tym, że z powodu bar­dzo złych warun­ków atmos­fe­rycz­nych zani­kają sygnały sate­li­tarne. W tym GPS uży­wany przez sys­temy nawi­ga­cyjne. Ale ni­gdy wcze­śniej tego nie doświad­czy­łem.

Gra­tu­la­cje. Teraz już wiesz, jak to jest.

Mój tele­fon spo­czy­wał w uchwy­cie zestawu gło­śno­mó­wią­cego na desce roz­dziel­czej, ale wie­dzia­łem, że w tej chwili jest bez­u­ży­teczny. Znaj­do­wa­łem się na odlu­dziu zna­nym z gór i dzi­kiej przy­rody. Zakra­wa­łoby na cud, gdyby w tej oko­licy był zasięg. Szyb­kie spoj­rze­nie na ekran potwier­dziło moje obawy: brak pasków ozna­cza­ją­cych sygnał. Poczu­łem wście­kłość i fru­stra­cję. Od tygo­dni zamie­rza­łem wymie­nić apa­rat na nowy model z funk­cją nawi­ga­cji sate­li­tar­nej, ale nie mia­łem na to czasu. Teraz za późno. Nawet sta­ro­świecki atlas dro­gowy, trzy­many w bagaż­niku, nie przy­dałby mi się na nic, dopóki nie mia­łem poję­cia, gdzie dokład­nie się znaj­duję. Wal­cząc z kolej­nym podmu­chem wia­tru, spoj­rza­łem wresz­cie praw­dzie w oczy: zgu­bi­łem się.

Od dłuż­szego czasu droga pięła się pod górę, wijąc się wokół stro­mi­zny lub góry. Teraz się wyrów­nała. W roz­my­tym świe­tle reflek­to­rów zoba­czy­łem, że po jed­nej stro­nie wznosi się wysoka ściana, a po dru­giej zie­mia opada pio­nowo. Nie było pobo­cza, a sama droga wyda­wała się nazbyt wąska, bym mógł się zatrzy­mać bez jej zablo­ko­wa­nia. Nie wyobra­ża­łem sobie, żeby kto­kol­wiek przy zdro­wych zmy­słach ruszył w trasę w taką pogodę, ale przy widocz­no­ści ogra­ni­czo­nej do kilku metrów wola­łem nie ryzy­ko­wać.

Szosa zaczęła opa­dać, nik­nąc w świe­tle reflek­to­rów. Zwol­ni­łem, bo zoba­czy­łem stru­mień błot­ni­stej wody prze­ta­cza­jący się po asfal­cie. Desz­czówka spły­wała z jaru bie­gną­cego powy­żej, zamie­nia­jąc sze­roki odci­nek jezdni w potok – dopiero potem spa­dała po dru­giej stro­nie. Wyglą­dało na to, że prze­pust pod nawierzch­nią został zatkany lub nie nadą­żał z odpro­wa­dza­niem ogrom­nej ilo­ści desz­czówki. Przy­ha­mo­wa­łem. Pew­nego razu utkną­łem autem w wodzie i nie mia­łem ochoty na powtórkę.

Stru­mień prze­ci­na­jący drogę wyda­wał się jed­nak dość płytki. Pomo­dli­łem się w duchu i ruszy­łem do przodu. Poczu­łem ude­rze­nie z boku, gdyż woda naparła na koła, a samo­chód pod­sko­czył, ude­rza­jąc o kamie­nie i gruz zmyte ze zbo­cza.

W końcu przedar­łem się na drugą stronę. Wes­tchną­łem i tro­chę się roz­luź­ni­łem. Z przodu uka­zał się ostry zakręt – droga zni­kała za skal­nym zbo­czem pociem­nia­łym od desz­czu. Poko­na­łem wiraż i natych­miast wci­sną­łem hamu­lec, bo reflek­tory oświe­tliły coś dużego i jasnego, blo­ku­ją­cego prze­jazd. Nastała chwila nie­waż­ko­ści, gdyż auto wpa­dło w poślizg, tra­cąc przy­czep­ność, śli­zga­jąc się opo­nami w kie­runku urwi­ska. Stru­chlały, myśla­łem przez moment, że runę w prze­paść, ale nagle hamulce zadzia­łały i samo­chód gwał­tow­nie się zatrzy­mał.

Sie­dzia­łem roz­trzę­siony w fotelu, z dłońmi wciąż zaci­śnię­tymi kur­czowo na kie­row­nicy, a deszcz bęb­nił o dach.

Patrzyła na mnie owca bez nóg.

Dopiero po sekun­dzie lub dwóch zda­łem sobie sprawę, na co patrzę. Par­sk­ną­łem śmie­chem, po czę­ści z nie­do­wie­rza­nia, po czę­ści z poczu­cia ulgi. No nie, to jakiś żart… Owca miała nogi.

Tyle że utknęła nimi w kra­tow­nicy dla bydła.

Prze­tar­łem oczy kłyk­ciami, świa­dom, co muszę zro­bić. Zwie­rzę nie mogło się uwol­nić, a ja nie mogłem go tak zosta­wić. Nawet gdy­bym chciał to zro­bić, nie było dość miej­sca, żeby je wymi­nąć. Wes­tchną­łem ponow­nie, odpią­łem pas bez­pie­czeń­stwa i się­gną­łem po kurtkę prze­ciw­desz­czową leżącą na tyl­nym sie­dze­niu. Wtedy coś wypa­dło z wewnętrz­nej kie­szeni na pod­łogę. Na widok pro­sto­kąt­nej jasnej koperty z moim nazwi­skiem sta­ran­nie napi­sa­nym zna­jomą ręką poczu­łem, jak­bym zali­czył cios w brzuch. Pod­nio­słem kopertę, wło­ży­łem ją z powro­tem do kie­szeni i wysia­dłem z samo­chodu.

Prze­ni­kliwy podmuch desz­czu ude­rzył we mnie z impe­tem, gro­żąc wyrwa­niem klamki z dłoni. Zatrza­sną­łem drzwi, nacią­gną­łem kap­tur na głowę i ruszy­łem pośpiesz­nie do kra­tow­nicy. W świe­tle reflek­to­rów dostrze­głem, że owca ugrzę­zła wszyst­kimi czte­rema nogami w szcze­li­nach mię­dzy meta­lo­wymi prę­tami. Nie wyda­wała się ranna, bo nie zoba­czy­łem żad­nych śla­dów krwi. Ani też zanadto prze­jęta swoim poło­że­niem.

Mru­ga­jąc gwał­tow­nie w stru­gach desz­czu, rozej­rza­łem się w nadziei, że dostrzegę świa­tła pobli­skiej farmy.

Lecz dokoła roz­ta­czała się ciemna i pusta noc. Deszcz ude­rzył mnie w plecy, kiedy pochy­li­łem się nad owcą, pró­bu­jąc nie zwa­żać na smród. Obją­łem ją. Runo miała splą­tane i prze­mo­czone, nadto oka­zała się ciężka, gdy spró­bo­wa­łem ją pod­nieść. Kto by pomy­ślał, że owce ważą tak dużo, wes­tchną­łem w duchu. Albo że aż tak cuchną.

Gdy uwol­ni­łem zwie­rzę z kra­tow­nicy, zaczęło się rzu­cać i wierz­gać nogami, co nie uła­twiało mi zada­nia. Posu­wa­jąc się chwiej­nym kro­kiem, zanio­słem owcę jak naj­da­lej od drogi i posta­wi­łem ją na ziemi. Otrzą­snęła się, opry­sku­jąc mnie wodą, a potem potruch­tała przed sie­bie, nie oglą­da­jąc się ani razu. Roz­ma­so­wa­łem sobie lędź­wie i patrzy­łem, jak znika w ciem­no­ści, poza zasię­giem reflek­to­rów samo­chodu.

Nie ma za co.

Wra­ca­łem już do samo­chodu, gdy całe niebo roz­ja­śniło się nagle, jakby za wid­no­krę­giem doszło do bez­gło­śnej eks­plo­zji. W nie­sa­mo­wi­tej ciszy zami­go­tała bły­ska­wica i wtedy po raz pierw­szy ujrza­łem roz­le­głą górzy­stą oko­licę, w któ­rej się zgu­bi­łem. Droga bie­gła zbo­czem stro­mego wzgó­rza, może wręcz urwi­ska, będą­cego czę­ścią doliny oto­czo­nej pasmem potęż­nych nie­ostrych szczy­tów. Ośnie­żone i nagie, góro­wały nad hory­zon­tem, a zbo­cza poni­żej pokry­wał gęsty las. Widok ten był zaska­ku­jący, jakby w zaciem­nio­nym pokoju nagle zapa­lono świa­tło.

Potem wszystko zni­kło i znów zapa­dła ciem­ność, jakby ktoś opu­ścił kur­tynę. Pośpie­szy­łem do samo­chodu i wsia­dłem do środka, wdzięczny za nagłe cie­pło, gdy zrzu­ca­łem z sie­bie mokrą kurtkę. Nie­mal natych­miast wil­goć zapa­ro­wała szyby, zamie­nia­jąc wnę­trze w kokon i jesz­cze bar­dziej utrud­nia­jąc widocz­ność. Włą­czy­łem kli­ma­ty­za­cję, aby szyby odpa­ro­wały, a jej szum rywa­li­zo­wał z bęb­nie­niem desz­czu o dach. Ruszy­łem krętą drogą bie­gnącą w dół. Począt­kowo reflek­tory oświe­tlały jałowe, ska­li­ste zbo­cza, ale po kilku minu­tach kra­jo­braz się zmie­nił, bo droga dotarła do lasu. Pro­ste, wyso­kie drzewa igla­ste – praw­do­po­dob­nie jodły lub świerki, trudno było stwier­dzić w ciem­no­ści – wzno­siły się po obu stro­nach jak gigan­tyczne cho­inki. Wyglą­dały wszyst­kie nie­mal iden­tycz­nie, stło­czone tak bli­sko sie­bie, że jazda przy­po­mi­nała prze­jazd tune­lem. Była to oczy­wi­ście plan­ta­cja, a nie natu­ralny las. Nieco dalej dotar­łem do cze­goś, co wyglą­dało jak skład drewna. Świerki po jed­nej stro­nie zastą­piło wyso­kie meta­lowe ogro­dze­nie, za któ­rym znaj­do­wały się zacie­nione kon­te­nery i pojazdy o wyglą­dzie maszyn budow­la­nych. Kiedy miną­łem ten zaką­tek, wszę­dzie znów wyrósł las.

