Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Nominacja do Międzynarodowej Nagrody Bookera
Hipnotyzujące studium grozy i przemocy
Pola kukurydzy, rzędy topoli, spękany asfalt lokalnych dróg, kilka opuszczonych fabryk i garstka gospodarstw. W pobliżu mała osada: trzy domy, stodoła i obora, pozieleniałe od mchu. Mieszkają tam ekscentryczna malarka Christine z psem Radżą oraz rodzina Bergogne’ów – mrukliwy Patrice, jego żona Marion, która pracuje w mieście, i córeczka Ida.
Ich życie na wsi dalekie jest od idylli: Christine od dłuższego czasu otrzymuje anonimowe listy z groźbami, Patrice’a dręczą długi, frustracja i osamotnienie, Marion zaś zdaje się coraz bardziej oziębła i obojętna. W dniu jej czterdziestych urodzin Patrice organizuje przyjęcie niespodziankę, uroczystość zakłóca jednak wizyta trzech nieznajomych. Wraz z ich przybyciem na światło dzienne wychodzą głęboko skrywane tajemnice i kłamstwa.
Nocne historie laureata Nagrody Goncourtów Laurenta Mauvigniera to pełen zwrotów akcji literacki thriller – autor buduje napięcie z wielką precyzją. Warstwa po warstwie odsłania kolejne oblicza przemocy, jakiej doświadczają bohaterowie, stawiając pytanie, czy można uciec od własnej przeszłości.
„Ta porywająca opowieść o brutalnym wtargnięciu przeszłości w teraźniejszość, napisana przez jednego z czołowych współczesnych prozaików francuskich, zręcznie demaskuje historie, które ukrywamy przed innymi – i przed sobą.” Fragment uzasadnienia jury Międzynarodowej Nagrody Bookera 2023
„Mauvignier kreśli hipnotyzujący horror psychologiczny, którego akcja rozgrywa się w na pozór nudnej francuskiej wiosce o zagadkowej nazwie... Czytelnicy będą zachwyceni.” „Publishers Weekly”
„Wyobraźcie sobie thriller napisany wspólnie przez Stephena Kinga i Prousta. Trzymająca w napięciu fabuła, mrożąca krew w żyłach atmosfera, a wszystko to opowiedziane płynnym, eleganckim stylem, bez pośpiechu, z odroczoną kulminacją. To, co Javier Marías zrobił dla powieści szpiegowskiej, Laurent Mauvignier robi dla horroru.” „The Spectator”
„Umiejętność ciągłego zaskakiwania czytelnika sprawia, że ta powieść jest tak fascynująca.” „The Guardian”
„[Mauvignier] porusza się w mrocznej, pełnej duchów przestrzeni między przemocą a codziennością, tajemnicą a ujawnieniem – to jedna z tych książek, które łączą różne gatunki, nie tracąc ani z wartości literackich, ani z emocji typowych dla literatury sensacyjnej.” Gawker
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 625
Data ważności licencji: 6/15/2028
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dotychczas ukazały się m.in.:
Nadifa Mohamed, Szczęśliwcy
Jim Lewis, Duchy Nowego Jorku
Elizabeth Wetmore, Walentynka
Claire Vaye Watkins, Kocham cię, ale wybieram ciemność
Miriam Toews, Z ogniem
Jen Beagin, Szwajcara
Tess Gunty, Królikarnia
Négar Djavadi, Wszystkie moje rewolucje
Gwendoline Riley, Moje zmory
Alia Trabucco Zerán, Do czysta
Graeme Macrae Burnet, Studium przypadku
Vincenzo Latronico, Do perfekcji
An Yu, Muzyka dla duchów
Kevin Jared Hosein, Głodne duchy
Antoine Wilson, Usta-usta
Irene Solà, Dałem ci oczy, a ty spojrzałaś w ciemność
Catherine Lacey, Biografia X
Benjamín Labatut, Maniak
Michael Magee, Blisko domu
Tobias Wolff, Stara szkoła
Steven Price, Książę Lampedusy
Scott Preston, Pożyczone wzgórza
Anneli Jordahl, Córki łowcy niedźwiedzi
Już niebawem ukaże się:
Catherine Lacey, Odpowiedzi
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Tytuł oryginału francuskiego Histoires de la nuit
Projekt okładki Kamil Rekosz
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Copyright © by Les éditions de Minuit, 2020
Published by arrangement with Lester Literary Agency & Associates
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026
Copyright © for the Polish translation by Jacek Giszczak, 2026
Opieka redakcyjna Jakub Bożek
Redakcja Dariusz Sośnicki
Korekta Elżbieta Krok / d2d.pl, Monika Paduch / d2d.pl
Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-394-5
Jednak wewnątrz tajemnic
są inne tajemnice – zawsze.
D.F. Wallace, Blady król, przeł. M. Denderski
Patrzy na niego przez okno i tym, co widzi na parkingu, choć jaskrawe słońce ją oślepia i sprawia, że nie może zobaczyć go tak, jak by chciała, wspartego o stare Renault Kangoo, które w końcu będzie musiał zmienić – jakby przyglądając mu się, mogła odgadnąć, co myśli, gdy on może po prostu tylko czeka, aż ona wyjdzie z tego posterunku, gdzie ją przywiózł, sama nie wie, który to już raz, drugi czy trzeci w ciągu dwóch tygodni – tym, co widzi, znajdując się nieco powyżej parkingu, który za zagajnikiem wydaje się lekko pochyły, stojąc obok rzędu krzeseł w poczekalni, między rachityczną rośliną a pomalowanym na żółto betonowym filarem z ogłoszeniami o poszukiwaniu świadków, które by mogła przeczytać, gdyby miała na to czas, jest sylwetka, trochę zniekształcona, bo ona jest nieco wyżej, patrzy z góry i dlatego widzi ją w ten sposób, bardziej zbitą niż jest w rzeczywistości, masywną, chociaż rosłą, tęgą sylwetkę mężczyzny, i myśli w tej chwili, że niewątpliwie przywykła się z nim widywać i że to trwa zbyt długo, jakby nadal był dzieckiem – nie jej dzieckiem, bo ona nie ma dzieci i nigdy nie czuła takiej potrzeby – ale jednym z tych dzieci, którymi czasami się zajmujemy, na przykład synem chrzestnym albo jednym z siostrzeńców, i możemy egoistycznie cieszyć się ich dzieciństwem, nie biorąc sobie na głowę trosk, związanych z ich wychowaniem, i nieprzewidzianych, choć nieuniknionych szkód.
Mężczyzna na parkingu krzyżuje ramiona – szeroki kark, silne ramiona, będące przedłużeniem masywnych barków, wydatny brzuch, a na głowie kępa kasztanowych, bardzo sztywnych włosów, przez co zawsze wygląda, jakby był nieuczesany czy zaniedbany. Zapuścił brodę, nie, nie za gęstą, ale wcale mu nie pasuje – myśli – wygląda teraz na jeszcze większego mruka, ci, którzy go nie znają, zawsze odnoszą takie wrażenie, i jeszcze większego wieśniaka – nie byłaby w stanie powiedzieć, czym jest wiejski wygląd – wygląd kogoś, kto nie opuszcza swojego gospodarstwa i tkwi w nim dosłownie zamknięty, ponurak, jak jakiś święty czy wygnaniec, albo jak ona sama, przesiadująca w domu. Ale w jej przypadku to bez znaczenia, ma sześćdziesiąt dziewięć lat i jej życie spokojnie zmierza ku końcowi, podczas gdy on ma ich dopiero czterdzieści siedem i jeszcze długą drogę do przebycia. Wie też, że on tylko chce wyglądać na gbura, a tak naprawdę jest łagodny i uczynny, cierpliwy – czasem pewnie zanadto – zawsze gotowy przyjść z pomocą jej i innym sąsiadom, przy byle okazji oddaje im przysługi, tak, nie namyślając się długo, każdemu, kto go poprosi, choć to jej pomaga najchętniej, tak jak dziś, podwożąc ją na posterunek i czekając, żeby odwieźć ją do osady, by nie musiała jechać te siedem kilometrów w jedną i siedem kilometrów w drugą stronę na rowerze.
Bergogne, właśnie tak.
Już gdy był dzieckiem, mówiła do niego Bergogne. To stało się ot tak, niemal naturalnie: pewnego dnia przywołała go po nazwisku, chcąc się z nim podroczyć; dzieciak się ucieszył, ją też to rozbawiło, wszystko dlatego, że często naśladował ojca, przybierając poważną, skupioną minę, jak dzieci, kiedy się bawią w odpowiedzialnych dorosłych. To mu pochlebiło, bo tak naprawdę nie wyczuł szczypty ironii i surowości w tonie, jakim zwracała się po nazwisku do jego ojca; często wcale nie zamierzała prawić mu komplementów, tylko rzucić ciętą uwagę czy potraktować go wyjątkowo oschle, w stylu nauczycielki strofującej dziecko. Bergogne ojciec i ona lubili się sprzeczać, z przyzwyczajenia, jak zdarza się przyjaciołom czy dobrym znajomym, ale tak czy owak to wszystko nic już nie znaczy – trzydzieści, może czterdzieści lat rozmytych w mgle czasów, które przeminęły – tak naprawdę to wszystko nigdy nie miało znaczenia, bo zawsze pozostawali na tyle blisko, by mówić sobie prawdę prosto w oczy, prawie jak stare małżeństwo – nigdy nim nie byli, a mimo wszystko w pewnym sensie nim byli, historia platonicznej miłości, która może nie znalazła dla siebie życiowej przestrzeni, nawet w snach, w jego i w jej życiu, wbrew temu, co mogły sugerować jadowite języki i ludzie zazdrośni.
