Obserwuję Cię - Teresa Driscoll - ebook
Opis

Kiedy Elle Longfield spotyka w pociągu dwóch młodych mężczyzn rozmawiających z nastoletnimi dziewczynami, nie widzi w tym nic niepokojącego, dopóki nie dowiaduje się, że właśnie opuścili więzienie. Natychmiast odzywa się w niej instynkt macierzyński, ma syna w podobnym wieku. Ostatecznie przenosi się do innego wagonu, nie chcąc się wtrącać. Nazajutrz okazuje się jednak, że jedna z dziewczyn, Anna, zaginęła. Elle zgłasza się na policję.

Po roku Anna ciągle jest uznana za zaginioną, a Elle zaczyna dostawać anonimowe pogróżki. Tropy prowadzą do matki zaginionej dziewczyny, jednak podejrzenia wynajętego detektywa skupiają się na innych członkach rodziny i przyjaciołach, którzy najwyraźniej mają coś do ukrycia. Za to wszyscy bacznie obserwują Elle.

Świetnie skonstruowana intryga i znakomicie zarysowani bohaterowie, którym mamy okazję zajrzeć na samo dno duszy. Wydarzenia pokazane są z punktu widzenia różnych osób, relacje z toku myślenia powodują, że czytelnik zaczyna się zastanawiać, jak sam postąpiłby w tej sytuacji.

Zapoznaj się z dodatkowymi materiałami: www.obserwujecie.pl



***

„Dobrze utrzymana przez cały czas czytania intryga. Momentami styl pisania przypominał Dziewczynę z pociągu. Główne wątki dobrze zaplecione w książkę tworzą intrygującą całość”.
- Mary Clarke

„Genialny thriller! Każdy rozdział kończyłam się myślą – co wydarzy się dalej. Zabawna i intrygująca książka. Polecam szczególnie dla miłośników thrillerów”.
- Mackenzie Fishero

„Każdy rozdział napisany jest z perspektywy jednego z bohaterów książki, co dodaje wiele napięcia i mnóstwo zwrotów akcji, które wzbudziły moje zainteresowanie. Dobrze napisana książka, bardzo zabawna i nieco prowokująca do refleksji!”
- Greeneye55

Obserwuję Cię to thriller psychologiczny, który od razu przyciągnie Twoją uwagę! Wszyscy mają sekrety i do samego końca nie jesteś pewien, kto jest sprawcą. Wielu podejrzanych i duszące tempo sprawiły, że będziesz zaintrygowany. Czytasz do samego końca, bez tchu, aby dojść do wielkiego finału! Nie rozczarujesz się”.
- Myrna

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 341

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


LIPIEC 2015

ROZDZIAŁ 1ŚWIADEK

Popełniłam błąd. Teraz to wiem.

Jedynym powodem, dla którego zachowałam się tak, a nie inaczej było to, co usłyszałam w tamtym pociągu. I powiedzcie mi, ale tak szczerze – co wy byście poczuli na moim miejscu?

Aż do tamtej chwili nie uważałam się za pruderyjną. Ani naiwną. Zgoda, wychowywano mnie w sposób raczej konwencjonalny, niektórzy mogliby nawet uznać, że rodzice trzymali mnie pod kloszem, no ale… błagam. Spójrzcie na mnie teraz. Swoje przeżyłam. Dużo się nauczyłam. Na skali moralności moje życie plasowało się gdzieś pośrodku i dlatego tak mną wstrząsnęło to, co usłyszałam.

Widzicie, ja sądziłam, że to miłe dziewczyny.

Oczywiście nie powinnam się była przysłuchiwać rozmowie obcych osób, ale w środkach transportu publicznego to niemożliwe. Tylu ludzi wyszczekuje coś do swoich telefonów, a pozostali podnoszą głos, żeby w ogóle dało się ich usłyszeć.

W sumie to ta rozmowa nie pochłonęłaby mnie tak bardzo, gdyby książka okazała się lepsza. Kupiłam ją z tego samego powodu, dla którego zdecydowałam się na magazyn z turbinami wiatrowymi na okładce. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że po czterdziestce ludzie bardziej się przejmują tym, co myślą o innych, niż tym, co inni myślą o nich – czemu więc jeszcze nie dotarłam do tego etapu?

Jeśli masz ochotę kupić „Hello!”, to po prostu to zrób, Ello. Jakie ma znaczenie, co sobie pomyśli znudzony student na kasie? Ale nie. Ja wybieram niszowy periodyk o ochronie środowiska i poważną biografię. Dlatego kiedy w Exeter wsiadają dwaj młodzi mężczyźni z czarnymi workami na śmieci, nudzę się jak mops.

Teraz pytanie do was. Co byście pomyśleli na widok dwóch wsiadających do pociągu mężczyzn, z których każdy trzyma w ręce czarny worek – zawartość nieznana? Mnie, matce nastolatka, którego pokój zdecydowanie nie spełnia wymogów bezpieczeństwa i higieny, przychodzi do głowy tylko jedyna myśl: typowe, nie udało wam się nawet znaleźć walizki, chłopcy?

Są hałaśliwi i dokazują jak przeciętni dwudziestokilkulatkowie – do pociągu wskakują w ostatniej chwili, kiedy przysadzisty konduktor gwiżdże z gniewną dezaprobatą.

Pobawiwszy się automatycznymi drzwiami – otwarte, zamknięte, otwarte, zamknięte – co okazuje się dla nich wprost przezabawne, moszczą się na fotelach znajdujących się najbliżej półek na bagaże. Potem jednak, najwyraźniej z powodu dwóch dziewczyn z Kornwalii, wymieniają znaczące spojrzenia i przechodzą w głąb wagonu do miejsc bezpośrednio za nimi.

Uśmiecham się do siebie. Widzicie, nie mam w zwyczaju psuć nikomu zabawy. Sama byłam kiedyś młoda.

Dziewczęta milkną, a jedna patrzy na przyjaciółkę szeroko otwartymi oczami – owszem, jeden z mężczyzn jest wyjątkowo przystojny, jak model albo członek boysbandu. Ta sytuacja przypomina mi o tym bardzo szczególnym doznaniu w żołądku.

Wiecie…

Dlatego w ogóle nie jestem zaskoczona ani nie odczuwam dezaprobaty, kiedy mężczyźni wstają, a ten przystojniejszy nachyla się nad siedzeniami i pyta, czy przynieść coś dziewczynom z bufetu, skoro i tak idzie.

Następnie mamy wzajemną prezentację i sporo chichotania, a potem rozpoczynają się tańce.

Dwie kawy i cztery piwa później młodzi mężczyźni siedzą obok dziewcząt – cała czwórka znajduje się na tyle blisko mnie, że słyszę ich rozmowę. Wiem, wiem. Naprawdę nie powinnam jej słuchać, ale już to przerabialiśmy. Pamiętajcie, że jestem znudzona. A oni głośni.

A zatem… dziewczyny powtarzają to, czego zdążyłam się już dowiedzieć z ich wcześniejszej pogawędki. Ten wyjazd do Londynu to ich pierwsza samodzielna wizyta w stolicy – prezent od rodziców z okazji zdania egzaminów. Mają zarezerwowany nocleg w budżetowym hotelu i bilety na Nędzników, są podekscytowane do granic możliwości.

