Odzwierciedlenie - A.E. Szumska - ebook + książka

Odzwierciedlenie ebook

A.E. Szumska

4,0

Opis

Niektóre głosy milkną. Inne wracają po latach.

Gdy na spokojnym osiedlu znika ośmioletnia dziewczynka, Joachim - pisarz wracający do twórczości po trudnym okresie w życiu - nie przypuszcza, że wydarzenia rozgrywające się wokół niego zaczną niepokojąco przypominać historię, którą napisał przed laty.

Razem z siostrą Marceliną próbuje odkryć, co kryje się za uprzejmymi uśmiechami sąsiadów i zamkniętymi furtkami domów, obok których przez lata przechodzili obojętnie. Z każdym kolejnym tropem coraz wyraźniej dostrzegają, że zaginięcie dziewczynki nie jest odosobnionym przypadkiem. To ślad prowadzący do tajemnicy pogrzebanej głęboko w przeszłości, pełnej przemilczeń, niewygodnych pytań i dzieci, które zniknęły bez śladu.

W poszukiwaniu odpowiedzi trafiają również do miejscowego księdza, którego rola w tej historii może okazać się kluczowa.

Im głębiej sięgają, tym bardziej utwierdzają się w przekonaniu, że odpowiedzi kryją się zarówno na kartach dawnej powieści Joachima, jak i w historii osiedla. A zaginięcie dziewczynki jest zaledwie początkiem.

Bo cisza nie zawsze oznacza spokój. Czasem kryje więcej niż najgłośniejszy krzyk.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 243

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (8 ocen)
4
2
1
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Dorotasz1992

Nie oderwiesz się od lektury

📚 Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją książki. Na początku dziękuję Wydawnictwu Novares i autorce za egzemplarz do recenzji. ❤️ Czy zastanawialiście się kiedyś, co byście zrobili w sytuacji, gdy czytacie jakąś książkę, dajmy na to kryminał, a jakiś czas później zaczynają się dziać rzeczy, które były w niej opisane? 😳 Jak byście zareagowali? Tutaj mamy Joachima i Marcelinę – rodzeństwo, które po tragediach, jakie ich spotkały, postanowiło zamieszkać razem. Joachim jest autorem książek, ale ma też za sobą walkę z uzależnieniem. Marcelina natomiast straciła córkę, Kalinkę, która – jak początkowo się dowiadujemy – zmarła z powodu choroby nowotworowej. Ale czy rzeczywiście tak było? 🤔 Akcja na dobre zaczyna się w momencie, kiedy ginie ośmioletnia sąsiadka Marceliny i Joachima. Dziewczynka zostaje uprowadzona w biały dzień, spod własnego domu. Kim są ludzie, którzy stoją za porwaniami? Dlaczego to robią? I przede wszystkim – dlaczego wydarzenia, które zaczynają mieć miejsce, są tak...
00
asha1994

Nie oderwiesz się od lektury

Recenzja ,,Odzwierciedlenie" A.E.Szumska Są książki, które się czyta, oraz takie, które pozostają w pamięci na długo. „Odzwierciedlenie” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Gdy na osiedlu znika 8-letnia Antonina Joachim wraz z siostrą Marceliną próbują odkryć co się kryje za usmiechami oraz furtkami sasiadów. Z kazdym krokiem to zaginięcie to początek głębszej sprawy a poza tym historia bardzo przypomina tą ze szkicu ksiazki Joachima ktora lezala w szufladzie nigdy nie wydana. A.E. Szumska zabiera czytelnika w pełną napięcia, emocji i niepokoju historię, która wielokrotnie zaskakuje i skłania do refleksji. Bohaterowie nie są idealizowani — mają własne tajemnice, słabości, błędy i demony. Każdy z nich coś ukrywa, a ich decyzje znacząco wpływają na rozwój wydarzeń. W tej historii nic nie jest oczywiste. Przeszłość nie daje o sobie zapomnieć, pozory mylą, a kolejne wydarzenia utrudniają ocenę, komu można zaufać. Niektóre decyzje bohaterów budzą frustrację, inne zaskakują, jed...
00
Szpilka_czyta

Nie polecam

CZEŚĆ! Moja passa na książki, czytanie których dłużyło mi się niemiłosiernie nadal trwa. Nie wiem czy to ze mną jest coś nie tak? Bo jak widzę na portalach czytelniczych same dobre oceny, to nie wiem czy wszyscy czytamy te same książki, chociaż tytuły się zgadzają. Jak juz wspomniałam wyżej czytanie tej pozycji nastręczyło mi sporo negatywnych emocji, momentami miałam ochotę cisnąć książką w kąt ale współpraca do czegoś zobowiązuje i musiałam tę historię dokończyć, choć przyznam szczerze, że przyszło mi to z wielkim trudem. Lubię kiedy w książkach pojawia się motyw zaginięcia dzieci a ich odnalezienie wzbudza mega pozytywne emocje. Małe osiedle, zmowa milczenia, niedopwiedzenia i wszechobecna tajemnica to coś co powinno dać gwarancję na niezapomniane chwile z książką. Tutaj zabrakło mi emocji, wszystko wydawało mi się oderwane od rzeczywistości, zaś sami bohaterowie nie wzbudzili we mnie krzty sympatii.
00
gruzka71

Całkiem niezła

Zapowiadała się interesująco, nie przepadam za S-F
00
LucyDemolka

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00

Popularność



Kolekcje



Pa­mię­ci mo­je­go taty,któ­ry na­uczył mnie ma­rzyć,a te­raz jest naj­ja­śniej­szą gwiaz­dąnad mo­imi sło­wa­mi

Prolog

(frag­ment nie­opu­bli­ko­wa­nej po­wie­ści –Jo­achim Bed­nar­czyk)

Nie­któ­re dźwię­ki wra­ca­ją i po­now­nie przy­cho­dzą tyl­ko nocą i tyl­ko wte­dy, gdy świat za­pa­da w ci­szę. W dzień ucie­ka­ją w szum ulic, war­kot sa­mo­cho­dów, w stu­kot kla­wia­tur oraz w roz­mo­wy, któ­re mają uda­wać nor­mal­ność. Ale noc nie kła­mie. Noc przy­no­si wszyst­ko z po­wro­tem. Noc nie uda­je.

Naj­pierw sły­chać krót­ki, po­dwój­ny dźwięk, jak­by ktoś ude­rzył w cien­ką, me­ta­lo­wą ba­rier­kę. Po­tem od­le­gły trzask, któ­ry za­wsze ko­ja­rzy mi się z za­my­ka­ny­mi drzwia­mi od piw­ni­cy i za­my­ka prze­strzeń w ciem­no­ści.

W tle sły­chać od­dech – krót­ki i ury­wa­ny. Taki jak wte­dy, gdy łzy wy­sy­cha­ją zbyt szyb­ko, jak u dziec­ka po dłu­gim pła­czu. Po­tem za­pa­da ci­sza.

Cza­sem są to kro­ki, któ­re za­czy­na­ją się mięk­ko, pra­wie jak do­tyk, ale z każ­dym ko­lej­nym cię­żar ro­śnie. Ni­g­dy nie jest ich wię­cej niż czte­ry, a po­tem znów za­pa­da ci­sza.

Bywa, że prze­bi­ja się inny dźwięk, jak krót­ka me­lo­dia, za­pę­tlo­na w nie­skoń­czo­ność, jak­by nie wie­dzia­ła, że po­win­na się skoń­czyć. Do­bie­ga jak z za­baw­ki, któ­ra wciąż dzia­ła, choć ba­te­ria po­win­na się daw­no wy­czer­pać. Gdzieś w środ­ku kry­je się głos, a ra­czej szept. Mówi dwa sło­wa, lecz pa­mię­tam tyl­ko jed­no.

Lu­dzie my­ślą, że to tyl­ko wspo­mnie­nia, ale wspo­mnie­nia nie zmie­nia­ją miej­sca. Te dźwię­ki wra­ca­ją z no­wych ką­tów, jak­by wę­dro­wa­ły po ma­pie, któ­rej nie po­tra­fię jesz­cze od­czy­tać.

Te od­gło­sy wę­dru­ją i wciąż wra­ca­ją z in­nych stron, jak­by prze­mie­rza­ły ścież­ki, o któ­rych nikt już nie pa­mię­ta. Ścież­ki, któ­re wciąż pro­wa­dzą w dół. Ta­kie mam wra­że­nie.

