51,99 zł
Toksyczny wstyd dotyka nas wszystkich – często w zupełnie niespodziewany sposób.
Jest czymś znacznie więcej niż poczucie winy, zażenowanie i smutek. Pojawia się, gdy doświadczamy traumy, ale brakuje nam narzędzi, by wyrazić swoje uczucia; gdy nie mamy możliwości poprosić o wsparcie; gdy czujemy się pomijani i niezauważani. A choć wielu z nas nosi w sobie coś, co uważa za wstydliwe, to przecież nie jesteśmy wadliwi i całkowicie zasługujemy na miłość. Tylko jak przekonać o tym samego siebie…?
W tej książce profesor David Bedrick wyjaśnia społeczne i psychologiczne mechanizmy powstawania wstydu i dostarcza praktycznych narzędzi, dzięki którym:
• na nowo przyjrzysz się sobie i swojej przeszłości, bez oceniania i umniejszania swoich przeżyć,
• nauczysz się rozpoznawać wstyd nie jako emocję, ale jako sposób myślenia o sobie, który da się zmienić,
• odrzucisz szkodliwą narrację o sobie samym, odbierającą ci poczucie własnej wartości,
• zbudujesz głębsze relacje z innymi dzięki samoakceptacji i nauce bezwarunkowej miłości,
• zaopiekujesz się wypieranymi częściami siebie, które domagają się uwagi,
• wybaczysz sobie i innym, by móc ruszyć dalej.
Czas przestać się ukrywać. Uwolnij się od toksycznego wstydu i odkryj, kim naprawdę jesteś – bez osądu, bez lęku, w pełni akceptacji.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 393
Data ważności licencji: 12/16/2029
Rozdział 1
Nastawienie na odwstydzanie
Dorastałem w rodzinie naznaczonej przemocą. Brutalność ojca była ewidentna – używał pasów, pięści i ostrych słów – natomiast wypieranie i lekceważenie jego napaści przez matkę oraz stosowany przez nią gaslighting miały moc ukrytą, choć nie mniejszą. Wywoływały we mnie wstyd, prowadziły do tego, że nie ufałem własnemu doświadczeniu, ignorowałem cierpienie, które dotykało mnie w późniejszym życiu, i uważałem, że coś jest ze mną nie tak, a mój ból jest nieważny, zamiast się zastanowić: „Co takiego się stało, że cierpię?”. Nie wierzyła mi ta jedna osoba na całym świecie, która miała mnie kochać. To właśnie mnie przekonało, że ludziom należy głęboko wierzyć, że powinni czuć się naprawdę dostrzeżeni oczami świadka. Ale nie chodziło mi o to, żeby po prostu uznawać, że słowa jakiejś osoby odpowiadają obiektywnym obserwacjom. Uważałem, że doświadczenia i zachowania innych – niezależnie od tego, jak irracjonalne mogą się wydawać – są stosowne i uzasadnione, a ta pozorna irracjonalność to woal skrywający święte przesłanie, które stanie się jasne, jeżeli tylko uwierzymy w ludzi, zamiast ich zawstydzać.
Podkreślaniem tego punktu widzenia w młodości ściągałem na siebie krytykę obydwojga rodziców. Ojciec nazywał mnie marzycielem, co dla niego oznaczało „idealistyczny”, „oderwany od rzeczywistości”. Matka z kolei mówiła: „Świata nie zmienisz”.
Jak na ironię, ich dezaprobata naprowadziła mnie na cel mojego życia. Poświęciłem ponad trzydzieści lat na zgłębianie psychologii jungowskiej i marzeń sennych. (Ojciec raczej nie takie marzenia miał na myśli, ale życie ma własną magię). Kształciłem się w rozwiązywaniu konfliktów na tle problemów światowej skali – rasy, płci kulturowej, nierówności materialnej, antysemityzmu – i w końcu poszedłem na prawo z nadzieją, że owszem, zmienię świat. Skupiłem się na pomaganiu kobietom i dzieciom w przebrnięciu przez konflikty domowe, rozwody oraz walkę o prawa rodzicielskie.
Początkowe próby zrozumienia dynamiki rodzinnej i społecznej skłoniły mnie do studiowania psychologii organizacji na Uniwersytecie Minnesoty. Na podstawie zdobytej wiedzy przez dwanaście lat próbowałem zmienić świat poprzez przekształcenie instytucji; udzielałem konsultacji pracownikom 3M, Honeywell, United Way, marynarki wojennej USA i dziesiątkom innych organizacji, a następnie odbyłem szkolenie kliniczne w zakresie pracy z klientami indywidualnymi oraz rozwiązywania konfliktów na dużą skalę w Process Work Institute, odnodze Jung Institute. Zostałem w nim nauczycielem i wykładowcą. W kolejnych latach otworzyłem prywatną praktykę, przeprowadziłem liczne zajęcia i napisałem trzy dobrze przyjęte książki na temat wstydu związanego z ciałem, przemocy w rodzinie, zagadnień dotyczących uzależnienia i władzy oraz roli psychologii w aktywizmie społecznym. Wszystkie te doświadczenia doprowadziły mnie do tego punktu, w którym wyjaśniam – nie tylko klientom i obserwatorom moich profili w mediach społecznościowych, ale i tobie – jak działa wstyd. Nie tylko ukrywa nas on przed innymi, ale i przed nami samymi, uniemożliwiając nam zdobycie samoświadomości i pokochanie siebie.
Z książki tej dowiesz się, w jaki sposób wstyd jest zaszczepiany w każdym z nas, najczęściej w dzieciństwie; w jaki sposób go identyfikować, zamiast pozwalać mu sobą kierować; jak się odwstydzić poprzez dekonstrukcję zinternalizowanego wstydu i zapobieganie ponownemu zawstydzaniu siebie i innych; jak nazywać wstyd po imieniu i pozbawiać go mocy. W trakcie odwstydzania dowiesz się także, co wstyd dotąd ukrywał: twoje prawdy, twoje dary i przeznaczoną ci ścieżkę życiową.
Wstyd wnika w nas przez drobne pęknięcia i szczeliny, czasami zupełnie niezauważenie. Być może nie lubisz swojego ciała. To już źle, ale jeśli w dodatku myślisz sobie: „Jestem takim nieudacznikiem, kompletną porażką”, jest to wstyd. A może odczuwasz silne uczucia, których nie kontrolujesz: złość, rozpacz, przygnębienie. To trudne samo w sobie, a ty jeszcze myślisz: „Co ze mną nie tak, że nie potrafię tego kontrolować?”. To także wstyd. Być może jesteś cichszy bądź głośniejszy od innych, za co otoczenie cię krytykuje. To z kolei sprawia, że czujesz się źle albo masz wrażenie bycia outsiderem, a potem myślisz: „Dlaczego nie potrafię być taki jak inni?”, i to jest wstyd. Wstyd to nie to samo, co krytyka. Robi więcej niż tylko zadawanie ran – powoduje, że przestajesz być lojalny wobec swojej natury, zwracasz się przeciwko sobie. To atak przypuszczany na samego siebie, bez odwstydzania zatem nigdy nie uda ci się uwolnić od dalszych krzywd. Nieposkromiony wstyd, jako światopogląd, może cię zniszczyć. To wyjątkowa forma przemocy. Odwstydzanie jest również ścieżką samopoznania. W ujęciu jungowskim jest pracą z cieniem: rzucaniem światła na to, co do tej pory pozostawało dla nas niewidoczne.
Inne formy napaści i przemocy ranią ciało bądź psychikę, ale nie przesłaniają nam przy tym świadomości, że cierpimy, ponieważ zostaliśmy skrzywdzeni. Wstyd natomiast wypacza tę fundamentalną świadomość i sprawia, że wierzymy, iż zasługujemy na cierpienie, ponieważ nie jest ono wynikiem krzywdy, a tego, że coś jest z nami nie tak. Tradycyjne wyobrażenie na temat wstydu zakłada, że czujemy go, gdy zrobimy coś złego – albo jesteśmy kimś złym. Jest to zgodne z moralizującym, judeochrześcijańskim poglądem mówiącym, że powinno się ponieść karę za grzechy. Największą krzywdą wyrządzaną nam przez wstyd jest czynienie nas niewidzialnymi dla samych siebie. Po zinternalizowaniu ten fundamentalny system przekonań uniemożliwia nam zatem zajęcie się wszelkimi ranami, które są nam zadawane. Zamiast tego tracimy zasoby na „uzdrawianie” tego, co – naszym zdaniem – jest w nas zepsute, zamiast zerwać zasłonę wstydu, dzięki czemu moglibyśmy wyraźnie dostrzec rzeczywistą ranę. Zbyt wiele procesów, które ludzie nazywają „uzdrawianiem”, opiera się na naszym zaufaniu do głosu wstydu, na traktowaniu ludzi, jakby coś było z nimi nie tak, przez co tracą nie tylko czas i pieniądze, ale też wiarę w siebie i we własny autorytet.
