Nocne - Paweł Mateja - ebook
NOWOŚĆ

Nocne ebook

Paweł Mateja

0,0

Opis

Nocne” to miejsce, w którym możesz zasiąść na widowni i obserwować, jak pociesznie bezradni są ludzie postawieni wobec tego, co wykracza poza ramy ich percepcji. Popatrz zza weneckiego lustra na ich groteskowy i pełen beznadziejnych uników taniec. Zupełnie jakbyśmy przyszli tu szukać szczęśliwych zakończeń i pociechy.

 

“Czym straszy nas Paweł Mateja? Mimo świadomości gatunkowej i szerokiego repertuaru grozowych rekwizytów nie są to konwencjonalne strachy. Autor stara się zgłębić i wywołać lęk egzystencjalny. Jego bohaterom przydarzają się sytuacje niecodzienne, które mogą wydawać się groźne, jednak prawdziwą grozą okazje się dekonstrukcja iluzorycznej rzeczywistości, będąca odpowiedzią na tę niecodzienność. Mówiąc inaczej: Nocne pokazują, jak łatwo przyjmujemy rozmaite narracje o codzienności i jak cierpimy, kiedy te narracje rozpadają się w wyniku konfrontacji z elementami, które do nich nie pasują. Wyraża to dobitnie jedna z bohaterek Fikcji na ulicy Krzywej, która mówi:

Nie wierz w ani jedno słowo, które ci powiedzieli. W ich tłumaczenia i metody. To wszystko głupcy, nie ma w tym prawdy, bo prawda nie istnieje. […] Nikt nie zna prawdy i nikt znać jej tu nie będzie. Myślą, że są badaczami boga, ale tylko wikłają się w fikcji.

Jednocześnie tylko fikcję jesteśmy w stanie zrozumieć – lub odwrotnie, jak głosi pierwsze zdanie przywołanego opowiadania: Tylko to, co nie jest fikcją, będzie dla nas zawsze niezrozumiałe.

Krzysztof Grudnik

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 521

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Tytuł: Nocne

Copyright

© 2021 by Paweł Mateja

© 2021 by Wydawnictwo IX

Copyright for the cover art

© 2021 Łukasz Gwiżdż & Wydawnictwo IX

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX

Redakcja: Krzysztof Grudnik

Korekta: Krzysztof Biliński

Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński

Ilustracja na okładce: Łukasz Gwiżdż

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, za wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.

Wydawnictwo IX

[email protected]

wydawnictwoix.pl

Kraków 2021

Wydanie I

ISBN 978-83-960838-8-3

Spis treści

Wstęp — Krzysztof Grudnik

Mało rymów

Ktoś powinien coś z tym zrobić

Sadystyczny masowy mord

Chrobot, który mnie kocha

Epilog do „Płomieni śmierci”

Fałszywe wspomnienie

Fikcja na ulicy Krzywej

Taniec panny Sauer

Podłe rejony

Białe damy nie są głupie

Z otchłani

Nocne

O autorze

Punkty orientacyjne

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Kolofon

Wstęp

Prawda ma strukturę fikcji.

Jacques Lacan

Droga do debiutu w literaturze gatunkowej – zwłaszcza w przypadku tak specyficznego gatunku, jak literatura grozy – jest zwykle podobna. Zaczyna się od lektury i prowadzi przez środowisko ku pierwszym próbom literackim. Jeśli te okażą się udane, rosną oczekiwania czytelników i autora, aż w końcu ciśnienie jest tak duże, że cała ta twórcza energia musi znaleźć ujście w debiucie. W przypadku Pawła Matei nie było inaczej, choć jego sumienność pozwoliła drogę tę zamienić z wąskiej ścieżki w szeroki trakt. Zacznijmy od końca. Oprócz nowych opowiadań znajdziecie w tym zbiorze teksty publikowane wcześniej na łamach rocznika Sny umarłych, a także w czasopismach „OkoLica Strachu”, „Brama”, „Nowa Fantastyka” i antologiach Oblicza grozy i Po drugiej stronie. Najstarsze z nich zostało opublikowane niemal 6 lat temu i przez ten czas Mateja dał się już rozpoznać jako utalentowany pisarz, a niniejszego zbioru wyczekiwało wielu polskich pasjonatów literatury grozy. Bo też – to druga sprawa – autor w tym środowisku zatoczył szerokie kręgi. Mogliście między innymi spotkać go na jednym z literackich festiwali, przeczytać na łamach serwisu Carpe Noctem albo usłyszeć w Karpiowym Podcaście. W skrócie: obecność Matei w środowisku polskich fanów grozy była i jest wyraźna, ale i obecność środowiska polskich fanów grozy w twórczości Matei zaznacza się to tu, to tam. Niektórzy z was rozpoznają debiutującego autora z opowiadania Białe damy nie są głupie albo krakowską bibliotekarkę z Sadystycznego masowego mordu, choć w żadnym wypadku nie jest to konieczne do zrozumienia tych historii.

Zanim jednak Paweł Mateja pojawił się na tym czy innym festiwalu, zanim zaczął pisać i mówić o literaturze w Carpe Noctem, a już tym bardziej zanim zaczął pisać i publikować swoje opowiadania w czasopismach i antologiach – czytał. Jego lektury były liczne i różnorodne, co dało mu bardzo widoczną w Nocnych świadomość gatunkową. I nie chodzi tu o to, że realizuje on utarte schematy, ani o to, że oferuje czytelnikom zbiór stylistycznie jednorodny, ale o to, że świadomie dobiera konwencje, realizuje je w twórczy sposób, a miejscami – świadomie przekracza. Znajdziecie więc w Nocnych zarówno opowiadania nawiązujące do klasycznych ghost stories w klimacie Williama Hope’a Hodgsona (np. Białe damy nie są głupie), jak i do weird fiction w stylu Howarda Phillipsa Lovecrafta (np. Fikcja na ulicy krzywej) lub nawet czegoś, co anglosascy literaturoznawcy określają czasem mianem slipstream (np. Mało rymów). Czasem uwidaczniają się też odważne wyjścia poza literackie kanony, czy to w kierunku wielkomiejskich blokowisk odbijających echa rapu (Podłe rejony), czy w samo centrum blackmetalowych fantazmatów o masowej rzezi (Sadystyczny masowy mord). Żadna z realizacji nie jest jednak przypadkowa, wszystkie są przemyślane i z rozmysłem prowadzone.

Czym straszy nas Paweł Mateja? Mimo wspomnianej świadomości gatunkowej i szerokiego repertuaru grozowych rekwizytów nie są to konwencjonalne strachy. Autor stara się zgłębić i wywołać lęk egzystencjalny. Jego bohaterom przydarzają się sytuacje niecodzienne, które mogą wydawać się groźne, jednak prawdziwą grozą okazje się dekonstrukcja iluzorycznej rzeczywistości będąca odpowiedzią na tę niecodzienność. Mówiąc inaczej: Nocne pokazują, jak łatwo przyjmujemy rozmaite narracje o codzienności i jak cierpimy, kiedy te narracje rozpadają się w wyniku konfrontacji z elementami, które do nich nie pasują. Wyraża to dobitnie jedna z bohaterek Fikcji na ulicy Krzywej, która mówi:

Nie wierz w ani jedno słowo, które ci powiedzieli. W ich tłumaczenia i metody. To wszystko głupcy, nie ma w tym prawdy, bo prawda nie istnieje. […] Nikt nie zna prawdy i nikt znać jej tu nie będzie. Myślą, że są badaczami boga, ale tylko wikłają się w fikcji.

Jednocześnie tylko fikcję jesteśmy w stanie zrozumieć – lub odwrotnie, jak głosi pierwsze zdanie przywołanego opowiadania: „Tylko to, co nie jest fikcją, będzie dla nas zawsze niezrozumiałe”.

Jednak niezrozumiałość rzeczywistości nie bierze się z jej chaotyczności, nieuporządkowania. Rzeczywistość prozy Matei rządzi się swoimi prawami, cały problem jednak, cały tragizm bohaterów polega na tym, że nie potrafią poznać tych praw, rozpoznać tego porządku. Nawet jeśli w jakiś sposób się z nimi konfrontują (np. w snach), to zawsze są to przedstawienia albo niezapamiętane, albo niezrozumiałe – zapomniane fragmenty wizji, komunikaty w nieznanym języku itp. Obok lęków natury ontologicznej szybko powstaje groza epistemologiczna. Bo skoro tożsamość bohaterów była ciągle budowana na fałszywych przesłankach iluzji skrywającej prawdziwą rzeczywistość, kim w swej istocie są bohaterowie? Często między tę rozedrganą podmiotowość i skompromitowaną tożsamość wkrada się tu ktoś trzeci, trochę Burroughsowski the third mind, ale to zły, wypaczony umysł, to tajemnicza obecność z opowiadania, którego tytuł zapisany jest w formie kreski (–) albo paw z Tańca panny Sauer. Lęk bohaterów przeradza się wtedy w lęk przed utratą siebie-w-sobie, przed tym, że ich myśli nie są ich, że ich pragnienia nie od nich pochodzą, jak we współczesnej nieprzyjaznej kulturze, która mówi nam już nie tylko czego pragnąć, ale jak pragnąć – w jaki sposób konstruować pragnienia, w jakie narracje je przyoblekać.

To podwójne odklejenie: fikcyjnej rzeczywistości od realności oraz iluzorycznej tożsamości od podmiotowości znajduje swoje odbicie w języku Nocnych, a najbardziej rozwija się w symetriach i powtórzeniach. Zerknijmy choćby na taki fragment Tańca panny Sauer:

A więc wreszcie zeszłej nocy panna Sauer powiesiła się w jednej ze swoich nocnych sukni, podczas gdy druga suszyła się na sznurze za oknem. A wiatr narastał, ciągnąc za sobą jesienne deszcze, ale nie było nikogo, kto zdjąłby nocną koszulę ze sznura. Przecież pannę Sauer ze sznura zdjęto też zbyt późno. Słyszał rozmowę sąsiadek na korytarzu, że nie złamała sobie kręgosłupa, ale dopiero długie duszenie pozbawiło ją życia, że twarz miała napuchniętą, ale bladą, bo przed założeniem sobie na szyję pętli, nałożyła na siebie makijaż.