Je­śli kie­dy­kol­wiek przy­ło­żysz ucho do zie­mi, usły­szysz wię­cej, niż chciał­byś wie­dzieć. I zro­zu­miesz, że nie wszyst­ko, co jest za­mknię­te, jest na­praw­dę bez­piecz­ne. Naj­waż­niej­sze py­ta­nie: czy je­steś go­tów, by to zro­zu­mieć?

Dzie­ci mil­czą, ale echo ich kro­ków za­wsze pro­wa­dzi w to samo miej­sce. Nie py­taj, kto je za­brał, py­taj, kto na to po­zwo­lił. A je­śli kie­dyś w nocy usły­szysz sze­lest za­baw­ki, któ­ra po­wta­rza obcy głos, ucie­kaj.

Ni­g­dy nie są­dzi­łem, że po la­tach wró­cę do wła­snych słów, a fik­cja sta­nie się cie­niem rze­czy­wi­sto­ści.

JOACHIM

Wena

Za­czę­ło się. Zno­wu. Nikt tak nie wpły­wa na moje my­śli. Wte­dy wy­da­je mi się, że je­stem zu­peł­nie gdzie in­dziej, że jest ja­sno, spo­koj­nie, sły­szę brzę­cze­nie psz­czół i ćwier­ka­nie pta­ków. Ten stan trwa ja­kieś pięć mi­nut. Po­tem wra­cam do nor­mal­no­ści, tej strasz­nej. Znów je­stem w ciem­nym po­ko­ju, gdzie zza okna wi­dać tyl­ko że­la­zne kra­ty. Jego uścisk na mo­jej szyi spo­wal­nia bi­cie mo­je­go ser­ca, a na do­da­tek za każ­dym ra­zem czu­ję, jak po­wo­li prze­sta­ję od­dy­chać. Wte­dy pusz­cza moją szy­ję i koń­czy mnie du­sić, a po jego od­gło­sie wiem, że skoń­czył. Wy­cho­dzi i znów zo­sta­ję sama.

– Jo­achim, co ro­bisz? – sły­szę wo­ła­nie, któ­re wy­trą­ca mnie z pi­sa­nia. Ostat­nio tak do­brze mi idzie. Znów po pra­wie roku czu­ję, że mam wenę.

– Pi­szę – od­po­wia­dam i po­now­nie za­tra­cam się w swo­jej no­wej książ­ce, nad któ­rą ostat­nio dłu­go roz­my­śla­łem.

– Obiad już jest go­to­wy. Zej­dziesz na dół?

– Nie­ee!

– Przy­nieść ci? – sły­szę, ale tym ra­zem nic nie od­po­wia­dam.

Sie­dzę przy kom­pu­te­rze i two­rzę da­lej, a moje pal­ce suną po kla­wia­tu­rze, jak­by gra­ły me­lo­die na for­te­pia­nie ja­kie­goś do­brze zna­ne­go mi utwo­ru. Uwiel­biam to uczu­cie, zno­wu je­stem sobą.

Cza­sa­mi ża­łu­ję, że mnie wte­dy nie za­bił, gdy po raz pierw­szy mnie zna­lazł. My­śla­mi je­stem z mo­imi ro­dzi­ca­mi. Czy o mnie my­ślą? Czy mnie szu­ka­ją? Czy za mną tę­sk­nią? Czy nie stra­ci­li jesz­cze na­dziei, że kie­dy­kol­wiek mnie od­naj­dą? Nie wiem, ile to mi­nę­ło cza­su, od­kąd tu je­stem, ale za każ­dym ra­zem to ob­raz mo­jej mamy i taty trzy­ma mnie przy ży­ciu. Nie­wie­le pa­mię­tam z tam­te­go cza­su, bo przez nie­go mam za­bu­rzo­ne my­śli. Wszyst­ko mi się mie­sza, a w mo­jej gło­wie pa­nu­je cha­os.

Prze­ry­wa mi pu­ka­nie do drzwi.

– Jo­achim, mu­sisz coś jeść. – Do po­ko­ju wcho­dzi moja sio­stra, któ­ra nie­sie mi ta­lerz z obia­dem.

– Czy ty ni­g­dy nie od­pu­ścisz? – py­tam ją z uśmie­chem na twa­rzy.

– Tak bar­dzo się cie­szę, że znów pi­szesz, i chcę ci po­móc. Cho­ciaż tyle mogę zro­bić, żeby tam­ten czas od­szedł w nie­pa­mięć.

Po­nad dwa lata temu tra­fi­łem do ośrod­ka dla uza­leż­nio­nych. Mar­ce­li­na wte­dy bar­dzo mi po­mo­gła. To ona na­le­ga­ła, że­bym po­szedł na le­cze­nie, cho­ciaż ja sam uwa­ża­łem, że tego nie po­trze­bu­ję. Mia­łem zu­peł­nie inne wy­obra­że­nie o ży­ciu, któ­re prze­ży­wa­łem na haju. Mój stan odu­rze­nia i eu­fo­rycz­ny na­strój po­ma­ga­ły mi prze­trwać stra­tę żony, któ­rą tak bar­dzo ko­cha­łem. Nic wię­cej się wte­dy nie li­czy­ło. Skoń­czy­łem z pi­sa­niem, za­czą­łem brać co­raz czę­ściej. Tyl­ko tak mo­głem żyć. W koń­cu Mar­ce­li­na, któ­ra nie mo­gła pa­trzeć na mój upa­dek, po­sta­no­wi­ła wziąć spra­wy w swo­je ręce. Na­wet nie pa­mię­tam do­kład­nie, jak to się sta­ło, że zgo­dzi­łem się na le­cze­nie. Wszyst­ko było już za­ła­twio­ne – pry­wat­ny ośro­dek, a na­wet trans­port. Gdy się ock­ną­łem, czu­łem się strasz­nie zmę­czo­ny, bez­sil­ny, nie mo­głem spać, trzą­słem się, że aż zgrzy­ta­ły mi zęby i ko­ła­ta­ło mi ser­ce. To tyl­ko część ob­ja­wów ze­spo­łu abs­ty­nen­cyj­ne­go. Po­tem było jesz­cze go­rzej – cią­głe wy­mio­ty i to uczu­cie gło­du. Na szczę­ście mia­łem przy so­bie wy­uczo­nych lu­dzi, dzię­ki któ­rym sta­ną­łem na nogi. To oni i co­dzien­ne te­ra­pie z nimi po­zwo­li­ły mi wyjść z tak strasz­nej cho­ro­by. Z na­ło­gu.

– Dzię­ku­ję. A co zro­bi­łaś? – Bio­rę ta­lerz i wi­dzę swo­je ulu­bio­ne kne­dle.

– Smacz­ne­go. Zjedz i wra­caj do pi­sa­nia. – Mar­ce­li­na już nie od­po­wia­da na moje py­ta­nie, tyl­ko wy­cho­dzi z po­ko­ju.

Za­ja­dam z ape­ty­tem, a jesz­cze mie­siąc temu nie zjadł­bym ta­kiej por­cji na­raz. Koń­czę i sia­dam z po­wro­tem do mo­jej bo­ha­ter­ki, któ­ra nie ma lek­ko. Na samą myśl prze­cho­dzi mnie dreszcz i sam nie wiem, skąd ta­kie po­my­sły ro­dzą się w mo­jej gło­wie. Jest to wspa­nia­łe uczu­cie, peł­ne pod­nie­ce­nia, gdy czu­ję, że wró­ci­łem do swo­je­go ży­wio­łu.

Moja mama i tata są gdzieś da­le­ko, bo je­dy­ne, co pa­mię­tam, to to, że gdy wcią­gnął mnie do fur­go­net­ki, to je­cha­łam bar­dzo dłu­go. Przez całą dro­gę mia­łam skrę­po­wa­ne ręce i nogi oraz za­kle­jo­ną bu­zię. Raz pod­czas po­dró­ży sta­nę­li­śmy, jak się do­my­śli­łam po wy­da­wa­nych od­gło­sach, na ja­kiejś sta­cji ben­zy­no­wej. Pró­bo­wa­łam wy­da­wać z sie­bie dźwię­ki, żeby ktoś mnie usły­szał, by­łam prze­ra­żo­na. W od­da­li sły­sza­łam głos ja­kie­goś męż­czy­zny, któ­ry go za­py­tał, czy wszyst­ko w po­rząd­ku, a on nic nie od­po­wie­dział albo było to tak ci­cho, że już nie do­sły­sza­łam. Wte­dy mia­łam jesz­cze na­dzie­ję…

– Jo­achim, sły­sza­łeś?! – Mar­ce­li­na znów drze się z dołu.

