Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
"O Shit!" katapultuje Osobę Czytającą w absurdalną rzeczywistość początku lat 90-tych i nikogo nie oszczędza! Miłość. Seks. Narkotyki. Złamane serce. Trup-ściele-się-gęsto. To tylko niektóre słowa kluczowe tej szalonej opowieści. Zaryzykujesz?
Yoyo eS umiejscowiła wydarzenia "O Shita!" w 1992 roku, w szalonym czasie ogromnych przemian zachodzących w Polsce. Nie jest to jednak książka o polityce, a o życiu zwykłej dwudziestolatki, dla której najważniejsza jest miłość, twórczość i dobra zabawa. Sara, główna bohaterka, spędza czas w słynnych warszawskich klubach muzycznych, zakochuje się w spotkanym nocą, przy stole bilardowym, przystojnym nieznajomym i przeżywa wielki zawód miłosny. Zmęczona i rozczarowana wyjeżdża na wakacje do Amsterdamu. Nawiązuje tam niezobowiązujące na pozór znajomości, które zamienią balangowe wakacje w pełen niespodziewanych zwrotów akcji sensacyjny scenariusz. W “O Shicie!” nie ma tak ważnych dla nas komórek, internetu, poprawności politycznej, rasowej ani genderowej, nie ma nawet płyt cd. Są za to wyraziście narysowane postacie, wartka akcja i pełne poczucia humoru dialogi i przemyślenia. Książka wciąga niczym ruchome piaski, dlatego idealnie nadaje się do czytania w podróży, na wakacjach, albo podczas weekendu na działce. “O Shit!” nie aspiruje do miana literatury z wyższej półki. Z założenia jest książką rozrywkową, która ma przywołać uśmiech na twarz czytelnika i pozwolić oderwać mu się od szarej rzeczywistości.
Posłuchaj muzyki, której słuchała Sara w 1992!
https://open.spotify.com/playlist/5UbfW8GowFGkKUwnu3Iy5D?si=032292f072f4458a
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 207
Rok wydania: 2023
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja i korekta: Kolektyw Słowa
Projekt okładki: Yoyo eS
Zdjęcie na okładce: Yoyo eS
Przygotowanie wersji elektronicznej: epubeum.pl
Wydanie I
Warszawa 2023
ISBN 978-83-936159-0-2
Copyright by Esperanza Publishing
Joanna Wrześniowska ACT
esperanzapublishing.org
Jako wydawczyni, muszę ostrzec, że tekst “O shita!” napisany jest językiem, którym operowano na początku lat 90-tych. Oznacza to, że pojawiają się tutaj słowa i wyrażenia takie jak: czarny, Murzyn, Arab, gej, nie mam nic przeciwko, ale… itp. Z drugiej strony opisy seksu bardziej przypominają sny Ani z Zielonego Wzgórza niż kontent 50 twarzy Greya. Takie były czasy, taki był język.
Zdecydowałam się nie ingerować w tekst w imię pamięci historycznej. Z fascynacją oglądałam kiedyś na YT kompilację scen łóżkowych z “Seksu w wielkim mieście”. Od przysłowiowych gustownych przejść na kominek po mniej lub bardziej softy z Porn Huba. “O shit!” to zapis z początku lat 90-tych i niech tym właśnie pozostanie. Bez podtekstów, bez czarno-białych deklaracji charakterystycznych dla naszych czasów, bez ideologii, z dobrą zabawą w szalonym świecie dwudziestoletniej Sary.
Uśmiechu!
Asia Wrześniowska
Wszystkie postacie występujące w tej opowieści są fikcyjne, ich podobieństwo do osób żyjących może być tylko przypadkowe. Oprócz ś.p. Wronsona i zespołu Immanuel, którego najlepsze numery są wreszcie dostępne w cyfrze.
W Warszawie spadł obfity, acz ciepły deszcz. Tłum kłębiący się przed najmodniejszym klubem muzycznym Fugazi zaczął pospiesznie wchodzić do budynku.
– Kurde balans! – zaklęła całkiem urodziwa czarnowłosa dziewczyna, ubrana
w dżinsy składające się z większej liczby dziur niż materiału, jedwabną koszulę
z wielkim żabotem a la Prince i kilkanaście luźno zwisających chust i chustek, przytroczonych niedbale do szlufek i włożonych od niechcenia do kieszeni. Na głowie miała, doskonale korespondującą z kolorem oczu, turkusową przepaskę.
– Przecież miała być ładna pogoda. Prawie cała jestem przemoczona. Mam
nadzieję, że się nie przeziębię.
– Nie przesadzaj, przecież jest lato. I mamy jeszcze jedną butelkę. W końcu
dzisiaj są moje urodziny.
– Chodź, usiądziemy tutaj. Zobacz, co mam. Tortowe świeczki. Zróbmy tort z tej ławy.
I dziewczyny zaczęły ustawiać zapalone świeczki na ławie, znajdującej się w bezpośrednim sąsiedztwie słynnego autobusu na podwyższeniu. Ława była drewniana, ciemna i mocno pachnąca piwem.
– Czy wyście zwariowały? – niezbyt już trzeźwy chłopak o długich blond włosach przysiadł się do nich. – Kto ustawia świeczki na drewnianym stole?
– Fatim, nie przesadzaj, dzisiaj są moje urodziny. Luzik – dziewczyna w obcisłej czerwonej sukience uśmiechnęła się zachęcająco.
– No to wszystkiego najlepszego – Fatim uśmiechnął się czarująco i pocałował dziewczynę w rękę.
– To co, Marion? Otwieramy tę ostatnią butelkę? – zapytała Sara, nie mogąc się doczekać kolejnej porcji alkoholu. Głowę miała mocną i spragnioną ostrych wrażeń. Jak coś robiła, to do końca i na full. Nie oszczędzała ani siebie, ani tych, z którymi akurat balowała.
– Dobra.
– To ja przyniosę kubeczki. I zaproszę Młodego, jeśli można – chłopak zrobił niewinną minę.
– Pewnie, że można – dziewczyny roześmiały się.
Kilka minut później całe towarzystwo przeniosło się do autobusu zamontowanego zmyślnie przy jednej ze ścian mniejszej sali Fugazi i będącego swego rodzaju enklawą, oddzielającą wybrańców od kłębiącego się niżej tłumu.
– To za Marion. Które urodziny? – zagaił Młody, podnosząc kubek od coli wypełniony zimną wódką. Kubki miały tendencję do przeciekania, jeśli wódka trzymana była w nich zbyt długo czyli… kilkanaście minut. Dlatego doskonale wpisywały się w mega imprezowy charakter Fugazi, gdzie nikt za kołnierz nie wylewał.
– Ej, kobiet się o wiek nie pyta…
– No to przepraszam. Za Marion. Miło cię w końcu poznać. Mijaliśmy się często i nie było jak dotąd okazji – Młody przysunął się bliżej.
– Jak macie zamiar romansować to się przenieście na świeże powietrze. Przestało już padać. Tutaj się chleje i balanguje i opowiada chore historie. O!
– O basta, Sar, przestałabyś. Przecież ja z nim nie romansuję.
– Słuchaj, a kim ty właściwie jesteś, żeby jej mówić co ma robić? – Młody wyraźnie nie lubił Sary.
– Jej matką – Sara także nie darzyła go zbytnią przychylnością.
– Dobra dzieciaki, przestańcie. Mam propozycję. Chodźmy zagrać w bilard – Fatim jak zawsze umiejętnie rozładował rosnące napięcie. Niepozorny, o chłopięcej urodzie i z rozbrajającym uśmiechem, był jednym z najlepszych perkusistów w Polsce. Przy okazji pisywał wiersze i nigdy nie gwiazdorzył.
– Pójdźmy więc, krówki boże, robić z siebie kompletne idiotki – Sara westchnęła teatralnie.
– Co znowu?
– Nie umiem grać w bilard.
– Nauczę cię – Fatim objął ją ramieniem i cała czwórka, przeciskając się przez gęsty tłum, ruszyła w stronę sali bilardowej. To ciekawe, że w Fugazi tłumu nie było w zasadzie tylko między siódmą a czternastą. Klub otwarty był przez całą dobę, zawsze ktoś się w nim kręcił, zawsze wieczorami i nocami było mnóstwo ludzi.
– Sławku, dostaniemy stół? – Sara pracowała czasami za barem w Fugazi i miała dobre relacje z szefostwem – Dzisiaj Marion obchodzi osiemnaste urodziny.
– Nie ma sprawy. Dla mojej najlepszej barmanki wszystko. Ale są już tylko
dwa kije.
– Damy sobie radę.
– Dzisiaj masz stół na całą noc. Osiemnaste urodziny nie zdarzają się zbyt często.
– Zazwyczaj raz w życiu.
– To właśnie chciałem powiedzieć. Bawcie się dobrze.
– Dzięki, kiedyś ci się odwdzięczę – i Sara cmoknęła go słodko w policzek.
– To kto rozbija? – zapytał energicznie Fatim.
– Wy. My jesteśmy już na tyle pijane, że nic by z tego nie było.
– Zaczynamy więc – Fatim przymrużył jedno oko i wbił połówkę.
– Super. To możemy sobie usiąść – prychnęła żartobliwie Sara.
– Nie ma po co. Już skończyłem. Gracie całe.
– Czarna na końcu, co nie? – Sara trochę średnio trzymała się na nogach. Flaszka w drodze do Fugazi i druga na miejscu zaczęły działać.