Mamy tu zarówno paralelne konstrukcje składniowe (A…, A…; że…, ale…, że…, ale…), jak i podobieństwo zachowania sukni do jej właścicielki (obie wiszą zbyt długo na sznurze) czy dwuznaczność nakładania (pętli na szyję i makijażu na twarz). Pomieszczone w tym zbiorze opowiadania pełne są takich zabiegów, które stanowią źródło czytelniczej rozkoszy w świecie, który rozkoszny przecież nie jest. Wracają zresztą nie tylko słowa, ale i pewne elementy – jak szczekanie psa (Ktoś powinien coś z tym zrobić) czy natrętne myśli o zbawiennym wyjeździe do Holandii (Podłe rejony), a także snujące swe sieci na wielu kartach tego zbioru – pająki. Nawet imiona bohaterów prezentują pewną symetrię (Dodo, Kuku), zresztą te same imiona pojawiają się w różnych opowiadaniach i czasami faktycznie oznaczają te same postaci, a czasami nie.

Nocne są zatem debiutem nieprzypadkowym, w którym gry językowe, aluzje środowiskowe, nawiązania do literatury, muzyki, gnozy (między innymi wspaniałe wykorzystanie Hymnu o perle w Mało rymów) znajdują dojrzałe opracowanie. Choć jest to debiut późny i długo wyczekiwany, to dzięki swojej różnorodności i wysokiemu poziomowi powinien zaspokajać stawiane przed nim oczekiwania.

Krzysztof Grudnik

Mało rymów

Obudziły go krzyki siostry, która przez sen pajęczyła się za ścianą. Obudził się z wyjątkowo nieprzyjemnego snu, którego nie potrafił sobie przypomnieć, ale który pozostawił mu posmak zupełnie innego życia, z którego przejście do jawy w ciemnym pokoju o zbyt wczesnej jak na pobudkę godzinie zasiało w nim chwilową niepewność tego, czy to naprawdę on się obudził, czy też ktoś inny. Nie mógł sobie przypomnieć, kim mógłby być ów inny mieszkaniec pokoju, z pewnością nikim, kogo by znał. Odsłonił okno, powietrze było ciężkie od dymów. Brudnoszara łuna gdzieś na horyzoncie musiała być wschodzącym słońcem. Pomyślał, że może jeszcze chwilę poleżeć, ale słyszał zza ściany dziwne szepty i chrobot, jakby BA próbowała wydrapać dziurę do jego pokoju. Zamknął oczy. Musiała mieć wyjątkowo silny atak, bo zaraz zaczęła lamentować, a jej bliźniaczy głos był z dnia na dzień coraz bardziej donośny i jazgotliwy. Miał już wstać, ale trzasnęły drzwi sypialni matki, która szybkim krokiem pobiegła uspokoić córkę. Sąsiedzi doskonale wiedzieli, że jest chora, ale już raz składali w podobnej sytuacji skargę. Oddychał głęboko i powoli, starając się wrócić w swój nieprzyjemny i obcy sen, ale nie potrafił wskrzesić nic poza uczuciem zimnego lęku.

— Przyjdzie lekarz, czy trzeba będzie ją zabrać na badanie?

— Przyjdzie, ale dopiero jutro.

Kiedy wyszedł wreszcie z pokoju, matka stawiała wodę na gazie. Czuł wyrzuty sumienia, widział, w jakim jest ona stanie, jak bardzo jest przemęczona chorobą córki. Chciałby pomóc jej bardziej, ale nie mógł ciągle jechać na oparach, potrzebował snu, potrzebował wykrzesać z siebie energię do pracy.

— Zjesz coś przed wyjściem?

Pokręcił głową. Lepiej niech zostanie dla siostry, mógł się zadowolić szklaną kawy. Za długo zresztą leżał, nie miał już zbyt wiele czasu, a w spalarni odpadów wymagano punktualności. Mimo to długo patrzył w ulatującą z kubka kawę i słuchał, jak siostra za ścianą mamrocze.

— Będziesz w domu na czas?

Skinął głową, ubierając kurtkę. Matka spoglądała na niego z dziwnym zatroskaniem. Chwycił klucze i wyszedł.

Powietrze ciężkie od dymów. KA spojrzał w górę, niebo miało kolor i fakturę psującej się tkanki mięsnej, na dachach bloków jak zawsze siedziały ptaki, całe rzędy gawronów i kawek. — Patrzą na mnie? — Nie rozumiał powodu, dla którego poczuł się nagle bardzo nieswojo. Krakanie niosło się w cuchnącej mgle ze wszystkich stron. Przygarbił plecy, chowając głowę w kapturze i ruszył przed siebie. Były na dachach wszystkich okolicznych bloków. Mgła ograniczała widoczność, ale ich czarne ciała były jak wygryzione dziury na szarych szczytach ścian. Ptaki – czuł to – obserwowały każdy jego krok.

Codziennie poruszał się tą samą drogą. Za wyjściem z bloku skręcał w wąską ulicę, która wyprowadzała go z osiedla wysokich brył na chodnik szerokiej i głośnej jezdni, którym musiał iść długo, aż zza gęstego dymu zaczynał dostrzegać wyskakujące czasem z kominów języki płomieni. Sam budynek spalarni nie był duży i gdyby nie wysoki komin, wyrzucający ciemny dym w niebo, można by wziąć ją za pomniejszy magazyn jednej z prosperujących w tym miejscu fabryk. Wielkie były za to zwały śmieci, które wysypywały ciężarówki przed taśmami kierującymi je do pieców. Piece były możne spalić wszystko.

KA odbił kartę przy wejściu i w szatni założył ciężki gumowany kombinezon. Kilkoro innych pracowników kończyło właśnie zmianę, ktoś inny wszedł pospiesznie, nerwowo zerkając na zegarek. Sygnał rozpoczęcia zmiany wył już drugi raz, nagląc, ale w upalnej hali panowała senna atmosfera. Jedni poprawiali gumowe rękawice, inni sprzątali pozostawione w nieładzie stanowiska pracy. Kolega skinął ręką, przechodząc, kto inny krzyknął coś z dala, machając. Piece huczały.

Naciągnął jeszcze maskę na twarz i zatrzymał się przy swoim stanowisku, obok najodleglejszej od wejścia taśmy. Jego zmiennik już dawno musiał wyjść, bo przed piecem nagromadziła się już cała hałda śmieci, popchnął więc od razu wajchę. Taśma z odpadami zatrzymała się i mógł innym przełącznikiem wywindować kontener w stronę pieca. Zaklął, zwalniając prędkość, śmieci było zbyt dużo i zaczęły się osypywać na posadzkę. Posypały się brudne puszki i butelki z plastiku, obok jego nogi upadła ciężka gruda twardego tłuszczu, z nieprzyjemnym chlupotem rozpłaszczając się i pryskając wokoło. Winda była już na tyle wysoko, że zaczął otwierać drzwi pieca. Kręcił ciężkim kołem, sapiąc, gorące powietrze buchnęło na zewnątrz, wielkie jak człowiek płomienie zaczęły lizać stalową ścianę. Płomienie wyglądały, jakby chciały wyrwać się na wolność i łapczywie pochłaniać wszystko. Pochylił windę, tak że śmieci zaczęły się zsuwać do wlotu i naraz worki na szczycie stosu przesunęły się i zobaczył coś takiego, że krzyknął i zaczął wycofywać platformę. Widział tam ludzką rękę. Powoli osadził windę na mocowaniu i wskoczył na dymiący stos. Dłoń wydawała się teraz sięgać ku górze, niczym u tonącego człowieka, który chwilę przed utratą przytomności liczy jeszcze na to, że ktoś wyciągnie go na powierzchnię. Kiedy jednak KA szarpnął za nią, niemal przewrócił się w tył, okazało się bowiem, że mimo bycia prawdziwą ludzką kończyną, nie była ona przymocowana do żadnego ciała. Odrzucił ją z odrazą, tak że pacnęła o brudny beton.

Wiele razy w spalarni na linii znajdowano trupy zwierząt. Podtruwane gołębie, które, gdy spadały na ziemię, niektórzy wyrzucali do śmietnika, szczury i koty o roztrzaskanych głowach albo przetrąconych kręgosłupach, psy o popękanych narządach, w które mógł uderzyć samochód, ale mogły być też ofiarą kogoś opętanego. BA prosiła czasem brata, żeby przyniósł jej do pokoju, którego nie mogła już opuszczać sama, jakieś małe i miłe zwierzątko. Zrobił to tylko jeden raz. O tym, że w odpadach znajdowano czasem ludzi, krążyły legendy, szczególnie o martwych niemowlętach szczelnie owiniętych workami na śmieci. W takich sytuacjach musiano by zatrzymać pracę spalarni, nikt jednak nie chciał tego zamieszania. Oficjalnie takich szczątek nie znajdowano zbyt często.

Płomienie buchały z pieca, niżej czerwona lampka migała, ostrzegając o niezamkniętym wlocie. KA spojrzał dokoła, wydawało się jednak, że nie wywołał zamieszania. Zerknął jeszcze na rękę. To dziwne, bo w dotyku była zupełnie naturalna. Ciężka jak ludzka, tak samo gnąca się, zupełnie blada. Jednak w miejscu, gdzie powinna łączyć się z ciałem, była tylko nienaruszona skóra. Zakopał ją butem w śmieciach, nie miał ochoty więcej w tym grzebać. Nie chciał sprawdzać, co jeszcze mógł tam znaleźć.

Wczesnym popołudniem w czasie przerwy nadal nie był w stanie pozbyć się uczucia wstrętu. Zdjął ubranie ochronne i kilka razy mył ręce, choć doskonale wiedział, że nie ma to sensu. Jeśli jednak istniał inny sposób na otrząśnięcie się, nie przychodził mu wtedy do głowy. Wiele razy widywał na linii rzeczy, które powinny nim wstrząsnąć, każdy kolejny dzień w spalarni coraz bardziej uodparniał go na widok rzeczy martwych. Wiele razy już miał wrażenie, że w środku sam staje się zimny i obojętny jak skała. Chwile, które testowały jego obojętność, przychodziły później bez zapowiedzi, czasem w formach zupełnie niespotykanych. Czym innym był widok martwego psa, czym innym szczura, który przeciska się przez dziurę wygryzioną w jego brzuchu. Ostatecznie wszystko płonęło. Ostatecznie wszystko zmieniało się w dymy.

Przysiadł na skraju długiego stołu, między posilającymi się towarzyszami. Rozpakował swoją porcję, nie miał jednak ochoty na jedzenie, mimo iż nie jadł nic od wczoraj.