– Żartujecie? Nigdy dotąd nie byłyście same w Londynie? – Karl, ten przystojniak jak z boysbandu, jest zdumiony. – To miasto bywa niebezpieczne, dziewczyny. Musicie na siebie uważać. Po teatrze taksówka, a nie metro. Słyszycie?

Lubię tego Karla. Poleca dziewczętom kilka sklepów i targów, a także klub, w którym według niego będą bezpieczne, jeśli po przedstawieniu nabiorą ochoty na porządną muzykę i taniec. Zapisuje im na kartce nazwę. Zna bramkarza.

– Powołajcie się na mnie, okej?

Anna, ta wyższa, pyta o czarne worki i w duchu się cieszę, że to robi, bo ja także jestem ciekawa. Uśmiecham się, czekając na przekomarzanie się. Chłopcy… Tacy niezorganizowani.

Ale nie. Ci dwaj młodzi mężczyźni właśnie wyszli z więzienia. W czarnych workach kryją się ich rzeczy osobiste.

W tym momencie słyszę, jak przełykam ślinę, a serce zaczyna mi walić jak młotem. Na chwilę zostaje wciśnięty przycisk pauzy, ale nie na długo. Zbyt szybko dziewczyny przechodzą nad tym do porządku dziennego.

– Nabieracie nas?

Nie. Chłopcy ich nie nabierają. Postanowili, że będą mówić o tym otwarcie. Popełnili błędy, zapłacili za nie, ale nie zamierzają się wstydzić. Karty na stół, dziewczyny? Karl odsiedział wyrok w więzieniu w Exeter za napaść, Antony za kradzież. Karl jedynie stanął w obronie przyjaciela, rozumiecie, i – z ręką na sercu – drugi raz zachowałby się tak samo. Ktoś przyczepił się do jego przyjaciela w barze, a Karl nie znosi zastraszania.

Do mnie dociera paradoks – zastraszanie kontra napaść, i czy rzeczywiście trafia się do więzienia za sprzeczkę? – ale dziewczyny wydają się zafascynowane i w swojej uroczej, liberalnej naiwności oświadczają, że lojalność to ważna sprawa i że raz do ich szkoły przyszedł facet, który siedział wcześniej w więzieniu. Opowiedział o tym, jak po odsiedzeniu wyroku za posiadanie narkotyków kompletnie zmienił swoje życie. Cały był pokryty tatuażami. Cały.

– Wow. Więzienie. Jak tam naprawdę było?

W tym momencie zaczynam się zastanawiać nad swoją rolą. Oczami wyobraźni widzę matkę Anny, która opiera się o kuchenkę i zamartwia, czy jej córeczce nic się nie stanie, natomiast jej mąż każe jej się nie przejmować. „One są już prawie dorosłe. To rozsądne dziewczyny. Nic im nie będzie, skarbie”.

A ja uważam, że może stać się inaczej, bo Karl właśnie oświadcza, że dla dziewczyn byłoby najbezpieczniej, gdyby zaopiekował się nimi ktoś, kto zna Londyn. On i Antony zamierzają się zatrzymać u przyjaciół w Vauxhall i świętować swoje wyjście na wolność. A może spotkają się po przedstawieniu i razem wybiorą do klubu?

Wtedy dochodzę do wniosku, że muszę zadzwonić do rodziców tych dziewczyn. Podczas wcześniejszej rozmowy wymieniły nazwę swojej wsi. Anna mieszka na farmie. To nic trudnego. Mogę zadzwonić na pocztę albo do lokalnego pubu. Ileż może tam być farm?

Jednak Anna wcale już nie jest taka pewna. Nie. W sumie to powinny pójść wcześniej spać, żeby z samego rana wyruszyć na zakupy. No bo widzicie, najpierw zamierzają się wybrać do Liberty, żeby Sarah mogła przymierzyć coś Stelli McCartney i zrobić sobie zdjęcie telefonem.

Dobra dziewczyna, myślę. Rozsądna. Oszczędź mi konieczności interweniowania, Anno. Ale pojawia się komplikacja, bo Sarah nagle zaczyna się interesować Antonym. Dochodzi do drugiej wycieczki do bufetu, a po powrocie zamieniają się miejscami – Anna siedzi teraz z Karlem, a Sarah z Antonym, który opowiada jej, jak bardzo żałuje tego, jak potoczyło się jego życie. Twierdzi, że ze ścieżki praworządności zszedł tylko i wyłącznie z desperacji, bo nie był w stanie znaleźć pracy. Nie był w stanie utrzymywać swojego syna.

Syna?

I wtedy czuję go na sobie. Cień baldachimu rozłożonego nad moim cukierkowym życiem – coraz bardziej się kurczę, gdy tymczasem Antony wyjaśnia, że walczy ze swoją byłą o prawo do odwiedzin i zapewnia, iż nie ma takiej opcji, żeby jego syn wychowywał się, nie znając ojca.

– Nie sądzisz, że coś takiego byłoby straszne, Sarah? Gdyby dorastał, nie znając ojca?

Teraz z kolei Sarah mnie zaskakuje – łamiącym się głosem mówi, że to super, iż Antony’emu tak bardzo na tym zależy, bo wielu młodych mężczyzn zachowałoby się zupełnie inaczej, uciekliby od odpowiedzialności.

– Okropnie się teraz czuję. Że też ekscytowałyśmy się Stellą McCartney.

A prawda? W tym momencie nie mam już pojęcia, co nią jest, a co nie. Co ja wiem? Kobieta, której syn musiał walczyć co najwyżej o wpuszczenie do miejscowego kina na film dozwolony od lat osiemnastu.

Następuje godzina wymieniania się szeptami i naprawdę bardzo się staram znowu czytać, zaznajamiam się z korzyściami płynącymi z użycia cichszej generacji turbin wiatrowych, ale w pewnym momencie Antony i Sarah znowu udają się do bufetu. Kolejne piwa, myślę. Duży błąd, Sarah. I wtedy podejmuję decyzję.

Tak. Też pójdę do bufetu pod pretekstem zakupu kawy, a w kolejce albo podczas mijania się na korytarzu udam, że mam problem z telefonem. Poproszę Sarah o pomoc – licząc na rozdzielenie jej i Antony’ego oraz możliwość zamienienia kilku słów na osobności – i zagrożę, że jeśli nie da sobie spokoju z tymi bzdurami, to zadzwonię do jej rodziców. Natychmiast, rozumiesz mnie, Sarah? Znajdę ich numer.

Bufet znajduje się trzy wagony dalej. Kiedy przechodzę przez drugi, obijam się lekko o siedzenia, a gdy mijam otwierające się automatycznie drzwi łącznika między wagonami, wkładam rękę do kieszeni marynarki, żeby wyjąć telefon. I wtedy właśnie ich słyszę. Bez wstydu. Nie próbują nawet być cicho. Robią to, głośno i dumnie, w toalecie w pociągu. Jak para kopulujących zwierząt.

To oni, mówią mi to jego słowa. Że tyle minęło czasu. Że tak bardzo jest jej wdzięczny.

– Sarah, och, Sarah…

Owszem, przyznaję, jestem wstrząśnięta i zaszokowana. Czuję palące upokorzenie. Jestem wręcz wściekła. Ponad wszystko pragnę uciec od tych odgłosów. Wstyd mi także z powodu własnej naiwności. I absurdalnych założeń.

Potykając się, otwieram następne drzwi i wpadam do wagonu, zdyszana i zarumieniona, pełna determinacji, aby jak najszybciej się oddalić od tego dowodu na moją błędną ocenę.