Możesz się zastanawiać: „Czy istnieje pozytywny rodzaj wstydu? Pożyteczny? Potrzebny?”. Wielokrotnie zadawano mi te pytania. Badam to zagadnienie od ponad trzydziestu lat i wciąż sądzę, że nie ma żadnej pozytywnej funkcji wstydu. Nie oznacza to, że nieodpowiednie zachowania niektórych osób nie powinny doprowadzać nas do furii ani że nie powinniśmy ich potępiać bądź ograniczać. Oznacza to, że wstyd wcale nie pomaga w trwałym zwalczaniu takich zachowań.
Myśliciele i teoretycy utożsamiający się z judeochrześcijańską moralnością prędzej będą żywić przekonanie, że zarówno wstyd, jak i poczucie winy są niezbędne do kierowania ludzkim sumieniem, jakby bez wiszącego nad nim bata wstydu sumienie miało pogrążyć się w chaosie. Jednakże badaczki June Price Tangney i Ronda L. Dearing, autorki wydanej w 2003 roku książki Shame and Guilt (Wstyd i poczucie winy), przeprowadziły badanie podłużne na czterystu dzieciach i odkryły coś innego: chociaż poczucie winy faktycznie prowadziło do pewnych pozytywnych reakcji na krzywdzące zachowania, wstyd prowadził do częstszego zażywania narkotyków, nasilonych skłonności samobójczych i tym podobnych niekorzystnych skutków. Inne badania potwierdziły te odkrycia.
Istnieją znacznie trafniejsze terminy na opisanie kwestii moralnych: wyrzuty sumienia, współczucie, empatia, odpowiedzialność, zrozumienie, pokuta, odnowa, obowiązek oraz – owszem – wina. Używając ich, unikamy lekkomyślnego posługiwania się słowem „wstyd”, co zaciemniałoby nam obraz rzeczywistości, i możemy lepiej zrozumieć faktyczne działanie tego uczucia. Ostrożne stosowanie wyrazu „wstyd” to ważny krok ku zmniejszeniu tolerancji na jego wpływ i ku dokładniejszemu zrozumieniu, na czym polega odwstydzanie.
Osoby, które się upierają, że wstyd jest konieczny, nawet jeśli przedstawiono im badania i własne doświadczenia jednoznacznie pokazujące, że się mylą, często twierdzą, że istnieją dwa rodzaje wstydu: toksyczny i nietoksyczny. Podział na te dwie kategorie w żaden sposób nie odpowiada jednak na fundamentalne pytania: Jak tak naprawdę wygląda uzdrawianie wstydu? Jak można się z niego wyleczyć? Jak uzdrowiciele, terapeuci i facylitatorzy mogą poruszać zagadnienie wstydu w taki sposób, by wspierać swoich klientów?
Żeby odpowiedzieć na te pytania, należy dokładniej zrozumieć przyczyny pojawiania się wstydu i to, jak odwstydzanie wygląda w praktyce. Musimy również pojąć powiązania wstydu z przemocą i traumami wczesnodziecięcymi oraz międzypokoleniowymi (tematy te poruszam w całej książce, a zwłaszcza w rozdziałach 9 i 10), a także to, jakiej wiedzy i jakich umiejętności potrzebujemy do odwstydzania.
Zacznijmy od przyjrzenia się, w jaki sposób wstyd jest w ogóle w nas wzbudzany i utrwalany.
Część ekspertów, którzy rozpoczęli badania w dziedzinie wstydu, jak Brené Brown, definiują go jako emocję. W swoich książkach Brown podaje przykłady historii zawstydzania, z których niemal wszystkie dotyczą osób poddanych krytyce – wewnętrznej bądź zewnętrznej.
Doceniam wkład Brené Brown i jestem wdzięczny za jej pracę, ale jednocześnie, opierając się na jej definicji, twierdzę, że wstyd wykracza poza bycie krytykowanym i obejmuje wszelkie formy ataku, w tym przemoc. Z kolei krytyka nie zawsze wyzwala w nas wstyd. Czy ktoś kiedyś oskarżył cię o coś tak niedorzecznego, że miałeś ochotę wybuchnąć śmiechem? Domyślam się, że nie czułeś się wtedy zawstydzony.
Co zatem sprawia, że czyjś atak wywołuje w nas wstyd? Wielu autorów pisze w tym kontekście o przynależności, lęku, władzy i oczekiwaniach społecznych. Moje ponad trzydziestoletnie badania można streścić tak: wpływ ataku na naszą psychikę zależy od tego, w jaki sposób postrzegają go inni – jako zawstydzający świadkowie – niezależnie od tego, czy widzieli sytuację na żywo, czy opowiedzieliśmy im o niej później.
Jeżeli zbyli doznaną przez nas krzywdę, wyparli ją, zlekceważyli, zastosowali gaslighting bądź zasugerowali, że sobie na nią zasłużyliśmy, stali się świadkami zawstydzającymi. Jeżeli wydarzało się to wielokrotnie lub miało miejsce na wczesnym etapie naszego życia, my tego zawstydzającego świadka zinternalizowaliśmy. Wierzymy teraz, że nie potrafimy niczego trafnie oceniać i że coś musi być nie tak z naszymi uczuciami i wrażeniami. Tracimy zaufanie do siebie i dochodzimy do wniosku, że nie jesteśmy ważni. Ten głos, zaprzeczający nam, lekceważący nas albo obwiniający – punkt widzenia zawstydzającego świadka – przenosi się z zewnątrz do wewnątrz nas. Niesie to ze sobą ogromne konsekwencje, ponieważ zaczynamy postrzegać siebie przez pryzmat wstydu, który wypacza i psuje nasz obraz samych siebie i sprawia, że przestajemy dostrzegać swoje prawdziwe ja. Jak powiedział Gershen Kaufman, „wstyd jest kluczową zmienną”1, znacznie bardziej wpływową od jakiejkolwiek emocji.
Dlatego też kiedy dochodzi do kolejnych napaści, łącznie z krytyką, nie odpowiadamy naturalną reakcją zranienie. Nie ufamy sobie, ponieważ wierzymy, że robimy coś źle. Nie otacza nas warstwa miłości i zaufania do siebie, która pomogłaby nam przetrawić wydarzenia i odpowiednio się bronić. Patrzymy na siebie tak, jak patrzyli na nas inni. To właśnie zinternalizowany wstyd.
Jeżeli jednak świadkowie zareagowali współczuciem, uwierzyli nam i stanęli w naszej obronie, internalizujemy ten sposób postrzegania siebie. Ktoś nas dostrzegł, poczuł to, co my, zaufał nam – więc i my tak podchodzimy do samych siebie. Zatem kiedy później ktoś nas atakuje bądź krytykuje, reagujemy zatroszczeniem się o siebie, bronimy się i wierzymy w siebie. Ten atak nadal może nas skrzywdzić, ale nie internalizujemy niesprawiedliwego przekonania na swój temat. W tym przypadku wstyd jest nieobecny.
Toteż wstyd jest zinternalizowanym świadkiem, a nie emocją, chociaż może wywoływać emocje, takie jak poczucie winy, zakłopotanie i wyrzuty sumienia. Wstyd jako zinternalizowany świadek ma pewne cechy charakterystyczne:
Zaprzecza wydarzeniom i naszym faktycznym doświadczeniom, lekceważy je bądź nas gaslightuje, zamiast po prostu je dostrzegać.
Uprzedmiotawia. Jego punkt widzenia dehumanizuje, ponieważ wstyd nie jest świadkiem człowieka czującego, podmiotu, tylko przedmiotu.
Patologizuje. „Ustala”, co z nami nie tak, żebyśmy to zmienili. Zamiast próbować zidentyfikować moment doznania krzywdy w naszym życiu, wyszukuje nasze wady.
Nie jest ciekawy. Nie docieka, czego doświadczyliśmy somatycznie, fizycznie bądź emocjonalnie. Zawstydzający świadkowie nigdy nie pytają o nasze rzeczywiste doznania. Sprawiają wrażenie, że już wszystko rozumieją.
Każdy z nas zinternalizował pewien pryzmat, przez który na siebie patrzy. Według niego warunkiem rozwoju i uzdrowienia jest określenie, co w nas nie działa, jakie są nasze objawy – fizyczne bądź emocjonalne – i ich naprawienie albo usunięcie. Ta perspektywa jest zawsze obecna. Za każdym razem, kiedy robimy lub czujemy coś, co powoduje dyskomfort, automatycznie zaczynamy się zastanawiać: „Co jest ze mną nie tak? Jak to naprawić?”. Nie wydarza się to sporadycznie, a notorycznie. I ten punkt widzenia ukrywa nas przed nami samymi. Przesłania nasze prawdziwe uczucia, doznane krzywdy, wydarzenia, w wyniku których ucierpieliśmy. Ukrywa prawdę na temat tego, kim jesteśmy i kim mamy się stać. Wstyd powoduje, że próbujemy udzielać się towarzysko i być jak inni, zamiast rozkwitać jako my, łączyć się ze swoim prawdziwym ja i wychodzić do świata jako dar. Kiedy wypełniają nas założenia i teorie na własny temat, nie mamy wyboru – musimy lekceważyć nasze faktyczne doświadczenie. A dlaczego doświadczenie jest takie ważne? Ponieważ jest brzemienne w dary, lekarstwa i inteligencję: od nas dla nas.