Po śmierci ojca tak już pozostało: Bergogne. Jego nazwisko, którym się zwraca do syna, do tego syna, nie do dwóch pozostałych. Odtąd – choć już bez śladu ironii, tylko z nawyku – zawsze było to wymawiane twardo, z nutą wyższości czy nieznoszącym sprzeciwu tonem, czego nie była świadoma, kiedy do niego dzwoniła, prosząc, żeby jej przywiózł to czy tamto z supermarketu, jeżeli będzie jechał do miasta, albo żeby ją podwiózł, jeśli się tam wybiera – miasto, miasteczko liczące trzy tysiące mieszkańców – ale i z tą łagodnością w głosie z czasów jego dzieciństwa, którą w głębi wyczuwał,
Bergogne, zabierzesz mnie?
jakby szepnęła mu do ucha, mój mały, kochany, chłopcze, mój skarbie, ukryte w jakiejś fałdzie chrapliwie brzmiącego nazwiska czy jej głosu, w sposobie, w jaki je wymawiała.
Kiedyś przyjeżdżała na wakacje do starego okazałego domu nad rzeką i wszyscy patrzyli na nią jak na wielką damę, być może arystokratkę – w każdym razie osobę szaloną – żywiołową i postrzeloną paryską artystkę – i zadawali sobie pytanie, jakiego odpoczynku szuka tu, w La Bassée, gdzie pojawia się coraz częściej, zostaje za każdym razem dłużej, aż w końcu zjechała na stałe, już bez męża w bagażach – co zrobiła z mężem bankierem, tego nikt się nie dowie – przyjechała się tu osiedlić z częścią jego pieniędzy, to było akurat pewne, choć nikt nie wiedział, dlaczego postanowiła zagrzebać się w takiej dziurze, skoro mogła zamieszkać na południu, nad morzem, w bardziej gościnnych stronach, cieplejszych, nie takich byle jakich, nie, tego nikt się nie dowie, choć długo zadawano sobie to pytanie, bo wprawdzie ludzie kochają swoje strony, ale nie są tak głupi, by nie widzieć, jak nieciekawa i przeciętna jest ich okolica, jak tu płasko i jak często pada, zero turystów mogących otrzeć się tutaj o nudę, którą zieją ścieżki, ulice, wilgotne mury – niby dlaczego wszyscy tutejsi marzą o tym, by prędzej czy później wyjechać stąd jak najdalej?
Powiedziała, że tu, nigdzie indziej, chce żyć, zestarzeć się, umrzeć – niech inni cieszą się słońcem i Toskanią, Morzem Śródziemnym, Miami, wielkie dzięki. Ona, kompletnie odjechana, wolała osiedlić się w La Bassée i wcale nie chciała kupić czy nawet obejrzeć żadnego z trzech pięknych domostw w centrum miasta, naśladujących stare stylowe pałacyki – wieżyczki, odsłonięte belki, szkieletowe ściany, mansardy i oficyny. Ale nie, wolała zamieszkać na zupełnym pustkowiu, powtarzając, że nie ma dla niej lepszego miejsca niż to pustkowie, zdajecie sobie sprawę, na tym odludziu, w samym środku wygwizdowa, w miejscu, o którym nikt nigdy nie wspomina, gdzie nie ma czego oglądać i nie ma co robić, ale w miejscu, które – powtarzała – podoba jej się tak bardzo, że w końcu rzuciła swoją dawną paryską egzystencję, galerie sztuki i nieustanną gonitwę, histerię, pieniądze i imprezy, jak fantazjowano na temat jej życia, żeby zacząć pracować naprawdę – opowiadała – zmierzyć się wreszcie ze swoją sztuką w miejscu, gdzie dadzą jej święty spokój. Była malarką, a to, że stary Bergogne ojciec – który sprzedawał jej jajka, mleko, bił świnie i wykrwawiał je do ostatniej kropli na dziedzińcu i który przez całe życie chodził w gumowcach, utytłanych gnojem i krwią zwierząt, w lecie oblepionych ziemią, a przez pozostałe miesiące roku pokrytych warstwą błota – to, że on, właściciel osady, został jej przyjacielem, zaskoczyło wszystkich i choć tym, którzy uznali, że to historia łóżkowa, by móc jakoś to sobie wyobrazić, pojąć, wydawało się to dziwaczne, to nie, nigdy do niczego nie doszło, ani on, ani ona nie wykazali tego rodzaju zainteresowania sobą, nie było w tym żadnej miłosnej czy erotycznej ambiwalencji, aż w końcu sprzedał jej jeden z domów osady i tak została jego sąsiadką, znów podsycając plotki i domysły.
Jednak to nie przyjaźń ani chęć, by codziennie mieć ją blisko siebie, sprawiła, że sprzedał jej przyległy dom; przez lata odmawiał, z uporem zaprzeczając faktom, aż w końcu musiał się z nimi pogodzić i sprzedał dwa domy, których ostatni lokatorzy postanowili się rzucić w otchłań masowego bezrobocia na jakimś komunalnym osiedlu średniej wielkości miasta, stawiając go przed oczywistością, tą myślą, a raczej stwierdzeniem – od którego wszystko się w nim wywracało – że młodzi wyjeżdżają, jeden po drugim opuszczają osady, farmy, domy i uprawy, gwałtowny krwotok, który w jego mniemaniu był wszystkim obojętny; cóż, nikt nie pozostanie, tak czy owak w La Bassée nie było co robić, to prawda, ale między nie mieć co robić a mieć to wszystko gdzieś była subtelna różnica, której nikt nie dostrzegał, bo nikt nie chciał jej dostrzec. Bergogne ojciec musiał przyjąć do wiadomości, że jego synowie również tu nie pozostaną, nie zamieszkają z nim w żadnym z domów osady, żeby zachować gospodarstwo, czego tak bardzo chciał, czy też wierzył do końca, że tak właśnie zrobią, jak kiedyś on sam, a przed nim jego ojciec.
Jego żona umarła dawno temu, zostawiając go z trójką chłopców na głowie; Bergogne ojciec miał nadzieję, że jego trzech synów będzie miało dość sił, żeby powiększyć i rozwinąć farmę, ale musiał się pogodzić z myślą, że zostanie jedynie Patrice, dwaj młodsi szybko postanowili porzucić go w tym gnoju, jak stwierdził któryś z nich. Obaj dali drapaka, kiedy tylko dorośli, i niestety nic w tym dziwnego, cała La Bassée od dawna była skazana na powolny uwiąd, upadek, świat – jego świat – mógł się wyłącznie kurczyć, karłowacieć, zanikać, by w końcu całkiem zniknąć z krajobrazu – i mogą to nazywać depopulacją, jeśli im się podoba – wciąż przeżuwał tę myśl – jakby chodziło o naturalny proces, któremu nie da się zapobiec ani nad nim zapanować, lecz prawda jest taka, że chcą, żebyśmy zdechli bez słowa skargi, toczyli pianę, ale z palcami przy szwach, jak dziarskie żołnierzyki, do końca; La Bassée po prostu zniknie, i tyle, nie będzie jedyną dziurą, po której zostanie sama nazwa – wioska widmo na mapie – w dodatku nazwa tak banalna, że cztery czy pięć miejscowości nazywa się tak samo, to nie jest nawet La Bassée z północy, zagubiona między Arras, Béthune i Lille, bo to miasteczko z prawdziwego zdarzenia, nie wioska jak ta tutaj, zatem to wszystko zostanie wessane, wchłonięte, przetrawione, wysrane przez nowoczesne życie i pewnie jeszcze trzeba się z tego cieszyć. Bergogne ojciec kipiał ze złości, wszystko zniknie, nie tylko farmy, a wraz z nimi wszystkie osady, ale też osiedla domków jednorodzinnych z lat sześćdziesiątych, które nagle wyrosły, a potem skurczyły się i zwiędły, nie mając nawet czasu, żeby się rozwinąć, zakład metalurgiczny, który po długich latach agonii w końcu, jak wszystko inne, zamknął podwoje, tak jak skończyły jako statki widma budynki komunalne, wyrosłe z ziemi jak krosty na niezdrowej skórze w chwili, gdy się zdawało, że La Bassée się powiększy dzięki nowiutkim wytwórniom o nazwach dźwięcznych jak nazwy fabryk Terminatorów, które miały rzucić wyzwanie konkurencji, a nikt jeszcze nie wiedział, że trują azbestem i niosą ze sobą tę okropną śmierć, w końcu zabijając wszystkich tych, którym obiecywały wspaniałe życie.
I tak dwaj bracia Patrice’a posłuchali rad, udzielonych im przed śmiercią przez matkę. Nagle wyparowali, jeden pojechał sprzedawać buty w okolicach Besançon, a drugi, bez wątpienia najbardziej obrotny, ale też najbardziej zadufany w sobie – żeby pracować w banku, jak mówił z nutą wzgardy, by dać innym do zrozumienia, że nie zamierza przez całe życie być wieśniakiem, został kasjerem czy księgowym w Crédit Agricole w jakimś grajdole – ale że było to daleko stąd, miał pewnie poczucie wypełniania życiowej misji – żyjąc i pracując z całą pewnością nie w mieście, tylko na obrzeżach jego niekończących się przedmieść. Trzej bracia nie mogli się dogadać i w końcu po śmierci ojca się pokłócili, kładąc ostatecznie kres wspólnemu życiu, wspólnym zabawom z dzieciństwa, późniejszej nudzie i obojętności, wreszcie irytacji, a ostatecznie pragnieniu, żeby każdy poleciał na własnych skrzydłach jak najdalej od innych. Ale on, na którego mówiono Pat, syn Bergogne’a, Patrice albo po nazwisku, zawsze spokojny i powolny, uparty, szorstki w obyciu, bezpośredni, powiedział, że nie zamierza nic sprzedawać, zachowa gospodarstwo i zostanie tutaj do końca, choćby nie wiem co, w geograficznym centrum ich historii, wzbudzając niechęć braci, rozdrażnienie, gniew i spotykając się z całkowitym brakiem zrozumienia: świetnie, pomyśl, jak nas spłacić – zażądali. Co uczynił, zadłużając się po wieczne czasy i przypuszczalnie sporo przepłacając – ale dał radę, gospodarstwo zostało w rękach Bergogne’a, tak jak chciał ojciec.