Mimo to widok ten roz­bu­dził we mnie nadzieję. Była to pierw­sza sie­dziba ludzka, jaką ujrza­łem od wielu kilo­me­trów, a skoro tra­fił się skład drewna, to zaraz mogło być coś wię­cej. Jakby na potwier­dze­nie las nagle się skoń­czył i za przed­nią szybą dostrze­głem w mroku roz­gwież­dżone niebo pełne świa­te­łek.

Wieś, mia­steczko?

Dzięki Bogu… Świa­tła prze­obra­ziły się w latar­nie uliczne. Teraz uka­zały się rów­nież domy z kamie­nia i bun­ga­lowy, a blask docho­dzący z zasło­nię­tych okien był cie­pły i uspo­ka­ja­jący. Nieco dalej dotar­łem do nie­wiel­kiego placu. Na jed­nym końcu stał nie­oświe­tlony samotny sklep, a na dru­gim więk­szy budy­nek z szyl­dem koły­szą­cym się nad wej­ściem.

Pub.

Zatrzy­ma­łem się przed pubem, zga­si­łem sil­nik i prze­sie­dzia­łem chwilę w fotelu, żeby mię­śnie się roz­luź­niły, tym­cza­sem deszcz bęb­nił w samo­chód. Blask z góry oświe­tlał szyld, koły­szący się dziko na wie­trze pośród roz­tań­czo­nych cieni. Na wybla­kłym tle wid­niały skrzy­żo­wany mło­tek i dłuto oraz napis zło­żony ze sty­li­zo­wa­nych liter.

„Wytrwa­łość”.

Drzwi były zatrza­śnięte, ale zza zasłon w oknach o mato­wych szy­bach, w któ­rych wyrżnięto nazwy dawno zapo­mnia­nych gatun­ków piwa, prze­dzie­rało się świa­tło. Wyda­wało się, że przy­by­tek jest otwarty, więc przy­naj­mniej mogłem się dowie­dzieć, gdzie się zgu­bi­łem. I nawet jeśli w pubie nie wynaj­mo­wano pokoi, to mia­steczko i tak było lep­szym miej­scem na spę­dze­nie nocy w samo­cho­dzie niż gór­ski szlak. Pomy­śla­łem, że wresz­cie uśmiech­nęło się do mnie szczę­ście. Się­gną­łem po kurtkę i lap­topa z tyl­nego sie­dze­nia i wysko­czy­łem z samo­chodu.

Rozdział 2

Szyld skrzy­piał nad głową, koły­sząc się na łań­cu­chach. W pierw­szej chwili cięż­kie drew­niane drzwi sta­wiły opór, ale pchną­łem moc­niej i w końcu ustą­piły. Wto­czy­łem się do środka, poty­ka­jąc się lekko, ści­gany przez podmuch lodo­wa­tego desz­czu. Po wie­lo­go­dzin­nej jeź­dzie w zimo­wych warun­kach odnio­słem wra­że­nie, że w pubie panuje duchota. Woń zwie­trza­łego piwa mie­szała się z dymem z otwar­tego kominka. Z tru­dem zamy­ka­jąc za sobą sma­gane wia­trem drzwi, zwró­ci­łem uwagę na coś jesz­cze.

Na ciszę.

Ocie­ka­jąc desz­czówką na kamienną pod­łogę, zsu­ną­łem kap­tur na kark i odwró­ci­łem się w niskiej sali. Patrzyły na mnie twa­rze znad kilku sto­li­ków. Przy jed­nym sie­działa nie­wielka grupa nasto­lat­ków, któ­rzy – sądząc po wyglą­dzie – ledwo osią­gnęli wiek pozwa­la­jący im na prze­by­wa­nie w pubie, a przy innym dwóch gra­czy w domino, któ­rzy wła­śnie prze­rwali par­tię. Nieco dalej rosły, umię­śniony męż­czy­zna z wydat­nym brzu­chem pod fla­ne­lową koszulą rzu­cał samot­nie lotki do tar­czy, zasty­gły teraz ze wznie­sioną ręką. W kominku pło­nął ogień, trza­ska­jąc i roz­ta­cza­jąc woń żywicy. Na ścia­nie powy­żej wisiała para popę­ka­nych skó­rza­nych ręka­wic bok­ser­skich oraz opra­wione w ramki czarno-białe zdję­cia pię­ścia­rzy.

Przy kominku za dużym sto­łem sie­dział chudy sta­rzec w towa­rzy­stwie drob­nej kobiety o ostrych rysach twa­rzy oraz smęt­nego męż­czy­zny po czter­dzie­stce, któ­rzy spra­wiali wra­że­nie pary mał­żeń­skiej. Wbrew prze­pi­som anty­ni­ko­ty­no­wym sta­rzec trzy­mał w ustach fajkę z pro­stym cybu­chem, a na bla­cie stały rzę­dem kartki uro­dzi­nowe rado­śnie gło­szące: 90 lat! Wyglą­dał w sam raz na swój wiek – zno­szona twe­edowa mary­narka wisiała luźno na ciele, które daw­niej zapewne impo­no­wało posturą, a wydatne kości policz­kowe ster­czały pod skórą przy­po­mi­na­jącą per­ga­min. Ogól­nemu wra­że­niu kru­cho­ści kłam zada­wały szczęki zaci­śnięte nie­ugię­cie na fajce, a oczy, które zwró­ciły się na mnie spod siwych szcze­ci­nia­stych brwi, patrzyły twardo i bez­li­to­śnie.

U stóp starca leżały dwa duże kudłate psy, które pod­nio­sły teraz łby, by wbić we mnie wzrok.

Za barem dyżu­ro­wała kobieta o buj­nym biu­ście. Uśmiech­nęła się do mnie przy­jaź­nie, choć w jej spoj­rze­niu wyczu­łem pewną ostroż­ność, bo dostrze­gła plamy błota na mojej kurtce świad­czące o spo­tka­niu z owcą.

– Zdaje się, że prze­mo­kłeś, kocha­nieńki. Co podać?

Rosły męż­czy­zna rzu­ca­jący lot­kami do tar­czy uśmiech­nął się zło­śli­wie.

– Na począ­tek czy­stą kur­tałkę – zażar­to­wał.

Miał około pięć­dzie­się­ciu lat, był nie­chlujny i nie­ogo­lony, a jego potężna, masywna syl­wetka pra­wie zasłu­gi­wała na miano oty­łej.

– Popro­szę kawę, jeśli można – odpar­łem, świa­dom, że z mojej kurtki bije nie­przy­jemna woń.

– Przy­kro mi, nie poda­jemy gorą­cych napo­jów.

– W takim razie wezmę sok poma­rań­czowy. – Wolał­bym łyk­nąć coś moc­niej­szego, ale nie wie­dzia­łem, czy nie będę zmu­szony ruszać dalej w trasę. – Ser­wu­je­cie jedze­nie?

– Tylko prze­ką­ski. Chipsy, orze­chy i skwarki. – Kobieta wyjęła z lodówki kar­ton soku poma­rań­czo­wego i się­gnęła po szklankę. – Nie mówi pan jak miej­scowy. Z daleka?

– Z Lon­dynu. Jadę do Car­li­sle.

– Do Car­li­sle? – Zasty­gła i spoj­rzała na mnie. – Toś pan mocno zbo­czył z trasy. Zgu­bi­li­śmy się, co? Dotarł pan na koniec świata.

– Nawi­ga­cja prze­stała dzia­łać – wyja­śni­łem i doda­łem z waha­niem: – Ryzy­kuję, że wyjdę na idiotę, ale chciał­bym się dowie­dzieć, gdzie jestem.

Lotka tra­fiła w tar­czę i roz­legł się gromki śmiech rosłego gra­cza.

– Kurwa mać. Gość chyba wyrwał się na prze­pustkę z wariat­kowa.

– Jest pan w Eden­dale – odpo­wie­działa kobieta za barem, jakby wcze­śniej­sze słowa w ogóle nie padły. – Pół­nocny koniec Gór Kum­bryj­skich i od razu uprze­dzam, że nie ma nas w nawi­ga­cji. Głupi wyna­la­zek, jeśli ktoś chce znać moje zda­nie.

– A jak daleko stąd do Car­li­sle?

– Och, będzie z czter­dzie­ści pięć kilo­me­trów, z powro­tem tą samą drogą. Ale w taką noc…

Urwała, bo świa­tła przy­ga­sły, a zaraz potem zga­sły cał­ko­wi­cie. Roz­le­gły się jęki, które zaraz prze­szły w stłu­mione, iro­niczne okrzyki rado­ści, ponie­waż lampy znów zami­go­tały.

– Sakra­menc­kie burze – mruk­nęła kobieta, po czym się uśmiech­nęła. – Nie ma obawy, tutaj czło­wiek szybko się do tego przy­zwy­czaja. O czym to ja mówi­łam?

– O tym, jak doje­chać do Car­li­sle.

– A, racja. No więc nawet przy dobrej pogo­dzie to nie­ła­twa prze­prawa. Bo droga bie­gnie przez góry i są trudne odcinki, zwłasz­cza jak się nie zna trasy. A w taką pogodę to ja bym w ogóle nie wsia­dła do auta, chyba że naprawdę bym musiała.

Fan­ta­stycz­nie.

– A dokąd ta droga pro­wa­dzi dalej?

– Doni­kąd.

– Słu­cham?

– Ni­gdzie nie pro­wa­dzi. Bie­gnie tak jesz­cze przez kilka kilo­me­trów i nagle się koń­czy. – Kobieta skrzy­żo­wała ramiona. – Jest tylko jedna droga do Eden­dale i z Eden­dale. Ta, którą pan przy­je­chał.