Zwa­riu­ję za­raz, jak jej nie uci­szę. Od po­nad go­dzi­ny cią­gle mi prze­szka­dza.

– Co mia­łem sły­szeć? – Gdy to krzy­czę, ona już stoi w drzwiach.

– An­to­sia, ta dziew­czyn­ka z na­prze­ciw­ka, ona jest w te­le­wi­zji. Szu­ka­ją ją. Có­recz­ka na­szych są­sia­dów za­gi­nę­ła.

Wy­po­wia­da, a bar­dziej wy­krzy­ku­je te sło­wa, jak­by strze­la­ła z ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. Ła­pię co dru­gi wy­raz, ale uda­je mi się wy­wnio­sko­wać, że za­gi­nę­ła na­sza mała są­siad­ka.

– Co się sta­ło? – Od­su­wam się od biur­ka i wsta­ję od kom­pu­te­ra.

– Chodź le­piej po­słu­chaj wia­do­mo­ści, aler­ty są pusz­cza­ne pra­wie na każ­dym pro­gra­mie.

Scho­dzi­my ra­zem na dół. Sto­jąc w drzwiach, wi­dzę w wia­do­mo­ściach, jak mó­wią o po­rwa­niu dziec­ka.

– Ona nie za­gi­nę­ła, ona zo­sta­ła po­rwa­na, a to jest duża róż­ni­ca – stwier­dzam, spo­glą­da­jąc na sio­strę.

JOACHIM

Najbliżsi

Na­sza ro­dzi­na to od po­cząt­ku była pe­cho­wa. Szyb­ko stra­ci­li­śmy ojca, po­tem na­sza mama wy­szła po raz dru­gi za mąż, ale oj­czym nas nie lu­bił. A na­wet po tym, co nam zro­bił, po­wie­dział­bym, że on nas wręcz nie­na­wi­dził. Pa­mię­tam, jak mamy nie było w domu, ja wte­dy mia­łem może z dzie­sięć lat, a Mar­ce­li­na osiem, za­wo­łał nas do sie­bie i po­wie­dział, że zro­bi wszyst­ko, że­by­śmy stra­ci­li też mamę. Ba­łem się, bo nie ro­zu­mia­łem, o co mu cho­dzi, ale po ja­kimś mie­sią­cu od tej roz­mo­wy mama oznaj­mi­ła nam, że wy­jeż­dża­ją ra­zem za pra­cą do Skan­dy­na­wii, a nami zaj­mie się bab­cia, mat­ka na­sze­go praw­dzi­we­go ojca. Oj­czym do­piął swe­go, wte­dy też stra­ci­li­śmy na­szą mamę. Za­miesz­ka­li­śmy z bab­cią, któ­ra świet­nie się nami zaj­mo­wa­ła, do­pó­ki nie za­cho­ro­wa­ła. Po­tem już my zaj­mo­wa­li­śmy się nią. Po­mi­mo że była cu­dow­ną ko­bie­tą, to ni­g­dy nie za­stą­pi­ła nam mamy.

Na­to­miast dwa lata temu na bia­łacz­kę zmar­ła có­recz­ka Mar­ce­li­ny. Dziew­czyn­ka mia­ła za­le­d­wie trzy lat­ka. Cho­ro­ba była tak za­awan­so­wa­na, że po­mi­mo le­cze­nia nie uda­ło się ma­łej ura­to­wać. Po roku od tej tra­ge­dii Mar­ce­li­nę zo­sta­wił mąż, któ­ry uło­żył so­bie ży­cie na nowo, a ona zo­sta­ła zu­peł­nie sama. Jesz­cze ja, któ­re­mu, też na raka, zmar­ła żona, i moje uza­leż­nie­nie od wszel­kich ro­dza­jów nar­ko­ty­ków – wszyst­ko zbie­gło się w jed­nym cza­sie. Te strasz­ne tra­ge­die od­ci­snę­ły pięt­no na na­szej ro­dzi­nie. Na za­wsze.

JOACHIM

PORWANIE

W te­le­wi­zji po­now­nie na­da­ją w wia­do­mo­ściach in­for­ma­cję o za­gi­nio­nej dziew­czyn­ce. An­to­sia zo­sta­ła za­bra­na spod swo­je­go domu, gdy wra­ca­ła ze szko­ły. W bia­ły dzień. Fur­go­net­ka, któ­ra sta­ła na par­kin­gu przed jej do­mem, nie wy­da­wa­ła się po­dej­rza­na, cho­ciaż po­win­na, a wy­da­je mi się, że od ja­kie­goś cza­su wi­dy­wa­łem ten sa­mo­chód. Naj­dziw­niej­sze było to, że za­wsze ktoś się w nim znaj­do­wał.

– Mu­szę to zgło­sić – sta­now­czo zwra­cam się do Mar­ce­li­ny.

– Co? – pyta z za­cie­ka­wie­nia.

– Ten sa­mo­chód. Wi­dzia­łem go. On stał od kil­ku dni na par­kin­gu na­sze­go osie­dla. Za­wsze ktoś sie­dział w środ­ku.

– To dla­cze­go wcze­śniej cię to nie za­cie­ka­wi­ło?

– Bo ktoś sie­dział na miej­scu pa­sa­że­ra. Wy­glą­da­ło, jak­by cze­kał na kie­row­cę, wy­glą­da­ło to nor­mal­nie.

– W su­mie masz ra­cję. A jak spraw­ców było dwóch?

– Tego nie moż­na wy­klu­czyć. Jesz­cze dzi­siaj pod­ja­dę na ko­mi­sa­riat.

– A two­ja książ­ka? Masz te­raz wenę. Nie chcę, że­byś an­ga­żo­wał się w coś, co wy­trą­ci cię z rów­no­wa­gi.

– Czy ty sły­szysz, co mó­wisz? Tu cho­dzi o ży­cie dziec­ka. Ile ona ma lat? Sie­dem?

– Osiem – od­po­wia­da moja sio­stra i do­da­je: – Masz ra­cję, po­je­dzie­my ra­zem.

W tym mo­men­cie sły­szy­my dzwo­nek do drzwi.

– Otwo­rzę. – Mar­ce­li­na omal się nie wy­wra­ca, za­ha­cza­jąc nogą o dy­wan, kie­dy w po­śpie­chu kie­ru­je się w stro­nę drzwi.

– Ten dy­wan mia­łaś już daw­no wy­rzu­cić – mó­wię ci­cho, ale chy­ba mnie nie sły­szy, bo nic nie od­po­wia­da.

– Dzień do­bry. Aspi­rant Sła­wo­mir Śnie­żew­ski i młod­szy aspi­rant Syl­we­ster Par­czew­ski. Czy pani Mar­ce­li­na Ko­niecz­na? – sły­szę, jak po­li­cjan­ci się przed­sta­wia­ją, a moja sio­stra po­twier­dza i za­pra­sza ich do domu.

Nim we­szli do sa­lo­nu, zdą­ży­łem już wstać i te­raz pod­cho­dzę do nich, po­da­ję rękę i się przed­sta­wiam:

– Dzień do­bry. Jo­achim Bed­nar­czyk, brat Mar­ce­li­ny.

– Dzień do­bry – od­po­wia­da­ją w jed­nym cza­sie po­li­cjan­ci i po­now­nie się przed­sta­wia­ją.

– Mamy do pań­stwa kil­ka py­tań. Czy mo­że­my za­cząć? – pyta ten wyż­szy, chy­ba Syl­we­ster.

– Tak, czy cho­dzi o za­gi­nio­ną dziew­czyn­kę? – pyta moja sio­stra, a ja do­da­ję:

– Po­rwa­ną.

Wszy­scy pa­trzą na mnie, po czym ten niż­szy się od­zy­wa i pyta mnie, czy wiem, co się sta­ło z są­siad­ką z na­prze­ciw­ka.

