Noc, kiedy umarła - Jenny Blackhurst - ebook + audiobook

91 osób właśnie czyta

Opis

To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu. Co więc sprawiło, że skoczyła?

W noc swojego ślubu Evie Bradley rzuca się z urwiska.

Jej ciała nigdy nie odnaleziono. Czy zabrało je morze? Wśród wielu pytań zadawanych w związku z tą tajemniczą śmiercią jedno powtarzane jest przez wszystkich: DLACZEGO?

Mąż i przyjaciółka Evie próbują za wszelką cenę zrozumieć, co popchnęło ją do tego dramatycznego czynu. Podążając tropem niepokojących wskazówek, odkrywają najmroczniejszy sekret Evie, i zdają sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy jej nie znali…

Najlepsza przyjaciółka. Kochanek. Mąż. Kto zna prawdziwą Evie White?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 356

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 35 min

Lektor: Anna Szawiel

Popularność


KTO TARGA SIĘ NA WŁASNE ŻYCIE W CHWILI, W KTÓREJ POWINIEN CZUĆ PEŁNIĘ SZCZĘŚCIA?

W noc swojego ślubu, podczas przyjęcia weselnego, Evie Bradley rzuca się z klifu do morza. Zwłoki nie zostają odnalezione.

Samobójstwo? Policja ma wątpliwości i jak zawsze w takich wypadkach pierwszym podejrzanym jest mąż – Richard Bradley. On również nie wierzy w samobójstwo; co więcej, nie traci nadziei, że ukochana wciąż żyje.

Tylko Rebecca Thompson, najbliższa przyjaciółka jego żony, nie ma wątpliwości – wie, że Evie zginęła. I wie również dlaczego. Znała ją jak nikt inny. I nawet kiedy otrzymuje SMS-a o treści MOGŁAŚ MNIE URATOWAĆ, wciąż jest przekonana, że poznała najczarniejsze tajemnice Evie.

Ale czy wszystkie?

JENNY BLACKHURST

Brytyjska pisarka, wychowywała się w Shropshire, gdzie mieszka do tej pory z mężem i dziećmi. Dorastając, godzinami czytała książki i rozmawiała o kryminałach, tak więc było tylko kwestią czasu, kiedy sama zacznie pisać.

Jenny Blackhurst zadebiutowała w Anglii świetnie przyjętą powieścią Tak cię straciłam. Oprócz niej w Polsce ukazały się jej późniejsze książki Zanim pozwolę ci wejść, Czarownice nie płoną orazNoc, kiedy umarła, które na dobre zjednały jej fanów thrillerów psychologicznych.

Tej autorki

ZANIM POZWOLĘ CI WEJŚĆ

CZAROWNICE NIE PŁONĄ

TAK CIĘ STRACIŁAM

NOC, KIEDY UMARŁA

Tytuł oryginału:

THE NIGHT SHE DIED

Copyright © Jenny Blackhurst 2018

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2019

Redakcja: Marta Gral

Zdjęcie na okładce: © Rekha Arcangel/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-773-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla moich pięknych synów, Connora i Finlaya, bez których ukończyłabym tę książkę o połowę szybciej. Kocham Was najbardziej na świecie.

Prolog

Stoi na skraju klifu, długie jasne włosy powiewają za nią na lekkim wietrze. Ma sukienkę do ziemi i brudne bose stopy. Trawa pod nimi jest wilgotna, ona jednak nie czuje chłodu. Ze spokojem wpatruje się w ciemne, nieruchome wody. Evelyn nie musi patrzeć w dół, by wiedzieć, że u podnóża klifu fale roztrzaskują się o poszarpane skały. Nie boi się ich. Wiele razy stała w tym miejscu, przed tym morzem. Fale znają jej imię i jej historię.

Podnosi rękę, żeby zdjąć z twarzy welon. Wysadzana brylantami tiara, która kiedyś należała do jej matki, a przed nią do jej matki, bezgłośnie spada na ziemię. Tu, w górze, nie słychać niczego poza szeptem morza i jej oddechem, wolnym i spokojnym.

W zapadającym zmierzchu obserwują ją z drugiego końca klifów dwie postacie. Są dalej, niżby tego chciała, ale jest jeszcze na tyle widno, by bez trudu rozpoznały jej smukłą sylwetkę i obcisłą suknię ślubną. Dość blisko, by w jednej z nich rozpoznała męża, i zbyt daleko, żeby mogły zareagować, kiedy odkryją jej zamiary. Teraz, przez kilka sekund, jest panną młodą uciekającą od ślubnego zgiełku, muzyki, wina i nieustających dowcipów na temat życia małżeńskiego. Oni są kochankami, którzy rozkoszując się wieczornym spacerem, wyobrażają sobie, że pewnego dnia przyjaciele zgromadzą się, żeby usłyszeć ich przysięgę, pogratulować pannie młodej i okazać współczucie panu młodemu. Wypuszcza welon, patrzy, jak niesiony wiatrem frunie w stronę krawędzi klifu, robi kilka stanowczych kroków i rzuca się w ciemność. Jeszcze przed chwilą byli tylko kochankami. Teraz są świadkami.

1RebeccaDzień ślubu

Pozostali goście gromadzą się na trawniku, otrzeźwieni szokiem i milczący w swoim smutku. Beth, stryjeczna babka Evelyn, szlocha cicho w chusteczkę wręczoną jej przez męża, chudzielca o słabym charakterze. Niespełna trzy godziny temu marszczył czoło i zgodnie kiwał głową, podczas gdy Beth narzekała na wszystko – od „ekscentrycznej” ceremonii, muzyki i wystroju po „hippisowskich” przyjaciół Evelyn; twierdziła, że jej nieżyjąca siostrzenica, matka Evelyn, przewróciłaby się w grobie, gdyby zobaczyła, jak jej rodzina i przyjaciele zadają się z takim plebsem. Teraz, na myśl o tym, że Evelyn dołączyła do swej matki, Beth również milczy.

Serce wali mi jak szalone, gdy stojąc przed drzwiami hotelu, słucham stłumionych głosów, wśród których od czasu do czasu rozlega się wściekły krzyk. To Richard.

Zbieram się, żeby wejść do środka, ale truchleję, gdy Richard znów zaczyna krzyczeć, że powinien tam być i jej szukać, że jego żona nigdy by mu tego nie zrobiła. To sygnał dla mnie – wiem, że jako najlepsza przyjaciółka Evie i jej druhna mam do odegrania swoją rolę – ale nagle nie chcę otwierać tych drzwi. Nie chcę oglądać twarzy Richarda ani patrzeć, jak pęka mu serce.

Dźwięk kroków za drzwiami wyrywa mnie z zamyślenia i kolejny raz walę w nie pięścią.

– Richard!

Otwierają się niemal natychmiast i staje w nich jeden z policjantów, którzy dwadzieścia minut temu zabrali Richarda. To było najdłuższe dwadzieścia minut mojego życia.

– Muszę porozmawiać z Richardem – mówię.

– Przykro mi… – zaczyna gliniarz, ale przerywa mu głos z wewnątrz.

– Wpuśćcie ją – odzywa się Richard. Jego westchnienie mówi wszystko. – To najlepsza przyjaciółka Evie, zasługuje na to, żeby to usłyszeć.

