Odwstydzanie. Jak bronić swoich emocji, ciała i doświadczeń przed kulturą wstydu - David Bedrick - ebook

Odwstydzanie. Jak bronić swoich emocji, ciała i doświadczeń przed kulturą wstydu ebook

David Bedrick

0,0
51,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Toksyczny wstyd dotyka nas wszystkich – często w zupełnie niespodziewany sposób.

Jest czymś znacznie więcej niż poczucie winy, zażenowanie i smutek. Pojawia się, gdy doświadczamy traumy, ale brakuje nam narzędzi, by wyrazić swoje uczucia; gdy nie mamy możliwości poprosić o wsparcie; gdy czujemy się pomijani i niezauważani. A choć wielu z nas nosi w sobie coś, co uważa za wstydliwe, to przecież nie jesteśmy wadliwi i całkowicie zasługujemy na miłość. Tylko jak przekonać o tym samego siebie…?

W tej książce profesor David Bedrick wyjaśnia społeczne i psychologiczne mechanizmy powstawania wstydu i dostarcza praktycznych narzędzi, dzięki którym:

• na nowo przyjrzysz się sobie i swojej przeszłości, bez oceniania i umniejszania swoich przeżyć,

• nauczysz się rozpoznawać wstyd nie jako emocję, ale jako sposób myślenia o sobie, który da się zmienić,

• odrzucisz szkodliwą narrację o sobie samym, odbierającą ci poczucie własnej wartości,

• zbudujesz głębsze relacje z innymi dzięki samoakceptacji i nauce bezwarunkowej miłości,

• zaopiekujesz się wypieranymi częściami siebie, które domagają się uwagi,

• wybaczysz sobie i innym, by móc ruszyć dalej.

Czas przestać się ukrywać. Uwolnij się od toksycznego wstydu i odkryj, kim naprawdę jesteś – bez osądu, bez lęku, w pełni akceptacji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 393

Data ważności licencji: 12/16/2029

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 1. Nastawienie na odwstydzanie

Roz­dział 1

Nasta­wie­nie na odwsty­dza­nie

Dora­sta­łem w rodzi­nie nazna­czo­nej prze­mocą. Bru­tal­ność ojca była ewi­dentna – uży­wał pasów, pię­ści i ostrych słów – nato­miast wypie­ra­nie i lek­ce­wa­że­nie jego napa­ści przez matkę oraz sto­so­wany przez nią gasli­gh­ting miały moc ukrytą, choć nie mniej­szą. Wywo­ły­wały we mnie wstyd, pro­wa­dziły do tego, że nie ufa­łem wła­snemu doświad­cze­niu, igno­ro­wa­łem cier­pie­nie, które doty­kało mnie w póź­niej­szym życiu, i uwa­ża­łem, że coś jest ze mną nie tak, a mój ból jest nie­ważny, zamiast się zasta­no­wić: „Co takiego się stało, że cier­pię?”. Nie wie­rzyła mi ta jedna osoba na całym świe­cie, która miała mnie kochać. To wła­śnie mnie prze­ko­nało, że ludziom należy głę­boko wie­rzyć, że powinni czuć się naprawdę dostrze­żeni oczami świadka. Ale nie cho­dziło mi o to, żeby po pro­stu uzna­wać, że słowa jakiejś osoby odpo­wia­dają obiek­tyw­nym obser­wa­cjom. Uwa­ża­łem, że doświad­cze­nia i zacho­wa­nia innych – nie­za­leż­nie od tego, jak irra­cjo­nalne mogą się wyda­wać – są sto­sowne i uza­sad­nione, a ta pozorna irra­cjo­nal­ność to woal skry­wa­jący święte prze­sła­nie, które sta­nie się jasne, jeżeli tylko uwie­rzymy w ludzi, zamiast ich zawsty­dzać.

Pod­kre­śla­niem tego punktu widze­nia w mło­do­ści ścią­ga­łem na sie­bie kry­tykę oby­dwojga rodzi­ców. Ojciec nazy­wał mnie marzy­cie­lem, co dla niego ozna­czało „ide­ali­styczny”, „ode­rwany od rze­czy­wi­sto­ści”. Matka z kolei mówiła: „Świata nie zmie­nisz”.

Jak na iro­nię, ich dez­apro­bata napro­wa­dziła mnie na cel mojego życia. Poświę­ci­łem ponad trzy­dzie­ści lat na zgłę­bia­nie psy­cho­lo­gii jun­gow­skiej i marzeń sen­nych. (Ojciec raczej nie takie marze­nia miał na myśli, ale życie ma wła­sną magię). Kształ­ci­łem się w roz­wią­zy­wa­niu kon­flik­tów na tle pro­ble­mów świa­to­wej skali – rasy, płci kul­tu­ro­wej, nie­rów­no­ści mate­rial­nej, anty­se­mi­ty­zmu – i w końcu posze­dłem na prawo z nadzieją, że ow­szem, zmie­nię świat. Sku­pi­łem się na poma­ga­niu kobie­tom i dzie­ciom w prze­brnię­ciu przez kon­flikty domowe, roz­wody oraz walkę o prawa rodzi­ciel­skie.

Począt­kowe próby zro­zu­mie­nia dyna­miki rodzin­nej i spo­łecz­nej skło­niły mnie do stu­dio­wa­nia psy­cho­lo­gii orga­ni­za­cji na Uni­wer­sy­te­cie Min­ne­soty. Na pod­sta­wie zdo­by­tej wie­dzy przez dwa­na­ście lat pró­bo­wa­łem zmie­nić świat poprzez prze­kształ­ce­nie insty­tu­cji; udzie­la­łem kon­sul­ta­cji pra­cow­ni­kom 3M, Honey­well, Uni­ted Way, mary­narki wojen­nej USA i dzie­siąt­kom innych orga­ni­za­cji, a następ­nie odby­łem szko­le­nie kli­niczne w zakre­sie pracy z klien­tami indy­wi­du­al­nymi oraz roz­wią­zy­wa­nia kon­flik­tów na dużą skalę w Pro­cess Work Insti­tute, odno­dze Jung Insti­tute. Zosta­łem w nim nauczy­cie­lem i wykła­dowcą. W kolej­nych latach otwo­rzy­łem pry­watną prak­tykę, prze­pro­wa­dzi­łem liczne zaję­cia i napi­sa­łem trzy dobrze przy­jęte książki na temat wstydu zwią­za­nego z cia­łem, prze­mocy w rodzi­nie, zagad­nień doty­czą­cych uza­leż­nie­nia i wła­dzy oraz roli psy­cho­lo­gii w akty­wi­zmie spo­łecz­nym. Wszyst­kie te doświad­cze­nia dopro­wa­dziły mnie do tego punktu, w któ­rym wyja­śniam – nie tylko klien­tom i obser­wa­to­rom moich pro­fili w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, ale i tobie – jak działa wstyd. Nie tylko ukrywa nas on przed innymi, ale i przed nami samymi, unie­moż­li­wia­jąc nam zdo­by­cie samo­świa­do­mo­ści i poko­cha­nie sie­bie.

Obietnica odwstydzania

Z książki tej dowiesz się, w jaki spo­sób wstyd jest zaszcze­piany w każ­dym z nas, naj­czę­ściej w dzie­ciń­stwie; w jaki spo­sób go iden­ty­fi­ko­wać, zamiast pozwa­lać mu sobą kie­ro­wać; jak się odwsty­dzić poprzez dekon­struk­cję zin­ter­na­li­zo­wa­nego wstydu i zapo­bie­ga­nie ponow­nemu zawsty­dza­niu sie­bie i innych; jak nazy­wać wstyd po imie­niu i pozba­wiać go mocy. W trak­cie odwsty­dza­nia dowiesz się także, co wstyd dotąd ukry­wał: twoje prawdy, twoje dary i prze­zna­czoną ci ścieżkę życiową.

Wstyd wnika w nas przez drobne pęk­nię­cia i szcze­liny, cza­sami zupeł­nie nie­zau­wa­że­nie. Być może nie lubisz swo­jego ciała. To już źle, ale jeśli w dodatku myślisz sobie: „Jestem takim nie­udacz­ni­kiem, kom­pletną porażką”, jest to wstyd. A może odczu­wasz silne uczu­cia, któ­rych nie kon­tro­lu­jesz: złość, roz­pacz, przy­gnę­bie­nie. To trudne samo w sobie, a ty jesz­cze myślisz: „Co ze mną nie tak, że nie potra­fię tego kon­tro­lo­wać?”. To także wstyd. Być może jesteś cich­szy bądź gło­śniej­szy od innych, za co oto­cze­nie cię kry­ty­kuje. To z kolei spra­wia, że czu­jesz się źle albo masz wra­że­nie bycia out­si­de­rem, a potem myślisz: „Dla­czego nie potra­fię być taki jak inni?”, i to jest wstyd. Wstyd to nie to samo, co kry­tyka. Robi wię­cej niż tylko zada­wa­nie ran – powo­duje, że prze­sta­jesz być lojalny wobec swo­jej natury, zwra­casz się prze­ciwko sobie. To atak przy­pusz­czany na samego sie­bie, bez odwsty­dza­nia zatem ni­gdy nie uda ci się uwol­nić od dal­szych krzywd. Nie­po­skro­miony wstyd, jako świa­to­po­gląd, może cię znisz­czyć. To wyjąt­kowa forma prze­mocy. Odwsty­dza­nie jest rów­nież ścieżką samo­po­zna­nia. W uję­ciu jun­gow­skim jest pracą z cie­niem: rzu­ca­niem świa­tła na to, co do tej pory pozo­sta­wało dla nas nie­wi­doczne.

Inne formy napa­ści i prze­mocy ranią ciało bądź psy­chikę, ale nie prze­sła­niają nam przy tym świa­do­mo­ści, że cier­pimy, ponie­waż zosta­li­śmy skrzyw­dzeni. Wstyd nato­miast wypa­cza tę fun­da­men­talną świa­do­mość i spra­wia, że wie­rzymy, iż zasłu­gu­jemy na cier­pie­nie, ponie­waż nie jest ono wyni­kiem krzywdy, a tego, że coś jest z nami nie tak. Tra­dy­cyjne wyobra­że­nie na temat wstydu zakłada, że czu­jemy go, gdy zro­bimy coś złego – albo jeste­śmy kimś złym. Jest to zgodne z mora­li­zu­ją­cym, jude­ochrze­ści­jań­skim poglą­dem mówią­cym, że powinno się ponieść karę za grze­chy. Naj­więk­szą krzywdą wyrzą­dzaną nam przez wstyd jest czy­nie­nie nas nie­wi­dzial­nymi dla samych sie­bie. Po zin­ter­na­li­zo­wa­niu ten fun­da­men­talny sys­tem prze­ko­nań unie­moż­li­wia nam zatem zaję­cie się wszel­kimi ranami, które są nam zada­wane. Zamiast tego tra­cimy zasoby na „uzdra­wia­nie” tego, co – naszym zda­niem – jest w nas zepsute, zamiast zerwać zasłonę wstydu, dzięki czemu mogli­by­śmy wyraź­nie dostrzec rze­czy­wi­stą ranę. Zbyt wiele pro­ce­sów, które ludzie nazy­wają „uzdra­wia­niem”, opiera się na naszym zaufa­niu do głosu wstydu, na trak­to­wa­niu ludzi, jakby coś było z nimi nie tak, przez co tracą nie tylko czas i pie­nią­dze, ale też wiarę w sie­bie i we wła­sny auto­ry­tet.