— Miałem w nocy dziwny sen — rzucił w stronę siedzącego obok pracownika. Tamten uniósł głowę, nie przestając rzuć, ale nic nie odpowiedział. KA mówił dalej, szukając odpowiednich słów. — To dziwne, ale nie mogę się od tego uwolnić, od jakieś dziwnej myśli. Wydaje mi się, że było to bardzo ważne, ale nie potrafię sobie przypomnieć dlaczego. Miałem w nocy dziwny sen, ale nie potrafię go sobie przypomnieć. Obudziłem się nagle, wydawało mi się, że to przez hałas w sąsiednim pokoju. Ale coraz bardziej wydaje mi się, że przestraszyłem się czegoś, co widziałem we śnie i teraz nie daje mi to spokoju. — Tamten przełknął żuty kęs i patrzył znudzonym wzrokiem. KA zmieszał się i dodał tylko ciszej: — Chciałbym wiedzieć, dlaczego nie mogę przestać o tym myśleć.

Kiedy wychodził do pracy, było jeszcze częściowo ciemno. Kiedy wracał, słońce schodziło już za horyzont, choć nie było go widać za blokami. Być może widziały je ptaki siedzące na samych szczytach. Skrzeczały głośno. Tam z góry musiały dostrzegać wiele rzeczy, które niedostępne były oczom KA.

— Opowiedz mi coś — poprosiła. — Opowiedz mi o czymś, co widziałeś, o czymś z zewnątrz.

BA wisiała w wielkiej, ale utkanej z cienkiej jak włos przędzy pajęczynie. Okno było okratowane i niewiele dało się przez nie zobaczyć. Trzy z czterech żarówek w kinkiecie były wykręcone, a ostatnia miała żółty i męczący odcień płomienia świecy. Siostra nie mogła znieść intensywniejszego. Gdy patrzyło się na nią, wiszącą w pajęczynie w kącie pod sufitem, można było odnieść wrażenie, że unosi się w powietrzu.

— Zejdziesz na dół? Może powinnaś się położyć, co? Nie poczułabyś się lepiej?

— Nie umiem już kłaść się w łóżku. Teraz wolę spać tutaj. Czuję się tu bezpieczniej, wiesz?

— Lekarz mówił, że takie zachowania tylko pogłębią twój stan.

Prychnęła, choć brzmiało to, jak zwielokrotnione syknięcie.

— On dużo kłamie, nie powinniście mu wierzyć. Zawsze, gdy mnie bada, mogę prawie czytać jego myśli. Wiesz, o czym myśli? O mnie, o tym, co chciałby mi zrobić. I o tym, że tego nie da się odwrócić, że jego wizyty są bezcelowe, choć je lubi. Nawet już nie udaje, że to możliwe, przychodzi tu tylko dlatego, że mu się podobam, choć wie, że powinnam już trafić do szpitala.

Wzruszył ramionami, rozglądając się niepewnie.

— Może przynajmniej spowolni opętanie.

Odnóża, które wyrosły z boków jej kręgosłupa, poruszyły się nagle nerwowym pulsowaniem, jakby owijała ofiarę pajęczyną. Oczywiście, że już za późno na ratunek, wiedzieli o tym wszyscy. BA tak długo była już opętana, że nic nie mogłoby jej pomóc. Wystarczyło spojrzeć na jej twarz, w jej zbladłą już do bieli skórę, jej zwężające się coraz bardziej w pionie oczy. Wiedział, że nad dwojgiem rosło już trzecie, całkowicie inne. Nie otwierała go przy nim, bo wiedziała, że będzie go to przerażać. Trzecie oko zaciśnięte wyglądało jak blizna po przypaleniu papierosem. KA wiedział, że wcale nie musiała go otwierać, żeby móc nim widzieć. Domyślał się tego po sposobie, w jaki rozmawiała, ale starał się tego nie pokazywać.

— Zejdź, proszę, usiądź.

Nie mogło być to dla niej wygodne, ale mógł się przynajmniej poczuć pewniej. Wiedziała o tym, dlatego usadowiła się na krawędzi materaca. Wtedy zdecydował się zrobić to samo. Usiadł obok, ale poza zasięgiem ruchliwych odnóży. Próbował się uśmiechnąć.

— Opowiedz mi o czymś, co dzisiaj widziałeś. Opowiedz mi o tym, co jest na zewnątrz.

Opowiedział jej o dymie i ptakach, opowiedział o płomieniach i o murach, które, choć nie rosły, wydawały się coraz wyższe. Wreszcie opowiedział o ręce, którą znalazł pośród śmieci. Pokiwała głową, zupełnie tym nie zaskoczona, ale nic nie odpowiedziała. Chciał opowiedzieć o tym, że matka jest z dnia na dzień coraz słabsza, i o tym, że z nocy na noc coraz głośniej słyszą, jak BA rozmawia sama ze sobą albo ze swoim opętaniem. Nie musiał mówić, wszystko to widziała swoim trzecim okiem.

Poprosiła: — Opowiedz mi o swoich snach. — Spojrzał na nią zaskoczony. Pionowe źrenice miała tak rozwarte, że niemal okrągłe jak dawniej, nim zachorowała. Nie mógł nic odpowiedzieć.

Matka miała smutny wzrok, kiedy wychodził z pokoju siostry. Nie znajdował w sobie żadnej ochoty, by rozmawiać, ale usiadł obok i mówił, choć nic z tego, co powiedział, nie miało znaczenia, bo wszystko to mówił już tak wiele razy, że echo tych słów zwielokrotniło się do niemilknącego szumu. Bo matka była coraz dalej, oddalała się mocniej niż BA. Później położył się spać i śnił.

Gdzie się podziały wszystkie ptaki? Stał na dachu, wysoko nad ziemią, wyżej niż dachy sięgały poza snem. Wyżej niż sięgały dymy. Tam na górze panowała cisza i niezwykły spokój. KA rozejrzał się dookoła. Nigdy wcześniej nie był w tym miejscu, ale z dołu wiele razy widział czubki anten, które zamontowano w centralnym punkcie, między rzędami wylotów szybów wentylacyjnych. Odsunął się od krawędzi i zaczął rozglądać w poszukiwaniu schodów, którymi mógłby zejść do środka. Przeszedł dach wzdłuż i wszerz, nie mógł jednak nigdzie natrafić nawet na ślad po nich. Na niebie wisiały ciężkie zwały szarych chmur, zza których z trudem przeświecała jasna kula słońca. Było cicho, powietrze zupełnie zamarło, zamarło wszystko i wszędzie. Naraz dobiegł go szept. Rozejrzał się, ale nikogo nie dostrzegał. Przyklęknął przy jednym z wylotów wentylacji i przyłożył do niego ucho. Tak, szepty dobiegały gdzieś z dołu, ze znajdujących się niżej mieszkań. Słyszał słowa, ale nie potrafił ich zidentyfikować, nie rozumiał zupełnie sensu szeptów. Zbliżył głowę do innego ujścia – to samo – do jeszcze innego, po drugiej stronie dachu. Jedne szepty były głośne, inne ledwie wyczuwalne, wszystkie niemożliwe do zrozumienia. Podniósł się, widząc, że mgła rzednie. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia, kiedy zaczęła się rozwiewać, mógł wreszcie dostrzec inne bloki. Było ich więcej, niż pamiętał i wszystkie wyglądały niemal jednakowo. Między kominami stali ludzie o luźno opuszczonych ramionach, lekko przygarbieni albo śpiący na jawie. Byli wszędzie wokoło, na każdym dachu jedna sylwetka. Nie minęła więcej niż minuta, gdy zaczęli gromadzić się przy swoich antenach, w centralnym punkcie. Patrzyli w górę. KA poczuł narastający niepokój, nie wiedząc, co robić, sam podszedł do środka i wtedy zrozumiał, dlaczego inni się tam znaleźli. Jeśli wcześniej wajcha tam była, to musiał ją przeoczyć. Teraz była tam z całą pewnością. Robił to, co wszyscy – to wydawało się właściwe. Popatrzył w górę na słońce i naraz, kiedy był właściwy moment, pchnął oporne ramię, aż zmieniło pozycję. Wpierw wydawało mu się, że nic się nie stało. Nagle opuściła go intuicyjna wiedza, którą przez chwilę posiadał, i stał znów bezradny, nie wiedząc, co dalej. Coś jednak musiało się wydarzyć. Coś się zmieniło. Zmiana nastąpiła tak płynnie, że potrzebował dłuższej chwili do jej uświadomienia. Przyłożył ucho do komina i nie słyszał już szeptów. Szepty ucichły zupełnie, zastąpiło je dochodzące gdzieś z głębin i otchłani ciągnącej się do samego dołu, donośne i odległe krakanie. Spojrzał w górę. Słońce nie było już złociste, było nieskończenie białe.

Ze snu obudziło go światło, choć za oknem dopiero wstawał szary świt. Nigdy nie widział nic podobnego do tego światła. Za ścianą, w pokoju siostry panowała cisza. Odkąd zaczęło się jej opętanie, coraz mniej sypiała, ostatnio chyba już w ogóle. Całe noce hałasowała: mówiła głosami, drapała ściany, śmiała się. Czasem próbowała się wymknąć, ale jej stan nie był jeszcze na tyle poważny, by trzeba było skuć ją łańcuchami. Sama wiedziała, że nie ma dla niej bezpieczniejszego miejsca i tylko w chwilach słabości szarpała za kraty okna. KA nie wiedział, czy chciała wtedy uciec, czy spaść z góry i się zabić. Nie chciał o to pytać. Ze snu obudziło go światło ze snu i obudził się pełen lęku, bo nigdy nie widział nic równie jasnego. Zsunął się z łóżka i na palcach przeszedł korytarzem, otworzył wolno drzwi sypialni siostry. BA wisiała pod sufitem w pajęczynie, patrzyła w jego stronę. To nie tak, że słyszała, jak drzwi cicho skrzypią. Patrzyła, bo czekała, aż przyjdzie, bo wiedziała. W pokoju było ciemno i jej sylwetka była jak plama jeszcze głębszej ciemności, w której świecił głęboką czerwienią tylko jeden mały punkt, mniejszy od płomienia zapalniczki. Trzecie oko – domyślił się KA – otworzyło się. Wbrew temu, co mu się wcześniej zdawało, w pokoju wcale nie panowała cisza, ale potrzebował chwili, by usłyszeć ten dźwięk.

— Siostrzyczko? — wyszeptał cicho, bo gardło jeszcze miał zachrypnięte. Nie odpowiedziała, ale teraz usłyszał wyraźniej. Nie mógł jednak ocenić, czy ona śmieje się cicho, czy tłumi łkanie. Odsunął się i na powrót zamknął drzwi.

— Zaczekaj — krzyknęła, nim zdążył odejść.

Zrobił krok do środka i rozejrzał się ostrożnie. Nie było jej już na poprzednim miejscu. Wisiała nad łóżkiem, chcąc pogodzić jego prośby z własnymi dolegliwościami.

— Zamknij drzwi, proszę.

