Niepokorna - Elizabeth Fremantle - ebook

Niepokorna ebook

Fremantle Elizabeth

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

NOWOŚĆ W SERII BUTIKOWEJ.

FABULARYZOWANA OPOWIEŚĆ O LOSACH NAJSŁYNNIEJSZEJ MALARKI XVII WIEKU, ARTEMISII GENTILESCHI.

TRZYMAJĄCA W NAPIĘCIU HISTORIA, KTÓREJ UTALENTOWANA BOHATERKA ŚMIAŁO WYKUWA SWOJE PRZEZNACZENIE W ŚWIECIE ZDOMINOWANYM PRZEZ MĘŻCZYZN.

Rzym, rok 1611. W mieście wielkich możliwości i wystawnego życia, gdzie kobiety są podziwiane, ale nigdy nie słuchane, Artemisia Gentileschi marzy, by zostać wielką artystką.

Wcześnie osierocona przez matkę, wychowuje się w rodzinie malarzy – mężczyzn i chłopców. Wie, że talentem przewyższa ich wszystkich, ale nie ma żadnego wpływu na własną przyszłość. Ani jej umiejętności, ani opór, który stawia, nie zmienią faktu, że jako własność ojca może tylko przejść w posiadanie męża.

Tajemniczy nauczyciel malarstwa, Tassi, jest powiewem wolności w jej życiu. Kiedy brutalnie wykorzystuje młodą artystkę, jej świat wali się w gruzy – w oczach rodziny i prawa to ona jest winną swojemu losowi przestępczynią. W publicznym procesie sądowym Artemisia musi bronić swej czci i nieposzlakowanej opinii, składając szczegółowe zeznania z potwornych wydarzeń. To doświadczenie ukształtuje jej sztukę; Artemisia stworzy pełne pasji i gniewu obrazy biblijne, które wieki później krytycy nazwą „krzykiem wojennym uciskanych kobiet”. Przetrwa, by przez sztukę opowiedzieć nam swoją historię.

Doskonała fikcja, oparta na solidnej wiedzy historycznej, osadzona w dekadenckim i fascynującym świecie artystów i mecenasów sztuki.

Książka roku 2023 według „Timesa” i BBC Culture. Jedna z 12 najlepszych książek historycznych 2023 roku według „Sunday Times”.

Powieść jednej z najwspanialszych współczesnych autorek prozy historycznej, uhonorowana Gold Crown 2024 – nagrodą przyznawaną przez Stowarzyszenie Pisarzy Historycznych (Historical Writers Association, WHA).

Pisarstwo Elizabeth porównuje się do twórczości Jessie Burton i Gillian Flynn, a do jej wielbicielek należą Stacey Halls, Sarah Perry, Sarah Vaughan, Andrew Taylor i Minette Walters.

Jej wcześniejszą powieść, „Rozgrywka królowej”, została zekranizowana jako „Firebrand” z Jude’em Law w roli Henryka VIII i Alicią Vikander w roli Katarzyny Parr. Książkę na potrzeby scenariusza zaadaptowały twórczynie serialu „Killing Eve” Jessica i Henrietta Ashworth!

Ekscytująca powieść, która budzi do życia jedną z najwspanialszych artystek – i bohaterek – jakie widziała historia. Katy Hessel, autorka książki „Historia sztuki bez mężczyzn”

Arcydzieło! Elodie Harper, powieściopisarka

Wybitna powieść! Jennifer Saint, autorka powieści „Ariadna”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 379

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału:

DISOBEDIENT

Copyright © Elizabeth Fremantle 2023

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026

Polish translation copyright © Izabela Matuszewska 2026

Redakcja: Marzena Wasilewska

Korekta: Dorota Jakubowska, Sabina Raczyńska

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

Ilustracje na okładce: Freepik

ISBN 978-83-8439-086-3

Wydawca

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

[email protected]

wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Jan Żaborowski

Wszystkim, którzy przetrwali

Nota autorki

Poza nielicznymi wyjątkami pierwowzorami bohaterów tej powieści są postacie historyczne, w kilku wypadkach dla potrzeb płynności narracji odbiegłam jednak od faktów. Tuzii Medaglii nadałam imię Zita, a jej synowi Luca. W rodzinie Stiatessich Pierantonia skróciłam do Piera, a Giovanni-Battista został po prostu Giovannim. Michelangela Merisiego, bardziej nam znanego jako Caravaggio, nazywam po prostu Merisim. Palazzo Conscente jest moim własnym wymysłem.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Pokażę wam, do czego są zdolne kobiety.

Artemisia Gentileschi

1

Beatrice Cenci

Rzym, wrzesień 1599…

W pracowni unosi się zapach siemienia lnianego i minerałów. Jest cicho, słychać tylko miarowy odgłos tłuczka w moździerzu, w którym terminator uciera przy warsztacie pigment i miesza jaskrawe rozpryski barwnika z lśniącym olejem.

Artemisia siedzi bez ruchu, ściśnięta jak udziec barani w niewygodnej brunatnej sukience z ciężkiego jedwabiu, która należy do innej dziewczynki. W wysadzanej klejnotami przepasce na głowie poluzował się drucik i zadaje jej prawdziwe katusze.

Zmuszając się do samodyscypliny, Artemisia siedzi bez ruchu, czekając, aż ojciec się odwróci, żeby przedyskutować coś z terminatorem, po czym błyskawicznie jak mucha wbija paznokcie w głowę. Chwila błogosławionej ulgi.

– Nie ruszaj się! – grzmi Orazio i jego córka szybko opuszcza rękę.

To musi być prawda, co mówił – że ma oczy z tyłu głowy. Artemisia przygląda się zwisającym mu na ramiona ciemnym włosom i zastanawia się, jak te niewidzialne oczy mogą coś dostrzegać przez taką grzywę.