Kiedy wresz­cie dotarł do mnie sens tych słów, do baru pod­szedł męż­czy­zna. Był to smu­tas, który dotąd sie­dział z kobietą i dzie­więć­dzie­się­cio­lat­kiem.

– Jesz­cze jedna kolejka dla mnie, Stella. Oczy­wi­ście w wol­nej chwili – dodał z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem.

Z bli­ska wyglą­dał na star­szego niż wcze­śniej, praw­do­po­dob­nie miał raczej pięć­dzie­siąt, a nie czter­dzie­ści lat oraz okrą­głą, sym­pa­tyczną twarz, gładką i pozba­wioną zmarsz­czek – z wyjąt­kiem głę­boko pobruż­dżo­nego czoła, które nada­wało jego obli­czu wyraz zmę­cze­nia i nie­po­koju nawet wtedy, gdy się uśmie­chał.

– Nie ma sprawy, nie śpie­szy mi się – powie­dzia­łem. Musia­łem pod­jąć decy­zję, co zro­bić w tych oko­licz­no­ściach.

– Dzięki, to bar­dzo… – Nawią­zał ze mną kon­takt wzro­kowy na sekundę lub dwie, po czym spu­ścił głowę i znów zwró­cił się do kobiety: – Hm, no to kufel czar­nego dla Wynna, tonik dla Evie, a ja popro­szę… och, jedno małe. Dzięki, Stella.

Pusta szklanka ude­rzyła dnem o bar, bo w tej chwili dołą­czył do nas rosły gracz w rzutki. Spra­wiał wra­że­nie zuchwa­łego, bez­czel­nego typa – z brzu­chem w kształ­cie beczki i sza­rym zaro­stem na policz­kach. Biła od niego ostra woń oleju i zaschłego potu.

– Jesz­cze jedno, Stella.

– Pocze­kaj na swoją kolej, prze­cież obsłu­guję.

Objął potęż­nym ramie­niem mniej­szego męż­czy­znę.

– W porządku, Eddie sta­wia. Prawda, Eddie?

Smu­tas zmu­sił się do uśmie­chu, ale wyglą­dało to raczej na odruch obronny.

– Och, tak, pew­nie. Pro­szę jedno piwo dla Vica.

– Dobry chło­pak. – Dry­blas zaci­snął ramię na szyi nie­szczę­śnika, nie­omal uno­sząc go z pod­łogi, po czym cof­nął rękę. – Popro­szę też paczkę chip­sów o smaku serowo-cebu­lo­wym, Stell.

– Dobra – mruk­nęła bar­manka, odwra­ca­jąc się.

Po dru­giej stro­nie sali kobieta, którą uzna­łem za żonę smut­nego męż­czy­zny, wpa­try­wała się w dry­blasa, zaci­ska­jąc usta w twar­dym gry­ma­sie.

– Czy w pobliżu jest jakiś hotel? Pen­sjo­nat, cokol­wiek? – zapy­ta­łem, gdy bar­manka zaczęła nale­wać piwo do szklanki.

Pokrę­ciła głową.

– W tej oko­licy nic nie ma. Kie­dyś coś było, ale teraz nie jeste­śmy nasta­wieni na tury­stów.

– Stella nie ma męża. Zgo­dzi się cię prze­no­co­wać, jak grzecz­nie popro­sisz, prawda, Stell? – spy­tał z lubież­nym uśmie­chem dry­blas. – Ale ma tylko jedno łóżko, więc będzie­cie się musieli zmie­ścić.

Zare­cho­tał uba­wiony wła­snym żar­tem. Nikt inny się nie roze­śmiał z wyjąt­kiem jed­nego z nasto­lat­ków sie­dzą­cych w pobliżu.

– Uwa­żaj, co mówisz, Vic, bo następne piwo wylą­duje na twoim łbie. – Bar­manka rzu­ciła mu gniewne spoj­rze­nie, po czym zwró­ciła się do mnie: – W sumie to nie powin­nam, ale jak pan chce, to mogę podać kanapkę i nasta­wić czaj­nik. Dobrze coś prze­ką­sić.

– Sam chęt­nie wtran­żolę kanapkę – wtrą­cił dry­blas, głasz­cząc się dło­nią po wydat­nym brzu­chu.

– To sobie zrób, bo ja ci nie zro­bię – odparła kobieta. – Poza tym powi­nie­neś tro­chę schud­nąć. – Posta­wiła szklankę z piwem i spoj­rzała na mnie, uno­sząc brew. – Ser pasuje? Oby, bo nic wię­cej nie mam.

– Dzię­kuję, kanapka z serem byłaby świetna – powie­dzia­łem. Wska­za­łem plamy na swo­jej kurtce. – Ma pani coś, czym mógł­bym się wytrzeć? Musia­łem pomóc owcy, bo wpa­dła do kra­tow­nicy na dro­dze.

Dry­blas uśmiech­nął się zło­śli­wie.

– Takie masz wytłu­ma­cze­nie, co?

Szturch­nął łok­ciem smut­nego męż­czy­znę, któ­rego uśmiech przy­po­mi­nał teraz gry­mas bólu. Bar­manka wes­tchnęła zmę­czona.

– Jezu, dał­byś spo­kój, Vic. – Podała mi roz­dartą ście­reczkę ze zlewu za barem. – W męskiej toa­le­cie są papie­rowe ręcz­niki. Szmatkę może pan wyrzu­cić do kosza, jak pan skoń­czy.

Toa­leta była nie­ogrze­wana i skrom­nie urzą­dzona, za to nie­ska­zi­tel­nie czy­sta. Star­łem z kurtki tyle błota, ile się dało, potem osu­szy­łem się papie­ro­wymi ręcz­ni­kami i wró­ci­łem do sali. Znów roz­le­gły się stłu­mione roz­mowy, ale trzask ognia wciąż zagłu­szał wszyst­kie odgłosy w pomiesz­cze­niu. Dry­blas dalej rzu­cał lot­kami w tar­czę, wysta­wia­jąc stopę znacz­nie poza linię zazna­czoną na pod­ło­dze. Kobieta o ostrych rysach twa­rzy, która dotąd sie­działa ze sta­rym męż­czy­zną, pode­szła do sto­lika nasto­lat­ków. Wyda­wała się drobna i nie­wy­soka, gdy sta­nęła nad chło­pa­kiem, który zare­cho­tał z żartu dry­blasa. Teraz ode­chciało mu się śmiać. Sie­dział zgar­biony i nadęty, a jego kole­dzy mieli zakło­po­tane miny, bo kobieta besz­tała go cicho, ale nie­prze­jed­na­nie.

– …z dziad­kiem, skoro są jego uro­dziny, a nie z kum­plami…

– Ale cio­ciu…

– Nie sprze­czaj się ze mną, bo…

Urwała, gdy prze­cho­dzi­łem obok. Nasto­la­tek spoj­rzał na mnie ponuro. Miał te same ostre rysy co ona, choć skut­kiem nie­zna­nego gene­tycz­nego kaprysu to, co u niej spra­wiało wra­że­nie elfiej ete­rycz­no­ści, u niego wyglą­dało na prze­bie­głość i skłon­ność do buntu. Kobieta zacze­kała, aż ich wymi­ną­łem, po czym cią­gnęła ści­szo­nym gło­sem, żebym nie mógł usły­szeć słów. Jej repry­menda naj­wy­raź­niej poskut­ko­wała – krze­sło zgrzyt­nęło o pod­łogę, a wście­kły nasto­la­tek wstał, pod­szedł do dru­giego sto­lika i zajął miej­sce tuż obok starca.

Ruszy­łem w głąb sali. Wybra­łem wolny sto­lik, powie­si­łem mokrą kurtkę na opar­ciu krze­sła, żeby wyschła, następ­nie wyją­łem lap­topa z torby i go otwo­rzy­łem. Zamie­rza­łem jesz­cze raz przej­rzeć przy­słany mi plik zawie­ra­jący infor­ma­cje o poli­cyj­nej akcji poszu­ki­waw­czej w Car­li­sle, ale nie zdą­ży­łem. Lap­top led­wie odpa­lił, gdy dry­blas przy­ma­sze­ro­wał do mojego sto­lika i pod­su­nął sobie krze­sło naprze­ciwko.

Jęk­ną­łem w duchu, bo usiadł z hukiem, roz­kra­cza­jąc umię­śnione nogi i wysta­wia­jąc przed sie­bie piwny brzuch. Szklanka wyglą­dała jak kie­li­szek w jego pokry­tym odci­skami łap­sku.

– A to po co to? – spy­tał z wil­czym uśmie­chem, ruchem głowy wska­zu­jąc mojego lap­topa. – Kle­pa­nie na kom­pu­terku? Nie zła­piesz tu wi-fi, kolego. Nie ma też zasięgu w tele­fo­nach.

– Nie szko­dzi.

Nie zamie­rza­łem łączyć się z inter­ne­tem. Praca, którą wyko­ny­wa­łem, była zbyt poufna, aby doty­czące jej infor­ma­cje powie­rzać nie­za­bez­pie­czo­nej sieci. Cze­ka­łem z otwar­tym lap­to­pem, mając nadzieję, że dry­blas wykaże się tak­tem. Nie­stety roz­parł się wygod­niej na krze­śle.

– Żar­to­wa­łem sobie wcze­śniej. Trzeba się cza­sem roz­we­se­lić, co nie? – Jego uśmiech nie dotarł do małych oczu. – Sły­sza­łem, że jesteś z Lon­dynu. Spo­tka­łeś kie­dyś króla?

– Raz czy dwa. – Poczu­łem małą satys­fak­cję, kiedy uśmiech spły­nął z jego ust. – Żar­tuję.

– Dobre. – Weso­łość powró­ciła na twarz, ale oczy patrzyły zło­śli­wie i zaraz poża­ło­wa­łem swo­jej drwiny. Przy­su­nął się bli­żej na krze­śle, aż nasze nogi pra­wie się sty­kały. – Więc po co jedziesz do Car­li­sle?

Zamkną­łem lap­topa, z tru­dem powstrzy­mu­jąc się od wes­tchnie­nia.

– Jadę do pracy.

– A czym się zaj­mu­jesz? Cze­kaj, zgadnę. Jesteś poeta. Nie, wete­ry­narz. Dla­tego lubisz owce.