Nie poruszył się. W środku było ciemno i wiedział, że nie wolno mu zapalać światła. Zrobiłby jej tym krzywdę. Wolał jednak nie oddalać się od włącznika, a tym bardziej od klamki. Widział, jak opętana zmienia się z dnia na dzień, jak demon powoli, ale nieustępliwie obejmuje jej ciało w posiadanie. Nie pomagały leki ani żadne starania.

Siostra od zawsze była raczej wiotka i chorowita. Od zawsze łatwo się poddawała. Nikt nie wiedział, kiedy zaczęły się jej problemy i jak demon przypętał się do jej ciała, ale z pewnością długo zapuszczał w niej swoje korzenie, nim zaczęto coś podejrzewać. Kiedy skierowano ją na badania, zmiany w organizmie były już zaawansowane, ale dopiero zaczęły ujawniać się na zewnątrz. Lekarze mimo wszystko dziwili się, że nikt nie zwrócił uwagi na rozliczne symptomy, które zwykle powinny zaniepokoić bliskich w takich przypadkach. Matka przepłakała wtedy wiele nocy, choć trudno było ją winić. Wkładała w samotne wychowywanie potomków wiele trudu, robiła, co mogła. Być może właśnie dlatego BA długo trzymała swój stan w sekrecie, początkowo być może licząc na cud, na samoistne uzdrowienie albo przeczekanie.

— Zamknij drzwi i choć tu bliżej. Muszę z tobą porozmawiać.

— Które z was chce ze mną rozmawiać? To ty, siostrzyczko?

— Przecież wiesz: jesteśmy już nierozdzielni. Ja jestem BA, a BA jest mną. Wiem, że tego nienawidzisz, tak samo jak matka, wiem, że chcecie się tego pozbyć, ale ja już jestem z tym pogodzona i widzę w tym dar, nie cierpienie. — Mówiła cicho, niemal szeptem, a jej głos to wzmagał się, to rozpadał na dwie warstwy, z których tylko jedna była prawdziwa. Tylko jedna należała do siostry. Demon coraz mocniej obejmował ją w posiadanie, ale być może jeszcze była szansa na cofnięcie tego. — Wiem, że bardzo się tym martwicie, że mamę to bardzo smuci. Wiem, że mam dzisiaj wiedzieć się z lekarzem. Chcielibyśmy, żebyście zrozumieli, jak bardzo jest to wszystko zbędne. Nie o tym jednak chciałam z tobą mówić.

W pokoju było chłodno, ale duszno. Niewiele zostało tam już z dawnego wnętrza. Pod sufitem wisiały zwały pajęczyn, z których długie strzępy w miejscach uszkodzeń lizały podłogę. Większość starych ubrań BA porwała i uwiła z nich coś na wzór gniazda, które opuściła już wiele dni temu, żeby przenieść się w górne rejony. Co bardziej wartościowe przedmioty zostały wyniesione już w pierwszych dniach opętania i matka część z nich musiała z bólem zastawić w lombardzie. Leczenie było tak samo kosztowne, jak nieskuteczne. W miejscu, gdzie dawniej wisiały obrazy, została tylko poszarpana tapeta.

Trzecie oko BA pulsowało miękko, kurcząc się i rozszerzając w rytmie powoli uderzającego serca.

— Czy możesz nie patrzeć tak na mnie? Czy możesz je zamknąć? Nie chcę, żebyś czytała mi w głowie.

Zaśmiała się, jakby powiedział coś zupełnie głupiego. Tak jak śmiała się dawniej.

— Twoje myśli krzyczą do mnie tak głośno, że słyszałabym je nawet zza zamkniętych drzwi. Jesteście oboje z mamą tak zmęczeni, bardzo mnie to martwi i smuci, braciszku. Siedzę tu zamknięta, sama, samotna i nie chcę być bezradna, nie chcę, żebyście oddalali się ode mnie, nie chcę być dla was potworem. Byłabym gotowa poświęcić bardzo dużo, wszystko, żeby jakoś to naprawić, ale potrzebuję do tego twojej pomocy. Czy kochasz mnie jeszcze, KA?

Kiedy wychodził z bloku, czuł się nieswojo. Rozmowa z siostrą zasiała w nim dziwny niepokój, z którego miał nadzieję otrząsnąć się w drodze do spalarni. Jednak zaraz za progiem zatrzymał się, żeby zarzucić na głowę kaptur, poczuł pojedyncze krople deszczu, które mogły zwiastować poranną ulewę. Powinien więc przyspieszyć kroku, żeby zdążyć, nim rozpada się na dobre. Zamiast tego spojrzał w górę by ocenić kolor i ciężar chmur, wzrok jednak zatrzymał mu się na szczycie sąsiedniego bloku. To dziwne – pomyślał – że od razu nie zwróciłem na to uwagi. Tego poranka ptaki nie skrzeczały. Nie było tam ptaków. Zamiast tego na dachu widział kilkoro ludzi. Ciemne, nieruchome sylwetki wystające znad krawędzi. Stali tam, być może spoglądając w dół. Być może na niego, choć to byłoby pozbawione sensu. On też stał nieruchomo, wpatrywał się w górę. Kropla uderzyła go w policzek, inna roztrzaskała się o ramię. Zadrżał. Do krawędzi dachu zbliżyła się kolejna osoba, której wcześniej nie widział. Zatrzymała się obok pozostałych. Wtedy poczuł pewność, że patrzą prosto na niego i ogarnął go zimny lęk. Ruszył przed siebie prawie biegiem, starając się sprawiać pozór tego, że wcale się nie spieszy. Nie wiedział, co tak zaniepokoiło go w tym widoku, ale kiedy odważył się znów podnieść wzrok, zobaczył czarne figury na dachach całej okolicy. Mógłby zacząć biec, ale nie wiedział, czy gdzieś uwolni się od ich wzroku.

W pracy panowało poruszenie, okazało się, że wydano polecenie produkcji o wiele większych ilości dymu, tak dużych, że wydawało się to niemal niemożliwe do wykonania. Rozkaz przyszedł podobno z góry, ale nikt nie wiedział, jaki może być powód nagłego podniesienia normy. Jednak hałdy śmieci piętrzyły się ogromne, cały czas przemieszczano je i przepychano w stronę taśm idących do wielkich pieców. Hałdy śmieci były tak wielkie, że trudno było wyobrazić sobie, że mogłyby się kiedykolwiek skończyć.

Temperatura na hali rosła, ciała pracowników tonęły w pocie pod ciężkimi gumowymi kombinezonami. W przerwie KA wyszedł przed budynek i patrzył na ciężkie czarne chmury, które wiły się w jadowitych splotach, by wyżej dołączyć do gęstniejącej chmurnej masy. Kiedy kończył zmianę, zauważył, że przy wyjściu z budynku kręci się kilka obcych osób. Oczywiste było, że obserwują wychodzących, i było w tym coś, co napełniło go niepokojem. Początkowo chciał przejść między nimi, starając się nie przyciągać niczyjego wzroku, ale zmienił zdanie i wyszedł tyłem, przez podjazd dla samochodów dostawczych.

Przez całą drogę powrotną nie podnosił wzroku.

— Wiele myślałam ostatnio o ojcu. Przypominasz go sobie jeszcze?

Chwilę milczał, nim zaprzeczył.

— Gdzie matka, dlaczego zostawiła cię samą?

— Przecież jestem grzeczna — westchnęła BA niemal normalnym głosem. Bujała się na pajęczynie, wisząc głową w dół. Splątane i skołtunione włosy opadały ku podłodze, kołysząc się razem z nią. — Ktoś pukał, ale nie mogłam wyjść z pokoju. Chciałabym pomóc, ale tylko siedzę tu sama, samotna, samiuteńka. — Wyraźnie słyszał w jej głosie, że się z nim droczy, że gra małą dziewczynkę, małą słodką siostrę, taką, jaką nigdy nie była. Nigdy nie była urocza, tylko wiotka, chorobliwa i łatwa do spłoszenia jak dzikie zwierzę.

— Nie jesteś przecież sama. Nigdy nie jesteś, odkąd to się zaczęło, sama tak mówiłaś.

Parsknęła, opuszczając się w dół tak, że włosami muskała podłogę, wygięła plecy w tył, przeciągając się. Odnóża wykonały podobny ruch.

— Sam sobie zaprzeczasz, ale dobrze, w takim razie: sami, samotni i samiuteńcy, braciszku.

Bez przekonania zapytał, czy może jakoś jej to ułatwić.

— Tak, porozmawiaj ze mną o ojcu.

— Nie pamiętam go. Ty tym bardziej, jesteś młodsza.

— To prawda. To wszystko prawda, ale to taka prawda, która kłamie. Jest też inna prawda, taka, o której dzisiaj myślałam. Odkąd siedzę tu sama… sami! — poprawiła się — mam wiele czasu na myślenie, a odkąd odcięta jestem od tego, co na zewnątrz, wydaje mi się, że lepiej jestem w stanie to rozumieć. Odkąd nie śpię, braciszku, nie mam już dokąd uciec.

Nie wiedział, co odpowiedzieć. Przerażała go myśl, że mogło być to miejsce, w którym siostra spędzi resztę swojego życia. W którym demon będzie przejmował nad nią kontrolę w coraz częstszych atakach furii, aż wreszcie nic nie zostanie z tej istoty, którą znał i którą kochał. Zostanie tylko pełzająca po ścianach bestia, która dniami i nocami będzie drapać i wyć, rozmawiać sama ze sobą w obcych językach. Coraz słabsza, coraz bardziej wychudzona, coraz bardziej obca, aż któregoś dnia jej ciało przestanie już być użyteczne.

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Przestała się już bujać i zawisła nieruchomo, nasłuchując. Po chwili zaśmiała się dziewczęco.

— Jeszcze tego nie słyszysz, ale ja wiem: ktoś stoi pod drzwiami, ktoś wrócił i chce się z tobą widzieć. Bądź ostrożny, braciszku, ale nie pozwól mu czekać za długo.

Rozległo się donośne pukanie. Spojrzał na BA zaniepokojony. Huśtała się, zupełnie jakby nic się nie wydarzyło, ale wiedział, że tylko stara się go sprowokować. Mimo pozornego rozbawienia oczekiwała w napięciu. Pukanie rozległo się po raz drugi i zaraz klamka poruszyła się w dół. KA podbiegł do drzwi wejściowych, nim te zdążyły się otworzyć.

Przybysz cofnął rękę od klamki, ale nie wydawał się zmieszany. Spojrzał najpierw na numerek przed drzwiami, upewniając się, a zaraz później na stojącego w wejściu KA. Długo mierzył go wzrokiem i choć ten zapytał, o co chodzi, nic nie odpowiedział. Zrobił tylko krok do przodu, później drugi, wpychając się do środka. Przybysz ubrany był na czarno, a twarz miał pociągłą, o długim i cienkim nosie.