Wyobraź sobie taką sytuację: ktoś wstaje, żeby wygłosić mowę przed grupą ludzi. W trakcie przemówienia ktoś inny krzyczy: „Nie masz pojęcia, o czym gadasz!”.
Mówca milknie. Zastyga w bezruchu. Nie wie, co zrobić ani co powiedzieć. Publiczność również zamiera w oczekiwaniu na jego reakcję.
Mówca myśli: „Dlaczego on tak uważa? Ile osób się z nim zgadza? Może niewystarczająco się przygotowałem. Dlaczego nie potrafię wymyślić, jak zareagować? Wszyscy się na mnie gapią. Muszę wyglądać na przerażonego. Powinienem być w stanie coś zrobić. Co ze mną nie tak, do cholery? Zróbże coś!”.
Wydarzyły się tu trzy rzeczy. Po pierwsze, ktoś publicznie skrytykował mówcę. Wysłuchiwanie krytyki na osobności to nic przyjemnego, a publicznie staje się jeszcze trudniejsze, ponieważ nasza krzywda jest upokarzająco wyeksponowana przed świadkami, którzy mogą nas zawstydzić albo odwstydzić. Krytyka ta przeszyła mówcę na wskroś. Koszmarnie zabolała.
Po drugie, nikt inny z widowni nie odezwał się ze współczuciem. Nikt nie zaprzeczył słowom krytyka ani nie powiedział: „Wow, to było niegrzeczne”, „Auć, musiało zaboleć” ani „Wszystko w porządku? Dla mnie to byłoby bardzo trudne”.
Po trzecie, głowę mówcy wypełniają pytania, wątpliwości i połajanki pod własnym adresem. Mówca stara się zidentyfikować, co zrobił źle, i gani się za to, że nie potrafi zareagować. Wierzy, że musi przezwyciężyć poczucie krzywdy i upokorzenia oraz zamrożenie. Uważa, że powinien być silniejszy, jaśniej się wyrażać i potrafić inaczej odpowiedzieć.
Te trzy części składają się na zawstydzającą sytuację. Przyjrzyjmy się im po kolei.
Każdy wielokrotnie doświadcza w swoim życiu krytyki. Często przyjmuje ona postać ataku słownego. Może nas on zranić, zdruzgotać albo poniżyć. Jeśli doświadczamy jej publicznie, do tego bólu dołącza upokorzenie.
Jednakże krytyka sama w sobie nie wywołuje wstydu. Czasami spływa po adresacie jak po kaczce. Może on w ogóle nie poczuć się zraniony. Zdarza się, że zarzut odbieramy jako absurdalny albo nietrafiony. Możemy zlekceważyć krytykę albo może ona dotyczyć czegoś, z czego zdajemy sobie sprawę i z czym już się pogodziliśmy, albo nawet czegoś, co wręcz polubiliśmy. Dlatego już na nas nie wpływa; pozostajemy obojętni.
Mówca mógłby powiedzieć: „Wyraziłeś właśnie mocną krytykę. Przez chwilę byłem oszołomiony. Chętnie wysłucham twojego punktu widzenia, ale nie wyrażanego takim tonem. Porozmawiajmy rzeczowo” bądź: „Nie tylko się z tobą nie zgadzam, ale uważam również, że twoje zachowanie jest niekulturalne i nieakceptowalne. Mam coś ważnego do przekazania i nie pozwolę na siebie wrzeszczeć”.
Dlaczego te reakcje nie będą prowadzić do wstydu? Ponieważ mówca jest świadkiem krytyki, reakcji innych na sytuację i swoich własnych uczuć. W takim przypadku krytyka nadal może być bolesna, ale mówca prawdopodobnie nie zakończy przemowy z poczuciem, że zrobił coś źle albo że jest nieważny. Te dwa przekonania – „Coś jest ze mną nie tak” oraz „Jestem nieważny” – to cechy charakterystyczne wstydu.
Publiczność nie była współczującym, odwstydzającym świadkiem. Nikt nie stanął w obronie mówcy ani nie przemówił do niego z troską. Nikt nie nazwał sytuacji po imieniu. Ten milczący tłum stanowi przykład zawstydzającego świadka.
Krzywda, na którą nikt nie reaguje współczuciem, sprawia, że nabieramy przekonania, iż nasze uczucia są niewłaściwe, nasza odpowiedź na krytykę jest nieodpowiednia, a nawet iż nie zasługujemy na troskę. Zwymyślany mówca najprawdopodobniej zinternalizuje zawstydzającego świadka, ponieważ uzna, że atak był zasłużony i usprawiedliwiony, a jego osobiste uczucia się nie liczą. To działanie wstydu.
Gdyby jednak publiczność okazała troskę, współczucie i empatię, czy nawet zezłościła się na krytyka, mówca byłby znacznie mniej narażony na wstyd. Wystarczyłoby wręcz, żeby ktoś powiedział: „Wow, to było mocne”, a pojawienie się wstydu byłoby mniej prawdopodobne. Mówię o mniejszym prawdopodobieństwie, ponieważ z powodu wcześniejszych zawstydzających doświadczeń mówcy publiczność może nie być w stanie w pełni go ochronić.
Reakcja otoczenia na krytykę skierowaną w naszą stronę albo na naszą opowieść o takiej krytyce wpływa na to, czy doznamy wstydu i czy go zinternalizujemy.
W naszej przykładowej sytuacji mówca natychmiast zaczął snuć bolesne rozważania na temat tego, co sam robi i jak reaguje. Nie przyznał, że został zaatakowany i zraniony, nie zaczął też automatycznie się bronić. Jego odpowiedź – reakcja zawstydzającego świadka – połączyła siły z krytykiem.
Mówca nie zinternalizował odwstydzającego świadka, tylko tego zawstydzającego: takiego, który analizuje, co mówca zrobił źle, który nie zauważa faktycznie doświadczanych uczuć i który traktuje doznaną krzywdę jako coś nieistotnego. Mówca nie dostrzega, że nie jest wybrakowany i nie brak mu kompetencji.
Gdyby potrafił spojrzeć na swoje wewnętrzne doznania ze współczuciem i instynktem opiekuńczym – jako świadek odwstydzający – nadal mógłby odczuwać ból, ale nie doświadczyłby wstydu i nie zacząłby autodestrukcyjnego poszukiwania w sobie wad bądź wypierania swoich autentycznych doświadczeń.
Niełatwo iść przez życie z samoświadomością i przytomnością umysłu, które umożliwią wytrzymanie ataku bez poczucia, że się na niego zasługuje. Dlaczego nie reagujemy na każdą krytykę, wewnętrzną i zewnętrzną, mówiąc: „Auć” albo „Ej, odczep się”? Dlaczego tak często jest to trudne?
Powód jest następujący: w przeszłości (zazwyczaj w dzieciństwie) wycierpieliśmy krzywdy, a żaden zaufany bliski czy rówieśnik nie stanął w naszej obronie ani nawet nie przyznał, czego doświadczyliśmy. Mógł milczeć, sam zastraszony, jak inne dzieci w klasie, gdy szydził z nas okrutny nauczyciel. Mógł się przyłączyć do krzywdzącego, jak rodzic, który, upokorzony tym, że duchowny obwinia o coś jego dziecko, zaczyna je strofować bądź karać, bez prób zrozumienia całej sytuacji. Nikt nie odgrywał dla nas roli odwstydzającego świadka – kogoś, kto rozbroiłby zawstydzające wydarzenie swoim współczuciem. Zostaliśmy natomiast zawstydzeni. A jako osoby zawstydzone godzimy się na napaść. Kiedy się wstydzimy, mamy też poczucie, że zasługujemy na atak. Po prostu wierzymy w słuszność ataku, a następnie próbujemy ustalić, czym zawiniliśmy. Tłumimy swoje doświadczenie, po czym w późniejszych latach zmagamy się z objawami fizycznymi i psychicznymi, których nie łączymy już z minionym wydarzeniem, a zatem patologizujemy samych siebie. Innymi słowy, brakuje nam wewnętrznego obrońcy i miłości własnej.
Kiedy definiuje się wstyd jako krytykę (albo jako poczucie winy, co omawiałem wcześniej) bądź jako emocję, traci się okazję do rozpoznania złożoności zawstydzających wydarzeń i przepracowania ich. Przegapia się też możliwość odwstydzenia samego siebie. Osiąga się to, wykorzystując zinternalizowanego współczującego świadka jako sojusznika i źródło wewnętrznej mocy. Innych odwstydzamy, ze współczuciem przyznając, że doznali krzywdy, broniąc ich i potwierdzając ich przeżycia oraz prawo do bycia traktowanymi z życzliwością. Działania te składają się na supermoc rozbrajania wstydu.
Wstyd pojawia się za każdym razem, kiedy czujemy się atakowani i niezdolni do postawienia granic; gdy traktujemy uczucia jako problem do rozwiązania; należymy do grupy marginalizowanej lub unieważnianej i nikt nie zauważa wyrządzanych nam w ten sposób krzywd; padamy ofiarą przemocy, a inni temu przeczą bądź to lekceważą; uważamy objawy fizyczne za słabość, za dowód niezdolności do sprostania normom społecznym; kiedy ludzie wokół nas postrzegają długoterminowe konsekwencje traumy jako patologie, a nie skutki wcześniejszych doświadczeń albo historii międzypokoleniowych. Wstyd pojawia się także wtedy, gdy traktujemy używki jak lekarstwo, jakby za głodem tych substancji nie krył się żaden inny uzasadniony głód.