Miłe dziewczyny?

W kolejce do bufetu krew dudni mi w uszach i zastanawiam się, czy usłyszał ich także ktoś inny. A może nawet to zgłosił? A wtedy w głowie pojawia mi się myśl: zgłosił to? Ale komu, Ello? Posłuchaj samej siebie. Inni ludzie zrobią dokładnie to, co i ty powinnaś od samego początku. Będą pilnować własnego nosa.

W tym momencie moje emocje zaczynają się zmieniać i zastanawiam się, jak to możliwe, że stałam się osobą, która nie ma pojęcia o życiu młodych ludzi. Ani o niczym innym.

W głowie swój wachlarz rozkłada kalejdoskop wspomnień. Obrazki z poszarpanymi krawędziami. Magazyny, które znaleźliśmy w pokoju naszego syna. Ten wieczór po kinie, kiedy dość wcześnie wróciliśmy do domu i przyłapaliśmy Luke’a na próbie obejścia zabezpieczeń Sky, aby oglądać porno.

Tak więc w tym przeklętym pociągu dopada mnie paląca potrzeba porozmawiania z mężem. Z moim Tonym. Żebym mogła zresetować swój kompas.

Muszę go zapytać, czy problemem nie są przypadkiem oni, ale ja. Zachowuję się niedorzecznie, Tony? Nie, poważnie – musisz być ze mną szczery. Jak kiedy pokłóciliśmy się o kanały na Sky i magazyny Luke’a.

Jestem koszmarną świętoszką? Naprawdę?

Próbuję się do niego dodzwonić – wieczorem, kiedy po konferencji docieram już do hotelu. Pragnę mu powiedzieć, że zachowałam się rozsądnie i przeniosłam na drugi koniec pociągu. Pilnowałam własnego nosa. Te dziewczęta na pewno potrafią o siebie zadbać. Ale on gdzieś wyszedł i nie zabrał telefonu; to jedna z niewielu znanych mi osób, które nadal uważają, że przez komórki można się nabawić raka mózgu. Zamiast z nim rozmawiam więc z Lukiem. Uspokajam się, kiedy słucham, jak opisuje kolację – tadżin z przepisu ściągniętego przez nową aplikację. Mój Luke uwielbia gotować i droczę się z nim, że pewnie zabrudził wszystkie garnki i patelnie.

A potem budzę się rankiem w hotelu.

Nie znoszę tego uczucia – tego dziwnego odrętwienia spowodowanego klimatyzacją, obcym łóżkiem i brakiem dyscypliny w kwestii minibaru. Hotelowa nagroda – brandy albo dwie po długim dniu.

Jest dopiero wpół do siódmej i marzę, żeby jeszcze sobie pospać. Po dziesięciu minutach poddaję się. Obok czajnika leżą saszetki smutku. Zawsze to robię w hotelowych pokojach. Wmawiam sobie, że ten jeden raz napiję się kawy rozpuszczalnej, a potem i tak wylewam ją do umywalki w łazience.

Wbijam wzrok w ustawione rzędem miniaturowe butelki i krzywię się, kiedy do pokoju napływa wspomnienie czegoś okropnego. Zerkam na telefon, wzbiera we mnie znajomy strach, że zrobiłam coś żenującego, coś, czego będę żałować.

Odwracam się ponownie w stronę butelek i przypomina mi się, że po drugiej brandy postanowiłam zadzwonić do biura numerów, aby namierzyć rodziców tamtych dziewczyn. Na tę myśl momentalnie robi mi się zimno. Czy rzeczywiście tam zadzwoniłaś? Myśl, Ello, myśl.

Znowu patrzę na telefon i mocno się koncentruję. Ach tak, teraz sobie przypominam i w końcu się rozluźniam. Trzymałam w ręce telefon i kiedy już, już miałam wybrać numer, dotarło do mnie, że nie myślę jasno, nie tylko z powodu brandy. Moja motywacja była wypaczona. Chciałam zadzwonić nie dlatego, że się martwiłam o dziewczyny, ale miała to być kara, bo wkurzyłam się tym, jak się poczułam przez Sarah.

Zatem zachowałam się rozsądnie. Odłożyłam telefon, zgasiłam światło i poszłam spać.

Dobrze. Bardzo dobrze. Uczucie ulgi jest tak przemożne, że radośnie postanawiam dać szansę kawie rozpuszczalnej. Włączam czajnik, a potem telewizor. I wtedy to nadchodzi. Ten jeden moment – początkowo zawieszony, a zaraz potem rozciągający się poza ten pokój, poza to miasto. Ten moment, w którym uświadamiam sobie, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo.

Nigdy.

Dźwięk jest wyciszony, bo wczoraj oglądałam film z napisami i nie chciałam przeszkadzać komuś w sąsiednim pokoju, ale zdjęcie nie pozostawia żadnych wątpliwości. Piękne. Z jej profilu na Facebooku. Błyszczące zielone oczy i jasne włosy opadające kaskadą na plecy. Stoi na plaży; za nią rozpoznaję Wzgórze Świętego Michała.

Moje ciało jakimś cudem się wycofuje – przez poduszkę, zagłówek i ścianę – a ja obserwuję ekran ze znacznie większej odległości. Na dole przewija się pasek z potwornymi słowami: Zaginęła… Anna… Zaginęła… Anna… Czajnik wykrzykuje głośno do lustra, natomiast ja planuję kolejne telefony.

Mroczna i straszliwa plątanina usprawiedliwień. Żadne z nich wystarczająco dobre.

Na policję. Do Tony’ego.

Proszę, zrozumcie, ja naprawdę zamierzałam zadzwonić…

ROZDZIAŁ 2OJCIEC

Henry Ballard siedzi w oranżerii i ze wszystkich sił stara się ignorować odgłosy dochodzące z kuchni. Wie, że powinien pójść do żony – pomóc, pocieszyć – ale wie także, że niczego to nie zmieni, więc na razie zostaje tutaj.

Prawda? Chce jeszcze trochę tak posiedzieć i popatrzeć na trawę. W tym dziwnym miejscu, dobudówce, która ostatecznie się nie sprawdziła – zawsze jest w niej za gorąco albo za zimno, mimo tych wszystkich rolet i wielkiego wentylatora magnetycznego za chore pieniądze – udało mu się osiągnąć stan półświadomości, kiedy umysł unosi się ponad ciałem, ponad czasem, i wędruje do ogrodu, gdzie w tej właśnie chwili, w świetle poranka Henry nasłuchuje, jak szepczą w swojej kryjówce w krzakach. Anna i Jenny.

To było ich ulubione miejsce przez rok, może dwa, kiedy przechodziły ten okropny etap różowego koloru. Różowa pościel. Różowe lalki Barbie. Różowy namiot wypatrzony w jakimś katalogu, pełen dziewczęcych drobiazgów. Swego czasu w ogóle się do niego nie zbliżał. Teraz niczego nie pragnie bardziej niż zapomnieć o dojeniu krów i sianie, formularzach podatkowych i banku, chce pokręcić się trochę po dworze, rozpalić nieduże ognisko i upiec im na śniadanie kiełbaski, żeby było jak na prawdziwym kempingu. Tyle razy im obiecywał, ale w końcu nigdy tego nie zrobił.