Z całej osady został rodzinie dom, który zajmuje, kilka pól, dziesięć krów, mleko, które Patrice odstawia do mleczarni produkującej masło i ser – nie wystarcza na życie, ale starczy, żeby nie umrzeć.
Tak się składa, że ona kupiła dom przyległy do jego domu i mieszka w nim od dwudziestu pięciu lat. Patrice zna ją co najmniej od czterdziestu, jest twarzą jego dzieciństwa i pewnie dlatego codziennie ją odwiedza, przywiązał się do niej, nie dlatego, że miałaby mu zastąpić matkę, zmarłą zbyt wcześnie na raka, ale po prostu dlatego, że tu jest, będąc częścią jego życia, obecna w jego młodości i życiu dorosłym, stała się z biegiem lat nie tylko jego powiernicą, kimś obecnym, kto go uspokaja, na kim można polegać, ale jak gdyby najlepszą przyjaciółką, bo niczego od niej nie potrzebując, po prostu przychodząc o dowolnej porze dnia, wypijając kawę i odrobinę bimbru, który podaje mu w kieliszku niewiększym od naparstka albo dolewa do filiżanki, wie, że może jej zaufać i że nie będzie go oceniała, że zawsze tu będzie dla niego.
Myśli o tym, a raczej przychodzi jej to na myśl, historia Bergogne’a, kiedy na niego patrzy, przygląda się kałużom na parkingu, jeszcze mokrym po porannym deszczu, mimo rażącego w oczy światła na podziurawionym, wyboistym asfalcie, mimo białych i szaroniebieskich chmur odbitych w kałużach, błysków słońca na białej karoserii Renault, oślepiająca biel, kiedy słońce przeziera przez stalowoszare chmury; czekając na nią, Bergogne robi parę kroków, ona nadal na niego patrzy i trochę ma sobie za złe, że zabiera mu czas, miałby się czym zająć, zamiast tu na nią czekać, wie o tym, jest nieco rozdrażniona z powodu czasu zmarnowanego przez głupków, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem, i zatruwają je innym. Ale nie może udawać, że nic się nie stało, tym razem było trochę inaczej, nie chciałaby, żeby sytuacja jeszcze się pogorszyła, zresztą on sam zaproponował, że ją zawiezie – nie wie, dlaczego od dzieciństwa często wychodzi naprzeciw pragnieniom, których ona nie zdążyła nawet wyrazić. Zawsze zachowywał się wobec niej w ten sposób, nie dlatego, że nie śmiałby jej rozczarować, czy był pod zbyt wielkim wrażeniem jej wyglądu, bo dla niego niezmiennie uosabiała coś innego niż wszystko, co znał, i może też coś dosyć niepokojącego, trochę dzikiego, bo z długimi włosami, które od zawsze farbuje na pomarańczowo, z makijażem, a czasami w zbyt barwnych sukienkach, w okularach w grubej plastikowej oprawie z rzędem brylancików mogłaby przestraszyć wrażliwe dziecko z tych stron, gdzie nikomu nigdy nie zależało na tym, żeby się rzucać w oczy. Jednak choć zawsze była ekscentryczna, jego nigdy to nie przerażało ani nie budziło jego niepokoju, wręcz przeciwnie, od razu poczuł do niej szacunek, miłość, którą odwzajemniała; i teraz, nawet gdy patrzy na niego pod światło, co nie jest zbyt korzystne dla jego sylwetki – bardzo przytył, odkąd się ożenił – wzbiera w niej fala czułości do niego, do jego cierpliwości; ma tylko nadzieję, że nie będzie musiała czekać godzinami, a raczej że to on nie będzie musiał czekać godzinami.
Ależ nie, nie, wie, że to nie potrwa długo. Obiecano jej przez telefon, że nie zabierze to dużo czasu. Zresztą już słyszy kroki, jakieś poruszenie za nią, drzwi, które się otwierają, skrzypiąc, stukanie palców na klawiaturze, dzwonek telefonu, nagle wypełniają ją całą, wzbierają w niej odgłosy posterunku, jakby w końcu do niej dotarły i była bardziej obecna, jakby słysząc zgrzyt krzesła o posadzkę w biurze, wróciła do tego holu i mogła w końcu poczuć trochę cieplejsze powietrze z grzejnika obok rośliny w donicy, wydzielaną przez nią woń kurzu i nagle głos żandarma, który ją woła – odwraca się i znów stoi przed nią ten szpakowaty mężczyzna, wysoki i chudy jak tyczka, ten sam, który ostatnio podał jej swoje nazwisko i stopień, ale je zapomniała, gdy tylko wyszła z posterunku, jeszcze nim wsiadła do samochodu Bergogne’a. Tym razem próbuje odszukać w pamięci przynajmniej nazwisko, mniejsza o stopień służbowy, nazwisko o polskim czy rosyjskim brzmieniu, coś jak Jukiewik czy Juliewicz, ale nie przypomina go sobie od razu, nieważne, właśnie weszła do jego biura i żandarm prosi ją, żeby usiadła.
Wyciągnął ramię, szeroko otwartą dłonią wskazując jej krzesło z siedziskiem z czarnego skaju, dość wysłużone – dostrzega rozdarcia, przywodzące na myśl bardzo cienki martwy naskórek czy raczej popiół ze spalonej gazety, który ulatuje nad ogniem w kominku – dłoń żandarma, szeroka i długa, na przemian brązowe i białe włoski, srebrna obrączka, i kiedy ona zamierza dopiero usiąść, nim jeszcze zdąży dotknąć plecami oparcia i usadowić się wygodnie na krześle, gdy ledwie zamarkuje ten ruch na jego skraju, z torebką na kolanach, którą zacznie otwierać – palce szukające zamka błyskawicznego – żandarm obejdzie biurko i w sposób pewny i zdecydowany siądzie na krześle, mocno się w nie zagłębiając, by nieświadomie – bo robi to dziesiątki razy dziennie – odruchowo, jednym szybkim stuknięciem piętami przysunąć krzesło do biurka, wyciągając symetrycznie ramiona, chwytając rogi biurka, by się do niego zbliżyć, hop, nic takiego, sam nawet nie zauważy, że to robi, by ujrzeć z bliska kobietę z pomarańczowymi włosami i sobie przypomnieć, że podczas dwóch poprzednich wizyt myślał, że musiała być piękna, i stwierdzi, że to jednak rzuca się w oczy, musiała być bardzo piękna, co znaczy, że mimo wieku nadal taka jest, promieniuje siłą, elegancją, na co zwrócił uwagę już poprzednio, tak, to rzadki widok, taka energia, coś tak żywego i inteligentnego w ciele i w oczach. Teraz patrzy na dłonie, które wyjęły kopertę z ciemnoczerwonej, prawie czarnej torby, i myśli o barwie krwi, a ona, wyciągając rękę nad biurkiem, podaje mu kopertę i anonimowy list, który właśnie otrzymała.
Anonimowe listy, cóż, niektórzy ironizują, tak, albo kwitują to znaczącym uśmiechem, mówiąc sobie, że może to być niestety francuska specjalność, wystarczy się rozejrzeć, choćby te wszystkie historie z czasów drugiej wojny, specjalność wsi, jak w niektórych regionach rillettes i foie gras, obrzydliwa tradycja, godna pożałowania i na szczęście często bez konsekwencji, której jednak nie można lekceważyć – wyjaśnia żandarm, tak jak wyjaśniał to ostatnio, zrezygnowany, trochę znużony czy zakłopotany, bo – jak powtarza – za anonimowymi listami prawie zawsze kryją się ludzie zgorzkniali i zazdrośni, zawistnicy, którzy nie mają nic lepszego do roboty niż przeżuwanie swej żółci, którzy myślą, że znajdą ulgę, znieważając mniej czy bardziej wyimaginowanego wroga, obrzucając go wyzwiskami, grożąc mu, ziejąc do niego nienawiścią za pośrednictwem kartki papieru; nic nie można na to poradzić, zresztą, czytając list, który mu podała, a raczej rzucając na niego okiem – sięgnął po okulary do czytania i nawet nie zadał sobie trudu, żeby je założyć na nos, po prostu trzyma je dziesięć centymetrów od twarzy, a w drugiej dłoni ma kartkę, która złożona we czworo ma tendencję do tego, żeby się zamykać, jakby list niechętnie ujawniał swą zawartość, te słowa, napisane na komputerze czcionką rozmiaru szesnaście, najbardziej popularną, typu Courier New, pogrubioną, wszystko wyjustowane i wydrukowane na zwykłym białym papierze o gramaturze osiemdziesięciu gramów; zerka na list, długi oddech, lekkie wzruszenie ramion, mamrocząc:
To z pewnością nic przyjemnego.
Ale już odłożył okulary i szybkim ruchem upuszcza list na biurko, jakby ten nie miał większego znaczenia – złożona kartka pozostała rozchylona, po czym jeden bok się przechylił i położył na drugim – no dobrze, oddamy go do analizy, ale skoro w innych przypadkach nic nam to nie dało, nie sądzę, byśmy tym razem dostali jakieś odpowiedzi. Ludzie są nienormalni, ale jeśli chodzi o szczegóły, naprawdę dają radę, pewnie nie będzie na nim żadnych odcisków palców ani niczego, co można by wykorzystać.
Uśmiecha się, gdy to mówi, kończąc zdanie z wyrazem powątpiewania czy rezygnacji na twarzy, jest też zakłopotany i czuje się w obowiązku ciągnąć tę rozmowę, ponieważ kobieta czeka, wychyliła się do niego na krześle i czeka, aż on coś powie, tak, mówi dalej:
Na ogół im wystarcza, że mogą rozładować emocje na piśmie, cały wysiłek, jaki wkładają w wysłanie listu, dosyć ich wyczerpuje i na tym poprzestają.