Ponieważ wstyd to pryzmat, przez który postrzegamy siebie, można go porównać do grzybni – podziemnej sieci łączącej niezliczone organizmy – która karmi albo głodzi poszczególne części naszej istoty: części naszego zdrowia psychicznego i fizycznego. To ona wpływa na samoświadomość i na to, że podświadomie identyfikujemy się jako marginalizowani oraz podświadomie marginalizujemy innych. Decyduje o tym, jak przechowujemy wspomnienia o przemocy i w jaki sposób doświadczamy somatycznych odpowiedzi na traumę, a także o tym, jak opiekujemy się swoimi uczuciami. Odwstydzanie przekształca tę grzybnię w odżywczy, krzepiący system, który podbudowuje ciebie i innych. Ze względu na tę rozgałęzioną naturę odwstydzania tematy poruszane w poszczególnych rozdziałach tej książki są ze sobą powiązane. Podczas lektury rozdziału 4, „Rola granic w uzdrawianiu wstydu”, dowiesz się, że granice wpływają na zinternalizowane opresję, przemoc i uczucia. Wątki opresji, przemocy i samokrytyki powrócą z kolei w rozdziale 8, „Odwstydzanie przykrych uczuć”. Wszystkie te tematy są połączone. Nachodzą na siebie i są nierozerwalne.
Możesz się więc zastanawiać, po co rozdzielam je pomiędzy rozdziały. Robię to, ponieważ mamy naturalną skłonność do myślenia o sobie i uzdrawianiu w taki właśnie usystematyzowany sposób. Każdy rozdział to inne drzwi prowadzące do domu odwstydzania.
Wstyd izoluje nas od innych oraz od różnych części nas samych. Odwstydzanie zaczyna splatać je ze sobą na nowo, a my zyskujemy zrozumienie, jak wszystko jest ze sobą powiązane, i odzyskujemy poczucie pełni. Dostrzegamy też, w jaki sposób pryzmat wstydu rzuca światło na różne aspekty rozwoju osobistego i uzdrawiania, wcześniej niewyraźne. Nadałem tej książce taką strukturę również po to, by każdy kolejny rozdział mógł bazować na poprzednich.
Biorąc pod uwagę liczne wymiary wstydu, pomocne może się okazać skupienie na wspólnym oddziaływaniu zawstydzania i krytyki.
Ćwiczenie
Weź długopis i kartkę papieru albo notes i zapisz odpowiedzi na poniższe pytania.
Przypomnij sobie sytuację, w której ktoś cię skrytykował. Jak zareagowałeś? Czy przyjąłeś tę krytykę? Czy mogłeś się z nią nie zgodzić i obronić się bezpośrednio (nie dałeś się ponieść furii, ale byłeś stanowczy i precyzyjny)?Czy masz świadomość swoich zranionych uczuć, gdy ktoś cię krytykuje? Czy traktujesz ten ból poważnie? Czy słyszysz wewnętrzny głos, który mówi coś w rodzaju: „Auć, to boli”, żebyś mógł następnie zająć się raną?Czy jesteś świadomy tego, że krytyka – to, co ludzie nazywają naszym „wewnętrznym krytykiem” – żyje w twoim wnętrzu?Czy odpowiadasz temu wewnętrznemu krytykowi i się bronisz, przynajmniej od czasu do czasu? Jeżeli tak, opisz, co sobie mówisz.Czy twoim standardowym sposobem myślenia jest przekonanie, że musisz się zmienić, poprawić, naprawić, a nawet „uzdrowić”?Jak myślisz, w jakim punkcie się znajdujesz? Czy masz zinternalizowanego świadka zawstydzającego, czy może odwstydzającego?Odwstydzający świadek reaguje, potrafi się jasno bronić i wyrażać odmienne zdanie, a także zauważa każdą ranę, więc możemy się nią zająć. Odwstydzający świadek wie, jak się czujemy. A co robi świadek zawstydzający? Nie zapewnia żadnej bariery, więc krytyka trafia prosto w nas. Albo wierzymy w jej treść („To prawda, nakryli mnie”), albo czujemy się jej ofiarą, ponieważ nie bronimy się we właściwy, bezpośredni sposób, a może nawet nie zauważamy, że wydarzyło się coś, co nas zraniło. Świadek zawstydzający traktuje nasze uczucia jak coś, co należy naprawić.
Być może czujesz się przygnębiony tym, że zostałeś zawstydzony, a nawet się tego wstydzisz. Proces odwstydzania wydaje się przytłaczający. Ale warto zastąpić zinternalizowanego świadka zawstydzającego świadkiem pełnym miłości i współczucia, wejść na ścieżkę miłości własnej i samopoznania oraz ponownie odnaleźć drogę swojego serca. W ostatnim rozdziale będziesz miał okazję połączyć wszystko, czego się nauczysz, i zostać odwstydzającym świadkiem dla całego świata.
Do korzyści płynących z odwstydzania należy rozwój umiejętności dostrzegania (szacunku), utożsamiania się (odnoszenia się do przeżyć innych) i wiary (wiary radykalnej). Umiejętności te ogromnie pomagają każdemu, kto czuje złość bądź przygnębienie, zmaga się z nałogami lub ma skłonność do powielania bolesnych wzorców w relacjach – a wstyd te wszystkie tendencje nasila. Co więcej, wstyd niszczy nasze zaufanie do samych siebie, wiarę w siebie i miłość własną. Umiejętności płynące z odwstydzania właśnie to zaufanie do samego siebie budują, zwiększają też wiarę we własne możliwości i miłość do samych siebie.
Tak jak większość osób, być może postrzegasz odwstydzanie jako usuwanie albo wyciszanie bolesnych uczuć. Ale w rzeczywistości jest to odnowa. Zdejmujemy z siebie wstyd, żeby uwolnić ukryte części siebie. Jak to ujął jeden z obserwujących mnie na Facebooku: „Odwstydzanie to wybawienie naszego autentycznego ja. Jakież to krzepiące i optymistyczne!”.
Jak to działa? Odwstydzanie oznacza obserwowanie czyichś przeżyć z szacunkiem, co je depatologizuje. Zamiast kogoś diagnozować i uprzedmiotawiać, potwierdza człowieczeństwo i podmiotowość danej osoby.
Odwstydzanie umożliwia utożsamianie się z drugą osobą, ponieważ oznacza bycie czującym świadkiem. Kiedy ktoś doświadcza współczucia i empatii osoby słuchającej go z sercem, internalizuje poczucie, że jest ważny, a to z kolei neutralizuje przesłanie wstydu mówiące, że się nie liczy.
Odwstydzanie oznacza bycie świadkiem z absolutną, radykalną wiarą w daną osobę. Tego rodzaju wiara wzmacnia zaufanie do siebie tej osoby, podczas gdy wstyd prowadzi do internalizacji przekonania, że nie może sobie ona ufać i potrzebuje zewnętrznych autorytetów, by powiedziały jej, kim jest, czego potrzebuje oraz co ma czuć i jak się zachowywać.
Zagłębmy się nieco w te koncepcje.
Szacunek oznacza dokładniejsze dociekanie, jak wygląda czyjeś doświadczenie. Często ma postać przyglądania się doświadczenieniom somatycznym, ale może też odnosić się do doświadczenia ciała w ruchu, do jego postawy (co nazywamy mową ciała), doświadczenia wzrokowego (co dana osoba widzi, co pamięta i co sobie wyobraża) i dialogu zachodzącego w cudzej głowie (często będącego wewnętrzną samokrytyką). Podczas sesji zadaję szczegółowe pytania na temat tych przeżyć. Dana osoba znajduje się wtedy w roli podmiotu, a nie przedmiotu, patologii czy czegoś, co trzeba naprawić, a to zmniejsza wpływ wstydu. Z tej książki czytelnicy nauczą się szanować samych siebie.
Utożsamianie się to pełne współczucia zgłębianie uczuć drugiej osoby. Zwłaszcza kiedy pytamy, jak zareagowała na doznane krzywdy, zaniedbanie czy brak szacunku, niemal natychmiast przekonuje się, że jest ważna. Kiedy jakaś osoba cierpi i nikt nie reaguje empatią, współczuciem ani jej nie broni, doświadczenie mówi jej, że się nie liczy. Poczucie bycia ważnym zostanie odnowione, gdy ktoś zacznie dociekać ze współczuciem i empatią, co czuła, gdy została skrzywdzona. Jeżeli nie masz kogoś, kto mógłby odegrać dla ciebie taką rolę, zrób to sam dla siebie. Poczucie bycia ważnym może zostać odnowione również wtedy, gdy sami będziemy dla siebie współczującym świadkiem i zaczniemy zgłębiać własne przeżycia.