Na pytanie, kim jest i po co przyszedł, nie odpowiedział, a ze sposobu, w jaki stał w milczeniu, można było spodziewać się, że nie jest gościem przyjmowanym z przyjemnością. Od drzwi bardzo krótkim korytarzem przeszli do kuchni. W niej obcy oparł się o blat i rozejrzał dookoła. Miał szarą, nie starą, ale pomarszczoną i spracowaną twarz. Był wyższy od KA i silniejszy, ale o tym drugim jeszcze KA nie wiedział. Podszedł blisko do gościa i najpierw szturchnął go lekko, nie szukając zaczepki, ale jakby chciał tamtego obudzić z zamyślenia. Nie było reakcji, wobec tego postanowił go wyprowadzić za ramię. Tamten poddał się bez większego oporu. Jak niegroźny wariat, którego trzeba tylko wystawić na korytarz i poczekać, aż zniknie w chwili otrzeźwienia albo przegoniony przez sąsiadów. Nawet poddał się krokowi i po chwili szedł już sam, rozpędzony szarpnięciem. To dobrze – pomyślał KA, ale zaraz poczuł, że przybysz nie tylko sam już idzie w stronę wyjścia, ale ciągnie go za sobą. Już nie on trzymał nieproszonego gościa, ale sam miał w uścisku zablokowaną rękę. Kiedy próbował ją wyszarpnąć, czuł, jakby złapały go stalowe obcęgi. Zaczął się szarpać i krzyczeć, ale nie wywarło to na obcym najmniejszego wrażenia. KA musiał puścić się futryny, którą złapał w desperackiej próbie obrony. Palce nie wytrzymały. A później niespodziewane szarpnięcie pociągnęło go do tyłu. Upadł w przedpokój, widząc tylko szybko przesuwający się cień. Cień zniknął na korytarzu i cofnął się gwałtownie, ciągnąc za sobą ubrane na czarno ciało.

Zapomniał o zamknięciu jej pokoju, ale teraz było to już zbyteczne. Zawlokła nieznajomego do siebie tak szybko, że nawet nie zdążył zaprotestować. Odgłosy walki słyszał tylko przez moment. Gdy udało mu się pozbierać z podłogi, był zdecydowany nie wchodzić tam za nią. Nie było już potrzeby. Pamiętał, co zrobiła z kotem, którego jej przyniósł jeszcze w pierwszej fazie choroby.

Później otworzyła pokój i była cała brudna od krwi. Weszła do łazienki i słyszał odgłos płynącej wody. O wiele milszy odgłos od tego, którego słuchał przez poprzednie pół godziny. Nie myła się samodzielnie od dawna i przez to dźwięk płynącej z kranu wody wydawał się jeszcze milszy i gdyby tylko nieco zmienić kontekst, poczułby, że BA wraca do zdrowia. Podtrzymywał głowę w dłoniach, czując, jak jest ciężka i zmęczona, jak krew tętni w skroniach, a ręce nagle stają się lodowate; czując, jak bardzo trudno jest nie zacząć krzyczeć.

Kiedy później wyszła, miała czystą twarz, ale strzępy ubrań wyglądały jak skrzepy. Trzecie oko otworzyło się całkiem i wyglądało, jak tlący się węgielek, który ktoś wcisnął do świeżo wyciętej dziury. Bardziej przerażało go jednak to, jak się uśmiechała. Jak zadała to pytanie:

— Co zrobimy z ciałem?

Nie było to wcale łatwe. W szczególności zebranie fragmentów rozrzuconych po pokoju. BA musiała nim potrząsnąć, żeby w ogóle zareagował na jej słowa. Jednak jedyne, co był w stanie w tamtej chwili zrobić, to się rozpłakać. Łzy ciekły mu po policzkach i aż załkał głośno, kiedy chciał odpowiedzieć, ale nie wiedział, jakie słowa ma wydobyć z ust. To było miłe, jak przytuliła go wtedy, a przytulając, tak cofnęła odnóża, żeby nie musiał ich dotykać, żeby prawie mógł zapomnieć. Przytulała go więc i szeptała uspokajające słowa. Przytulała tak mocno, że cała koszulka przesiąknęła mu krwią. Ją również musiał spalić. Najpierw chciał w nią zawinąć szczątki, ale pomyślał, że byłoby to głupie. Zwinął ją tylko w kulkę i wpakował do osobnego worka, razem z tym, co miała na sobie BA. Worków z ciałem udało mu się nazbierać kilka. Policzył je przed wyjściem: trzy największe musiał owinąć potrójnie, bał się, że pękną na środku ulicy. Ciało było ciężkie, ale cięższe byłoby, gdyby udało mu się zebrać komplet. To, co znalazło się w workach, starczyłoby może na połowę dorosłego mężczyzny. Co stało się z resztą – nie wiedział. Siostra, sprzątając, nuciła cicho melodię, którą musiał kojarzyć, ale której źródła nie potrafił sobie przypomnieć. Nie pytał jej, co to za utwór.

Myślał o tym, gdzie ukryć zwłoki i co zrobić z krwią na podłodze i ścianach.

Wyszorowali na początek wszystko w przedpokoju, kuchni i łazience. Jak kiedyś, gdy byli dziećmi i razem pomagali w sprzątaniu. Krew rozcieńczona strumieniem wody w wannie robiła się różowa, przypominała płyn do czyszczenia sanitariatów. To nieco uspokajało. Znikały ślady i znikało uczucie paniki, zyskiwali kontrolę. BA nuciła piosenkę, wrzucając do worka odgryzione albo oderwane palce. Wszystko było umazane, strzępy ubrań gościa wisiały w pajęczynach, na podłodze kałuże zmieniały się w skrzepy. Nie znalazł tylko żadnych organów wewnętrznych. Nie pytał o nie, wypierał tę myśl z głowy, tak by trzecie oko siostry go nie usłyszało. Zamknęła je, ale wiedział, że to nic nie zmienia, to tylko iluzja, jak ubranie, pod którym pajęczyła się pewnie bez przerwy. Widział w wyobraźni, jak odnóża delikatnie drgają w euforii.

Trzy worki ciała, ubrań i skrzepów.

Kiedy szedł szybko ulicą, bojąc się choćby na chwilę zatrzymać, czuł, jak leci w dół, w niekończącą się otchłań i powoli dogania go krzyk. Nie wszystko udało im się pozbierać, zostawił BA w otwartym pokoju, kiedy wychodził, szorowała podłogę, nucąc wesoło. Będzie tak dalej nucić, kiedy wróci matka. To była tylko kwestia czasu, być może już tam była, być może już wypada jej z ręki torba z zakupami, być może już pyta z zaniepokojeniem o to, co się tam wydarzyło, być może już krzyczy. KA przyspieszył kroku, był już niedaleko fabryki dymu, już widział ogień unoszący się z komina, szary dym, który niemal rozświetlał ciemność. Dym unosił się na kilka metrów w górę i opadał nisko, aż do ziemi, gdzie osiadał jak mgła. To dobrze – myślał i to pomagało mu się uspokoić. Mógł wejść cicho od strony hałd, poczekać, aż nikt nie będzie przy nich krążył. Każdy worek wrzucił na inny stos, tak żeby zwiększyć własne szanse. Wszystkie zmiany pracowały intensywnie, podniesione normy były trudne do spełnienia. To dawało mu nadzieję, która była jak pojedyncza perła w ciemnym jeziorze lęku.

W domu nie było nikogo, ale wiedział, że matka musiała wrócić. Ile zajęła mu ta wyprawa? Godzinę? Nie chciał już dociekać, zaakceptował klęskę, więc zwinął się na łóżku i trząsł się, płacząc. Wpadł w stan odrętwienia i stuporu, bez snu, ale też wolny od myśli. I leżał tak długo, odczuwając tylko lęk, aż wróciła matka i słyszał, jak mówi do siebie, ale nie rozróżniał słów. Słyszał, jak wchodzi do pokoju, i przez krótki moment poczuł, jak ogarnia go panika. Nie było czego się bać. Matka objęła go i pocałowała w policzek.

BA zabrano do szpitala. Kiedy matka wróciła do domu z miasta, znalazła ją śpiącą w pajęczynie. Udało jej się wysprzątać bardzo wiele, ale nie wszystko. Trzecie oko nie dało jej wystarczającego wyprzedzenia i kiedy usłyszała klucz w zamku, od razu zamknęła drzwi swojego pokoju i udawała, że śpi. Matkę jednak zaniepokoiło to, że pokój nie był zamknięty. W środku wystarczyły jej dwa spojrzenia. Być może poczuła zapach krwi, ale nie znała jej źródła. Dobrze, że nie znalazła żadnych fragmentów ubrania ani włosów, BA skłamała tak, by w miarę możliwości załagodzić skutki: tłumaczyła się, że wykorzystała nieuwagę brata, który zapomniał o zabezpieczeniu jej pokoju, i wymknęła się na chwilę na ulicę, skąd przywlokła błąkającego się psa.

— Mówiła, że wyglądał na zaniedbanego — chlipała matka — że był to jeszcze szczeniak. Zadzwoniłam do jej doktora. Wiesz, że był tutaj rano i nie powiedział nic dobrego. Nie chciał straszyć, ale nie dawał też nadziei. Później zabrali ją i nawet nie walczyła, śmiała się, kiedy wynosili ją do samochodu. Bałam się jej, rozumiesz? Bałam się, że skoro potrafi zrobić coś takiego zwierzęciu, to prędzej czy później może zaatakować człowieka. Nie wiem, co mam teraz zrobić.

Uścisnął matkę, nic nie odpowiedział, bo nie miał słów, które mogłyby ją pocieszyć.

A w nocy nie miał snów, które mogłyby to wszystko odmienić.

Przebudził się nad ranem, bez lęku, ale dziwnie rozbudzony. Spał w ciemnej otchłani i jej cisza przyniosła mu otuchę. Obudził się nie za wcześnie, jednak nie przez dźwięk budzika, ale przez zbyt mocne światło, które napływało zza okna. W mieszkaniu było cicho. To dziwne, że nie słyszał jeszcze matki w kuchni. Skoro było tak jasno na dworze, to dlaczego spała? Podniósł się z łóżka, zbyt zaspany, by zacząć panikować z powodu spóźnienia do pracy, czas zresztą się nie zgadzał, było jeszcze bardzo wcześnie. Odsłonił roletę i wyjrzał na świat. Powietrze było gęste od dymów, ale za nimi w oddali świeciło coś wielkiego, czego nigdy wcześniej nie widział. Było to jak wielka kula światła gdzieś w odległej części miasta, zbyt daleko, by móc dostrzec coś więcej, szczególnie przez opary z fabryki dymów.