– Chyba, że chcesz nam postawić następną butelkę – Fatim zaśmiał się
szelmowsko.
– Raczej nie. No to do roboty.
I zaczęło się pukanie. Sara, ku własnemu zdziwieniu, wbiła aż cztery bile.
– I ty nie umiesz grać? – Marion była niepocieszona.
– Oczywiście, że nie umiem. Zobacz, co Młody teraz zrobi.
Ale Młody, zapatrzony w czerwoną sukienkę Marion, nie zrobił nic.
– To teraz ja? O Boże, a jak się trzyma kij? – Marion wiedziała jak podrywać facetów. Młody od razu stanął tuż za nią, włożył kij w jej ręce, a potem zaczęli razem wstukiwać kolejne kule zatrzymując się dopiero przy czarnej.
– Fatim, twoja kolej.
– Zrzekam się. Nie jestem w stanie. Ty graj moje połówki – wyseplenił, podając kij Sarze. – Czy ktoś ma ochotę na coś do picia? Nieważne, przyniosę wszystkim piwo.
– To czekamy. Gdzie te połówki? Są, zwierzątka słodkie. No to wpadajcie do jamy smoczej – Sara z dużym skupieniem na twarzy i papierosem w ustach dokończyła grę.
– Jest piweczko. Mała przerwa nikomu nie zaszkodzi. Marion, ustaw bile.
– Dobra. A czy jest na to jakiś specjalny patent? – i znowu Młody wykorzystał sytuację.
Sara zaczynała mieć tego dosyć. Obiecały sobie z Marion, że przynajmniej przez chwilę nie będzie żadnych facetów. Ale wyglądało na to, że instynkt był silniejszy. Wypiła swoje piwo bardzo szybko, udała się do baru i tam na miejscu wypiła jeszcze dwie whisky. Gdy wróciła, gra już się toczyła.
– Masz Sar, twój turn. Połówki – Sara wzięła kij, ale stół nie wyglądał na zbyt stabilny. Falował tak jakoś, a i bile zmieniały swe położenie co chwila.
– Nie, muszę sobie odpocząć. Idę na spacer. Trzymajcie stół, żeby nie odpłynął. Zaraz wracam.
Wychodząc, minęła w drzwiach grupę całkiem nieźle wyglądających facetów. Jeden zainteresował ją nawet, ale wiedziała, że musi trochę wytrzeźwieć. W chwili gdy znalazła się na powietrzu znowu zaczęło padać.
– Kiego diabła! Dlaczego, gdy wychodzę na dwór to od razu zaczyna padać? Wszystko jedno. Może to i lepiej. Szybciej dojdę do siebie – zrobiła parę skłonów, przysiadów i przebiegła się dookoła klubu, pooddychała głęboko. „Jest dobrze. Mogę wracać” – pomyślała i powoli skierowała się do wejścia.
– No i jak tam? – Sara podeszła do stołu, na którym siedziała Marion w otoczeniu facetów z drzwi. – Dlaczego nie gracie?
– Czekamy na ciebie – odpowiedział ten, na którego kilka minut wcześniej zwróciła uwagę.
– Miło mi. Mamy jeszcze coś do picia?
– Na co masz ochotę?
– Whisky. Dużo i bez dodatków.
– Już przynoszę.
Sara podrapała się po głowie. Prawie nikogo w Fugazi nie stać było na ten trunek. Kim więc był ten niesamowicie przystojny facet? Miasto? Diler? Hmmm…
Po chwili pojawił się z rozpromienioną twarzą. W jasnych dżinsach, białym t-shircie i czarnej jedwabnej marynarce zupełnie nie pasował do portretu klasycznych kochanków Sary, którymi byli zawsze czystej wody rokendrolowcy, mniej lub bardziej odrealnieni.
– Proszę - uśmiechnął się i podał jej szklankę.
– Ale to jest pusta szklanka – Sara pomyślała, że padła ofiarą durnego żartu w wykonaniu pieprzonego ex-cinkciarza-cwaniaczka ze Stadionu.
– Chwileczkę. Najpierw szklanka, a potem butelka.
– Butelka? – Sara nie była pewna czy dobrze usłyszała. Na stoliku pojawiła się cała butelka Ballantaine’a. – Uwielbiam whisky. Marion, napijesz się?
– Nie, dzięki. Gramy dalej?
– Gramy. Ja i Marion kontra nasz nowy, tajemniczy znajomy . Co ty na to?
– Mam na imię Piter.
– Sara – podali sobie ręce.
– Ja będę rozbijać, dobrze?
– Dobrze, Marion. Tylko nie zrób żadnej ryfy.
Marion usiadła na stole i trzymając kij za plecami rozpoczęła grę. Nie wbiła oczywiście nic, więc postanowiła się wycofać. A Sara z Piterem grali dalej. Grali, i grali, i grali. Koło stołu stały już dwie puste butelki po whisky i kilka po piwie. O dziwo, choć stół momentami zaprzeczał prawom grawitacji w opinii Sary – wygrała.
– Długo grasz? – Piter z uśmiechem podał jej butelkę piwa.
– Kpisz czy o drogę pytasz? W ogóle nie gram. Nie umiem grać. Chyba jestem nieźle pijana. Dziki fart.
– Sar, chodźmy już do domu – Marion nie wyglądała najlepiej.
– Jaki czas?
– Prawie siódma rano.
– O Boże! Gdzie jest Fatim? – Sara była prawie przerażona i prawie trzeźwa.
– Po co ci Fatim? – Piter wydawał się być zniesmaczony.
– Oni grają dzisiaj koncert gdzieś w Polsce. Fatim musi być o siódmej pod
Remontem. Obiecałam Michasiowi, że tego dopilnuję. Wiesz, on jest ostatnio w ciągu, pije i pije. Od dwóch tygodni, co sobota, odstawiam go na miejsce zbiórki. Dżamba nie może zerwać kontraktu z tym nowym sponsorem.
– Dlaczego tak się tym przejmujesz?
– Bo Ron jest moim przyjacielem. Nie chcę, żeby stracił ten kontrakt. To wszystko. Więc gdzie jest ten cholerny Fatim? Kurwa! Fatim! – Sara chodziła po pustym już niemal klubie.
– Jest na zewnątrz – powiedziała jakaś panna.
– Dzięki! – Sara wybiegła i wpadła w ramiona unikanego od pewnego czasu
byłego narzeczonego.
– Sar, kochanie, tak dawno cię nie widziałem. Piękna jak zawsze. Co u ciebie
słychać?
– Puść mnie, koteczku. Nie mam ochoty z tobą teraz rozmawiać. Fatim! Stój! Gdzie ty idziesz, głupku?! No puść mnie wreszcie! Później z tobą pogadam.
– Na muzyków się przerzuciłaś?
– Odczep się ode mnie! – Sara zaczęła się szamotać. Fatim i Piter zareagowali jednocześnie. Były narzeczony dostał po twarzy i umknął na przystanek autobusowy.
– Dzięki – Sara poprawiała fryzurę.
– Zawieźć was do tego Remontu?
– Będę ci bardzo wdzięczna.
– Niestety dzisiaj dysponuję tylko maluchem. Ale jakoś się zmieścimy. To chodźcie.
– Chodź, Fatim. Jedziemy spotkać się z resztą.
– Jaką resztą? – Fatim przytulił się do Sary, udając małego chłopca.
– Z resztą Dżamby. Gracie dzisiaj wieczorem.
– O kurwa. Znowu? Przecież ja nie mam siły. Musimy tam jechać?
– Nie gadaj tylko wsiadaj. Albo poczekaj, ja i Marion usiądziemy z tyłu, jesteśmy mniejsze – Marion weszła pierwsza na tył malucha, Sara wgramoliła się za nią bacznie obserwując Fatima. Bała się, że ucieknie, albo coś… Ale nie uciekł. Grzecznie wsiadł i zamknął drzwi. – Ok, możemy jechać – uśmiechnęła się do Pitera.
I wystartowali. Ulice były puste, jechało się bezkolizyjnie i bardzo szybko. Gdy dotarli do Remontu był tam już Melon. Zostawili więc Fatima i pojechali na śniadanie.
– Gdzie będziemy jedli śniadanko? – odezwała się znienacka Marion z tylnego siedzenia.
– Kotku, nie zadawaj takich pytań. Nie widzisz gdzie jesteśmy? - Piter zwrócił się do niej, jak do małego dziecka.
– Na Żoliborzu. No i co z tego?
– No nic. Mamy tu bardzo przyjemny markecik. Kto idzie do sklepu?
Dziewczyny wysiadły. Sara zawsze śmiesznie się czuła, gdy wracała rano z imprez i spotykała wyspanych ludzi. Czasami, gdy kończyła imprezowanie w Marylin na Polach Mokotowskich, spotykała tam pewnego pana z jamniczkiem. Zawsze patrzył na nią z obrzydzeniem i pożądaniem jednocześnie. A ona uśmiechała się do niego i mówiła „dzień dobry”.
– Na co macie ochotę? – Piter czuł się w sklepie jak u siebie w domu. Był na swoim terenie.
– Jak śniadanko to może twarożek i chlebek sojowy.
– Ja jeszcze dodam po Marsie dla każdego. A ty, Marion?
– Ja sobie coś znajdę – Marion poszła na drugą stronę sklepu. Piter objął Sarę.
– Ej, przestań.
– Nie żartuj. Strasznie mi się podobasz. Już wtedy, w drzwiach, wiedziałem,
że spędzimy ten poranek razem. Jesteś hrabią Monte Christo. Pocałuj mnie,
proszę.