– Jestem leka­rzem.

To była prawda, przy­naj­mniej w pew­nym sen­sie. Ukoń­czy­łem bowiem stu­dia medyczne, a w trud­nym okre­sie życia pra­co­wa­łem nawet jako lekarz rodzinny. Nie odry­wa­jąc ode mnie wzroku, mój nowy zna­jo­mek łyk­nął piwa, prze­płu­kał nim usta i połknął je gło­śno.

– Leka­rzem. – Wyda­wał się roz­cza­ro­wany, jakby liczył na coś lep­szego. – Założę się, że trzeba mieć nie­złe kwa­li­fi­ka­cje, żeby być leka­rzem.

– Niby tak.

– Kwa­li­fi­ka­cje kwa­li­fi­ka­cjami, a i tak się zgu­bi­łeś, co nie? – Jego uśmiech koja­rzył mi się z psem, który merda ogo­nem i jed­no­cze­śnie szcze­rzy kły. – Moje jedyne kwa­li­fi­ka­cje to prawo jazdy. Widzia­łeś tę plan­ta­cję świer­ków po dro­dze? Te wszyst­kie kurew­skie wiel­kie, spi­cza­ste drzewa? Tam pra­cuję. Kie­dyś ści­na­łem te dra­nie, a teraz je wożę. Wożę pie­przone drzewa jak tak­sów­karz ludzi.

Odchy­lił głowę do tyłu i roze­śmiał się, opry­sku­jąc mnie śliną i owie­wa­jąc piw­nym odde­chem. W pubie znów zapa­dła cisza. Zza sto­lika obok kominka patrzył na nas sta­rzec – miał kamienny wyraz twa­rzy, a jego surowe rysy były zasty­głe jak obli­cze posągu z Wyspy Wiel­ka­noc­nej. Pozo­stali rzu­cali mu ner­wowe spoj­rze­nia, ale dry­blas był zbyt zajęty sobą, by to zauwa­żyć.

– Lubisz drzewa? – spy­tał, pochy­la­jąc się do przodu. Poliki miał zaru­mie­nione od alko­holu, a w jego spoj­rze­niu było coś, co kazało sądzić, że moja odpo­wiedź nie ma naj­mniej­szego zna­cze­nia.

– Chyba tak.

– W takim razie spodoba ci się tutaj. Może to kom­pletne zadu­pie, ale pie­przo­nych drzew mamy pod dostat­kiem. Chcesz usły­szeć dow­cip? Wiesz, dla­czego droga się tu koń­czy? Bo kiedy Bóg stwo­rzył Eden…

– Tylko bez bluź­nierstw!

Głos starca zagrzmiał bar­dzo dono­śnie – chra­pliwy wrzask nie paso­wał do kru­chej postaci. Poczu­łem, jakby prze­strzeń w pubie prze­szył nagle prąd. Dry­blas wyba­łu­szył oczy, poru­sza­jąc bez­rad­nie ustami. Spra­wiał wra­że­nie czło­wieka, który został siar­czy­ście spo­licz­ko­wany.

– Prze­pra­szam, Wynn, nie chcia­łem…

– Nie pozwolę, żeby imię Boże przy­wo­ły­wać na próżno! Nie w moim pubie!

Drobna kobieta poło­żyła mu dłoń na ramie­niu.

– Już dobrze, tato, nie dener­wuj się…

– A ty mi nie mów, co mam robić! – wark­nął, strzą­sa­jąc jej rękę.

Córka zaci­snęła usta i posłusz­nie cof­nęła dłoń. Obok niej stał niski, smutny męż­czy­zna o imie­niu Eddie, który, jak sądzi­łem, był jej mężem. Wyglą­dał, jakby pra­gnął stać się jesz­cze mniej­szy. Nikt nie powie­dział ani słowa, gdy sta­rzec spoj­rzał gniew­nie w stronę dry­blasa.

– To jest kra­ina Pana Boga! – Wyjął fajkę z ust i dla emfazy zaczął nią dźgać powie­trze. – Sły­szysz mnie? Kra­ina samego Boga!

– Wiem, nie chcia­łem… – Dry­blas poki­wał głową, a pod­bró­dek drżał mu jak dziecku powstrzy­mu­ją­cemu łzy. – Masz rację, Wynn. Kra­ina Boga.

Kiedy się zja­wi­łem, w pubie zapa­no­wała głę­boka cisza. Teraz jed­nak ogólne mil­cze­nie pod­szyte było napię­ciem. Wyda­wało się, że tylko zru­gany wcze­śniej nasto­la­tek nic sobie z tego nie robi. Sie­dział spo­koj­nie, pró­bu­jąc ukryć uśmie­szek za szklanką, a w jego oczach pobły­ski­wała mania­kalna radość.

Nagle otwo­rzyły się drzwi za barem i uka­zał się wysoki męż­czy­zna z ogo­loną głową, wycie­ra­jący ręce brud­nym ręcz­ni­kiem. Był z pew­no­ścią po pięć­dzie­siątce i miał w sobie coś z bok­sera – surową, masywną posturę i nos, który nie­gdyś został zła­many i źle nasta­wiony, co nada­wało jego twa­rzy asy­me­tryczny wygląd. Podo­bień­stwo do starca nie ule­gało naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści – ci dwaj jakby byli odlani z tej samej formy: sze­ro­kie ramiona, mocna budowa ciała i rysy twa­rzy, które natu­ral­nie ukła­dały się w ponury gry­mas. Z pew­no­ścią ojciec i syn, jed­nak nowo przy­były, choć postawny, w odróż­nie­niu od starca nie roz­ta­czał aury nie­kwe­stio­no­wa­nego auto­ry­tetu. Przy­po­mi­nało to patrze­nie na dwie wer­sje tej samej osoby – na ory­gi­nał i nie­do­sko­nałą kopię.

– Zatka­łem naj­gor­szy wyciek w życiu, ale woda cią­gle wybija przez kratkę – oznaj­mił, rzu­ca­jąc ręcz­nik za bar. Nawet jego głos był łagod­niej­szą wer­sją powar­ki­wań star­szego męż­czy­zny. – Jutro jesz­cze raz się temu przyj­rzę, ale…

Urwał, bo nagle wyczuł napiętą atmos­ferę. Rozej­rzał się, na chwilę zatrzy­mu­jąc wzrok na mnie, po czym pobiegł spoj­rze­niem dalej, omi­ja­jąc Eddiego, jakby go w ogóle nie było.

– Co się dzieje?

– Vic wła­śnie opo­wia­dał nam dow­cip – odparła córka starca. – Prawda, Vic?

Dry­blas był czer­wony jak burak, lecz nie nale­żało skła­dać tego wyłącz­nie na karb alko­holu.

– Po pro­stu się zgry­wa­łem. Znasz mnie, Alun.

„Znam” – suge­ro­wało spoj­rze­nie, które rzu­cił mu męż­czy­zna z ogo­loną głową.

– Zastą­pić cię? – zwró­cił się do bar­manki, która z nie­po­ko­jem obser­wo­wała sytu­ację zza kon­tu­aru.

Uśmiech­nęła się do niego.

– Nie, nie ma potrzeby. Idź, usiądź z rodziną.

– Na pewno? – Naj­wy­raź­niej nie spodo­bał mu się ten pomysł.

– Na pewno. Wła­śnie mia­łam zro­bić kanapkę temu panu. – Wska­zała mnie ski­nie­niem głowy. – Mogę zro­bić wię­cej, jak twój tata ma ochotę coś prze­gryźć.

– Nie zawra­caj sobie głowy – wychry­piał sta­rzec, ponow­nie wkła­da­jąc fajkę do ust. – Idę na górę.

Się­gnął po dwie laski oparte o stół i z tru­dem dźwi­gnął się z krze­sła. Jego córka zro­biła ruch, jakby chciała mu pomóc.

– Cze­kaj, pozwól mi…

– Pora­dzę sobie. Nie jestem kaleka.

– Chcia­łam tylko…

– Mówię, że dam sobie radę!

Zaci­ska­jąc usta, kobieta usia­dła zre­zy­gno­wana, a sta­rzec z tru­dem pod­niósł się na nogi. Psy rów­nież wstały, zie­wa­jąc i prze­cią­ga­jąc się leni­wie. Były to lur­chery przy­po­mi­na­jące szorst­ko­włose charty. Podą­żyły za star­cem, stu­ka­jąc pazu­rami o kamienne płyty. Męż­czy­zna wyszedł, żegnany chó­rem wyszep­ta­nych „dobra­noc”.

Gdy drzwi się za nim zamknęły, jego nasto­letni wnuk zaczął śpie­wać pod nosem:

– Sto lat, sto lat…

– Prze­stań – wark­nął męż­czy­zna ogo­lony na łyso.

– Rany, tato, ja tylko…

– Nie będę się powta­rzał.

Chło­pak ucichł, ale na twa­rzy wciąż miał prze­bie­gły uśmiech. Kiedy roz­mowy roz­brzmiały na nowo, dry­blas odsu­nął się na krze­śle i wstał. Rzu­ca­jąc mi na odchod­nym pogar­dliwe spoj­rze­nie, pod­szedł do sto­lika, przy któ­rym grupka męż­czyzn grała w domino. Chcia­łem popra­co­wać na lap­to­pie, ale teraz zre­zy­gno­wa­łem. Scho­wa­łem kom­pu­ter do torby, gotowy szybko się ulot­nić, gdyby zaszła potrzeba. Odtąd nikt już mi się nie naprzy­krzał, nie­mniej poczu­łem ulgę, gdy bar­manka poja­wiła się ponow­nie, nio­sąc kubek paru­ją­cej kawy i talerz sta­ran­nie przy­rzą­dzo­nych kana­pek.

– Mam nadzieję, że polubi pan nasze mary­naty – powie­działa, sta­wia­jąc poczę­stu­nek na stole.