Możesz się zasta­na­wiać: „Czy ist­nieje pozy­tywny rodzaj wstydu? Poży­teczny? Potrzebny?”. Wie­lo­krot­nie zada­wano mi te pyta­nia. Badam to zagad­nie­nie od ponad trzy­dzie­stu lat i wciąż sądzę, że nie ma żad­nej pozy­tyw­nej funk­cji wstydu. Nie ozna­cza to, że nie­od­po­wied­nie zacho­wa­nia nie­któ­rych osób nie powinny dopro­wa­dzać nas do furii ani że nie powin­ni­śmy ich potę­piać bądź ogra­ni­czać. Ozna­cza to, że wstyd wcale nie pomaga w trwa­łym zwal­cza­niu takich zacho­wań.

Myśli­ciele i teo­re­tycy utoż­sa­mia­jący się z jude­ochrze­ści­jań­ską moral­no­ścią prę­dzej będą żywić prze­ko­na­nie, że zarówno wstyd, jak i poczu­cie winy są nie­zbędne do kie­ro­wa­nia ludz­kim sumie­niem, jakby bez wiszą­cego nad nim bata wstydu sumie­nie miało pogrą­żyć się w cha­osie. Jed­nakże badaczki June Price Tan­gney i Ronda L. Dearing, autorki wyda­nej w 2003 roku książki Shame and Guilt (Wstyd i poczu­cie winy), prze­pro­wa­dziły bada­nie podłużne na czte­ry­stu dzie­ciach i odkryły coś innego: cho­ciaż poczu­cie winy fak­tycz­nie pro­wa­dziło do pew­nych pozy­tyw­nych reak­cji na krzyw­dzące zacho­wa­nia, wstyd pro­wa­dził do częst­szego zaży­wa­nia nar­ko­ty­ków, nasi­lo­nych skłon­no­ści samo­bój­czych i tym podob­nych nie­ko­rzyst­nych skut­ków. Inne bada­nia potwier­dziły te odkry­cia.

Ist­nieją znacz­nie traf­niej­sze ter­miny na opi­sa­nie kwe­stii moral­nych: wyrzuty sumie­nia, współ­czu­cie, empa­tia, odpo­wie­dzial­ność, zro­zu­mie­nie, pokuta, odnowa, obo­wią­zek oraz – ow­szem – wina. Uży­wa­jąc ich, uni­kamy lek­ko­myśl­nego posłu­gi­wa­nia się sło­wem „wstyd”, co zaciem­nia­łoby nam obraz rze­czy­wi­sto­ści, i możemy lepiej zro­zu­mieć fak­tyczne dzia­ła­nie tego uczu­cia. Ostrożne sto­so­wa­nie wyrazu „wstyd” to ważny krok ku zmniej­sze­niu tole­ran­cji na jego wpływ i ku dokład­niej­szemu zro­zu­mie­niu, na czym polega odwsty­dza­nie.

Osoby, które się upie­rają, że wstyd jest konieczny, nawet jeśli przed­sta­wiono im bada­nia i wła­sne doświad­cze­nia jed­no­znacz­nie poka­zu­jące, że się mylą, czę­sto twier­dzą, że ist­nieją dwa rodzaje wstydu: tok­syczny i nietok­syczny. Podział na te dwie kate­go­rie w żaden spo­sób nie odpo­wiada jed­nak na fun­da­men­talne pyta­nia: Jak tak naprawdę wygląda uzdra­wia­nie wstydu? Jak można się z niego wyle­czyć? Jak uzdro­wi­ciele, tera­peuci i facy­li­ta­to­rzy mogą poru­szać zagad­nie­nie wstydu w taki spo­sób, by wspie­rać swo­ich klien­tów?

Żeby odpo­wie­dzieć na te pyta­nia, należy dokład­niej zro­zu­mieć przy­czyny poja­wia­nia się wstydu i to, jak odwsty­dza­nie wygląda w prak­tyce. Musimy rów­nież pojąć powią­za­nia wstydu z prze­mocą i trau­mami wcze­sno­dzie­cię­cymi oraz mię­dzy­po­ko­le­nio­wymi (tematy te poru­szam w całej książce, a zwłasz­cza w roz­dzia­łach 9 i 10), a także to, jakiej wie­dzy i jakich umie­jęt­no­ści potrze­bu­jemy do odwsty­dza­nia.

Zacznijmy od przyj­rze­nia się, w jaki spo­sób wstyd jest w ogóle w nas wzbu­dzany i utrwa­lany.

Wpajanie poczucia winy

Część eks­per­tów, któ­rzy roz­po­częli bada­nia w dzie­dzi­nie wstydu, jak Brené Brown, defi­niują go jako emo­cję. W swo­ich książ­kach Brown podaje przy­kłady histo­rii zawsty­dza­nia, z któ­rych nie­mal wszyst­kie doty­czą osób pod­da­nych kry­tyce – wewnętrz­nej bądź zewnętrz­nej.

Doce­niam wkład Brené Brown i jestem wdzięczny za jej pracę, ale jed­no­cze­śnie, opie­ra­jąc się na jej defi­ni­cji, twier­dzę, że wstyd wykra­cza poza bycie kry­ty­ko­wa­nym i obej­muje wszel­kie formy ataku, w tym prze­moc. Z kolei kry­tyka nie zawsze wyzwala w nas wstyd. Czy ktoś kie­dyś oskar­żył cię o coś tak nie­do­rzecz­nego, że mia­łeś ochotę wybuch­nąć śmie­chem? Domy­ślam się, że nie czu­łeś się wtedy zawsty­dzony.

Co zatem spra­wia, że czyjś atak wywo­łuje w nas wstyd? Wielu auto­rów pisze w tym kon­tek­ście o przy­na­leż­no­ści, lęku, wła­dzy i ocze­ki­wa­niach spo­łecz­nych. Moje ponad trzy­dzie­sto­let­nie bada­nia można stre­ścić tak: wpływ ataku na naszą psy­chikę zależy od tego, w jaki spo­sób postrze­gają go inni – jako zawsty­dza­jący świad­ko­wie – nie­za­leż­nie od tego, czy widzieli sytu­ację na żywo, czy opo­wie­dzie­li­śmy im o niej póź­niej.

Jeżeli zbyli doznaną przez nas krzywdę, wyparli ją, zlek­ce­wa­żyli, zasto­so­wali gasli­gh­ting bądź zasu­ge­ro­wali, że sobie na nią zasłu­ży­li­śmy, stali się świad­kami zawsty­dza­ją­cymi. Jeżeli wyda­rzało się to wie­lo­krot­nie lub miało miej­sce na wcze­snym eta­pie naszego życia, my tego zawsty­dza­ją­cego świadka zin­ter­na­li­zo­wa­li­śmy. Wie­rzymy teraz, że nie potra­fimy niczego traf­nie oce­niać i że coś musi być nie tak z naszymi uczu­ciami i wra­że­niami. Tra­cimy zaufa­nie do sie­bie i docho­dzimy do wnio­sku, że nie jeste­śmy ważni. Ten głos, zaprze­cza­jący nam, lek­ce­wa­żący nas albo obwi­nia­jący – punkt widze­nia zawsty­dza­ją­cego świadka – prze­nosi się z zewnątrz do wewnątrz nas. Nie­sie to ze sobą ogromne kon­se­kwen­cje, ponie­waż zaczy­namy postrze­gać sie­bie przez pry­zmat wstydu, który wypa­cza i psuje nasz obraz samych sie­bie i spra­wia, że prze­sta­jemy dostrze­gać swoje praw­dziwe ja. Jak powie­dział Ger­shen Kauf­man, „wstyd jest klu­czową zmienną”1, znacz­nie bar­dziej wpły­wową od jakiej­kol­wiek emo­cji.

Dla­tego też kiedy docho­dzi do kolej­nych napa­ści, łącz­nie z kry­tyką, nie odpo­wia­damy natu­ralną reak­cją zra­nie­nie. Nie ufamy sobie, ponie­waż wie­rzymy, że robimy coś źle. Nie ota­cza nas war­stwa miło­ści i zaufa­nia do sie­bie, która pomo­głaby nam prze­tra­wić wyda­rze­nia i odpo­wied­nio się bro­nić. Patrzymy na sie­bie tak, jak patrzyli na nas inni. To wła­śnie zin­ter­na­li­zo­wany wstyd.

Jeżeli jed­nak świad­ko­wie zare­ago­wali współ­czu­ciem, uwie­rzyli nam i sta­nęli w naszej obro­nie, inter­na­li­zu­jemy ten spo­sób postrze­ga­nia sie­bie. Ktoś nas dostrzegł, poczuł to, co my, zaufał nam – więc i my tak pod­cho­dzimy do samych sie­bie. Zatem kiedy póź­niej ktoś nas ata­kuje bądź kry­ty­kuje, reagu­jemy zatrosz­cze­niem się o sie­bie, bro­nimy się i wie­rzymy w sie­bie. Ten atak na­dal może nas skrzyw­dzić, ale nie inter­na­li­zu­jemy nie­spra­wie­dli­wego prze­ko­na­nia na swój temat. W tym przy­padku wstyd jest nie­obecny.

Toteż wstyd jest zin­ter­na­li­zo­wa­nym świad­kiem, a nie emo­cją, cho­ciaż może wywo­ły­wać emo­cje, takie jak poczu­cie winy, zakło­po­ta­nie i wyrzuty sumie­nia. Wstyd jako zin­ter­na­li­zo­wany świa­dek ma pewne cechy cha­rak­te­ry­styczne:

Zaprze­cza wyda­rze­niom i naszym fak­tycz­nym doświad­cze­niom, lek­ce­waży je bądź nas gasli­gh­tuje, zamiast po pro­stu je dostrze­gać.

Uprzed­mio­ta­wia. Jego punkt widze­nia dehu­ma­ni­zuje, ponie­waż wstyd nie jest świad­kiem czło­wieka czu­ją­cego, pod­miotu, tylko przed­miotu.

Pato­lo­gi­zuje. „Ustala”, co z nami nie tak, żeby­śmy to zmie­nili. Zamiast pró­bo­wać ziden­ty­fi­ko­wać moment dozna­nia krzywdy w naszym życiu, wyszu­kuje nasze wady.

Nie jest cie­kawy. Nie docieka, czego doświad­czy­li­śmy soma­tycz­nie, fizycz­nie bądź emo­cjo­nal­nie. Zawsty­dza­jący świad­ko­wie ni­gdy nie pytają o nasze rze­czy­wi­ste dozna­nia. Spra­wiają wra­że­nie, że już wszystko rozu­mieją.

Każdy z nas zin­ter­na­li­zo­wał pewien pry­zmat, przez który na sie­bie patrzy. Według niego warun­kiem roz­woju i uzdro­wie­nia jest okre­śle­nie, co w nas nie działa, jakie są nasze objawy – fizyczne bądź emo­cjo­nalne – i ich napra­wie­nie albo usu­nię­cie. Ta per­spek­tywa jest zawsze obecna. Za każ­dym razem, kiedy robimy lub czu­jemy coś, co powo­duje dys­kom­fort, auto­ma­tycz­nie zaczy­namy się zasta­na­wiać: „Co jest ze mną nie tak? Jak to napra­wić?”. Nie wyda­rza się to spo­ra­dycz­nie, a noto­rycz­nie. I ten punkt widze­nia ukrywa nas przed nami samymi. Prze­sła­nia nasze praw­dziwe uczu­cia, doznane krzywdy, wyda­rze­nia, w wyniku któ­rych ucier­pie­li­śmy. Ukrywa prawdę na temat tego, kim jeste­śmy i kim mamy się stać. Wstyd powo­duje, że pró­bu­jemy udzie­lać się towa­rzy­sko i być jak inni, zamiast roz­kwi­tać jako my, łączyć się ze swoim praw­dzi­wym ja i wycho­dzić do świata jako dar. Kiedy wypeł­niają nas zało­że­nia i teo­rie na wła­sny temat, nie mamy wyboru – musimy lek­ce­wa­żyć nasze fak­tyczne doświad­cze­nie. A dla­czego doświad­cze­nie jest takie ważne? Ponie­waż jest brze­mienne w dary, lekar­stwa i inte­li­gen­cję: od nas dla nas.