O radykalnej wierze mówimy wtedy, gdy wierzymy danej osobie i w nią. To oznacza, że wierzymy, iż ma ona odpowiedź na swoje trudności i wie, jakiego lekarstwa potrzebuje na swoje dolegliwości. Kiedy zadajemy jej pytania z tą wiarą, doznaje nagłego oświecenia i ma trafne spostrzeżenia. To pokazuje, jaki kierunek obierze jej zdrowienie, i przywraca jej wewnętrzny autorytet oraz zaufanie do samej siebie. Dzięki temu może zrezygnować z projekcji autorytetu na innych, do czego w przeszłości doprowadził ją wstydu.
W każdym z kolejnych rozdziałów zobaczysz, jak używam tych umiejętności w praktyce podczas pracy nad odwstydzaniem innych.
Pamiętasz, jak pisałem, że dokonujemy odwstydzania, by odkryć przesłonięte przez wstyd części samych siebie? Można także powiedzieć, że zawstydzone części nas kryją się w cieniu, jak też już wcześniej wspomniałem. Cień w ujęciu jungowskim składa się z tych wszystkich naszych cech, do których nie chcemy się przyznać. To ta część nas, która jest odcięta od naszego zasadniczego sposobu postrzegania siebie, ponieważ dominująca perspektywa naszej kultury uznaje tę część za niegodną, nieakceptowalną, niedopuszczalną bądź niemoralną – a zatem przynoszącą wstyd. Cechy te są postrzegane jako negatywne, jak złość, nienawiść czy zazdrość. Mogą się też jawić jako pozornie pozytywne, na przykład jako duma z siebie albo wiara we własny geniusz. Większość ludzi w naszej kulturze nie uważa się za pięknych, zatem piękno kryje się w cieniu. Każda wyjątkowa cecha zazwyczaj się w nim kryje.
Spychanie tych cech w cień zawsze jest formą tłumienia albo opresji. I żeby nie było wątpliwości: tłumienie oraz opresja to akty przemocy. Przekraczają nasze granice. Wstyd pojawia się wtedy, kiedy ludzie, grupy bądź instytucje zaprzeczają istnieniu przemocy, uznają tłumienie jakichś cech za słuszne albo wmawiają ci, że coś jest z tobą nie tak i musisz naprawić daną cechę lub się jej pozbyć, niczym kończyny toczonej gangreną.
Oto głębszy sens łączenia cienia ze wstydem: naszym zadaniem w procesie uzdrawiania jest wyciągnięcie cienia na światło dzienne. Oznacza to, że musimy uznać go i zintegrować, żeby uczynił nad pełniejszymi. Odwstydzanie to praca z cieniem.
Uzdrawianie wstydu – które nazywam odwstydzaniem – to coś więcej niż tylko uodparnianie się na to uczucie albo nieodczuwanie go zupełnie. Odwstydzanie odkupuje zawstydzone cechy. Jeżeli ich nie uznamy i nie zintegrujemy, pozostaniemy odcięci od naszego autentycznego ja, od naszej mocy, naszych darów i naszej ścieżki życiowej.
Mógłbym zapełnić kolejne sto stron, wymieniając korzyści płynące z odwstydzonego życia, ale sedno jest jasne: wstyd krzywdzi. Dzieli nas na części. Patologizuje to, co piękne i prawdziwe. Odwstydzanie to nie tylko brak bólu. To przestrzeń, wolność i odwaga. Kiedy uprzednio zawstydzona część ciebie staje się odwstydzona, nie tylko wychodzi na światło dzienne, ale rozkwita.
Przyswój, proszę, następujący fragment wiersza Galwaya Kinnella pod tytułem Święty Franciszek i świnia:
Pąk symbolizuje wszystkie rzeczy, nawet te, które nie kwitną, gdyż wszystko rozkwita, od wewnątrz, samobłogosławieństwem; chociaż czasami trzeba rzeczy na nowo przypomnieć o jej uroku, położyć jej dłoń na czole kwiatu i ponownie powiedzieć jej słowami i dotykiem, że jest urocza, aż znowu rozkwitnie od wewnątrz, samobłogosławieństwem.
Kiedy się odwstydzamy, ponownie uczymy cenne, uzdrowione części siebie, że są cudowne. Kiedy sobie błogosławimy, rozkwitamy.
Rozdział 2
Stawanie się odwstydzającym świadkiem dla siebie i innych
Siedziała przy obiedzie z rodzicami, ale nie jadła nic oprócz bulionu i sorbetu. Była niedożywiona i wychudzona. Niedawno dwa razy wylądowała w szpitalu po tym, jak zemdlała podczas treningu na siłowni.
Rodzice widzieli w niej ładną młodą kobietę, swoją piękną córkę. Nie mieli pojęcia, że są świadkami jej przemocy wobec ciała. Nie zaprzeczali ani nie lekceważyli celowo cichej, bolesnej historii opowiadanej przez córkę; tkwili po prostu w niewiedzy, nie byli podli.
Mimo wszystko ich zachowanie przekazywało jasną wiadomość: „Wszystko w porządku. Siedzisz tu słaba i cierpisz, ale nie wywołuje to w nas współczucia ani troski. Prosimy, nadal ukrywaj swoje autentyczne ja, swoje bolesne doświadczenie, swoją prawdę za byciem «chudą i ładną»”.
Nie zamierzali zawstydzać swojej córki; ich intencją było otulenie jej kochającym spojrzeniem. Niemniej jednak ich „niewinność” sprawiła, że córka czuła się osamotniona i wierzyła, iż podzielenie się z nimi głębią bólu i nienawiści do siebie byłoby z jej strony niewłaściwe; co gorsza, była przekonana, że coś musi z nią być nie tak, skoro ma w sobie taką głębię.
Żyjemy w świecie pełnym świadków – nie tylko przemocy, ale też przepływu informacji pomiędzy ciałem i umysłem, który trwa przez całe dnie, tygodnie, lata i pokolenia po tym, gdy do niej doszło. Niektórzy świadkowie sprzymierzają się z bezlitosnym napastnikiem, jak moja matka, która lekceważyła i wypierała znęcanie się ojca nade mną i moim bratem. Istnieją również świadkowie, których milczenie komunikuje współudział w samookaleczaniu się innej osoby, jak w powyższej historii.
Wstyd powstaje albo nasila się wtedy, gdy jakaś osoba dzieli się osobistymi szczegółami swojego doświadczenia ze świadkiem, a ten udziela nieproszonych rad, lekceważy jej uczucia albo twierdzi, że są niewłaściwe, zaprzecza, że coś takiego się wydarzyło, nie koncentruje się na osobie mówiącej, zachęca ją, żeby współczuła sprawcy jej krzywdy, ignoruje ją, zmienia temat albo ją obwinia. To świadek zawstydzający.
Istnieją również świadkowie, którzy potrafią stworzyć przestrzeń dla osoby mówiącej, w danej chwili bądź później, przejawiający ciekawość, szacunek i współczucie. To świadkowie uzdrawiający. Bycie czułym świadkiem zaczyna się od podstawowej intencji: „Chcę wiedzieć, jak to jest być tobą”. Wymaga to szczerego zainteresowania się tym, czego dana osoba faktycznie doświadczyła. Musimy się dowiedzieć, co czuje w ciele, co by powiedziała albo zrobiła, gdyby była w stanie, i jaki dialog wewnętrzny towarzyszy jej w odniesieniu do tego, czym się z nami dzieli. Dociekać tego można w każdej chwili, co znaczy, że uzdrowienie również może zajść w każdej chwili. Możemy być wolni. Możemy zostać odwstydzeni. I możemy odwstydzać innych.
Uzdrawiający świadek robi cztery rzeczy:
Przyznaje
, że coś się wydarzyło: „Widzę/czuję/słyszę/dostrzegam” krzywdę, raniące wydarzenie.
Okazuje empatię:
„Czuję empatię i współczucie wobec zaznanej przez ciebie krzywdy”.
Wyraża
wsparcie dla oporu osoby mówiącej albo staje w jej obronie: „Nie zasłużyłeś na to. Masz prawo się złościć”.
Radykalnie wierzy
relacji danej osoby i w naturalne wskazówki wysyłane przez jej organizm, by mogło zajść uzdrowienie: „Wierzę ci; wierzę w ciebie”.
Stawanie się odwstydzającym świadkiem wymaga zmiany paradygmatu. Amerykańska kultura głównego nurtu jest przesycona paradygmatem alopatycznym. Jego przesłanie brzmi: „Kiedy coś ci dolega, jest objawem choroby, którą trzeba wyleczyć, a wtedy lepiej się poczujesz”. Na przykład: „Boli mnie głowa”. Odpowiedź paradygmatu alopatycznego w takiej sytuacji to: „Weź tabletkę”. „Jestem zły”. Odpowiedź paradygmatu alopatycznego: „Pomedytuj i pooddychaj głęboko”. A co w przypadku, gdy ktoś mówi: „Mam depresję”? „Myśl pozytywnie i bierz antydepresanty”. I wszystkie te odpowiedzi są w porządku. Uważam, że ludzie powinni otrzymywać pomoc, jakiej potrzebują. Natomiast istotne jest to, że to przeważający sposób myślenia o wszystkim. Jest tak mocno wbudowany w nasze przekonania na temat zdrowia i dobrostanu, że odwołujemy się do niego automatycznie. W dodatku traktuje tak ludzi nie tylko przemysł farmaceutyczny, ale i medycyna alternatywna.