Tyle że ten list nie został wysłany – mówi ona – wsunięto mi go pod drzwi. Ktoś wybrał się do mnie w tym celu.
Policjant milczy, jego wewnętrzne przekonanie czy argumenty, które wysunął, żeby kobieta nie brała tego zbyt serio, natrafiły właśnie na opór, bo teraz nie tylko ją znieważają, nazywają wariatką, tym razem jej grożą. Dostrzegła, że policjant zamilkł, zauważyła cień zwątpienia w wyrazie jego twarzy, kreska ust, oczu, brwi, tak, tak, tak – podsumowuje – ile jest tam u was zamieszkałych domów?
Tylko osada.
Tak, a ile osób mieszka w tej osadzie?
Są tam trzy domy. Bergogne z żoną i córką. Drugi dom jest na sprzedaż. I ja.
Milczy przez chwilę i zanim zdąży jej odpowiedzieć, bo ona wie, że musi odpowiedzieć, że należy jej się odpowiedź, że musi powiedzieć coś uspokajającego w imieniu żandarmerii, państwa czy czegokolwiek innego, prostuje się na krześle i może się na nim obraca, w mgnieniu oka bierze się w garść, ale nim zacznie mówić, nim zaznaczy, co chciałby powiedzieć, ona się odzywa:
Ale pan wie, potrafię się obronić,
prawie podnosząc głos, już teraz odpowiadając na to, czego on z pewnością nie omieszka powiedzieć, jeśli ona dość szybko nie otworzy ust:
Wie pan, mam psa. Mam psa.
Ten niebieski, ta czerwień, ta pomarańczowa żółć i te smugi, te płaskie zielone plamy, warstwa laserunku i chaotyczne, rozedrgane formy, te ciała i te twarze, wyłaniające się z głębokiego ciemnobrązowego tła, z fioletowej i jakby jaśniejącej poświaty czy, na odwrót, szorstkiej, chropawej, porowatej, mrocznej, te kształty wyrwane z ciemności dzięki barwnym rozbłyskom; pejzaże i ciała, ciała, które są pejzażami, pejzaże, które są czymś innym niż pejzaże – organicznymi, mineralnymi formami życia, które się mnożą, zdobywają przestrzeń, rozlewają się na bardzo dużych, malowanych przez nią płótnach, najczęściej kwadratowych o boku długości dwóch metrów, czasem mniej, czasami prostokątnych, ale wtedy pionowych, prawie nigdy poziomych. Gdy była młoda, darzyła wielkim podziwem Kirkeby’ego i Pincemina, ich ziemiste, koloryzowane obrazy, ale to było tak dawno temu, że odnosi wrażenie, iż ta młoda kobieta, którą pamięta, nigdy nią nie była.
W La Bassée nazwiska współczesnych malarzy nic nikomu nie mówią. Może malarstwo, które lubi czy które lubiła, nic nikomu nie mówi i nie mogłaby o nim z nikim porozmawiać, ale to dobrze, bo nie chce rozmawiać o tym, co robi, nie lubi rozmawiać o malarstwie czy sztuce, mówienie o sztuce jest zawsze bardzo nużące i zwodnicze, zawsze te puste i powtarzalne uwagi, wymienne, które mógłby poczynić zarówno zły, jak i dobry malarz, bo obaj są tak samo szczerzy i inteligentni, choć tylko jeden ma talent, siłę, formę, rozumienie materii i ideę, wizję, bo dla niej artyści są po to, żeby mieć wizje, i dlatego zrealizowała serię Kasandr, które malowała tak, jakby były uosobieniem kruchości i prawdy, zagubionych w świecie brutalności i kłamstwa, przeświadczona, że artysta powinien mówić prawdę albo nie mówić nic i że wyraża ją, kiedy nie wie, że to właśnie czyni, chociaż nikt mu nie wierzy i dlatego, że nikt mu nie wierzy. Nie mówić, tylko malować, nie tracić cennych sił na jałowe spory, na wygłaszanie tych samych komunałów co inni, tylko malować to, czego słowo nie może obiecać; mieć wizje tego, co jeszcze nie nadeszło, malować jabłko, widząc jabłoń w kwiatach, ptaka zamiast jajka, zwrócić się ku przyszłości i przyjąć jej tajemnicę, nie po to, żeby udawać kogoś, kto wie przed innymi, lepiej od innych, byle nie to, nie tak, jak robiła to zbyt długo, kiedy była młoda, filozofowała i rozprawiała o tym, co jej leżało na sercu, rozwodząc się nad wszystkim, używając większej liczby słów, niż trzeba, żeby zaczadzić dziesięć pokoleń artystów – a więc nie, ani słowa więcej, dość, od czterdziestu lat szlifuje język, żeby stworzyć swoją wizję, otworzyć się na własną wizję, zmusić wzrok, żeby sięgał głębiej, tak jak usiłujemy widzieć w środku nocy, przywyknąć do ciemności. To szczęście, że ma sztukę, która może mówić, gdy ona sama nie musi otwierać gęby, więc sobie nie odmawia, znalazła właściwe miejsce, kupując ten dom, gdzie nic nie było gotowe na zainstalowanie pracowni. Mogła wybrać dom lepiej do tego przystosowany, ale spodobał jej się ten, sąsiedztwo starego Bergogne’a ją uspokajało, odległość od miasteczka działała podobnie, poza tym miała dość pieniędzy, żeby wyburzyć ściany oddzielające salon od jadalni, przekształcić to wszystko w jedno ogromne pomieszczenie, wygładzić ściany, zainstalować szyny i panele, by zwielokrotnić powierzchnie do naciągania płócien i optymalnie wykorzystać przestrzeń, zamontować specjalne lampy, cały system, żeby uzyskać doskonale białe naturalne światło, nieagresywne, które nie zniekształca efektów kolorystycznych, tak by po wyniesieniu płótna z pracowni uniknąć przykrej niespodzianki, znajdując żółć w miejscu, gdzie sądziła, że położyła biel. Miała gdzieś, że rozwala jadalnię i salon, rujnuje to, co stary Bergogne zrobił w tym domu z myślą o poprzednich lokatorach; zapłaciła za prawo do zniszczenia tych pomieszczeń, przystosowania ich do przyjmowania gości, podawania obiadów, urządzania przyjęć i prowadzenia życia rodzinnego, do utrzymywania relacji, do tego wszystkiego, czego już nie miała, czego już, a może nigdy nie chciała, i zapłaciła gotówką: żeby mieć dom będący jej pracownią, bo właśnie o to chodziło, o pracownię w domu, a nie obok.
Teraz spędza tu czas i może wrócić do holu wejściowego i kuchni przez przejście niewiele szersze od stołu; na piętrze urządziła sypialnię i zachowała jeden z dwóch pokoi gościnnych, bo czasem przyjeżdżają jeszcze starzy przyjaciele z młodości, ci, którzy o niej nie zapomnieli, którzy chcą zobaczyć jej obrazy i dowiedzieć się, co się u niej dzieje, albo przekazać wieści, wyjeżdżający stąd z obrazami i sprzedający je dla niej, choć już niewiele sprzedaje – mówią jej, że nie jest dość elastyczna czy uległa wobec rynku, że powinna trochę częściej pojawiać się na targach, to znaczy przynajmniej raz na jakiś czas, bo nigdy tego nie robi, że nie odpowiada na zaproszenia właścicieli galerii, którym przecież jej prace się podobały, ani na listy od dawnych nabywców czy mecenasów, jaka szkoda, że nie podejmuje żadnych starań i odwraca się do wszystkich plecami, to szkodzi jej i jej malarstwu, a zwłaszcza szkodzi jej publiczności, tak wiele jej zawdzięcza, bo kiedyś ją miała, a w końcu ją utraciła przez własne zaniedbania, wielka szkoda – tak, zapewne – mówi zapewne, ale cóż, jest jej dobrze i o tym nie myśli, pewnie jest trochę sztywna i traktuje swoje malarstwo zbyt poważnie, to jasne. W istocie jest tak dlatego, że kiedy maluje, zapomina o graniu roli artystki, której prace sprzedają się bardzo dobrze – co mogłaby robić, bo przecież wie, co robi, co maluje, nawet jeśli pozwala, żeby rodzące się pod jej palcami obrazy przytłaczały ją i zaskakiwały, wie też, że natchnienie nie spada na nikogo znienacka i że trzeba pracować, czytać, patrzeć, myśleć o swojej pracy, a po zakończeniu intelektualnych rozważań wiedzieć, jak o nich zapomnieć, jak je unicestwić, odpuścić i sprawić, by z tego konceptualnego i przemyślanego świata wyłoniło się coś, co przychodzi gdzieś z dołu czy z boku, coś, co sprawia, że obraz wykracza poza założony program, kiedy płótno staje się nagle bardziej inteligentne, bardziej żywe, a także bardziej okrutne, często, niż ten, kto je namalował.
Wie o tym, poszukuje chwili, w której to malarstwo widzi ją, tej chwili, w której dochodzi do spotkania między nią a tym, co maluje, między tym, co maluje, a nią, i to jest, rzecz jasna, coś, czym się nie dzieli. Woli, żeby każdego dnia o tej porze, kiedy przychodzi na obiad, Bergogne mówił jej, co robi w polu, opowiadał o cielętach, o codziennej pracy albo o swojej żonie Marion i o Idzie – zwłaszcza o Idzie, z którą spędza dużo czasu, bo codziennie po szkole Ida przychodzi do niej na podwieczorek i zostaje tu, czekając na rodziców, którzy często wracają do domu późno.