Zawstydzająca sytuacja

Wyobraź sobie taką sytu­ację: ktoś wstaje, żeby wygło­sić mowę przed grupą ludzi. W trak­cie prze­mó­wie­nia ktoś inny krzy­czy: „Nie masz poję­cia, o czym gadasz!”.

Mówca milk­nie. Zastyga w bez­ru­chu. Nie wie, co zro­bić ani co powie­dzieć. Publicz­ność rów­nież zamiera w ocze­ki­wa­niu na jego reak­cję.

Mówca myśli: „Dla­czego on tak uważa? Ile osób się z nim zga­dza? Może nie­wy­star­cza­jąco się przy­go­to­wa­łem. Dla­czego nie potra­fię wymy­ślić, jak zare­ago­wać? Wszy­scy się na mnie gapią. Muszę wyglą­dać na prze­ra­żo­nego. Powi­nie­nem być w sta­nie coś zro­bić. Co ze mną nie tak, do cho­lery? Zróbże coś!”.

Wyda­rzyły się tu trzy rze­czy. Po pierw­sze, ktoś publicz­nie skry­ty­ko­wał mówcę. Wysłu­chi­wa­nie kry­tyki na osob­no­ści to nic przy­jem­nego, a publicz­nie staje się jesz­cze trud­niej­sze, ponie­waż nasza krzywda jest upo­ka­rza­jąco wyeks­po­no­wana przed świad­kami, któ­rzy mogą nas zawsty­dzić albo odwsty­dzić. Kry­tyka ta prze­szyła mówcę na wskroś. Kosz­mar­nie zabo­lała.

Po dru­gie, nikt inny z widowni nie ode­zwał się ze współ­czu­ciem. Nikt nie zaprze­czył sło­wom kry­tyka ani nie powie­dział: „Wow, to było nie­grzeczne”, „Auć, musiało zabo­leć” ani „Wszystko w porządku? Dla mnie to byłoby bar­dzo trudne”.

Po trze­cie, głowę mówcy wypeł­niają pyta­nia, wąt­pli­wo­ści i poła­janki pod wła­snym adre­sem. Mówca stara się ziden­ty­fi­ko­wać, co zro­bił źle, i gani się za to, że nie potrafi zare­ago­wać. Wie­rzy, że musi prze­zwy­cię­żyć poczu­cie krzywdy i upo­ko­rze­nia oraz zamro­że­nie. Uważa, że powi­nien być sil­niej­szy, jaśniej się wyra­żać i potra­fić ina­czej odpo­wie­dzieć.

Te trzy czę­ści skła­dają się na zawsty­dza­jącą sytu­ację. Przyj­rzyjmy się im po kolei.

1. Napaść krytyka

Każdy wie­lo­krot­nie doświad­cza w swoim życiu kry­tyki. Czę­sto przyj­muje ona postać ataku słow­nego. Może nas on zra­nić, zdru­zgo­tać albo poni­żyć. Jeśli doświad­czamy jej publicz­nie, do tego bólu dołą­cza upo­ko­rze­nie.

Jed­nakże kry­tyka sama w sobie nie wywo­łuje wstydu. Cza­sami spływa po adre­sa­cie jak po kaczce. Może on w ogóle nie poczuć się zra­niony. Zda­rza się, że zarzut odbie­ramy jako absur­dalny albo nie­tra­fiony. Możemy zlek­ce­wa­żyć kry­tykę albo może ona doty­czyć cze­goś, z czego zda­jemy sobie sprawę i z czym już się pogo­dzi­li­śmy, albo nawet cze­goś, co wręcz polu­bi­li­śmy. Dla­tego już na nas nie wpływa; pozo­sta­jemy obo­jętni.

Mówca mógłby powie­dzieć: „Wyra­zi­łeś wła­śnie mocną kry­tykę. Przez chwilę byłem oszo­ło­miony. Chęt­nie wysłu­cham two­jego punktu widze­nia, ale nie wyra­ża­nego takim tonem. Poroz­ma­wiajmy rze­czowo” bądź: „Nie tylko się z tobą nie zga­dzam, ale uwa­żam rów­nież, że twoje zacho­wa­nie jest nie­kul­tu­ralne i nie­ak­cep­to­walne. Mam coś waż­nego do prze­ka­za­nia i nie pozwolę na sie­bie wrzesz­czeć”.

Dla­czego te reak­cje nie będą pro­wa­dzić do wstydu? Ponie­waż mówca jest świad­kiem kry­tyki, reak­cji innych na sytu­ację i swo­ich wła­snych uczuć. W takim przy­padku kry­tyka na­dal może być bole­sna, ale mówca praw­do­po­dob­nie nie zakoń­czy prze­mowy z poczu­ciem, że zro­bił coś źle albo że jest nie­ważny. Te dwa prze­ko­na­nia – „Coś jest ze mną nie tak” oraz „Jestem nie­ważny” – to cechy cha­rak­te­ry­styczne wstydu.

2. Zawstydzający świadek

Publicz­ność nie była współ­czu­ją­cym, odwsty­dza­ją­cym świad­kiem. Nikt nie sta­nął w obro­nie mówcy ani nie prze­mó­wił do niego z tro­ską. Nikt nie nazwał sytu­acji po imie­niu. Ten mil­czący tłum sta­nowi przy­kład zawsty­dza­ją­cego świadka.

Krzywda, na którą nikt nie reaguje współ­czu­ciem, spra­wia, że nabie­ramy prze­ko­na­nia, iż nasze uczu­cia są nie­wła­ściwe, nasza odpo­wiedź na kry­tykę jest nie­od­po­wied­nia, a nawet iż nie zasłu­gu­jemy na tro­skę. Zwy­my­ślany mówca naj­praw­do­po­dob­niej zin­ter­na­li­zuje zawsty­dza­ją­cego świadka, ponie­waż uzna, że atak był zasłu­żony i uspra­wie­dli­wiony, a jego oso­bi­ste uczu­cia się nie liczą. To dzia­ła­nie wstydu.

Gdyby jed­nak publicz­ność oka­zała tro­skę, współ­czu­cie i empa­tię, czy nawet zezło­ściła się na kry­tyka, mówca byłby znacz­nie mniej nara­żony na wstyd. Wystar­czy­łoby wręcz, żeby ktoś powie­dział: „Wow, to było mocne”, a poja­wie­nie się wstydu byłoby mniej praw­do­po­dobne. Mówię o mniej­szym praw­do­po­do­bień­stwie, ponie­waż z powodu wcze­śniej­szych zawsty­dza­ją­cych doświad­czeń mówcy publicz­ność może nie być w sta­nie w pełni go ochro­nić.

Reak­cja oto­cze­nia na kry­tykę skie­ro­waną w naszą stronę albo na naszą opo­wieść o takiej kry­tyce wpływa na to, czy doznamy wstydu i czy go zin­ter­na­li­zu­jemy.

3. Zinternalizowany zawstydzający świadek

W naszej przy­kła­do­wej sytu­acji mówca natych­miast zaczął snuć bole­sne roz­wa­ża­nia na temat tego, co sam robi i jak reaguje. Nie przy­znał, że został zaata­ko­wany i zra­niony, nie zaczął też auto­ma­tycz­nie się bro­nić. Jego odpo­wiedź – reak­cja zawsty­dza­ją­cego świadka – połą­czyła siły z kry­ty­kiem.

Mówca nie zin­ter­na­li­zo­wał odwsty­dza­ją­cego świadka, tylko tego zawsty­dza­ją­cego: takiego, który ana­li­zuje, co mówca zro­bił źle, który nie zauważa fak­tycz­nie doświad­cza­nych uczuć i który trak­tuje doznaną krzywdę jako coś nie­istot­nego. Mówca nie dostrzega, że nie jest wybra­ko­wany i nie brak mu kom­pe­ten­cji.

Gdyby potra­fił spoj­rzeć na swoje wewnętrzne dozna­nia ze współ­czu­ciem i instynk­tem opie­kuń­czym – jako świa­dek odwsty­dza­jący – na­dal mógłby odczu­wać ból, ale nie doświad­czyłby wstydu i nie zacząłby auto­de­struk­cyj­nego poszu­ki­wa­nia w sobie wad bądź wypie­ra­nia swo­ich auten­tycz­nych doświad­czeń.

Nie­ła­two iść przez życie z samo­świa­do­mo­ścią i przy­tom­no­ścią umy­słu, które umoż­li­wią wytrzy­ma­nie ataku bez poczu­cia, że się na niego zasłu­guje. Dla­czego nie reagu­jemy na każdą kry­tykę, wewnętrzną i zewnętrzną, mówiąc: „Auć” albo „Ej, odczep się”? Dla­czego tak czę­sto jest to trudne?

Powód jest nastę­pu­jący: w prze­szło­ści (zazwy­czaj w dzie­ciń­stwie) wycier­pie­li­śmy krzywdy, a żaden zaufany bli­ski czy rówie­śnik nie sta­nął w naszej obro­nie ani nawet nie przy­znał, czego doświad­czy­li­śmy. Mógł mil­czeć, sam zastra­szony, jak inne dzieci w kla­sie, gdy szy­dził z nas okrutny nauczy­ciel. Mógł się przy­łą­czyć do krzyw­dzą­cego, jak rodzic, który, upo­ko­rzony tym, że duchowny obwi­nia o coś jego dziecko, zaczyna je stro­fo­wać bądź karać, bez prób zro­zu­mie­nia całej sytu­acji. Nikt nie odgry­wał dla nas roli odwsty­dza­ją­cego świadka – kogoś, kto roz­bro­iłby zawsty­dza­jące wyda­rze­nie swoim współ­czu­ciem. Zosta­li­śmy nato­miast zawsty­dzeni. A jako osoby zawsty­dzone godzimy się na napaść. Kiedy się wsty­dzimy, mamy też poczu­cie, że zasłu­gu­jemy na atak. Po pro­stu wie­rzymy w słusz­ność ataku, a następ­nie pró­bu­jemy usta­lić, czym zawi­ni­li­śmy. Tłu­mimy swoje doświad­cze­nie, po czym w póź­niej­szych latach zma­gamy się z obja­wami fizycz­nymi i psy­chicz­nymi, któ­rych nie łączymy już z minio­nym wyda­rze­niem, a zatem pato­lo­gi­zu­jemy samych sie­bie. Innymi słowy, bra­kuje nam wewnętrz­nego obrońcy i miło­ści wła­snej.

Kiedy defi­niuje się wstyd jako kry­tykę (albo jako poczu­cie winy, co oma­wia­łem wcze­śniej) bądź jako emo­cję, traci się oka­zję do roz­po­zna­nia zło­żo­no­ści zawsty­dza­ją­cych wyda­rzeń i prze­pra­co­wa­nia ich. Prze­ga­pia się też moż­li­wość odwsty­dze­nia samego sie­bie. Osiąga się to, wyko­rzy­stu­jąc zin­ter­na­li­zo­wa­nego współ­czu­ją­cego świadka jako sojusz­nika i źró­dło wewnętrz­nej mocy. Innych odwsty­dzamy, ze współ­czu­ciem przy­zna­jąc, że doznali krzywdy, bro­niąc ich i potwier­dza­jąc ich prze­ży­cia oraz prawo do bycia trak­to­wa­nymi z życz­li­wo­ścią. Dzia­ła­nia te skła­dają się na super­moc roz­bra­ja­nia wstydu.