Zastępuje dziewczynkę, której portret ojciec właśnie kończy. Nigdy jej nie widziała na własne oczy, ale wie, że to wnuczka stryjeczna papieża, czy coś w tym rodzaju. To dlatego włożyli Artemisii te wyszukane, drapiące koronki i klejnoty – żeby ojciec mógł wykończyć obraz, „nie fatygując niepotrzebnie młodej damy”. Jak to dobrze, że ona nie jest wnuczką stryjeczną papieża i nie musi nosić na co dzień takich niewygodnych ubrań.

Nagle ciszę rozdziera łomot otwieranych drzwi i do pracowni wielkimi krokami wpada znajomy ojca, od progu gromkim głosem wykrzykując powitanie.

– Wcześnie się zjawiasz, Merisi.

Po rumieńcach na policzkach ojca dziewczynka poznaje, że powściąga złość. Zwykle jest popędliwy i szybko wpada w gniew, ale nie wobec Merisiego, a w każdym razie nie wprost. Za plecami nazywa go „nikczemnym szubrawcem”, a kiedy myśli, że córka nie słyszy, mówi o nim jeszcze gorsze rzeczy: „Diabelskie nasienie zgarnia wszystkie moje zamówienia. Obwołali go geniuszem, ale to żaden geniusz, tylko wrzód na zadku”.

– Wcześnie? Ależ wręcz przeciwnie. – Merisi uśmiecha się od ucha do ucha. – Jak się nie pospieszymy, to ominie nas największa uciecha.

Podchodzi do Artemisii, zdejmuje kapelusz i kłania się zamaszystym gestem.

– Michelangelo Merisi de Caravaggio, do usług jaśnie pani.

– Ja nie jestem… – zaczyna dziewczynka i urywa, bo nie umie sobie przypomnieć imienia wnuczki stryjecznej papieża. – To ja, Arte… – Po czym wybucha śmiechem, uprzytomniwszy sobie, że Merisi sobie z niej żartuje.

W mieście rozlegają się dzwony na Anioł Pański.

– Widzisz? Już południe. – Merisi jest jeszcze bardziej ożywiony niż zwykle. – Pomóż córce zdjąć ten absurdalny strój i chodźmy.

Orazio oddaje paletę i pędzle terminatorowi, żeby je oczyścił.

– Artemisia nie idzie – oświadcza.

– A czemuż to?

– To nie jest widowisko odpowiednie dla sześcioletniego dziecka.

– Nie mówiłbyś tak, gdyby była chłopcem. – Merisi puszcza do dziewczynki oko. Ciemne oczy otoczone gęstymi, czarnymi rzęsami błyskają porozumiewawczo. – Niech się nauczy, co grozi dziewczętom, które nie słuchają ojców.

Artemisia zastanawia się, o co chodzi.

Merisi zdejmuje jej z głowy wysadzaną klejnotami przepaskę.

– Jej matka na to nie pozwoli – mówi Orazio. – Uważaj. To jest warte więcej, niż ty zarabiasz przez rok. – Rozwiązuje tasiemki ciężkiej sukni i zdejmuje ją z córki przez głowę.

Dziewczynka zostaje w wygodnej starej koszuli.

– Nie wiedziałem, że w twoim domu rządzi niewiasta. – Merisi stoi w drzwiach i stuka palcami o futrynę.

Wkładając codzienne ubranie, Artemisia patrzy, jak ojciec wzdycha z rezygnacją.

– Dokąd idziemy, tatusiu?

Zastanawia się, czy to może być przedstawienie kukiełkowe na piazza del Popolo. Pamięta kukiełkowego mężczyznę z dużymi czerwonymi kółkami namalowanymi na policzkach, który bił kijem kukiełkową żonę. Wszyscy uważali, że to bardzo śmieszne.

– Czy niespodzianka nie będzie bardziej podniecająca? – pyta Merisi.

– Nie!

Merisi śmieje się z niej, ale nie w taki sposób jak niektórzy dorośli – że czuje się głupiutka – tylko jakby przypuszczał ją do komitywy i uważał za swojego kompana.

– Sama popatrz! – Wyciąga do niej obydwie ręce o długich palcach i paznokciach oblepionych farbą. Jedna dłoń jest zaciśnięta w pięść, druga otwarta, a na niej leży moneta. – Którą rękę wybierasz? Możesz zatrzymać to, co znajduje się w środku.

Artemisia zastanawia się, co zrobić. Spogląda na ojca, szukając u niego pomocy, lecz on tylko wzrusza ramionami. Nigdy nie miała własnej monety. Mogłaby sobie za nią coś kupić.

Ślina nabiega jej do ust na myśl o orzechach prażonych w cukrze, które sprzedają w papierowych rożkach na rynku. Mama zawsze mówi, że są za drogie. Artemisia już ma podjąć decyzję, lecz coś ją powstrzymuje. Może w zaciśniętej dłoni Merisi trzyma dwie monety? Mogłaby sobie za nie kupić orzechy i torebkę ziaren, żeby nakarmić ptaszki, albo jedwabną wstążeczkę. Albo bombolone – prawie czuje na języku wyciekającą z pączka słodką kremową masę.

– Tę. – Wskazuje zamkniętą dłoń.

Merisi, rechocząc, otwiera pięść. Jest pusta.

Rozczarowanie rozwiewa maleńkie marzenia Artemisii. Inna dziewczynka na jej miejscu pewnie by się rozpłakała, ale nie ona.

– Słowo daję, Merisi. – Ojciec marszczy brwi. – Nie powinieneś rozniecać w dziecku takich nadziei. Ona tego nie rozumie.