Dziś Ida przyjdzie około siedemnastej; opowie, co robiła w szkole, a ona, w zamian, nie powie, że tego ranka jej ojciec zawiózł ją na posterunek, tak jak przemilczy słowa żandarma Filipkowskiego – nie przypomniała sobie nagle jego nazwiska, Filipkowski, po prostu przeczytała je na kartoniku, który jej wręczył na zakończenie spotkania, dopisując pod spodem długopisem numer swojej komórki, powtarzając dwa czy trzy razy:
Proszę dzwonić, gdyby cokolwiek się działo,
nalegając, by zadzwoniła, jeśli otrzyma kolejny anonimowy list, zwłaszcza gdyby ktoś wsunął go pod jej drzwi, tak jak tę brązową kopertę, którą znalazła wczoraj, późno w nocy, i o której mówiła Bergogne’owi rano, nie ogarnięta lękiem, ale nie mogąc powstrzymać narastającego rozdrażnienia i złości:
Ci idioci zaczynają mnie wkurzać.
Żandarm Filipkowski wyraził się jasno, mówiąc, że te groźby, choćby nieprecyzyjne, szalone i mało wiarygodne, są jednak groźbami, ktoś posunął się o krok dalej, nie tylko jeśli chodzi o słowa, ale też dlatego, że przyszedł, pokazał, że może ośmielić się wejść do środka. Jednak ludzie mówili o paleniu czarownic z pomarańczowymi włosami, o uwalnianiu świata od wariatek, które zrobiłyby lepiej, zostając tam, skąd przybyły – czy zarzucano jej, że jest Paryżanką, że nie pochodzi stąd? Mimo iż mieszka tu od tak dawna?
Odnosiła raczej wrażenie, że mają jej za złe to, że przespała się z tym czy tamtym żonatym mężczyzną – ktoś o tym mówił, wiedział, domyślał się tego? Czy sami mężowie przyznali się do winy? – mężowie, z którymi musiała pewnie parę razy uprawiać seks, nigdy nie myśląc o tym, że staną się jej kochankami w pełnym wymiarze godzin, a tym bardziej mężami – miała to już za sobą – ale może jakaś kobieta chciała się zemścić albo któryś z mężczyzn obwiniał ją o to, że nie chciała zostać jego „oficjalną” kochanką? I żandarm raz jeszcze próbował ją nakłonić do tego, by przyznała, że domyśla się, kto mógł być autorem tych listów, tych gróźb, tych obelg zatruwających jej umysł, bo słowa z ostatnich listów czasem nie pozwalały jej zasnąć, ale odpowiedziała, że nie, nie wie, i nie musiała spuszczać powiek ani odwracać wzroku, by skłamać, mogła to powiedzieć, patrząc mu prosto w oczy, cóż, jestem tylko starą kobietą, nie mam pojęcia, nie mam wrogów i nie znam tu nikogo. Żandarm wyglądał na stropionego, zapadła krótka, pełna wahania cisza, jakby zrozumiał, że nie powiedziała wszystkiego i nie zamierza tego zrobić, że coś w niej opiera się na myśl o tym, że miałaby sporządzić listę potencjalnych sprawców, zostać donosicielką, wiedząc, że i tak niczego nie będzie można nikomu udowodnić.
Tego wszystkiego, rzecz jasna, nie opowie Idzie, kiedy ta wejdzie do domu. Dziewczynka zostawi tornister w holu, to znaczy od razu w kuchni, i pójdzie umyć ręce w zlewie. Ona nie da po sobie niczego poznać, tak jak w rozmowie z Bergogne’em po wyjściu z posterunku, uśmiechnie się dyskretnie, rzuci lekko:
Wszystko w porządku, kochanie?
tym samym tonem, którym zgodziła się opowiedzieć Bergogne’owi o dwóch czy trzech detalach, żeby wynagrodzić mu czas, który przez nią stracił. Była mu winna streszczenie tego, co jej powiedziano, nie, nic takiego, gliny są jak medycy, przybierają grobowe miny i mówią ci nieprzyjemne rzeczy, a kiedy potem zadajesz sobie pytanie, co od nich usłyszałeś, uświadamiasz sobie, że wiedzą tyle samo co ty. Powiedziała mu, że sprawdzą, czy autorem tych listów jest na pewno ta sama osoba, a potem trochę zirytowana, a trochę rozbawiona tą hipotezą dodała: jakbym miała tylu wrogów, że za każdym razem mógłby to być jakiś inny psychol – zresztą jestem pewna, że chodzi o psycholkę, to kobieta, na pewno, kiedy ostatni raz byłam na balu, spędziłam dużo czasu z, wiesz z kim, prawda?
Bergogne tylko się uśmiechnął; coś mu chodziło po głowie, ale nie zapytałby jej, czy ma rację. Renault Kangoo zmierzało w stronę osady, a ona wciąż mówiła, potem w końcu zamilkli, a ona – tylko po to, żeby zmienić temat, bo naprawdę szkoda czasu, by o tym opowiadać, nie sądzisz, Bergogne, staruszku – powiedziała – z tą brodą wyglądasz śmiesznie, wcale ci nie pasuje. Postarza cię o dziesięć lat, zrób to dla mnie i ją zgól, dobrze? A jeśli nie dla mnie, zrób to chociaż dla swojej żony, przypominam, że jutro są jej urodziny i gdybyś dał jej w prezencie tylko to, byłaby ci dozgonnie wdzięczna.
Teraz siedzi na środku pracowni i w tym gąszczu obrazów – wiszących na ścianach, stojących pod ścianami, piętrzących się na schodach, tych jeszcze nienaciągniętych na ramy i zwiniętych w rulony – patrzy na płótno naprzeciwko, na środku pokoju, nienaciągnięte na ramę, tylko przymocowane takerem do ściany, na której lubi pracować: portret czerwonej kobiety.
Wie, że jest ukończony, że to koniec – brakuje jeszcze trochę niebieskiego w okolicy oczu. Waha się, czy iść dalej, mówi sobie, że cokolwiek zrobi, nic już gruntownie nie odmieni obrazu i nie nada mu większej głębi, że próba pogłębienia narażałaby go na zniszczenie; czerwona kobieta jest naga, jej ciało jest całe czerwone – to czerwień bliska pomarańczu, ale cienie są bardzo czyste, to intensywny cynober, te cienie są zabarwionym światłem, a nie ciemniejszym odcieniem barwy, co wszystko zmienia, sporo się natrudziła, żeby uzyskać ten efekt. Sylwetka czerwonej kobiety zastygła w bezruchu i przeszywa osobę, która podnosi na nią wzrok; być może przypomina portret tej dziewczynki, która jest u źródeł jej pasji do malowania, bo gdy zaczęła malować, już bardzo dawno temu, najpierw chodziło o to, żeby się uwolnić od zdjęcia Davida Seymoura, które długo ją prześladowało, od portretu małej Polki, która w szpitalu psychiatrycznym rysuje na tablicy dom swojego dzieciństwa. Dziecko rysuje kredą krąg ognia, krąg zniszczeń pustoszących rysunek; widać zwłaszcza przerażenie w oczach dziewczynki w czerni – co uchwycił fotograf. Widziała tę fotografię i jedynym sposobem, żeby o niej zapomnieć albo móc z nią żyć, było namalowanie obrazu, pierwszego z jej czarno-białych płócien, szerokiego obrazu z dziewczynką zagubioną w lśniącej bieli płótna – z jej szalonym, utkwionym w jeden punkt spojrzeniem. Teraz, ponad czterdzieści lat później, mówi sobie, że czerwona kobieta, którą właśnie skończyła, ma niemal tę samą halucynacyjną siłę wyrazu – ma w sobie ogień zburzonego, unicestwionego domu, niszczycielski podmuch bomb spadających na miasto. Myśli o tym, siedząc przed czerwoną kobietą na środku pracowni, i w ogóle nie słyszy owczarka niemieckiego, który jeszcze przed dwiema minutami spał tuż obok. Czeka, aż coś udzieli odpowiedzi na to, czego wypatruje, da jakiś znak życia, bo z malarstwa musi wypływać życie.
Teraz pies wstaje, bo usłyszał, że ktoś się zbliża, albo jeszcze nie usłyszał, ale wie, że już pora, między szesnastą czterdzieści pięć a pięćdziesiąt pięć, w zależności od ruchu na drodze. Na końcu szutrówki, która wiedzie z osady do wyasfaltowanej wyboistej drogi, łączącej się z drogą departamentalną, która prowadzi do miasteczka La Bassée, w miejscu, gdzie stoją pojemniki na śmieci, zatrzyma się szkolny autobus, drzwi się otworzą i wysiądzie Ida z dwójką dzieci z sąsiednich osad. Gdy tylko drzwi się zamkną z odgłosem pneumatycznego zawieszenia, dzieci się rozdzielą albo jeszcze przez dwie, trzy minuty będą chichotały, zamienią jeszcze parę słów, po czym od razu się rozejdą, jedno pójdzie na zachód, drugie na wschód, trzecie na północ; Ida będzie maszerowała z dłońmi na szelkach tornistra, nie zwracając uwagi na drogę przed sobą – zbyt dobrze zna ten moment, gdy byle jak wyasfaltowana i wysłużona szosa, którą wyżłobiły kolejne zimy, lata, mrozy, deszcz, upał i koła traktorów, skręca w lewo i wstęga asfaltu zmienia się w wysypany białym tłuczniem trakt, oślepiający latem, ale najczęściej błotnisty i wtedy prawie rudy, a raczej koloru ochry, żółty, tak jak teraz, przesiąknięty deszczem, który padał przez całą noc i jeszcze dziś rano, usiany dużymi i głębokimi mętnymi kałużami, które musi omijać i które czasem z chęcią przeskakuje, a na końcu osada i dachy trzech domów, stodół i obory, u niej, dachy gdzieniegdzie pozieleniałe od mchu i roślin, zarastających mury, wspinających się po ich szczyty; jest osada, jak zaciśnięta pięść pośród pól kukurydzy i pastwisk, gdzie krowy spędzają dzień, skubiąc trawę; są też drzewa rosnące wzdłuż rzeki, dzielącej ziemię na dwa departamenty; po tamtej stronie kościół z białego wapienia, a tu, po naszej stronie, topole, jak stojąca na baczność armia, rzędem, ocieniająca rzekę. Ale to wszystko jest już dosyć daleko, trzeba dużo czasu, by dotrzeć tam na piechotę, przemierzając po drodze ten dziki zagajnik, jak kwartał drzew osadzony wśród pól, drzew, których liście i gałęzie szumią, gdy tylko wiatr powieje z odpowiedniej strony, niosąc z sobą śpiew ptaków, i gdzie mieszkają lisy, podchodzące czasem zbyt blisko – widzieliśmy jednego na podwórzu, bardzo wcześnie rano, przed wyjściem do szkoły.
