49,90 zł
Marta, Simone i Angela to bohaterowie tej książki, którzy pochodzą z różnych rodzin, są w innym wieku, prowadzą zupełnie inne życie, mają odmienne problemy. A jednak coś ich łączy – wszyscy zadają sobie ból fizyczny, aby uwolnić się od bólu emocjonalnego.
W książce poznajemy historie trojga młodych ludzi, którzy się okaleczają, ponieważ nie znaleźli innego sposobu na wyrażenie swojego głębokiego, niemożliwego do opanowania cierpienia. Oni ranią się, by dać upust trudnym do zniesienia emocjom, by poczuć ulgę. I aby w ten dramatyczny sposób zawołać o pomoc.
Historie bohaterów uzupełnia obszerny komentarz psychiatry dzieci i młodzieży. Specjalista odnosi się do każdego przypadku i omawia go z naukowego punktu widzenia – niezwykle przystępnym i zrozumiałym językiem. Przedstawia przyczyny samookaleczeń, sygnały ostrzegawcze, które powinny nas zaniepokoić,oraz zagrożenia, przede wszystkim jednak radzi, jak uniknąćtego problemu, a w razie potrzeby – szybko interweniować.
Książka będzie pomocna dla:
Zamieszczony w książce praktyczny przewodnik pomoże rodzicom i specjalistom:
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 86
Szkoła Holden
Dobrze pamiętamy, jakie uczucie nas ogarnęło, gdy po raz pierwszy zaczęliśmy rozmawiać o serii, do której należy niniejsza książka. Był to entuzjazm. Zdarzają się bowiem chwile, kiedy ten, kto pisze, pyta, czy to, co robi, może naprawdę czemuś służyć – podczas pandemii i lockdownu naszły nas pewne wątpliwości co do użyteczności naszej profesji.
Prawda jest taka, że choć opowiadanie może nie przynosić natychmiastowych korzyści, to pomaga nam dokonać opisu uczuć. W rzeczywistości opowiadanie opisuje wiele rzeczy, ale w największym stopniu właśnie uczucia – nasze i innych osób. To dlatego podczas pandemii i lockdownu nie przestawaliśmy rozpowszechniać jasnych historii, które kierowały spojrzenie poza ciemność.
Zresztą opis uczuć jest przygodą, która trwa całe życie, a historie są aktem dzielenia się, komunikowania. Wszak komunikacja jest niczym innym, jak budowaniem wspólnoty poprzez dzielenie się czymś ze sobą.
My, ludzie, wymyślamy najróżniejsze metody komunikowania się, a Stefano Vicari wyjaśnił nam z nieskończoną cierpliwością i przenikliwością pewne sposoby, za pomocą których dziewczęta i chłopcy próbują komunikować swoje złe samopoczucie. Musimy przyznać, że słuchając Stefana, na początku byliśmy trochę przestraszeni.
Strach był spowodowany tym, że nie potrafiliśmy odczytywać sygnałów dziewcząt i chłopców, z którymi każdy z nas dzielił swoje istnienie: krewnych, własnych dzieci, znajomych, dzieci przyjaciół, obecnych oraz przyszłych uczennic i uczniów.
Jednak silniejszy od strachu był entuzjazm związany z tym, że możemy odegrać swoją maleńką rolę poprzez pisanie. Wydawnictwo Erickson bowiem od razu uwierzyło – i należy podkreślić jego zasługi – że opowiadanie o pewnych formach dyskomfortu również poprzez historie może okazać się przydatne tym osobom, dorosłym lub jeszcze nie, które chcą nauczyć się odczytywać ów dyskomfort między wierszami zachowań, w milczeniu.
Narracja jest tu tylko przykładem, niczym więcej, a Stefano Vicari jest naszym przewodnikiem, który wskazuje – na tym przykładzie i wokół niego – co wszyscy możemy zrobić, stojąc przed najważniejszym wyzwaniem, a mianowicie przed zrozumieniem, jak słuchać innych ludzi i jak się z nimi komunikować.
Innymi słowy, przed zrozumieniem, na ile sposobów mówi do nas drugi człowiek.