Policjant odsuwa się na bok i minąwszy go, wchodzę do małego pokoju hotelowego z pobielonymi ścianami i niemal idealnym widokiem na klify. Te same, z których chwilę temu rzuciła się żona Richarda Bradleya.

– Richard! – Przypadam do niego i chwytam go za przedramiona. – Gdzie jest Evie? Na dole mówią, że rzuciła się z klifu, ale to przecież jakaś bzdura. Gdzie ona jest?

Nie odzywa się, więc potrząsam nim, ale on wciąż milczy. Obecna w pokoju policjantka wygląda, jakby miała się rozpłakać. Podchodzi do mnie, kładzie mi rękę na ramieniu i delikatnie, lecz stanowczo odciąga mnie od niego.

– Jestem detektyw Michelle Green, a to detektyw Thomas.

Mówi powoli, miłym ciepłym głosem; jej kolega, detektyw Thomas, milczy zamyślony. Jest wysokim, barczystym mężczyzną o oliwkowej cerze i ciemnych włosach. Wygląda jak gliniarz z serialu telewizyjnego, który do tej pory nie wypowiedział żadnej kwestii. Od czasu do czasu zerka na mnie tak, że czuję się winna, jakbym samą swoją obecnością robiła coś złego. Tylko patrzy i czeka. Na co?

– Dostaliśmy zgłoszenie o kobiecie pasującej do opisu Evelyn, która mniej więcej czterdzieści minut temu rzuciła się do wody. Czy w ciągu ostatniej godziny widziała pani panią Bradley?

Przed oczami staje mi obraz mojej najlepszej przyjaciółki, kiedy widziałam ją po raz ostatni czterdzieści pięć minut temu. Wychodzi z namiotu weselnego, zatrzymuje się i odwraca. Szuka mnie wzrokiem, a gdy nasze spojrzenia się spotykają, uśmiecha się. W przeciwieństwie do mnie nie wygląda na przestraszoną, jest odważna i zdecydowana. Chwilę później znika w ciemnościach i przez ułamek sekundy mam ochotę wybiec za nią, złapać ją i nie puszczać. Ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa i zaraz potem już jej nie ma. Nie ma jej.

– Nie – mówię. – Nie widziałam jej.

Szlochałam tak długo, że oczy mam czerwone i zapuchnięte, prawdziwymi łzami, które kompletnie mnie zaskoczyły. A więc to koniec, mówi głos w mojej głowie. Odeszła. Zostałaś sama. Ta myśl jest nie do zniesienia.

Richard nadal rozmawia z policjantami i mam wrażenie, że trzymają go tam, żeby nie wszedł na szczyt klifu i nie zrobił czegoś głupiego. Wyglądam przez okno, gdzie światła latarek tną mrok, a białe reflektory helikoptera rozświetlają niebo.

– Mają helikopter – mówię. Mój głos brzmi, jakby należał do obcej mi osoby. Żałuję, że tak nie jest, bo wtedy te światła szukałyby w ciemnościach przyjaciółki kogoś innego.

– Który dopiero przyleciał. Minęła pieprzona godzina! – wybucha Richard. Podchodzi do okna i natychmiast się cofa, przygryzając górną wargę; robi tak zawsze, kiedy się denerwuje. – Będzie wyziębiona. I dlaczego skupiają się tylko na klifach? Mogła przepłynąć już połowę drogi do Londynu.

Bo nie szukają kobiety, która płynie. Nie chcę powiedzieć tego głośno, policja zresztą też. Richard sam musi dojść do tego wniosku. Że dziś wieczorem jego żona, moja najlepsza przyjaciółka, rzuciła się do morza. I tylko ja jedna wiem, dlaczego to zrobiła.

2Rebecca

Pamiętam, jak pierwszy raz spotkałam Evie White, choć wówczas nie miałam pojęcia o mroku, który sprowadzi do mojego życia. Miałam osiemnaście lat i byłam zakochana po uszy w basiście o imieniu Steve, który – oczywiście – był kompletnym idiotą i w którym widziałam swoją przepustkę do towarzyskiego świata Uniwersytetu Londyńskiego. Byłam tam prawie od roku i zgromadziłam zawrotną liczbę trojga przyjaciół: Sandrę, otyłą studentkę historii, dla której pójść w tango oznaczało wypad do Nando’s po spotkaniu klubu dyskusyjnego; Christophera – nie Chrisa, nigdy, pod żadnym pozorem nie Chrisa – który gdy tylko ktoś do niego zagadał, oblewał się rumieńcem i zaprzyjaźnił się ze mną tylko dlatego, że razem pracowaliśmy w kawiarni; i Sunny, Chinkę z wymiany studenckiej, z którą łączyło mnie zamiłowanie do sagi Zmierzch. Nie tak wyobrażałam sobie swój pierwszy rok na studiach – rok, w którym miałam przestać być kujonką i chodzić wśród swoich z podniesioną głową.

Steve i ja spotkaliśmy się na kursie biznesowym. Chodziłam na te zajęcia, bo wierzyłam, że będę kolejną Karren Brady1; a on, bo usłyszał od ojca, że jeśli nadal chce być u niego na garnuszku, musi skończyć cholerne studia. Steve chyba szybko doszedł do wniosku, że sam sobie nie poradzi (czyli jednak nie był aż takim idiotą), i upatrzył swoją szansę w przeciętnej, nieśmiałej, ale nie takiej znowu złej dziewczynie, siedzącej na samym końcu sali. We mnie. Nie miałam pojęcia, co z sobą zrobić, kiedy przysiadł się do mnie i szepnął:

– Cześć.

– Cześć… Mówisz do mnie?

Nawet uśmiech miał leniwy i nieodpowiedzialny. Ledwie widziałam jego oczy pod gęstą czupryną jasnobrązowych włosów, które od czasu do czasu odgarniał z twarzy.

– Tak, cześć. Zrobimy razem ten projekt?

Jęknęłam.

– Pytasz, czy zrobię ten projekt za nas oboje?

Na szczęście wyraz jego twarzy się nie zmienił. Dopiero później odkryłam, że w ten sposób po prostu udawał niewiniątko.

– Czuję się urażony.

– Daj spokój. Co ja będę z tego miała?

– Dobra. – Odgarnął włosy. – Przypadkiem zauważyłem, że do tej pory każdy projekt robiłaś sama. Nie spotykasz się z nikim z grupy, a jedyną osobą, z którą widziałem cię w klubie studenckim, jest ta gruba laska.

Otworzyłam usta, żeby stanąć w obronie Sandry, ale nie dał mi szansy.

– I pomyślałem, że chociaż raz dostanę z projektu jakąś przyzwoitą ocenę, a ty będziesz mogła pokazać się z kimś, kto nie śmierdzi, jakby właśnie przebiegł maraton, chociaż poszedł tylko po colę.

– To było podłe.

Wtedy posłał mi ten zabójczy, rozbrajający uśmiech i wiedziałam już, że nie ma szans, żebym mu odmówiła.

– Umowa stoi?

– Stoi.