Wstyd poja­wia się za każ­dym razem, kiedy czu­jemy się ata­ko­wani i nie­zdolni do posta­wie­nia gra­nic; gdy trak­tu­jemy uczu­cia jako pro­blem do roz­wią­za­nia; nale­żymy do grupy mar­gi­na­li­zo­wa­nej lub unie­waż­nia­nej i nikt nie zauważa wyrzą­dza­nych nam w ten spo­sób krzywd; padamy ofiarą prze­mocy, a inni temu prze­czą bądź to lek­ce­ważą; uwa­żamy objawy fizyczne za sła­bość, za dowód nie­zdol­no­ści do spro­sta­nia nor­mom spo­łecz­nym; kiedy ludzie wokół nas postrze­gają dłu­go­ter­mi­nowe kon­se­kwen­cje traumy jako pato­lo­gie, a nie skutki wcze­śniej­szych doświad­czeń albo histo­rii mię­dzy­po­ko­le­nio­wych. Wstyd poja­wia się także wtedy, gdy trak­tu­jemy używki jak lekar­stwo, jakby za gło­dem tych sub­stan­cji nie krył się żaden inny uza­sad­niony głód.

Grzybnia wstydu i odwstydzania

Ponie­waż wstyd to pry­zmat, przez który postrze­gamy sie­bie, można go porów­nać do grzybni – pod­ziem­nej sieci łączą­cej nie­zli­czone orga­ni­zmy – która karmi albo gło­dzi poszcze­gólne czę­ści naszej istoty: czę­ści naszego zdro­wia psy­chicz­nego i fizycz­nego. To ona wpływa na samo­świa­do­mość i na to, że pod­świa­do­mie iden­ty­fi­ku­jemy się jako mar­gi­na­li­zo­wani oraz pod­świa­do­mie mar­gi­na­li­zu­jemy innych. Decy­duje o tym, jak prze­cho­wu­jemy wspo­mnie­nia o prze­mocy i w jaki spo­sób doświad­czamy soma­tycz­nych odpo­wie­dzi na traumę, a także o tym, jak opie­ku­jemy się swo­imi uczu­ciami. Odwsty­dza­nie prze­kształca tę grzyb­nię w odżyw­czy, krze­piący sys­tem, który pod­bu­do­wuje cie­bie i innych. Ze względu na tę roz­ga­łę­zioną naturę odwsty­dza­nia tematy poru­szane w poszcze­gól­nych roz­dzia­łach tej książki są ze sobą powią­zane. Pod­czas lek­tury roz­działu 4, „Rola gra­nic w uzdra­wia­niu wstydu”, dowiesz się, że gra­nice wpły­wają na zin­ter­na­li­zo­wane opre­sję, prze­moc i uczu­cia. Wątki opre­sji, prze­mocy i samo­kry­tyki powrócą z kolei w roz­dziale 8, „Odwsty­dza­nie przy­krych uczuć”. Wszyst­kie te tematy są połą­czone. Nacho­dzą na sie­bie i są nie­ro­ze­rwalne.

Możesz się więc zasta­na­wiać, po co roz­dzie­lam je pomię­dzy roz­działy. Robię to, ponie­waż mamy natu­ralną skłon­ność do myśle­nia o sobie i uzdra­wia­niu w taki wła­śnie usys­te­ma­ty­zo­wany spo­sób. Każdy roz­dział to inne drzwi pro­wa­dzące do domu odwsty­dza­nia.

Wstyd izo­luje nas od innych oraz od róż­nych czę­ści nas samych. Odwsty­dza­nie zaczyna spla­tać je ze sobą na nowo, a my zysku­jemy zro­zu­mie­nie, jak wszystko jest ze sobą powią­zane, i odzysku­jemy poczu­cie pełni. Dostrze­gamy też, w jaki spo­sób pry­zmat wstydu rzuca świa­tło na różne aspekty roz­woju oso­bi­stego i uzdra­wia­nia, wcze­śniej nie­wy­raźne. Nada­łem tej książce taką struk­turę rów­nież po to, by każdy kolejny roz­dział mógł bazo­wać na poprzed­nich.

Zaproszenie do samopoznania

Bio­rąc pod uwagę liczne wymiary wstydu, pomocne może się oka­zać sku­pie­nie na wspól­nym oddzia­ły­wa­niu zawsty­dza­nia i kry­tyki.

Ćwi­cze­nie

Weź dłu­go­pis i kartkę papieru albo notes i zapisz odpo­wie­dzi na poniż­sze pyta­nia.

Przy­po­mnij sobie sytu­ację, w któ­rej ktoś cię skry­ty­ko­wał. Jak zare­ago­wa­łeś? Czy przy­ją­łeś tę kry­tykę? Czy mogłeś się z nią nie zgo­dzić i obro­nić się bez­po­śred­nio (nie dałeś się ponieść furii, ale byłeś sta­now­czy i pre­cy­zyjny)?Czy masz świa­do­mość swo­ich zra­nio­nych uczuć, gdy ktoś cię kry­ty­kuje? Czy trak­tu­jesz ten ból poważ­nie? Czy sły­szysz wewnętrzny głos, który mówi coś w rodzaju: „Auć, to boli”, żebyś mógł następ­nie zająć się raną?Czy jesteś świa­domy tego, że kry­tyka – to, co ludzie nazy­wają naszym „wewnętrz­nym kry­ty­kiem” – żyje w twoim wnę­trzu?Czy odpo­wia­dasz temu wewnętrz­nemu kry­ty­kowi i się bro­nisz, przy­naj­mniej od czasu do czasu? Jeżeli tak, opisz, co sobie mówisz.Czy twoim stan­dar­do­wym spo­so­bem myśle­nia jest prze­ko­na­nie, że musisz się zmie­nić, popra­wić, napra­wić, a nawet „uzdro­wić”?Jak myślisz, w jakim punk­cie się znaj­du­jesz? Czy masz zin­ter­na­li­zo­wa­nego świadka zawsty­dza­ją­cego, czy może odwsty­dza­ją­cego?

Odwsty­dza­jący świa­dek reaguje, potrafi się jasno bro­nić i wyra­żać odmienne zda­nie, a także zauważa każdą ranę, więc możemy się nią zająć. Odwsty­dza­jący świa­dek wie, jak się czu­jemy. A co robi świa­dek zawsty­dza­jący? Nie zapew­nia żad­nej bariery, więc kry­tyka tra­fia pro­sto w nas. Albo wie­rzymy w jej treść („To prawda, nakryli mnie”), albo czu­jemy się jej ofiarą, ponie­waż nie bro­nimy się we wła­ściwy, bez­po­średni spo­sób, a może nawet nie zauwa­żamy, że wyda­rzyło się coś, co nas zra­niło. Świa­dek zawsty­dza­jący trak­tuje nasze uczu­cia jak coś, co należy napra­wić.

Być może czu­jesz się przy­gnę­biony tym, że zosta­łeś zawsty­dzony, a nawet się tego wsty­dzisz. Pro­ces odwsty­dza­nia wydaje się przy­tła­cza­jący. Ale warto zastą­pić zin­ter­na­li­zo­wa­nego świadka zawsty­dza­ją­cego świad­kiem peł­nym miło­ści i współ­czu­cia, wejść na ścieżkę miło­ści wła­snej i samo­po­zna­nia oraz ponow­nie odna­leźć drogę swo­jego serca. W ostat­nim roz­dziale będziesz miał oka­zję połą­czyć wszystko, czego się nauczysz, i zostać odwsty­dza­ją­cym świad­kiem dla całego świata.

Wprowadzenie do błogosławieństw odwstydzania

Do korzy­ści pły­ną­cych z odwsty­dza­nia należy roz­wój umie­jęt­no­ści dostrze­ga­nia (sza­cunku), utoż­sa­mia­nia się (odno­sze­nia się do prze­żyć innych) i wiary (wiary rady­kal­nej). Umie­jęt­no­ści te ogrom­nie poma­gają każ­demu, kto czuje złość bądź przy­gnę­bie­nie, zmaga się z nało­gami lub ma skłon­ność do powie­la­nia bole­snych wzor­ców w rela­cjach – a wstyd te wszyst­kie ten­den­cje nasila. Co wię­cej, wstyd nisz­czy nasze zaufa­nie do samych sie­bie, wiarę w sie­bie i miłość wła­sną. Umie­jęt­no­ści pły­nące z odwsty­dza­nia wła­śnie to zaufa­nie do samego sie­bie budują, zwięk­szają też wiarę we wła­sne moż­li­wo­ści i miłość do samych sie­bie.

Tak jak więk­szość osób, być może postrze­gasz odwsty­dza­nie jako usu­wa­nie albo wyci­sza­nie bole­snych uczuć. Ale w rze­czy­wi­sto­ści jest to odnowa. Zdej­mu­jemy z sie­bie wstyd, żeby uwol­nić ukryte czę­ści sie­bie. Jak to ujął jeden z obser­wu­ją­cych mnie na Face­bo­oku: „Odwsty­dza­nie to wyba­wie­nie naszego auten­tycz­nego ja. Jakież to krze­piące i opty­mi­styczne!”.

Jak to działa? Odwsty­dza­nie ozna­cza obser­wo­wa­nie czy­ichś prze­żyć z sza­cun­kiem, co je depa­to­lo­gi­zuje. Zamiast kogoś dia­gno­zo­wać i uprzed­mio­ta­wiać, potwier­dza czło­wie­czeń­stwo i pod­mio­to­wość danej osoby.

Odwsty­dza­nie umoż­li­wia utoż­sa­mia­nie się z drugą osobą, ponie­waż ozna­cza bycie czu­ją­cym świad­kiem. Kiedy ktoś doświad­cza współ­czu­cia i empa­tii osoby słu­cha­ją­cej go z ser­cem, inter­na­li­zuje poczu­cie, że jest ważny, a to z kolei neu­tra­li­zuje prze­sła­nie wstydu mówiące, że się nie liczy.

Odwsty­dza­nie ozna­cza bycie świad­kiem z abso­lutną, rady­kalną wiarą w daną osobę. Tego rodzaju wiara wzmac­nia zaufa­nie do sie­bie tej osoby, pod­czas gdy wstyd pro­wa­dzi do inter­na­li­za­cji prze­ko­na­nia, że nie może sobie ona ufać i potrze­buje zewnętrz­nych auto­ry­te­tów, by powie­działy jej, kim jest, czego potrze­buje oraz co ma czuć i jak się zacho­wy­wać.

Zagłębmy się nieco w te kon­cep­cje.

Sza­cu­nek ozna­cza dokład­niej­sze docie­ka­nie, jak wygląda czy­jeś doświad­cze­nie. Czę­sto ma postać przy­glą­da­nia się doświad­cze­nieniom soma­tycz­nym, ale może też odno­sić się do doświad­cze­nia ciała w ruchu, do jego postawy (co nazy­wamy mową ciała), doświad­cze­nia wzro­ko­wego (co dana osoba widzi, co pamięta i co sobie wyobraża) i dia­logu zacho­dzą­cego w cudzej gło­wie (czę­sto będą­cego wewnętrzną samo­kry­tyką). Pod­czas sesji zadaję szcze­gó­łowe pyta­nia na temat tych prze­żyć. Dana osoba znaj­duje się wtedy w roli pod­miotu, a nie przed­miotu, pato­lo­gii czy cze­goś, co trzeba napra­wić, a to zmniej­sza wpływ wstydu. Z tej książki czy­tel­nicy nauczą się sza­no­wać samych sie­bie.

Utoż­sa­mia­nie się to pełne współ­czu­cia zgłę­bia­nie uczuć dru­giej osoby. Zwłasz­cza kiedy pytamy, jak zare­ago­wała na doznane krzywdy, zanie­dba­nie czy brak sza­cunku, nie­mal natych­miast prze­ko­nuje się, że jest ważna. Kiedy jakaś osoba cierpi i nikt nie reaguje empa­tią, współ­czu­ciem ani jej nie broni, doświad­cze­nie mówi jej, że się nie liczy. Poczu­cie bycia waż­nym zosta­nie odno­wione, gdy ktoś zacznie docie­kać ze współ­czu­ciem i empa­tią, co czuła, gdy została skrzyw­dzona. Jeżeli nie masz kogoś, kto mógłby ode­grać dla cie­bie taką rolę, zrób to sam dla sie­bie. Poczu­cie bycia waż­nym może zostać odno­wione rów­nież wtedy, gdy sami będziemy dla sie­bie współ­czu­ją­cym świad­kiem i zaczniemy zgłę­biać wła­sne prze­ży­cia.