– Piter, basta. Chyba mnie z kimś pomyliłeś.
– Nie. To jesteś właśnie ty. Nie Marion. Ona jest taka jak wszystkie. Ty jesteś
zupełnie inna.
– No co jest? Idziemy? – Marion stała już przy kasach.
– Idziemy. Chodź Piter.
– Trzeba się jej jakoś pozbyć – szepnął Sarze do ucha.
– Nie opowiadaj takich rzeczy. To moja córka.
– Więc ja będę jej tatą. Marion, czas spać. Jedziemy do domu.
– Nareszcie – Marion była wykończona.
Nie wszystkie dziewczyny miały tyle energii co Sara. Większość odpadała koło 3 rano, a naprawdę mało która była w stanie imprezować non stop przez tydzień. Sara nie tylko to robiła, ale i kochała to robić.
Gdy podjechali pod blok Sary, Marion podreptała grzecznie do swojego bloku obok. Piter natomiast zaprosił się do Sary na śniadanie.
– Ale w domu jest matka.
– I co z tego?
– Niby nic.
– Chodźmy więc. Teraz cię nie zostawię.
I rzeczywiście. Nie zostawił jej. Zjedli razem śniadanie, po czym zostali wysłani przez mamę do sklepu po zakupy na cały weekend.
– Musimy tam teraz iść? – Piter spojrzał Sarze w oczy.
– Co proponujesz?
– Macie tu jakiś park albo lasek?
– Mamy forty.
– Więc udajmy się na forty.
– Po co?
– Chcę pobyć tylko z tobą. Czy ty nic nie widzisz? Kocham cię.
– Przecież nic o mnie nie wiesz.
– Wiem więcej niż ci się wydaje. Nie bój się. Jest tak jak miało być. Musieliśmy się spotkać.
– Co ty prorok jesteś, czy to jakiś nowy styl podrywania niewinnych dziewcząt?
– Czy ty nic nie rozumiesz? Ja cię wcale nie podrywam. To wszystko było
dokładnie zaplanowane.
– Przecież znamy się od kilku godzin. Może jednak wrócimy...
– Głupi pomysł. Przecież jesteśmy już chyba na miejscu.
– Tak, to są właśnie forty. A tam jest moja ulubiona jabłoń. Jest piękna gdy kwitnie, prawda?
– Prawda. Usiądziemy?
– Czemu nie – Piter rozłożył na trawie swoją jedwabną marynarkę. Sara zdążyła się przebrać domu. Miała na sobie krótką spódnicę i T–shirt. Gdy usiedli Piter zaczął ją całować, a ona nie była bierna. Kiedy jednak jego ręka zawędrowała zbyt daleko, zaprotestowała.
– Ale dlaczego?
– Dlatego, że to ani czas, ani miejsce.
– Nie rozumiem. Przecież jesteśmy sami. Świeci słońce, jesteśmy młodzi i się
kochamy.
– Wszystko się zgadza. Więc czas zrobić zakupy.
– Sar, proszę.
– Może jutro, albo za tydzień. Na pewno nie dzisiaj.
– Jak chcesz. Ale ja już powiedziałem. Nie zostawię cię, nie dam ci spokoju.
– To twój problem – Sara nie do końca wiedziała co ma myśleć. Zazwyczaj przelot był prosty. Albo ona wyjmowała faceta, albo facet wyjmował ją, ale nie gadał o miłości ani przeznaczeniu. Sara miała alergię na barokowy podryw. A mimo to Piter pociągał ją niesamowicie. Było w tym coś zwierzęcego. Nic o nim nie wiedziała. Nie kochała go. Miała ochotę się z nim pieprzyć, ale nie chciała tego zrobić na zasadzie jednego strzału. Może rzeczywiście byli sobie przeznaczeni? A może powinna się wyspać, wytrzeźwieć do końca i popatrzeć na całokształt z jakiejś innej perspektywy.
– Kocham cię. Szaleję za tobą. Jesteś taka gorąca.
– Przestań, normalna jestem.
– Nieprawda. Jeszcze nigdy nie kochałem się z nikim tak jak z tobą. Nie wiem, co ty robisz, ale nawet wtedy, gdy nie będziemy mieli o czym rozmawiać, będę z tobą. Bo kochać się z tobą to więcej niż siedzieć w raju.
– Super. Ale ja naprawdę nie robię nic specjalnego. Taka po prostu jestem. Lubię to. I lubię to robić z tobą. Może po prostu do siebie pasujemy.
Seks z Piterem był zawsze świetną zabawą i doskonałym zaspokojeniem wszystkich możliwych pragnień. Nie wstydziliśmy się siebie w ogóle, niczego przed sobą nie ukrywaliśmy, robiliśmy to, na co mieliśmy ochotę i obojgu nam sprawiało to niebywałą frajdę. Uwielbiałam jego zapach i smak. Uwielbiałam jego gładką skórę i twarde mięśnie. Globalnie rzecz ujmując wydawało mi się, że bardzo go kocham i jedynym sposobem, by zatrzymać go na jakiś czas przy sobie był seks, dla niego najważniejszy.
Gdy go spotkałam, wpadłam po uszy po pierwszym spojrzeniu. Chociaż, jak to ja, udawałam chojraka i zanim poszliśmy do łóżka minęły ze trzy dni. Był nieprzytomnie piękny, nie miał ani grama tłuszczu, sama skóra, mięśnie i żyły, miał słodkie zielono–brązowe oczy okolone czarnymi, długimi rzęsami, i to co zachwycało mnie najbardziej, czyli szpakowate włosy. Po naszym drugim spotkaniu przeprowadziłam dyskretny, acz dogłębny wywiad na jego temat. Dowiedziałam się, że pół roku wcześniej skończył trzydzieści jeden lat i nie był z nikim związany. Z dziewczyną nie mógł być dłużej niż tydzień. To był rekord pewnej mojej znajomej. Ona też poinformowała mnie, że nie traktuje kobiet jak ludzi i lubi czasami zabawić się z chłopcami. Niewątpliwie był dla mnie wyzwaniem. Spotykaliśmy się od trzech tygodni i wszyscy w towarzystwie nie mogli się nadziwić temu fenomenowi. A ja byłam szczęśliwa.
Lato raczyło świat wszystkimi swoimi urokami. Noce były upalne i przeznaczone tylko do zabawy. Korzystałam z tego w pełni. W domu jedynie spałam i zmieniałam kreacje. Matka wpadała w szał, a mi było wszystko jedno. Liczyło się tylko dobre samopoczucie i fakt, że Piter był dla mnie cudowny. Jeździliśmy jego mistyczną Białą Damą od knajpy do knajpy. Oglądaliśmy wschody słońca, tańczyliśmy jak wariaci, cały czas się śmialiśmy i kochaliśmy w różnych dziwnych miejscach i na wszystkie możliwe sposoby.
– Czy ty sypiasz z tym swoim Piterem? – matka zawsze chciała wszystko wiedzieć. Denerwowało mnie to okrutnie, bo jej życie seksualne zupełnie mnie nie interesowało.
– Nie, dlaczego raptem? Znamy się dość krótko, a ja nie sypiam z facetami których znam trzy tygodnie, przecież wiesz o tym.
– To dobrze. Martwię się trochę. Nie jestem przekonana czy on jest dla ciebie odpowiedni. Z tego co mówiłaś nie robi nic konstruktywnego, nie wiesz czym zajmują się jego rodzice i jeszcze te ciągłe balangi w jego wieku. To chyba nie jest dobre towarzystwo.
– Mamo, daj spokój. To jest moje życie i to są moi przyjaciele. Pitera bardzo lubię i chcę z nim być. Dobrze się razem czujemy. Po za tym jest lato i trzeba odpocząć.
– Pół roku już odpoczywasz. Przerwałaś studia, nic nie robiłaś, i z tego, co mówisz, pewnie nie dostaniesz się na akademię.
– Dlaczego zaraz mam się nie dostać? Angielski i test mam na pewno dobrze. Problemem może być polski, ale to zależy od osoby, która będzie to sprawdzała. Napisałam na temat. „Tradycja a sztuka współczesna”. A że pisałam o Jimim Hendriksie, Andy Warholu, Clashach i Sex Pistolsach, to wcale nie znaczy, że oni nie mają nic wspólnego z tradycją. Mają, i to bardzo dużo. Oni przeciwstawili się tradycji i ja to w swojej pracy udowodniłam. I nie mów, że nic nie robiłam przez te pół roku. Wychowałam i wyszkoliłam ci psa, prowadziłam dom, udzielałam korepetycji, z powodzeniem, bo Tomek miał czwórkę na koniec roku, a Marta napisała maturę na maksa, i jeszcze pisywałam do różnych gazet. Bądź chociaż odrobinę obiektywna.
– No już dobrze. Tylko ty też zrozum, że ja się o ciebie martwię. Chciałabym, żebyś się jakoś w tym życiu ustawiła. Musisz skończyć studia, mieć odpowiednie towarzystwo, nie tak jak twój brat, który nie wiadomo co robi i gdzie się włóczy.
– OK, możemy skończyć tę rozmowę? Umówiłam się i chciałabym jeszcze umyć głowę.
– Kiedy wrócisz?
– Jutro rano, jak zawsze. Przecież mamy umowę, że jeżeli nie odezwę się przez dobę możesz zacząć się o mnie niepokoić.