Jednak tego wieczoru Idę ciekawią tylko czubki jej stóp: to, jak szura podeszwami żółtych tenisówek po kamykach i czasem je omija, a czasem wręcz przeciwnie, kopie je tak, że toczą się daleko. Przestępując kałuże, przeskakując największe z nich, aż tornister obija się jej o plecy, Ida wie, że kiedy dotrze na miejsce, gdy tylko przekroczy wielką bramę, która tak czy owak zawsze stoi otworem, ujrzy po lewej stronie, w oborze, swojego ojca, który będzie się zajmował krowami albo ślęczał nad czymś, czego ona nie potrafi zrozumieć, w hangarze lub na podwórzu, zawsze w szaroniebieskim kombinezonie; nie zobaczy jej, a ona nie będzie chciała mu przeszkadzać. Nie, od razu pójdzie w prawo, do pierwszego domu, do przeszklonych drzwi, za którymi będzie na nią czekał owczarek niemiecki, bo Radża robi to co dzień.
Otworzy i oburącz obejmie psi łeb, pogłaska psa po uszach, on spróbuje ją polizać, unosząc pysk w jej stronę, skowycząc z radości, a ona zacznie go głaskać, powtarzając:
No co, piesku, jak się masz, piesku?
i pójdzie dalej, bo drzwi wejściowe prowadzą prosto do kuchni, gdzie upuści tornister, nie zdając sobie z tego sprawy, w tym samym miejscu co zwykle, na lewo od drzwi. Pójdzie umyć ręce w zlewie, wytrze je, przejdzie przez kuchnię i od razu znajdzie się w pracowni; nie zada żadnych pytań, choć w duchu będzie się zastanawiała, jaki obraz dziś na nią czeka, czy znowu ta okropna czerwona kobieta, która wydaje się patrzeć na ludzi tak, jakby im groziła, pokazując duże piersi i rozchylone uda, nieprzyzwoite, ten wyłaniający się bezwstydnie srom, który czerwona kobieta odsłania z obojętnością, bez cienia prowokacji czy czegoś w tym rodzaju, ot tak, tylko jej ciało, które Idzie się nie podoba, bo kobieta ma srogą minę, a zwłaszcza ją prowokuje, jakby jej miała coś za złe – dlaczego malujesz tę kobietę, hm? Podobają mi się zwierzęta i pejzaże, które malujesz, a nawet inne kobiety, ale jej, tamtej, się boję – tak mogłaby powiedzieć, gdyby się ośmieliła, ale się nie ośmieli i niczego nie powie.
Pójdą do kuchni, ciocia poda jej podwieczorek i wypije herbatę, stojąc przy stalowym zlewie, słuchając, co działo się w szkole. Potem, po podwieczorku, będą mogły rysować: Ida obiecała, że narysuje coś na urodzinowy prezent dla swojej matki, a ciocia obiecała jej pomóc.
Ida ma nadzieję, że cioci spodobają się jej rysunki, bo zdanie cioci jest dla niej prawie tak samo ważne jak opinia matki.
Zrobisz prezent dla mamy?
pyta Ida, chrupiąc rodzynki i migdały, płatki owsiane, jak zwykle jedząc zachłannie to, co ciocia przygotowała, twierdząc, jak niemal każdego popołudnia, z grymasem, jakby chciała odsunąć od siebie miskę, że nie jest zbyt głodna, nie, nie za bardzo, choć wystarczy nalegać trochę dłużej, lub przeciwnie, udać, że wcale się nie nalega, powiedzieć obojętnie, że się zabiera miskę, żeby natychmiast chwyciła ją kurczowo i powiedziała, poczekaj, trochę zjem, i od razu zaczęła pałaszować jak zawsze, aż wszystko pochłonie; ale to prawda, że dziś jest szczególny dzień, i choć jest głodna, nie ma ochoty tracić czasu na jedzenie, nie, bardzo się jej spieszy, tego popołudnia będą malowały z ciocią obrazy na urodziny jej matki, bo jutro – i nie jest to byle co, tylko prawdziwe wydarzenie – Marion skończy czterdzieści lat.
Ida niczego jeszcze nie przygotowała, od tygodni odsuwając od siebie chwilę, w której trzeba będzie zrobić coś samemu, skoro nie kupiła prezentu, jak sugerował jej ojciec, nie kupiła, bo nie miała żadnego konkretnego pomysłu, i skazała się na to, że będzie musiała zrobić coś sama. Dwa dni wcześniej ciocia zaproponowała, że mogą razem coś narysować albo namalować, a Ida odpowiedziała, zgoda, tak, czemu nie, raczej z rezygnacją niż entuzjazmem w głosie. Ale teraz, gdy poukładała już to sobie w głowie, ta myśl ją podnieca, jakby to ona sama na nią wpadła. Ciocia obiecała, że pożyczy jej gwasze albo akwarele, papier, którego czasami używa, o specjalnym ziarnie, które wchłania farbę, a nawet tekturę z naciągniętym płótnem, nawet płótno na małej ramce – kwadratowej albo podłużnej do krajobrazu. Tyle że Ida dobrze to sobie przemyślała i doszła do wniosku, że nie czuje się na siłach, żeby malować na płótnie, nie, w sumie woli zacząć od rysowania, bo robi to od czasów, kiedy była mała, na zwykłych kartkach formatu A4, na których zawsze pisała, rysowała, kolorowała rysunki, malowała, a kilka razy, miała wtedy pięć czy sześć lat, z chęcią uczestniczyła w długich sesjach, gdy razem z ciocią rozkładały na podłodze płótno wielkości kilku metrów kwadratowych, większe od prześcieradła i białe, trochę lepkie, bardzo dobrze pamięta dźwięk szlok!, który słyszała, odrywając nagie kolana od płótna, tak jak pamięta ich głośny śmiech i to, jak obie były umorusane akrylowymi farbami, którymi malowały – rozmazywały je dłońmi, deptały po nich, a w końcu rzucały się na nie całym ciałem, żeby się po nich turlać i czuć się tak, jakby pływały w bagnistej, gęstej wodzie.
Teraz Ida woli malować gwaszami i doda słowa napisane flamastrem, każdą literę innym kolorem. Nie może się już doczekać, dlatego szybko kończy podwieczorek, biegnie włożyć miskę do zlewu i spłukać dłonie pod wodą – szybko i niedokładnie, wytrzeć je zbyt wilgotną ścierką, wiszącą na szafce pod zlewem, hop, gotowe – zastanawia się, czy ciocia też namaluje obraz dla jej matki, jak czasem się zastanawia, czy nie byłaby zła, gdyby zwróciła się do niej po imieniu, Christine, jak robią jej rodzice, i mówi sobie, że ciocia nie miałaby nic przeciwko, to niemal pewne.
Tyle że Ida nigdy nie zdołała tego zmienić i naśladować rodziców, nie wyobraża sobie, by mogła wymówić imię Christine, jakby w jej ustach brzmiało ono fałszywie, jakby nie mogło być skierowane do cioci, tylko do jakiejś innej osoby, bo to imię wydaje się jej zbyt odległe od nich, od ich relacji, od rzeczy, które sobie mówią, owiane tajemnicą ich wzajemnego uczucia. Ma wrażenie, że Christine woli, żeby nazywać ją ciocią – w każdym razie żeby ona ją tak nazywała – więc wszystko jest w porządku, zresztą Ida mogłaby ją nazywać dowolnym imieniem, a i tak nie wyjawiłoby to sekretu, który sprawia, że kiedy tylko wspomni o swojej matce, ciocia omija temat, a czasem nawet udaje, że jej nie usłyszała. Ida nie śmie zapytać, czy ma jakiś powód, żeby unikać rozmowy o Marion, czy tylko jej tak się zdaje, czy między nimi się nie układa, czy to, co ciocia sądzi o mamie, sprawia, że nie może tego powiedzieć, żeby nie zranić Idy, jakby ciocia myślała, że Ida jest zbyt delikatna, żeby usłyszeć prawdę czy jakieś nieprzyjemne rzeczy, może okrutne, jak wstydliwe czy niegodziwe myśli, jakby to było możliwe, żeby ciocia myślała o kimkolwiek źle, a zwłaszcza myślała tak o jednym z jej rodziców, o kimś, kogo kocha, a nawet jakby to było możliwe – wyobrażalne – żeby mogła pomyśleć coś złego o jej matce, bo Ida nie rozumie, co złego można by powiedzieć o jej matce.