Merisi nie zwraca na niego uwagi i schyla się do Artemisii.

– Czego cię to nauczyło? – pyta, zamykając w dłoni monetę.

– Że nie powinnam chcieć więcej, niż chcą mi dać – odpowiada dziewczynka cicho.

Czuje, że to wcale nie jest prawda, ale ojciec mówi z aprobatą:

– Tak jest. Mądra dziewczynka. Morał jest taki, że powinniśmy temperować nasze oczekiwania.

– To tylko jeden z możliwych wniosków – zauważa Merisi. – Ja zamierzałem pokazać ci coś innego.

Artemisia trochę się boi tego mężczyzny, ale jest w nim coś, co budzi w niej dreszczyk emocji.

– Co sprawiło, że zapragnęłaś rzeczy, której nie widziałaś? – pyta Merisi.

Ponownie wyciąga do niej zaciśniętą pięść.

Dziewczynka myśli usilnie.

– Bo w środku mogło być coś jeszcze wspanialszego. – Merisi się uśmiecha. – Nikt nie potrafi się oprzeć tajemnicy. – Odwraca się do Orazia. – To nie morał, tylko obserwacja. Twoja córka jest niezwykle spostrzegawcza. Ile ma lat? Sześć? Możliwe, że wychowujesz małego geniusza!

Artemisia nie jest pewna, czym dokładnie jest geniusz, ale z wyrazu twarzy Merisiego domyśla się, że to coś dobrego.

– Wolę o tym nie myśleć. – Orazio podaje jej płaszczyk. – Córki nie powinny za szybko dojrzewać.

Kiedy ojciec nie patrzy, Merisi wsuwa do rączki dziewczynki dwie monety i przykłada palec do ust. Artemisia chowa swój skarb do kieszeni. Myśl o takim sekrecie rozgrzewa ją od środka.

Na ulicy ojciec chwyta ją za łokieć. Jego uścisk jest mocny i dziewczynka musi biec, żeby za nim nadążyć w wąskich uliczkach. Zbiera się coraz więcej ludzi, atmosfera robi się gęsta od podniecenia. Przepychają się w stronę rzeki. Artemisia widzi tylko ludzkie zadki, rąbki koszul, tu i ówdzie rękojeść sztyletu, niemowlę w objęciach kobiety, osła wlokącego za sobą odrażający smród odchodów.

W końcu się zatrzymują; ludzie dookoła krzyczą i rozpychają się.

– Wygląda na to, że przegapiliśmy żonę – stwierdza Merisi. – Mówiłem ci, że się spóźnimy.

Ściśnięta między obcymi ciałami Artemisia wpada w panikę. Po jej palcach prześlizguje się coś ciepłego i mokrego. Ze wzdrygnięciem unosi rękę, ale to tylko pies wylizuje z jej skóry słony pot. Dziewczynka głaszcze go po łbie; cieszy się, że może zająć czymś uwagę i odwrócić myśli od nieprzyjaznego tłumu. Pies trąca jej dłoń chłodnym, wilgotnym nosem.

Tłuszcza zaczyna falować. Artemisia potyka się o sterczący kamień w brukowanej ulicy, przewraca się, zdziera sobie skórę na dłoniach. Czyjś tupiący but omal nie trafia jej w głowę. Dziewczynka próbuje się podnieść, ale napierający tłum jej nie pozwala. Nagle czyjeś wielkie dłonie chwytają ją pod pachy i sama nie wie, kiedy katapultuje nad głowami ludzi i ląduje na ramionach Merisiego.

– Mówiłem, żeby jej nie zabierać – burczy Orazio.

Artemisia patrzy na morze głów płynące do przodu. Na mięciutkich poduszeczkach pod jej kciukami zbierają się kropelki krwi. Wyciera je o płaszczyk.

Uliczka wychodzi na wielki plac, za którym jest most łączący brzegi rzeki. Woda marszczy się i mieni, łodzie zbijają się w stada, podskakują na powierzchni, żagle trzepocą jak piątkowe pranie. Na drugim brzegu siedzi Zamek Świętego Anioła z szeroką wieżą i okrągłymi cegłami rumieniącymi się w popołudniowym słońcu.

Nad głowami kłócą się białe mewy szybujące na tle błękitnego nieba. Jedna przysiada na słupie na wysokości wzroku Artemisii. Ma wielki, zakrzywiony dziób koloru dojrzałej cytryny. Przez chwilę zatacza dookoła dziwacznymi ślepiami, po czym rozpościera szerokie skrzydła i wzbija się z powrotem w powietrze. Dziewczynka obserwuje, jak ptak chowa pod siebie pazury i dostojnie nabiera wysokości. Wyobraża sobie, że ona też unosi się na skrzydłach na tle nieskończonego błękitu.

Merisi stawia ją na murze, każe się przesunąć grupce umorusanych wyrostków, po czym razem z Oraziem wdrapują się i siadają obok. Z tego miejsca Artemisia widzi pustą część placu, otoczoną pierścieniem płotków, które powstrzymują napierający tłum. Na środku stoi rusztowanie z podestem wysłanym słomą i konstrukcją podobną do tej, na której wiszą anioły w czasie wielkanocnych misteriów. Nieopodal stoi w rzędzie chór zakonników i śpiewa psalmy.

– Będzie przedstawienie? – pyta Artemisia.

– W pewnym sensie – odpowiada ojciec z dziwnie zmarszczonym czołem.

– Zobaczysz – mówi ze śmiechem Merisi, ściskając jej ramię. – O, tam jest Reni! Na trybunie. – Wskazuje palcem i macha, wołając mężczyznę.

I znowu zaczynają się przepychać przez tłum w stronę bocznej części placu, gdzie stoją rzędy ław wypełnionych ludźmi w kolorowych ubraniach.