– Tak, tak. Tylko uważaj na siebie. Ja idę na dyżur. Za kilka minut ma przyjechać po mnie samochód. Będę w domu za trzy dni. Chciałabym, żebyś była w domu jutro przed dziesiątą. Mają dzwonić ze Szwecji. Nie, co ja mówię, nie jutro tylko pojutrze. Zapomniałam im powiedzieć, że będę w szpitalu, a nie chcę wydawać pieniędzy na dzwonienie do nich.
– Dobrze, ale to ostatni raz. Ciągle o czymś zapominasz, a ja to muszę potem odkręcać. I to wcale nie jest wesołe.
– Zobaczymy.
W tym momencie zadzwonił domofon. Matka pojechała do swojego szpitala, a ja zajęłam się sobą. Piter miał przyjechać o dziewiątej. Tym razem czekała nas wycieczka na rancho dziewczyny jego przyjaciela.
Wyszłam z Bestią, naszą suką, pobawiłyśmy się w „sajgon”, czyli maksymalne szaleństwo. Słońce zamieniło się w karminowoczerwoną płonącą kulę, co wcale nie wróżyło wiatru, bo jak wiadomo dzięki industrializacji klimat dostał pomieszania głowy, a Pitera nie było. Nie przyjechał o dziesiątej, o jedenastej i o dwunastej. Jak głupia stałam w oknie, paliłam papierosa za papierosem i czekałam. A jego nie było. Ogarniało mnie przerażenie. Szalałam za nim, wybaczałam amfetaminę, chciałam mieć z nim dzieci i mówiąc krótko gotowa byłam zrobić dla niego wszystko. A on umówił się i nie przyjechał. Nie chciałam wierzyć, że już mu się znudziłam. To byłoby zbyt banalne. Zbliżały się moje dwudzieste pierwsze urodziny, chciałam je spędzić właśnie z nim, kupiłyśmy na spółkę z Marion, moją przyjaciółką, zabójczą sukienkę na ten jeden dzień, a on mnie najzwyczajniej olewał. Wyciągnęłam z tajemnego barku mojej matki wielką butlę whisky i spiłam się jak chomik.
Następnego dnia kac nie męczył mnie wcale. Jakość ma jednak swoje mocne strony. Postanowiłam zająć się sobą i nie popadać w histerię. Sprzątnęłam całe mieszkanie, pośpiewałam z Korą i Deuterem, poszłam na sześciokilometrowy spacer z psicą, ugotowałam sobie prawdziwy obiad i pod wieczór zasiadłam przed telewizorem.
O ósmej ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłam i własnym oczom nie uwierzyłam. To był on we własnej osobie.
– Jedziemy? – zapytał jakby nic się nie stało.
– Czy ty zwariowałeś? Mieliśmy jechać wczoraj, nie mogłeś mnie jakoś zawiadomić, że plany się zmieniły?
– Plany się wcale nie zmieniły. Ja po prostu zaspałem.
– Jak to zaspałeś? Dwadzieścia cztery godziny?
– Kochanie, przecież wiesz, że ja inaczej mierzę czas. Chodź, oni czekają w samochodzie.
I ja, jak ostatnia idiotka, wzięłam szczoteczkę do zębów i poszłam.
Rancho okazało się być zwykłą działką rekreacyjną w lesie.
– Tylko wceluj w bramę.
– Jakże ja mógłbym nie wcelować. Sar, powinnaś wiedzieć coś na ten temat, a ty mówisz takie głupoty.
– Wcale nie mówię głupot tylko jest ciemno, a Mercedes to duże auteczko.
– Coś ci się w mojej Białej Damie nie podoba?
– Dzieciaki, opanujcie się. Jesteśmy na miejscu i teraz trzeba się relaksować – przytomnie zauważył Marek.
– Puszczamy muzyczkę? – zapytałam z nadzieją na dobrego bluesa.
– Nie ma tu niestety żadnego radia – odpowiedziała Angela.
– A samochód?
– Sar, przecież mi akumulator siądzie.
– Nic ci nie siądzie. Poza tym musi być światło, żeby ognisko rozpalić. Angela, nie masz jakichś spodni? Zimno się zrobiło, a ja niczego nie wzięłam.
– Chodź do domu. Poszukamy. A wy zabierzcie się za to ognisko.
– Dobrze, dobrze.
– Pasują?
– Trochę za obcisłe jak na moje tłuste nogi, ale mogą być.
– Nie przesadzaj.
– Tak sobie gadam.
– Możesz wziąć chleb?
– Oki doki.
– Jak ognisko? Coś wam nie idzie.
– Idzie, idzie, tylko potrzebujemy więcej drewna.
– Jest za domem.
– A kibelek gdzie jest?
– Pod gołym niebem.
– To lubię – Piter wzniósł oczy do niebios. Podszedł do mnie kładąc mi rękę na pośladkach – Moje rancho to jest prawdziwe rancho, a nie takie nic, gdzie nawet ubikacji nie ma. Pojedziemy tam kiedyś, dobrze kochanie?
– Dobrze, kochanie.
– Możemy już piec – powiedział Marek.
– A patyki są? – rozglądałam się, ale ich nie zauważyłam.
– O rany, jeszcze patyki.
– To panowie niech przygotują nam patyki, a my przygotujemy herbatkę – Angela zachowywała się jak moja własna babcia.
– Angela, nie przesadzasz?
– Chodź Sar, mamy już patyki.
– Dobra, dawaj kiełbaski. Piter, nie tak. Czy ty nigdy nie piekłeś kiełbasek. Daj to. Zobacz. Jeżeli nałożysz ją w taki sposób to nie pęknie. Kumasz? – dlaczego uczyłam trzydziestoletniego faceta nabijania kiełbaski na patyk?
– Kumam.
– Sar, długo to trzeba piec?
– Tak circa about. Zobaczycie. Już skwierczą, a to znaczy, że tłuszcz z nich wypływa.
– Niech to diabli!
– Piti, co się stało?
– Oparzyłem się.
– Czy mogę się tym zająć? Ty się w ogóle nie nadajesz do pieczenia.
– No pewnie, że się nie nadaję do pieczenia. Za chudy jestem.
– Nie przesadzaj. Trochę mięska to by się z tych kości obgryzło – zachichotał Marek.
– Marek, ty świnio – Piter udawał bardzo obrażonego geja.
– Zostaw mojego narzeczonego. Dobrze ci radzę – pogroziłam palcem jak na samicę alfa przystało.
– To jest niesprawiedliwe. Im się lepiej te kiełbaski pieką. To jakieś kumoterstwo – Piter kontynuował w tym samym stylu.
– Przecież nasze też się dobrze pieką- roześmiałam się i przytuliłam go.
– Ale oni to robią oddzielnie, a naszymi tylko ty się zajmujesz.
– Więc ty zmień muzyczkę. Proponuję Toma Waitsa.
– Już się robi, mój hrabio Monte Christo – Piter wstał szybko i poszedł do samochodu. Ruszał się jak pantera. Miękko i zdecydowanie. To przez niego zaczęłam zwracać uwagę na męskie tyłki. Do tej pory były mi obojętne. A jego tyłek był jak orzech: kształtny, twardy i maksymalnie kuszący.
Piter poszedł do samochodu, a Marek podstępnie położył na leżaku Pitera latarkę. Ciemno było więc Piti jej nie zauważył.
– Co jest?
– Chłopcy, chłopcy. Nie lubisz tego? – na twarzy Marka pojawił się złośliwy uśmieszek.
– Żeby życie miało smaczek raz dziewczynka, raz chłopaczek – powiedziałam z uśmiechem numer pięć. Atmosfera siadła. Angela wylądowała na kolanach Marka, ja patrzyłam w gwiazdy, a Piter wrzucał gałązki do ogniska. Może trzeba było zapodać Boney M, a nie Toma Waitsa…
– Dobre było jedzonko – zagaiłam.
– Trochę za słone – odpowiedziała Angela.
– Chodźmy spać – zaproponował Marek
– Zobaczcie jakie niebo piękne. Może poczekamy na spadające gwiazdy? – miałam nadzieję, że jednak wieczór uda się zaliczyć do udanych.
– To czekajcie. My idziemy. Wy macie spanie w małym pokoju – stanowczo stwierdziła Angela.
– Dobra – odpowiedziałam i Marek z Angelą oddalili się. Zostaliśmy sami. Naprawdę czekałam na tę spadającą gwiazdę. Chciałam być z Piterem jak najdłużej. To było moje jedyne życzenie.
– I co, słoneczko? – Piter przykucnął przy moim leżaku.
– W zasadzie nic nowego. Bardzo cię kocham – pogłaskałam go po policzku.
– Nie mów takich rzeczy – jego twarz zmieniła się.
– Dlaczego? Czy coś się stało?
– Nie, tak tylko, nie wiem zresztą. Chcesz tu jeszcze posiedzieć?
– Umyjmy ząbki i wskakujmy do łóżeczka. Muszę być w domu przed dziesiątą.
– Załatwione.
Okazało się, że przypadło nam w udziale łóżko półosobowe, ale jak to my, daliśmy sobie radę bezbłędnie, baraszkując dość głośno. Czułam jednak, że coś jest nie tak jak być powinno. Coś się skończyło, a nic nowego się nie zaczęło. Po wszystkim Piter po raz pierwszy odwrócił się do mnie plecami i po prostu zasnął. Mi się to jednak nie udało. Wsłuchiwałam się w jego oddech i zastanawiałam, co muszę zrobić, żeby mnie nie zostawił. Gdy rano obudziłam go w nasz ukochany sposób, warknął tylko, żebym zostawiła go w spokoju, bo nie ma jeszcze ochoty wstawać.