– Oglą­da­li­śmy te­le­wi­zję i już dziś sły­sze­li­śmy w wia­do­mo­ściach aler­ty o za­gi­nio­nej An­to­si – za­czy­nam stwier­dzać, gdy prze­ry­wa moja sio­stra:

– To strasz­ne, co się sta­ło. Ona ma do­pie­ro osiem lat.

– Jak do­brze pań­stwo zna­ją są­sia­dów Le­wan­dow­skich?

– Może nie na tyle, żeby spo­ty­kać się na kaw­ce, ale to nasi są­sie­dzi. I to bli­scy. Za­wsze rano, jak wy­cho­dzę do pra­cy, to spo­ty­ka­my się na uli­cy. Mó­wi­my so­bie „dzień do­bry”, ży­czy­my mi­łe­go dnia. An­to­sia za­wsze ma­cha do mnie ręką na po­wi­ta­nie. Jest taka słod­ka…– od­po­wia­da moja sio­stra i przez chwi­lę się za­my­śla. Po czym do­da­je: – Kie­dyś An­to­nin­ka za­pro­si­ła mnie na swo­je uro­dzin­ki, było to chy­ba ze dwa lata temu. Mia­ła wte­dy sześć lat… – Mar­ce­li­na nic wię­cej nie do­da­je, a w jej oczach po­ja­wia­ją się łzy.

– Sio­stra prze­ży­ła tra­ge­dię swo­je­go dziec­ka, to wy­wo­łu­je u niej sil­ne emo­cje i tra­gicz­ne wspo­mnie­nie.

Wte­dy by­łem cią­gle na haju, na­szpry­co­wa­ny nar­ko­ty­ka­mi, więc nie pa­mię­tam z tego okre­su zbyt wie­le. Je­dy­nie mam do sie­bie żal, że nie by­łem trzeź­wy w mo­men­cie, gdy Mar­ce­la mnie naj­bar­dziej po­trze­bo­wa­ła. Naj­pierw śmierć có­recz­ki, po­tem odej­ście tego fra­je­ra Dar­ka. Co za de­bil zo­sta­wia żonę, gdy ta naj­bar­dziej go po­trze­bu­je…

– Czy była pani na tych uro­dzi­nach? – pyta wyż­szy po­li­cjant.

– Nie – od­po­wia­da ci­cho Mar­ce­la, a ja do­po­wia­dam:

– Moja sio­stra wte­dy prze­cho­dzi­ła cięż­ki okres. An­to­sia wraz ze swo­imi ro­dzi­ca­mi chcia­ła, aby Mar­ce­li­na cho­ciaż przez chwi­lę prze­sta­ła my­śleć o Ka­lin­ce, jej có­recz­ce, któ­ra zmar­ła na bia­łacz­kę, ale my­ślę, że było wte­dy za wcze­śnie na ja­kie­kol­wiek spo­tka­nia.

– To praw­da – mówi Mar­ce­la. – An­to­nin­ka za bar­dzo przy­po­mi­na­ła mi moją Ka­lin­kę. Była co praw­da od niej star­sza o ja­kieś trzy lata, ale były ta­kie po­dob­ne, jak więk­szość ma­łych dzie­ci. Pięk­ne bu­zie, duże oczka i jesz­cze do tego w tym sa­mym czar­nym ko­lo­rze… – Mar­ce­la za­czy­na pła­kać.

– Prze­pra­sza­my, je­śli na­wią­za­li­śmy do bo­le­snych wspo­mnień – wy­po­wia­da się ten niż­szy po­li­cjant i zwra­ca się po chwi­li do mnie: – A pan? Zna pan tę ro­dzi­nę? Dziew­czyn­kę, An­to­ni­nę?

– Za­miesz­ka­łem nie­daw­no u mo­jej sio­stry, bo obo­je sie­bie w tym mo­men­cie po­trze­bu­je­my. Je­stem tu od pra­wie roku, więc zdą­ży­łem nie­co po­znać pra­wie wszyst­kich są­sia­dów. Nie da się ich nie za­uwa­żyć, cho­ciaż­by jak wy­cho­dzi się po za­ku­py czy na spa­cer.

– A gdzie pan pra­cu­je? – do­py­tu­je star­szy aspi­rant Sła­wo­mir.

– Je­stem pi­sa­rzem, obec­nie pi­szę tu­taj, w domu u sio­stry. Mam swój po­kój na pię­trze, moje okna wy­cho­dzą na uli­cę. Za­nim pa­no­wie do nas przy­je­cha­li, chcia­łem sam się zgło­sić na po­li­cję, żeby opo­wie­dzieć o tej fur­go­net­ce, któ­ra po­rwa­ła małą An­to­się.

– Do­pie­ro sko­ja­rzy­łem…. Pan Jo­achim Bed­nar­czyk. Ja­kiś czas temu czy­ta­łem pana książ­kę, za­raz przy­po­mnę so­bie ty­tuł… – Przez chwi­lę dra­pie się po gło­wie, po czym mówi: – Za­gad­ka za­gi­nio­ne­go me­da­lio­nu. Świet­na fa­bu­ła i szyb­ko mi się czy­ta­ło, szcze­gól­nie wą­tek z ja­ski­nią.

– Dzię­ku­ję – od­po­wia­dam i py­tam, czy czy­tał też inne moje książ­ki.

– Ja nie, ale moja żona ma całą ko­lek­cję. Hmm… chy­ba wszyst­kie, bo zaj­mu­ją dwie pół­ki na re­ga­le.

– Miło sły­szeć, że mam fan­kę. – Uśmie­cham się, gdy aspi­rant Syl­we­ster za­da­je mi py­ta­nie, po czym wy­cią­ga no­tes i dłu­go­pis go­to­wy do za­pi­sa­nia tego, co za­raz po­wiem.

– Wspo­mniał pan o fur­go­net­ce. Zna pan po­ry­wa­cza An­to­ni­ny?

– Nie, ab­so­lut­nie nie znam, ale wi­dzia­łem ten sa­mo­chód od kil­ku dni. Może od ja­kie­goś ty­go­dnia, na pew­no nie wię­cej.

– Co pan wi­dział? Gdzie stał? Kto w nim się znaj­do­wał i co ro­bił? – Po­li­cjant wy­rzu­ca z sie­bie sze­reg py­tań.

– Stał za­wsze w tym sa­mym miej­scu, po pra­wej stro­nie, wzdłuż uli­cy na par­kin­gu. Oko­ło trzy­dzie­stu me­trów od domu po­rwa­nej dziew­czyn­ki.

– Czy wi­dział pan, kto był w środ­ku?

– Aż tak szcze­gó­ło­wo to nie, ale oso­ba ta sie­dzia­ła po stro­nie pa­sa­że­ra. Nie wzbu­dzi­ło to mo­ich po­dej­rzeń, bo wy­glą­da­ło, jak­by ktoś na ko­goś cze­kał, a na pew­no na kie­row­cę.

– Czy­li spraw­ców było dwóch – stwier­dza aspi­rant Syl­we­ster.

– Nie­ko­niecz­nie – od­po­wia­dam, po czym do­da­ję: – Jak tak so­bie my­ślę, to ani razu nie wi­dzia­łem dru­giej oso­by, to zna­czy kie­row­cy.

– Mógł pan prze­oczyć, gdy ktoś wy­sia­dał z sa­mo­cho­du.

– Tak, mo­głem, ale ostat­nio mia­łem cięż­ki okres, brak weny, sie­dzia­łem przy oknie w moim po­ko­ju na gó­rze i pa­trzy­łem przez nie bez sen­su. Tak na­praw­dę to dzi­siaj po dłu­giej, na­wet bar­dzo dłu­giej prze­rwie za­czą­łem znów pi­sać.

– Gra­tu­la­cje – od­zy­wa się ten po­li­cjant, któ­ry wcze­śniej mnie sko­ja­rzył.

JOACHIM

Furgonetka

– Czy mo­że­my pójść do góry zo­ba­czyć tę lo­ka­li­za­cję, po­kój, z któ­re­go wi­dać ten par­king? – za­py­tał ten dru­gi.

– Tak, oczy­wi­ście – mówi Mar­ce­li­na, po czym wszy­scy wsta­je­my ze swo­ich miejsc.