Mężczyzna, którego wcześniej zauważył Merisi, woła do nich:

– Chodźcie tutaj! Zająłem wam miejsca!

Artemisia kilka razy widziała tego człowieka w pracowni ojca. On też jest malarzem.

Kiedy wchodzą po stromych schodkach na trybunę, dziewczynka słyszy, jak mężczyzna pyta:

– Orazio, czy ona nie jest za mała na takie rzeczy?

Lecz po chwili ich rozmowa tonie w ogłuszającym skandowaniu tłumu:

– Dajcie dziewkę! Dajcie dziewkę! Dajcie dziewkę!

Napływa jeszcze więcej ludzi, którzy depczą im po nogach. Aż w końcu cały plac grzmi od zgiełku.

Siadają. Ojciec sadza sobie Artemisię na kolanach. Obok nich wciska się na ławę wielka, tłusta niewiasta, więc wszyscy się przesuwają. Kobieta błyszczy od potu i chłodząc się wachlarzem, roztacza wokół siebie silny zapach perfum, od którego Artemisii robi się trochę niedobrze.

Nagle zapada cisza; słychać tylko terkot wozu wjeżdżającego na plac. Zakonnicy znowu zaczynają śpiewać. Artemisia wstaje, żeby przyjrzeć się wiezionej dziewczynie. Nie jest taka młoda jak ona, jest dorosła. Prowadzą ją po schodach na rusztowanie niedaleko ich trybuny.

Młoda kobieta, choć ma na sobie proste ubranie, jest bardzo ładna. Artemisia widziała dotąd tylko dwa przedstawienia i w obu aktorzy nosili jaskrawe, kolorowe stroje. I wszyscy byli mężczyznami albo chłopcami. Nigdy przedtem nie widziała kobiety aktorki; myślała, że coś takiego w ogóle nie istnieje, i teraz przyszło jej do głowy, że może to tylko przebrany ładny chłopiec.

Dziewczyna (lub chłopiec) ma na sobie sukienkę w burym kolorze; jej głowa z ciemnymi włosami zebranymi na czubku głowy jest odkryta. Gdy mamrocze coś do siebie – może modlitwę – jej brązowe oczy patrzą w dół, na skrępowane drobne dłonie z mocno splecionymi palcami. Od czasu do czasu podnosi wzrok i rozgląda się dookoła. Ledwo widoczne drżenie szczęki świadczy, że jest zdenerwowana. Artemisia domyśla się, że to pewnie przez tych wszystkich ludzi, którzy na nią patrzą. Próbuje sobie wyobrazić siebie na jej miejscu i dostaje gęsiej skórki na myśl o tylu oczach patrzących tylko na nią.

Prowadzą dziewczynę na środek sceny i zatrzymują obok stopnia. Nad głowami nieubłaganie krążą mewy, zakonnicy dalej śpiewają i kołyszą się w jednym rytmie, co wprawia w ruch różańce i brzegi szarych habitów. Do dziewczyny podchodzi wysoki mężczyzna z krzaczastą brodą, która wygląda tak, jakby włosy ześliznęły mu się z głowy na podbródek.

Dziewczyna wręcza mu mieszek, a on mówi głośno, tak żeby wszyscy go słyszeli:

– Proszę, wybaczcie mi.

Potem szepcze jej coś do ucha. Ich spojrzenia spotykają się przelotnie i wtedy w oczach dziewczyny widać jakby prawdziwą grozę. Artemisia nie może się nadziwić, jak można tak przekonująco udawać.

Dziewczyna klęka i mężczyzna zawiązuje jej oczy.

W głębi tłumu rozlega się rozgniewany głos. Publiczność zaczyna się niecierpliwić i Artemisia cieszy się, że siedzą bezpiecznie na ławach, chociaż musi zasłaniać dłonią nos i usta, żeby nie czuć perfum głośno sapiącej kobiety, która siedzi obok.

Kiedy dziewczyna kładzie głowę na stopniu niczym na poduszce i rozpościera ramiona na boki, Artemisia dochodzi do wniosku, że odgrywa męczeństwo jakiejś świętej. Łamie sobie głowę, o którą z dziewic męczennic może chodzić. Wylicza je na palcach, przypominając sobie modlitwy, które wbija jej do głowy siostra Ilaria: Dorota, Justyna, Agata, Łucja, Agnieszka, Cecylia… Więcej nie pamięta.

Powietrze rozcina ze świstem topór.

I jego ostrze opada z głośnym łupnięciem.

Nogi dziewczyny gwałtownie podskakują w górę, suknia zadziera się prawie na ramiona, a po scenie toczy się sztuczna głowa. W powietrze tryska czerwona ciecz, rozlewa się po deskach, zachlapuje burą sukienkę i zbiera się pod stopniem w lepką kałużę.

Tłum porusza się jak fala, rozlegają się jęki i gniewne pomruki.

Na dłoń Artemisii kapie coś ciepłego. Spuszcza wzrok i widzi, że kropla nie jest czerwona, tylko przejrzysta. Czyjaś łza albo ślina, albo pot z twarzy sąsiadki, która krzyczy i wymachuje pięścią.

– Jak oni to robią? – pyta dziewczynka. – Jak robią, że to wygląda tak prawdziwie?

Kobieta spogląda na nią dziwnym wzrokiem. Policzki jej się trzęsą.

– O czym ty mówisz, dziecko?

– O przedstawieniu. O męczeństwie. Wygląda jak prawdziwe.

– Męczeństwo? – Kobieta wybucha ponurym śmiechem. – To jest egzekucja, dziecino.