Do teraźniejszości sprowadza go potworny hałas dochodzący z kuchni. Jego żona zbiera z podłogi całą kolekcję blach do pieczenia, w najprzeróżniejszych rozmiarach i kształtach.

– Co robisz, na Boga?

– Koperty ze śliwkami.

– Na litość boską, Barbaro.

Ulubiony wypiek Anny. Coś w rodzaju ciastek owsianych z nadzieniem z gotowanych śliwek. Czuje cynamon: słoiczek z tą przyprawą leży przewrócony, a na blat wysypało się sporo aromatycznego proszku.

„Och, Barbaro”.

Obserwuje, jak żona trzęsącymi się dłońmi zbiera blachy, i po prostu nie jest w stanie tego znieść. Zamiast pomóc i wykazać się choć odrobiną życzliwości czy przyzwoitości udaje się do swojego gabinetu i siada przy telefonie, tak że pięć, może dziesięć minut później to on jako pierwszy dostrzega zajeżdżający pod ich dom radiowóz.

Coś potwornego zaciska mu się wokół żołądka i przez chwilę Henry rozważa, czy nie zabarykadować drzwi – w głowie pojawia mu się absurdalna myśl o przysunięciu pod nie wszystkich mebli z korytarza, żeby uniemożliwić wejście do domu. Tym razem jest ich dwoje. Mężczyzna i kobieta. Mężczyzna w garniturze, a kobieta w mundurze.

Kiedy wychodzi na korytarz, jego żona stoi w drzwiach kuchni. Raz za razem wyciera ręce w fartuch. Henry odwraca się na chwilę w jej stronę i widzi w jej oczach błaganie skierowane ku niemu, ku Bogu i ku wymiarowi sprawiedliwości.

Otwiera drzwi – Anna i Jenny wbiegają ze szkolnymi plecakami i rakietami tenisowymi i rzucają wszystko na podłogę. Ulga. Ulga. Ulga.

A potem prawda.

Widać ją na ich twarzach.

– Znaleźliście ją?

Mężczyzna w pogniecionym garniturze z sieciówki jedynie kręci głową.

– To posterunkowa Cathy Bright odpowiadająca za kontakty z rodziną. Rozmawialiśmy o niej przez telefon.

Nie jest w stanie wydobyć z siebie głosu.

– Możemy wejść, panie Ballard?

Kiwa głową.

Siadają w gabinecie i nagle rozlega się dziwny odgłos – skóry ocierającej się o skórę, kiedy jego żona pociera dłonie. Henry bierze ją więc za rękę, żeby uciszyć ten dźwięk.

– Jak już mówiliśmy, policja w Londynie, metropolitalna, robi wszystko, co w jej mocy. Ze względu na wiek Anny i okoliczności nadano tej sprawie wysoki priorytet. Tamtejsi funkcjonariusze pozostają z nami w stałym kontakcie.

– Chcę jechać do Londynu. Pomóc…

– Panie Ballard. Rozmawialiśmy o tym. Żona potrzebuje pana na miejscu, zresztą my także. Na razie musimy się skoncentrować na gromadzeniu wszystkich koniecznych informacji. Jeśli pojawi się jakaś wiadomość, jakakolwiek, obiecuję, że zostaną państwo o tym poinformowani i wtedy od razu zorganizujemy transport.

– Więc Sarah coś sobie przypomniała? Powiedziała coś więcej? Chcielibyśmy z nią porozmawiać. Bardzo.

– Sarah nadal jest w szoku. To zrozumiałe. Może liczyć na pomoc zespołu specjalistów, są z nią teraz rodzice. Wszyscy próbujemy uzyskać jak najwięcej informacji. Funkcjonariusze w Londynie oglądają materiał zarejestrowany przez kamery w klubie.

– Nadal tego nie rozumiem. Klub? Co one robiły w klubie? Nie miały czegoś takiego w planach. Miały bilety na Nędzników. Wyraźnie zaznaczyliśmy, że…

– Pojawiły się nowe informacje, które mogą rzucić na to nieco światła, panie Ballard.

Dźwięk, jaki wydaje jego gardło, kiedy próbuje odkaszlnąć, brzmi zdecydowanie za głośno. Okropnie.

– Zgłosił się świadek. Ktoś, kto był w pociągu.

Flegma. W jego gardle.

– Świadek. Co to znaczy świadek? Świadek czego? Nie rozumiem.

Policjanci wymieniają spojrzenie, po czym kobieta przesiada się na krzesło obok Barbary.

Mężczyzna kontynuuje:

– Po apelu policji zadzwoniła kobieta, która w pociągu siedziała blisko Anny i Sarah. Twierdzi, że podsłuchała, jak dziewczyny nawiązują znajomość z dwoma mężczyznami.

– Co to znaczy „nawiązują znajomość”? Jacy mężczyźni? Nie nadążam. – Jego żona ściska mu mocno dłoń.

– Z tego, co usłyszała, wygląda na to, że Anna i Sarah zapoznały się z dwoma mężczyznami, którzy nam są już znani.

– Z mężczyznami? Jakimi mężczyznami?

– Mężczyznami, którzy właśnie wyszli z więzienia, panie Ballard.

– Nie. Nie. Ta kobieta musiała się pomylić… Nie ma takiej opcji. W żadnym razie.

– Policja w Londynie spróbuje porozmawiać o tym z Sarah. W trybie pilnym. I ze świadkiem. Jak mówię, musimy poskładać ze sobą tyle detali, ile tylko się da, szczegółów dotyczących czasu przed zaginięciem Anny.

– Minęło już tyle godzin.

– Tak.

– To rozsądne dziewczyny. Rozumie pan? Porządne, rozsądne dziewczyny. Należycie wychowane. My nigdy… nigdy nie pozwolilibyśmy im na ten wyjazd, gdybyśmy…

– Tak. Tak. Oczywiście. Proszę myśleć pozytywnie. Tak jak mówiłem, robimy, co w naszej mocy, aby odnaleźć Annę, będziemy państwa informować o wszystkim na bieżąco. Cathy może z państwem zostać, udzieli odpowiedzi na wszelkie pytania. A ja, jeśli wolno, chciałbym jeszcze raz zerknąć na pokój Anny. Liczymy na znalezienie czegoś w rodzaju pamiętnika. Przejrzymy jej komputer. Może mnie pan tam zaprowadzić, panie Ballard? A w tym czasie Cathy być może zaparzyłaby herbatę dla pańskiej żony. Dobrze?

Nie słucha. Myśli o tym, że ona wcale nie chciała, aby tam jechały. Jego żona. Twierdziła, że są za młode. Że to za daleko. Za szybko. To on opowiadał się za tym wyjazdem. „Och, na litość boską, Barbaro. Nie możesz ciągle ich niańczyć. Prawda?” Czuł, że Annie dobrze zrobi, jeśli wyrwie się na trochę spod skrzydeł matki.

Ale nie chodziło tylko o to. Dobry Boże.

A jeśli się dowiedzieli, że chodziło nie tylko o to?

ROZDZIAŁ 3PRZYJACIÓŁKA

W dusznym, dwuosobowym pokoju nieadekwatnie nazwanego Hotelu Paradise Sarah słyszy, jak mama szepcze jej imię, więc oczy nadal ma zamknięte.

To teraz inny pokój. Identyczny, ale na innym piętrze. Ten, w którym zameldowała się z Anną, jest w tej chwili niedostępny, choć Sarah nie rozumie dlaczego. Anna tam nie wróciła. Nie wierzą jej? „Nie wróciła tutaj, okej?”