O rady­kal­nej wie­rze mówimy wtedy, gdy wie­rzymy danej oso­bie i w nią. To ozna­cza, że wie­rzymy, iż ma ona odpo­wiedź na swoje trud­no­ści i wie, jakiego lekar­stwa potrze­buje na swoje dole­gli­wo­ści. Kiedy zada­jemy jej pyta­nia z tą wiarą, doznaje nagłego oświe­ce­nia i ma trafne spo­strze­że­nia. To poka­zuje, jaki kie­ru­nek obie­rze jej zdro­wie­nie, i przy­wraca jej wewnętrzny auto­ry­tet oraz zaufa­nie do samej sie­bie. Dzięki temu może zre­zy­gno­wać z pro­jek­cji auto­ry­tetu na innych, do czego w prze­szło­ści dopro­wa­dził ją wstydu.

W każ­dym z kolej­nych roz­dzia­łów zoba­czysz, jak uży­wam tych umie­jęt­no­ści w prak­tyce pod­czas pracy nad odwsty­dza­niem innych.

Pamię­tasz, jak pisa­łem, że doko­nu­jemy odwsty­dza­nia, by odkryć prze­sło­nięte przez wstyd czę­ści samych sie­bie? Można także powie­dzieć, że zawsty­dzone czę­ści nas kryją się w cie­niu, jak też już wcze­śniej wspo­mnia­łem. Cień w uję­ciu jun­gow­skim składa się z tych wszyst­kich naszych cech, do któ­rych nie chcemy się przy­znać. To ta część nas, która jest odcięta od naszego zasad­ni­czego spo­sobu postrze­ga­nia sie­bie, ponie­waż domi­nu­jąca per­spek­tywa naszej kul­tury uznaje tę część za nie­godną, nie­ak­cep­to­walną, nie­do­pusz­czalną bądź nie­mo­ralną – a zatem przy­no­szącą wstyd. Cechy te są postrze­gane jako nega­tywne, jak złość, nie­na­wiść czy zazdrość. Mogą się też jawić jako pozor­nie pozy­tywne, na przy­kład jako duma z sie­bie albo wiara we wła­sny geniusz. Więk­szość ludzi w naszej kul­tu­rze nie uważa się za pięk­nych, zatem piękno kryje się w cie­niu. Każda wyjąt­kowa cecha zazwy­czaj się w nim kryje.

Spy­cha­nie tych cech w cień zawsze jest formą tłu­mie­nia albo opre­sji. I żeby nie było wąt­pli­wo­ści: tłu­mie­nie oraz opre­sja to akty prze­mocy. Prze­kra­czają nasze gra­nice. Wstyd poja­wia się wtedy, kiedy ludzie, grupy bądź insty­tu­cje zaprze­czają ist­nie­niu prze­mocy, uznają tłu­mie­nie jakichś cech za słuszne albo wma­wiają ci, że coś jest z tobą nie tak i musisz napra­wić daną cechę lub się jej pozbyć, niczym koń­czyny toczo­nej gan­greną.

Oto głęb­szy sens łącze­nia cie­nia ze wsty­dem: naszym zada­niem w pro­ce­sie uzdra­wia­nia jest wycią­gnię­cie cie­nia na świa­tło dzienne. Ozna­cza to, że musimy uznać go i zin­te­gro­wać, żeby uczy­nił nad peł­niej­szymi. Odwsty­dza­nie to praca z cie­niem.

Uzdra­wia­nie wstydu – które nazy­wam odwsty­dza­niem – to coś wię­cej niż tylko uod­par­nia­nie się na to uczu­cie albo nie­od­czu­wa­nie go zupeł­nie. Odwsty­dza­nie odku­puje zawsty­dzone cechy. Jeżeli ich nie uznamy i nie zin­te­gru­jemy, pozo­sta­niemy odcięci od naszego auten­tycz­nego ja, od naszej mocy, naszych darów i naszej ścieżki życio­wej.

Mógł­bym zapeł­nić kolejne sto stron, wymie­nia­jąc korzy­ści pły­nące z odwsty­dzo­nego życia, ale sedno jest jasne: wstyd krzyw­dzi. Dzieli nas na czę­ści. Pato­lo­gi­zuje to, co piękne i praw­dziwe. Odwsty­dza­nie to nie tylko brak bólu. To prze­strzeń, wol­ność i odwaga. Kiedy uprzed­nio zawsty­dzona część cie­bie staje się odwsty­dzona, nie tylko wycho­dzi na świa­tło dzienne, ale roz­kwita.

Przy­swój, pro­szę, nastę­pu­jący frag­ment wier­sza Gal­waya Kin­nella pod tytu­łem Święty Fran­ci­szek i świ­nia:

Pąk sym­bo­li­zuje wszyst­kie rze­czy, nawet te, które nie kwitną, gdyż wszystko roz­kwita, od wewnątrz, samo­bło­go­sła­wień­stwem; cho­ciaż cza­sami trzeba rze­czy na nowo przy­po­mnieć o jej uroku, poło­żyć jej dłoń na czole kwiatu i ponow­nie powie­dzieć jej sło­wami i doty­kiem, że jest uro­cza, aż znowu roz­kwit­nie od wewnątrz, samo­bło­go­sła­wień­stwem.

Kiedy się odwsty­dzamy, ponow­nie uczymy cenne, uzdro­wione czę­ści sie­bie, że są cudowne. Kiedy sobie bło­go­sła­wimy, roz­kwi­tamy.

Rozdział 2. Stawanie się odwstydzającym świadkiem dla siebie i innych

Roz­dział 2

Sta­wa­nie się odwsty­dza­ją­cym świad­kiem dla sie­bie i innych

Sie­działa przy obie­dzie z rodzi­cami, ale nie jadła nic oprócz bulionu i sor­betu. Była nie­do­ży­wiona i wychu­dzona. Nie­dawno dwa razy wylą­do­wała w szpi­talu po tym, jak zemdlała pod­czas tre­ningu na siłowni.

Rodzice widzieli w niej ładną młodą kobietę, swoją piękną córkę. Nie mieli poję­cia, że są świad­kami jej prze­mocy wobec ciała. Nie zaprze­czali ani nie lek­ce­wa­żyli celowo cichej, bole­snej histo­rii opo­wia­da­nej przez córkę; tkwili po pro­stu w nie­wie­dzy, nie byli podli.

Mimo wszystko ich zacho­wa­nie prze­ka­zy­wało jasną wia­do­mość: „Wszystko w porządku. Sie­dzisz tu słaba i cier­pisz, ale nie wywo­łuje to w nas współ­czu­cia ani tro­ski. Pro­simy, na­dal ukry­waj swoje auten­tyczne ja, swoje bole­sne doświad­cze­nie, swoją prawdę za byciem «chudą i ładną»”.

Nie zamie­rzali zawsty­dzać swo­jej córki; ich inten­cją było otu­le­nie jej kocha­ją­cym spoj­rze­niem. Nie­mniej jed­nak ich „nie­win­ność” spra­wiła, że córka czuła się osa­mot­niona i wie­rzyła, iż podzie­le­nie się z nimi głę­bią bólu i nie­na­wi­ści do sie­bie byłoby z jej strony nie­wła­ściwe; co gor­sza, była prze­ko­nana, że coś musi z nią być nie tak, skoro ma w sobie taką głę­bię.

Żyjemy w świe­cie peł­nym świad­ków – nie tylko prze­mocy, ale też prze­pływu infor­ma­cji pomię­dzy cia­łem i umy­słem, który trwa przez całe dnie, tygo­dnie, lata i poko­le­nia po tym, gdy do niej doszło. Nie­któ­rzy świad­ko­wie sprzy­mie­rzają się z bez­li­to­snym napast­ni­kiem, jak moja matka, która lek­ce­wa­żyła i wypie­rała znę­ca­nie się ojca nade mną i moim bra­tem. Ist­nieją rów­nież świad­ko­wie, któ­rych mil­cze­nie komu­ni­kuje współ­udział w samo­oka­le­cza­niu się innej osoby, jak w powyż­szej histo­rii.

Wstyd powstaje albo nasila się wtedy, gdy jakaś osoba dzieli się oso­bi­stymi szcze­gó­łami swo­jego doświad­cze­nia ze świad­kiem, a ten udziela nie­pro­szo­nych rad, lek­ce­waży jej uczu­cia albo twier­dzi, że są nie­wła­ściwe, zaprze­cza, że coś takiego się wyda­rzyło, nie kon­cen­truje się na oso­bie mówią­cej, zachęca ją, żeby współ­czuła sprawcy jej krzywdy, igno­ruje ją, zmie­nia temat albo ją obwi­nia. To świa­dek zawsty­dza­jący.

Ist­nieją rów­nież świad­ko­wie, któ­rzy potra­fią stwo­rzyć prze­strzeń dla osoby mówią­cej, w danej chwili bądź póź­niej, prze­ja­wia­jący cie­ka­wość, sza­cu­nek i współ­czu­cie. To świad­ko­wie uzdra­wia­jący. Bycie czu­łym świad­kiem zaczyna się od pod­sta­wo­wej inten­cji: „Chcę wie­dzieć, jak to jest być tobą”. Wymaga to szcze­rego zain­te­re­so­wa­nia się tym, czego dana osoba fak­tycz­nie doświad­czyła. Musimy się dowie­dzieć, co czuje w ciele, co by powie­działa albo zro­biła, gdyby była w sta­nie, i jaki dia­log wewnętrzny towa­rzy­szy jej w odnie­sie­niu do tego, czym się z nami dzieli. Docie­kać tego można w każ­dej chwili, co zna­czy, że uzdro­wie­nie rów­nież może zajść w każ­dej chwili. Możemy być wolni. Możemy zostać odwsty­dzeni. I możemy odwsty­dzać innych.

Uzdra­wia­jący świa­dek robi cztery rze­czy:

Przy­znaje

, że coś się wyda­rzyło: „Widzę/czuję/sły­szę/dostrze­gam” krzywdę, raniące wyda­rze­nie.

Oka­zuje empa­tię:

„Czuję empa­tię i współ­czu­cie wobec zazna­nej przez cie­bie krzywdy”.

Wyraża

wspar­cie dla oporu osoby mówią­cej albo staje w jej obro­nie: „Nie zasłu­ży­łeś na to. Masz prawo się zło­ścić”.

Rady­kal­nie wie­rzy

rela­cji danej osoby i w natu­ralne wska­zówki wysy­łane przez jej orga­nizm, by mogło zajść uzdro­wie­nie: „Wie­rzę ci; wie­rzę w cie­bie”.

Podstawy odwstydzania

Sta­wa­nie się odwsty­dza­ją­cym świad­kiem wymaga zmiany para­dyg­matu. Ame­ry­kań­ska kul­tura głów­nego nurtu jest prze­sy­cona para­dyg­ma­tem alo­pa­tycz­nym. Jego prze­sła­nie brzmi: „Kiedy coś ci dolega, jest obja­wem cho­roby, którą trzeba wyle­czyć, a wtedy lepiej się poczu­jesz”. Na przy­kład: „Boli mnie głowa”. Odpo­wiedź para­dyg­matu alo­pa­tycz­nego w takiej sytu­acji to: „Weź tabletkę”. „Jestem zły”. Odpo­wiedź para­dyg­matu alo­pa­tycz­nego: „Pome­dy­tuj i pood­dy­chaj głę­boko”. A co w przy­padku, gdy ktoś mówi: „Mam depre­sję”? „Myśl pozy­tyw­nie i bierz anty­de­pre­santy”. I wszyst­kie te odpo­wie­dzi są w porządku. Uwa­żam, że ludzie powinni otrzy­my­wać pomoc, jakiej potrze­bują. Nato­miast istotne jest to, że to prze­wa­ża­jący spo­sób myśle­nia o wszyst­kim. Jest tak mocno wbu­do­wany w nasze prze­ko­na­nia na temat zdro­wia i dobro­stanu, że odwo­łu­jemy się do niego auto­ma­tycz­nie. W dodatku trak­tuje tak ludzi nie tylko prze­mysł far­ma­ceu­tyczny, ale i medy­cyna alter­na­tywna.