Nie od razu dociera do Artemisii sens tego, co usłyszała. To nie jest przedstawienie ani chłopiec udający dziewicę męczennicę. Ściska ją w dołku. To była prawdziwa dziewczyna, która teraz leży naprawdę martwa na platformie, a z miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą na jej ramionach spoczywała głowa, tryska prawdziwa krew.

– Kim… kim była ta kobieta? Co zrobiła? – pyta Artemisia słabym głosikiem. W jej uszach szumi krew.

– To Beatrice Cenci. Zamordowała ojca – odpowiada Merisi.

Artemisia łapie się za szyję. Głowa robi jej się ciężka. Fala gorąca napływa do góry. Dziewczynka chwieje się, jej powieki robią się ciężkie; jak przez mgłę dochodzą do niej odgłosy zamieszania, wypowiadane przez kogoś jej imię, mocne klepnięcie w policzek, woda wpływająca do ust… Świat robi się czerwony, a potem czarny.

Kiedy otwiera oczy, jest z powrotem w domu; mama przykłada jej do czoła chłodną dłoń. Rozmawia z ojcem, który stoi w głębi pokoju razem z Merisim – dwie duże sylwetki majaczące w półmroku. W głosie mamy słychać gniew. Jest bardzo zła. Mały braciszek Artemisii zaczyna marudzić.

– Cóż mogę powiedzieć? – odzywa się Orazio. – Miałaś rację, duszko, jak zawsze. Nie powinienem był zabierać jej ze sobą. – Pochyla się, żeby pocałować żonę w czoło, i cały gniew z niej ulatuje.

Artemisia czuje na głowie wilgotną ściereczkę. Zamyka z powrotem oczy; jeszcze nie jest gotowa na przebudzenie.

– Biedna Beatrice – słyszy. – Jakby nie dość wycierpiała.

– Może i tak, ale morderstwo nie może uchodzić bezkarnie.

Dziewczynka dryfuje w bezpiecznych objęciach mamy, tylko w połowie słuchając rozmowy dorosłych, a przez głowę przelatują jej obrazy: fontanna krwi, tocząca się głowa, dłonie młodej kobiety, białe i drobne jak motyle.

– Dzisiejsze popołudnie natchnęło mnie pomysłem – oznajmia Merisi. – Zamierzam namalować Judytę. Ale nie w tradycyjny sposób. Chcę ją ukazać w chwili, kiedy ucina głowę Asyryjczykowi.

Artemisia słyszy skrobanie węgla na szorstkim papierze.

– Dotrzeć do jądra prawdy o tym, co znaczy odebrać życie – dodaje Merisi.

– Tyle okrucieństwa – mówi mama Artemisii. – Czy to konieczne?

– Kim jest Judyta? – pyta z zaciekawieniem dziewczynka, podnosząc się.

Wszyscy pochylają się nad nią z troską i wypytują: czy boli ją głowa, czy ma zawroty, czy widzi wszystko wyraźnie?

– Ale kim jest Judyta? – dopytuje się Artemisia.

– Bardzo odważną kobietą z Biblii – odpowiada matka. – Dowiesz się więcej, kiedy dorośniesz.

– Czy ona też była morderczynią jak Beatrice Cenci?

Artemisia zauważa surowe spojrzenie, którym matka obdarza męża, jakby pytała: „Widzisz, do czego doprowadziłeś?”.

– Nie, skarbie. Judyta zabiła wroga, żeby ocalić swój lud. Lud Boży. To co innego.

– Ale dlaczego?

– Bo tak jest i koniec – ucina rozmowę ojciec.

Merisi podnosi głowę znad rysunku. Tym razem, kiedy puszcza do niej oko, Artemisia czuje się nieswojo.

Judyta

Wielki Asyryjczyk, Holofernes, potyka się i wylewa wino.

Płócienne ściany namiotu dygoczą, kiedy odzyskuje równowagę.

– Usiądź – mówi Judyta.

Holofernes posłusznie niczym dziecię unosi ramiona, żeby odpięła mu miecz i napierśnik.

Oręż i zbroja upadają na podłogę.

Bezgłośna modlitwa Judyty unosi się w powietrzu.

„Wybaw mnie, Panie”.

Holofernes cuchnie koniem i tłuszczem do siodeł.

Judyta bierze dzban, napełnia go i wlewa wino w czekające usta Asyryjczyka. Myśli o dzieciach w oblężonej Betulii, czekających na mały łyczek mulistej wody z prawie pustej beczki, o ich wzdętych brzuchach i zapadniętych oczach.

Obóz Asyryjczyków jest tak blisko, że słychać pogańskie śpiewy żołnierzy.

Lecz ich pragnienie jest głośniejsze, a bzyczenie much… [fragment tekstu nieczytelny]

Judyta ściąga mężczyźnie buty i lekko go popycha; jej bransolety podzwaniają jak dzwony świątynne.

Z plugawym śmiechem Holofernes opada w morze purpurowych jedwabnych poduszek.

Zmaga się z ciężkimi od wina powiekami, lecz przegrywa walkę; bełkocze kilka niezrozumiałych słów i wkrótce jego wielkie ciało opada bezwładnie na łóżko.

Judyta chwyta jego miecz i dobywa go z pochwy.

Taki sam miecz uczynił ją wdową.

W jej głowie kołacze się myśl o umierającym mężu.

Nagle zamiera przestraszona; oddech więźnie jej w piersi. Judyta wznosi kolejne błaganie do Boga: „Wybaw mnie, Panie!”.

Umierające dzieci wołają: „Ocal nas!”.

Chwyta w garść szorstkie jak szczecina włosy znienawidzonego wroga i bierze zamach ciężkim orężem.

Oszołomiony Holofernes wytrzeszcza czarne oczy; wpada w przerażenie.