Po­li­cjan­ci w ci­szy idą za nami. Mar­ce­li­na pro­wa­dzi, ja do­trzy­mu­ję jej kro­ku, po­dą­ża­jąc za­raz za nią.

Wcho­dzi­my do po­ko­ju, w któ­rym gosz­czę pra­wie od roku, ale do­pie­ro dzi­siaj za­czą­łem znów pi­sać. Na swo­im kon­cie mam osiem­na­ście po­wie­ści. Same thril­le­ry i kry­mi­na­ły, i pew­nie gdy­by nie prze­rwa wy­ni­ka­ją­ca z mo­je­go na­ło­gu, któ­ra sto­czy­ła mnie na dno, już daw­no wy­dał­bym ko­lej­ną książ­kę. Ale nie ża­łu­ję, chy­ba mu­sia­łem od­cho­ro­wać śmierć żony, któ­rą ko­cha­łem nad ży­cie. I gdy­by nie moja sio­stra, chy­ba umarł­bym z przedaw­ko­wa­nia. Bez ośrod­ka le­cze­nia uza­leż­nień i wspar­cia, ja­kie tam otrzy­ma­łem, nie był­bym te­raz w tym miej­scu, w ja­kim się znaj­du­ję. Nic nie dzie­je się bez przy­czy­ny.

– Czy to przez to okno wi­dział pan ten sa­mo­chód? – pyta mnie aspi­rant Sła­wo­mir.

– Tak – od­po­wia­dam i pod­cho­dzę bli­żej okna, zza któ­re­go wi­dać par­king po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy.

– Pro­szę do­kład­nie nam po­ka­zać, w któ­rym stał miej­scu. – Tym ra­zem py­ta­nie za­da­je pan Syl­we­ster.

– To może usią­dę w po­zy­cji, jaką za­wsze przyj­mu­ję, gdy tyl­ko chcę za­cząć pi­sać. – Przez mo­ment się za­sta­na­wiam, bo ostat­nio w ogó­le nic nie pi­sa­łem. Ile to trwa­ło? Dzie­sięć mie­się­cy bez­sen­sow­ne­go sie­dze­nia i cze­ka­nia, aż coś przyj­dzie mi do gło­wy. – Tak na­praw­dę to ostat­ni­mi cza­sy cały czas pa­trzy­łem w okno, cią­gle ob­ser­wo­wa­łem na­szą uli­cę i cze­ka­łem na wenę, któ­ra do­pie­ro dzi­siaj do mnie przy­szła.

– Gra­tu­lu­ję – od­po­wia­da ten po­li­cjant, któ­ry jest za­chwy­co­ny moją książ­ką – ale przejdź­my do rze­czy: gdzie sta­ło auto i co do­kład­nie pan wi­dział? Wie pan, że może być to klu­czo­we dla śledz­twa, a li­czą się pierw­sze go­dzi­ny po za­gi­nię­ciu.

– Po­rwa­niu – mó­wię, a oni obaj dziw­nie na mnie pa­trzą, ale po chwi­li za­czy­na­ją ki­wać gło­wa­mi z za­ci­śnię­ty­mi usta­mi, przy­zna­jąc mi ra­cję.

– Tak, ra­czej taką przy­ję­li­śmy wer­sję. An­to­sia zo­sta­ła po­rwa­na, na to też wska­zu­ją roz­mo­wy z jej ro­dzi­ca­mi.

Sia­dam w fo­te­lu przed kom­pu­te­rem, skąd, kie­dy nie pa­trzę w ekran mo­ni­to­ra, mam wi­dok za oknem pro­sto na nasz osie­dlo­wy par­king. Wi­dzę domy w za­bu­do­wie sze­re­go­wej z łą­czą­cą je wia­tą. Ra­zem jest ich dzie­sięć, ale przez de­li­kat­ny za­kręt w za­się­gu wzro­ku mam ich sie­dem. Dom An­to­si znaj­du­je się do­słow­nie na­prze­ciw na­sze­go.

– Sa­mo­chód stał za­par­ko­wa­ny pod do­mem nu­mer dwa­na­ście. To jest czte­ry dom­ki za Le­wan­dow­ski­mi.

– Pro­szę wstać, ja usią­dę i zo­ba­czę, jaka jest wi­docz­ność. – Pod­cho­dzi do mnie bli­żej je­den z po­li­cjan­tów, a ja pod­no­szę się z krze­sła i ustę­pu­ję mu miej­sca.

– Czy z tej od­le­gło­ści było wi­dać oso­bę, któ­ra była w środ­ku, jak pan po­wie­dział, na miej­scu pa­sa­że­ra?

– Ra­czej nie­zu­peł­nie, nie wi­dać, kto to był, ale był za­rys po­sta­ci, któ­ry moż­na było za­ob­ser­wo­wać.

– A kie­row­ca? Wi­dział pan kie­row­cę?

– Nie­ste­ty nie. Ja­koś nie zwra­ca­łem szcze­gól­nie uwa­gi na tę fur­go­net­kę… – Za­my­ślam się na mo­ment. – Dziś za­czą­łem pi­sać książ­kę o dziew­czyn­ce, któ­ra zo­sta­ła po­rwa­na przez spraw­cę w fur­go­net­ce, było to też dziec­ko, tyl­ko że tro­chę star­sze od na­szej ma­łej są­siad­ki…

– Jo­achim – mówi do mnie Mar­ce­la, a ja, ock­nąw­szy się z za­my­śle­nia, od­po­wia­dam:

– Za­wsze sie­dział pa­sa­żer i te­raz, jak tak my­ślę, to mo­gła to być ko­bie­ta.

– Dla­cze­go pan tak są­dzi? – pyta aspi­rant Syl­we­ster.

– Upię­te wło­sy… – Chwi­lę my­ślę, po czym do­da­ję: – Na pew­no ko­bie­ta. Nie wi­dzia­łem do­kład­nie twa­rzy, a jej po­zy­cja nie po­zwa­la­ła na roz­po­zna­nie syl­wet­ki, ale mia­ła wy­so­ko upię­tą kit­kę, kok, coś w tym ro­dza­ju.

– Męż­czy­zna też może mieć dłu­gie wło­sy – zwra­ca się do mnie moja sio­stra.

– Tak, wiem. Ale jak tak so­bie przy­po­mi­nam, to je­stem pe­wien, że to była ko­bie­ta.

– A ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne? Pa­mię­ta pan? – Tym ra­zem py­ta­nie za­da­je dru­gi po­li­cjant.

– Dłu­go tak sie­dzę w tym oknie i może to dziw­nie za­brzmieć, ale za­pi­sa­łem je so­bie. – Gdy to wy­po­wia­dam, uświa­da­miam so­bie, że bez­wied­nie za­no­to­wa­łem so­bie nu­me­ry tego sa­mo­cho­du. – O tu mam, pro­szę zo­ba­czyć.

Po­da­ję po­li­cjan­tom swój no­tes, w któ­rym nie­raz za­pi­su­ję dziw­ne rze­czy, wy­da­wa­ło­by mi się zu­peł­nie nie­po­trzeb­ne. A jed­nak może te­raz się na coś przy­da.

– GDA­35673 – czy­ta na głos Syl­we­ster i na­tych­miast zwra­ca się do ko­le­gi, aby szyb­ko spraw­dził te nu­me­ry.

– Już się robi – stwier­dza Sła­wo­mir. Dzwo­ni od razu na ko­men­dę i po­da­je nu­me­ry re­je­stra­cyj­ne do na­mie­rze­nia.

Cze­ka­my chwi­lę w mil­cze­niu, za­nim w słu­chaw­ce sły­chać, jak od­zy­wa się głos in­ne­go funk­cjo­na­riu­sza. Nie sły­szę, co mówi, ale po mi­nie aspi­ran­ta Sła­wo­mi­ra mogę wy­wnio­sko­wać, że nie jest to do­bra wia­do­mość. Roz­łą­cza się i zwra­ca się do swo­je­go ko­le­gi:

– Kra­dzio­ne. Przed­wczo­raj ktoś zgło­sił kra­dzież obu ta­blic z auta.

– Czy­li nasz po­ry­wacz mu­siał być wcze­śniej w Gdy­ni, je­śli ta­bli­ce na­le­ża­ły do miesz­kań­ca Gdy­ni.