Musimy uwolnić się od tego automatycznego przekonania i przyjąć główne przesłanie niezbędne do stania się świadkiem odwstydzającym, które mówi: „Objawy to posłańcy niosący informacje”. Nie o tym, co jest nie tak, ale o kierunku, jaki chce obrać twoje życie, i o krokach, jakie masz wykonać, żeby stać się prawdziwszym sobą. W takim przypadku, zamiast okrajać się i odrzucać pewne części siebie, stajesz się bardziej sobą, stajesz się pełniejszy.
Konwencjonalne paradygmaty są związane z pewnym ideałem zdrowia. Mówią: „Temperatura ludzkiego ciała powinna wynosić pomiędzy 36,5 a 37,5°C. Niższe i wyższe wartości są nieprawidłowe i należy je leczyć”. W rzeczywistości gorączka to przykład na mądrość ciała: stanowi część odpowiedzi immunologicznej i ma zabijać zarazki. Natomiast w paradygmacie alopatycznym jest patologizowana. Nikt się nie zastanawia, czy normy są prawidłowe ani jaki jest kontekst. Poszukujemy równowagi, harmonii, swobody i komfortu, bardzo często kosztem własnej pełni. Zabijamy posłańca, który niezmiennie próbuje zakłócić status quo – nasze status quo. Ale, jak wiemy, obrona i przywracanie status quo na dłuższą metę się nie udaje, niezależnie od tego, czy chodzi o pojedynczego człowieka, społeczność, czy dominującą kulturę jakiegoś narodu. Jeżeli zbyt długo nalegamy na przywrócenie status quo, tworzymy pewnego rodzaju wewnętrzny ustrój totalitarny i doświadczamy swoich objawów jako aktów terrorystycznych.
Konwencjonalne paradygmaty wyznaczają również normy dla zakresu dopuszczalnych emocji, a te z nich, które znajdują się poza symbolicznym zakresem 36,5–37,5°C, również są patologizowane. Jak choćby złość.
Przykładowo, pewien klient powiedział mi kiedyś: „Boję się, że przez złość stracę pracę”.
Kiedy dokładniej naświetlił sytuację, zdałem sobie sprawę z tego, że jego szef jest dupkiem. „Okej – powiedziałem. – Co jeszcze możesz zrobić z tą złością? Musisz ją uznać za swoją. Już teraz jest częścią ciebie”. Nigdy nie powiedziałbym: „Nie masz prawa tak się czuć”. Jego szef był palantem, a mój klient miał prawo się złościć. Złość jest jak gorączka próbująca chronić cię przed inwazją zarazków.
Nie twierdzę, że ktokolwiek ma prawo być okrutny albo agresywny, bo się złości. Jeżeli złości się ktoś, na kim mi zależy, mam prawo powiedzieć: „Nie czuję się bezpiecznie, kiedy jesteś zły. Co z tym zrobimy?”.
Paradygmat odwstydzający nie jest związany z żadnym ideałem zdrowia. Pozwól, że to podkreślę: jeśli jesteś chory, powinieneś zgłosić się do lekarza. Sam wierzę w opiekę zdrowotną i z niej korzystam. Potrzebujemy pomocy w złagodzeniu objawów i cierpienia. Czasami bez wsparcia antydepresantów czy chemioterapii można umrzeć. Nie wyrażam też braku współczucia. Jeżeli odczuwasz cierpienie fizyczne, mam nadzieję, że się zmniejszy albo zniknie.
Jednocześnie wierzę, że odwstydzanie może być częścią rozwiązania. Raz po raz zauważam, że objawy to również posłańcy. Kiedy już otrzymasz wiadomość, odjeżdżają niczym zapracowany kurier rowerowy. Jeżeli nie otworzysz mu drzwi albo nie podpiszesz potwierdzenia odbioru, będzie wracać. Zatem warto łączyć odwstydzanie z podejściem medycznym. Skoro objaw jest posłańcem, to wysłuchanie wiadomości i zintegrowanie jej może nie tylko doraźnie łagodzić objawy, ale też doprowadzić do zwiększenia miłości do siebie, bliskości z innymi oraz podążania ścieżką życiową, która jest prawdziwie nasza.
Trudno wprowadzić tę zmianę paradygmatu. Doskonale to rozumiem. Wymaga to nieustannego zaangażowania w zauważanie różnych rzeczy i układanie sobie ich w głowie na nowo. Ale nie martw się. Jeżeli postanowisz przyjąć ten nowy paradygmat, książka ta – wraz z twoimi wysiłkami – poprowadzi cię ku zmianie, aż w końcu zaczniesz inaczej patrzeć na świat.
Przyjrzyjmy się, jak się objawia nieposiadanie ideału zdrowia. Jak reaguję, kiedy klient mówi mi: „Wszystkich oceniam”? Dla mnie bycie „oceniającym” nie jest ani dobre, ani złe, natomiast mnie ciekawi, ponieważ zgodnie z paradygmatem odwstydzającym uważam, że zachowanie oceniające to posłaniec niosący inteligentną wiadomość. I chcę ją usłyszeć! Odwstydzanie to proces badawczy. W przypadku wielu osób, które krytykują swoje oceniające zachowania, ukryte przesłanie brzmi: „Wyraźnie stawaj w obronie tego, co myślisz i czujesz. Dokonuj zdecydowanych i otwartych ocen. Uznaj swoją zdolność do rozeznania się w sytuacji”. Nie brzmi: „Jeżeli nie możesz powiedzieć nic miłego, w ogóle nic nie mów”.
Możesz się zastanawiać, czy odwstydzanie oznacza zatem robienie złych rzeczy bez wyrzutów sumienia. Nie, bynajmniej. Mimo to stosuję proces odwstydzania również w stosunku do osób zmagających się z naprawdę szkodliwymi zachowaniami, jak choćby stosowaniem przemocy wobec dzieci. Przykładowo, klient powiedział mi kiedyś, że potrzebuje pomocy, ponieważ bije swoje dziecko. (Jeżeli dziecko znajduje się w niebezpieczeństwie, należy także wezwać odpowiednie służby).
Najpierw powiedziałem:
– Jeżeli chcesz krzywdzić swoje dziecko, to na razie trzymaj je z daleka od siebie. – Proces odwstydzania nigdy nie powinien poprzedzać kroków mających na celu ochronę bezbronnych. Jednocześnie ignorowanie prośby klienta o pomoc również byłoby zaniedbaniem, ponieważ w mroku wstydu złość rodzica będzie się tylko zaogniać i wzmagać.
Następnie zapytałem:
– Jak to wygląda, gdy krzywdzisz swoje dziecko?
– Złoszczę się i daję córce klapsa.
– Możesz mi pokazać rękę, której używasz? – poprosiłem, ponieważ wiadomość często wyraża się somatycznie, w tym przypadku poprzez ruch ciała. – Chcę wiedzieć, co robisz. W tej chwili córka jest bezpieczna. Nie ma jej z nami w gabinecie. Co robi twoja ręka?
– Tracę kontrolę!
– Utrać ją teraz na chwilę.
W czasie procesu odwstydzania dowiaduję się, że osoba, która traci kontrolę podczas kontaktu z dzieckiem, w pracy przez cały dzień sama jest kontrolowana. W domu w końcu odzyskuje wolność.
Poprosiłem więc klienta o opisanie, w jaki sposób praca go kontroluje. Może jest telemarketerem i musi tkwić przy telefonie albo operuje dźwigiem i nie może pójść do ubikacji czy zjeść drugiego śniadania, gdy ciało tego potrzebuje. Musi się więc uwolnić w pracy, ale zamiast tego próbuje to zrobić w domu poprzez szkodliwe zachowania.
– Musimy znaleźć dla ciebie sposoby na odzyskanie momentów wolności w ciągu całego dnia – powiedziałem. – Potrzeba uwolnienia się jest inteligentna. W tej bezpiecznej przestrzeni musimy poznać rękę, która bije twoje dziecko. Nie poświęcimy zbyt dużo czasu na rozważanie, czego chciałbyś od swojej ręki, bo wtedy nie poznamy inteligentnego przesłania twojego ciała.
Mój ojciec przepracował całe życie w rodzinnej firmie jako broker ubezpieczeniowy. Nienawidził tego. Gdy tylko stawał na czerwonym świetle, ogarniała go ślepa furia. Kiedy opowiedziałem o tym swojemu terapeucie, odrzekł: „Twój ojciec czekał na czerwonym przez całe życie. Siedział na światłach przez czterdzieści lat. Powinien był je zlekceważyć”. Była to oczywiście przenośnia. Ojciec powinien był stworzyć w swoim życiu więcej okazji do ruchu i wolności.
To święta prawda. Czasami gdy sam czuję przypływ złości, orientuję się, że nie mogłem podążać za najgłębiej skrywanymi impulsami bądź potrzebami albo kierować życia w odpowiednią stronę.