Naturalne wydawało się nam powierzenie opowiadań z tej serii talentowi dziewcząt i chłopców uczących się kiedyś w Szkole Holden. Uznaliśmy, że to właśnie oni, nadal w zbliżonym wieku do naszych bohaterów, powinni opowiedzieć historie tych ostatnich. I jesteśmy pewni, że ich opowieści stanowią cenną okazję do wypracowania lepszego wzajemnego zrozumienia.
Stefano Vicari
Nasze spojrzenia krzyżują się za każdym razem, gdy schodzę na oddział. Oni mają czternaście, piętnaście, a niekiedy mniej niż trzynaście lat; niektórzy pojawili się tu w nocy, przyjęci w trybie pilnym, inni zaś przebywają na oddziale od kilku dni, czekając, aż ich stan się ustabilizuje, zostaną wypisani i rozpoczną terapię poza szpitalem. Niektóre twarze są mi niestety dobrze znane – to weterani, którzy przeszli przez drzwi pogotowia ratunkowego więcej niż raz, pomiędzy jednym a drugim nawrotem.
Na szczęście potem spotykam również dzieciaki, które są na dobrej drodze: przychodzą raz w tygodniu na terapię i na spotkania grup wsparcia, mają na twarzy nieśmiały uśmiech, który zdradza – bez zbytniego rzucania się w oczy – odradzającą się nadzieję.
Osoby wykonujące mój zawód uczą się odczytywać tego rodzaju niuanse. Dystans między lekarzem a pacjentem jest naturalnie większy niż między pacjentem a rodziną, która często jest przytłoczona emocjami i w takich chwilach zbytnio zaangażowana, aby móc wysłuchać oraz zrozumieć.
Jednak nawet my, klinicyści, nie potrafimy zaakceptować faktu, że cierpienie psychiczne tak dotkliwe jak to, które spotyka się na oddziałach psychiatrii dzieci i młodzieży, może dotyczyć tak młodych ludzi, często otoczonych przez kochające rodziny, o historiach życiowych pozornie w normie. Nic więc dziwnego, że poza gabinetami specjalistów problemy psychiatryczne są uznawane za temat tabu, który wielu osobom wydaje się nieodpowiedni do poruszania z dziećmi czy uczniami. Ale dane epidemiologiczne dotyczące częstości i ciężkości zaburzeń psychicznych w wieku rozwojowym pokazują alarmujący wzrost, któremu towarzyszą ciągła ewolucja objawów zaburzeń oraz ich coraz wcześniejsze występowanie. W celu zahamowania owego wzrostu konieczne jest udostępnienie najmłodszym słów, które pozwolą im rozpoznać, a następnie zakomunikować własną niedyspozycję.
Młode osoby same się do nas zwracają o pomoc, co wyrażają niekiedy w najbardziej ekstremalny i dramatyczny sposób, poprzez szokujące zachowanie, którym zastępują właśnie owe brakujące słowa i negacje. Nie jesteśmy w stanie magicznie usunąć dyskomfortu psychicznego z ich doświadczeń, ale mamy obowiązek zrobić wszystko, co możliwe, aby mu zapobiec i wychwycić jego pierwsze oznaki, a co za tym idzie – jak najszybciej zapewnić skuteczne leczenie. Musimy nauczyć się czytać między wierszami, które nastolatki piszą metaforycznie swoim zachowaniem, swoim milczeniem czy chwilami konfliktu typowymi dla tego okresu życia.
To wokół tej idei rozwija się seria wydawnicza, której nadaliśmy tytuł Leggere tra le righe (Czytanie między wierszami) i która jest poświęcona zdrowiu psychicznemu dzieci i młodzieży. Wśród omawianych w niej tematów znalazły się: samookaleczenia, fobia szkolna, dysforia płciowa, zaburzenia odżywiania, depresja.