Mogłoby być to światło pożaru, który trawi inne osiedle albo jakieś magazyny, ale światło było zbyt jasne, wręcz białe. Nie poruszało się, niczego nie łaknęło, nie pragnęło zniszczenia, nie było głodne ani wściekłe. KA miał wrażenie, że każda cząstka, która docierała do jego okna, świeciła nie w dymie i tej czerwonej ciemności przed wschodem słońca, ale mimo nich. Trudno było oderwać wzrok od tego blasku, ale usłyszał, jak za ścianą otwierają się drzwi i ktoś odkręca wodę w kranie. Matka obudziła się wreszcie.

Tego dnia nie widział żadnych widm stojących na budynkach i przynosiło to niewielką ulgę. Z poziomu ulicy nie widział jednak źródła niezwykłego światła, które teraz zdawało się tylko odległą łuną. W pobliżu fabryki dymu nie było go widać zupełnie. Tego dnia starał się nie kontrolować śmieci płynących taśmą ani nie zerkać nerwowo w stronę miejsca, gdzie poprzedniego wieczora podrzucił zwłoki. Piece spalały wszystko.

Po pracy udał się do szpitala, gdzie zatrzymano jego siostrę. Nie miał problemu z wejściem, od razu skierowano go na najwyższe piętro.

— Proszę tylko zachować ciszę na oddziale. I nie przemęczać jej rozmową, kuracja bardzo ją osłabiła, a rokowania niestety nie należą do najlepszych.

Zrobili wszystko, co w ich mocy.

Większość sal była przeznaczona dla pojedynczych pacjentów, stosownie do ich stanu umieszczano ich w odpowiednio bezpiecznym otoczeniu. Drzwi do pokoju BA nie były nawet zamknięte. Nie musiały być, mocno przywiązano ją do łóżka pasami.

— Mamusia niedawno wyszła, to miło, że jesteś.

Powinno go ucieszyć to, jak wyglądała, ale był w stanie poczuć jej cierpienie. Kręciła głową powoli, nie w celu wyswobodzenia z uwięzi, ale jakby starała się rozmasować ból.

— Odrosną, to kwestia naprawdę niedługiego czasu. A kiedy odrosną, znowu zostaną obcięte, bo nic więcej nie są w stanie zrobić. — Zabieg, jak się dowiedział, przeprowadzono rano, pod narkozą, ale w przypadku tak zaawansowanych opętań miało to niewielkie znaczenie, jakaś część jej świadomości stale była aktywna. Można było się pocieszać, że to demon stale czuwał, nie jego siostra. — Jesteśmy już jednym i tym samym, nie są w stanie nic na to poradzić i doskonale zdają sobie z tego sprawę. Nie ma już odwrotu. — Nie, to nie przez ból tak się wiła, to jej organizm ciągle się pajęczył, mimo amputowanych odnóży. — Czuję, że kolejne już kiełkują pod skórą. Dokładają mi tylko cierpienia, myśląc, że to moralnie uzasadnione, ale to uczucie jest teraz dla nas czymś innym niż kiedyś.

Nie zapytał czym.

— Gdyby mogli, wycięliby mi trzecie oko. Ale to mogłoby uszkodzić mózg, więc się na to nie zdecydują. Wiesz, skąd o tym wiem? — Zaśmiała się suchotniczo. — Mogę czytać niektóre ich myśli. A ty, braciszku, możesz czytać moje? Wiesz, o czym myślę cały dzień?

— O tym — zawahał się — co wydarzyło się wczoraj? — Pokręciła głową, była blada i osłabiona, ale potrzebowała takiej zabawy. — O tym, co zrobili ci rano? Naprawdę o tym nie myślisz? O co innego może chodzić? O domu? O mamie? O tym, jak było kiedyś? — Widział, że sprawia jej to przyjemność, więc zgadywał dalej — O ucieczce?

— Blisko, bardzo blisko. — Chodził po pokoju tu i tam, zatrzymał się wreszcie przy oknie i chwilę patrzył w dal. — Chyba zgadłeś, braciszku. O twojej obietnicy.

Widok stąd był lepszy, a może to samo źródło niesamowitego światła stawało się coraz wyraźniejsze. Była to wielka biała piramida stojąca w równie białym kręgu. Nie mógł teraz oderwać wzroku, stał więc długo w milczeniu, ale nie wiedział, co tak naprawdę widzi. Z sąsiedniej sali dochodziły ich zgodnie krzyczące głosy, które mogły należeć do kilku osób, a mogły też do jednej. KA nie potrzebował wiele czasu, by zacząć nienawidzić tego miejsca.

— Może już do końca będziesz mnie tu odwiedzał, wiesz? Mogą mnie nigdy nie wypuścić. Mama już nie daje sobie rady. Wiesz, co jej powiedziałam? Że wykradałam się na ulicę i urządziłam sobie polowanie. Nie wiem, czy mi uwierzyła w to, że złapałam labradora, ale myślę, że woli w to wierzyć, niż domyślać się, jak było naprawdę. Mama jest zbyt słaba, wyobrażasz sobie, co by było, gdyby i ona tu skończyła? Tu, gdzie i tak nikogo nie są w stanie wyleczyć.

— Nie na tym etapie.

— Na żadnym. To nie katar ani chrypka, zmiany można zatrzymać, owszem, ale też nie na zawsze. Nie ma czegoś takiego jak leczenie, możesz najwyżej zmusić demona do ukrycia się w cieniu, do tego, żeby spał więcej, ale nawet wtedy ma jedno oko otwarte.

— Nic nie można zrobić?

— To tylko dla was wydaje się takie straszne, my widzimy w tym wiele zalet.

Odpowiedział jej w myślach wspomnieniem tego, co zrobiła z ciałem tamtego człowieka, ale zrobił to tak głośno, że usłyszała to niczym krzyk.

— Tak. Zabiłam — wyszeptała gniewnie. Chciała się podnieść i pasy, którymi była przypięta do łóżka, jęknęły od naporu. Zaraz jednak na powrót zwiotczała. Od zawsze była wątła i blada, ale teraz miała skórę wręcz trupią. — Chyba rozumiesz braciszku, że zrobiłam to dla ciebie. Tak, oczywiście, rozerwanie go na kawałki dostarczyło nam wiele przyjemności, ale zapomnij o tym, co działo się za zamkniętymi drzwiami, nie zaprzątaj sobie tym głowy — nagle zaczęła hipnotyzować go głosem spokojnym i ciepłym. Jednak co kilka sylab wraz ze znanym mu tembrem z gardła siostry wydobywał się jeszcze ten drugi głos, cichy warkot. Pod sufitem coś trzepotało w świetlówce, która z jednej strony była już niemal wypalona, ale wszystkie zamiast białego światła emitowały przykre żółtawe widmo. Tak inne od tego światła z oddali. Nagle KA zorientował się, że siostra milczy. Miała szeroko otwarte trzecie oko i poczuł się dziwnie nagi. — Zabierz mnie tam — powiedziała. Pomyślał: „Gdzie?”. — Tam do światła — odpowiedziała.

„Pamiętaj, że obiecałaś nie robić nikomu krzywdy”.

— Pamiętam, braciszku.

Było to bardziej niż proste. Opętani z oddziału nie byli niebezpieczni w stanie, w jakim ich tam trzymano, wobec tego nie stosowano zaostrzonego rygoru. Pasy łatwo dało się rozpiąć, ale BA poprosiła, by chwilę poczekali z wyjściem. Trzecie oko ruszało się na jej czole jak trzepocąca się ćma. Słuchała czegoś albo porozumiewała się, bo nagle z sąsiedniej sali dobiegło ich rozdzierające ryczenie: „Pomocy!”. Słyszeli, jak pielęgniarka zrywa się z posterunku na korytarzu i przez krótką chwilę, kiedy drzwi obok się otworzyły, ryk wydawał się tak przeraźliwie głośny, że słychać było go na całym oddziale. Zaraz druga osoba weszła tam do środka. Droga była wolna, KA pomógł siostrze się podnieść.

Większość opętanych na oddziale była jak starcy z podagrą. BA potrzebowała podparcia, żeby zrobić pierwszy krok. Syknęła cicho, zaciskając zęby. — Tak, boli, wszystko boli. Ale to inny rodzaj bólu, część nas się nim karmi, a tylko część chce wyć. Chodźmy. — Drzwi oddziału były zamknięte, KA podbiegł do stanowiska pielęgniarek, jedna z nich zostawiła tam swoją kartę chipową. Serce biło mu jak młot i nie umiał już przypomnieć sobie, co kilka minut wcześniej pchnęło go do pomocy w tej akcji. — Chodźmy — syknęła siostra już zza drzwi. Nie musiała się rozglądać, czuła wiele swoim trzecim okiem. W zasadzie już się udało, to było wszystko. Wystarczyło zejść po schodach albo zjechać windą. Wybrali to pierwsze. Nikt nie chodzi po schodach w szpitalu, to bezpieczniejsze. Piętro niżej kazała mu wejść za sobą do damskiej ubikacji.

— Ktoś idzie? Co się stało? — szeptał, znów ogarnięty gorącą falą paniki.

— Zaczekaj tutaj. Albo nie, zaprowadź mnie do kabiny i wyjdź, potrzebuję chwili.

Czekał, starając się uspokoić oddech i nie wyglądać podejrzanie. Nikt nie wywołał do tej pory paniki, ale czy w ogóle ktoś zrobiłby to, wiedząc, że zniknęła? Kilka osób zdążyło go minąć, wreszcie wysunęła się zza drzwi. Wyglądała lepiej. Na czoło zaczesała grzywkę. Włosy miała nadal w wielkim nieładzie, ale widać, że przed zabiegiem odpajęczania została umyta.

— Co z ubraniem?

— Pieprzyć je, chodźmy.

Oddał jej własną kurtkę, dzięki czemu nie było widać brunatnych wysięków z ran na plecach. Podwinęła szpitalną koszulę. O wiele lepiej. Można było pomyśleć, że wychodzą na papierosa albo się przewietrzyć. Za drzwiami szpitala założyła kaptur. KA nie mógł uwierzyć, że to zrobili. BA, poganiając go, powoli kuśtykała w stronę przystanku. Najpierw zobaczyli dwa światła, jak wściekłe oczy, a potem z dymu wyłoniła się maska tramwaju. Był pełny, ale ktoś musiał zobaczyć, że BA ledwo stoi na nogach, i ustąpił jej miejsca.