Musimy uwol­nić się od tego auto­ma­tycz­nego prze­ko­na­nia i przy­jąć główne prze­sła­nie nie­zbędne do sta­nia się świad­kiem odwsty­dza­ją­cym, które mówi: „Objawy to posłańcy nio­sący infor­ma­cje”. Nie o tym, co jest nie tak, ale o kie­runku, jaki chce obrać twoje życie, i o kro­kach, jakie masz wyko­nać, żeby stać się praw­dziw­szym sobą. W takim przy­padku, zamiast okra­jać się i odrzu­cać pewne czę­ści sie­bie, sta­jesz się bar­dziej sobą, sta­jesz się peł­niej­szy.

Kon­wen­cjo­nalne para­dyg­maty są zwią­zane z pew­nym ide­ałem zdro­wia. Mówią: „Tem­pe­ra­tura ludz­kiego ciała powinna wyno­sić pomię­dzy 36,5 a 37,5°C. Niż­sze i wyż­sze war­to­ści są nie­pra­wi­dłowe i należy je leczyć”. W rze­czy­wi­sto­ści gorączka to przy­kład na mądrość ciała: sta­nowi część odpo­wie­dzi immu­no­lo­gicz­nej i ma zabi­jać zarazki. Nato­miast w para­dyg­ma­cie alo­pa­tycz­nym jest pato­lo­gi­zo­wana. Nikt się nie zasta­na­wia, czy normy są pra­wi­dłowe ani jaki jest kon­tekst. Poszu­ku­jemy rów­no­wagi, har­mo­nii, swo­body i kom­fortu, bar­dzo czę­sto kosz­tem wła­snej pełni. Zabi­jamy posłańca, który nie­zmien­nie pró­buje zakłó­cić sta­tus quo – nasze sta­tus quo. Ale, jak wiemy, obrona i przy­wra­ca­nie sta­tus quo na dłuż­szą metę się nie udaje, nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dzi o poje­dyn­czego czło­wieka, spo­łecz­ność, czy domi­nu­jącą kul­turę jakie­goś narodu. Jeżeli zbyt długo nale­gamy na przy­wró­ce­nie sta­tus quo, two­rzymy pew­nego rodzaju wewnętrzny ustrój tota­li­tarny i doświad­czamy swo­ich obja­wów jako aktów ter­ro­ry­stycz­nych.

Kon­wen­cjo­nalne para­dyg­maty wyzna­czają rów­nież normy dla zakresu dopusz­czal­nych emo­cji, a te z nich, które znaj­dują się poza sym­bo­licz­nym zakre­sem 36,5–37,5°C, rów­nież są pato­lo­gi­zo­wane. Jak choćby złość.

Przy­kła­dowo, pewien klient powie­dział mi kie­dyś: „Boję się, że przez złość stracę pracę”.

Kiedy dokład­niej naświe­tlił sytu­ację, zda­łem sobie sprawę z tego, że jego szef jest dup­kiem. „Okej – powie­dzia­łem. – Co jesz­cze możesz zro­bić z tą zło­ścią? Musisz ją uznać za swoją. Już teraz jest czę­ścią cie­bie”. Ni­gdy nie powie­dział­bym: „Nie masz prawa tak się czuć”. Jego szef był palan­tem, a mój klient miał prawo się zło­ścić. Złość jest jak gorączka pró­bu­jąca chro­nić cię przed inwa­zją zaraz­ków.

Nie twier­dzę, że kto­kol­wiek ma prawo być okrutny albo agre­sywny, bo się zło­ści. Jeżeli zło­ści się ktoś, na kim mi zależy, mam prawo powie­dzieć: „Nie czuję się bez­piecz­nie, kiedy jesteś zły. Co z tym zro­bimy?”.

Para­dyg­mat odwsty­dza­jący nie jest zwią­zany z żad­nym ide­ałem zdro­wia. Pozwól, że to pod­kre­ślę: jeśli jesteś chory, powi­nie­neś zgło­sić się do leka­rza. Sam wie­rzę w opiekę zdro­wotną i z niej korzy­stam. Potrze­bu­jemy pomocy w zła­go­dze­niu obja­wów i cier­pie­nia. Cza­sami bez wspar­cia anty­de­pre­san­tów czy che­mio­te­ra­pii można umrzeć. Nie wyra­żam też braku współ­czu­cia. Jeżeli odczu­wasz cier­pie­nie fizyczne, mam nadzieję, że się zmniej­szy albo znik­nie.

Jed­no­cze­śnie wie­rzę, że odwsty­dza­nie może być czę­ścią roz­wią­za­nia. Raz po raz zauwa­żam, że objawy to rów­nież posłańcy. Kiedy już otrzy­masz wia­do­mość, odjeż­dżają niczym zapra­co­wany kurier rowe­rowy. Jeżeli nie otwo­rzysz mu drzwi albo nie pod­pi­szesz potwier­dze­nia odbioru, będzie wra­cać. Zatem warto łączyć odwsty­dza­nie z podej­ściem medycz­nym. Skoro objaw jest posłań­cem, to wysłu­cha­nie wia­do­mo­ści i zin­te­gro­wa­nie jej może nie tylko doraź­nie łago­dzić objawy, ale też dopro­wa­dzić do zwięk­sze­nia miło­ści do sie­bie, bli­sko­ści z innymi oraz podą­ża­nia ścieżką życiową, która jest praw­dzi­wie nasza.

Trudno wpro­wa­dzić tę zmianę para­dyg­matu. Dosko­nale to rozu­miem. Wymaga to nie­ustan­nego zaan­ga­żo­wa­nia w zauwa­ża­nie róż­nych rze­czy i ukła­da­nie sobie ich w gło­wie na nowo. Ale nie martw się. Jeżeli posta­no­wisz przy­jąć ten nowy para­dyg­mat, książka ta – wraz z two­imi wysił­kami – popro­wa­dzi cię ku zmia­nie, aż w końcu zaczniesz ina­czej patrzeć na świat.

Przyj­rzyjmy się, jak się obja­wia nie­po­sia­da­nie ide­ału zdro­wia. Jak reaguję, kiedy klient mówi mi: „Wszyst­kich oce­niam”? Dla mnie bycie „oce­nia­ją­cym” nie jest ani dobre, ani złe, nato­miast mnie cie­kawi, ponie­waż zgod­nie z para­dyg­ma­tem odwsty­dza­ją­cym uwa­żam, że zacho­wa­nie oce­nia­jące to posła­niec nio­sący inte­li­gentną wia­do­mość. I chcę ją usły­szeć! Odwsty­dza­nie to pro­ces badaw­czy. W przy­padku wielu osób, które kry­ty­kują swoje oce­nia­jące zacho­wa­nia, ukryte prze­sła­nie brzmi: „Wyraź­nie sta­waj w obro­nie tego, co myślisz i czu­jesz. Doko­nuj zde­cy­do­wa­nych i otwar­tych ocen. Uznaj swoją zdol­ność do roze­zna­nia się w sytu­acji”. Nie brzmi: „Jeżeli nie możesz powie­dzieć nic miłego, w ogóle nic nie mów”.

Możesz się zasta­na­wiać, czy odwsty­dza­nie ozna­cza zatem robie­nie złych rze­czy bez wyrzu­tów sumie­nia. Nie, by­naj­mniej. Mimo to sto­suję pro­ces odwsty­dza­nia rów­nież w sto­sunku do osób zma­ga­ją­cych się z naprawdę szko­dli­wymi zacho­wa­niami, jak choćby sto­so­wa­niem prze­mocy wobec dzieci. Przy­kła­dowo, klient powie­dział mi kie­dyś, że potrze­buje pomocy, ponie­waż bije swoje dziecko. (Jeżeli dziecko znaj­duje się w nie­bez­pie­czeń­stwie, należy także wezwać odpo­wied­nie służby).

Naj­pierw powie­dzia­łem:

– Jeżeli chcesz krzyw­dzić swoje dziecko, to na razie trzy­maj je z daleka od sie­bie. – Pro­ces odwsty­dza­nia ni­gdy nie powi­nien poprze­dzać kro­ków mają­cych na celu ochronę bez­bron­nych. Jed­no­cze­śnie igno­ro­wa­nie prośby klienta o pomoc rów­nież byłoby zanie­dba­niem, ponie­waż w mroku wstydu złość rodzica będzie się tylko zaogniać i wzma­gać.

Następ­nie zapy­ta­łem:

– Jak to wygląda, gdy krzyw­dzisz swoje dziecko?

– Złosz­czę się i daję córce klapsa.

– Możesz mi poka­zać rękę, któ­rej uży­wasz? – popro­si­łem, ponie­waż wia­do­mość czę­sto wyraża się soma­tycz­nie, w tym przy­padku poprzez ruch ciała. – Chcę wie­dzieć, co robisz. W tej chwili córka jest bez­pieczna. Nie ma jej z nami w gabi­ne­cie. Co robi twoja ręka?

– Tracę kon­trolę!

– Utrać ją teraz na chwilę.

W cza­sie pro­cesu odwsty­dza­nia dowia­duję się, że osoba, która traci kon­trolę pod­czas kon­taktu z dziec­kiem, w pracy przez cały dzień sama jest kon­tro­lo­wana. W domu w końcu odzy­skuje wol­ność.

Popro­si­łem więc klienta o opi­sa­nie, w jaki spo­sób praca go kon­tro­luje. Może jest tele­mar­ke­te­rem i musi tkwić przy tele­fo­nie albo ope­ruje dźwi­giem i nie może pójść do ubi­ka­cji czy zjeść dru­giego śnia­da­nia, gdy ciało tego potrze­buje. Musi się więc uwol­nić w pracy, ale zamiast tego pró­buje to zro­bić w domu poprzez szko­dliwe zacho­wa­nia.

– Musimy zna­leźć dla cie­bie spo­soby na odzy­ska­nie momen­tów wol­no­ści w ciągu całego dnia – powie­dzia­łem. – Potrzeba uwol­nie­nia się jest inte­li­gentna. W tej bez­piecz­nej prze­strzeni musimy poznać rękę, która bije twoje dziecko. Nie poświę­cimy zbyt dużo czasu na roz­wa­ża­nie, czego chciał­byś od swo­jej ręki, bo wtedy nie poznamy inte­li­gent­nego prze­sła­nia two­jego ciała.

Mój ojciec prze­pra­co­wał całe życie w rodzin­nej fir­mie jako bro­ker ubez­pie­cze­niowy. Nie­na­wi­dził tego. Gdy tylko sta­wał na czer­wo­nym świe­tle, ogar­niała go ślepa furia. Kiedy opo­wie­dzia­łem o tym swo­jemu tera­peu­cie, odrzekł: „Twój ojciec cze­kał na czer­wo­nym przez całe życie. Sie­dział na świa­tłach przez czter­dzie­ści lat. Powi­nien był je zlek­ce­wa­żyć”. Była to oczy­wi­ście prze­no­śnia. Ojciec powi­nien był stwo­rzyć w swoim życiu wię­cej oka­zji do ruchu i wol­no­ści.

To święta prawda. Cza­sami gdy sam czuję przy­pływ zło­ści, orien­tuję się, że nie mogłem podą­żać za naj­głę­biej skry­wa­nymi impul­sami bądź potrze­bami albo kie­ro­wać życia w odpo­wied­nią stronę.