Kiedy wysze­dłem na zewnątrz, zoba­czy­łem, że burza się wzmo­gła. Padał teraz deszcz ze śnie­giem, a nad głową szyld pubu koły­sał się tak gwał­tow­nie, że gro­ził zerwa­niem się z łań­cu­chów. Gdy ruszy­łem bie­giem do auta, bły­ska­wica roz­ja­śniła niebo nad latar­niami. Kanapka i gorąca kawa popra­wiły mi nastrój, ale zapra­gną­łem wyjść z pubu i poszu­kać miej­sca na noc. Dry­blas miał w sobie coś zło­wro­giego, a kolejne piwo na pewno by go dodat­kowo roz­zu­chwa­liło. Uzna­łem, że lepiej spać w bar­dziej zacisz­nym miej­scu.

Naci­sną­łem przy­cisk na pilo­cie, żeby otwo­rzyć samo­chód, lecz nagle z tyłu dobiegł mnie krzyk:

– Zacze­kaj no!

Stęk­ną­łem w duchu, bo roz­po­zna­łem potężną postać pędzącą w moim kie­runku z pubu. Dry­blas wło­żył żółtą kami­zelkę odbla­skową, a pod kap­tu­rem wid­niała zaczer­wie­niona twarz pokryta kro­plami desz­czu.

– Okropna noc, co? – Uśmiech­nął się do mnie przy­po­chleb­nie, ocie­ra­jąc desz­czówkę z policz­ków. – Sły­sza­łem, że potrze­bu­jesz noc­legu. Nie­da­leko stąd jest jedno miej­sce.

Jego nagła tro­ska wydała mi się podej­rzana.

– Podobno tu nic nie ma – odpar­łem.

– Tak mię­dzy nami mówiąc, to Stella nie prze­pada za wła­ści­cie­lami pen­sjo­na­tów. Pew­ni­kiem dla­tego nic nie powie­działa. Cza­sami tro­chę dziw­nie się zacho­wuje, wiesz, jak to jest z babecz­kami w tym wieku. Pew­ni­kiem prze­cho­dzi meno­pauzę. – Odwró­cił się, jakby jego słowa wyja­śniały wszystko, i wska­zał drogę. – Wyje­dziesz z mia­steczka, na skrzy­żo­wa­niu dalej pro­sto, potem drogą pod górę. Robi się tam tro­chę wąsko, ale jakiś kilo­metr póź­niej doje­dziesz do zawrotki i hotelu. Na pewno tra­fisz.

Spoj­rza­łem we wska­za­nym kie­runku. Za ostat­nimi świa­tłami mia­steczka pano­wały egip­skie ciem­no­ści.

– Podobno ta droga doni­kąd nie pro­wa­dzi.

– Nie pro­wa­dzi doni­kąd z wyjąt­kiem hotelu. Tam jest koniec drogi. Koniec trasy. – Woda kapała mu z zaro­stu, gdy uśmiech­nął się znowu jak wilk. – Pamię­taj, coby im powie­dzieć, że Vic cię przy­słał.

Z tru­dem zacho­wu­jąc powagę, pognał z powro­tem do pubu. Odpro­wa­dzi­łem go spoj­rze­niem, zasta­na­wia­jąc się, czy naprawdę jest tak kiep­skim kłamcą, jak spra­wiał wra­że­nie. Facet naj­wy­raź­niej chciał mi zro­bić kawał. Ani na moment nie uwie­rzy­łem, że we wska­za­nej oko­licy stoi hotel, ale prze­cież i tak musia­łem zna­leźć dogodne ustro­nie na postój. Jeśli nawet dry­blas wysłał mnie na pust­ko­wie, to zaciszna, ślepa droga byłaby rów­nie dobrym miej­scem na noc­leg w aucie jak każde inne.

Ruszy­łem przez mia­steczko, a wycie­raczki dziel­nie zgar­niały deszcz i śnieg z przed­niej szyby. Zabu­do­wa­nia można było poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki. Nieco dalej skoń­czyły się latar­nie i znów jecha­łem w ciem­no­ści. Miną­łem kilka ostat­nich domów z oknami roz­ja­śnio­nymi cie­płym świa­tłem, po czym zosta­wi­łem Eden­dale w tyle. Dotar­łem do małego skrzy­żo­wa­nia i ruszy­łem pro­sto drogą pnącą się pod górę. Wkrótce zwę­ziła się do obro­śnię­tej po obu stro­nach jed­no­pa­smówki, a gałę­zie i mar­twe łodygi zaro­śli sze­le­ściły po bokach auta. Skrzy­wi­łem się, bo coś poskro­bało karo­se­rię; przy­po­mi­nało to dra­pa­nie paznok­ciami po szkol­nej tablicy. Teraz zro­zu­mia­łem, na czym pole­gał żart dry­blasa. Nie ocze­ki­wa­łem, że znajdę jaki­kol­wiek hotel, ale cho­dziło o to, że było za wąsko, bym mógł zawró­cić. Z pew­no­ścią utknął­bym na dobre, wyko­nu­jąc taki manewr w ciem­no­ści.

Musia­łem brnąć dalej.

Byłem wście­kły na sie­bie za to, że dałem się nabrać na dzie­cinny żart. Nachy­li­łem się, by prze­bić wzro­kiem zasłonę w postaci pada­ją­cego desz­czu i śniegu, ocze­ku­jąc, że wiej­ska droga zaraz się skoń­czy lub będzie zata­ra­so­wana, co unie­moż­liwi mi dal­szą jazdę. Zasta­na­wia­łem się, czy nie powi­nie­nem się po pro­stu zatrzy­mać i pocze­kać na świt, lecz nagle coś się uka­zało w bla­sku reflek­to­rów.

W poło­wie prze­sło­nięte drze­wami stały dwa pochyłe kamienne słupki bramne. Wzno­siły się po obu stro­nach nie­oświe­tlo­nego pod­jazdu, który roz­wie­rał się mię­dzy nimi jak mroczna pasz­cza. Do jed­nego z nich przy­twier­dzono stary szyld.

„Hil­l­side House Hotel & Spa”.

Zwol­ni­łem i zatrzy­ma­łem samo­chód. No pro­szę, a więc dry­blas nie kła­mał, a przy­naj­mniej nie w stu pro­cen­tach. Tutaj naprawdę stał hotel!

Pro­blem w tym, że był zamknięty.

Bar­dzo zabawne. Prze­ko­miczne. Zaklą­łem cicho, do dłu­giej listy złych decy­zji pod­ję­tych tego dnia doda­jąc kolejną. Mimo wszystko miej­sce to mogło oka­zać się lep­sze na nocny postój niż jakie­kol­wiek inne. Uzna­łem, że w naj­gor­szym razie zawrócę na pod­jeź­dzie i odjadę.

Sunąc ostroż­nie do przodu, miną­łem bramę i wje­cha­łem na teren hotelu. W świe­tle reflek­to­rów dostrze­głem ocie­ka­jące wodą wyso­kie krzewy o gru­bych, zamszo­wych liściach – waw­rzyny albo rodo­den­drony. Pora­stały gęsto teren po obu stro­nach, ogra­ni­cza­jąc widok, gdy ruszy­łem stro­mym pod­jaz­dem. Wyda­wało się, że pod­jazd cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność, wijąc się wśród krza­ków, aż nagle reflek­tory oświe­tliły duży budy­nek. W oknach było ciemno, a ogromne drew­niane drzwi, osa­dzone w ozdob­nym rzeź­bio­nym por­tyku, wyglą­dały, jakby nie otwie­rano ich od dawna. Wyso­kie kamienne mury, poczer­niałe od desz­czu, zwień­czone były wie­życz­kami i igli­cami, co nada­wało cało­ści wygląd pod­ra­bia­nego szkoc­kiego zamku.

Opusz­czo­nego pod­ra­bia­nego szkoc­kiego zamku.

Opony zachrzę­ściły na spę­ka­nym asfal­cie, gdy wci­sną­łem hamu­lec, żeby zatrzy­mać się przed budyn­kiem. Liczy­łem na cie­pły posi­łek i wygodne łóżko. Cze­kała mnie nato­miast zimna noc przed opusz­czo­nym hote­lem pośrodku pust­ko­wia. Bosko, w tych warun­kach na pewno zna­ko­mi­cie wypo­czął­bym przed jutrem, które zapo­wia­dało się jako bar­dzo wyma­ga­jący dzień. Zga­si­łem sil­nik i reflek­tory i sie­dzia­łem w ciem­no­ściach, pró­bu­jąc zebrać siły, by się­gnąć po lap­topa leżą­cego na tyl­nym sie­dze­niu.

Ośle­pia­jące świa­tło roz­ja­śniło ciem­ność.

W pierw­szej chwili pomy­śla­łem, że ude­rzył pio­run, ale roz­błysk trwał. Coś świe­ciło rów­no­mier­nie, roz­pra­sza­jąc cie­nie przed hote­lem. Zda­łem sobie sprawę, że to nie było wyła­do­wa­nie atmos­fe­ryczne.

Reflek­tory dachowe.

Coś ude­rzyło w szybę auta i aż pod­sko­czy­łem, bo ujrza­łem syl­wetkę sto­jącą na zewnątrz. Był to męż­czy­zna, któ­rego nadej­ścia nie zauwa­ży­łem z powodu burzy. Twarz zasła­niał kap­tur kurtki, ale nie dla­tego zamar­łem ze stra­chu.

Za szybą zoba­czy­łem wymie­rzoną we mnie dubel­tówkę.

Rozdział 3

Woda spły­wała po lufach, kapała z dwóch czar­nych otwo­rów. Strzelba była wyce­lo­wana lekko w bok, nie wprost we mnie, ale trzy­mana w spo­sób jed­no­znaczny. Spoj­rza­łem na męż­czy­znę, który ści­skał ją w dło­niach. Pod kap­tu­rem czar­nej kurtki widzia­łem tylko zaci­śnięte usta oto­czone gęstą brodą. Wymow­nym ruchem dubel­tówki nie­zna­jomy naka­zał mi otwo­rzyć okno w aucie. Nie mia­łem na to naj­mniej­szej ochoty, choć zro­szona desz­czem szyba sta­no­wiła marne zabez­pie­cze­nie przed ewen­tu­al­nym strza­łem.