Tu, z poziomu ulicy nie widzieli znowu swojego celu. Wszystko przysłaniały wysokie budynki i ciężkie dymy. Głowy współpasażerów, nieliczne drzewa i słupy. Wjechali na niewielkie wzniesienie i KA zobaczył, że zrobiło się nieco jaśniej. Zapytał siostrę o to, o co zapytać miał ją jeszcze przed pomocą w ucieczce.

— Nadal nie rozumiesz? Pamiętasz, o co pytałam cię wczoraj? Czy przypominasz sobie ojca?

Pokręcił głową.

— Byłem dzieckiem. Ty jesteś ode mnie młodsza, niemożliwe, żebyś miała o nim jakiekolwiek wspomnienia. Nie, nie przypominam sobie niczego.

— Mamusia nie mówi nic o tym, ale zaczyna odczuwać pewne dolegliwości, złe myśli. Jest słaba, coraz słabsza i niedługo zacznie sobie zdawać sprawę z tego, że nosi w sobie coś, o czym wcześniej nie wiedziała. — Obrócił się w jej stronę przestraszony. Spod kaptura mógł dostrzec tylko uśmiech na jej spierzchłych, bladych wargach. — Gdybym mogła spać, śniłabym o tobie w pustym mieszkaniu. O rozdrapanych ostrymi szponami tapetach.

— Myślisz, że znajdziesz tam coś, co was wyleczy?

Spojrzała na niego z taką siostrzaną miłością, że prawie się rozpłakał.

— Czeka tam na nas ktoś ważny, kto może wszystko naprawić i uwolnić nas od tego ciężaru. I myślę, że wszystko może się odmienić. Wszystko. Nie wolno nam zmarnować tej szansy.

Tramwaj zatrzymał się i część pasażerów wysiadła. KA pomógł siostrze wstać z fotela. Tory zakręcały na zachód, w stronę pętli, oni musieli iść w przeciwną stronę. Dym stawał się coraz rzadszy, a powietrze opalizujące. Była to część miasta, którą słabo znali. Z daleka dało się dostrzec komin fabryki dymu i unoszący się z niego obłok. Tutaj smog zdawał się niemal nie docierać. Budynki były stare i niskie, samochody jeździły cicho po wąskich ulicach.

A im dalej szli, tym węższe robiły się ulice, tym było ciszej, tym ciaśniej ustawione były domy. Im więcej dookoła było światła, tego dziwnego światła, które opalizowało jak drobny brokat zawieszony w wodzie, tym ściany budynków były jaśniejsze. Początkowo można było odnieść wrażenie, że weszli po prostu do bogatszej, bardziej zadbanej dzielnicy, ale im głębiej wchodzili w labirynt, tym bardziej było oczywiste, że ta część miasta nie istniała tu wcześniej. Wyglądało to tak, jakby szli w głąb postępującego, żywego procesu, w którym ściany budynków niemal sięgały ku sobie i pochylały się, by wzajemnie się połączyć i spleść. Wreszcie zniknęły jakiekolwiek przerwy między nimi, tak jak zniknęły słupy lamp drogowych, nie były już potrzebne, tak jak zniknęły ławki i kosze, i cały brud, i śmieci, i dym. Przed sobą mieli kręty korytarz, a po bokach pełne drobnych okien ściany pełne arabeskowych zdobień, których nie widzieli jeszcze chwilę wcześniej. Szli w kompletnej ciszy, łowiąc najmniejsze oznaki życia, wydawało im się jednak, że w tym wielkim labiryncie nie ma nikogo poza nimi. BA dyszała ciężko, każdy kolejny krok był już ponad jej siły, opierała się na ramieniu brata. Trzecie oko zamknęła, bo oślepiał je nadmiar światła. Mocniej owinęła się za dużą kurtką i krok za krokiem posuwali się do przodu.

Pierwszą twarz zauważył, kiedy jego siostra upadła i musiał pomóc jej wstać z kolan. Podniósł wzrok w górę i w jednym z setek niewielkich okien dostrzegł białą owalną głowę.

— Patrzą na nas.

BA skinęła głową, widziała ich kilka wcześniej, ale nie chciała o tym rozmawiać. To nie była ludzka twarz, to była biała, intensywnie wpatrzona w nich maska. Żadnego gestu, jakiegokolwiek ruchu albo nawet grymasu niewidocznych warg. Wielkie czarne oczy nie mrugały, widziały za to wszystko. Już nie pojedyncze twarze, ale co kilka okien dostrzegali kolejną, wydawały się identyczne i identycznie wpatrzone w każdy ich krok.

Kiedy szli strefą, w której budynki dopiero łączyły się w monolit labiryntu, zdawało im się, że wąskie ulice przygniatają ich ciężarem wiszących nad nimi ścian, że wreszcie dojdą do punktu, w którym nie będzie możliwa dalsza podróż. Tymczasem we wnętrzu labiryntu zaczęła się wokół nich organizować przestrzeń, która stopniowo rosła w przytłaczający dystans. Szli po białym niby-marmurze, pośród gigantycznych elewacji rosnących w górę tak wysoko, jakby to oni sami byli już nie ludźmi, ale mrówkami. Potężne były białe marmury, echa kroków niosły się głośno w wielkiej, pustej i cichej przestrzeni. Echa skręcały w rozgałęzienia dróg i na zakrętach, na skrzyżowaniach rozdzielały się i brzmiały jak tysiące kropel, które jedna po drugiej wpadają do tysięcy studni. BA słabła coraz bardziej, nic już nie mówiła i nie była w stanie samodzielnie stawiać kroków. Bez podparcia brata upadłaby pewnie i nie wstała już. Zapytał, czy potrzebuje przerwy, ale pokręciła głową. Trzecie oko miała zamknięte kurczowo, skórę już nie opętańczo bladą, ale raczej siną. Być może to miejsce mogło ją uzdrowić, być może sprowadzić na nią śmierć. KA pomyślał, że niezależnie od tego, co się zdarzy, miejsce jest ku temu odpowiednie. BA nie odpowiedziała na jego myśl.

Wiele razy musieli podejmować decyzję, w którą stronę skręcić, którą odnogę labiryntu obrać. Im więcej widzieli twarzy w oknach, tym bardziej byli przekonani, że idą we właściwą stronę. Coraz więcej światła, coraz bliżej celu. I choć istniał cel, to zagubili gdzieś czas. Nie mogliby ocenić, czy pochód wśród białych marmurów trwa dopiero chwilę, czy kilka godzin. KA czuł się ożywiony, białe światło dodawało mu energii. Nie czuł już niepokoju ani strachu. Powstrzymał chęć ucieczki, zwalczył lęk przed białymi maskami.

— Dasz jeszcze radę? Możemy odpocząć, siostrzyczko.

Nie chciała się zatrzymywać. Jeśli była w stanie wydobyć z siebie szept, to zapewniała go, że czuje się lepiej. Chciała iść dalej, a on nie mógł jej powstrzymywać, choć jeśli coś w tej wędrówce wzbudzało w nim niepokój, to jej osłabienie. Robiła się coraz lżejsza, podtrzymywał ją już bez większego problemu i gdyby poprosiła, mógłby ją wziąć na ręce. Bał się jednak to zaproponować, bo wydawała się tak delikatna, jakby mogła się złamać albo wgnieść pod mocniejszym naciskiem. Kiedy osypała jej się z głowy garść włosów, nic nie powiedział. Trzymając rękę na jej plecach, nie czuł już kikutów pajęczych odnóży. Być może to miejsce przyniesie jej ozdrowienie.

A później upadła i rozpadła się w proch.

Było to tak, że gdzieś w oddali dostrzegli innego człowieka. Wyszedł zza załomu i przeszedł prostopadle do ich trasy, zaraz znikając za murem po drugiej stronie drogi. KA dostrzegł go pierwszy i krzyknął głośno. Dopóki myślał, że idą w głąb samotnie, nie przyszła mu na myśl potrzeba towarzystwa. Krzyknął raz jeszcze, tamten chyba spojrzał w ich stronę, ale nie zwolnił kroku. Siostrzyczka ocknęła się z zamyślenia i zdążyła jeszcze zauważyć oddalającego się wędrowca. Próbowała zawołać, ale z jej gardła nie wydobył się niemal żaden dźwięk. Zdołała tylko wyszeptać do brata: — Pospieszmy się!

Nie wiedział, dlaczego tak jej zależy na tym spotkaniu z nieznajomym. Może rozpoznała w nim kogoś, może to resztki demonicznych zmysłów pozwoliły w nim wyczuć coś, na czym zależało jej tak bardzo, może po prostu potrzebowała potwierdzenia tego, że nie błądzą. Może był to ostatni zryw szaleństwa napędzany resztkami życia, jakie w niej zostały. Niemal wyrwała się z objęć brata i choć nie miała przecież siły iść sama, pobiegła. Był to chybotliwy, kulawy trucht. KA nie ruszył za nią od razu, potrzebował chwili, żeby zrozumieć to, co się wydarzyło, i nie zdążył zareagować. Straciła kontrolę nad kończynami, zachwiała się i poleciała do przodu. Ruszył za nią w momencie, gdy upadała na kolana i wyciągnięte przed siebie ręce, i być może chwyciłby ją jeszcze, gdyby nagle nie rozpadła się w proch. I to proch chwycił, chmurę białego i szarego pyłu, która uniosła się w górę. Najpierw kolana i dłonie, kiedy próbowała zamortyzować zderzenie, zaraz potem głowa, która rozprysła się na kawałki, na samym końcu stopy. To, co przetrwało uderzenie, zaraz i tak rozpadło się i rozsypało, aż na białym marmurze został tylko pył. KA upadł na kolana w ten stos, który pozostał z jego siostry, jakby próbował jeszcze ocalić cokolwiek, jeszcze pozbierać ją i na powrót złożyć. Chwycił w rękę garść, która osypywała się spomiędzy palców. I jeśli krzyczał wtedy w rozpaczy, to krzyczał w ciszy i cicho, jakby cała nieskończoność się zapadła.

Nie mógłby określić, ile czasu klęczał w jej prochach. Godziny? Lata? Z góry, z okien pnących się ku niebu budynków patrzyły na niego czarne oczy w białych twarzach, dla których czas się nie liczył. Jeśli mieli widzieć jego smutek i samotność, to niech patrzą.

Kiedy wreszcie się podniósł, by iść dalej, bo nic innego zrobić nie mógł, zobaczył o kilka kroków przed sobą perłę bielszą od marmuru, opalizującą jak skoncentrowane światło. Podniósł ją i ukrył w dłoni.