Następnie omówimy, jak zawstydzana jest w naszej kulturze choroba. Osoby chore często potrzebują opieki, leków, różnych urządzeń bądź pewnych rodzajów terapii. I ta uzasadniona potrzeba często jest zawstydzana. Za przykład weźmy moją pacjentkę cierpiącą na astmę, która często w czasie naszych sesji wychodziła do łazienki.
W końcu ją o to zapytałem, a ona odpowiedziała:
– Wychodzę do łazienki, żeby użyć inhalatora, bo wstydzę się to robić przy ludziach.
Skoro więc wspomniała o wstydzie przy okazji mówienia o inhalatorze, wyraziłem ciekawość, żeby rozpocząć proces odwstydzania.
– Możesz go wyjąć? – poprosiłem. – Przyjrzyjmy mu się razem. Bądźmy świadkami jego użycia. Jak się z nim czujesz? Co się dzieje, kiedy wkładasz go do ust? Jak to jest?
Do oczu napłynęły jej łzy.
– Miałam astmę już w dzieciństwie. Rodzice wysłali mnie do szkoły w górach, gdzie powietrze miało być inne. Przez jakiś czas mieszkałam z daleka od rodziny i inhalator był moim jedynym przyjacielem.
Gdybym zamiast tego zasugerował poszukanie leków, które mogłyby zastąpić inhalator, to przesłanie dotyczące poczucia samotności i izolacji nie wypłynęłoby na powierzchnię. Natomiast moją intencją było to, żeby klientka swobodniej się poczuła z jego używaniem, więc powiedziałem:
– To twój przyjaciel. Pomaga ci oddychać. I tak go właśnie traktuj. To nic złego.
Wiele osób wstydzi się konieczności zażywania leków czy używania inhalatora. Jeżeli mają na przykład negatywne, zawstydzające przekonania dotyczące przyjmowania antydepresantów, to za każdym razem oprócz tabletki z substancją neurochemiczną przełykają też dawkę wstydu. To jak powtarzanie szkodliwej mantry. Jeżeli musisz iść do dentysty usunąć ząb albo potrzebujesz chemioterapii, musisz pamiętasz, że robiąc to, mówisz życiu „tak”. Mówisz: „Chcę to przetrwać”, a nie: „Poniosłem porażkę” czy „Zasługuję na karę”.
Należy odwstydzić potrzebę leczenia.
W przypadku mojej klientki astma w dzieciństwie spowodowała, że kobieta została wysłana daleko od rodziny.
– Myślałam, że odesłano mnie, bo zrobiłam coś złego – powiedziała. Jako osoba dorosła nadal się „odsyłała”, żeby użyć inhalatora, karmiąc to pierwotne poczucie izolacji. Trauma powtarzała się wielokrotnie w krótkich chwilach każdego dnia: „Muszę się od ciebie oddalić, żeby być sobą”.
Kiedy stworzyłem warunki, w których klientka mogła swobodnie używać inhalatora przy mnie, a w końcu i przy innych, przestała doświadczać poczucia izolacji za każdym razem, gdy musiała po niego sięgnąć. Mogła być sobą bez wychodzenia z pomieszczenia.
Inna klientka opowiedziała mi, że syn nie chce brać żelaza, chociaż ma lekką anemię.
– Usiądź z nim, weź tabletki i wyjaśnij, że pomogą mu stać się silniejszym – poradziłem. – Narysujcie razem kilka obrazków o tym, co znaczy być silnym. Daj mu narysować symbol siły na opakowaniu leku. Dzięki temu za każdym razem, gdy będzie go brać, pomyśli: „Będę silny”, a nie: „Muszę brać leki, ulegam czemuś, czemu nie chcę ulegać”. Takie pozytywne skojarzenie pozwala nabrać optymistycznego podejścia do robienia rzeczy wspierających zdrowie, a takie podejście powinniśmy mieć wszyscy.
Inny klient mógłby powiedzieć: „Myślę o braniu antydepresantów, ale mam to przekonanie, że bycie na antydepresantach to coś złego”. Jego ton mówiłby: „Potrzebuję wsparcia, żeby pogodzić się z zażywaniem antydepresantów”. Dążylibyśmy zatem do tego, by pomóc mu swobodnie podjąć tę decyzję. Moim zdaniem antydepresanty są tak samo naturalne jak rumianek. W końcu to ludzie je stworzyli, a sami są częścią natury.
Z drugiej strony ktoś inny mógłby powiedzieć: „Od lat biorę antydepresanty i ludzie mówią, że już nigdy ich nie odstawię”. Zrozumiałbym, że klient potrzebuje mojego wsparcia w wyjaśnieniu psychiatrze, iż chciałby ponownej oceny, jakich substancji i w jakich dawkach faktycznie potrzebuje.
Jako świadkowie odwstydzający musimy odłożyć własne uprzedzenia na bok. Moje reakcje są całkiem odmienne od społecznych czy politycznych sposobów myślenia o firmach farmaceutycznych. Mogę wątpić w zapewnienia poszczególnych producentów co do rzeczywistej skuteczności niektórych antydepresantów (i innych leków), ale to zupełnie nie ma związku z odwstydzaniem drugiego człowieka. Niektórym te dwie rzeczy się mylą. Kiedy będziesz pracować nad własnym wstydem, usuń te mentalne blokady. Jeżeli potrzebujesz leków, to ich potrzebujesz. Jeśli chcesz być wegetarianinem, ale twoje ciało potrzebuje mięsa, żeby dobrze funkcjonować, możesz kierować się swoją filozofią, jednocześnie respektując potrzeby organizmu.
Odwstydzanie to proces. Ktoś przedstawia mi swój problem – dotyczący czy to inhalatora, czy to złości, czy może ochoty na lody – a ja razem z nim zaczynam go odwstydzać.
Zanim będziesz mógł być odwstydzającym świadkiem dla innych, musisz zacząć proces odwstydzania samego siebie. Proces ten nie zachodzi dzięki poznaniu teorii ani obserwowaniu przykładów. Kluczem do własnego odwstydzenia jest doświadczenie. Doświadczenie to sine qua non odwstydzania. Obiektywność nie ma tu nic do rzeczy.
W ramach samopoznania dotyczącego swoich doznań można sobie zadać takie pytania: „Jak to jest być mną? Jakie głosy mam w głowie? Czy są krytyczne?”.
Jak doświadczasz bycia sobą? Jak to jest jeść lody? Jak to jest kochać swoją sympatię? To subiektywne doświadczenie. Właśnie ono rządzi odwstydzaniem. Ludzie są podmiotami, nie przedmiotami. Zatem odwstydzanie to przeciwieństwo bycia uprzedmiotowianym.
Kiedy pracuję z klientem, muszę go poznać. Może ci się wydawać, że wiesz o sobie już wszystko, czego się tylko można dowiedzieć. Oto radosna niespodzianka: wcale tak nie jest. Wstyd oddziela nas od naszego doświadczenia i zakłóca nasze połączenie z samymi sobą. Oddziela nas od naszych prawdziwych talentów i naszej prawdziwej inteligencji. Oddziela nas od wiary w siebie, która jest aktem najwyższej miłości. Kiedy odwstydzasz się poprzez samopoznanie, dowiadujesz się niesamowitych rzeczy.
Wielu moich studentów nazywa ten proces odważnym. I tak jest! Odwstydzanie to badanie swojego faktycznego doświadczenia z odwagą i ciekawością. Oznacza ono również odkładanie na bok etykietek, poglądów, teorii i opinii na temat zagadnienia, któremu chcesz się przyjrzeć. Inaczej patrzy się na wszystko przez pryzmat tych opinii – blokują one naszą zdolność do rozszyfrowywania wiadomości zakodowanych w objawach czy problemach.
Rozważ te dwa zdania: „Zauważam, że jestem zły” i „Moim największym problemem jest złość”.
Drugie zdanie to opinia – w dodatku patologizująca – która odcina nas od ciekawości i wiary w siebie. Ktoś kiedyś napisał, że najniebezpieczniejsza osoba to ta, która ufa własnym doświadczeniom. Niebezpieczna nie w złym sensie; po prostu stanowi zagrożenie dla celów innych, ponieważ nie da się nią manipulować. Jest silna, bo sobie ufa. Paradygmat dominujący w naszym społeczeństwie – zajmujący się objawami, zamiast interesować się niesionymi przez nie wiadomościami – odcina nas od doświadczeń i spycha na grząski grunt interpretacji.
Zanim przejdziemy do uzyskiwania dostępu do własnych przeżyć z perspektywy świadka, muszę nauczyć cię czegoś o dawaniu sobie zgody. Tak jak terapeuta musi uważać, czy to, co robi w czasie sesji, jest właściwe dla jego klienta, czy nie, tak ty musisz rozpoznać, czy to, co robisz, jest dla ciebie właściwe, czy nie. To kwestia zdrowotna i etyczna.
Kiedy uzyskasz dostęp do swoich przeżyć i rozpoczniesz samopoznawanie, wyobraź sobie, że płyniesz rzeką o wielu odnogach. Odpowiadają one reakcjom: „tak”, „nie” i „być może” na każde pytanie, które sobie postawisz. „Nie” nie oznacza, że rezygnujesz z procesu, tylko że płyniesz inną odnogą dostępu do doświadczenia. Podążaj za odpowiedzią „tak”, „nie” albo „być może” podczas każdej interwencji, którą podejmujesz. W ten sposób budujemy relację z samymi sobą opartą na zaufaniu i upewniamy się, że wyrażamy zgodę na samopomoc, a tym samym nie naruszamy swoich wewnętrznych granic (co omówimy dokładniej w rozdziale 3).