Tydzień później poszliśmy do łóżka. A dwa tygodnie później na imprezie przedstawił mnie przyjaciołom jako swoją „dziewczynę”. No dobra, był pijany i ujarany, ale moim zdaniem, to i tak się liczyło. W ciągu dwóch tygodni przeszłam od czytania o życiu innych ludzi do życia własnym życiem. Mieszkanie Steve’a nigdy nie było puste, zawsze był tam ktoś, kto akurat wpadł na drinka, goście z zespołu, którzy mieli próby do późnej nocy, albo ludzie, którzy przyszli się przekimać po nocy na mieście. Było fajnie, ale w pewnym momencie cała sytuacja zaczęła przerastać zasadniczą piątkową studentkę biznesu, czyli mnie.

– Wracam na noc do siebie, skarbie – powiedziałam.

Leżący obok mnie Steve wsparł się na łokciu.

– Co jest? Już się mną znudziłaś?

Uśmiechnęłam się. Nic podobnego.

– Nie bądź głupi. Po prostu muszę się przespać. Trzy dni z rzędu nie byłam na porannych zajęciach. Wpadnę po ekonomii.

– Dobra, piękności. Tylko zrób dla mnie notatki, okej?

– Przecież zawsze robię.

Nazajutrz rano po prysznicu, przespanej nocy i prawdziwym śniadaniu czułam się jak nowo narodzona, pierwszy raz od dwóch tygodni byłam skupiona i robiłam szczegółowe notatki, którymi zamierzałam podzielić się ze swoim nowym chłopakiem. W drodze do mieszkania Steve’a kupiłam kawę i kanapki z bekonem. Wiedziałam, że doceni ten gest po całonocnym melanżu. Boże, ależ miał szczęście, że trafił na taką dziewczynę jak ja.

Nasz związek nie był jeszcze na etapie wymieniania się kluczami, więc zapukałam do drzwi, gotowa czekać dwadzieścia minut, bo tyle zwykle potrzebował, żeby zwlec się z łóżka. Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy kilka minut później usłyszałam szczęk zamka i drzwi otworzyła mi półnaga dziewczyna.

Była wysoka jak Amazonka i miała opalone, niebotycznie długie nogi. Stopy miała bose i była praktycznie naga, nie licząc szarych stringów, które kiedyś – zanim studenckim zwyczajem trafiły do pralki razem z kolorowymi rzeczami – z całą pewnością były białe. Na górę włożyła krótką, luźną szarą koszulkę. Jej twarz była równie opalona jak nogi i upstrzona piegami, co świadczyło o tym, że nie jest to sztuczna opalenizna. Ciemnoblond włosy miała w nieładzie i emanowała aurą zmęczonego, ale odprężonego człowieka, który zarwał noc, bo uprawiał seks. Z moim chłopakiem.

– Szukam Steve’a – bąknęłam jak idiotka.

– Bierze prysznic. – Otworzyła drzwi szerzej, żeby mnie wpuścić, a sama zniknęła w głębi mieszkania, nie zapytawszy, kim jestem.

Kiedy zebrałam się na odwagę, żeby wejść do pokoju, siedziała na kanapie i zwijała skręta. Usiadłam na krześle naprzeciwko niej i z zażenowaniem przycisnęłam do piersi torbę z kanapkami.

– Kim jesteś? – rzuciłam.

Spojrzała na mnie z uwagą. Była niewyobrażalnie piękna, a jednak przyglądała mi się, jakbym była rzadkim okazem motyla oglądanym pod mikroskopem. Jej oczy miały kolor lodów miętowych. Zapaliła skręta i zaciągnęła się mocno.

– Evie. – Głos miała spokojny, melodyjny. – Chcesz? – Podała mi skręta, wypuszczając dym przez leniwie rozchylone wargi.

– Nie, dzięki.

Odchyliła się na kanapie i wzruszyła ramionami. Przez chwilę wierciłam się na krześle.

– Albo tak – powiedziałam.

Mina Steve’a, kiedy wyszedł z łazienki, była bezcenna. Najwyraźniej stracił rachubę czasu po tym, jak przez całą noc pieprzył boginię, która teraz leżała rozwalona na jego kanapie. Zmieszany, wybełkotał jakieś przeprosiny, których żadna z nas nie słuchała. Evie mówiła o stereotypach kulturowych w reklamie i robiła to z taką pasją, że mój związek ze Steve’em wypalił się szybciej niż joint, którego spaliliśmy we trójkę. Wtedy myślał, że mu się upiekło, bo nie zrobiłam awantury i z gracją ustąpiłam miejsca pięknej Evie White.

– Co studiujesz? – spytałam, czując na sobie speszone spojrzenie Steve’a.

– Fotografię. Z twarzy człowieka można wyczytać, jak pracuje jego umysł. – Przechyliła się przez oparcie kanapy i sięgnęła po zabawnie wyglądający aparat z obiektywem długoogniskowym. Przecierając go rąbkiem koszulki, odsłoniła nieco więcej opalonego ciała. Oparła łokcie na kolanach i spojrzała w wizjer. – Mówi się, że za każdym razem, gdy ktoś robi ci zdjęcie, zabiera kawałek twojej duszy.

Wcisnęła spust migawki i aparat zaterkotał.

– No, proszę, teraz mam twoją duszę.

3Rebecca

– Co tu się, kurwa, dzieje?

Mocny francuski akcent, władczy ton – przyjechał ojciec Evie. Dominic Rousseau mija detektywa Thomasa i wchodzi do pokoju, a ja wzdrygam się na widok rozpaczy, która maluje się na jego twarzy. Mężczyzna, który latami sprawiał, że kobiety padały mu do stóp, prawdziwy rekin świata biznesu, wydaje się kompletnie zdruzgotany. Detektyw Michelle Green cofa się na dźwięk tego głosu. Kilka sekund później Richard robi krok do przodu.

– Mówią, że ona skoczyła… – zaczyna i Dominic odwraca się w jego stronę, podczas gdy detektyw Thomas spina się, gotów zareagować, gdyby sytuacja zmieniła się na gorsze… jakby mogło wydarzyć się coś jeszcze gorszego.

– To niemożliwe! To dzień jej ślubu! Po co miałaby się zabijać w ponoć najszczęśliwszy dzień w życiu?

– Widziano ją, proszę pana – bąka detektyw Green. – Dwoje świadków z klifu naprzeciwko zadzwoniło na policję po tym, jak zobaczyli kobietę w sukni ślubnej, która rzuciła się do morza. Robimy, co w naszej mocy, żeby ją odnaleźć.

– Najwyraźniej robicie za mało. Ty… – Odwraca się w moją stronę. – Mówiła ci coś na ten temat? Coś ją zdenerwowało?

– Ja… nie, proszę pana. Kiedy widziałam ją ostatni raz, zachowywała się normalnie.

Chyba trudniej mi okłamywać Dominica niż Richarda czy policję. Mam wrażenie, że zagląda w głąb mnie i odczytuje moje myśli, jak ludzki wykrywacz kłamstw.

– Co jej zrobiłeś? – Drzemiący we mnie zdradziecki tchórz oddycha z ulgą, kiedy Dominic Rousseau odwraca się w stronę Richarda.

– Jak to, co jej zrobiłem? – Richard odzyskuje głos, w którym pobrzmiewa teraz wściekłość. – Nic jej nie zrobiłem! Kocham ją. Właśnie się pobraliśmy.