Znów nie był sam w labiryncie. Nie mógł dogonić ani przywołać żadnej z osób, które coraz częściej napotykał na ulicach. Znikały mu w oddali albo za zakrętem, niewiele z nich odwracało w jego kierunku wzrok, wszyscy skupieni byli na tym jednym celu, jakim było dotarcie do wnętrza, do samego serca labiryntu, a świadomość tego, że spotyka coraz więcej błądzących poszukiwaczy, umacniała go w przekonaniu, że jest już niedaleko. Kilka razy słyszał krzyki kogoś idącego z tyłu, kto dopiero wyszedł zza rogu i wołał głośno, by na niego zaczekać. Na początku obracał się, ale niecierpliwość rwała go już do przodu i szedł dalej, ignorując odległe protesty.

Jednak im był bliżej, tym trudniej było mu podejmować decyzje co do kierunku. Czasem zdawało mu się, że chodzi w koło, ciągle tymi samymi ulicami, czasem łapał go entuzjazm, gdy nagle gdzieś w oddali zdawało mu się, że widzi mocniejsze światło. Czasem spoglądał w górę, w lodowate okna ciągnące się aż do nieba i widział w nich długie szeregi białych masek, tysiące oczu liczących każdy jego krok. Czasem zaciskał dłoń na perle i zdawało mu się, że emanuje ona ciepłem. Czasem spoglądał na nią z bliska i był przekonany, że coś się w jej środku porusza. W chwilach słabości zrywał się do biegu i pędził przed siebie, tracąc oddech, a gdy musiał się wreszcie zatrzymać, hamował delikatnie, tak by nie potknąć się i nie upaść jak siostra. W tych momentach widmowe twarze zdawały się patrzeć na niego niechętnie.

Piramidę ze światła ujrzał za zakrętem w momencie, w którym tracił już resztki nadziei. Trafił więc do centrum labiryntu, a nagroda była wspaniała. Jaśniejący monument stał na środku wielkiego marmurowego placu. Teraz dopiero mógł ocenić skalę tego, co wcześniej widział z oddali, z wysokiego okna szpitala. Wysokie jasne mury z daleka zasłaniały całą podstawę, której samo okrążenie było wyzwaniem.

Przed sobą widział drobne sylwetki innych wędrowców, którzy wchodzili do środka przez szeroką bramę. Z wnętrza biło światło jeszcze jaśniejsze i piękniejsze, a kiedy ktoś wkraczał w jego obszar, sam zdawał się rozjaśniać niczym flara. Każdy kolejny krok sprawiał, że w serce KA wkradała się coraz większa euforia, chciał biec, ale czuł, że w podobnym miejscu nie wolno zakłócać spokoju i ciszy, nie wolno naruszyć godności. Kiedy stanął wreszcie przed bramą, przez zmrużone oczy starał się dostrzec jej wielkość, a była tak szeroka, że mógłby przejść przez nią na raz zastęp wojska, i tak wysoka, że w jej progu przez sto lat mogłoby rosnąć drzewo i nie sięgnęłoby szczytu. Mimo to, kiedy drogę zastąpiła mu biała sylwetka o twarzy jak maska, nie ominął jej, choć mógłby to zrobić z łatwością.

— Twój ojciec czeka na ciebie w środku. Czeka od bardzo dawna. Czy przyniosłeś mu to, po co zostałeś wysłany? — Głos rozbrzmiewał bezpośrednio w głowie KA, gdyby go ktoś zapytał, czy oto dziwna istota przemówiła, czy po prostu stała w milczeniu, a słowa nagle odczytał we własnych myślach, nie mógłby odpowiedzieć. Dar dla ojca? Poczuł, jak nagle serce mu przyspiesza w panice, uzmysłowił sobie skalę swego błędu i nie wiedział, co ma zrobić, nie pamiętał, po co został wysłany, nie pamiętał nic. Gdyby mógł chociaż znaleźć słowa, z których zbudowałby pytanie, ale bał się pytać, tylko otworzył usta i gdyby nie raziło go tak mocno światło, rozejrzałby się wokoło. Biała istota czekała na jego odpowiedź. — Przypomnij sobie! — Jak mógł zajść tak daleko, jak mógł stanąć tuż u samego wejścia i być równie bezradnym? Istota podniosła rękę i położyła ją na jego policzku. Poczuł, jak wlewa się w niego spokój i opanowanie. — Czy przyniosłeś dar, po który zostałeś wysłany? — Coś poruszyło się w jego dłoni i przypomniał sobie, że zaciska ją na jasnej perle, którą odnalazł w prochu, w który obróciła się jego siostra. Poczuł, jak ciepła jest, jak niemal parzy skórę. Otworzył dłoń i spojrzał na nią. W jasnym blasku piramidy widać było, jak przenika ją poświata, jak pulsuje ona delikatnie ornamentem czerwonych linii.

Biała istota wyciągnęła długą i wiotką rękę. Zawahał się, nim w dłoń strażnika oddał ten skarb. Poczuł jednak, że tak właśnie powinien postąpić, że wszystko odbywa się we właściwej sekwencji zdarzeń. Chciał przejść dalej, ale istota znów zastąpiła mu drogę. Nie bał się już, nie niepokoił. Czekał. Palce istoty były miękkie i delikatne, ale nawet gdyby chciał, nie znalazłby w sobie siły, by się jej przeciwstawić. Co ważniejsze, wcale tego nie chciał. Gotów był zrobić to, co trzeba, by wreszcie znaleźć się tam, w świetle, w wielkim królestwie światła, obok ojca. Palce odchyliły mu głowę w tył, później rozwarły usta. Zamknął oczy, by nie oślepnąć od blasku, i poczuł, jak perła znów trafia w jego dłoń, a dłoń zbliża się do ust. Perła upadła na język, przełknął ją bez wahania i naraz biała istota ustąpiła mu z drogi.

Po wejściu do piramidy światło nie raziło go już wcale, nagle sam stał się światłem, nagle wszystko wydawało się jasne. Na jej środku – a wszystko nagle przestało być odległe i niedostępne, nie czuł już pośpiechu i niecierpliwości – stał wielki stół, przy którym siedziało wielu gości. Widział tam miejsce dla siebie, widział wiele potraw i napoi, których sam widok sprawiał mu radość, widział tam wesele i oczekiwanie, widział wreszcie ojca, tego samego, którego nie widział od wielu, wielu lat, jak siedzi tam i czeka, i uśmiecha się ku niemu. I zaczął ku nim iść, tak jak zmierzali tam inni, którzy razem z nim weszli do środka.

W połowie drogi nagle poczuł, że zaczyna brakować mu powietrza. Pomyślał, że to może z nadmiaru emocji, że nie jest w stanie unieść wagi tego wydarzenia, że nie sposób przyjąć taką doniosłość i się nie zachwiać. Wyprostował się więc i szedł dalej, ale duszność nie ustępowała i naraz przerodziła się w napad paniki, kiedy poczuł, jak coś wędruje mu z żołądka w górę, do gardła. Coś dusiło go od środka, coś wbijało się ostrymi odnóżami w wilgotne tkanki i powoli odcinało mu powietrze. Złapał się za gardło, nie wiedząc, co ma robić, spojrzał w panice w stronę stołu, który był już niedaleko, już o kilka kroków. Spojrzał na ojca czekającego przy stole i przeląkł się jego zimnego spojrzenia. Ktoś objął go od tyłu, podtrzymując, poczuł, jak miękkie, delikatne palce zaciskają się na jego ustach tak, by zdusić rodzący się w gardle krzyk. I naraz całe światło zgasło.

— Już dobrze, obudź się.

Najpierw usłyszał siostrę szepczącą mu prosto do ucha. Przytulił ją, jeszcze nie do końca pewien tego, co się stało. Czuł się dziwnie i dziwny był jej dotyk: zimny i kosmaty, inny niż zapamiętał. Twarde i szorstkie ciało, dotykiem mógł niemal poczuć, że jest całe czarne.

— Już dobrze. Otwórz oczy.

Szarpnął się, chcąc ją odepchnąć, przerażony, budząc się z dziwnego snu. Chciał krzyknąć, ale jeszcze czuł bolesny ucisk w gardle. Leżał na poboczu pustej ulicy, obok paliło się światło latarni, dalej blask okien fabryki z trudem przebijał się przez smog. Przez dymy, które jeszcze układały się w formę wielkich, jasnych ścian. Piramida zniknęła, był sam, przez ciszę nocnej pustki przebijał się monotonny szum pracujących maszyn. Z trudem podniósł się z zimnego betonu, potrzebował chwili, żeby znaleźć równowagę. Przez mroźne dreszcze, ból głowy, szum miasta i mętną mgłę wiedział tylko, że powinien wrócić do domu. Powinien wrócić jak najszybciej.

Po kilku krokach zatrzymał się, żeby ponieść porzucony na chodniku obiekt. Mgła nie zdołała jeszcze zabrać wszystkiego, a może pozostawiła to jako żart. Trzymał w rękach bladą stopę, która mogłaby należeć do człowieka, gdyby nie była zamknięta na kostce skórą, jakby wyrosła samodzielnie i nigdy nie należała do żadnego ciała. Była zimna i blada, prawie biała, łatwo można by pomylić ją z ludzką. Wysoko w górze dostrzegł jeszcze miejsce, gdzie mgła nie zdążyła stracić formy okna i rzucił stopą w tamtą stronę, zbyt był jednak wyczerpany, by trafić. Wylądowała kawałek dalej w krzakach.

Mógłby wrócić szybciej, gdyby szedł prostą drogą w stronę chmury dymu, która wisiała nad spalarnią odpadów. Kilka razy jednak skręcał nagle, widząc kogoś na swojej drodze. Wychodzili z innych ulic, równie jak on obolali, równie zmęczeni i drżący z wychłodzenia. Przygarbieni, jakby ktoś siedział im okrakiem na ramionach. Starał się myśleć o tym uczuciu jako o tuleniu się, ale to niewidoczne coś ciążyło mu coraz mocniej. Czuł je w sobie i na sobie, czuł, jak wnika w każdą komórkę ciała.

To, co w nim rosło, dopiero zapuszczało korzenie. Być może dawało mu to szansę na wiele lat, z których część spędziłby jeszcze jako człowiek względnie zdrowy. Może na tym etapie możliwa była jeszcze kuracja, o ile przyzna się do tego komukolwiek, o ile będzie chciał się jej poddać. Czuł, jak czarna cisza rozlewa się powoli w jego wnętrzu i prócz bólu nie było w tym już nic strasznego. Chciał tylko wrócić do domu, do rodziny.

— Kocham cię — wyszeptał, a cień odpowiedział mu tymi samymi słowami.