Wyszłam więc na dwór i łzy same spływały mi po policzkach. Było pięknie, słońce młodziutkie, las zielony i pełen życia, wiewiórka na drzewie, a ja czułam się tak samotnie. O ósmej uświadomiłam sobie, że przecież muszę być w domu na dziesiątą. Już bez przytulań i pocałunków obudziłam Pitera, Markowi i Angeli oznajmiłam, że czas dojrzał i po trzydziestu minutach wyruszyliśmy do Warszawy.
Założyłam czarne okulary i nie chciałam z nikim rozmawiać. Nawet policjant,
domagający się dowodu rejestracyjnego Białej Damy, czyli piterowego Merca, mającej lat dwadzieścia pięć i nie posiadającej pozwolenia na jazdę ze względu na rozpadające się hamulce, mnie nie wzruszył. Nie próbowałam go bajerować tak jak Angela. Stwierdziłam tylko, że cholernie mi się spieszy i auteczko już sobie obejrzał, więc za pozwoleniem ruszamy dalej. Odwieźliśmy Marka i Angelę. Gdy podjechaliśmy pod mój blok, Piter nie pocałował mnie na „do widzenia”, ani nie umówił się ze mną na następne spotkanie. Czułam, że umieram.
Balangi w Fugazi, Marylin, Amfie i na Barce odbywały się codziennie. Ludzie byli wspaniali, wszyscy dokładnie wiedzieli co się stało, ale nikt tego w moim towarzystwie nie komentował. Aż nadeszły moje urodziny. W ten dzień DePress grał dodatkowy koncert, jakby specjalnie dla mnie. Miałam na sobie przygotowaną wcześniej acidową, obcisłą sukienkę i bawiłam się doskonale. Po koncercie pojechaliśmy z Fatimem, Marion i Młodym na Barkę.
– Szampan dla tej pani – zarządził nieźle już pijany Dziubek. Moje dwudzieste pierwsze urodziny trwały. Gdy tańczyłam większość facetów nie mogła oderwać ode mnie wzroku i wszystko byłoby w porządku, gdybym nie zobaczyła Marka.
– Najlepsze życzenia.
– Dzięki. Słuchaj, nie wiesz co się dzieje z Piterem?
– Też go szukam. Chyba mu ryja obiję. Po tym jak się rozstaliście zupełnie mu odjebało. Bierze proszek dwadzieścia cztery na dobę, kopci jak lokomotywa i nie można się z nim dogadać. Na razie nie zaczął jeszcze na szczęście pić. Umówił się ze mną na dzisiaj rano i radośnie się nie pojawił. Straciłem przez to co najmniej pięć baniek. Powinien gdzieś tu być. Tak mi powiedzieli w Marylin.
– Wewnątrz go nie ma.
– To musi być na zewnątrz. OK, idę po jakieś piwo. Chcesz coś?
– Nie, dzięki, pójdę na spacer.
– To chyba nie jest dobry pomysł. Tam dalej kręcą się jakieś typy. Zostań tutaj i baw się dalej. Zawiadomić cię, jak go znajdę?
– Nie wiem.
– Zapomnij o nim. On już jest dla ciebie stracony. Przestań o nim myśleć. Naprawdę. Zajmij się sobą, daj się porwać Fatimowi.
– Fatim mnie nie interesuje w taki sposób. To funfel. No i opiekuję się nim, bo Dżamba nie może zerwać tego kontraktu, to byłby dla nich koniec, a na to nie mogę pozwolić. Za bardzo zależy mi na karierze Rona.
– To pozwól, żeby zakochał się w tobie ktoś inny, jest przecież tylu chętnych.
– To musi samo minąć. Nie ma nic na siłę.
– Może i masz rację. Trzymaj się, nie powiem ci czy go znalazłem, dobrze?
– Dzisiaj ty jesteś mądrzejszy.
– To do zobaczenia.
– Ciao...
Wszystko uciekło. Poczułam się jakby spadł na mnie blok lodowy. Odechciało mi się tańczyć. Olałam nawet poznanego kiedyś Perschinga, który ze swoją świtą zaszedł na Barkę. A wiadomo, że jak on zachodził to bar się otwierał. A jak był w dobrym humorze to rozdawał dziewczynom biżuterię albo dolary, ot tak, po prostu… Do mnie miał słabość, bo nigdy mu nie uległam, ani nic od niego nie brałam. Gdy piliśmy razem to płaciłam za swoją wódkę, co doprowadzało go do szału. Ale to był fajny szał. Lubiłam go i tych jego bezkarkich pracowników. Tak samo jak lubiłam naszych osiedlowych pijaczków, którzy od 6 rano stali pod sklepem. I którzy zachwycili się ganją, choć nie porzucili dla niej alkoholu.
– Marion, idę się przewietrzyć. Ponoć Piter znajduje się gdzieś w okolicy i chyba nie mam ochoty go spotkać. Wrócę za jakiś czas i zbierzemy się do domu.
– Coś nie tak?
– Po prostu nie chcę go widzieć, to by bardzo bolało.
– OK, chcesz piwo?
– Nie dzięki, wezmę te resztki szampana. To takie romantyczne pić samotnie szampana na brzegu Wisły w noc poprzedzającą własne narodziny.
– Przecież już jest po północy.
– No tak, to jest dwudziesta pierwsza rocznica mojego przybycia na ten padół łez.
– Ej, nie przesadzaj. Jeszcze się wszystko ułoży.
– Nie wiem, może... Idę.
Znowu odprowadzał mnie głodny wzrok samotnych facetów, ale oni zupełnie się dla mnie nie liczyli. Wyszłam na brzeg i pierwszą rzeczą na jaką się natknęłam był samochód Pitera. Jego samego nie było. Pobiegłam przed siebie, nie chciałam, żeby ktoś zobaczył jak płaczę. Urodziny. Najsmutniejsze urodziny, jakie do tej pory przeżyłam. Człowiek, którego kochałam był w tej samej knajpie co ja i nawet nie przyszedł powiedzieć mi „dzień dobry”, „najlepszego na urodziny” albo „pocałuj mnie w dupę”. Chciałam być na niego wściekła, ale ni diabła mi się to nie udawało. Patrzyłam na księżyc i pytałam: dlaczego ja? Dlaczego go wtedy spotkałam w tym głupim Fugazi, dlaczego zaproponował mi drinka, dlaczego go przyjęłam, dlaczego grałam z nim w bilard, dlaczego nie zauważyłam, że udało mi się tak łatwo wygrać, dlaczego pozwoliłam się odwieźć do domu, dlaczego umówiłam się z nim i dlaczego muszę tak cierpieć? Dlaczego ja?
– Kurwa mać! Dlaczego właśnie ja? – mówiłam do siebie przez łzy.
– Hej panienko, może się napijemy razem? – zapity głos jakiegoś menela sprowadził mnie na ziemię.
– Może nie dzisiaj.
– A może jednak? – menel zbliżał się do mnie.
– Może nie. Na barce czekają na mnie znajomi. Jeżeli nie wrócę za pięć minut zaczną się denerwować i może nie być zbyt przyjemnie. Zajrzyj jutro. Spróbuję się urwać.
– Zawsze mówicie to samo. Wszystkie baby to dziwki – powiedział, co wiedział i poszedł w swoją stronę. Napięcie opadło. Powoli zaczęłam wracać. Samochód ciągle tam stał. Jako znana psychomasochistka usiadłam na krawężniku i czekałam. W zasadzie nie chciałam go spotkać, a jednak robiłam wszystko, żeby go zobaczyć.
Pojawił się nagle z jakąś blondyną przy boku. „Wszystko, tylko nie blondyna.” – pomyślałam i coś skręciło mi się w żołądku.
– A co ty tutaj robisz? – Piter podszedł do mnie i kucnął. Miałam jego twarz na wysokości swojej.
– Obchodzę swoje urodziny – uśmiechnęłam się. Nie mógł wiedzieć jak bardzo jest mi źle.
– Piti! – zawyła blondyna – Fazi ucieka!
– Wybacz kochanie, ale musimy ścigać Faziego – podniósł się i najwyraźniej chciał odejść. Żadnego wytłumaczenia, żadnych, nawet kurtuazyjnych życzeń, Fazi i blondyna byli ważniejsi. Nachylił się jeszcze, żeby mnie pocałować.
– Piter – podniosłam się – wybacz, ale muszę – i walnęłam go z całej siły pięścią w twarz. Nic nie powiedział, spojrzał mi głęboko w oczy i nie znajdując w nich niczego oprócz pustki powoli poszedł do auta.
Stałam cały czas w tym samym miejscu. Ruszył z piskiem opon i o mały włos mnie nie przejechał. Ale nie poruszyłam się. To był mój dzień i nie miałam najmniejszego zamiaru schodzić nikomu z drogi.
Gdy wróciłam na Barkę wszyscy już wszystko wiedzieli. Napiłam się wódki z butelki, rozejrzałam się, namierzyłam kogo trzeba i spędziłam uroczy poranek w łóżku jednego ze swoich cichych wielbicieli.