W tym pokoju unosi się paskudna woń, która przypomina jej zapach kuchennej szafki. Zabawa w chowanego, kiedy była mała. Z zamkniętymi oczami Sarah marzy, aby zagrać w nią teraz. Zignorować zapach i temperaturę, matkę i policję i pobawić się w chowanego. Tak. W wersję wydarzeń, w której Anna suszy właśnie włosy – prostownica czeka już w pogotowiu – i przekrzykując hałas suszarki, nawija o tym, co powinny dzisiaj zrobić. Do którego sklepu powinny się udać w pierwszej kolejności? I czy Sarah mówiła poważnie o przymierzeniu czegoś od Stelli McCartney, no bo sprzedawczyni od razu po ich ciuchach zgadnie, że nie mają zamiaru niczego kupić.

Anna. Słodka, irytująca Anna. Zbyt chuda. Zbyt piękna. Zbyt…

– Obudziłaś się, skarbie? Słyszysz mnie, kochanie?

Sarah, nadal odwrócona twarzą w drugą stronę, otwiera oczy i krzywi się na widok sączącego się przez zasłony światła, tworzącego na ścianie kształt trójkąta. Położyła się na łóżku w ubraniu, nie chcąc przykrywać się kołdrą, pewna, że w każdej chwili może nadejść wiadomość. Że w każdej chwili mogą ją znaleźć.

– Cieszę się, że udało ci się przespać, skarbie. Choćby godzinę. Zaparzyłam nam herbatę.

– Nic nie chcę.

– Chociaż łyczek. Z dwiema łyżeczkami cukru. Musisz się wzmocnić. Trochę cukru…

– Mówiłam, że nie dam rady. W porządku?

Mama ma na sobie te same spodnie co wczoraj, ale świeżą bluzkę i Sarah myśli, że fakt, iż nie zapomniała o zabraniu czystego ubrania, jest dla niej typowy i jednocześnie wydaje się nie na miejscu.

– Przyjechał twój ojciec. Jest na dole. To głównie on rozmawiał z policją, ale znowu chcą mówić z tobą. Kiedy się poczujesz…

– Powiedziałam im już wszystko, co pamiętam. I nie chcę się widzieć z ojcem. Niepotrzebnie do niego dzwoniłaś.

Ich spojrzenia się spotykają.

– Posłuchaj, kochanie, wiem, że to trudne. Ty i twój tata. Ale on naprawdę się przejmuje. A policja chce z tobą rozmawiać o jakimś telefonie. Ktoś zadzwonił po emisji komunikatu w telewizji.

– Był jakiś telefon?

– Tak. Od jakiejś kobiety z pociągu.

– Kobiety? Nie wiem, o czym mówisz. Jakiej kobiety?

Sarah ma w brzuchu tę samą ziejącą próżnię, jaką czuła podczas tych pierwszych strasznych godzin, kiedy czekała razem z policją na swoją matkę. Kiedy kręciło jej się jeszcze w głowie od alkoholu. Kiedy była zdezorientowana. „Gdzie jesteś, Anno? Gdzie ty się, u licha, podziewasz?”

Starała się przekazać funkcjonariuszom wystarczająco wiele szczegółów, żeby potraktowali to wszystko poważnie, ale nie na tyle, aby…

Szybko wstaje z łóżka i zaczyna przestawiać leżące na toaletce szczotki, kosmetyczki i inne śmieci.

– Brałaś pilot? Muszę zobaczyć wiadomości. Co mówią. Co oni mówią?

– To chyba nie jest dobry pomysł, Sarah. Wypij herbatę. Przekażę ojcu, że się obudziłaś. Że mogą tu teraz przyjść.

– Nie będę znowu z nimi rozmawiać. Jeszcze nie teraz.

– Posłuchaj, kochanie, rozumiem, że to jest potworne. Dla ciebie. Dla nas wszystkich. – Jej matka chodzi teraz po pokoju. – Ale znajdą ją, skarbie. Jestem tego pewna. Pewnie wybrała się na jakąś imprezę i boi się, że narobiła sobie kłopotów. – Obejmuje córkę. Kubki z herbatą stoją teraz pośrodku chaosu na toaletce. Sarah wyrywa się z jej objęć.

– Są tu rodzice Anny?

– Jeszcze nie. Nie wiem. Nie wiem, co zadecydowano w tej kwestii. Policja chciała najpierw sprawdzić coś w Kornwalii.

– Ale co?

– Komputery czy coś w tym rodzaju. Nie mam pojęcia. Nie pamiętam dokładnie, Sarah. Wszystko mi się zlewa. Chcą po prostu zebrać wszystkie informacje, jakie mogą pomóc w poszukiwaniach.

– A myślisz, że ja nie? Myślisz, że nie czuję się wystarczająco fatalnie?

– Nikt cię nie wini.

– Nie wini? Więc po co mówisz o winie, skoro nikt mnie nie wini?

– Sarah… skarbie. Nie zachowuj się tak. Znajdą ją. Wiem, że tak się stanie. A teraz zadzwonię na dół.

– Nie. Chcę zostać sama. Zupełnie sama. Chcę, żebyś teraz wyszła.

Matka Sarah wyjmuje z kieszeni telefon i rozgląda się za okularami, kiedy rozlega się pukanie do drzwi.

– To pewnie oni.

Do pokoju wchodzi ten sam detektyw co poprzednio, ale towarzyszy mu inna policjantka. I ojciec Sarah.

– Coś wiadomo? – Matka zaczyna się podnosić z krzesła, ale ponownie siada, kiedy widzi, jak kręcą przecząco głowami.

– Udało ci się przespać, Sarah? Dobrze się czujesz? Możemy porozmawiać? – pyta policjantka.

– Nie byłam pijana, kiedy poprzednio rozmawialiśmy. Nie byłam pijana.

– Nie.

Dorośli wymieniają się spojrzeniami.

– Obejrzeliśmy materiał z kamer, Sarah. Z klubu. – Tym razem odzywa się detektyw. Ton głosu ma bardziej stanowczy. – Niestety nie wszystkie kamery działały, ale jest parę kwestii, które nie do końca rozumiemy. Poza tym zadzwonił do nas świadek.

– Świadek?

– Tak. Kobieta z pociągu.

Od razu to czuje. Dreszcz. Chłód, kiedy krew odpływa jej z twarzy.

Lipiec 2016

ROZDZIAŁ 4ŚWIADEK

Nigdy się nie oszukiwałam. Wiedziałam, jak ten tydzień będzie wyglądał. Z jednej strony czekałam na niego z niecierpliwością: cień nadziei, że rocznicowy apel może ożywić śledztwo. Z drugiej jednak odczuwałam przerażenie. Ludzie znowu będą posyłać mi te spojrzenia. „Ta kobieta. Pamiętasz? Ta kobieta, która nic nie powiedziała. W pociągu. Pamiętasz? Kiedy zniknęła tamta dziewczyna? Chryste – to już rok?”

Ale mimo wszystko chcę tego – rekonstrukcji w programie Łowcy zbrodni – dla rodziny. Dla tej biednej matki. Tyle że sama wolałabym nie być tego częścią. Jesteście w stanie to zrozumieć, prawda? Nie miałam im za złe, że zapytali. Choć Tony się wściekł, kiedy zadzwoniła policja – zaskoczyło go, że mieli czelność to zrobić.