Zawsze wyczuwała, że one nawzajem się obserwują, milczą, starają się, żeby wszystko wyglądało dobrze, ale cóż, czuć, że trochę udają, chociaż Ida nie widzi, co ciocia Christine mogłaby zarzucić Marion, i nawet jeśli dostrzega, że między nimi coś zgrzyta – ale co? – to nie może być nic poważnego, nawet jeśli w tym spokoju, który obie starają się zachować, wyczuwa się sztuczność relacji między dwiema kobietami, pewien wysiłek czy stwarzanie pozorów, co jeszcze, coś w rodzaju niechęci czy powściągliwości, choć Ida tak naprawdę nie widzi, co takiego ciocia mogłaby myśleć o mamie, czego nie mogłaby jej powiedzieć. A jednak tak, Christine nagle staje się bardziej szorstka, bardziej oschła, gdy mówi o Marion. Niemal napastliwa. Lub przeciwnie, zaczyna zadawać pytania, robi minę osoby, która ma jakiś problem i głośno myśli, chce wiedzieć, co mówi się w ich domu, ale nie ma odwagi spytać o to wprost, chciałaby zaspokoić ciekawość, a zarazem ją ukryć, nie pokazać po sobie, że interesują ją rzeczy, które jej nie dotyczą, które nie są jej sprawą, rzeczy intymne, które tata i mama sobie mówią albo których sobie nie mówią. Czasem zadaje dziwne pytania, nagle ściszając głos, na chwilę, z obojętną miną, ale ponieważ ścisza głos, wygląda to tak, jakby się bała, że ją ktoś usłyszy – kto? – jakby ją chciała spytać o jakieś dziwne i być może zakazane sprawy, które najlepiej zachować dla siebie.
Na razie na kuchennym stole rozkładają farby i arkusze papieru, a Ida nalega, ciociu, zrobisz mamie prezent? W końcu Christine odpowiada, ale nie od razu, najpierw przeciera stół gąbką, potem ścierką, tak bardzo skupiona na tym, co robi, czy na odpowiedzi, nad którą musi się zastanowić, co zajmuje trochę czasu, że przez dłuższą chwilę słychać tylko zegar wiszący na ścianie kuchni, czy dlatego, że nie wie, co odpowiedzieć, nie ma na to ochoty, wolałaby mówić o czymś innym albo w ogóle nic nie mówić? Ida nie wie, czuje, że Christine się powstrzymuje, i gdy zamierza ponownie zadać jej to pytanie, Christine zaczyna się jąkać, gubiąc się w niezręcznych dla nich obu „hm”, waha się, co do niej niepodobne, nie ma zwyczaju mówić w sposób niepewny, zwykle jest wręcz przeciwnie, więc odzyskując panowanie nad sobą, żeby przerwać to kłopotliwe milczenie, w końcu zaczyna, prezent, oczywiście, trzeba by, ja, a potem zatrzymując się w połowie zdania, jakby sama była zdziwiona, że nie znajduje żadnej odpowiedzi, kiwa głową, wzrusza ramionami na znak bezsilności czy rezygnacji, wygrałaś, dobrze, to prawda, nie mam prezentu.
Jednak tego nie mówi, a Ida już ponownie zadaje pytanie, nalega, ale nie za mocno, trochę jak w zabawie, jakby nie mogła sobie wyobrazić, że to pytanie może być kłopotliwe albo że Christine jest zmieszana, bo jest jej przykro, że nie pomyślała o prezencie, także dlatego, że to zapomnienie ujawniło pewną prawdę, brak zainteresowania urodzinami matki dziewczynki, a może nie tylko jej urodzinami, lecz pośrednio samą matką Idy.
Zrobisz mamie prezent?
Nie wiem. Potrzebuję czasu, naprawdę nie mam pomysłu. I trochę zbyt szybkim ruchem Christine doleje sobie herbaty. Ida widzi, jak się odwraca i idzie napełnić filiżankę; przygląda się jej z tyłu, pochylonej, i czeka. Christine odwraca się i mówi, tak, trzeba by się tym zająć, to prawda, że o tym nie pomyślałam, nie miałam czasu… Patrzy na dziewczynkę – łokcie szeroko rozstawione na stole, na ceracie ze starym deseniem polnych kwiatów, pociętym nożem i wybielonym gąbką i proszkiem do czyszczenia, uniesione dłonie w okolicy twarzy, pochylony tors tuż nad stołem i kartką, na której zamierza rysować, na jej chude ramiona i długie cienkie palce, jej tak delikatne rysy, bardzo czarne i lśniące oczy, żywe, inteligentne i niemal gniewne, włosy z motylkami i serduszkami na najdłuższych kosmykach, żeby odsłonić czoło i oczy, na jej zwróconą w stronę Christine twarz – twarz, która czeka na odpowiedź, usiłuje zrozumieć, skąd to wahanie i milczenie, ta zwłoka przed odpowiedzią, choć powinno to być takie proste, jej pytanie jest proste, wystarczy na nie odpowiedzieć, nie wyobraża sobie, by Christine mogła nie odpowiedzieć, że oczywiście przygotowała prezent, który Ida odkryje jutro z mamą na przyjęciu urodzinowym; nie rozumie tego jej zmieszania i Christine to wyczuwa, bo na chwilę zapada cisza; Ida sprawia wrażenie niemal zirytowanej, przecież ja daję rysunek, ty możesz podarować jej obraz, prawda?
Christine próbuje jej to wyjaśniać w sposób jasny i klarowny, jednak zaczyna się plątać, nie do końca zdając sobie z tego sprawę, tak, masz rację, ale nie jestem pewna, czy moje obrazy rzeczywiście się jej podobają. Wiesz… nie wszystkim przypadają do gustu. Niektórzy ich nie lubią, ani trochę… Ludzie często nic ci nie mówią, bo nie chcą cię zranić albo nie wiedzą, jak ci to powiedzieć… Twoja matka, już od jakiegoś czasu myślę, że nie bardzo je lubi… Ale Christine nie powie Idzie, jak bardzo to ludzkie milczenie, w zamyśle dyskretne, może być bolesne, że neguje cię bardziej, niż gdybyś w ogóle nie istniała, bo ryzykujesz, dając coś tym ludziom, a taki dar powinien ich do czegoś zobowiązywać, tak uważa Christine, która kiedyś cierpiała z powodu obojętności na swoich wernisażach, gdzie niektórzy rzekomi przyjaciele woleli rozmawiać o jakości szampana czy o jej nowej fryzurze niż o jej obrazach, tak, ci, których by chętnie zabiła, a dziś Christine nie może wyjaśnić Idzie, że jest to jedna z przyczyn, dla których w końcu schroniła się tu, w tej osadzie, tak dawno temu, żeby uniknąć słów, które ranią jak ostrze noża, i wzgardliwych uśmiechów, morderczego milczenia.
Kwiaty, tak, ukwiecony ogród w stylu angielskim, mieszanina plam, barw, z której wyłania się jednak swoista harmonia, jakby zamęt nie powodował chaosu, który się z nim kojarzy, ale tworzył zdumiewający ład, różny od tego bardziej znanego, banalnego, uporządkowanego; a pośród kwiatów rysunek kobiety, też pokolorowany, kwiaty bez nazwy, istniejące tylko na papierze, z płatkami namalowanymi gwaszem i obwiedzionymi flamastrem, określonymi przez linie potwierdzające kontury, które okalają ten portret, mający przypominać jej matkę, choć na rysunku Idy najpierw przypomina ona chudą jak patyk i przesadnie wydłużoną dziewczynkę – ciągnącą się w nieskończoność – jakby dla Idy jej matka była jedynie wydłużoną wersją dziecka, jakby dla niej ciało dorosłej osoby było najwyżej dziecięctwem w większej skali, ale bez owłosienia, bioder, piersi i całej reszty, której nie widzi, na którą zdaje się nie zwracać najmniejszej uwagi, bo rysuje samą siebie, to jej projekcja w dorosłe życie, przypominająca przerysowane dzieciństwo. Nad twarzą matki napisała słowa „sto lat mamo”, wielkimi literami, każdą literę innym kolorem, przeplatając ciepłe i zimne barwy. Starannie zastąpiła „o” w słowie „sto” rysunkiem bardzo czerwonego serca, z różowym wnętrzem i serduszkiem pośrodku, żółtym, potem jeszcze jaśniejsze żółte serduszko w centrum, promienne, świetliste, radość rysowania, kolorowania i malowania, gdy czuje życzliwe spojrzenie cioci na ramieniu, słucha jej rad, słów zachęty, bo lubi wiedzieć, że Christine jest tak blisko, kładąc czasami dłoń na jej barku, marszcząc brwi, zastanawiając się, nim zachęci ją do poszukiwania tej czy innej ścieżki – dlaczego nie narysujesz dróżki w tym ukwieconym ogrodzie? A może dodasz tu parę trochę cieplejszych akcentów, widzisz, tam kwiaty są niebieskie, zielone, nie sądzisz, że trochę żółci i czerwieni ożywiłoby całość? Ida zaczęła kolejny obrazek, z sercem na całą stronę, które rozciąga się, rośnie i za chwilę może nie tylko przekroczyć granice kartki, ale pochłonąć wszystko, tak wielkie serce, a w środku napis w kształcie spirali:
Mamo, kocham cię sercem wielkim jak to.
Ten nie jest tak barwny jak tamten, ale bardzo się jej podoba, zwłaszcza pomysł, żeby słowa tworzyły spiralę, skierowaną do serca, tylko że przydałaby się opinia jej ojca, na pewno, czy Patrice’owi spodoba się bardziej niż tamten, rysunek ogrodu kwiatów z mamą pośrodku, z mamą jako królową w swoim ogrodzie, ukołysaną, czy wręcz odurzoną bardzo ciężkim zapachem kwiatów, która wie, że w takim ogrodzie nigdy nie będzie pszczół ani os, żadnych komarów, jedynie piękno – piękno, które nie więdnie, nie brudzi, nie kłuje, nie rani, tylko wypełnia świat swoimi zapachami, światłem i splendorem, nie oczekując w zamian niczego poza naszym zachwytem – mama w swojej sukience, a zwłaszcza w tych kreolskich kolczykach, które lubi zakładać, kiedy idzie tańczyć z koleżankami w niektóre piątkowe wieczory.