W każdym tomie serii spotykają się różne języki. Szkoła Holden poświęca każdemu tematowi trzy opowiadania. Wątek narracyjny pogłębia rozważny komentarz klinicysty, który ma na celu zapewnienie odpowiedzi i narzędzi interpretacyjnych każdemu, kto jest zainteresowany – z powodów zarówno osobistych (rodzice, krewni, same młode osoby), jak i zawodowych (psycholodzy, wychowawcy, nauczyciele) – bliższym poznaniem form zaburzeń psychicznych najczęściej spotykanych u młodych ludzi.
Ambicją wspomnianej serii wydawniczej jest przyczynienie się do powstania społeczeństwa bardziej uważnego i otwartego wobec trudności dzieci i młodzieży, jak również zdolniejszego do odpowiednich i skutecznych reakcji na owe trudności.
Niniejsza książka jest poświęcona zagadnieniu samookaleczeń. Wychodząc od prawdziwych historii, przekształconych w stopniu uniemożliwiającym rozpoznanie ich bohaterów, opowiadamy o młodych osobach, które dobrowolnie się okaleczają, by wyrazić swój głęboki, niemożliwy do opanowania ból, ponieważ nie znalazły na to lepszego sposobu. Chodzi tu o zachowania wskazujące na dotkliwe, ale skrywane cierpienie i z tego właśnie powodu trudne do rozpoznania przez dorosłych, mimo widocznych śladów na ciele. Tego rodzaju zachowania wydają się coraz powszechniejsze, zwłaszcza że media społecznościowe kryją w sobie funkcje umożliwiające ich wyeksponowanie.
W książce próbuję nadać sens wspomnianym zachowaniom, zwracam uwagę na sygnały, które powinny wzbudzić niepokój, i na możliwe zagrożenia, ale przede wszystkim podpowiadam, jak zapobiegać samookaleczaniu, a w razie konieczności szybko interweniować.
Amanda Mhimid
Wpół do drugiej.
Przez chwilę się wahasz, patrząc na kartonowe pudełko, które zamknięte stoi u twoich stóp, na jasnym parkiecie. Od dłuższego już czasu ono leży pod łóżkiem – trzy, cztery miesiące, jeśli się nad tym dobrze zastanowisz. Ręka ci się trochę trzęsie, gdy ją wyciągasz, aby musnąć wieko pudełka w kolorze pastelowej zieleni. Dzieje się tak za każdym razem.
O tej porze w domu panuje absolutna cisza. Po obiedzie domownicy przechodzą w tryb czuwania – tak sobie tłumaczysz – a jeśli robią to, co zwykle, poruszają się na palcach, mówiąc półgłosem.
Na klatce, tuż obok skrzynek na listy, wisi kartka z napisem: „Uprzejmie prosi się mieszkańców o szanowanie godzin popołudniowej ciszy (14:30–16:30)”. Nigdy nie udało ci się zrozumieć, o co tutaj chodzi, dlaczego właśnie te godziny, a nie inne, ale jest w tym pomyśle coś, co ci się podoba: odpoczynek od odgłosów otoczenia normalnie dobiegających przez cały czas – ustawianych talerzy, mebli przesuwanych z jednego końca pokoju na drugi w mieszkaniu piętro wyżej, zdań wykrzykiwanych z jednego balkonu na drugi, z jednego piętra budynku na drugie.
Ale nie w tym momencie. Rozglądasz się wkoło. Twój pokój jest dokładnie taki, jaki być powinien – czysty i uporządkowany, każda rzecz na swoim miejscu. Łóżko pościelone, bez załamań materiału, poduszki równo oparte o wezgłowie. W rogu, obok lampy podłogowej, stoi fotel z zielonego aksamitu, a po przeciwnej stronie, przy ścianie – biały stolik z małym telewizorem. Wygląd twojego pokoju idealnie oddaje charakter popołudniowej sjesty. Przez resztę dnia zaś pokój ten jest anomalią, skarbem do ukrycia.
Czymś innym od tego, co na zewnątrz. Ostoją spokoju z roślinami w wiklinowych osłonkach i ozdobnymi miskami pełnymi potpourri, które wypełnia pomieszczenie delikatnym zapachem, zawsze tym samym – spokojnym, kojącym. Za oknem liście lipy poruszają się lekko na wietrze.