Możesz się zastanawiać, skąd masz wiedzieć, czy odpowiedź brzmi: „tak”, „nie”, czy „być może”. Wierzę, że każdy z nas ma wewnętrzną wiedzę. Proces odwstydzania siebie udoskonala i wzmacnia twoją relację z tą wewnętrzną wiedzą. Nawiązanie łączności z nią, wzmocnienie jej, zaufanie sobie, stawanie się bardziej „niebezpiecznym” to duże osiągnięcie.
Spróbuj powiedzieć na głos: „Czuję, że to tak naprawdę nie jest dla mnie odpowiednie”.
Czy to wzbudza w tobie niepokój? Jeżeli tak, nie jesteś sam. Wszyscy byliśmy karani – subtelnie bądź dotkliwie – za wyłamywanie się z szeregu i nierealizowanie planów, jakie mieli wobec nas inni ludzie bądź jakieś organizacje, czy za odbieganie od ich wyobrażeń na temat tego, kim powinniśmy być, co powinniśmy czuć. Większa wierność swojej wewnętrznej wiedzy pomoże ci szanować własne granice i stawiać je innym.
Pamiętasz, jak mówiłem, że droga ku odwstydzeniu wiedzie przez doświadczenie? Teraz opiszę to dokładniej.
Dostęp do swoich przeżyć uzyskujemy różnymi kanałami. Nurt psychologii zorientowanej na proces, zapoczątkowany przez Arnolda Mindella, nauczył mnie pojęcia „kanałów doświadczenia”, na które składają się doznania fizyczne, ruch ciała i wewnętrzny dialog. Bycie świadkiem dla samego siebie wymaga rozwinięcia świadomości własnych doznań i ruchów. Ta metaświadomość pomoże ci je zauważać i zadawać sobie takie pytania jak: „W jaki sposób czuję to w swoim ciele?” czy „Jaki ruch wykonała właśnie moja ręka?”. W poniższym omówieniu poszczególnych kanałów doświadczenia dodałem parę niewymienianych przez Arny’ego: głos/dźwięk i wyraz twarzy.
Jednym z aspektów ciała jest to, co ludzie nazywają doświadczeniem somatycznym, doświadczeniem interoceptywnym, doświadczeniem proprioceptywnym bądź doznaniem fizycznym. Język, jakim się tu posługujemy, jest ważny. Kiedy pojawia się potrzeba nazwania konkretnych doznań cielesnych, ludzie często odwołują się do emocji, nastroju albo uczuć, takich jak złość, frustracja czy zmęczenie. Jednak do opisu doznań cielesnych musimy używać takich słów jak mrowienie, ciepło, ucisk, ból, drętwienie, wibracje, ostrość, napięcie. To doświadczenie oparte na zmysłach; doświadczenie bezpośrednie. Doświadczenie bezpośrednie to doświadczenie odwstydzone. To nie koncepcja ani opinia przefiltrowana przez teorię albo ocenę. To nie oznaka choroby ani patologii.
Ciało komunikuje przeżycia między innymi w formie ruchu: garbienia ramion, stukania nogą o ziemię, kręcenia dłonią, zaciskania palców. Jeżeli na to pozwolisz, impuls pchnie ciało do ruchu. Stań i daj ciału poruszyć tobą. Jeśli będziesz je w tym wspierać, możesz się zorientować, że się kiwasz, bujasz, machasz rękami… tańczysz. Możesz wzrokowo i proprioceptywnie zauważyć, że wykonujesz wszystkie te ruchy – i inni też. Możesz nawet zacząć od doświadczenia somatycznego i dać mu wyrazić się jeszcze głębiej poprzez poruszanie się wraz z uczuciami.
Również dźwięk to ekspresja ciała. Ludzki głos zmienia się naturalnie w ciągu dnia – robi się ostry, gdy tracimy cierpliwość, z frustracji warczymy, a kiedy czujemy się niepewnie, mówimy ciszej. Rozmawiając o innych, często zmieniamy głos, żeby ich naśladować. Ludzie nieraz szepczą, kiedy nie chcą, żeby ktoś inny ich usłyszał, nawet gdy nikogo nie ma w pobliżu. Mówią nam w ten sposób, że prowadzą wewnętrzny dialog z kimś, kto nie chce być podsłuchany. Dźwięk to jeden z kanałów umożliwiających bycie świadkiem swojego doświadczenia. Może pracujesz nad tym, by twój głos znaczył coś w świecie? Wyraźne i donośne artykułowanie słów sprawi, że twoje własne uszy to usłyszą.
A może chcesz pracować nad wewnętrznym krytykiem? Jeżeli zaczniesz wygłaszać jego zarzuty na głos, twoje uszy to usłyszą; kosteczki w kanałach słuchowych zaczną drgać i się ruszać. Kiedy powiesz sobie coś nieprzyjemnego na głos, niewykluczone, że cię to zaboli. I o to chodzi. Jeżeli nie słyszysz słów krytyki, działa ona jak cicha trucizna. Ta prosta interwencja może zadziałać znacznie szybciej, niż gdy będziesz (w myślach) przekonywać się, że powinieneś poczuć się lepiej.
Twoja twarz jest częścią ciała i fizycznym wyrazem doświadczenia. Twoja mimika się zmienia, kiedy opowiadasz o pewnych rzeczach, ponieważ stanowi cielesną ekspresję twojego doświadczenia. Czasami zapominamy, jak dużo nasze twarze mówią otoczeniu o tym, co czujemy, myślimy i komunikujemy – albo chcemy przemilczeć. Polecam obserwowanie się w lustrze podczas opowiadania o swoim dniu.
Ludzie identyfikują się głównie ze swoją twarzą. Podczas spotkania na Zoomie widzę swoją twarz i myślę: „To ja”. Dlatego to tak potężny kanał doświadczenia. Zmiana mojego wyrazu twarzy wymaga, żebym sam się zmienił, zwłaszcza jeżeli patrzę na siebie albo pokazuję się drugiemu człowiekowi. Mam świadka. Jeśli przez moją twarz przebiega grymas smutku, kiedy wspominam o koledze, zauważam, że jestem smutny, zatem mogę przyjrzeć się temu z ciekawością. Stań przed lustrem i wyraź mimiką gniew, ból, czułość. Być może zauważysz, że te emocje zaczynają pojawiać się w twoim ciele jako doświadczenie somatyczne. Kultury plemienne często noszą prawdziwe maski, które są przejawem mocy miny, jaką nosimy.
Tak jak doznania odczuwane w ciele, tak i dialog wewnętrzny rozbrzmiewa wewnątrz nas. Nie widzimy go, a czasami nawet nie słyszymy, dopóki się na nim nie skupimy. Żebyśmy zatem mogli być jego świadkami, musimy nadać mu możliwą do dostrzeżenia formę. Jednym ze sposobów na uczynienie tego dialogu zewnętrznym jest wypowiadanie go na głos. Dialog zewnętrzny ma cechy empiryczne. Ale jak można zrobić to samemu? Nie brzmi to zbyt poważnie, ale ma wielką moc: Postaw dwa krzesła na wprost siebie. Usiądź na jednym i coś powiedz. Następnie przesiądź się na drugie i odpowiedz sobie na tamtą wypowiedź. Poruszanie ciałem ułatwia uwolnienie się od poglądów i opinii. Jeżeli prowadzimy tylko dziennik, możemy nie uzyskać dostępu do głębszej inteligencji ciała. Kiedy nim poruszamy, sygnalizujemy swojemu głębszemu ja: „Chcę cię poznać, chcę cię doświadczyć”. Wtedy łatwiej nam być świadkiem swojego doświadczenia.
Wybrałeś kanał, za którego pośrednictwem chcesz pracować, i identyfikujesz swoje doświadczenie. Może zauważasz mrowienie w stawie biodrowym. Może widzisz, że twoje ręce poruszają się niczym skrzydła. Może rozmawiasz ze sobą na głos. Może zauważasz, że głos robi ci się piskliwy, kiedy mówisz o szefie. Może wspominając o ćwiczeniach fizycznych, marszczysz nos.
Następnym krokiem jest wzmocnienie tego doświadczenia. Wstyd maskuje i osłabia, więc teraz musimy działać odwrotnie: urosnąć, rozpościerać szeroko palce, marszczyć nos aż do przesady. Wyobrazić sobie, że jakiś pulsujący ból czy pieczenie w żołądku pięciokrotnie się nasila. Starajmy się sprawić, żeby twój świadek to zauważył. Wstyd okrawa i kurczy, odwstydzanie potęguje. Bywa, że nasza świadomość wyrwie się z transu i zauważy jakieś doznanie dopiero wtedy, gdy stanie się ono wystarczająco silne. Wyobraź sobie, że całe twoje ciało mrowi, tak jak to biodro. Zacznij mówić jeszcze bardziej piskliwym głosem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki lub redakcji. [wróć]