Nie pozo­sta­wiono mi jed­nak wyboru. Szyba osu­nęła się z piskiem, wpusz­cza­jąc do cie­płego wnę­trza podmuch lodo­wa­tego wia­tru i desz­czu. Zatrzy­ma­łem ją w poło­wie, wciąż patrząc na męż­czy­znę sto­ją­cego tuż obok. Spod kap­tura spo­glą­dała na mnie para wro­gich oczu. Były ude­rza­jąco jasne na tle ciem­nej brody, jak śle­pia husky.

– Co tu robisz?

Sta­ra­łem się zacho­wy­wać, jakby to była zwy­kła roz­mowa.

– Szu­kam miej­sca na noc­leg – odpar­łem. – Powie­dziano mi, że tu jest hotel.

– Bzdura. Kto ci powie­dział?

– Jeden facet w pubie. Pew­nie uznał to za świetny żart. Prze­pra­szam za naj­ście w takim razie.

Chcia­łem zamknąć okno, ale męż­czy­zna zro­bił krok do przodu.

– Chwi­leczkę, jesz­cze nie skoń­czy­łem.

Przy­su­nął bli­żej strzelbę w reak­cji na moje zacho­wa­nie. Natych­miast zre­zy­gno­wa­łem z zamknię­cia okna. Po krót­kim waha­niu prze­nio­słem wzrok z broni na jej wła­ści­ciela.

– Mógłby pan celo­wać gdzieś indziej? – spy­ta­łem.

Byłem zasko­czony wła­snym opa­no­wa­niem. Męż­czy­zna spoj­rzał na dubel­tówkę, jakby nie zda­wał sobie sprawy z tego, że trzyma ją w dło­niach. Po chwili opu­ścił broń.

– Cią­gle mi nie powie­dzia­łeś…

– Jon!

Po spę­ka­nym asfal­cie bie­gła w naszym kie­runku nie­zna­joma kobieta. Też miała na sobie kurtkę, którą przy­ci­skała do piersi w obro­nie przed zaci­na­ją­cym desz­czem i śnie­giem.

– Co się dzieje? – spy­tała.

W jej gło­sie zło­wi­łem cha­rak­te­ry­styczne dla Lan­ca­shire spłasz­czone samo­gło­ski. Była wysoka i miała ciemną kar­na­cję. Z groźną miną sta­nęła wprost przed męż­czy­zną.

– Pró­buję się dowie­dzieć, co on tu robi – odparł męż­czy­zna. Sta­rał się oka­zać sta­now­czość, ale w jego gło­sie zabrzmiała ase­ku­rancka nuta.

– Och, na litość boską! – Roz­gnie­wana kobieta wska­zała strzelbę. – A co robisz z tą cho­lerną flintą?

– Prze­cież nie jest nała­do­wana – mruk­nął, kie­ru­jąc lufę do ziemi.

– A on oczy­wi­ście o tym wie, prawda? – Odwró­ciła się do mnie. – Bar­dzo pana prze­pra­szam. Pro­szę wyba­czyć mężowi. Mie­li­śmy kło­poty z kłu­sow­ni­kami, więc jeste­śmy tro­chę… prze­wraż­li­wieni na punk­cie bez­pie­czeń­stwa.

Tro­chę? Nie­za­leż­nie od ich pro­ble­mów chcia­łem po pro­stu jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć tę roz­mowę i odje­chać.

– Prze­pra­szam za naj­ście – powie­dzia­łem. – Nie mia­łem poję­cia, że hotel jest zamknięty. Ktoś w pubie wmó­wił mi, że znajdę tu pokój na noc.

– Bzdura – powtó­rzył męż­czy­zna.

– Na imię ma Vic – cią­gną­łem, zwra­ca­jąc się wciąż do jego żony. – Duży facet po pięć­dzie­siątce. Chciał, bym prze­ka­zał, że to on mnie przy­syła.

Oboje wymie­nili spoj­rze­nia.

– Pie­przony Hooley – wark­nął męż­czy­zna. – Jezu, któ­re­goś dnia…

– Jon!

Żona uci­szyła go sku­tecz­nie, choć na­dal miał mord w oczach. Wzią­łem głę­boki oddech. Przez otwarte okno wciąż bęb­nił we mnie deszcz.

– Hm, ja już lepiej sobie pojadę. Jesz­cze raz prze­pra­szam za zamie­sza­nie.

– Zaraz, chwi­leczkę – powie­działa szybko kobieta, bo chcia­łem zasu­nąć szybę. Woda kapiąca z jej kap­tura przy­po­mi­nała zasłonę z kora­li­ków. – Dokąd pan jedzie?

– Do Car­li­sle.

– To za daleko, żeby jechać w nocy w takich warun­kach. – Urwała i odgar­nęła kosmyk czar­nych wło­sów, który deszcz przy­kleił jej do policzka. – Pro­szę posłu­chać, to już nie jest hotel, ale mamy mnó­stwo wol­nych pokoi…

– Zaraz, moment! – wtrą­cił się jej mąż.

– Możemy pana przy­jąć na noc – cią­gnęła, jakby go nie usły­szała. – To dla nas żaden kło­pot.

– Dzię­kuję, dam sobie radę.

Zmru­żyła oczy pod napo­rem desz­czu.

– Źle bym się czuła, gdy­bym puściła pana w taką pogodę. Jazda w takich warun­kach jest naprawdę nie­bez­pieczna.

– Prze­cież sły­sza­łaś, co powie­dział – nie dawał za wygraną mąż. – Nie chce zostać.

– Dzi­wisz mu się? – odwark­nęła kobieta, po czym znów zwró­ciła się do mnie: – Pro­szę zostać. Przy­naj­mniej tyle możemy dla pana zro­bić.

Nie mia­łem na to naj­mniej­szej ochoty. Jej mąż… Burza, nie burza, wola­łem zary­zy­ko­wać dal­szą jazdę. Zanim jed­nak zdą­ży­łem odpo­wie­dzieć, na nie­bie trza­snęła bły­ska­wica. Nie była to poje­dyn­cza smuga, lecz roz­ga­łę­zione wyła­do­wa­nie, na tyle jasne, że prze­biło się przez świa­tło reflek­to­rów na dachu budynku. Reflek­tory zami­go­tały i zga­sły, a noc roz­darł potężny prze­ni­kliwy trzask, który poczu­łem w samo­cho­dzie.

– Kiran na pewno się obu­dził – powie­działa zanie­po­ko­jona kobieta, spo­glą­da­jąc w stronę zaciem­nio­nego hotelu. Ponow­nie zwró­ciła się do mnie: – Prze­pra­szam, ale w domu śpi dziecko. Jeśli się obu­dzi, a nas nie będzie, to się prze­stra­szy. Wytłu­macz panu, że musi zostać, Jon.

– Co? Nisha, cze­kaj…

Lecz ona już bie­gła z powro­tem do hotelu, zni­ka­jąc w ciem­no­ści.

Mąż wpa­try­wał się w jej plecy, a strzelba zwi­sała przy jego boku niczym zapo­mniany rekwi­zyt. Wes­tchnął.

– Słu­chaj pan… – Wyglą­dało, jakby szu­kał wła­ści­wych słów, po czym dał za wygraną. – Ona ma rację, powi­nien pan zostać. To zła noc na jazdę samo­cho­dem.

– Dzięki, ale dam sobie radę.

– Jak pan chce. – Ruszył śla­dem żony. Sku­lony pod napo­rem desz­czu krzyk­nął do mnie przez ramię: – Jak zmieni pan zda­nie, to trzeba iść dróżką na tył!

Zamkną­łem okno, kiedy znik­nął w mroku przed domem. Hm, zmie­nił śpiewkę. Odczu­łem wyraźną ulgę, lecz po chwili wyparła ją nie­pew­ność. I pewna doza nie­do­wie­rza­nia. Gdy­bym usły­szał o kimś, kto choć przez uła­mek sekundy zasta­na­wiał się nad przy­ję­ciem gościny u nie­zna­jo­mego, który przed chwilą gro­ził mu strzelbą, uznał­bym tego czło­wieka za nie­spełna rozumu. Na wła­snej skó­rze prze­ko­na­łem się, co może się stać, gdy ludzie uwa­żają, że śmierć i prze­moc doty­kają wyłącz­nie kogoś innego.

A jed­nak, co oso­bliwe, nie czu­łem żad­nego zagro­że­nia. Szok wywo­łany patrze­niem pro­sto w lufy dubel­tówki wyda­wał się teraz odle­gły, roz­pro­szony przez jedno zda­nie.

„W domu śpi dziecko”.

Znów poczu­łem ulgę, choć być może było to nie­ra­cjo­nalne. Gdyby ci ludzie naprawdę chcieli wyrzą­dzić mi krzywdę, to przed chwilą mieli wyma­rzoną oka­zję. Ponadto co było bar­dziej lek­ko­myślne? Sko­rzy­sta­nie z gościn­no­ści u nie­zna­jo­mych czy dal­sza jazda – w tych warun­kach i pomimo zmę­cze­nia?

Reflek­tory dachowe poga­sły nagle, pogrą­ża­jąc wszystko w ciem­no­ści. Albo gospo­da­rze uznali nasze spo­tka­nie za zakoń­czone, albo świa­tłami ste­ro­wał zegar. Tak czy owak, nie mogłem tam sie­dzieć całą noc. Ponow­nie roz­kwi­tła bły­ska­wica, jakby niebo zapra­gnęło pomóc mi w pod­ję­ciu decy­zji, a sekundę póź­niej trza­snął pio­run. Tkwiąc w aucie, pomy­śla­łem o pognie­cio­nym liście, który wypadł z kie­szeni. I nagle się prze­ła­ma­łem.

Chwy­ci­łem torbę z lap­to­pem i kurtkę i pośpiesz­nie wysia­dłem wprost w obję­cia burzy.