– Nie­ko­niecz­nie, pa­mię­taj, że od kil­ku mie­się­cy zmie­ni­ło się pra­wo i moż­na zo­sta­wić nu­me­ry po za­ku­pie auta.

– Fakt, a mamy wła­ści­cie­la tych ta­blic?

– Za­raz wy­ślą mi dane na ma­ila. – W tym mo­men­cie sły­chać od­głos przy­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści. – O, już mam, wła­ści­ciel jest zna­nym ak­to­rem. Zo­bacz. – Po­ka­zu­je wia­do­mość ko­le­dze, po czym po­now­nie się po ci­chu do nie­go zwra­ca, ale uda­je mi się usły­szeć, co mówi: – Za­raz wy­ślę proś­bę o prze­słu­cha­nie w roli świad­ka i ścią­gnę do­ku­men­ty ze zgło­sze­nia kra­dzie­ży.

– Czy­li na ra­zie da­lej nic – do­da­je już gło­śno Sła­wo­mir do Syl­we­stra, ale pa­trzy raz na mnie, raz na moją sio­strę. – Mamy proś­bę, je­śli coś so­bie pań­stwo przy­po­mną, to pro­si­my o jak naj­szyb­szy kon­takt. Tu są na­sze wi­zy­tów­ki.

Do­sta­je­my na­mia­ry na po­li­cjan­tów i po­wo­li wszy­scy ra­zem w ci­szy i sku­pie­niu scho­dzi­my z po­wro­tem do sa­lo­nu.

– A panu, pa­nie Jo­achi­mie, ży­czę mnó­stwa weny, żeby pan na­pi­sał ko­lej­ną świet­ną książ­kę, cho­ciaż w to nie wąt­pię – zwra­ca się do mnie funk­cjo­na­riusz, gdy już pra­wie sto­ją w drzwiach wyj­ścio­wych.

– Dzię­ku­ję, mam na­dzie­ję, że wró­ci­łem do sie­bie i co naj­waż­niej­sze, do pi­sa­nia – od­po­wia­dam, gdy Mar­ce­li­na za­my­ka za nimi drzwi, więc nie je­stem pe­wien, czy sły­szy moją od­po­wiedź.

– Jak my­ślisz? Znaj­dą An­to­się? – Moja sio­stra za­da­je mi to py­ta­nie, gdy tyl­ko wcho­dzi do sa­lo­nu.

– Mam taką na­dzie­ję, Mar­ce­la. Mam taką na­dzie­ję… – po­wta­rzam i od razu mam w gło­wie ob­raz za­mknię­tej w ja­kimś ciem­nym po­miesz­cze­niu ma­łej dziew­czyn­ki ze zwią­za­ny­mi rącz­ka­mi i nóż­ka­mi oraz za­kne­blo­wa­ną małą buź­ką.

– Słu­chaj, a jak to naj­bliż­sza ro­dzi­na? – Mar­ce­la za­da­je mi py­ta­nie i pa­trzy na mnie dziw­nym wzro­kiem. – Wiesz, że nie­raz naj­bliż­si nas krzyw­dzą naj­bar­dziej.

– Co ty ga­dasz? – od­po­wia­dam jej py­ta­niem na py­ta­nie, ale wiem, że ta­kie rze­czy się zda­rza­ją. Sam o ta­kich pi­sa­łem.

– Wi­dzia­łam kie­dyś taki film, gdzie szu­ka­li za­gi­nio­ne­go dziec­ka, a to sami ro­dzi­ce je za­bi­li i zgło­si­li po­rwa­nie… – na chwi­lę prze­ry­wa, po czym do­po­wia­da: – To na­wet był film na fak­tach, to się zda­rzy­ło na­praw­dę, Jo­achim. To się zda­rzy­ło na­praw­dę.

– Te­raz już w tym rola po­li­cji, żeby do­wieść praw­dy i od­na­leźć dziec­ko całe i zdro­we – wy­po­wia­dam te sło­wa do niej, gdy wsta­ję z fo­te­la i kie­ru­ję się w stro­nę scho­dów. Mam w gło­wie plan na nową fa­bu­łę. Mu­szę usiąść do pi­sa­nia, więc zwra­cam się do Mar­ce­li­ny: – Idę do po­ko­ju. Tyl­ko te­raz, pro­szę, nie prze­szka­dzaj mi, bo nie rę­czę za sie­bie, a na ko­la­cję wie­czo­rem sam zej­dę, jak zgłod­nie­ję.

– Do­bra. Już do­bra. Idź pi­sać. Cie­szę się, że w koń­cu je­steś sobą. – Kle­pie mnie po ple­cach, a ja od­wra­cam się i zmie­rzam w stro­nę mo­je­go biur­ka. – Pój­dę na spa­cer. – Gdy koń­czy zda­nie, zni­kam na gó­rze w ko­ry­ta­rzu i wcho­dzę do swo­je­go po­ko­ju, nie sły­szę, czy mówi do mnie coś jesz­cze.

JOACHIM

Przemyślenia

Sia­dam przy biur­ku i pa­trzę w okno. Tym ra­zem zwra­cam szcze­gól­ną uwa­gę na miej­sce par­kin­go­we, w któ­rym stał sa­mo­chód po­ry­wa­cza. Aku­rat na jego miej­scu jest dwóch po­li­cjan­tów; to ci, któ­rzy u nas byli wcze­śniej. Wi­dzę, że roz­glą­da­ją się do­oko­ła, pew­nie szu­ka­ją osie­dlo­wych ka­mer, któ­re mo­gły­by uchwy­cić auto w cza­sie po­sto­ju i po­móc na­mie­rzyć spraw­cę. Na­wet nie za­py­ta­łem się, skąd wie­dzą, że dziew­czyn­ka zo­sta­ła po­rwa­na przez wcią­gnię­cie do sa­mo­cho­du. Czy ktoś to wi­dział? Czy inni są­sie­dzi mogą po­móc i po­wie­dzieć coś wię­cej? Czy na pew­no brał w tym udział sa­mo­chód, któ­re­go nu­mer re­je­stra­cyj­ny po­da­łem? Ile tak na­praw­dę osób było w to za­mie­sza­nych? Czy mógł być tyl­ko kie­row­ca, któ­ry prze­sia­dał się na czas ob­ser­wa­cji na miej­sce pa­sa­że­ra? Mnó­stwo py­tań krą­ży mi po gło­wie i w pew­nym mo­men­cie przy­cho­dzi mi nowy po­mysł na moją za­czę­tą książ­kę. Za­czy­nam stu­kać w kla­wia­tu­rę.

Gdy tak sie­dzę sku­lo­na pod cie­płym grzej­ni­kiem, sły­szę w od­da­li tu­pot ma­łych nó­żek. Jest to zu­peł­nie róż­nią­cy się od­głos od tego, któ­ry sły­sza­łam wcze­śniej. Tym ra­zem brzmi to ina­czej, jak­by lżej­sze, mniej­sze, cich­sze. Po chwi­li do­cho­dzi dru­gi od­głos zna­ne­go mi już wcze­śniej cho­du. Je­śli się nie mylę, są to dwie oso­by. Klucz od ze­wnętrz­nej stro­ny zam­ka się prze­krę­ca i po­wo­li otwie­ra­ją się skrzy­pią­ce drzwi. Do mo­je­go po­miesz­cze­nia zo­sta­je we­pchnię­ta mała dziew­czyn­ka. Do­słow­nie we­pchnię­ta, bo upa­da pro­sto na ko­la­na i klę­cząc, spo­glą­da pro­sto w moją twarz. Jest ciem­no, ale nie na tyle, żeby nic nie wie­dzieć. Wzrok mam przy­zwy­cza­jo­ny, więc bez pro­ble­mu się do­my­ślam, że jest to małe dziec­ko. Dziew­czyn­ka wy­glą­da na oko­ło pięć, może sześć lat, na pew­no nie wię­cej. Po jej mi­nie wnio­sku­ję, że jest prze­ra­żo­na. Gdy zo­sta­łam tu za­mknię­ta, by­łam w jej wie­ku. Szyb­ko ła­pię ją za ra­mię i przy­su­wam do sie­bie, trzy­ma­jąc ją w ob­ję­ciach. Cała się trzę­sie, więc gdy upew­niam się, że poza nami ni­ko­go już nie ma, od­zy­wam się ci­chym gło­sem:

– Nie bój się. Jak masz na imię?