„Wyciekło jej nazwisko. Pozwoliliście, aby wszyscy ją osądzali, i myślicie, że chce teraz wystąpić w waszym programie…”

Nadal się upiera, że zdobycie przez prasę mojego nazwiska było ukartowane. Nie mamy na to dowodu, a jeśli mam być szczera, dotarłam do etapu, na którym nie jestem już pewna, czy się tym przejmuję; wiem jedynie, że nie zniosę ponownego osądzania mnie. Nienawiści do mnie. Nawet lojalni klienci w kwiaciarni posyłali mi dziwne spojrzenia. Celowo nie poruszali tematu.

Oficjalna wersja biura rzecznika policji jest taka, że nie doszło do przecieku; że wspomniano jedynie paru dziennikarzom o świadku z pociągu, który „brał udział w konferencji”. Ale ktoś najwyraźniej musiał powiedzieć, co to za konferencja, no bo skąd prasa wiedziała, że jestem florystką? Dziennikarze sprawdzili wydarzenia branży florystycznej, przeszukali listy uczestników pod kątem pochodzenia z Devon i Kornwalii, aż w końcu trafili pod nasze drzwi.

Nadal na samą myśl o tym robi mi się zimno.

Oczywiście, gdybym się okazała mądrzejsza, w żaden sposób nie udałoby im się tego potwierdzić. Gdybym powiedziała: „Nie wiem, o czym mówicie”, musieliby odpuścić. Ale tego nie zrobiłam.

Wiem, jak głupio to zabrzmi, tylko że jedyne, co zdezorientowana powiedziałam w drzwiach, to: „Kto wam podał moje nazwisko?”.

„Czemu, u licha, to powiedziałaś? – tak brzmiało pierwsze pytanie zadane mi wtedy przez Tony’ego. – Jezu, Ella. Dałaś im wszystko na talerzu”.

Niezupełnie. Nie wpuściłam żadnego dziennikarza. Nie udzieliłam żadnej wypowiedzi, przysięgam, ale i tak zrobili mi zdjęcie, a potem bez końca wydzwaniali, aż musieliśmy zmienić numer.

Tony określił to jako dręczenie. „Niewystarczająco wiele przeszła?” Mój kochany mężczyzna.

A potem zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Okropne komentarze w mediach społecznościowych. Na jakiś czas musieliśmy nawet zamknąć kwiaciarnię.

Bez względu na to, jakie to wszystko było potworne, nadal nie uważam, że wystarczająco dużo wycierpiałam. Ona nadal się nie odnalazła – tamta śliczna dziewczyna. Najpewniej nie żyje, choć z tego, co słyszę, jej biedna matka wciąż żywi nadzieję, że jej córka wróci do domu.

Czy można ją za to winić? Ja pewnie też tak bym uważała.

Funkcjonariusz policji odpowiadający za kontakty z Łowcami zbrodni powiedział mi, że pani Ballard udzieliła naprawdę przejmującego wywiadu. Nie wiem nawet, czy mogę to oglądać. Matka Anny ostatni rok poświęciła na gromadzenie informacji o zaginionych dziewczynach, które po latach w końcu się odnalazły. No wiecie – więzili je jacyś szaleńcy, fundowali im pranie mózgu, ale w końcu zdołały uciec. Podobno wycięto to wszystko z wywiadu, bo nie na tym się skupia policja. Policja uważa, że Anna najprawdopodobniej nie żyje. Chodzi o znalezienie zabójcy, a nie szaleńca z dziewczyną w piwnicy.

Pozostawiono jednak wszystkie opowieści pani Ballard o Annie jako małej dziewczynce. Jej nadzieje i marzenia. Podobno właśnie tego typu wypowiedzi sprawiają, że ludzie dzwonią z nowymi informacjami. Ale i tak chodzi przede wszystkim o namierzenie tamtych dwóch mężczyzn. Znalezienie ciała. Robi mi się zimno na samą myśl…

I właśnie to przepełnia Tony’ego największym gniewem. Jest zdania, że gdyby policja tak się nie ociągała z wystosowaniem apelu o wskazanie miejsca pobytu Karla i Antony’ego, to pewnie nie udałoby im się uciec. Zapewne za granicę.

Domyślam się, że opóźnienie miało jakiś związek z Sarah. Policja zachowuje się w tej kwestii dyplomatycznie, ale wygląda to tak, że początkowo przyjaciółka Anny w ogóle wyparła się tego, że ich poznały. Mężczyzn w pociągu. Oświadczyła, że sobie to zmyśliłam. Dopiero po obejrzeniu materiału z kamer i kiedy w końcu znaleziono kilka ujęć, na których wysiadają razem z pociągu, a także przebywają razem poza dworcem, policja upubliczniła wizerunki obu mężczyzn. Za późno.

Tutaj wszystko się komplikuje i sprowadza do mnie.

Gdybym zadzwoniła do rodziców i ostrzegła. Gdybym coś zrobiła. Cokolwiek.

„Nie wolno ci tak myśleć. Nie możesz brać sobie na barki ciężaru całego świata. Nie zrobiłaś nic złego. Nic, Ello. To ci mężczyźni. Nie ty. Nie możesz winą obarczać siebie”.

Nie mogę, Tony?

Nie jestem w tym odosobniona.

Pierwsza kartka przyszła kilka dni temu. Jej treść tak mną wstrząsnęła, że od razu pobiegłam do łazienki i zwymiotowałam. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego tak bardzo się przeraziłam. Pewnie to był szok, bo początkowo wydała się groźna, tak cholernie nieprzyjemna. A potem, kiedy wreszcie ochłonęłam i wszystko przemyślałam, dotarło do mnie, kto ją wysłał. Przyniosło mi to jednocześnie uczucie ulgi i wyrzuty sumienia. Jeśli mam być z wami szczera, pewnie na to zasługuję.

To jedynie wyraz gniewu. Nie prawdziwa groźba.

Pierwsza kartka przyszła w kopercie. Była czarna, z literami powycinanymi z gazety. „CZEMU JEJ NIE POMOGŁAŚ?” Takie listy widzi się w programach w telewizji, ten nawet nie najlepiej wykonano, bo papier lepił się jeszcze od kleju.

Postąpiłam głupio: podarłam ją i wyrzuciłam do kosza, żeby Tony jej nie zobaczył. Wiedziałam, że zadzwoniłby na policję, a tego nie chciałam. Nie chciałam, żeby tu węszyli. Razem z dziennikarzami. Nie chciałam powtórki z szaleństwa.

Trochę trwało, nim porządnie to przetrawiłam. Początkowo sądziłam, że to jakiś psychol, ale potem pomyślałam: chwileczkę, program rocznicowy nie został jeszcze nawet wyemitowany.

Tak naprawdę ta historia trochę się zatarła. Aż do programu wyemitowanego dziś wieczorem nikt się już nad nią nie zastanawiał. Tak to właśnie działa – dlatego policja nie ma łatwo. W jednej chwili mówią o tym wszyscy, w drugiej puszczają w niepamięć.

Tylko że dzisiaj przyszła druga kartka. Znowu czarna, z bardziej nieprzyjemną wiadomością. „DZIWKA… JAK W OGÓLE MOŻESZ SPAĆ?”

Tak więc teraz widzę wszystko jeszcze wyraźniej. To rzeczywiście moja wina. Nadawca chce mi odpłacić, nie tylko za to, czego nie zrobiłam dla Anny, ale i za to, że pojechałam tam latem.