Piąta rano. Znajome ulice, znajome domy. Przystanek przy stacji Amstel. Trochę z drugiej strony, ale tramwaje już jeździły, o tej porze kanarów się nie spodziewałam, więc dwunastką dotarłam w okolice domu Klaasa. Torbę miałam nie zbyt dużą; nie lubię podróżować z ciężkim bagażem, bo nigdy nic nie wiadomo, nie czekałam więc na następny tramwaj, tylko na piechotę wybrałam się na Van Oldebarneveltstraat. Trudno opisać uczucie jakie mnie ogarnęło, gdy zobaczyłam znajomy pomniczek człowieka ze skrzypcami pod pachą, w kapeluszu i bez głowy.
Zapukałam do drzwi Klaasa. Raz, drugi – nic. Zadzwoniłam. Też nic. Mógł wychodzić wcześnie, pracował w Utrechcie, ale przecież nie jeździł tam codziennie, a po za tym nigdy nie zdarzyło mu się wychodzić przed ósmą. Na wakacje nie wyjechał, bo nic o tym nie pisał. Co się więc stało? Powoli zaczynałam tracić dobry humor. Była ósma, ja po całej nocy w głupim autobusie, nie czułam się zbyt wypoczęta, a tu nie ma dokąd pójść. Usiadłam na krawężniku. Zjadłam ostatnie jabłko. Ludzie powoli zaczynali wychodzić z domów. Nie zwracali na mnie zbytniej uwagi. W Amsterdamie wszystko się przecież może zdarzyć, a widok dziewczyny siedzącej na krawężniku i jedzącej jabłko nie jest niczym dziwnym. Po dłuższej chwili wytężonej pracy umysłowej postanowiłam wykonać kilka telefonów. W końcu spędziłam w tym mieście prawie pół roku i parę osób udało mi się poznać. Pieniądze wymieniłam w pobliskim sklepiku tytoniowym i zabunkrowałam się w budce telefonicznej.
Ku mojemu wielkiemu przerażeniu nigdzie nikogo nie było. Automatyczne sekretarki uprzejmie informowały mnie, że ich właściciele są aktualnie we Francji, w Niemczech albo nie są w stanie odebrać telefonu i oddzwonią, gdy tylko będą mogli.
„O shit...” – pomyślałam i bezradnie podrapałam się w głowę. Sytuacja zaczynała się komplikować. Klaas miał mieć dla mnie klucze do mieszkania Gert Jana, które ten ostatni oddał mi do dyspozycji na całe dwa miesiące, ponieważ sam wyruszył w podróż do Indonezji. Prawdą było, że miałam przyjechać tydzień później, ale po tym, co wydarzyło się na Barce nie miałam ochoty siedzieć w Polsce i rozpamiętywać swojej nieszczęśliwej miłości. Balangi bez Pitera nie interesowały mnie zupełnie, na Marion nie mogłam liczyć, prowadzała się z Młodym, a nie znosiłam go chronicznie. Brat przebywał jak zwykle nie wiadomo gdzie, mieliśmy się spotkać w połowie lipca w Amsterdamie. Jedynym rozsądnym wyjściem wydawał mi się wyjazd. Próbowałam dzwonić do Klaasa, ale nikt nie odbierał telefonu. Wsiadłam więc do autokaruobusu i przyjechałam. Jak się okazało w dość głupim momencie.
Skąd wziął mi się pomysł pójścia na policję i sprawdzenia numeru Klaasa, nie wiem. W każdym razie poszłam, panowie policjanci byli oczywiście niezwykle uczynni i dowiedziałam się, że ten numer jest chwilowo odłączony. Z jakiej okazji nie było wiadomo, znaczyło to jednak, że żeby spotkać Klaasa, powinnam koczować pod jego domem. Na pożegnanie dostałam wykaz hoteli studenckich. I tak na nic mi to było, pieniądze miałam dokładnie wyliczone, więc mieszkanie gdziekolwiek, nawet za najmniejszą kwotę, równało się głodowaniu przez co najmniej dwa dni.
Zachciało mi się siusiu. Takie banalne, a jednak męczące. Na szczęście właściciel okolicznego pubu poznał mnie i nie dość, że mogłam się spokojnie wysiusiać i odświeżyć, to dostałam śniadanie w cenie promocyjnej plus butelka wody mineralnej Spa gratis. Wytłumaczyłam mu moją sytuację, zgodził się zatrzymać u siebie moją torbę, a ja wyruszyłam w miasto. Nie miałam pieniędzy na bilety, poruszałam się więc w sposób iście ekologiczny, czyli na własnych nogach.
Lootsstraat, ulica przy której mieszkał Gert Jan, znajdowała się mniej więcej dwadzieścia minut drogi od domu Klaasa. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałam, że może ktoś tam jest. Wiedziałam dokładnie, które to są okna. Żaluzje były odsłonięte, a to oznaczało, że w mieszkanku było pusto. Histeryzować nie miałam siły, usiadłam więc w pubie naprzeciwko, zamówiłam sok pomarańczowy i czekałam nie wiadomo na co. Myśleć praktycznie przestałam. Tępo patrzyłam przed siebie.
Gert Jan był biseksualistą, gdy zobaczyłam więc geja (jak ja ich rozpoznaję???) wychodzącego ze sklepu i kierującego się do domu nieopodal z kluczami w ręku, wystartowałam jak dobrze wytrenowana klacz i zaczęłam motać.
– Cześć. Słuchaj nie znasz może Gert Jana mieszkającego w tym domu?
– Dlaczego miałbym go znać?
– Sorry, ale ty jesteś gejem, a on jest biseksualistą, mieszkacie na jednej ulicy więc pomyślałam, że może się znacie. Tak po sąsiedzku. Bo wiesz, przyjechałam z Polski, miałam tu mieszkać tylko nie mogę złapać faceta, który ma dla mnie klucze i nie za bardzo wiem, co dalej robić. Pieniędzy nie mam, więc chyba przyjdzie mi spać pod krzakiem. Myślałam, że jeżeli go znasz, to może wiesz, kto jeszcze może mieć klucze od jego mieszkania - wyplułam z siebie niczym karabin maszynowy całą serię.
– Przykro mi, ale mieszkam tu od niedawna i chyba raczej go nie spotkałem. Ale jeżeli zupełnie nie będziesz miała gdzie nocować, to przyjdź do mnie. Mam teraz co prawda gości i planujemy małe party na wieczór, ale będzie też trochę dziewczyn. Miejsce do spania będzie tylko na podłodze, ale chyba lepsze to niż nic.
– O basta. Dzięki. Ja naprawdę nie miałam zamiaru prosić cię o tak dużo. To będzie ostateczne rozwiązanie, jeżeli zupełnie niczego nie znajdę. Jeszcze raz dziękuję.
– Nie ma sprawy. Jak nie przyjdziesz, to będzie to znaczyło, że wszystko jest w porządku, dobrze?
– No pewnie.
– To na razie.
– Ciao.
Tacy właśnie byli mieszkańcy Amsterdamu. Bezinteresowni, uczynni. Kochałam to miasto. Nie byłam jednak pewna, czy chcę spędzić tę noc na gayparty. Nie miałam do nich nic, a nawet bardzo ich lubiłam, sama nie stroniłam od dziewcząt, ale byłam zbyt zmęczona. A głupio przecież pójść na imprezę i położyć się spać.
Zbliżała się dwunasta, musiałam więc odebrać torbę z pubu. Idąc Bilderdijkkade, zobaczyłam przed sobą klasycznego załoganta, ubranego w pomarańczowe spodnie, farbowane własnoręcznie, tęczową podkoszulkę i zmęczone glany. Na głowie miał pomarańczowo–czerwone dready. Mózg pracował. Mój mózg.
– Hej, nie znasz może jakichś squatów gdzieś tu w okolicy?
– A i owszem, znam. A po co ci squat?
– Bo nie mam gdzie spać. U nas zawsze można na jakimś squacie przenocować, chociaż, szczerze mówiąc, nie ma ich zbyt wiele. Co innego w Berlinie – moja wiedza o squatach ograniczała się do barwnych opowieści znajomych, ale on wcale nie musiał tego wiedzieć.
– Widzisz ten wielki biały budynek po drugiej stronie kanału?
– No i...?
– To jest właśnie squat. Cholernie rygorystyczny, mieszkają tam sami socjaliści, mają fioła na punkcie porządku, ale możesz spróbować. Kawiarnię otwierają o pierwszej. Rozmawiaj z Margot. Ona jest tam szefem. Niby komuna, ale ktoś rządzić musi.
– Czy ta Margot nie ma przez przypadek wielkich czarnych oczu i włosów do pasa?
– A i owszem, ma. A co, znasz ją?
– Tak mi się wydaje. Bardzo mi kiedyś pomogła. Byłam tu w zimie, trochę za dużo wypiłam, potem wypaliłam kilka jointów i haszysz, a potem zjadłam frutti di mare i mnie ścięło. Odwiozła mnie do domu i zaaplikowała kurację zwrotną.
– Ona jest w porządku. Jeżeli będą mieli jakieś miejsca, powinni cię przyjąć na jedną noc za friko. Potem trzeba już płacić.
– Dzięki za informacje. Może się tam spotkamy.
– A i owszem, będę koło piątej.
– OK, dzięki jeszcze raz. Cześć.
– Trzymaj się.
No i kto by pomyślał, że Margot szefuje na squacie. Miała wyjechać do Stanów na studia. Ale najwyraźniej nie wyjechała, więc miałam duże szanse na nocleg. Chociaż mieszkanie na squacie też nie bardzo mi się podobało. Chciałam się wykąpać i spokojnie położyć spać. Z Margot nie byłoby to możliwe. Musiałabym siedzieć i gadać. Dwie noce niby można wytrzymać, tylko po co. Ale z drugiej strony lepsze to niż gayparty. Po za tym, gdyby nie udało mi się znaleźć Klaasa przez czas dłuższy, nocleg miałabym zapewniony.