– Adel­ka – od­po­wia­da, pła­cząc, a po chwi­li za­no­si się od łez, co utrud­nia jej od­dy­cha­nie.

– Adel­ka, ślicz­nie. Nie płacz. Od­dy­chaj rów­no. Raz, dwa, trzy… – za­czy­nam li­czyć, aby po­móc się uspo­ko­ić tej ma­łej osób­ce.

Jej ciem­ne wło­ski są upię­te wy­so­ko w kit­kę, a duże zie­lo­ne oczy prze­peł­nio­ne łza­mi wy­glą­da­ją jak z ob­raz­ka. Kie­dyś mia­łam taką lal­kę, któ­ra mia­ła po­dob­ny wy­razspoj­rze­nia jak to dziec­ko. I jej mały no­sek, wy­da­je mi się, że jest po­dob­ny do mo­je­go. Na so­bie ma zie­lo­ny dre­sik, któ­ry współ­gra z jej oczka­mi i gum­ką do wło­sów, któ­ra jest w ta­kim sa­mym ko­lo­rze.

– Chcę do mamy – od­po­wia­da, cią­gle pła­cząc.

– Nie płacz. Pro­szę. On nie lubi, gdy jest się gło­śno. Zaj­mę się tobą, obie­cu­ję. – Gdy wy­po­wia­dam te sło­wa, w mo­ich oczach po­ja­wia­ją się łzy. Już nie pa­mię­tam, kie­dy ostat­nio pła­ka­łam. Nie mam na to siły, bo wy­la­łam tu już mo­rze łez.

Dziec­ko wtu­la się w moją pierś i po­wo­li za­czy­na się uspo­ka­jać.

– Opo­wiesz mi, co się sta­ło? Jak się tu zna­la­złaś? Gdzie miesz­kasz? – za­da­ję kil­ka py­tań na­raz, ale nie wiem, czy Adel­ka wszyst­ko ła­pie.

Naj­wy­raź­niej cią­gle jest tak bar­dzo prze­stra­szo­na, że nie ro­zu­mie, co do niej mó­wię. Wko­ło po­wta­rza, że chce do mamy. Zresz­tą do­sko­na­le ją ro­zu­miem, też by­łam prze­stra­szo­na, jak mnie po­rwał. Nie wiem, ile cza­su już mi­nę­ło, ale cią­gle pa­mię­tam tam­ten dzień.

Na chwi­lę od­ry­wam się od pi­sa­nia i przy­cho­dzi do mnie dziw­ne uczu­cie prze­ra­że­nia. Tym ra­zem my­ślę o na­szej ma­łej są­siad­ce: czy ona czu­je tak samo, jak bo­ha­ter­ki mo­jej no­wej po­wie­ści? Na pew­no, prze­cież też jest małą dziew­czyn­ką, to jesz­cze bez­bron­ne dziec­ko. Pi­sa­łem już książ­kę o dzie­ciach, ale nie my­śla­łem, że taka rzecz zda­rzy się wśród naj­bliż­sze­go oto­cze­nia są­sia­dów.

JOACHIM

Zniknięcie

Dzień mija szyb­ko, a ja za­tra­cam się w pi­sa­niu, co co­raz bar­dziej po­zy­tyw­nie wpły­wa na moje sa­mo­po­czu­cie. Za­nim się zo­rien­tu­ję, jest już pra­wie pół­noc. Dziw­ne, że Mar­ce­la nie wo­ła­ła mnie na ko­la­cję albo że sama mi jej nie przy­nio­sła. Od­cho­dzę od kom­pu­te­ra i po­wo­li uda­ję się na dół, w kie­run­ku scho­dów. Ro­bię to po ci­chu, gdy­by jed­nak oka­za­ło się, że moja sio­stra już daw­no śpi i nie chcia­ła mi prze­szka­dzać. Na dole pa­nu­je zu­peł­na ci­sza, jak­by ni­ko­go nie było, a do tego mu­szę za­pa­lić świa­tło, żeby nie prze­wró­cić się o wcze­śniej wspo­mnia­ny sta­ry dy­wan.

Na sto­le stoi pu­sta szklan­ka po her­ba­cie, w któ­rej zo­sta­ła zu­ży­ta to­reb­ka. Mar­ce­li­na ni­g­dy nie wy­rzu­ca jej i do­pi­ja z nią na­pój do ostat­niej kro­pli. Oso­bi­ście mi to prze­szka­dza, ale każ­dy ma swo­je fa­na­be­rie. Po­sta­na­wiam za­brać ze sobą na górę wodę, gdy za­uwa­żam, że w ko­ry­ta­rzu na wie­sza­ku nie ma blu­zy Mar­ce­li, któ­rą dziś wło­ży­ła, wy­cho­dząc na spa­cer. Wte­dy też ostat­ni raz ją wi­dzia­łem. Szyb­ko wbie­gam po scho­dach, szu­ka­jąc swo­je­go te­le­fo­nu, żeby jak naj­prę­dzej za­dzwo­nić do sio­stry. W ta­kim sa­mym po­śpie­chu po­sta­na­wiam naj­pierw spraw­dzić jej sy­pial­nię. Wcho­dzę po ci­chu i za­pa­lam świa­tło. Pust­ka. Ci­sza. Łóż­ko zo­sta­ło za­ście­lo­ne rano i tak jest do tej pory.

Dziw­ne – my­ślę i przez chwi­lę mam w gło­wie nie­spo­koj­ną myśl, że może po­rwa­no też moją sio­strę. Za­czy­nam się trząść tak, że z rąk wy­la­tu­je mi te­le­fon. W tym sa­mym mo­men­cie sły­szę trzask za­my­ka­nych drzwi. Zbie­gam w po­śpie­chu ze scho­dów, wpa­da­jąc pro­sto na moją Mar­ce­li­nę.

– Zwa­rio­wa­łeś?! – krzy­czy Mar­ce­la.

– Ja zwa­rio­wa­łem? Chy­ba ty! Gdzieś ty była? Wiesz, któ­ra jest go­dzi­na? Jesz­cze to po­rwa­nie…

Nie do­kań­czam zda­nia, gdy mi prze­ry­wa i do­po­wia­da, że nie chcia­ła mi prze­szka­dzać, a po­sta­no­wi­ła po­je­chać au­to­bu­sem za mia­sto na spa­cer po le­sie, żeby od­świe­żyć gło­wę, nim się zo­rien­to­wa­ła, że ostat­ni au­to­bus już daw­no od­je­chał, nie mia­ła po­wro­tu.

– Mar­ce­la, prze­stra­szy­łaś mnie. Dla­cze­go do mnie nie za­dzwo­ni­łaś? – py­tam z pre­ten­sją w gło­sie.

– Masz wenę. Mu­sisz to wy­ko­rzy­stać – stwier­dza i uzu­peł­nia swo­ją wy­po­wiedź: – A zresz­tą nic się nie sta­ło. Prze­cież nie je­stem ja­kąś małą sik­są, któ­ra ba­ła­by się cho­dzić sama po nocy. Jak­byś nie za­uwa­żył, je­stem już dużą dziew­czyn­ką.

Uśmie­cha­my się obo­je, bo ma ra­cję, a ja chy­ba przez to po­rwa­nie na osie­dlu i przez fa­bu­łę no­wej książ­ki za­czy­nam mieć kosz­mar­ne my­śli.

– Idę spać, bo je­stem wy­koń­czo­na. – Mar­ce­la uda­je się do ła­zien­ki.

Sam też kła­dę się do łóż­ka i po tak twór­czym dniu bar­dzo szyb­ko za­sy­piam.

JOACHIM

Sąsiedzi

Znik­nię­cie ma­łej An­to­si z domu na­prze­ciw­ko po­wo­du­je, że ci­sza na uli­cy prze­sta­je być neu­tral­na. Na­bie­ra ona cię­ża­ru, jak­by w ścia­nach tkwi­ły od­de­chy tych, któ­rzy wie­dzą wię­cej, niż po­win­ni. Lu­dzie prze­sta­ją mó­wić „dzień do­bry” z od­ru­chu, gdy te­raz każ­de sło­wo jest wy­bo­rem, a każ­de spoj­rze­nie oce­nia, waży i osą­dza. Są­sie­dzi są za­nie­po­ko­je­ni i za­czy­na­ją dziw­nie się za­cho­wy­wać.