Gniew dodaje Judycie sił i spuszczone ostrze wchodzi w ciało jak w wodę.

Tryska krew, czerwone krople parzą jej skórę.

Głuchy, rzeźniczy odgłos klingi uderzającej o kość.

„Wybaw mnie, Panie!”

Wszystkie inne myśli ulatują. Judyta siecze, póki nie dokona swego dzieła. Potem zawija w szmatkę jeszcze ciepłą głowę Asyryjczyka.

Znowu podzwaniają bransolety, kiedy Judyta rzuca zawiniątko, niewinne jak ubroczona krwią bielizna, do kosza, z którym czeka służąca.

W brązowych oczach Abry majaczą pytania.

Judyta straciła mowę.

Obie wykradają się z namiotu i biegną w kierunku bramy Betulii.

Miasto wiwatuje, podczas gdy Judyta usuwa krew spod paznokci.

W powietrzu dzwoni dziecięcy śmiech.

Judyta szuka swojego serca.

W jego miejscu znajduje pięść zaciśniętą na wieczność na rękojeści nieprzyjacielskiego miecza.

Anonim, fragment – tłum. F.E. Lamenter

2

Słowik

Rzym, marzec 1611. Dwanaście lat później…

Ojciec i córka malują, bez reszty na tym skoncentrowani. Na środku pracowni stoi sztaluga z ogromnym płótnem przedstawiającym Judytę oraz jej służącą, wymykające się z obozu Asyryjczyków. Judyta ściska w dłoni w połowie widoczny miecz. Jej służąca trzyma pod ramieniem w błękitnym rękawie kosz z głową Holofernesa. Oglądają się za siebie, jakby nasłuchiwały nocnych odgłosów.

W głębi pracowni, skąpane w świetle wpadającym przez okno po lewej stronie, dwie modelki próbują odtworzyć przybliżony obraz sceny. Starsza tłumi ziewanie. Druga się kręci, zerkając na boki. Odciętą głowę zastępuje melon.

Córka, kucając, w skupieniu nakłada farbę na krople krwi przesiąkające przez kosz. Namalowała już kosz, głowę oraz szmatkę zaplamioną krwią zabitej kury. Jej ojciec skrupulatnie wykańcza fałdy białej chusty służącej.

Atmosferę skupienia przerywa niewielki brązowy ptak, który wleciał przez otwarte drzwi i rzuca się po pracowni, odbijając się od ścian i belek sufitu. Modelki zaczynają krzyczeć, jakby do środka wpadł demon. Jedna odwraca się i śledzi wzrokiem panikującego ptaka, druga kuli się i zasłania dłońmi głowę, jakby mógł jej wydziobać mózg.

Artemisia podnosi ubroczony krwią pędzel. Czuje przerażenie stworzenia. Każde uderzenie skrzydeł wywołuje maleńki skurcz w jej ciele.

Zniecierpliwiony Orazio, burcząc, ciska paletą.

Ptak ociera się o górną krawędź płótna i pozostawia na powierzchni kredowobiałą plamę, błyszczącą na ciemnym tle obrazu. Obrazu, z którego wykończeniem Orazio się spóźnia i który jest jedynym zleceniem, jakie udało mu się zdobyć od pół roku.

W głębi pokoju terminator Piero parska śmiechem.

Artemisia tłumi rozbawienie.

Nagle Orazio klnie szpetnie. Każdy w pracowni zamiera, wstrząśnięty. Ptak wzlatuje pod sufit i przysiada na belce.

Czas staje w miejscu; wszyscy czekają, co się dalej wydarzy. Cztery pary zaniepokojonych oczu lękliwie wpatrują się w ojca Artemisii.

Ze zmarszczonym czołem Orazio patrzy na białą plamę ściekającą po misternie wykończonej broszy na ramieniu Judyty.

Tymczasem ptak znowu zrywa się do lotu. Orazio wyskakuje w górę z wyciągniętą ręką i zamyka palce na maleńkim stworzonku, jakby było piłką pallone.

– NIE! – Artemisia bez namysłu zrywa się na nogi i z całej siły kopie ojca w piszczel.

Modelki aż się kulą i obejmują się ze strachu.

Ptak ucieka; leci w stronę światła, uderza z cichym łoskotem w zamknięte okno i ogłuszony, upada na parapet. Nie zważając na protesty ojca, Artemisia zrywa z głowy modelki miękki szal i nakrywa nim nieprzytomne stworzenie, żeby ostrożnie wziąć je do ręki. Gromi ojca nadąsanym spojrzeniem i idzie w stronę drzwi.

– A ty dokąd? – Orazio rozciera bolącą łydkę.

Walczy z chęcią, żeby złapać krnąbrną córkę za kołnierz i odpłacić jej pięknym za nadobne, lecz powstrzymuje się ze względu na obecność świadków.

Artemisia nie odpowiada. Wychodzi z pracowni, trzymając ptaszka w złożonych dłoniach niczym hostię.

– Sprowadź ją tu z powrotem – zwraca się Orazio gniewnie do terminatora.

Ten obrzuca go butnym spojrzeniem, po czym wychodzi za dziewczyną.

Orazio nie lubi tego młokosa; nie podoba mu się, że w pobliżu jego synów kręci się afektowany finocchio. Nakrył go całkiem niedawno obściskującego się z modelem, który pozował mu do postaci anioła. Ale przynajmniej Orazio może być spokojny, że chłopak nie będzie nastawał na cnotę jego córki. Zgodził się przyjąć go na ucznia w ramach uprzejmości dla Stiatessich. Giovanni Stiatessi – wuj Piera – jest jego najstarszym przyjacielem, ale chłopak nie wykazuje za grosz zdolności artystycznych. Za to ma oko do kolorów oraz osobliwy dar sporządzania farb, więc przynajmniej jest z niego jakiś pożytek.