Gdy tak szłam i rozmyślałam, zaczepił mnie dość marnie wyglądający koleżka.
– Ej Pensilvania State Police. Jesteś ze Stanów?
– Dlaczego raptem ze Stanów?
– Bo ja jestem ze Stanów i miło spotkać rodaka – całkiem jakbym słyszała polskich emigrantów politycznych z Paryża.
– Jestem z Polski.
– To dlaczego nosisz taką głupią plakietkę na ramieniu?
– Dość długa historia. Chodzi o to, że wszyscy moi znajomi mają takie kurtki. Często się zdarzało, że się myliły więc postanowiłam ją jakoś naznaczyć. A, że taka plakietka? Chyba lepsza niż jakieś Guns’N’Roses czy coś w tym stylu. Poza tym jest tylko jedna taka w moim mieście.
– A z jakiego miasta pochodzisz?
– Z Warszawy.
– To chyba stolica Polski, prawda?
– Cóż za olśniewająca wiedza jak na Amerykanina.
– Czemu się ze mnie naśmiewasz?
– Bo Amerykanie nie cieszą się zbytnim szacunkiem w kwestii wiedzy ogólnej.
– Wiem.
– Co robisz w Amsterdamie?
– Egzystuję.
– To znaczy?
– Musiałem uciekać ze swojego kraju. Czepiali się mnie ciągle, miałem tego dosyć.
– Dlaczego się czepiali i kto się czepiał?
– Policja się czepiała, że noszę broń i nie mam pozwolenia. Tyle tylko, że pozwolenie kosztuje, pistolet też kosztuje. Ja sobie guna ukradłem, a oni mi zarzucali, że uskuteczniam napady z bronią w ręku. Bzdura. Raz wszedłem do sklepu, guna miałem za pasem, a właściciel w histerię. Musiałem wiać, lubię mieć spokój, a oni się mnie czepiali.
– Tak bywa. Ten świat nie jest zbyt sprawiedliwy.
Też mi się trafiło. Napady z bronią w ręku. O shit… Musiałam się go jakoś pozbyć. Napady to spoko, mnie na ulicy by raczej nie napadł, ale nie wyglądał na dostatecznie zrównoważonego psychicznie, bym mogła czuć się totalnie bezpiecznie.
– Masz jakieś plany na dzisiaj?
– Muszę odebrać swój bagaż i znaleźć pewnego koleżkę. Ale chyba nie spotkam go wcześniej niż za godzinę. Nie wiem zresztą.
– To chodź po ten twój bagaż, potem pójdziemy po mój zasiłek, kupimy sobie piwo i usiądziemy gdzieś na trawie.
– Nie wiem, czy będę miała czas, ale póki co możemy pójść.
Odebrałam torbę, którą Frank bez problemu przerzucił sobie przez ramię, poszłam do mieszkania Klaasa, ale oczywiście nikogo nie zastałam, zostawiłam kartkę, że jestem w mieście i nocować będę prawdopodobnie na squacie, więc niech mnie znajdzie jak przyjedzie, po czym udaliśmy się po zasiłek.
– Zdarza mi się czasami pracować, ale niewiele umiem. Widzisz te rynny? To ja malowałem. Nie płacą zbyt dużo. Chciałbym mieć normalną, stałą pracę, ale i tak mają tu duże bezrobocie. O tyle lepiej niż w Stanach, że na zasiłku można spokojnie przeżyć. Dają dziesięć guldenów co tydzień i codziennie karton mleka i pół chleba. Mieszkanie dostałem od znajomych. Jak chcesz mogę ci pokazać. Fajne jest.
– Daleko?
– Nie, przy tamtym kanale.
– To możemy się przejść. Długo tu jesteś?
– Dwa lata. Na początku było ciężko, bo nic mi nie przysługiwało. Potem spotkałem parę fajnych osób i bardzo mi pomogli.
– Nie chcesz wracać do Stanów?
– Na razie nie mogę. Może za kilka lat. Ale w zasadzie nie mam tam po co wracać. Nie mam żadnej rodziny, żadnego domu. Tutaj jest łatwiej. I nie ma tylu wariatów, co tam.
– Jakich wariatów?
– No tych co biegają z gunami i strzelają do wszystkiego, co się rusza. Tutaj jest spokojnie. Lubię to miasto.
– Ja też je lubię.
– Na długo przyjechałaś?
– Jeszcze nie wiem. To się samo rozwiąże. Jak mi się znudzi to wrócę.
– Gdzie mieszkasz?
– Na razie nigdzie. Muszę mieć te klucze.
– Jak byś nie miała gdzie nocować, to możesz przyjść tutaj. Nie zamykam swojego domu, bo nie ma po co. Nic tam nie ma, a poza tym ja wszystko łatwo gubię. Głupio zgubić klucze do własnego domu.
– Rzeczywiście głupio – nie wiedziałam, o czym z nim rozmawiać. Praktycznie mógł prowadzić niekończący się monolog, ale nie chciałam wiedzieć zbyt dużo. W ogóle nie chciałam nic o nim wiedzieć. Chwilowo nie było jednak szansy na uwolnienie się od niego. Zawsze ściągałam jakichś kryminalistów albo psychopatów.
– To tutaj – Frank z dumą wskazał na rozlatującą się łódź.
– No nieźle. Dostałeś ją?
– Niezupełnie. Znajomi pożyczyli mi ją na lato. W zimie nie da się na niej mieszkać. Nie ma ogrzewania, ani ubikacji. Ale na teraz jest świetna. Chcesz wejść do środka?
– Może później – spojrzałam na zegarek – Muszę zadzwonić. Jest gdzieś tutaj telefon?
– Na poczcie – Frank nie był zbyt zadowolony, a ja postanowiłam nie ładować się do paszczy lwa.
– Pójdziesz ze mną?
– Chyba nie. Przecież tu wrócisz.
– Tak, ale nie wiem kiedy.
– Możesz zawsze przyjść.
– Pojawię się na pewno.
Gdzie była poczta główna, wiedział każdy. Z Rembrandt Plain do Munt Plain nie było daleko. Jeszcze raz zadzwoniłam do kilku znajomych, którzy nie mieli prawa wyjechać z miasta. Nagrałam się, zostawiłam adres squatu, na który się ostatecznie zdecydowałam i ruszyłam przeprowadzić poważną rozmowę z Margot.
Nie powiem, że się zdziwiłam, gdy o drugiej po południu weszłam do zatłoczonej kawiarenki. Przecież załoganci na całym świecie są tacy sami. Podeszłam do baru.
– Gdzie jest Margot?
– Wyszła gdzieś. Powinna wrócić wieczorem. A co?
– Nic, po prostu muszę z nią porozmawiać. Nie mam gdzie spać. Chodzi tylko o jedną noc. Myślałam, że będę mogła zatrzymać się tutaj.
– Małe szanse. Mamy full. Wszystkie pokoje zajęte. Margot się raczej nie zgodzi.
– Dzięki za pocieszenie.
– Tak już jest – barmanka nie była zbyt miła.
Rozejrzałam się po twarzach zgromadzonych tam ludzi. Część była już nieźle upalona, z nimi nie miałam zamiaru rozmawiać. Natomiast przy stoliku nieopodal drzwi siedziało trzech facetów, a jeden z nich był najprawdziwszym, południowoamerykańskim Indianinem.
– Przepraszam, czy mogę cię o coś zapytać? – przybrałam najbardziej uwodzicielski wyraz twarzy.
– Ja bardzo słabo mówię po angielsku – odpowiedział mój Indianin rzeczywiście łamaną angielszczyzną. – Znasz francuski?
– Trochę – przeskoczyłam na język Napoleona z dużymi trudnościami.
– Więc o co chodzi?
– Je cherche un place pour coucher – stwierdziłam radośnie, dumna z siebie, że udało mi się poprawnie złożyć całe zdanie i jeszcze zawrzeć w nim wszystko co trzeba. Jednak reakcja słuchających nieco mnie zaskoczyła.
– A z kim jesteś?
– Jak to z kim? Sama.
– Więc z kim chcesz spać? Ze mną? – w tym momencie uświadomiłam sobie, że kretyńscy Francuzi inaczej określają spanie w sensie fizjologicznym i spanie w sensie sexowym. Nieopatrznie złożyłam Indianinowi propozycję teoretycznie nie do odrzucenia. Tyle osiągnęłam po czterech latach nauki francuskiego w liceum.
– O Boże. Miałam na myśli dormir, a nie coucher. Mój francuski nie jest najlepszy.
– Aha – Indianinowi mina trochę zrzedła.
– Mów po angielsku, ja przetłumaczę. – zaofiarował się ostrzyżony na pasek koleżka w lakierkach.
– No więc przyjechałam do Amsterdamu dzisiaj rano i nie mogę złapać faceta, który ma klucze od mojego mieszkania. Nie wiem, czy go znajdę do wieczora więc szukam jakiegoś noclegu, tak na wszelki wypadek – koleś przetłumaczył.
– Ciężko będzie. My mieszkamy tutaj, a o ile wiem mają już full. Chyba, że zgodzisz się spać w naszym pokoju na podłodze.