Raz jeszcze muskasz wieko kartonowego pudełka, a potem wsuwasz to ostatnie z powrotem pod łóżko – najgłębiej, jak się da.
Pewnego dnia wszystko to wyrzucisz.
Kwadrans po trzeciej.
Samochód twojego ojca jedzie powoli po zakurzonej drodze, przez nadal gorące powietrze końca sierpnia, które wdziera się do środka przez uchylone okna i sprawia, że brakuje ci tchu. Twój brat, skulony na tylnym siedzeniu, ogląda coś w telefonie.
To prawie doskonale cicha podróż – do chwili, kiedy Domenico nie odłoży telefonu i nie zacznie zadawać pytań.
– Ale dlaczego jedziemy ich odwiedzić, tato? – pyta tonem, w którym mieszają się zaciekawienie i rozczarowanie; z reguły o tej godzinie gra w Minecrafta.
– Och, chcemy po prostu się zobaczyć – odpowiada ojciec. – Nie widzieliśmy się z nimi od dłuższego czasu. Kiedyś byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni.
– A dlaczego mama nie jedzie z nami?
Powstrzymujesz się, żeby nie westchnąć – twój brat nigdy się nie poddaje. Oboje wiecie o ostatnich trudnościach finansowych rodziców i o tym, co myśli wasza matka. Ona prędzej by umarła, niż dała to innym do zrozumienia. Wiecie o tym oboje, choć nikt o tym otwarcie nie mówi. Ale nie trzeba mówić – to czuje się w powietrzu. Tylko Domenico się upiera, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Nie rozumiesz, z jakiego powodu. Twój ojciec odpowiada zawsze nieco mętnie, potem stara się zmienić temat, opowiadając jakąś anegdotę o kolegach z pracy podczas przerwy obiadowej. Wymiana zdań z każdym kolejnym razem trwa krócej. Ostatnio wszyscy przyzwyczailiście się do ciszy, nawet twój brat.
I rzeczywiście, po kilku kolejnych próbach Domenico przestaje naciskać i spuszcza wzrok na telefon. Ty za to nigdy nie oderwałaś oczu od widoków za oknem podczas jazdy. Masz wrażenie, że kolory wsi pasują do twojej gamy kolorystycznej: brąz pól za oknem po lewej i prawej stronie, brąz drogi polnej, nawet dolna część nieba zdaje się czasami brązowa.
Czwarta.
Dom jest ładną konstrukcją, ze ścianami z cegieł kontrastującymi z kolorem nieba, które tutaj jest niebieskie.
Coś w rodzaju krótkiego krużganku stanowi ramę dla właścicieli – wyprostowanych i uśmiechniętych, stojących przed drzwiami wejściowymi. Wokół domu rozciąga się ogród: leżaki, altana, ścieżki z kamieni, które przecinają się ze sobą, by po chwili zniknąć w miejscu, gdzie trawa urosła wyżej.
Marco i Silvia podchodzą do waszej trójki, obejmują was i całują w policzki. On ma siwe włosy i atrakcyjną twarz, ona jest blondynką o ciepłym uśmiechu, nieco wyższą od niego. Wydają się mieć wszystko pod kontrolą.
To dla nich przyjemność gościć was tutaj po tak długim czasie – czy mogą wam coś zaproponować? Znają was od małego, gdy sięgaliście, ot, pół metra od ziemi. Coca-cola dla Domenica i twojego ojca, dla ciebie nic – dziękujesz. Jak to nic? Przynajmniej szklankę wody.
Przy stole toczy się rozmowa będąca próbą podsumowania lat niewidzenia się w formie haseł, których nikt nie chce zgłębiać: dorastające dzieci, szkoła, przeprowadzka, trzy zmiany pracy, kilka uaktualnień dotyczących życia codziennego, plany na najbliższe wakacje i koniec roku. Twój ojciec opowiada i zadaje standardowe pytania. Domenico szybko kończy swoją colę i niekiedy się wtrąca, aby dodać coś do opowieści taty.