– Musiałeś zrobić coś, co sprawiło, że moja córka wywinęła taki numer w dniu własnego ślubu!

– Evie nigdy nie obarczała nikogo odpowiedzialnością za własne życie, ty najlepiej powinieneś o tym wiedzieć.

– Co to ma znaczyć, że niby ja najlepiej powinienem o tym wiedzieć? Nawet mnie tu nie było!

Przez krótką chwilę myślę, że właśnie tego chciałaby Evie. Lepiej by sobie tego nie wymyśliła, gdyby tu była. Dwóch mężczyzn jej życia wykłócających się o to, który kochał ją bardziej. Nawet w chwili, gdy jej ciało rozbija się o skały, a dusza płynie do morza, nadal jest najważniejszą osobą w każdym pomieszczeniu. No, proszę, teraz mam twoją duszę.

I rzeczywiście tak było. Przez następne siedem lat Evie White miała moją duszę, a teraz, kiedy w końcu mi ją oddała, nie mam pojęcia, co z nią zrobić. Była najważniejszą osobą w moim życiu; tak często decydowała o tym, dokąd pójdziemy i co włożymy, że sama już nie wiem, kim jestem bez niej. Jakie filmy będę oglądała teraz, kiedy sama będę musiała je wybierać? Jaką lubię muzykę? Każdą z moich płyt kupiłam, bo poleciła mi ją ze swoim zaraźliwym entuzjazmem. „Posłuchaj tego, Becky, będziesz zachwycona”. „To zapach stworzony dla ciebie”. „Niebieski to zdecydowanie twój kolor”. Co ja teraz zrobię?

– Właśnie o tym mówię – warczy Richard. – Może gdybyś tu był, w najszczęśliwszym dniu jej życia…

Zasysam powietrze między zębami i czekam na wybuch, który nie następuje. Dominic sprawia wrażenie znużonego, przeciera twarz ręką i odwraca się do detektyw Green.

– Co robicie? Czy ktoś w ogóle jej szuka? Każda sekunda waszego czekania to sekunda, kiedy moja córka jest sama w ciemności. Zamarznie tam.

– Helikoptery przeszukują okolicę, proszę pana.

– Najwyraźniej to za mało.

Detektyw Green zamierza coś dodać, ale widząc jego podniesioną rękę, zamyka usta jak ryba.

– Nie będę słuchał tych pustych frazesów! Niech wasi przełożeni skontaktują się ze mną natychmiast w moim pokoju. Chcę wiedzieć, co zamierzają zrobić, żeby odnaleźć moją córkę.

Po tych słowach wyszedł, nawet nie patrząc na mnie ani Richarda.

MIESIĄC PÓŹNIEJ

4Rebecca

Dzieciak w kolejce za mną chwyta brzeg torby z makaronem i pociąga. Uświadamiam to sobie zbyt późno – chociaż zrobił to już po raz setny – a on parska histerycznym śmiechem, kiedy muszelki spadają na podłogę. Jego matka nie podnosi wzroku znad telefonu, w który uderza wściekle kciukiem. Kiedy pochylam się, żeby pozbierać makaron, dzieciak rzuca we mnie plastikową figurką, która zaczepia o moje włosy. Śmieje się i wyciąga rękę, bo chce, żebym mu ją oddała, ale ja ukradkiem wkopuję ją pod kasę. Punkt dla mnie.

Taszczę torby po pięć pensów do bagażnika i zatrzaskuję klapę. Ostatnio mam wrażenie, że spędzam połowę życia w różnych supermarketach, na zajmowaniu się domem i pilnowaniu, żeby Richard miał co jeść. Bo powiedzmy sobie szczerze, gdybym tego nie robiła, w ogóle zapomniałby o jedzeniu.

Minęły cztery tygodnie od wesela, cztery tygodnie bez ciała i odpowiedzi. Pierwszy tydzień Richard i ja spędziliśmy w hotelu; głównie siedzieliśmy w jego pokoju, starając się nie wyglądać przez okno i czekając na telefon.

To detektyw Michelle Green delikatnie zasugerowała, żeby Richard wrócił do Kensington, do „normalnego” życia, i obiecała, że zadzwoni do niego, gdy tylko czegoś się dowie.

To było trzy tygodnie temu i trzeba przyznać, że dotrzymała słowa – z początku dzwoniła do niego codziennie, żeby sprawdzić, jak się trzyma. Później dzwoniła już co drugi dzień. Nie wiem nawet, czy w tym tygodniu się z nim kontaktowała.

Kiedy nie ma ciała, nie można zamknąć śledztwa, dlatego wróciliśmy do Londynu. Pracuję z domu jako asystentka online, więc przynajmniej mogę mieć oko na Richarda. Dopóki nie znajdą Evie, nie ma mowy, żeby się pozbierał; utknął w jakimś potwornym błędnym kole chaosu, nadziei i poczucia winy. No bo jak można czekać na informacje o śmierci żony i nie czuć się winnym? A ponieważ wciąż jest nadzieja, nie ma szans, żeby przeszedł od zaprzeczenia do kolejnego etapu żałoby. Chce odpowiedzi na pytania, z których najważniejsze brzmi: Dlaczego?

Zrobił się opryskliwy i gburowaty do tego stopnia, że dwa tygodnie po tym, jak wróciliśmy do domu, miałam ochotę wypiąć się na niego i pozwolić, by siedział w brudnej bieliźnie i użalał się nad sobą. Zostałam tylko dlatego, że głos Evie nie pozwalał mi odejść. My mu to zrobiłyśmy, szeptała mi do ucha. Teraz musisz pomóc mu przez to przejść.

Powoli zaczęłam zauważać zmiany. Rano przed moim przyjazdem ubiera się i krok po kroku wyczuwam w nim dawnego Richarda z jego ironicznym poczuciem humoru i wiecznymi nawiązaniami do kultowych filmów z lat osiemdziesiątych. Chociaż od czasu do czasu nadal przyłapuję go na tym, jak zadaje sobie w myślach to samo pytanie. Dlaczego?

– Może była chora – powiedział mi wczoraj wieczorem, kiedy oglądaliśmy telenowelę, której oboje nie lubiliśmy, ale której Evie nigdy nie przegapiła. Starzec na ekranie ściskał rękę młodej kobiety – myślę, że była to jego córka – prosząc, by mu pomogła, kiedy nadejdzie jego czas. – Może była jak ten facet, miała raka i nie chciała, żebyśmy cierpieli. To byłoby do niej podobne.

– Może – odparłam w zamyśleniu. – Chociaż na ile ją znałam, najpierw wszystkim by o tym powiedziała.

– Mimo to poproszę swojego prawnika, żeby załatwił mi wgląd w jej dokumentację medyczną.

Dziś wieczorem gotuję spaghetti carbonara, ale wiem, że Richard prawdopodobnie rozgrzebie je na talerzu, trochę zje, udając, że bardzo mu smakuje, a resztę wyrzuci do kosza.

Wrzucam wsteczny i zamierzam wyjechać z parkingu, kiedy telefon wibruje, informując mnie o nadejściu wiadomości. Klnąc pod nosem, odblokowuję ekran z nadzieją, że to nie Richard prosi mnie, żebym nie przyjeżdżała; jeśli tak, posłucham go. Weź się w garść, Rebecco, pozwolisz, żeby wszedł ci na głowę? To nie w porządku – jego żona zaginęła, prawdopodobnie nie żyje. Facet ma prawo prosić mnie, żebym przywiozła ciasteczka z kawałkami czekolady albo na co tam ma ochotę.

Ale to nie wiadomość, tylko powiadomienie z Facebooka.

Evelyn Bradley wysłała ci zaproszenie do grona znajomych!

5Evie

– Papa! Papa! Mère est morte! – Pięciolatka wpadła do gabinetu ojca. – Morte!

– Uspokój się, Evelyn – odezwał się jej ojciec powoli, perfekcyjną angielszczyzną. Uwielbiał swój język ojczysty, ale odkąd zamieszkali w Anglii, przychylił się do prośby jej matki, żeby w domu mówić wyłącznie po angielsku. „Nie chcemy, żeby dorastała tutaj jako Francuzka, Dominicu. Musi się dopasować do tutejszych dzieci. To ważne”. – Twoja matka nie umarła. Rozmawiałem z nią pół godziny temu. Co ty za głupoty wygadujesz? I po angielsku, proszę.

– Na kanapie… morte! Elle a… eee, ona, ona połknęła tabletki na sen i nie rusza się. – Evie przylgnęła do ojca, po jej policzkach toczyły się łzy. – S’il te plaît, viens! Chodź, proszę!

Ojciec Evie westchnął i odłożył długopis. Podniósł córkę i pocałował ją w okolone jasnymi loczkami czoło.

– Twoja mama żyje i ma się dobrze, Evelyn Rousseau. Udowodnię ci to i wyleję jej na twarz filiżankę wody.

Evelyn otworzyła oczy ze zdumienia. Była prawie pewna, że matka nie żyje, mimo to plan wydawał się ryzykowny.

– Jeśli to zrobisz, tatku, lepiej, żeby mama naprawdę nie żyła – ostrzegła go z powagą.

Ojciec się roześmiał. Swoim prawdziwym śmiechem, tak jak śmiał się przy niej (choć nie zawsze wiedziała dlaczego) i przy Emily, angielskiej guwernantce, którą wynajął dla Evelyn, lecz mama się jej pozbyła; nigdy jednak nie śmiał się tak w towarzystwie biznesmenów, ani nawet przy mamie. Oni słyszeli jego udawany śmiech, śmiech drania. Evelyn nazwała go tak, bo w towarzystwie tych ludzi papa zmieniał się w drania, udawał, że są zabawni i interesujący, i w ogóle nie zwracał na nią uwagi. Dotykał innych kobiet, jeśli mama nie patrzyła albo źle się czuła i odpoczywała w swojej sypialni; myślał, że Evelyn jest za młoda, by wiedzieć, co się dzieje, kiedy nachylał się w ich stronę i szeptał im coś do ucha, albo gdy kładły mu ręce na piersi, spuszczały wzrok i uśmiechały się. Wiedziała, czego chcą te wstrętne lafiryndy. Tak mówiła na nie mama, wstrętne lafiryndy ojca i tych jego kolegów sukinsynów.

Teraz papa zaniósł ją do kuchni, postawił na podłodze i nalał wody do szklanki.

– Chodź, Evie.

Ona jednak stała i w milczeniu kręciła głową. Mama nie żyła i Evie nie chciała oglądać jej martwej. Wystarczyło, że raz zobaczyła jej otwarte usta i wystający z nich tłusty, różowy język.

– Dobrze, skarbie, zaczekaj tu.

Słyszała, jak ojciec wchodzi do salonu, gdzie leżała martwa mama. Słyszała, jak klnie paskudnie, jak chlusta wodą na twarz mamy, a zaraz potem rozlegają się kolejne przekleństwa i matczyny krzyk.

Ona żyje! Więc dlaczego papa krzyczy? Dlaczego jest taki zły? Mama żyje, Bogu niech będą dzięki!

– Ty cholerna dziwko! Co ty chcesz zrobić temu biednemu dziecku? Chcesz, żeby była taka porąbana jak ty?

– Jeśli jestem porąbana, to przez ciebie! Przez ciebie i te twoje dziwki. Ty mi to zrobiłeś, wiesz? Jeśli się zabiję, będziesz miał na rękach moją krew. Wolałabym umrzeć, niż cię stracić.

Evie zadrżała. Nawet mając pięć lat, wiedziała, że nie tak powinna wyglądać miłość. I jednego była pewna – nigdy nie pokocha nikogo tak bardzo, że będzie gotowa dla niego umrzeć.

6Rebecca

Kiedy tak siedzę na parkingu przed supermarketem i widzę na ekranie telefonu zaproszenie do grona znajomych, przychodzi mi do głowy – choć wiem, że to głupie – że to ona. Taka jest moja pierwsza myśl. To naprawdę ona. Evie żyje!

Serce zaczyna mi walić jak oszalałe i chwilę później słyszę w głowie głos rozsądku.

Idiotko. Gdyby Evie żyła, w życiu nie kontaktowałaby się z tobą przez profil na Facebooku, który pierwszy raz widzisz na oczy. Tego nie było w żadnych planach.

Klikam na zdjęcie profilowe – zrobiono je z daleka, ale widzę ją, jak stoi w sukni ślubnej na skraju klifu. W dniu ślubu, w dniu jej śmierci. Nie ma mowy, żeby sama zrobiła to zdjęcie.

Jedynym sposobem, żeby się o tym przekonać, jest kliknięcie na AKCEPTUJ. Wyobrażam sobie miny naszych znajomych, gdy zobaczą na mojej osi czasu, że Rebecca Thompson jest teraz znajomą Evelyn Bradley, ale jakie to ma znaczenie? Jeśli będą pytać, powiem im prawdę – jakiś troll stworzył facebookowy profil Evie, a ja zaakceptowałam zaproszenie, żeby dowiedzieć się, kto to.

Przeglądam profil. Mojej uwadze nie umyka fakt, że – paradoksalnie – jestem jedyną znajomą Evelyn Bradley. Chociaż każdy, kto ją poznawał, zakochiwał się w jej wdzięku, urodzie i poczuciu humoru, ona darzyła miłością bardzo nielicznych. W liceum Wareham było kilka dziewczyn, eleganckich lasek, które piszczały i skakały na widok Evie w sukni ślubnej, ale chociaż wszyscy ją uwielbiali, na palcach jednej ręki można było zliczyć ludzi, którzy naprawdę ją znali. I Richard do nich nie należał.

Profil jest pusty, jeśli nie liczyć zdjęcia Evie stojącej na klifie. Podpisano je: Kiedy piękno jest brzydotą, a brzydota pięknem.

Chwilę później, tak jak się tego spodziewałam, odkąd zobaczyłam zaproszenie do grona znajomych, telefon wibruje i na ekranie wyskakuje okrągłe okienko ze zdjęciem profilowym Evie. Wiadomość. Otwieram ją i oczami wyobraźni widzę Evie wyłaniającą się z morza. Skórę ma pokrytą pąklami i poszarpaną przez ptaki i innych padlinożerców. Jedno oko zwisa smętnie z oczodołu. Boję się, że zaraz zwymiotuję. Cztery tygodnie czekania, aż wyłowią z wody ciało mojej najlepszej przyjaciółki, zrobiły swoje. Przez krótką chwilę modlę się, żeby to naprawdę była ona, żeby żyła i grała ze mną w jedną z tych swoich gierek.

Kopę lat, kochana. Co słychać? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha LOLOLOLOLOLOLOLOL

Wypuszczam wstrzymywany oddech, czując jednocześnie ulgę i rozczarowanie. To nie ona.

7Rebecca

Przebiegam wzrokiem po innych samochodach stojących na parkingu. Słońce odbija się od przednich szyb; wszystkie mogą być puste albo w każdym może czaić się szaleniec z siekierą. Przypominam sobie sceny z niezliczonych horrorów i zerkam przez ramię na tylne siedzenie. Jest puste. Kiedyś kpiłam z głupich cycatych dziewczyn w skąpych, obcisłych koszulkach, które krzycząc, wbiegały po schodach z nadzieją, że zostaną uratowane przez bohaterskiego przystojniaka. Evie zawsze kibicowała zamaskowanym mordercom; podpowiadała im, co jeszcze mogliby zrobić, żeby udoskonalić swój krwawy fach. Chciałabym, żeby tu była i powiedziała mi, że zachowuję się niedorzecznie, bo żaden zabójca nie uderza w biały dzień na parkingu przed sklepem.

Kobieta, która stała za mną w kolejce, próbuje zapiąć małego psychopatę w foteliku, a siedzący w audi staruszek w pomiętej marynarce wygląda, jakby miał zasnąć, czekając na żonę robiącą zakupy.

ZIMNONIE PRZYJECHAŁAM SAMOCHODEM

Zamieram z kciukiem nad ekranem telefonu. Zerkam na lustrzane okna kafejki. Czy ten ktoś jest w środku? Wyobrażam sobie, że wchodzę tam i staję twarzą w twarz z człowiekiem, który to robi, ale powstrzymuje mnie myśl, że miałabym wyrwać komuś telefon i odkryć, że pisze SMS-a do mamy. Przestań zachowywać się jak paranoiczka, nakazuję sobie. Nikt cię nie obserwuje.

Odpisuję.

Kim jesteś?

I czekam.

Niedługo, bo „Evelyn” odpisuje niemal od razu.

PRZECIEŻ WIESZ.

Z obezwładniającym uczuciem, że jestem obserwowana, ciskam telefon na siedzenie pasażera, wrzucam wsteczny i zaczynam cofać. W tej samej chwili, jak na zawołanie, w zestawie słuchawkowym rozbrzmiewa dzwonek. Połączenie z numeru prywatnego. Kiedy wciskam ODBIERZ, połączenie zostaje przerwane i telefon znowu zaczyna wibrować. Wciskam hamulec.

NIE IGNORUJ MNIE.

Wzdrygam się, gdy ktoś przechodzi przed maską samochodu. To tylko elegancka kobieta w średnim wieku w pikowanej kurtce; nie wiedzieć czemu, patrzy na mnie wilkiem.

Nie wiem, kim jesteś, ale to, co robisz, jest chore. Jestem w żałobie po najlepszej przyjaciółce. Odczep się ode mnie i usuń ten profil albo zawiadomię policję.

Suka z piekielnym bachorem zatrzymuje się za mną i trąbi, zmuszając mnie, żebym odjechała z telefonem na kolanach. Wyjeżdżam na główną drogę, kiedy w zestawie słuchawkowym znowu rozlega się dzwonek, długi i uporczywy. I po raz drugi, gdy wciskam ODBIERZ, połączenie zostaje przerwane. Z telefonem między kolanami próbuję odczytać ciąg wiadomości i nie stracić panowania nad samochodem.

SZKODA, ŻE MUSIAŁAŚ JECHAĆ. BYŁ NIEZŁY UBAW.CO ZNACZĄ DZIWACZNE TE MINY? BOĆ W KOŃCUTYLKOŚ OCZY W KRZESŁO WLEPIŁ2.SKĄD TA SMUTNA MINA, BECKY?DLACZEGO MNIE IGNORUJESZ?DLACZEGO MNIE IGNORUJESZ?

Poirytowana rzucam telefon na tylne siedzenie i wyłączam Bluetooth. Słyszę, jak wibruje przez całą drogę do domu Richarda i Evie, a gdy docieram na miejsce, na ekranie mam powiadomienia o czternastu nieodebranych połączeniach i dwóch wiadomościach.

NIE MOŻESZ MNIE WIECZNIE IGNOROWAĆ.

Ręce mi drżą, kiedy parkuję tyłem na podjeździe. Powinnam od razu jechać na policję, ale jestem pewna, że jedyne, co zrobią, to sporządzą raport i każą mi zablokować świra, co zresztą zamierzam zrobić.

Odpisuję Kim jesteś? Czego chcesz? w ostatniej rozpaczliwej próbie, żeby dowiedzieć się, kto stoi za profilem, ale nie oczekuję, że troll wyzna prawdę i zdradzi mi swoje imię i adres. Odpowiedź przychodzi natychmiast.

MOGŁAŚ MNIE OCALIĆ

Mnie? Czyli Evie?

MOGŁAŚMNIEOCALIĆMOGŁAŚMNIEOCALIĆMOGŁAŚMNIEOCALIĆMOGŁAŚMNIEOCALIĆMOGŁAŚMNIEOCALIĆMOGŁAŚMNIEOCALIĆMOGŁAŚMNIEOCALIĆMOGŁAŚMNIEOCALIĆMOGŁAŚMNIEOCALIĆMOGŁAŚMNIEOCALIĆ

Słowa wyskakują bez końca, aż wchodzę w profil Evie i klikam na BLOKUJ.

8Evie

Dźwięki fortepianu docierały do sypialni Evie z sali bankietowej. Rozpoczęło się przyjęcie. Tę część lubiła najbardziej, kiedy zjeżdżali się wystrojeni goście; kobiety wyglądały jak świetliste anioły, a mężczyźni prezentowali się świetnie w garniturach. Jednak z upływem czasu kwiaty zaczynały więdnąć, a łabędzie przypominały brzydkie kaczątka, z rozmazanym makijażem i szklistymi oczami. Głosy stawały się głośniejsze, a wszyscy wydawali się bardziej realni i nieco mniej czarujący. Tymczasem, dopóki nadal nosili maski, byli eteryczni i jakby niematerialni.

Po latach szpiegowania Evie odkryła, że jeśli położy się na podłodze sypialni i odrobinę uchyli drzwi, będzie widziała gości idących korytarzem do sali bankietowej. Ludzie, których znała z telewizji i gazet, witali się z jej ojcem jak starzy znajomi i Evie marzyła o tym, żeby stać u jego boku w swojej najlepszej sukience, pozwalać całować się w policzki i przyjmować gratulacje za to, że jest najpiękniejszą dziewczyną na przyjęciu. Na razie jednak musiała zaczekać, aż papa zajmie się „gośćmi”, dopiero wtedy będzie mogła wymknąć się na dół. Leżała więc na brzuchu, przyglądała się im i czekała na odpowiedni moment, żeby zbiec piętro niżej i rozejrzeć się.

Matka wymawiała słowo „goście” jak gdyby było przekleństwem, które pozostawia niesmak w jej ustach, ale Evie pewnie się tylko zdawało, bo przecież rodzice lubili gości, prawda? Inaczej po co zapraszaliby ich na przyjęcie? Chyba że było tak jak z jej przyjęciem urodzinowym, na które zaprosiła całą klasę, bo chociaż niektórzy chłopcy dokuczali jej i byli dla niej niemili, nie mogła ich pominąć – bo wiedziała, że reszta klasy będzie rozmawiała o tym tygodniami. Więc może mama nie lubiła niektórych z tych ludzi, ale nie chciała, żeby poczuli się pominięci.

Kiedy Evie była pewna, że nikt nie zwróci na nią uwagi, wślizgnęła się do sali bankietowej i zaczęła się rozglądać, szukając wzrokiem ojca. Nigdzie go nie widziała; na przyjęciach był zawsze taki zajęty, że bez trudu mogła pozostać niezauważona.

W końcu miała okazję przyjrzeć się pomieszczeniu. Wyglądało jak z bajki. W dzień sala balowa była zbyt duża i pusta, żeby Evie miała ochotę w niej przebywać. Jej głos odbijał się echem od ścian, a w powietrzu zawsze czuło się chłód. Dziś wieczorem nie było po nim śladu. Wszystko błyszczało skąpane w złotawym świetle. Stoły i krzesła przystrojono kremowym jedwabiem, a całości dopełniały ozdoby z barwnych piór, luster i pereł. Przy stojącym w kącie fortepianie siedział mężczyzna, którego Evie znała jako Serge’a; przyjechał aż z Francji. Spotkała go już kilka razy wcześniej i na początku się go bała, miał bowiem grzywę kręconych włosów, zbyt wyraziste rysy twarzy i zawsze palił paskudnego papierosa. Ale był wesoły i miły, śpiewał dla niej, mierzwił jej włosy i Evie z utęsknieniem czekała na jego wizyty. W przeciwieństwie do mamy, która zawsze mówiła o Serge’u ze złością.

Evie słyszała, jak przy ojcu nazywała go „cholerną kulą u nogi”, na co papa odpowiadał z uśmiechem: „Wiesz, dlaczego to robi, Monique. I to działa; jest znany na całym świecie”. Evie chciała podbiec do Serge’a, ale papa kazałby jej wyjść, gdyby przysiadła się do muzyka, który trzymał na kolanach jakąś kobietę, a w ustach papierosa wielkości zrolowanej gazety.

Niezauważona, lawirowała w tłumie ludzi popijających szampana. Niektórzy kołysali się do dźwięków muzyki, inni byli pochłonięci głośną, ożywioną rozmową i tak ochoczo pociągali z kieliszków, że szampan przelewał się przez krawędzie i rozlewał na lśniący parkiet, zostawiając lepkie plamy, które znikną rankiem, gdy pojawią się sprzątaczki, żeby przywrócić w domu porządek. Na werandzie pod czujnym okiem księżyca kolejni goście palili papierosy i cygara.

W ogrodzie mały chłopiec, niewiele starszy od Evie, bawił się grzecznie pod dębem. Miał na sobie beżowe spodnie i białą płócienną koszulę; patrzył z uwagą na trzymaną w dłoni figurkę żołnierza. Ciemne loki wpadały mu do oczu. Evie nie widziała ich koloru, ale wyobrażała sobie, że mają ten sam odcień zieleni co jej oczy. Twarz miał opaloną i ściągniętą w skupieniu. Przyglądając się mu, pomyślała, że jest drugim po jej ojcu najpiękniejszym chłopcem, jakiego w życiu widziała.

Nagle podniósł wzrok. Zaskoczył ją, przez co nie zdążyła się odwrócić. Zauważył ją i uniósł rękę w nieśmiałym powitaniu. Głowa podpowiadała Evie, że powinna mu odmachać, ale ręka nie chciała się poruszyć. Chłopiec skinieniem przywołał ją do siebie i Evie zmusiła się do zrobienia kilku kroków, żeby dołączyć do niego pod drzewem. Serce waliło jej jak szalone. Jak ma z nim rozmawiać? A jeśli powie coś głupiego i zostanie wyśmiana?

„Evelyn Rousseau, jeśli ktoś się z ciebie śmieje, wiedz, że nie jest to osoba, z której opinią powinnaś się liczyć”, usłyszała w głowie głos ojca. A jednak bała się, że chłopiec ją wyśmieje. Bała się, i to bardzo.

– Cześć – powiedział, kiedy się zbliżyła. – Jak masz na imię?

Zobaczyła, że jego oczy nie są zielone jak jej, lecz chabrowe, jak wody oceanu w słoneczny dzień. Prawie zapomniała odpowiedzieć.

– Evie – odezwała się w końcu. – A ty?

– James Preston-Addlington junior – odparł tonem kogoś, dla kogo przedstawianie się pełnym imieniem i nazwiskiem to chleb powszedni. – Moim ojcem jest James Addlington, a mamą Daphne Preston. A twoi rodzice? Kim są? I dlaczego jesteś w piżamie?

Evie zawahała się. Wiedziała, że prawda na pewno zrobi na chłopcu wielkie wrażenie – w końcu był na przyjęciu organizowanym przez jej rodziców i bawił się pod jej drzewem. Ale papa powiedział jej bardzo stanowczo, że nie może przychodzić na przyjęcie. Jeśli więc James Preston-Addlington junior doniesie na nią, będzie miała poważne kłopoty.

– Moja mama pracuje w kuchni – skłamała. Jej matka kłamała, odkąd Evie sięgała pamięcią; większość ludzi uwierzy we wszystko, co mówisz, jeśli robisz to z przekonaniem. A w przypadku trudnych pytań wystarczało zwykłe: „Ależ, kochanie, czy to ważne?”.

– Wolno ci przebywać wśród gości? – W głosie chłopca pobrzmiewała arogancja. Mimo najlepszych intencji, by zrobić na nim dobre wrażenie, Evie wyzywająco zadarła brodę.

– A czemu nie?

Wyglądał na zaskoczonego, jakby nie spodziewał się, że mu się postawi, a może dlatego, że odpowiedź była tak oczywista.

– Bo jesteś córką kucharki. – Wzruszył ramionami. – Nie powinnaś kręcić się wśród gości. Tylko siedzieć w kuchni.

– Niby czemu? – odparła urażona Evie. Niemal zapomniała, że tylko udaje córkę pomocy kuchennej. – Ja nie pracuję.

– Posłuchaj. – Chłopiec uśmiechnął się życzliwie. Pięć minut temu Evie powiedziałaby, że kiedy się uśmiecha, jest jeszcze ładniejszy. Teraz uznała ten uśmiech za arogancki i najchętniej starłaby mu go z jego ślicznej… nie, zarozumiałej… buźki. – Nie chcę być niemiły. Po prostu powinnaś wiedzieć, gdybyś przypadkiem jeszcze o tym nie słyszała, że na przyjęciach takich jak to obowiązują pewne konwenanse. Goście są tutaj, a służba tam. – Wskazał na dom. – W kuchni, tak żeby nie było ich widać. Chyba że przynoszą drinki albo jedzenie, ale nawet wtedy muszą jakoś wyglądać. Nie mogą chodzić w piżamach i nie powinni rozmawiać z gośćmi. Po prostu próbuję ci pomóc.

Siedmioletnią Evie wychowano tak, by wiedziała, czym są konwenanse. Chodziło o to, żeby zawsze mówić „proszę” i „dziękuję”, nie wycierać nosa rękawem, uśmiechać się, jeśli ktoś powiedział żart, nawet jeśli nie był on śmieszny, i nigdy, przenigdy, nie mówić „jasna cholera” przy dorosłych. Nie słyszała jednak, żeby mama albo papa mówili, że miejsce kucharek jest w kuchni i że nie wolno im rozmawiać z gośćmi. Przecież Yasmin była dla niej jak rodzina!

– Ale kucharki to normalni ludzie, jak ty czy ja.

James Preston-Addlington junior znów się uśmiechnął i tym razem Evie musiała jedną ręką przytrzymać drugą, żeby mu nie przywalić.

– Oczywiście. Nie mówię, że tak nie jest. Ale jak każdy muszą znać swoje miejsce. Ja znam swoje, a ty musisz znać swoje. Nie wszyscy mogą być równi, prawda? Niektórzy ludzie po prostu muszą być lepsi. I wcale nie jestem niemiły.

– A właśnie że jesteś, do cholery! – wrzasnęła Evie, zapominając reguły o nieprzeklinaniu i niepodnoszeniu głosu. – Jesteś… jesteś… – szukała wystarczająco mocnego słowa – sukinsynem!

Chłopiec dotknął dłonią policzka, jakby go uderzyła. Zaraz jednak odzyskał panowanie nad sobą i skinął głową.

– A nie mówiłem? Kucharki nie nadają się do tego, żeby przebywać wśród porządnych ludzi. Lepiej spadaj, zanim każę zwolnić twoją matkę za to, jak mnie nazwałaś.

Evie była tak wściekła, że nie mogła dobyć głosu. Chciała, żeby ten straszny chłopak zawołał swojego ojca, żeby obaj dowiedzieli się, kim ona jest, i zostali wyproszeni z jej domu. Tylko o czym by to świadczyło? Że jest kimś ważnym nie jako córka pomocy kuchennej, ale jako córka Dominica Rousseau. Odwróciła się na pięcie, wróciła do domu i wbiegła po schodach do swojego pokoju, nie zatrzymując się na kubek gorącego mleka.

Siedziała, szlochając, aż usłyszała cichutkie pukanie do drzwi.

– Byłaś dziś na przyjęciu, Evelyn Rousseau?

Otworzyła szeroko oczy, zaraz jednak spuściła wzrok. A więc wydało się. Pokiwała głową i czekała, aż zaczną się wrzaski.

Tymczasem ojciec ujął Evie pod brodę i zmusił ją, żeby na niego spojrzała.

– I co ja mam z tobą zrobić? Wychowałem silną, niezależną młodą panienkę, więc chyba nie powinno mnie dziwić, że wykorzystuje tę siłę, żeby mi się sprzeciwić?

Pomyślała o przyjęciu i tym strasznym chłopaku, przez którego poczuła się tak podle, i znowu zaczęła szlochać. Papa z zaskoczeniem wymalowanym na jego przystojnej twarzy pospiesznie przytulił ją do piersi.

– Och, Evie, skarbie, o co chodzi? Co takiego powiedziałem? Nie słuchaj mnie, jestem starym, głupim capem, który nie ma pojęcia o kobiecej wrażliwości. Zapytaj matkę, jestem pewien, że prowadzi spis wszystkich głupich rzeczy, które jej powiedziałem.

– Nie chodzi o ciebie, papa. – Evie pociągnęła nosem. – Na przyjęciu był jeden chłopak.

– Auć. Chłopcy? Już? – Dominic Rousseau odsunął córkę na wyciągnięcie ręki. – Przyznaję, miałem nadzieję, że odbędziemy tę rozmowę dopiero za kilka lat. Cóż, w takim razie powiedz mi, skarbie, jak ma na imię chłopak, którego mam zabić?

Evie uśmiechnęła się i brudnym rękawem otarła łzy.

– Papa…

– No dobrze, powiem Phillipowi, żeby go tylko trochę poturbował. Nie? – Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, a ona się roześmiała. – W takim razie powiedz mi, co ma zrobić ojciec, kiedy jakiś chłopak doprowadza jego małą księżniczkę do płaczu? Co ci takiego zrobił?

– Mówił paskudne rzeczy.

– O najładniejszej dziewczynce na świecie? Co powiedział?

– Nie mówił o mnie, papa. – Evie westchnęła niecierpliwie. – Myślał, że jestem córką jednej z kucharek.

– A skąd mu to przyszło do głowy?

– Bo tak mu powiedziałam – bąknęła i wyzywająco wysunęła szczękę. – A on na to, że moje miejsce nie jest wśród, wśród… – próbowała przypomnieć sobie, co dokładnie powiedział chłopak – porządnych ludzi. Ważnych.

Dominic uśmiechnął się rozbawiony.

– I to cię tak zasmuciło, Evie? Wiesz przecież, że nie jesteś córką służącej. Wiesz, kim jesteś.

– Ale, papa, to, co powiedział… to prawda? Myślisz, że byłabym kimś mniej ważnym, gdybyście z mamą pracowali jako służący? Czy byłabym przez to gorszym człowiekiem?

Ojciec uśmiechnął się swoim prawdziwym uśmiechem i Evie poczuła, że ogarnia ją złość.

– Papa, powinieneś traktować mnie poważnie!

– Ależ, Evie, traktuję cię poważnie. – Miał teraz posępną minę. – Skarbie, uśmiecham się, bo masz zaledwie siedem lat, a mówisz jak ktoś pięć razy starszy od ciebie. Są wśród nas tacy, którzy wierzą, że ludzie z pieniędzmi i statusem są warci więcej od tych, którzy ich nie mają. Chwileczkę! – Widząc jej oburzoną minę, podniósł palec. – Nie mówiłem, że jestem jednym z nich. Twój gniew świadczy o tym, jak wielkie masz serce, Evelyn, a słowa tego chłopaka… cóż, może niewiele mówią o jego sercu, za to wiele o wychowaniu. Pamiętaj, dziecko od najmłodszych lat nasiąka opiniami i poglądami rodziców. A tych nie da się zmienić w ciągu jednego przyjęcia.

– Więc jak mam je zmienić, papa?

– Musisz znaleźć sposób, żeby ludzie patrzyli na świat twoimi oczami. I nie pozwól nigdy, żeby świat zmienił to, co widzisz. Kochamy ludzi niezależnie od tego, do jakiej należą warstwy społecznej, niezależnie od ich statusu, wyznania i koloru skóry. I kochamy ich bez lęku. Bo gdyby odrzeć ich z tego wszystkiego, okaże się, że serce osoby, która trzyma tacę, jest takie samo jak serce osoby, która z niej je. Nie pozwól, by ktokolwiek mówił ci, ile jesteś warta. Sama musisz to odkryć.