Następ­nie omó­wimy, jak zawsty­dzana jest w naszej kul­tu­rze cho­roba. Osoby chore czę­sto potrze­bują opieki, leków, róż­nych urzą­dzeń bądź pew­nych rodza­jów tera­pii. I ta uza­sad­niona potrzeba czę­sto jest zawsty­dzana. Za przy­kład weźmy moją pacjentkę cier­piącą na astmę, która czę­sto w cza­sie naszych sesji wycho­dziła do łazienki.

W końcu ją o to zapy­ta­łem, a ona odpo­wie­działa:

– Wycho­dzę do łazienki, żeby użyć inha­la­tora, bo wsty­dzę się to robić przy ludziach.

Skoro więc wspo­mniała o wsty­dzie przy oka­zji mówie­nia o inha­la­to­rze, wyra­zi­łem cie­ka­wość, żeby roz­po­cząć pro­ces odwsty­dza­nia.

– Możesz go wyjąć? – popro­si­łem. – Przyj­rzyjmy mu się razem. Bądźmy świad­kami jego uży­cia. Jak się z nim czu­jesz? Co się dzieje, kiedy wkła­dasz go do ust? Jak to jest?

Do oczu napły­nęły jej łzy.

– Mia­łam astmę już w dzie­ciń­stwie. Rodzice wysłali mnie do szkoły w górach, gdzie powie­trze miało być inne. Przez jakiś czas miesz­ka­łam z daleka od rodziny i inha­la­tor był moim jedy­nym przy­ja­cie­lem.

Gdy­bym zamiast tego zasu­ge­ro­wał poszu­ka­nie leków, które mogłyby zastą­pić inha­la­tor, to prze­sła­nie doty­czące poczu­cia samot­no­ści i izo­la­cji nie wypły­nę­łoby na powierzch­nię. Nato­miast moją inten­cją było to, żeby klientka swo­bod­niej się poczuła z jego uży­wa­niem, więc powie­dzia­łem:

– To twój przy­ja­ciel. Pomaga ci oddy­chać. I tak go wła­śnie trak­tuj. To nic złego.

Wiele osób wsty­dzi się koniecz­no­ści zaży­wa­nia leków czy uży­wa­nia inha­la­tora. Jeżeli mają na przy­kład nega­tywne, zawsty­dza­jące prze­ko­na­nia doty­czące przyj­mo­wa­nia anty­de­pre­san­tów, to za każ­dym razem oprócz tabletki z sub­stan­cją neu­ro­che­miczną prze­ły­kają też dawkę wstydu. To jak powta­rza­nie szko­dli­wej man­try. Jeżeli musisz iść do den­ty­sty usu­nąć ząb albo potrze­bu­jesz che­mio­te­ra­pii, musisz pamię­tasz, że robiąc to, mówisz życiu „tak”. Mówisz: „Chcę to prze­trwać”, a nie: „Ponio­słem porażkę” czy „Zasłu­guję na karę”.

Należy odwsty­dzić potrzebę lecze­nia.

W przy­padku mojej klientki astma w dzie­ciń­stwie spo­wo­do­wała, że kobieta została wysłana daleko od rodziny.

– Myśla­łam, że ode­słano mnie, bo zro­bi­łam coś złego – powie­działa. Jako osoba doro­sła na­dal się „odsy­łała”, żeby użyć inha­la­tora, kar­miąc to pier­wotne poczu­cie izo­la­cji. Trauma powta­rzała się wie­lo­krot­nie w krót­kich chwi­lach każ­dego dnia: „Muszę się od cie­bie odda­lić, żeby być sobą”.

Kiedy stwo­rzy­łem warunki, w któ­rych klientka mogła swo­bod­nie uży­wać inha­la­tora przy mnie, a w końcu i przy innych, prze­stała doświad­czać poczu­cia izo­la­cji za każ­dym razem, gdy musiała po niego się­gnąć. Mogła być sobą bez wycho­dze­nia z pomiesz­cze­nia.

Inna klientka opo­wie­działa mi, że syn nie chce brać żelaza, cho­ciaż ma lekką ane­mię.

– Usiądź z nim, weź tabletki i wyja­śnij, że pomogą mu stać się sil­niej­szym – pora­dzi­łem. – Nary­suj­cie razem kilka obraz­ków o tym, co zna­czy być sil­nym. Daj mu nary­so­wać sym­bol siły na opa­ko­wa­niu leku. Dzięki temu za każ­dym razem, gdy będzie go brać, pomy­śli: „Będę silny”, a nie: „Muszę brać leki, ule­gam cze­muś, czemu nie chcę ule­gać”. Takie pozy­tywne sko­ja­rze­nie pozwala nabrać opty­mi­stycz­nego podej­ścia do robie­nia rze­czy wspie­ra­ją­cych zdro­wie, a takie podej­ście powin­ni­śmy mieć wszy­scy.

Inny klient mógłby powie­dzieć: „Myślę o bra­niu anty­de­pre­san­tów, ale mam to prze­ko­na­nie, że bycie na anty­de­pre­san­tach to coś złego”. Jego ton mówiłby: „Potrze­buję wspar­cia, żeby pogo­dzić się z zaży­wa­niem anty­de­pre­san­tów”. Dąży­li­by­śmy zatem do tego, by pomóc mu swo­bod­nie pod­jąć tę decy­zję. Moim zda­niem anty­de­pre­santy są tak samo natu­ralne jak rumia­nek. W końcu to ludzie je stwo­rzyli, a sami są czę­ścią natury.

Z dru­giej strony ktoś inny mógłby powie­dzieć: „Od lat biorę anty­de­pre­santy i ludzie mówią, że już ni­gdy ich nie odsta­wię”. Zro­zu­miał­bym, że klient potrze­buje mojego wspar­cia w wyja­śnie­niu psy­chia­trze, iż chciałby ponow­nej oceny, jakich sub­stan­cji i w jakich daw­kach fak­tycz­nie potrze­buje.

Jako świad­ko­wie odwsty­dza­jący musimy odło­żyć wła­sne uprze­dze­nia na bok. Moje reak­cje są cał­kiem odmienne od spo­łecz­nych czy poli­tycz­nych spo­so­bów myśle­nia o fir­mach far­ma­ceu­tycz­nych. Mogę wąt­pić w zapew­nie­nia poszcze­gól­nych pro­du­cen­tów co do rze­czy­wi­stej sku­tecz­no­ści nie­któ­rych anty­de­pre­san­tów (i innych leków), ale to zupeł­nie nie ma związku z odwsty­dza­niem dru­giego czło­wieka. Nie­któ­rym te dwie rze­czy się mylą. Kiedy będziesz pra­co­wać nad wła­snym wsty­dem, usuń te men­talne blo­kady. Jeżeli potrze­bu­jesz leków, to ich potrze­bu­jesz. Jeśli chcesz być wege­ta­ria­ni­nem, ale twoje ciało potrze­buje mięsa, żeby dobrze funk­cjo­no­wać, możesz kie­ro­wać się swoją filo­zo­fią, jed­no­cze­śnie respek­tu­jąc potrzeby orga­ni­zmu.

Odwsty­dza­nie to pro­ces. Ktoś przed­sta­wia mi swój pro­blem – doty­czący czy to inha­la­tora, czy to zło­ści, czy może ochoty na lody – a ja razem z nim zaczy­nam go odwsty­dzać.

Odwstydzanie siebie

Zanim będziesz mógł być odwsty­dza­ją­cym świad­kiem dla innych, musisz zacząć pro­ces odwsty­dza­nia samego sie­bie. Pro­ces ten nie zacho­dzi dzięki pozna­niu teo­rii ani obser­wo­wa­niu przy­kła­dów. Klu­czem do wła­snego odwsty­dze­nia jest doświad­cze­nie. Doświad­cze­nie to sine qua non odwsty­dza­nia. Obiek­tyw­ność nie ma tu nic do rze­czy.

W ramach samo­po­zna­nia doty­czą­cego swo­ich doznań można sobie zadać takie pyta­nia: „Jak to jest być mną? Jakie głosy mam w gło­wie? Czy są kry­tyczne?”.

Jak doświad­czasz bycia sobą? Jak to jest jeść lody? Jak to jest kochać swoją sym­pa­tię? To subiek­tywne doświad­cze­nie. Wła­śnie ono rzą­dzi odwsty­dza­niem. Ludzie są pod­mio­tami, nie przed­mio­tami. Zatem odwsty­dza­nie to prze­ci­wień­stwo bycia uprzed­mio­to­wia­nym.

Kiedy pra­cuję z klien­tem, muszę go poznać. Może ci się wyda­wać, że wiesz o sobie już wszystko, czego się tylko można dowie­dzieć. Oto rado­sna nie­spo­dzianka: wcale tak nie jest. Wstyd oddziela nas od naszego doświad­cze­nia i zakłóca nasze połą­cze­nie z samymi sobą. Oddziela nas od naszych praw­dzi­wych talen­tów i naszej praw­dzi­wej inte­li­gen­cji. Oddziela nas od wiary w sie­bie, która jest aktem naj­wyż­szej miło­ści. Kiedy odwsty­dzasz się poprzez samo­po­zna­nie, dowia­du­jesz się nie­sa­mo­wi­tych rze­czy.

Wielu moich stu­den­tów nazywa ten pro­ces odważ­nym. I tak jest! Odwsty­dza­nie to bada­nie swo­jego fak­tycz­nego doświad­cze­nia z odwagą i cie­ka­wo­ścią. Ozna­cza ono rów­nież odkła­da­nie na bok ety­kie­tek, poglą­dów, teo­rii i opi­nii na temat zagad­nie­nia, któ­remu chcesz się przyj­rzeć. Ina­czej patrzy się na wszystko przez pry­zmat tych opi­nii – blo­kują one naszą zdol­ność do roz­szy­fro­wy­wa­nia wia­do­mo­ści zako­do­wa­nych w obja­wach czy pro­ble­mach.

Roz­waż te dwa zda­nia: „Zauwa­żam, że jestem zły” i „Moim naj­więk­szym pro­ble­mem jest złość”.

Dru­gie zda­nie to opi­nia – w dodatku pato­lo­gi­zu­jąca – która odcina nas od cie­ka­wo­ści i wiary w sie­bie. Ktoś kie­dyś napi­sał, że naj­nie­bez­piecz­niej­sza osoba to ta, która ufa wła­snym doświad­cze­niom. Nie­bez­pieczna nie w złym sen­sie; po pro­stu sta­nowi zagro­że­nie dla celów innych, ponie­waż nie da się nią mani­pu­lo­wać. Jest silna, bo sobie ufa. Para­dyg­mat domi­nu­jący w naszym spo­łe­czeń­stwie – zaj­mu­jący się obja­wami, zamiast inte­re­so­wać się nie­sio­nymi przez nie wia­do­mo­ściami – odcina nas od doświad­czeń i spy­cha na grzą­ski grunt inter­pre­ta­cji.

Zanim przej­dziemy do uzy­ski­wa­nia dostępu do wła­snych prze­żyć z per­spek­tywy świadka, muszę nauczyć cię cze­goś o dawa­niu sobie zgody. Tak jak tera­peuta musi uwa­żać, czy to, co robi w cza­sie sesji, jest wła­ściwe dla jego klienta, czy nie, tak ty musisz roz­po­znać, czy to, co robisz, jest dla cie­bie wła­ściwe, czy nie. To kwe­stia zdro­wotna i etyczna.