Fotel zaskrzy­piał, bo odchy­li­łem się do tyłu wpa­trzony w zdję­cia na ekra­nie lap­topa. Na biurku stał kubek z wysty­głą kawą – nie tyle zapo­mniany, ile raczej nie­chciany. Ekran uka­zy­wał maka­bryczne sceny: zwłoki ludz­kie w rowie, sfo­to­gra­fo­wane z kilku per­spek­tyw. Toż­sa­mość ofiary pozo­sta­wała zagadką, podob­nie jak jej wiek, płeć i pocho­dze­nie. Zwłoki znaj­do­wały się w sta­nie roz­kładu, spuch­nięte wsku­tek gazów wytwa­rza­nych przez bak­te­rie, a płyny tra­wienne roz­pu­ściły komórki i tkankę. Skóra pociem­niała do barwy kar­melu. Zaczęła się złusz­czać jak zużyty per­ga­min, zaś w otwo­rach natu­ral­nych i nienatu­ral­nych roiły się larwy muchówki, przy­po­mi­na­jące gar­ście ryżu.

Na miej­sce zda­rze­nia wezwał mnie wraz z poli­cją i innymi służ­bami mój dawny kolega. Stan fizyczny zwłok zda­wał się zaprze­czać wyni­kom labo­ra­to­ryj­nym, co dopro­wa­dziło do sporu na temat tego, kiedy nastą­pił zgon. Wie­dziano, że zaj­muję się podob­nymi przy­pad­kami, popro­szono mnie więc o dodat­kową opi­nię.

Był to pro­blem z rodzaju tych, któ­rymi zazwy­czaj się zaj­mo­wa­łem. Jako antro­po­log sądowy spe­cja­li­zo­wa­łem się w szcząt­kach ludz­kich, kon­kret­nie w kościach. Jed­nak już na początku kariery zapra­gną­łem zro­zu­mieć szer­sze prze­miany zacho­dzące w chwili zakoń­cze­nia życia, pro­cesy fizyczne, w wyniku któ­rych nie­gdyś żywa osoba, zdolna do miło­ści i snu­cia pla­nów, staje się zwap­nia­łym relik­tem. Zwy­kle z rado­ścią wita­łem oka­zję do roz­wi­kła­nia skom­pli­ko­wa­nej sprawy.

Ale nie tym razem.

Nie mogłem zapo­mnieć ani na chwilę o wia­do­mo­ści otrzy­ma­nej dzień wcze­śniej. Cze­kała na mnie, gdy wró­ci­łem z uni­wer­sy­tetu – leżała wśród innych listów i ulo­tek na wyło­żo­nej kafel­kami pod­ło­dze za drzwiami mojego miesz­ka­nia w Cam­den. Uśmiech­ną­łem się, bo roz­po­zna­łem pismo, choć byłem zasko­czony, że wysłała list, zamiast wybrać mail lub tele­fon.

Powody zro­zu­mia­łem, kiedy prze­czy­ta­łem treść.

W nocy nie mogłem zmru­żyć oka. Gdy rano uda­łem się do wydziału medy­cyny sądo­wej, pró­bo­wa­łem odgo­nić myśli o liście, ale wciąż mnie dopa­dały i nie mogłem się sku­pić na ponu­rych obra­zach wyświe­tlo­nych na ekra­nie lap­topa.

Ucie­szy­łem się, kiedy ktoś zadzwo­nił z nie­zna­nego numeru, bo nade­szła chwila wytchnie­nia. Natych­miast ode­bra­łem.

– Słu­cham, David Hun­ter.

W słu­chawce ode­zwał się kobiecy głos:

– Prze­pra­szam, że tak znie­nacka, dok­to­rze. Mówi sier­żant Chau­dry z poli­cji w Kum­brii. Ma pan chwilę na roz­mowę?

Odpo­wie­dzia­łem, że tak.

– Pro­wa­dzimy poszu­ki­wa­nia zwłok zagi­nio­nej osoby – powie­działa Chau­dry. – Szes­na­sto­letni chło­pak z Car­li­sle, zagi­nął pół roku temu. Ucie­kał kilka razy z domu, więc z początku nikt się nie zanie­po­koił. Ale dosta­li­śmy cynk, że umarł z przedaw­ko­wa­nia, a diler zako­pał zwłoki na opusz­czo­nym tere­nie prze­my­sło­wym na obrze­żach Car­li­sle. Potrze­bu­jemy antro­po­loga sądo­wego, aby zba­dać sprawę, no i gorąco pole­cono nam pań­skie usługi.

Chcia­łem przy­jąć tę pro­po­zy­cję współ­pracy, ale górę wziął prag­ma­tyzm. Kum­bria leży prze­cież daleko od Lon­dynu.

– Nie ma nikogo w waszej oko­licy? – spy­ta­łem.

Kiedy zaczy­na­łem karierę, antro­po­log sądowy wciąż był rzadko spo­ty­ka­nym zja­wi­skiem. W ciągu wielu lat odde­le­go­wy­wano mnie do śledztw w całej Wiel­kiej Bry­ta­nii, ale ostat­nio napływ nowych osób do mojej pro­fe­sji spra­wił, że zazwy­czaj wybie­rano antro­po­logów z kon­kret­nej oko­licy. Oczy­wi­ście dobra repu­ta­cja nie była bez zna­cze­nia.

– Nie znaj­dziemy nikogo w tak krót­kim cza­sie – odparła Chau­dry. – Poza tym nad­in­spek­tor Perry, sze­fowa wydziału śled­czego, współ­pra­co­wała z panem już wcze­śniej. W Gram­pia­nach, zanim prze­nie­siono ją do nas. Była wtedy sze­re­gową funk­cjo­na­riuszką, więc uważa, że pew­nie pan jej nie pamięta.

Ow­szem, nie pamię­ta­łem. Przy­po­mnia­łem sobie udział w akcji poli­cyj­nej w górach środ­ko­wej Szko­cji, ale nie mogłem sko­ja­rzyć nikogo o nazwi­sku Perry. Szcze­rze mówiąc, było to dawno temu. Bar­dzo dawno temu, jeśli zwy­kła poli­cjantka awan­so­wała do rangi nad­in­spek­tora.

– Kiedy miał­bym przy­je­chać? – spy­ta­łem, wal­cząc z nagłą świa­do­mo­ścią upływu czasu.

– Odprawę zapla­no­wano na jutro po połu­dniu, więc nie musi się pan bar­dzo śpie­szyć. Jeśli nie chce pan jechać samo­cho­dem, to są bez­po­śred­nie połą­cze­nia pocią­giem z Lon­dynu.

Byłaby to długa podróż, jakiej nie odby­wa­łem od lat. Pomy­śla­łem o tym, że przez cztery godziny będę sie­dział w pociągu nękany upo­rczy­wymi myślami o…

– Dobrze, przy­jadę.

Otwo­rzy­łem gwał­tow­nie oczy. Przez chwilę nie mia­łem poję­cia, gdzie się znaj­duję. Sie­dzia­łem wypro­sto­wany w obcym pomiesz­cze­niu, a nie w swoim gabi­ne­cie na uczelni. Kuch­nia, lecz jak­bym widział ją po raz pierw­szy. Zaraz potem pamięć wró­ciła i wszystko sobie przy­po­mnia­łem.

Byłem w hotelu. W Hil­l­side House.

Roz­ma­so­wa­łem sztywny kark, tym­cza­sem pamięć pod­rzu­cała obrazy. W roz­świe­tlo­nej kuchni, wypeł­nio­nej obfi­tym aro­ma­tem domo­wej zapie­kanki, było tak cie­pło, że aż zakrę­ciło mi się w gło­wie. Dokoła cią­gnęło się duże pomiesz­cze­nie peł­niące zara­zem funk­cję jadalni i salonu. W jed­nej czę­ści zoba­czy­łem wysie­dzianą kanapę i fotele usta­wione przed wyłą­czo­nym tele­wi­zo­rem, a w dru­giej znaj­do­wała się kuch­nia ze sta­rym sto­łem, przy któ­rym tkwi­łem. Wypo­sa­że­niem był misz­masz prze­sta­rza­łych urzą­dzeń i pokry­tych lami­na­tem sza­fek z lat sie­dem­dzie­sią­tych oraz opa­lany drew­nem piec kuchenny, który wyglą­dał na jesz­cze więk­szy zaby­tek. W jed­nym kącie, na sta­rej ławce szkol­nej prze­ro­bio­nej na biurko, usta­wiono dwa duże moni­tory kom­pu­te­rowe, sil­nie kon­tra­stu­jące z całym wystro­jem. Przed biur­kiem wartę trzy­mało kuchenne krze­sło z pro­stym opar­ciem, a na jego sie­dzi­sku leżała ogromna poduszka, wyraz dba­ło­ści o kom­fort.

Nie zoba­czy­łem nikogo.

Z samo­chodu do domu dotar­łem pra­wie w cał­ko­wi­tym mroku, bo reflek­tory dachowe zga­sły na dobre. Zarzu­ci­łem sobie na ramię torbę z rze­czami spa­ko­wa­nymi na pobyt w Car­li­sle i korzy­sta­jąc z latarki w tele­fo­nie, ruszy­łem we wciąż pada­ją­cym desz­czu ze śnie­giem. Roz­mo­kła żwi­rowa ścieżka bie­gła na tyły hotelu. Musia­łem prze­ci­snąć się obok samo­chodu zapar­ko­wa­nego z boku, widocz­nego tylko jako ciemny zarys. Góru­jące kamienne mury z jed­nej strony i roz­ko­ły­sane krzaki z dru­giej zasła­niały pra­wie całe oto­cze­nie. Świa­tło tele­fonu uka­zało w prze­lo­cie coś, co wyglą­dało na zanie­dbany warzyw­nik. Nagie gałę­zie drzew owo­co­wych podry­gi­wały na wie­trze jak ramiona kościo­trupa. Dalej roz­cią­gała się bez­kre­sna czerń.

Ścieżka pro­wa­dziła do par­te­ro­wej dobu­dówki. Blask wyle­wa­jący się zza zasło­nek w oknach był jak latar­nia mor­ska, ale kiedy dotar­łem do drzwi, prze­ży­łem chwilę waha­nia. Zasty­głem przy mato­wej szy­bie. Wiatr szar­pał moją kurtką, a deszcz bęb­nił w kap­tur.

Na pewno chcę tam wejść?

Odpo­wiedź była prze­cząca, ale i tak wyda­wało się to naj­lep­szym wyj­ściem z sytu­acji. Zapu­ka­łem i po kilku sekun­dach drzwi się otwo­rzyły. Męż­czy­zna ski­nął głową, cofa­jąc się, by mnie prze­pu­ścić.