Orazio z troską ogląda plamę na płótnie; klient już zażądał upustu za niedotrzymanie terminu. Wyobraża sobie, jak zlecenie idzie do jednego z młodych, zdolnych artystów przesiadujących na piazza del Popolo i polujących na pracę. Mogą malować taniej i szybciej, ponieważ nie mają rodzin na utrzymaniu.

Myśli galopują mu w głowie. Ściemnia się. Czas ucieka. Za kilka dni wynoszą się z tego domu do tańszej dzielnicy. Muszą oszczędzać. Wiecznie muszą oszczędzać. Orazio kalkuluje, ile czasu zajmie mu naprawianie szkody wyrządzonej przez ptaka. Bierze szpachelkę, żeby ostrożnie zeskrobać plamę. Nie jest tak źle, jak się obawiał. Brosza jest właściwie nienaruszona, tylko kredowobiała plama na ciemnym tle nad ramieniem będzie wymagała naprawy.

Przez chwilę stoi i podziwia czerwoną suknię Judyty: deseń w fakturze brokatowej tkaniny, subtelne zmiany koloru w miejscach, gdzie światło wychwytuje zmarszczki i fałdy, napięty materiał na staniku, który pozwala oku domyślić się niewidocznego wykrochmalonego gorsetu pod spodem. Orazio zawsze słynął z umiejętności malowania tkanin.

Jego wzrok przyciągają fragmenty wykonane przez córkę. Kłóciła się z nim, żeby pozwolił jej namalować odciętą głowę, choć to nieodpowiedni obiekt dla dziewczyny. W końcu jednak doszedł do wniosku, że przecież i tak nikt się o tym nie dowie. Na obrazie będzie widniał jego podpis.

Głowa spoczywająca w koszyku nie wygląda na martwą, raczej na pogrążoną w udręczonym śnie. Skóra jest bezbarwna jak pergamin, całe ciepło wycieka z niej karmazynowymi strugami przez kosz. Orazio czuje lodowate zimno na tych sinoszarych ustach. Po przepięknie namalowanej serwecie przewieszonej przez krawędź kosza spływają czerwone strużki, a w dolnej części widać poplamione miejsca, gdzie prawdopodobnie Judyta lub jej służąca wytarła zakrwawione dłonie.

Przebiega go dreszcz. Odrażające zawiniątko sprawia wrażenie, jakby skrywało sam zbrodniczy czyn, który pozostawił na płótnie krwawe ślady. A wszystko to zrodziło się w głowie jego córki. Dlaczego żaden z jego synów nie wykazuje się takimi umiejętnościami? W wieku siedemnastu lat Artemisia przejawia większe zdolności – Orazio przyznaje to z goryczą – niż on, który malował przez całe życie. Niemal słyszy szyderczy śmiech Boga.

Pociesza się pięknem swojego brokatu, starannej mieszanki kraplaku z kilkoma ziarnami cynobru i odpowiedniej ilości ziemistej ochry, żeby złamać krzykliwe odblaski. Jest zadowolony z efektu, bardzo zadowolony. Bierze do ręki delikatny pędzel i ostrożnie zaczyna kropkować czarnozieloną farbę na resztce ptasich odchodów.

Ptaszek w dłoniach Artemisii prawie nic nie waży. Myślała, że będzie się rzucał i trzepotał, by uciec, lecz jego pazurki zaciskają się na jej kciuku, a ciałko leży bezwładne. Dziewczyna czuje jednak cichutkie tykające staccato maleńkiego serduszka. Ostrożnie otwiera dłonie. Ptak jeszcze mocniej zaciska pazurki i przewraca oczami.

Jak łatwo może zgasnąć życie – w jednej chwili istnieje, w następnej znika. Robi jej się słabo na myśl o tym, jak mało brakowało, żeby ta mała istotka została zmiażdżona w pięści ojca, jakby była muchą. A przecież nawet mucha jest żywym stworzeniem. Niekiedy Artemisia czuje wyrzuty sumienia; modli się o przebaczenie za to, że zgniotła dłonią komara, a potem czuje się z tego powodu niemądra.

Każde życie jest święte. Wszystkie istoty są bożymi stworzeniami. Siostra Ilaria – dopust boży dzieciństwa Artemisii – przypięła jej łatkę czułostkowej, ponieważ dziewczynka troszczyła się o rzeczy, które zakonnica uważała za nieważne.

– Bóg stworzył wszystkie istoty na ziemi po to, żeby nam służyły i karmiły nas, tak jak stworzył kobietę, żeby usługiwała mężczyźnie – mówiła.

– Dlaczego?

– Nie jesteś tu po to, żeby zadawać pytania, masz przyjąć do wiadomości, że tak jest, i koniec.

Pieczenie po uderzeniu feruli na otwartej dłoni Artemisii sprawiło, że nigdy więcej nie zadawała pytania, które zakiełkowało w głębi jej dojrzewającego umysłu: dlaczego tak jest?

W upalnych westchnieniach popołudnia Artemisia wymyka się przez furtkę do małego miejskiego ogrodu za domem i rozkoszuje chwilą wolności. Nikt nie obserwuje, czy płochym zachowaniem nie naraża na szwank bezcennej cnoty, co jest niekończącym się utrapieniem jej ojca. Orazio najwyraźniej sądzi, że ciekawość jego jedynej córki stanowi wieczne zagrożenie dla jej reputacji. Ale przecież sam zrobił z niej malarkę, a bez ciekawości świata nie ma sztuki, w każdym razie Artemisia niezłomnie w to wierzy.