Kiedy uzy­skasz dostęp do swo­ich prze­żyć i roz­pocz­niesz samo­po­zna­wa­nie, wyobraź sobie, że pły­niesz rzeką o wielu odno­gach. Odpo­wia­dają one reak­cjom: „tak”, „nie” i „być może” na każde pyta­nie, które sobie posta­wisz. „Nie” nie ozna­cza, że rezy­gnu­jesz z pro­cesu, tylko że pły­niesz inną odnogą dostępu do doświad­cze­nia. Podą­żaj za odpo­wie­dzią „tak”, „nie” albo „być może” pod­czas każ­dej inter­wen­cji, którą podej­mu­jesz. W ten spo­sób budu­jemy rela­cję z samymi sobą opartą na zaufa­niu i upew­niamy się, że wyra­żamy zgodę na samo­po­moc, a tym samym nie naru­szamy swo­ich wewnętrz­nych gra­nic (co omó­wimy dokład­niej w roz­dziale 3).

Możesz się zasta­na­wiać, skąd masz wie­dzieć, czy odpo­wiedź brzmi: „tak”, „nie”, czy „być może”. Wie­rzę, że każdy z nas ma wewnętrzną wie­dzę. Pro­ces odwsty­dza­nia sie­bie udo­sko­nala i wzmac­nia twoją rela­cję z tą wewnętrzną wie­dzą. Nawią­za­nie łącz­no­ści z nią, wzmoc­nie­nie jej, zaufa­nie sobie, sta­wa­nie się bar­dziej „nie­bez­piecz­nym” to duże osią­gnię­cie.

Spró­buj powie­dzieć na głos: „Czuję, że to tak naprawdę nie jest dla mnie odpo­wied­nie”.

Czy to wzbu­dza w tobie nie­po­kój? Jeżeli tak, nie jesteś sam. Wszy­scy byli­śmy karani – sub­tel­nie bądź dotkli­wie – za wyła­my­wa­nie się z sze­regu i nie­re­ali­zo­wa­nie pla­nów, jakie mieli wobec nas inni ludzie bądź jakieś orga­ni­za­cje, czy za odbie­ga­nie od ich wyobra­żeń na temat tego, kim powin­ni­śmy być, co powin­ni­śmy czuć. Więk­sza wier­ność swo­jej wewnętrz­nej wie­dzy pomoże ci sza­no­wać wła­sne gra­nice i sta­wiać je innym.

Uzyskiwanie dostępu do doświadczenia

Pamię­tasz, jak mówi­łem, że droga ku odwsty­dze­niu wie­dzie przez doświad­cze­nie? Teraz opi­szę to dokład­niej.

Dostęp do swo­ich prze­żyć uzy­sku­jemy róż­nymi kana­łami. Nurt psy­cho­lo­gii zorien­to­wa­nej na pro­ces, zapo­cząt­ko­wany przez Arnolda Min­della, nauczył mnie poję­cia „kana­łów doświad­cze­nia”, na które skła­dają się dozna­nia fizyczne, ruch ciała i wewnętrzny dia­log. Bycie świad­kiem dla samego sie­bie wymaga roz­wi­nię­cia świa­do­mo­ści wła­snych doznań i ruchów. Ta meta­świa­do­mość pomoże ci je zauwa­żać i zada­wać sobie takie pyta­nia jak: „W jaki spo­sób czuję to w swoim ciele?” czy „Jaki ruch wyko­nała wła­śnie moja ręka?”. W poniż­szym omó­wie­niu poszcze­gól­nych kana­łów doświad­cze­nia doda­łem parę nie­wy­mie­nia­nych przez Arny’ego: głos/dźwięk i wyraz twa­rzy.

Doznania odczuwane w ciele

Jed­nym z aspek­tów ciała jest to, co ludzie nazy­wają doświad­cze­niem soma­tycz­nym, doświad­cze­niem inte­ro­cep­tyw­nym, doświad­cze­niem pro­prio­cep­tyw­nym bądź dozna­niem fizycz­nym. Język, jakim się tu posłu­gu­jemy, jest ważny. Kiedy poja­wia się potrzeba nazwa­nia kon­kret­nych doznań cie­le­snych, ludzie czę­sto odwo­łują się do emo­cji, nastroju albo uczuć, takich jak złość, fru­stra­cja czy zmę­cze­nie. Jed­nak do opisu doznań cie­le­snych musimy uży­wać takich słów jak mro­wie­nie, cie­pło, ucisk, ból, drę­twie­nie, wibra­cje, ostrość, napię­cie. To doświad­cze­nie oparte na zmy­słach; doświad­cze­nie bez­po­śred­nie. Doświad­cze­nie bez­po­śred­nie to doświad­cze­nie odwsty­dzone. To nie kon­cep­cja ani opi­nia prze­fil­tro­wana przez teo­rię albo ocenę. To nie oznaka cho­roby ani pato­lo­gii.

Ruchy ciała

Ciało komu­ni­kuje prze­ży­cia mię­dzy innymi w for­mie ruchu: gar­bie­nia ramion, stu­ka­nia nogą o zie­mię, krę­ce­nia dło­nią, zaci­ska­nia pal­ców. Jeżeli na to pozwo­lisz, impuls pchnie ciało do ruchu. Stań i daj ciału poru­szyć tobą. Jeśli będziesz je w tym wspie­rać, możesz się zorien­to­wać, że się kiwasz, bujasz, machasz rękami… tań­czysz. Możesz wzro­kowo i pro­prio­cep­tyw­nie zauwa­żyć, że wyko­nu­jesz wszyst­kie te ruchy – i inni też. Możesz nawet zacząć od doświad­cze­nia soma­tycz­nego i dać mu wyra­zić się jesz­cze głę­biej poprzez poru­sza­nie się wraz z uczu­ciami.

Głos/dźwięk

Rów­nież dźwięk to eks­pre­sja ciała. Ludzki głos zmie­nia się natu­ral­nie w ciągu dnia – robi się ostry, gdy tra­cimy cier­pli­wość, z fru­stra­cji war­czymy, a kiedy czu­jemy się nie­pew­nie, mówimy ciszej. Roz­ma­wia­jąc o innych, czę­sto zmie­niamy głos, żeby ich naśla­do­wać. Ludzie nie­raz szep­czą, kiedy nie chcą, żeby ktoś inny ich usły­szał, nawet gdy nikogo nie ma w pobliżu. Mówią nam w ten spo­sób, że pro­wa­dzą wewnętrzny dia­log z kimś, kto nie chce być pod­słu­chany. Dźwięk to jeden z kana­łów umoż­li­wia­ją­cych bycie świad­kiem swo­jego doświad­cze­nia. Może pra­cu­jesz nad tym, by twój głos zna­czył coś w świe­cie? Wyraźne i dono­śne arty­ku­ło­wa­nie słów sprawi, że twoje wła­sne uszy to usły­szą.

A może chcesz pra­co­wać nad wewnętrz­nym kry­ty­kiem? Jeżeli zaczniesz wygła­szać jego zarzuty na głos, twoje uszy to usły­szą; kosteczki w kana­łach słu­cho­wych zaczną drgać i się ruszać. Kiedy powiesz sobie coś nie­przy­jem­nego na głos, nie­wy­klu­czone, że cię to zaboli. I o to cho­dzi. Jeżeli nie sły­szysz słów kry­tyki, działa ona jak cicha tru­ci­zna. Ta pro­sta inter­wen­cja może zadzia­łać znacz­nie szyb­ciej, niż gdy będziesz (w myślach) prze­ko­ny­wać się, że powi­nie­neś poczuć się lepiej.

Wyraz twarzy

Twoja twarz jest czę­ścią ciała i fizycz­nym wyra­zem doświad­cze­nia. Twoja mimika się zmie­nia, kiedy opo­wia­dasz o pew­nych rze­czach, ponie­waż sta­nowi cie­le­sną eks­pre­sję two­jego doświad­cze­nia. Cza­sami zapo­mi­namy, jak dużo nasze twa­rze mówią oto­cze­niu o tym, co czu­jemy, myślimy i komu­ni­ku­jemy – albo chcemy prze­mil­czeć. Pole­cam obser­wo­wa­nie się w lustrze pod­czas opo­wia­da­nia o swoim dniu.

Ludzie iden­ty­fi­kują się głów­nie ze swoją twa­rzą. Pod­czas spo­tka­nia na Zoo­mie widzę swoją twarz i myślę: „To ja”. Dla­tego to tak potężny kanał doświad­cze­nia. Zmiana mojego wyrazu twa­rzy wymaga, żebym sam się zmie­nił, zwłasz­cza jeżeli patrzę na sie­bie albo poka­zuję się dru­giemu czło­wie­kowi. Mam świadka. Jeśli przez moją twarz prze­biega gry­mas smutku, kiedy wspo­mi­nam o kole­dze, zauwa­żam, że jestem smutny, zatem mogę przyj­rzeć się temu z cie­ka­wo­ścią. Stań przed lustrem i wyraź mimiką gniew, ból, czu­łość. Być może zauwa­żysz, że te emo­cje zaczy­nają poja­wiać się w twoim ciele jako doświad­cze­nie soma­tyczne. Kul­tury ple­mienne czę­sto noszą praw­dziwe maski, które są prze­ja­wem mocy miny, jaką nosimy.

Dialog wewnętrzny

Tak jak dozna­nia odczu­wane w ciele, tak i dia­log wewnętrzny roz­brzmiewa wewnątrz nas. Nie widzimy go, a cza­sami nawet nie sły­szymy, dopóki się na nim nie sku­pimy. Żeby­śmy zatem mogli być jego świad­kami, musimy nadać mu moż­liwą do dostrze­że­nia formę. Jed­nym ze spo­so­bów na uczy­nie­nie tego dia­logu zewnętrz­nym jest wypo­wia­da­nie go na głos. Dia­log zewnętrzny ma cechy empi­ryczne. Ale jak można zro­bić to samemu? Nie brzmi to zbyt poważ­nie, ale ma wielką moc: Postaw dwa krze­sła na wprost sie­bie. Usiądź na jed­nym i coś powiedz. Następ­nie prze­siądź się na dru­gie i odpo­wiedz sobie na tamtą wypo­wiedź. Poru­sza­nie cia­łem uła­twia uwol­nie­nie się od poglą­dów i opi­nii. Jeżeli pro­wa­dzimy tylko dzien­nik, możemy nie uzy­skać dostępu do głęb­szej inte­li­gen­cji ciała. Kiedy nim poru­szamy, sygna­li­zu­jemy swo­jemu głęb­szemu ja: „Chcę cię poznać, chcę cię doświad­czyć”. Wtedy łatwiej nam być świad­kiem swo­jego doświad­cze­nia.

Wzmacnianie doświadczenia

Wybra­łeś kanał, za któ­rego pośred­nic­twem chcesz pra­co­wać, i iden­ty­fi­ku­jesz swoje doświad­cze­nie. Może zauwa­żasz mro­wie­nie w sta­wie bio­dro­wym. Może widzisz, że twoje ręce poru­szają się niczym skrzy­dła. Może roz­ma­wiasz ze sobą na głos. Może zauwa­żasz, że głos robi ci się piskliwy, kiedy mówisz o sze­fie. Może wspo­mi­na­jąc o ćwi­cze­niach fizycz­nych, marsz­czysz nos.

Następ­nym kro­kiem jest wzmoc­nie­nie tego doświad­cze­nia. Wstyd maskuje i osła­bia, więc teraz musimy dzia­łać odwrot­nie: uro­snąć, roz­po­ście­rać sze­roko palce, marsz­czyć nos aż do prze­sady. Wyobra­zić sobie, że jakiś pul­su­jący ból czy pie­cze­nie w żołądku pię­cio­krot­nie się nasila. Sta­rajmy się spra­wić, żeby twój świa­dek to zauwa­żył. Wstyd okrawa i kur­czy, odwsty­dza­nie potę­guje. Bywa, że nasza świa­do­mość wyrwie się z transu i zauważy jakieś dozna­nie dopiero wtedy, gdy sta­nie się ono wystar­cza­jąco silne. Wyobraź sobie, że całe twoje ciało mrowi, tak jak to bio­dro. Zacznij mówić jesz­cze bar­dziej piskli­wym gło­sem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki lub redak­cji. [wróć]