I już wiem, od kogo są te kartki.

ROZDZIAŁ 5OJCIEC

Henry Ballard zerka na zegarek, po czym gwiżdże na Sammy’ego.

W oddali widzi dym unoszący się nad jednym z letnich domów do wynajęcia – dawnej stodoły, do której swego czasu wieczorami zmierzał jego ojciec na ostatnie sprawdzenie inwentarza przed kolacją.

Henry nadal co wieczór urządza sobie taką samą przechadzkę, ale obecnie towarzyszy mu milczący smutek. Gdy idzie, prześladuje go głos Anny.

„Brzydzę się tobą, tato…”

Zamyka oczy i czeka, aż głos ucichnie. Kiedy je w końcu otwiera, dym wydobywający się z komina przed nim zdąży przybrać na sile.

Wszystko oczywiście miało sens z ekonomicznego punktu widzenia. Te przeróbki. Stało się to ulubionym zwrotem Barbary oraz banku. „Ma to sens z ekonomicznego punktu widzenia, Henry”.

Rolnicza historia Farmy Ladbrook sięga czterech pokoleń. Farma przetrwała powstanie i upadek miejscowej kopalni. Przetrwała zmieniające się gusta klientów. Wygrywała nagrody za rzadkie odmiany. W pewnym momencie hodowali na niej nawet żonkile. Ale przejście od sprawnie funkcjonującej farmy do czegoś, o czym koledzy Henry’ego wyrażają się teraz lekceważąco – „Nadal się w to bawisz, H?” – odbyło się w mgnieniu oka, niezauważalnie.

Teraz jego branżą jest turystyka, nie rolnictwo. I owszem – pod względem finansowym ma to niezaprzeczalny sens. Kilka stodół przed ponad dekadą zostało przerobionych i sprzedanych, aby spłacić zaległe kredyty. A kilka pozostałych to teraz nieruchomości pod wynajem, co razem z herbaciarnią i kempingiem przynosi więcej niż wystarczający przychód – i z całą pewnością regularniejszy, niż jego ojciec czy dziadek ośmielali się marzyć.

Prawda? Jego przodkowie harowali. Długi należne bankom spłacali krwią, potem i łzami. A on? Co on takiego robi? Spija śmietankę. Nie ma wieczoru, żeby Henry Ballard nie czuł się podle z tego powodu.

A zatem tak, nadal się w to bawi. Coś tam jeszcze działa z owcami – ledwie się to zwraca za karmę – i małym stadem krów rzadkiej rasy.

Od lat odbywa ten spacer z ciężkim sercem. A teraz, od czasu zniknięcia Anny?

Henry ponownie się krzywi na wspomnienie córki siedzącej obok niego w samochodzie.

„Brzydzę się tobą…”

– I co teraz zostało? – pyta głośno, a Sammy trąca mu nosem dłoń, bursztynowymi ślepiami spogląda w oczy swojego pana. Ten pies nadal co wieczór podczas kolacji siada pod krzesłem Anny. Trudno znieść coś takiego.

Henry klepie Sammy’ego po głowie, po czym zawraca w stronę domu. Z ogromną niechęcią myśli o czekającym go wieczorze, ale obiecał Barbarze, że razem obejrzą rocznicowy apel, więc nie może się spóźnić. Dużo rozmawiali o tym, w jaki sposób to rozegrać, martwili się, co będzie najlepsze dla Jenny, która chyba najgorzej radzi sobie z zaginięciem Anny. Siostra bez siostry.

Dziewczęta dzieli jedynie osiemnaście miesięcy – takie słodkie i tak sobie bliskie, zwłaszcza w dzieciństwie. Jasne, dochodziło między nimi do kłótni, pojawiała się typowa rywalizacja między rodzeństwem, ale kładły się spać zawsze pogodzone, często decydując się na jeden pokój, mimo że każda miała własny. Henry myśli przez chwilę o tym, jak wkładał głowę w drzwi, żeby po raz ostatni zajrzeć do nich przed udaniem się do swojej sypialni: plątanina rąk i nóg w różowych piżamach, razem na podwójnym łóżku.

Znowu ten cios w brzuch. Jenny nadal ma problemy ze snem. Barbara nadal ma problemy ze snem. Henry nie ma pojęcia, jak oni wszyscy mają znieść ten telewizyjny apel. Ponownie w świetle reflektorów.

Zdecydowanie odrzucili zaproszenie do studia w Londynie. Barbara nie poradziłaby sobie z wywiadem na żywo. Nie. Henry się postawił, nie tylko dlatego, że w towarzystwie policji robił się bardzo nerwowy. Cały materiał sfilmowano z wyprzedzeniem, w ich domu. Wygrzebali także dawne nagranie z czasów, kiedy Anna była mała.

Zatrzymuje się i zaciska dłonie w pięści na wspomnienie kamery w ręce; Barbara wydawała instrukcje w tle. Grupka przyjaciół wokół urodzinowego ciasta, wszyscy w strojach kowbojów albo wróżek. Duży czekoladowy tort ze świeczkami. „Nakręć, jak zdmuchuje świeczki, Henry. Tylko tego nie przeocz…” Myśli o tamtej wersji swojej żony – zaaferowanej i roześmianej Barbarze, która najbardziej lubiła, kiedy dom był pełen dzieci, hałasu i chaosu.

Henry odkasłuje i się nachyla, żeby znowu pogłaskać Sammy’ego. Czuje znajomą więź. Człowieka z psem. Człowieka i psa z ziemią.

Tak. Zgodzili się upublicznić fragmenty tamtego urodzinowego filmiku; według policji coś takiego powinno zaowocować większą liczbą telefonów, a przecież o to właśnie w tym wszystkim chodziło. Usłyszeli, że pierwsza rocznica to idealna okazja, by wskrzesić zainteresowanie sprawą. Naprowadzić na nowe tropy. Spróbować odnaleźć mężczyzn z pociągu. Ale on i Barbara bardzo się martwią, jak to wpłynie na Jenny. Ona także występuje we fragmencie wybranym przez producentów telewizyjnych, uśmiecha się, stoi ramię w ramię z siostrą. Barbara i Henry postawili sprawę jasno: jeśli Jenny poczuje się choćby odrobinę skrępowana, nie wyrażą zgody i wymyślą coś innego albo poproszą o zamazanie jej twarzy czy coś w tym rodzaju. Ale dla Henry’ego najgorsza okazała się reakcja starszej córki.

Było tak, jakby nagle dostrzegła światło, cień szansy w tym przeklętym młynie wyrzutów sumienia i bezradności. Nagle oczy jej zabłyszczały i oświadczyła, że oczywiście nie ma nic przeciwko, żeby ludzie zobaczyli ją w przebraniu skrzydlatej wróżki. „Dobry Boże, jeśli to ma pomóc w odnalezieniu Anny…”

A potem pobiegła do swojego pokoju, wołając, żeby przyszedł za nią. W jednej z szaf miała schowane pudełka z całym mnóstwem starych zdjęć. Zaczęła je wyjmować. I czy mógłby zadzwonić na policję? „Teraz, tatusiu”. Mnóstwo naprawdę świetnych zdjęć. „Pamiętasz? Kiedy robiliśmy sobie jaja w tych fotobudkach. Cała paczka. Ja, Sarah i Anna, i jeszcze Paul i Tim”. Znalazła przykładowe zdjęcie – ich piątka, robią głupie miny – i pokazała mu je.