Ida zadaje sobie pytanie, który z dwóch rysunków wybierze Patrice. Będzie musiał wybrać; pomyślała, że może podarować obydwa, ale ponieważ nie jest pewna siebie i zawsze się obawiała, że może zrobić coś źle, potrzebuje ojca – niemal jego zgody, żeby zatwierdził to, co zrobiła. Przechodzi przez podwórko, a za nią idzie Radża, którego pyta:
Co o tym myślisz, piesku?
A ponieważ wygląda na to, że to go nie ciekawi, mówi, masz rację, to nie jest interesujące, nie umiem rysować tak jak ciocia, ciocia umie rysować, malować i wymyślać obrazy, wymyśla bardzo dobrze, umie patrzeć tak dobrze, że potem bez trudu odtwarza wszystko, co udało się jej zobaczyć, jakby bez żadnego wysiłku przechodziło jej to z głowy do palców; ciocia ma szczęście, że umie to robić. Są ludzie, którzy potrafią, ale ja – mówi sobie w chwili, gdy wchodzi do obory, gdzie witają ją chłód i ziemista woń trawy, krów i siana, zapach mleka i samych zwierząt, odchodów przyciągających muchy oraz głośne porykiwania, jakby zwielokrotnione przez strop i ściany z pustaków – ja tego nie potrafię.
Za każdym razem, kiedy tu wchodzi, jest pod wrażeniem. Wie, że Patrice nie lubi, kiedy się tu pojawia, zawsze ma dużo pracy ze zwierzętami; to jego terytorium, tylko on, weterynarz i krowy mają prawo tu być. Zresztą to nie jest miejsce do prowadzenia rozmów, nie, to miejsce, gdzie Patrice spędza wiele godzin, dojąc krowy i zajmując się nimi, głaszcząc je, poświęcając im tyle czasu, ile trzeba, i jeśli Patrice nie chce, by Ida tu przychodziła, to dlatego, że z mlecznych krów nie dałoby się wyżyć i że musi sprzedawać na mięso wszystkie urodzone w ciągu roku cielaki. Nie chce, żeby Ida się do nich zbliżała, boi się, że się do nich przywiąże i nie będzie chciała, żeby szły na sprzedaż, albo będzie zbyt nieszczęśliwa, gotowa mieć mu to za złe, wyzywając go od najgorszych, co sobie o nim pomyśli, gdy on sam musi przyznać, że nie może patrzeć, jak stąd wyjeżdżają, te cielęta, z którymi co roku nawiązuje swego rodzaju czułą, niemal ojcowską więź. Czuje to, ale tłumi w sobie ten odruch, który kazałby mu zaprzestać wysyłania zwierząt do rzeźni, i bierze się w garść, jego ojciec wysyłał ich jeszcze więcej, świnie też, więc dlaczego tak się opiera, skoro musi to robić i bez tego nie mógłby się utrzymać, bo kiedy w niedzielę idzie na polowanie, nie ma takich skrupułów wobec dzikiej zwierzyny, kuropatw i zajęcy, bażantów i tak dalej. Ale jest wyczulony na fakt, że intensywne rolnictwo zniszczyło życie jego ojca i życie rolników w regionie – tak jak inni, którzy są mniej więcej w jego wieku, i kilku młodych szaleńców, którzy się jeszcze na to porywają, chciałby rolnictwa na ludzką miarę, które troszczy się o zwierzęta i ludzi. Jest dumny ze swoich serów i z tego, że je sprzedaje lokalnemu wytwórcy, który nie narzuca mu zbyt niskich cen – klienci są lojalni, dość liczni, choć Patrice dobrze wie, że byle niedopatrzenie byłoby katastrofą; pożyczył sporo pieniędzy, więc wszystko musi się kręcić i na razie, chociaż nie ma możliwości manewru i czasem naprawdę wpada w przerażenie, zdarzają mu się długie okresy bezsenności, można stwierdzić, że wszystko jakoś się kręci i jeśli nie może zasnąć, to nie tylko dlatego, w każdym razie nie jest to główny powód. Zna prawdziwe przyczyny tej bezsenności. Haruje jak wół, żeby to wszystko ogarnąć. Spędza czas w polu, to, co robi, nie przypomina rolnictwa, jakim zajmował się jego ojciec, to prawda, ma żonę i córeczkę na utrzymaniu i kiedy widzi Idę, która do niego biegnie z chytrym błyskiem w oczach, tak żywą, tak radosną, wie, że ma rację, wystrzegając się pestycydów, choć nienawidzi ekologów, którzy nie pozostają mu dłużni – wie, że przyszłość jego córki jest jedyną rzeczą, która naprawdę się liczy.
Tato, tato, powiedz mi, powiedz.
I po kolei pokazuje obrazki: ogromne serce kolorowe jak tęcza, z jej ułożoną spiralnie deklaracją, i drugi, ogród kwiatów. Czeka, nie może ustać w miejscu:
No i który? Który wolisz?
Patrice się waha – udaje, że się waha, przedłuża napięcie – i nie odpowiada od razu, wydyma wargi, ach, który, to nie takie proste, sam nie wie, jeszcze się waha i wciąż udaje, że się zastanawia, patrzy na jeden, potem na drugi i w końcu mówi:
Obydwa, obydwa mi się podobają!
Nie, musisz wybrać.
Nie mogę.
Musisz!
Jestem wielkim misiem, nie mogę.
I nim ona zdąży cokolwiek mu odpowiedzieć, robi krok w jej stronę, wydając pomruk tak głośny, że nigdy by nie uwierzyła, że jest do tego zdolny. Lubi te chwile, kiedy rzuca się na nią, ona krzyczy i śmieje się jednocześnie, wycofuje się biegiem, wydając na podwórzu okrzyki tak przenikliwe jak lot jaskółek nad dziedzińcem osady, a potem wybucha głośnym śmiechem, który dociera do Christine.
Przechodząc przez dziedziniec, Ida czuje, jak mocno bije jej serce, jakby ona też miała w piersi jakąś dziką bestię.
Jak wszystkie miejsca na mapie osada ma nazwę, widoczną, kiedy tu przybywamy: podłużna tablica, białe litery kursywą na czarnym tle, niczym opaska żałobna, pamiątka jakiejś ponurej historii, a może jak napis z czołówki filmu o mniej czy bardziej obiecującym tytule, którego nigdy nie nakręcono – ambitny zamiar, cała historia, z tym że nikt nie pamięta, żeby ją kiedyś czytał czy napisał albo cokolwiek wiedział o jej pochodzeniu, jakby nie miała żadnego początku i była tam od zawsze, Ustronie Trzech Samotnych Dziewcząt, unoszące się ponad czasem dzięki tablicy lekko pochylonej nad rowem, na słupie osadzonym w cementowym bloku, pokrytym pleśnią i podpartym kamieniem, który ktoś tam kiedyś położył, żeby podeprzeć tablicę w miejscu, gdzie asfaltowa szosa zmienia się w drogę wysypaną szutrem.
Nikt się tam nie zatrzymuje, nikt jej nie czyta, tablica mogłaby zniknąć i nikt by tego nie zauważył. Kiedy Christine tu zamieszkała, udała się do merostwa, żeby uzyskać informacje na temat tej nazwy – słyszała o miejscowościach Rodan, Szpital, o Dwóch Wisielcach, Żałobie, Białym Kamieniu, Czarnej Jeżynie, Białym Koniu, nazwach mających dziwne, często poetyckie brzmienie, w których rozbrzmiewa surowość dawnych czasów, unoszących się jak opary z kanalizacji i wspomnienia zbiorowych mogił, spalonych czarownic i religijnych wojen, niemożliwych do zweryfikowania i trwających legend o postaciach i wydarzeniach, które musiały mieć swój czas prawdy, skoro w końcu wyryto nazwy gdzieś w rzeczywistym świecie. Christine szukała i dowiedziała się, że „ustronie” to była dawniej osada – miejsce na uboczu – że już dawno temu stały tutaj domy, na długo przed trzema domostwami rodziny Bergogne, ale nie dowiedziała się niczego o trzech samotnych dziewczętach, nikt nie wiedział, kim mogły być, i nie wydawało się, by wiedziano to kiedykolwiek wcześniej, więc Christine pomyślała, że może kiedyś patrzono na te kobiety tak, jak czasem miała wrażenie, że ludzie patrzą na nią, podejrzliwie i nieufnie, posługując się nią, żeby podsycać plotki, tak jak być może kiedyś plotkowano na temat tych trzech dziewcząt, które istniały już tylko w nazwie osady, służącej im za grób, pomnik, jakby pogrążając się w zapomnieniu, może go szukając, znalazły schronienie w nazwie, którą łaskawie im przyznano.
Ida zostawiła ojca zajętego pracą i przeszła przez wielki kwadratowy dziedziniec z tej wielokrotnie ubijanej ziemi, z widniejącymi tu i tam szarymi, karłowatymi kępami dawnego trawnika, który nie oparł się złej pogodzie i krowim kopytom, ciężkim traktorom, maszynom rolniczym, samochodom, a zwłaszcza nie zniósł braku pielęgnacji, bo ani Bergogne ojciec – który miał ten pomysł i zasiał trawnik, po czym machnął na niego ręką i o nim zapomniał – ani Patrice się nim nie interesowali, nikt nigdy nie miał na to czasu ani ochoty, także kobiety zatrudnione w farmie, do pracy w polu czy gdzie indziej, niektóre w fabryce albo u starszych ludzi, u których sprzątały, i młodzi – dwaj bracia Patrice’a, ostatni, których nazywano „młodymi”, z nutą ironii w głosie, by podkreślić jawną niekonsekwencję – którzy nie ruszyliby palcem, nawet gdyby myśl o zajęciu się trawnikiem przemknęła im przez głowę, co nigdy się nie zdarzyło. A zresztą dziedziniec był za duży, ziemia twarda jak kamień, rozjeżdżona, zbita, wydeptana przez ludzi i bydło, tratujące ją od pokoleń.