Sie­dzę przy ku­chen­nym sto­le i ba­wię się ły­żecz­ką od her­ba­ty. Mar­ce­li­na stoi przy oknie i ner­wo­wo sku­bie pa­zno­kieć, jak­by ta umie­jęt­ność po­zo­sta­ła jej w pa­mię­ci, od­kąd była małą dziew­czyn­ką.

– Wiesz, że ja nie wiem, jak mają na imię lu­dzie z na­prze­ciw­ka? Nie ro­dzi­ce An­to­si, ale ci obok – rzu­ca na­gle. – Cho­dzę tu od lat i nie mam po­ję­cia, kim są ci wszy­scy lu­dzie. Dziw­ne, ale ta­kie sy­tu­acje wy­mu­sza­ją na nas głęb­sze my­śle­nie i uświa­do­mie­nie so­bie, jak mało cią­gle wie­my o ota­cza­ją­cym nas świe­cie.

Wzru­szam ra­mio­na­mi i ko­men­tu­ję:

– Ni­g­dy nie było po­trze­by. A może bar­dziej: ty ni­g­dy nie mia­łaś i nie czu­łaś tego.

– Ale te­raz jest, Jo­achim. – Mar­ce­la od­wra­ca się do mnie i kon­ty­nu­uje: – Ktoś po­rwał dziec­ko, Jo­achim. Dziec­ko. Z tego osie­dla. Z tej uli­cy. Może tuż obok. Może… ktoś, komu się co­dzien­nie kła­nia­my, scho­dząc ze scho­dów na­szych do­mów czy idąc po uli­cy. – Koń­ców­kę wy­po­wie­dzi wy­ma­wia dużo ci­szej, jak­by w jej gło­wie kłę­bi­ły się naj­gor­sze my­śli.

Uno­szę brwi i mu­szę dziw­nie wy­glą­dać z taką miną, bo mil­cze­nie mię­dzy nami nie jest obo­jęt­ne. Wszy­scy je zna­ją – jest to ci­che na­pię­cie, któ­re wy­peł­nia uli­ce, wszyst­kie domy do­oko­ła, piw­ni­ce, a na­wet spoj­rze­nia przez wi­zjer.

– Może po­win­ni­śmy z nimi po­roz­ma­wiać – do­da­je ci­cho Mar­ce­li­na. – Tyl­ko… nor­mal­nie. Bez żad­nych po­dej­rzeń. Wiesz, tak na lu­zie.

Ki­wam gło­wą i pod­no­szę się z krze­sła, po czym się­gam po po­jem­nik z do­mo­wym cia­stem, któ­re Mar­ce­li­na przy­go­to­wa­ła rano. Jest to moja ulu­bio­na droż­dżów­ka z kru­szon­ką, a na do­da­tek jesz­cze cie­pła.

– Ko­wal­scy? – py­tam.

– Ko­wal­scy – po­twier­dza i kon­ty­nu­uje: – Obo­je koło trzy­dzie­stu pię­ciu lat. Bez­dziet­ne mał­żeń­stwo. Ona pra­cu­je zdal­nie jako HR-owiec w du­żej fir­mie sprze­da­ją­cej te­le­fo­ny, a jej mąż, Pa­weł, jest za­wo­do­wym kie­row­cą.

– Dużo o nich wiesz – kwi­tu­ję jej wy­po­wiedź.

Za­czy­na­my czuć gę­stą at­mos­fe­rę przez po­dej­rze­nia, któ­re od rana Mar­ce­la mi wpa­ja.

W koń­cu na­ma­wia mnie i ra­zem wy­cho­dzi­my do są­sia­dów, o któ­rych roz­ma­wia­li­śmy wcze­śniej.

JOACHIM

Kowalscy

Drzwi do ich domu są za­mknię­te, ale te­raz to ra­czej nor­mal­ne w tej oko­li­cy. Nie sły­chać żad­nych dźwię­ków, żad­nych za­pa­chów. Mar­ce­li­na puka trzy razy nie­zbyt gło­śno, ale sta­now­czo. Gdy nikt nam nie otwie­ra, na­ci­skam przy­cisk dzwon­ka, któ­ry za­czy­na grać nie­zna­ną mi me­lo­dyj­kę.

Drzwi po chwi­li się otwie­ra­ją i w pro­gu sta­je Ane­ta Ko­wal­ska. Jest na bo­sa­ka i w roz­cią­gnię­tym swe­trze. Na twa­rzy ma coś mię­dzy zmę­cze­niem a za­sko­cze­niem. Nie dzi­wię się jej, choć z dru­giej stro­ny po wi­zy­cie po­li­cjan­tów nie moż­na wy­klu­czyć ko­lej­nych od­wie­dzin i py­tań.

– Do­bry wie­czór – od­zy­wa się Mar­ce­li­na, uśmie­cha­jąc się lek­ko. – Nie prze­szka­dza­my pani?

– Nie… – Ko­wal­ska waha się, od­po­wia­da­jąc, i za­da­je nam py­ta­nie: – Coś się sta­ło?

– Nie, nie. Przy­nie­śli­śmy cia­sto. Po­my­śle­li­śmy, że może… war­to się w koń­cu po­znać bli­żej i tro­chę po­roz­ma­wiać.

Ane­ta pa­trzy na nas, jak­by pró­bo­wa­ła do­strzec ukry­te zna­cze­nie wi­zy­ty. Po chwi­li kiwa gło­wą i otwie­ra sze­rzej drzwi, za­pra­sza­jąc nas do środ­ka.

Ru­chem ręki wska­zu­je nam dro­gę do ko­ry­ta­rza.

Wcho­dzi­my za­raz za nią, a ona pro­wa­dzi nas pro­sto do sa­lo­nu. Moją uwa­gę przy­ku­wa cie­płe świa­tło ża­ró­wek w pięk­nej lam­pie wi­szą­cej na środ­ku po­ko­ju oraz pa­ste­lo­we za­sło­ny. W ką­cie stoi mały sto­lik z puz­zla­mi, któ­re są po­roz­rzu­ca­ne, jak­by w po­śpie­chu ktoś je wy­rzu­cił z pu­deł­ka, a na ko­mo­dzie za­uwa­żam pu­stą ram­kę na zdję­cia. W tej chwi­li na­gle z dru­gie­go po­ko­ju do­cho­dzi dźwięk, coś po­mię­dzy szme­rem a pła­czem.

Za­mie­ram na chwi­lę i wi­dzę wiel­kie oczy Mar­ce­li­ny, któ­re pa­trzą na mnie.

– Prze­pra­szam… ktoś tam jest? – Moja sio­stra za­da­je py­ta­nie, nie pa­trząc na Ko­wal­ską, tyl­ko pro­sto na mnie.

– Se­rial – od­po­wia­da Ane­ta, we­dług mnie zbyt szyb­ko. – Se­rial – po­wta­rza i do­da­je: – Mam lap­to­pa w sy­pial­ni i zo­sta­wi­łam go włą­czo­ne­go. Oglą­dam swój ulu­bio­ny se­rial.

Mar­ce­li­na po­now­nie wy­mie­nia ze mną spoj­rze­nie.

– Po­my­śle­li­śmy… że do­brze by­ło­by po­ga­dać. Po tym wszyst­kim, co się sta­ło – sły­szę głos mo­jej sio­stry, a gdy to mówi, jest mięk­ki, nie­mal mat­czy­ny. – Czu­je­cie się bez­piecz­nie?

– Bez­piecz­nie? – Ane­ta gło­śno za­da­je py­ta­nie i do­po­wia­da: – Nie wiem. Chy­ba nikt już się tu­taj tak nie czu­je.

Sia­dam na brze­gu fo­te­la i tym ra­zem sam za­da­ję py­ta­nie są­siad­ce:

– By­li­ście wte­dy w domu?

(…)

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Od­zwier­cie­dle­nie

isbn: 978-83-8423-649-9

© A.E. Szum­ska i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Bia­łek

ko­rek­ta: Mał­go­rza­ta Gieł­za­kow­ska

okład­ka: Mag­da­le­na Czmo­chow­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.