– Może być. Spróbuję jeszcze poszukać tego gościa. Jeżeli nic się nie wydarzy, przyjdę tutaj.
– Dobra. To umówmy się na dziewiątą.
– Super.
Nie potrzebowałam już Margot. Miałam gdzie spać, poznałam zabójczo przystojnego Indianina, wszystko zaczęło się jakoś klarować. Jeszcze raz poszłam pod dom Gert Jana. Z niewymowną tęsknotą spojrzałam w okna. Tam czekało na mnie łóżeczko i łazienka. Wszystko czyste i świeże. Stałam tak na środku ulicy i cierpiałam. Zmęczona byłam okrutnie. Moja twarz niewątpliwie stała się teraz niezwykle piękna i szlachetna. Zawsze tak wyglądałam, gdy byłam mega zmęczona. Oczy same mi się zamykały, marzyłam o gorącej kąpieli i kubku gorącej czekolady. Z rezygnacją podniosłam torbę i krokiem bardziej posuwistym niż marszowym czy nawet spacerowym, udałam się w stronę domu Klaasa. Nie chciałam o niczym myśleć, co jednak nie było zbyt proste. Indianin zapadł głęboko i zastanawiałam się, czy będzie chciał się ze mną przespać. Nie byłam pewna swoich odczuć. Kiedyś postanowiłam sobie, że nie będę się kochała z żadnymi cudzoziemcami. Groźba AIDS odnosiła się w moim mniemaniu przede wszystkim do nich. Z drugiej jednak strony prezerwatywy zawsze nosiłam przy sobie, a Indianin przystojny był niebywale. Po za tym mieć na koncie prawdziwego potomka Azteków to nie byle co. Nie mogłam się zdecydować. Usiadłam na krawężniku i zapaliłam papierosa. Rozważałam wszystkie za i przeciw. Lojalna wobec Pitera nie musiałam być. Ale przecież mój nowy znajomy mógł być z kimś, albo mógł być gejem. Za mało o nim wiedziałam.
Z zamyślenia wyrwał mnie czyjś niski głos.
– Hej, można ci w czymś pomóc? – podniosłam głowę i zobaczyłam po drugiej stronie ulicy Araba, stojącego przy czarnym Fordzie. Nikogo innego w okolicy nie stwierdziłam, więc pytanie to musiało wydobyć się z jego ust i być skierowane do mnie.
– Ja nie mówię po holendersku – nie była to absolutna prawda, byłam jednak zbyt zmęczona, żeby tłumaczyć własne myśli na język van Gogha.
– Pytałem, czy można ci w czymś pomóc – Arab przerzucił się na angielski ze słynnym, bliskowschodnim akcentem.
– Jeżeli masz jakieś miejsce, gdzie mogłabym dzisiaj przenocować, to pewnie tak – nie wiem dlaczego to powiedziałam. Miałam przecież gdzie spać, a Arab do szczęścia był mi absolutnie zbędny. Najwyraźniej przywykłam już do pytania wszystkich o nocleg, zaczęłam działać automatycznie.
– Nie rozumiem. Jakie miejsce?
Podeszłam do auta i wyjaśniłam swoją sytuację. Koleżka był niższy i szczuplejszy ode mnie. Jedyne, co nas łączyło to mnóstwo czarnych włosów na głowach.
– Spróbuję ci pomóc. Wrzuć torbę do bagażnika i wsiadaj do samochodu.
– Ale ja nie chcę ci sprawiać kłopotu. Przecież się w ogóle nie znamy.
– To jest dla ciebie problem?
– Jaki problem?
– Że wsiądziesz do mojego auta.
– To nie jest problem, to znaczy, ja po prostu nie chcę, żebyś marnował swój czas.
– Nie marnuję swojego czasu. Jeżeli nie masz innych problemów, to po prostu wsiądź i spróbujemy coś załatwić. Jesteś bardzo piękną dziewczyną – jego ręka dotknęła mojej twarzy.
„Zaczęło się. Oni wszyscy są tacy sami. Pewnie, że jestem piękną dziewczyną. Błękitne oczy, tyłek, cycki. Ale nic to. Co on mi może zrobić? Grunt to dyplomacja” – myślałam zapinając pasy.
– Jak się nazywasz?
– Sara.
– Jeff. Pojedziemy najpierw do mojego kolegi, który pracuje w małym hotelu.
– Nie mam pieniędzy na hotel.
– Nie dobrze. Ale może da się coś załatwić. W jakim mieście mieszkasz?
– W Warszawie.
– Długo będziesz w Amsterdamie?
– Dwa tygodnie. Przyjechałam, żeby odpocząć od Polski, od znajomych. Mam nadzieję, że poznam dużo ludzi i będę się dobrze bawiła. Chociaż teraz, szczerze mówiąc, w ogóle nie mam ochoty na zabawę.
– Nie dziwię się. Jesteśmy na miejscu. Poczekaj tutaj.
– Dobrze – było mi wszystko jedno.
Wrócił po piętnastu minutach.
– Przykro mi. On dzisiaj nie pracuje. Dzwoniłem do innych znajomych, ale nie udało mi się nic załatwić.
– No cóż...
– Nie martw się. Coś wymyślimy. Nie możesz przecież spać na ulicy. Jesteś głodna?
– Trochę.
– Na co masz ochotę?
– Słuchaj, ja naprawdę nie chcę ci sprawiać kłopotu. Zrobiłeś, co mogłeś więc pozwól mi pójść swoją drogą. Nie widzę powodu dla którego miałbyś płacić za mój obiad.
– Przestań, podobasz mi się, więc chcę ci pomóc. Pojedziemy na obiad i pomyślimy co jeszcze można zrobić. Więc co chcesz zjeść?
– Pizzę – poddałam się. Wiedziałam, że gdy taki typ mężczyzny płaci za kobietę to później traktuje ją jak swoją własność. Byłam jednak zmęczona i naprawdę głodna. Nie miałam też zamiaru sprzedawać się za pizzę, wierzyłam w siłę własnej elokwencji.
– Skąd pochodzisz? – zapytałam, gdy znaleźliśmy się znowu w samochodzie.
– Z Iraku. Przyjechałem tutaj pięć lat temu.
– Dlaczego?
– Nie miałem tam zbyt dużych perspektyw. Po za tym ciągle wojna. Nie miałem już na to siły. Ale kiedyś tam wrócę. Jestem pewien, że wrócę gdy będę miał odpowiednio dużo pieniędzy i będę mógł spokojnie żyć.
– Czym się zajmujesz?
– Import – export. Mam małą firmę, nieźle sobie radzę.
– Masz rodzinę?
– Nie, mam tutaj dziewczynę. Ale to nic dużego. Jest ze mną, bo mam pieniądze. To znaczy pewnie mnie jakoś kocha, ja ją też kocham, ale zupełnie bez zobowiązań. Dlatego się zdziwiłem, że zaczęła na mnie wrzeszczeć, gdy powiedziałem jej o tobie.
– Ja się nie dziwię. Gdybym była z facetem, a on sprowadziłby jakąś pannę z ulicy do domu, też nie byłabym zachwycona.
– To nie tak. Nie jesteś z ulicy. Po prostu masz kłopoty, a ja chcę ci pomóc.
Jego ręka znalazła się na moim kolanie.
– Dokąd jedziemy?
– Muszę zajrzeć na chwilę do warsztatu. Odebrałem wczoraj samochód, a nie było faceta, który przyjmuje pieniądze. Nie denerwuj się. Mamy przecież dużo czasu.
Jechaliśmy przez nowy Amsterdam. Zupełnie nie znałam tej części miasta i nie miałam ochoty jej poznać. Były to zwykłe bloki jakich pełno na całym świecie. Może tylko trochę bardziej czyste i zadbane. Dla nas, ludzi bądź co bądź ze wschodu, bardzo eleganckie, dla tubylców po prostu próba rozwiązania problemów mieszkaniowych przybywających z krajów trzeciego świata. Myślę, że gdyby zobaczyli to mieszkańcy powiedzmy Syberii, byliby naprawdę zachwyceni. Świat to kurwa. Nie dość, że syfi, to jeszcze dużo kosztuje.
Po pewnym czasie wjechaliśmy do dzielnicy slumsów i przyczep campingowych. Nigdy wcześniej nie widziałam na własne oczy prawdziwej, kapitalistycznej biedy. Oczywiście, nie jestem komunistką, ale takie widoki naprawdę poruszają. Brudne, obdarte dzieci, pijani mężczyźni, brzydkie, zmęczone kobiety, rozwalające się budy, w których przecież żyli ludzie i przyczepy, całkiem jak z amerykańskich filmów.
Mechanicy patrzyli na mnie z dość dużym zainteresowaniem.
„Pewnie też mają na mnie ochotę. To nie jest świat, do którego należę i oni o tym wiedzą. To ich podnieca. Zaraz wsadzą Jeffowi nóż w brzuch i zaczną mnie gwałcić. A potem mnie zabiją. I taki będzie koniec Sar. Okradną mnie, spalą paszport. Będę kolejnymi, niezidentyfikowanymi zwłokami. Za dwa tygodnie matka zacznie się denerwować, bo się do niej nie odezwę. Interpol zacznie mnie szukać za miesiąc, może za trzy tygodnie, a ja tymczasem będę uroczym aniołkiem pośród chmurek” – myślałam, siedząc w samochodzie. Ale nic się niestety nie wydarzyło. I w zasadzie byłam tym trochę rozczarowana. W końcu były wakacje i witaj przygodo, a tu nic…