– Pro­szę wejść.

Tonem głosu i postawą dawał wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że nie jest zado­wo­lony z mojej wizyty. Lecz kiedy wśli­zgną­łem się do środka, a on zamknął za mną drzwi, wyna­gro­dził mi to szczery uśmiech jego żony.

– Witam. Cie­szę się, że zde­cy­do­wał się pan zostać! Wła­śnie się zasta­na­wia­łam, czy pan przyj­dzie.

Deli­kat­nie koły­sała na rękach małe dziecko, pra­wie nie­mowlę. Dziecko się ock­nęło i skwa­szone patrzyło teraz na mnie zapła­ka­nymi ciem­nymi oczkami. Matka, z czar­nymi wło­sami zwią­za­nymi luźno z tyłu głowy, pró­bo­wała je uspo­koić.

– Cichutko, ten miły pan jest naszym gościem.

Chłop­czyk ukrył buzię w ramio­nach kobiety, z obo­jęt­no­ścią przyj­mu­jąc jej słowa.

– Mam nadzieję, że to nie ja go obu­dzi­łem – powie­dzia­łem.

– Nie, to przez burzę. – Uśmiech­nęła się, dzięki czemu zła­god­niały surowe rysy jej twa­rzy. – Aha, jestem Nisha. A to Kiran.

– David. David Hun­ter.

– Przy­wi­taj się z Davi­dem, Kiran. – Pró­bo­wała nakło­nić synka, żeby pod­niósł główkę, ale on nie miał na to ochoty. – Jest tro­chę marudny, jak się nie wyśpi.

– Jak my wszy­scy – mruk­nął jej mąż, prze­cho­dząc obok.

– Przed­sta­wi­łeś się już czy byłeś zajęty? – spy­tała Nisha cierp­kim tonem.

Zer­k­nął na nią kwa­śno, po czym nie­chęt­nie uniósł pod­bró­dek w moim kie­runku na znak powi­ta­nia.

– Jon Reese.

Bez kurtki wyglą­dał na młod­szego męż­czy­znę, miał może trzy­dzie­ści pięć lub trzy­dzie­ści osiem lat, do tego zie­mi­stą, bladą cerę, jakby wysma­ganą wia­trem, a krótko przy­cięte włosy i nie­chlujna broda mie­niły się na kasz­ta­nowo. Był umię­śniony i bar­czy­sty, aż pomy­śla­łem, że nie potrze­bo­wałby strzelby, gdyby chciał mi zro­bić krzywdę.

– Dzię­kuję za gościnę – powie­dzia­łem, odkła­da­jąc torbę. – Nie mia­łem ochoty spać w samo­cho­dzie, więc z miłą chę­cią zapłacę za pokój.

– Nie ma mowy! Cho­ciaż tyle możemy zro­bić po… – Nisha wyglą­dała na spe­szoną. – No wiesz.

Miała na myśli wyce­lo­waną we mnie strzelbę. Zauwa­żyła, że zer­k­ną­łem na broń, opartą teraz o ścianę przy drzwiach.

– Jon wła­śnie miał to scho­wać – powie­działa szybko. – Prawda, Jon?

– Naj­pierw musi obe­schnąć.

– Nie musi.

Męż­czy­zna w mil­cze­niu wło­żył ponow­nie kurtkę i buty, po czym pod­niósł strzelbę.

– Zado­wo­lona? – spy­tał i ruszył na zewnątrz.

Drzwi zatrza­snęły się za jego ple­cami.

Uśmiech jego żony nie zdo­łał zama­sko­wać powsta­łego napię­cia. Kobieta odwró­ciła się do mnie, popra­wia­jąc synka na rękach.

– Będziesz musiał zacze­kać, aż przy­go­tuję pokój, więc pro­szę usiąść. Podać ci her­batę, kawę albo coś do jedze­nia? Jak jesteś głodny, mamy zapie­kankę. Fasola i inne warzywa.

– Dzię­kuję, zja­dłem kanapkę i wypi­łem coś gorą­cego w pubie.

Usia­dłem przy kuchen­nym stole, sta­ra­jąc się nie patrzeć na dwa moni­tory kom­pu­te­rowe w kącie. Zauwa­ży­łem jed­nak, że na obu wyświe­tla się ten sam obraz – młody męż­czy­zna o nagim, wyrzeź­bio­nym tor­sie ćwi­czył na siłowni. Dokoła kłę­biła się roz­ma­ita gra­fika i tek­sty.

– To praca, nic szem­ra­nego – zapew­niła Nisha, pod­cho­dząc do biurka i prze­łą­cza­jąc moni­tory w tryb uśpie­nia. – Pro­jek­tuję stronę inter­ne­tową dla klubu fit­ness. Obie­ca­łam, że będzie gotowa na jutro.

– Nie chciał­bym prze­szka­dzać…

– Nie ma pro­blemu, i tak mia­łam zro­bić sobie prze­rwę. Dokoń­czę rano. – Uśmiech­nęła się, bo malec zaczął gła­skać ją po twa­rzy pulchną rączką. Zamar­ko­wała, że chce go ugryźć, więc roze­śmiał się zaraź­li­wie. – Lepiej położę tego małego potworka do łóżka, a potem przy­go­tuję ci pokój. Roz­gość się.

Ow­szem, roz­go­ści­łem się, i to bar­dziej, niż zamie­rza­łem. Wielki stary piec wydzie­lał ogromne ilo­ści cie­pła i w końcu przy­sną­łem w przy­tul­nej atmos­fe­rze. Gdy się ock­ną­łem i spoj­rza­łem na zega­rek, oka­zało się, że prze­drze­ma­łem ponad dzie­sięć minut. Prze­tar­łem twarz, zado­wo­lony, że nikt mnie nie przy­ła­pał na spa­niu. Jon wciąż nie wró­cił, ale kiedy zasta­na­wia­łem się, gdzie się podziewa, drzwi się otwo­rzyły nagle i do kuchni wró­ciła Nisha.

– Mojego męża nie ma? – spy­tała, roz­glą­da­jąc się dokoła.

– Nie, nie widzia­łem go.

Przez jej twarz prze­biegł cień nie­po­koju lub iry­ta­cji, ale szybko się opa­no­wała.

– Pew­nie coś go zatrzy­mało w warsz­ta­cie.

Sta­rała się przy­brać swo­bodny ton, lecz w jej gło­sie wyczu­łem napię­cie. Zasta­na­wia­łem się, czy dopa­dły ją spóź­nione żale, że wpu­ściła nie­zna­jo­mego do domu. Jed­nak jej uśmiech wyda­wał się naprawdę ser­deczny, kiedy sta­nęła w progu, przy­trzy­mu­jąc drzwi.

– Zapro­wa­dzę cię do pokoju, dobrze?

Rozdział 4

Nisha popro­wa­dziła mnie na koniec krót­kiego kory­ta­rza. Weszła pierw­sza, przy­trzy­mu­jąc drzwi. W łącz­niku dobu­dówki było chłod­niej niż w prze­grza­nej kuchni, a nagły spa­dek tem­pe­ra­tury spra­wił, że poczu­łem się, jak­bym wszedł do wyzię­bio­nej kost­nicy. Dotar­li­śmy do foyer sta­rego hotelu. Pano­wały tam wil­goć i stę­chła woń cha­rak­te­ry­styczna dla dawno zamknię­tych przy­byt­ków. Nad nami żyran­dol ze świe­cami z pla­stiku roz­ta­czał mdły żółty blask, który ledwo oświe­tlał zaka­marki dużej prze­strzeni pod wyso­kim sufi­tem. Pod­łogę pokry­wał zużyty par­kiet, a ściany wyło­żono pola­kie­ro­waną ciemną boaze­rią – w efek­cie poczu­łem się, jak­by­śmy byli zamknięci w gigan­tycz­nym pudełku. W miej­scach, gdzie daw­niej wisiały tabliczki i szafki, pozo­stały wybla­kłe pro­sto­kąty, a pory­so­wana lada recep­cyjna nosiła ślady otwo­rów po wier­tle. W głębi zoba­czy­łem ponu­me­ro­wane prze­gródki – do każ­dej z nich przy­wie­szony był mosiężny klu­czyk na małym haczyku.

Jak­bym cof­nął się w cza­sie do minio­nych dzie­się­cio­leci zakon­ser­wo­wa­nych w for­ma­li­nie. Moją uwagę pochło­nęło jed­nak co innego.

Foyer było pełne mar­twych zwie­rząt.

Wypchane ptaki – od sów i jastrzębi po rudziki i szczy­gły – tło­czyły się dokoła wespół z bor­su­kami, lisami i jele­niem. Nad gra­ni­to­wym komin­kiem wisiał łeb roga­cza, a obok stał niedź­wiedź, szcze­rząc kły w groź­nym gry­ma­sie i uno­sząc przed­nie łapy uzbro­jone w pazury.

Hm, nic dziw­nego, że ludzie ci miesz­kali w dobu­dówce.

– Prze­pra­szam za stan tego miej­sca, ale rzadko tutaj zaglą­damy – powie­działa Nisha, roz­glą­da­jąc się po ogrom­nym foyer, jakby zja­wiła się w nim po raz pierw­szy. Nie miała zachwy­co­nej miny. – To nie ja wybra­łam ten wystrój, żeby była jasność. Uro­cze, prawda?

Zer­k­ną­łem na sto­jącą obok szklaną gablotę, w któ­rej pustułka trzy­mała w szpo­nach polną mysz.

– No cóż, ktoś miał spe­cy­ficzny gust – stwier­dzi­łem.

– Ale dyplo­mata z cie­bie. Jon cią­gle powta­rza, że damy to wszystko do wyceny, ale jakoś nie możemy się zmu­sić. Praw­do­po­dob­nie są sporo warte, jeśli ktoś lubi takie tro­fea. – Wyraz jej twa­rzy nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści, że sama nie należy do tego gatunku ludzi. Chyba nawet się wzdry­gnęła. – Twój pokój jest na pierw­szym pię­trze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki