Niepozorne historyjki - Arthur de Fer - ebook

Niepozorne historyjki ebook

Arthur de Fer

5,0
10,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Treścią tej książki jest pięć różnych historii, z których trzy pierwsze dzieją się gdzieś pod koniec dziewiętnastego wieku, a dwie ostatnie w końcówce dwudziestego. Każda z nich jest inna i każda z nich w inny sposób porusza temat spraw ostatecznych. Pozornie zwyczajne, lecz naruszające utarte przekonania i prowokujące do własnych przemyśleń.

Arthur de Fer

Urodzony w Gdańsku, od ponad czterdziestu lat zamieszkujący w przeuroczej nadmorskiej dzielnicy miasta. Był grafikiem, nauczycielem i pracownikiem muzeum. Jest aktywnym członkiem jednego z lokalnych stowarzyszeń. W roku 2014 trochę niechcący wydał pierwszą książkę „Zły Wilk i Królowa Śniegu”. Jest to bajkowe przedstawienie rzeczywistych wydarzeń, obejmujące zapis pewnej niełatwej relacji damsko-męskiej.

Tworzy przewrotne historie okraszone uszczypliwym humorem i odrobiną nonszalanckiego podejścia do życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 105

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Arthur de Fer

Niepozorne historyjki

© Copyright by Arthur de Fer & e-bookowo

Projekt okładki: Arthur de Fer

ISBN e-book 978-83-7859-878-7

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2017

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Fryderyk

Fryderyk nie miał w sobie niczego czym, w sposób znaczący, wyróżniałby się z tłumu. Jako buchalter zajmował się finansami ludzi, którzy podobnie jak on, prowadzili zupełnie zwyczajne, drobne interesy. Mieszkał sam w niewielkim mieszkaniu, w zwyczajnej, szarej kamienicy. I nikt nie zwracał na niego uwagi. Miał też nadzieję, że tak już pozostanie na zawsze, że nic już tego nie zmieni.

Fryderyk mniej więcej raz w tygodniu spotykał się ze swoimi dwoma przyjaciółmi, Alojzym i Marcelem. Obydwaj byli równie nieciekawi jak on sam. Wspólnie spędzali zazwyczaj czas na grze w karty przy butelce palinki i rozmowach o polityce, ekonomii i sprawach dnia codziennego. Przyjaciele Fryderyka mieli zazwyczaj trochę więcej od niego do powiedzenia w tym ostatnim temacie, albowiem obydwaj posiadali rodziny. Takie zwyczajne rodziny z nudną żoną, trójką rozwydrzonych dzieci oraz psem i kotem. Nadawało to ich życiu charakteru niedostępnego Fryderykowi.

Można by powiedzieć, że w życiu całej trójki nie działo się nic ciekawego. Spokojne, niewielkie miasteczko sprzyjało takiemu zwyczajnemu życiu, co zresztą bardzo sobie cenili. Ale nawet w takim życiu zdarzają się niespodzianki.

Marcel i Alojzy zauważyli pewnego dnia zmianę w swoim przyjacielu. Małomówny i nieciekawy Fryderyk zrobił się jeszcze bardziej małomówny. Jego twarz stała się ponura i momentami wyrażała jakieś nieokreślone cierpienie. Przyjaciele nie wiedzieli, co jest tego przyczyną, więc zaczęli po męsku prowokować go, żeby Fryderyk ową tajemnicę zdradził. Marcel, którego żona słynęła z niepowtarzalnej urody i paskudnego charakteru, często skubał rękaw Fryderyka i ze złośliwym uśmiechem mówił:

– Hej, przyjacielu, czy ty się czasem nie zakochałeś w jakiejś piękności, hę?

Fryderyk tylko spoglądał na niego z wyrzutem i odpychał go, pokazując swoją niechęć do odpowiedzi na to pytanie. Alojzy z kolei, który miał okropnie brzydką, ale za to miłą i sympatyczną żonę, mawiał:

– Może trafiłeś na jakąś podłą zołzę, która odrzuciła twoje awanse?

W odpowiedzi dostawał tylko niechętne mruknięcie i obrażoną minę. Dopiero po kilku miesiącach obaj przyjaciele dowiedzieli się, co dręczyło Fryderyka. Podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań uraczył ich bowiem tą ważną informacją na swój temat. Z początku wydawała się ona dobrą, a nawet radosną wiadomością, kiedy oznajmił swoim przyjaciołom:

– Otóż zakochałem się.

– Świetnie! Gratuluję! – ucieszył się Alojzy.

– No nareszcie! Już myślałem, że się to nigdy nie wydarzy! – Marcel z radości od razu wypił cały kieliszek palinki.

Szczerze uradowani tą wieścią, zaczęli snuć plany na to, jaki wystawny urządzą mu ślub i jaką sensacją będzie on w miasteczku. Pewnie będzie tak wspaniały, że gazety z całej guberni będą o nim pisały. Ślubu oczywiście będzie udzielał biskup, więc będzie to wielkie wydarzenie. Ich radość i wybujałe fantazjowanie trwało tylko do momentu, w którym odpowiedział na pytanie, kim jest jego wybranka.

– Przyjaciele, trudno mi jest wyjawić tę tajemnicę. Sprawa może wydać wam się trochę niewłaściwa...

– Co ty gadasz? Nie wygłupiaj się, kamratom nie powiesz?! – nalegali na niego. – Gadaj, nicponiu, kto to jest?

Fryderyk popatrzył na nich bezradnie, po czym szybko, ze wstydem, wyrzucił z siebie:

– Kalista.

– Cooo?! – wrzasnęli z oburzeniem, aż inni goście restauracji zaczęli się na nich oglądać. – Czyś ty zwariował?! Żarty sobie robisz?!

Hotel Landauer

Wiadomość o tym, że stary hotel ma niebawem przejąć nowa właścicielka, została przyjęta w miasteczku z pewną niechęcią. „Znów będzie tak, jak przedtem” – przebąkiwali mieszkańcy. Niektórzy, szczególnie ci starsi, kręcili głowami z niedowierzaniem, iż wciąż znajdują się szaleńcy, którzy uważają, że akurat im ta sztuka się uda. Rozmowy na ten temat szybko kończyły się zrezygnowanym machnięciem ręki i przejściem do innych tematów.

Nikt nie wiedział, w jaki sposób wiadomość ta rozeszła się po całej okolicy. Podejrzewano małą niedyskrecję służby w domu burmistrza Eerdena. Bo przecież nikt nie posądzałby samego burmistrza, jak i notariusza Vestergaarda, od których spotkania cała sprawa się rozpoczęła.

Burmistrz nie był zdziwiony tym, że miejscowy notariusz przychodzi do niego z prośbą o spotkanie. Zdziwienie dopiero wywołał zaaferowany ton głosu notariusza i prośba o to, by spotkanie odbyło się tego popołudnia, w cztery oczy. Najwyraźniej sprawa była poważna, skoro Vestergaard wystąpił z taką petycją.

Eerden oczywiście wyraził na to zgodę i solennie obiecał Vestergaardowi, że personel biura zostanie odprawiony tak, aby rozmowa mogła odbyć się spokojnie i dyskretnie. Notariusz stawił się o umówionej porze, pożegnał wraz z burmistrzem grupkę urzędników opuszczających biuro, po czym obydwaj zamknęli się w gabinecie. Ufni w to, że pozostali całkiem sami i nikt nie może ich słyszeć, rozmawiali ze sobą otwarcie i bynajmniej nie cicho.

Vestergaard zaczął od opisu pewnego spotkania, które miało miejsce w jego kancelarii tego samego dnia. Jego ton zdawał się zwiastować jakąś sensację, kiedy opowiadał burmistrzowi o tym, że w obecności wysokiego przedstawiciela ministerstwa skarbu, dostał pisemne polecenie wydobycia z sądu odpisu księgi wieczystej hotelu Landauer. Najwyraźniej ktoś, i to ktoś ważny, będzie zainteresowany zakupem owego hotelu. Obydwaj rozmówcy nie wiedzieli, że w tym czasie jedna z urzędniczek wróciła do biura po zapomnianą kosmetyczkę. Przemykając pod drzwiami gabinetu burmistrza, usłyszała o szykującej się zmianie właściciela I stąd później wzięła się plotka, która szybko obiegła całe miasteczko.

Burmistrz, usłyszawszy tę wiadomość, wstał i powoli wypuszczając dym z cygara, podszedł do okna. Popatrzył na rynek, ludzi, domy, po czym odwrócił się do notariusza.

– Czyli, co? Znów powtórzy się stara historia? – powiedział do swego rozmówcy. – Haroldzie, czy wiesz może, kto ma przejąć hotel?

– No właśnie, i tu jest coś dziwnego. – Vestergaard rozłożył ręce. – Wyobraź sobie, iż dowiedziałem się, że nową właścicielką będzie Eleonor Landauer!

– Tak. No i co z tego?

– Nic ci nie mówi to nazwisko? Przecież tak nazywała się pierwsza właścicielka hotelu. Nazwa pochodzi od jej nazwiska. Czy to nie dziwne?

– Może trochę niespotykane, ale doprawdy, Haroldzie, mam ważniejsze sprawy na głowie. Sytuacja po wojnie wciąż jest niestabilna. Wojskowi domagają się ode mnie mnóstwa informacji na temat ludności, chcą uniknąć powstania następnego Luksemburga. Co mnie obchodzi jakaś córka czy wnuczka dawnej właścicielki tego miejsca? Może po prostu domaga się odzyskania od państwa jej prawowitej własności, to wszystko?

– Nie wiem, ale coś mi tu nieładnie pachnie. Zainteresuję się tą sprawą, bo nie chcę, żebyśmy mieli tu następne dochodzenie, śledczych i prokuratorów. Nastroje wśród ludności powinny być jak najlepsze.

– I właśnie dlatego chcę się zająć swoją pracą. A ty, jeśli chcesz, postaraj się czegoś dowiedzieć, tylko proszę cię... Nie rób wokół tego dużej afery, dobrze?

Tajemnica Sophie

– Wiesz co, Ernst? Miałeś bardzo dobry pomysł. Naprawdę, świetny – powiedział Franz przeglądając tytuły książek upchniętych na półce. – Nigdy nie myślałem, że będę tyle czytał, a teraz...

– A próbowałeś kiedyś? – spytał Ernst, odrywając wzrok od książki i strzepując popiół z papierosa

– Taaak, ale wiesz... Jakoś nie było takiego klimatu jak tutaj. Kiedy rok temu otwierałeś interes, to myślałem, że szybciutko zbankrutujesz i wrócisz do Danzig. – Franz odwrócił się, podszedł do stolika i usiadł naprzeciwko Ernsta. – A tu niespodzianka! Aż się przejaśniło trochę w głowach. Ludzie znaleźli coś lepszego od ciągłego plotkowania i przesiadywania w knajpach.

– No i świetnie. – Ernst nie dawał po sobie znać, że cieszy się z bycia tak docenionym. – Ale chyba nie wszyscy, było tu też trochę przyzwoitych... A właśnie! Co ty tu robisz o tej porze? Powinieneś być chyba u ojca w porcie?

– No tak. – Franz skrzywił się z niesmakiem. – Znowu się z nim pokłóciłem. Uparł się, żebym przejął po nim całe przedsiębiorstwo. Powiedział, że za pięć lat zaczyna się nowe stulecie i on zamierza... O cholera! – Franc patrzył na zalaną światłem słońca ulicę widoczną za oknem. – Idzie do ciebie gość specjalny!

– Niby kto taki?

– Ach, później ci powiem. – Franz machnął ręką i trochę się skulił w fotelu.

Drzwi otworzyły się i do środka weszła elegancko ubrana kobieta. W długiej sukni z tiurniurą i malutkim kapelusiku, od razu przykuwała uwagę swoją urodą. Duże, szare oczy rozejrzały się dookoła, zgrabny nosek powąchał powietrze, kosmyki rudych włosów zatrzęsły się wesoło, aż w końcu ich właścicielka powiedziała z uśmiechem:

– Dzień dobry! Jakie piękne miejsce! Mówiono mi o nim wcześniej, ale do tej pory nie miałam okazji go zobaczyć. Co za błąd, mon Dieu!

– Dzień dobry pani. – Ernst wstał, żeby przywitać kobietę. Uścisnął lekko jej wyciągniętą dłoń i uśmiechnął się tak, jak robił to w stosunku do innych klientów. – Mam nadzieję, że znajdzie pani u mnie coś odpowiedniego dla siebie.

– Z pewnością! – ku jego zaskoczeniu zachichotała, zasłaniając usta dłonią z trzymaną w niej koronkową chusteczką. – Może mi pan w tym pomóc. Interesują mnie książki traktujące o przyprawach dalekomorskich. Ma pan tu coś takiego? – przekrzywiła głowę jak zaciekawiony ptaszek.

– Tak, oczywiście. – Ernst zrobił dwa kroki i wskazał jej właściwą półkę. – Tam, przy książkach podróżniczych, na pewno znajdzie pani coś odpowiedniego.

– Wspaniale! – Szybko udała się w to miejsce i poczęła przeglądać tytuły. Ernst wrócił do stolika i usiadł na fotelu. Spojrzał na Franza. Ten miał minę jak uczniak przyłapany w szkole na jakimś hultajstwie. Przymknął oczy i pokręcił głową, dając znak do milczenia. Ernst podniósł książkę i wrócił do czytania.

– Ha! Znalazłam coś ciekawego. – Kobieta pojawiła się przy nich już po minucie. – Pożyczy mi to pan? – Pokazała okładkę trzymanego w ręku Almanachu Kuchni Indyjskiej.

– Oczywiście. – Ernst wstał i powoli podszedł do niej. – Jeżeli spodoba się pani, będzie go mogła pani zakupić.

– Doprawdy? Świetnie. – Kobieta uśmiechnęła się promiennie spoglądając mu w oczy. – Ale najpierw, niech mi go pan po prostu wypożyczy, dobrze?

– Jak pani sobie życzy.

– Nie zostaliśmy sobie przedstawieni. – Kobieta śmiało wyciągnęła do Ernsta dłoń. – Nazywam się Sophie Zweig. Jestem pewna, że pana przyjaciel opowie panu o mnie.

– Z pewnością. – Ernst z uśmiechem odwzajemnił łagodny uścisk jej dłoni. – Jestem Ernst Theissen. Zakładam, że od tej pory nie raz będę miał przyjemność gościć tu panią, prawda?

– Och, tak! – Kobieta znów zachichotała. – Miło było w końcu osobiście pana poznać. Au revoir! – rzuciła, po czym wyszła na ulicę.

Ernst wrócił do stolika i usiadł na fotelu. Spojrzał na Franza, który jakoś dziwnie na niego spoglądał.

Dziewczyna bez kota

Tę dziewczynę znałem tylko z widzenia. Wydawała mi się charakterystyczna, choć kiedy widywałem ją na ulicy, chyba nikt oprócz mnie nie zwracał na nią uwagi. Trochę mnie to dziwiło, bo różniła się od większości młodych kobiet kręcących się po ulicach. Wysoka, chyba nawet trochę wyższa ode mnie, bardzo szczupła, o dużych, łagodnych oczach. Odkąd ją pamiętałem, miała trochę dziwną fryzurę. Proste włosy, okalające jej twarz były dziwnie przycięte. Jakby kompletnie nie przejmowała się tym, żeby miały jednakową długość. Stałem kiedyś z kolegą ze szkoły na ulicy, kiedy wyszła zza zakrętu i ominęła nas, podążając w kierunku nieodległego skrzyżowania. Obejrzałem się za nią, a Jörg widząc to, podążył za moim wzrokiem i rzucił od niechcenia:

– O! Ta to chyba sobie sama obcina włosy. Po ciemku.

– E tam, mi się podoba – odpowiedziałem obojętnym tonem.

– Kto? Dziewczyna czy fryzura? – I roześmialiśmy się, po czym wróciliśmy do rozmowy o jakichś bzdurach.

Tak, podobała mi się. Miała w sobie coś intrygującego, jakąś tajemnicę. Chodziła w taki charakterystyczny sposób, trzymając głowę trochę zadartą, przez co wyglądała nieco wyniośle. I zawsze była ubrana tak ciekawie, swobodnie i jednocześnie gustownie. Oprócz tego, że mieszkała gdzieś w pobliżu, nie wiedziałem o niej nic. I nie próbowałem się niczego dowiedzieć, była po prostu osobą, na którą miło było popatrzeć, to wszystko.

Po skończeniu studiów rozpocząłem pracę w szkole. Liceum, w którym uczyłem historii, znajdowało się na tyle blisko domu, że można było pokonać tę odległość spacerkiem w jakieś pół godziny. Najwyraźniej nie byłem zwykłym, nudnym opowiadaczem nieciekawych historii, bo miałem dobre relacje zarówno z uczniami, jak i innymi nauczycielami. Praca dawała mi satysfakcję, zarobki również uważałem za całkiem niezłe, życie było dosyć wygodne, aż samo się prosiło, żeby je trochę skomplikować.

Julię Oster spotkałem na jakiejś imprezie, w domu przyjaciół. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby tę znajomość potraktować poważnie. Zaiskrzyło między nami, to prawda, ale czy jest to powód do tego, żeby od razu wchodzić w bliskie relacje? I nie chodzi tu o zwykłe pójście do łóżka z kimś atrakcyjnym, tylko o szybkie wchodzenie w bardzo osobiste układy. Po paru dniach znajomości oficjalnie staliśmy się parą, co zdziwiło niektórych moich znajomych. Miałem opinię kogoś, do kogo niełatwo było się zbliżyć.

– Jesteś uroczy, naprawdę, ale ten dystans, na który wszystkich trzymasz, jest taki irytujący – powiedziała mi kiedyś jedna ze szkolnych koleżanek. – To najlepszy sposób, żeby kogoś poderwać, udawać niedostępnego.

W przypadku Julii ten dystans szybko uległ skróceniu. Była niecierpliwa i zdecydowana, upatrzyła sobie swój cel i zamierzała go szybko zdobyć. A ja wpadłem na pomysł opuszczenia gardy i nie odpychania kogoś, kto koniecznie chciał się zbliżyć. Po miesiącu przeprowadziła się do mnie i rozpoczęliśmy wspólne życie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby szybko nie wyszło na jaw, że jej pojęcie wierności znacznie różni się od ogólnie przyjętej normy. W rezultacie zniknęła z mojego życia szybciej, niż się w nim pojawiła. Próbowała jakoś naprawić nasze relacje, ale nie dałem jej na to szans. Sparzyłem się na tyle mocno, żeby zdecydowanie odsunąć ją od siebie i wrócić do poprzedniego życia.

Emilia

Poważne, dorosłe spojrzenie nie pasowało do twarzy małej dziewczynki, odprowadzającej wzrokiem żałobników opuszczających cmentarz. Zaczekała, aż wszyscy wyjdą za bramę, odwróciła twarz do siedzącej obok kobiety i szybko, poważnym tonem zapytała.

– Jesteś pewna, że to ostatni?

– Tak. Dokładnie sprawdziłam księgi parafii. Pozostał tylko ksiądz Anton.

– A co jeżeli coś nam umknęło? Co jeśli Sigfried nie był tym ostatnim?

– Nic. Po prostu zaczekasz może jeszcze parę lat, to wszystko.

– Parę lat... – Dziewczynka westchnęła i zsunęła się z ławki. – Mam już dosyć tego ciała, dosyć tych... – Szarpnęła niecierpliwie za wstążkę u swojej sukienki.

– Spokojnie, już niedługo. Pozwól mu się pożegnać.

– Pożegnać... To ja powinnam się z nim pożegnać, nie uważasz? – Dziewczynka ruszyła w kierunku bramy. Kobieta w czarnej, trochę staromodnej sukni wstała z ławki i ruszyła za nią.

– Emilio, nie możesz, pamiętaj o tym – powiedziała, doganiając dziecko i biorąc je za rękę.

Za oknem zaplecza parafii patrzył na nie ksiądz Anton. Babcia z wnuczką. Pojawiały się na wielu pogrzebach kogoś z tej parafii. Niektórzy plotkowali o nich, ale tak naprawdę nic nie wiedzieli. Ciągnęło się za nimi jakieś odium, które powodowało, że nikt się do nich nie zbliżał bez wyraźnej przyczyny. I pojawiały się tutaj tylko przy okazji uczestnictwa w jakimś pogrzebie. Nie na każdym, tylko na tych niektórych. Na tych, na których żegnano jego koleżanki i kolegów ze szkoły. I nikt nie wiedział, dlaczego akurat na tych.

Rzucały się trochę w oczy. Kobieta o dystyngowanym wyglądzie, zawsze w kapeluszu, którego cień przesłaniał jej twarz. Trudno było odgadnąć, w jakim jest wieku, choć na pewno nie można było powiedzieć, że jest młoda. Biła od niej jakaś swobodna, niewymuszona elegancja, bez cienia arogancji. W towarzyszącej jej dziewczynce było coś podobnego, jednak odrobinę nienaturalnego. Patrząc na nią widziało się, że jest jakby zbyt dorosła, jak na swój wiek. I zawsze, kiedy Anton na nią patrzył, miał nieodparte wrażenie, że kogoś mu przypomina. Z drugiej strony jednak, wszystkie małe dziewczynki są do siebie podobne.

Anton widział, jak wychodzą za bramę, przechodzą przez ulicę i wsiadają do dużego samochodu. Po chwili odjechały i wraz z nimi zniknęły ostatnie obowiązki tego dnia. Właściwie powinien pojawić się jeszcze na wieczornej mszy, ale wiedział, że nie jest to konieczne. Już od dawna jego obecność w tej parafii nie była konieczna. Właściwie można by powiedzieć, że zbędna. Westchnął i obrócił się, żeby spojrzeć na swój pokój.

Mieszkał w nim od piętnastu lat. Jako emerytowany proboszcz tej parafii miał prawo pozostać tu do samego końca. I chciał tego, nie zamierzał przeprowadzać się nigdzie, nawet do o wiele bardziej komfortowego domu dla takich, jak on. Właściwie spędził w tej parafii większość życia. Od urodzenia mieszkał tuż obok, kilka ulic dalej. Tam spędził dzieciństwo i młodość, później kilka lat w seminarium i jako wikariusz, na innej parafii, ale w tym samym mieście. Kiedy w końcu chciano z niego uczynić proboszcza, postarał się o to, żeby przydzielono go właśnie tutaj. „Tak, dobra znajomość z biskupem bardzo się przydała.” Uśmiechnął się do siebie. A później, rzadko opuszczał parafię. Był kilka razy w Rzymie, raz w Kopenhadze i dwa razy w Lubece, ale zawsze czuł się tam obco i niezbyt przyjemnie. Dlatego niektórzy młodsi księża nazywali go Księdzem–Drzewem, bo właściwie nie znał życia poza tym miejscem. I nie zamierzał tego zmieniać, pomimo namów innych ludzi.

A później, kiedy Edmund przejął probostwo, Anton przeprowadził się do tego właśnie pokoju na zapleczu, od strony cmentarza. I do jego obowiązków należało sprawowanie wszelkiej posługi cmentarnej. Do niedawna, bo kilka miesięcy wcześniej odebrano mu nawet i to. I dopiero wtedy poczuł się naprawdę bezużyteczny.

Jeśli dodać do tego kryzys, a właściwie zanik wiary, jaki towarzyszył mu od lat, można było powiedzieć, że najodpowiedniejszym jest porzucenie takiego życia i udanie się w świat, żeby użyć jego uroków. Tylko, jakich uroków można zaznać mając ponad dziewięćdziesiąt lat? Nawet nie wiedziałby, dokąd się udać i czego szukać. Był zbyt stary, żeby poszukiwać wrażeń i czuć się jak dziecko, odkrywające świat.

Rozległo się ciche pukanie do drzwi i usłyszał słowa:

– Księże Antonie? Jest tam ksiądz?

– Proszę wejść – odpowiedział.