Henry wciąga zimne powietrze, kiedy przypomina sobie Annę w otoczeniu przyjaciół. Zamyka oczy.

„Brzydzę się tobą…”

Podejrzewał, że policja nie będzie chciała tych zdjęć. I miał rację. Chcieli jedynie film. A kiedy powiedział biednej Jenny, że policja jest bardzo wdzięczna – on i mama także – za poświęcony czas, wyraz jej oczu uległ zmianie i znowu stał się taki, jak obecnie ma przez cały czas. Nieobecny.

– No chodź, Sammy. Nie ma wyjścia.

Zdejmując kalosze w pomieszczeniu na buty, Henry słyszy, jak jego żona woła:

– Jesteś pewna, że nie będziesz oglądać z nami, Jen? Na dole? Tacie i mnie naprawdę nie podoba się ten pomysł… Chwileczkę. Słyszę, że tata wrócił.

Wchodzi w skarpetkach do kuchni.

– Świetnie. Dobrze. Henry. Przełączyłam już na odpowiedni program i wszystko jest ustawione do nagrywania. Producent dał znać, że zadzwonią do nas i poinformują o liczbie telefonów.

– Dobrze. To dobrze.

– Jennifer nadal twierdzi, że chce to obejrzeć w swoim pokoju. Nie jestem z tego zadowolona, Henry. Porozmawiasz z nią raz jeszcze?

– Skoro chcesz tego. Ale rozmawiałem rano, skarbie, i…

– Chodzi o to, że jeśli nie chce, to wcale nie musi tego oglądać. Mówiłam jej o tym. Ale jeśli jest inaczej, wolę, żeby nie była sama. Nie rozumiem, dlatego nie chce zejść do nas. W takiej chwili powinniśmy być razem. Nie sądzisz, że powinniśmy być razem? Jako rodzina? Obejrzeć to wspólnie.

Henry zastanawia się, czy powinien to powiedzieć. To, co jest oczywiste: że nie tworzą już rodziny. Przygląda się uważnie twarzy żony i zniża głos do szeptu.

– Jenny nie chce być zmuszana do oglądania naszych twarzy, kochanie. – Ma na myśli jej twarz. Barbary.

– Naszych twarzy? – Jego żona przez chwilę analizuje te słowa. Odwraca się do wiszącego w korytarzu lustra, po czym szybko wraca spojrzeniem do Henry’ego. – Tak właśnie powiedziała?

– Nie musiała, kochanie.

Henry nie przestaje się przyglądać Barbarze. Patrzy jej prosto w oczy. Doskonale wie, dlaczego dla Jenny to takie trudne, sam czuje to samo. Widzieć całą głębię tego wszystkiego, wypisaną tutaj, mroczną i potworną, na samym dnie oczu Barbary. Przez cały dzień. Każdego dnia. Bez względu na to, jak bardzo jego żona stara się zasłaniać to dla Jenny nadzieją i uśmiechami. Wycinkami z gazet o zaginionych i odnalezionych po latach. I niekończącym się pieczeniem.

– Ale porozmawiasz z nią? Przed programem? – Wzrok ma wbity w podłogę.

Henry robi krok w jej stronę i całuje żonę w czoło. To pocałunek z obowiązku i nie dotyka jej przy tym, zna zasady. Ograniczenia. Ich życie fizyczne znajduje się w stanie wstrzymania; a może odeszło już na zawsze.

– Umyję tylko ręce, a potem… tak. Porozmawiam z nią.

Jenny siedzi na podłodze w swoim pokoju, otoczona magazynami i starymi albumami ze zdjęciami.

– Mama chciała, żebym zamienił z tobą słowo. – Henry zerka na albumy. Mnóstwo zdjęć z dzieciństwa dwóch sióstr. W takich samych sukienkach druhen. Pierwszy dzień w szkole. Większość nowszych zdjęć jest oczywiście przechowywana na nośnikach cyfrowych, ale Jenny drukowała ulubione po tym, jak pewnego razu zepsuł się jej laptop i utraciła zdjęcia z całych wakacji.

– W porządku. Zaprosiłam Paula, Sarah i Tima. Dobrze? To znaczy mama ma rację, oglądanie tego w pojedynkę mogłoby być zbyt przygnębiające. Ale nie mogę siedzieć razem z mamą. Po prostu nie mogę.

– Och. No tak. Lepiej porozmawiam z nią o tym. – Zerka na zegarek. – Możliwe, że twoja matka nie czuje się komfortowo z tym, że tyle osób będzie dziś wieczorem w naszym domu.

– Daj spokój, tato. To nie są inne osoby. To moi przyjaciele.

Henry zaciska usta. Do rozpoczęcia programu zostało jeszcze półtorej godziny. Bierze głęboki oddech i analizuje własne uczucia, nim zmierzy się z tym, co czuje żona. Barbara zajmie się poczęstunkiem. Kanapki, ciasta i tym podobne. Będzie się krzątać. Ponownie zerka na zegarek. Kto wie, może coś takiego okaże się jej potrzebne. Odwróci jej uwagę.

Jest zaskoczony, że matka Sarah, Margaret, zgadza się na jej wyjście z domu. Przyjaciółce jego córki jest bardzo trudno. Wiele pytań bez odpowiedzi. Nadal nikt tak do końca nie rozumie, jak to możliwe, że dziewczyny rozdzieliły się w Londynie, i niektórzy wytykają Sarah palcami. Osobiście Henry nie do końca jest z tego niezadowolony. Lepiej, żeby skupiano się na Sarah…

Kiedy na dole wyjaśnia, czego dowiedział się od Jenny, Barbara wkłada akurat naczynia do zmywarki.

– No tak. Rozumiem…

– Jakie jest twoje zdanie? Nie przeszkadza ci to? To znaczy pełen dom. Wiem, że Jenny powinna to najpierw z nami omówić, ale nie chciałem jej krytykować. Nie dzisiaj.

Barbara wyciera ręce w fartuch i rozwiązuje go.

– Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł, Henry. Takie mam przeczucie. Wiem, jak bardzo są sobie bliscy. To znaczy byli.

Henry czeka. Żadne z nich nie wie, jakiego czasu użyć.

– Ale ostatnio wszyscy są spięci. – Zdejmuje fartuch. – Łącznie z Jenny. Nie jestem pewna, czy to się okaże pomocne. Nie dla Jenny. Nie chcę, żeby doszło do czegoś nieprzyjemnego. Zwłaszcza dzisiaj.

– Wygląda na to, że tego właśnie chce Jenny. – Henry nadal wpatruje się w żonę.

– Nie jestem pewna, czy ona wie, czego chce, tak samo zresztą jak my. – Wzdycha. – Och, do diabła z tym. – Barbara nagle rzuca fartuch na kuchenny blat. – I tak będzie okropnie, bez względu na to, kto będzie w domu.

Ich rozmowę przerywa dochodzące z góry walnięcie. Słychać, jak Jenny chodzi po swoim pokoju, który mieści się nad kuchnią, i wykrzykuje coś do telefonu. Większość pozostaje niezrozumiała, aż w pewnym momencie słyszą:

– Boże, nie. Błagam… nie.

A potem słychać brzęk szkła i głuche odgłosy, jakby ktoś ciskał różnymi przedmiotami o ścianę.