Wyciąga ręce ku ciężkim od wstydliwego różowego kwiecia gałęziom judaszowca. Ptak natychmiast zrywa się w górę, po czym przysiada i zaczyna śpiewać. Jego odważne trele i pogwizdywania stoją w takiej sprzeczności z niepozornym, prawie nijakim upierzeniem. Artemisia wyobraża sobie, że ten występ jest przejawem wdzięczności za uratowanie życia, choć tak naprawdę wie, że stworzenie po prostu cieszy się wolnością.

W ogrodzie Piero z ukrycia obserwuje Artemisię. Dziewczyna słucha słowika jak zaczarowana, a zarazem niepojęta. Podobnie jak ptak, którego tu przyniosła, jest piękna, lecz nie w konwencjonalnym sensie, nie jak modelki, które przychodzą do pracowni jej ojca – z miedzianymi lokami i umalowanym, puszystym jak poduszka ciałem. Uśmiech Artemisii jest trochę cierpki – kąciki ust są nadmiernie uniesione – włosy ma rozwichrzone w wiecznym nieładzie, a ciało niezbyt wybujałe i zbyt kanciaste. Piero nie potrafi powiedzieć, skąd się bierze jej magnetyczna siła; przypuszcza, że ma źródło w niezłomnej wierze dziewczyny we własne zdolności. Które wcale nie są złudzeniem – ona naprawdę potrafi za pomocą pędzla zmienić ścierkę do naczyń w świętą relikwię.

Piero już ma się odezwać, kiedy Artemisia odwraca się i kładzie palec na ustach. Potem podnosi głowę i zamiera w bezruchu, żeby nie przerwać pieśni ptaka. Piero przystaje za jej plecami przy kamiennej ławce, koło starożytnej driady wylewającej wodę do małego stawu. W powietrzu unosi się odurzający zapach wiosny.

– Ojciec życzy sobie, żebyś wróciła do pracowni i pomogła mu zamalować plamę po ptaku.

– Bystra mała ptaszyna nasrała mu na obraz. – Artemisia zasłania dłonią usta. Jej biały fartuch jest poplamiony szkarłatną farbą. – Ojciec nie potrzebuje mojej pomocy. Po prostu nie lubi, kiedy wychodzę z domu – stwierdza kwaśno.

– Jestem tu, żeby bronić twego honoru – żartuje Piero, czym wywołuje kolejne parsknięcie śmiechu.

Dzwony na kompletę ogłaszają, że popołudnie zmieniło się w wieczór. Ptak ucieka, a Artemisia odwraca się do Piera i przygląda mu się, jakby chciała go namalować i zastanawiała się, jak to zrobić.

– Dlaczego wyglądasz na takiego umęczonego?

– Wróciłem do domu późno w nocy.

– A gdzie byłeś? – Szturcha go łokciem.

– W mieście.

Dziewczyna unosi brwi, wyjmuje z kieszeni szkicownik oraz kawałek węgla i zaczyna rysować. Nie zamierza ustępować kaprysom popędliwego ojca i Piero się z tego cieszy. Podziwia w niej tego bojowego ducha.

– Skąd ta skrytość? – pyta Artemisia po jakimś czasie.

Piero wzrusza ramionami.

– Byłeś w pałacu kardynalskim, prawda?

Chłopak potwierdza skinieniem głowy.

Opowiadał jej co nieco o rzeczach, które się tam odbywają, o przyjęciach przeznaczonych tylko dla mężczyzn, gdzie młodzieńcy przebierają się w niewieście stroje i wyglądają tak przekonująco, że nie sposób się domyślić, co im wisi między nogami; a także o kardynale, który lubi się przyglądać, jak popadają w pijackie rozpasanie. Piero sądził, że będzie zaszokowana, ale nie była. Spytała, czy on też się przebierał. Odparł, że jak dotąd nie trafiła mu się sposobność.

Artemisia rysuje w milczeniu. Nagle do ogrodu wpada stado śmigających, rozwrzeszczanych jerzyków. Pierro patrzy zafascynowany, jak to zwinnie nurkują, to znów wznoszą się nad ich głowami.

Gdyby nie przyjaźń z Artemisią, przyjazd do Rzymu przyniósłby mu wielkie rozczarowanie. Szybko wyszły na jaw jego malarskie niedostatki i marzenie, aby utrzymywać się z malowania, pierzchło w ciągu kilku dni po przyjeździe. Na szczęście poznał Artemisię i to nieco złagodziło cios.

Zainteresowani tym, co będzie dalej?

Pełna wersja książki do kupienia m.in. w księgarniach:

KSIĘGARNIE ŚWIAT KSIĄŻKI

EMPIK

Oraz w księgarniach internetowych:

swiatksiazki.pl

empik.com

bonito.pl

taniaksiazka.pl

Zamów z dostawą do domu lub do paczkomatu – wybierz taką opcję, jaka jest dla Ciebie najwygodniejsza!

Większość naszych książek dostępna jest również w formie e-booków. Znajdziecie je na najpopularniejszych platformach sprzedaży:

Virtualo

Publio

Nexto

Oraz w księgarniach internetowych.

Posłuchajcie również naszych audiobooków, zawsze czytanych przez najlepszych polskich lektorów.

Szukajcie ich na portalu Audioteka lub pozostałych, wyżej wymienionych platformach.

Zapraszamy do księgarń i na stronę wydawnictwoalbatros.com, gdzie prezentujemy wszystkie wydane tytuły i zapowiedzi.

Jeśli chcecie być na bieżąco z naszymi nowościami, śledźcie nas też na Facebooku i na Instagramie.

Spis treści

Okładka

Karta redakcyjna

Nota autorki

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. Beatrice Cenci

2. Słowik

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona redakcyjna

Dedykacja

Meritum publikacji