Nie rozumiesz, jak może się tak zachowywać. Twoim najlepszym rezultatem w ostatnich miesiącach było niemyślenie: gdy tylko zauważasz złe myśli, przerywasz je. Nie dajesz im nawet wybrzmieć w głowie do końca. Wypijasz łyk ze szklanki, która stoi przed tobą nadal pełna. Niekiedy wokół stołu rozlega się rozpraszający śmiech, który sygnalizuje przejście do kolejnego tematu.
Czwarta trzydzieści.
Ton głosu ojca podniósł się o oktawę; ojciec stara się znaleźć sposób, aby nawiązać do sedna sprawy. Rozglądasz się wkoło, przyglądasz się zdjęciom wiszącym na ścianach – głównie z podróży: ich dwoje na plaży, na żaglówce, przed namiotem na polu – oraz tuzinowi egzotycznych przedmiotów, od talerzy po malowane drewniane maski. Twój ojciec mówi teraz szybciej, jak zawsze, gdy stara się ukryć zawstydzenie. Z sufitu nad stołem zwisa jeden z tych żyrandoli w arabskim stylu, z małymi, kolorowymi szkiełkami wtopionymi w strukturę z kutego żelaza.
Za piętnaście piąta.
Gdy wstajesz, aby wyjść do ogrodu, ojciec jeszcze mówi. Wyjaśniasz, że potrzebujesz powietrza, bo w środku jest za gorąco.
Na progu oddychasz głębiej. Powietrze jest chłodniejsze niż wtedy, gdy przyjechaliście, a na pogodne niebo wrócił lekki wietrzyk, który czułaś rano. Idziesz wzdłuż żywopłotu wyznaczającego granice ogrodu – w tę i z powrotem. Idziesz wzdłuż ścieżek utworzonych z ośmiokątnych kamieni, które ukazują się i giną w miejscach, gdzie trawa jest wyższa. Przyglądasz się z bliska różom i kwiatom, których nazw nie znasz. Pochylasz się, aby poczuć ich zapach.
Czasami chciałabyś być taka jak twój brat. Chciałabyś, aby rzeczy cię nie dotykały. Chciałabyś spokojnie żyć dalej, bez względu na to, co się dzieje tam, na zewnątrz. Owszem, udaje ci się zachować równowagę, ale kosztuje cię to mnóstwo wysiłku. Dobrze by było, gdyby niezałamywanie się było zachowaniem spontanicznym, skłonnością, czymś, o czym nawet nie myślisz, co robisz między jedną rundą Minecrafta a wyjściem z przyjaciółmi.
W końcu siadasz na nieco oddalonej od domu huśtawce. Przenosisz wzrok z zieleni trawnika na niebo, które zaczyna ciemnieć. Huśtasz się powoli, czubkami palców muskając trawę, i myślisz sobie, że twój ojciec powinien już dostać to, po co przyjechał, lub przynajmniej o to zapytać.
Czekasz jeszcze minutę, potem zeskakujesz z huśtawki i ruszasz w stronę domu.
Dziesięć po piątej.
Wchodzisz do jadalni odprężona. Czujesz, że teraz możesz przetrwać popołudnie, mimo wszystko, bez uszczerbku. I dopiero gdy odsuwasz krzesło, aby zająć swoje miejsce, zauważasz, że sprawy nie poszły tak, jak miały. Oceniasz uważnie minę ojca, potem brata. Obaj usilnie się starają zachować na twarzy coś, co w ich przekonaniu przypomina uśmiech. Również gospodarze się uśmiechają, ale jedno z nich zdradza nerwowość: uderza nieprzerwanie knykciami w nogę stołu, wywołując ciągłe wibracje, które rozchodzą się po całym blacie. Gdy odsuwasz krzesło, podłoga głośno skrzypi.
Znajdujesz łazienkę na końcu korytarza, ostatnie drzwi przed schodami. Twoje kroki brzmią wyraźnie, gdy się oddalasz.
Biała umywalka, białe kafelki. Tutaj trzeba uważać bardziej niż zwykle. Przekręcasz klucz w zamku, a potem szybko otwierasz kolejne szuflady szafki pod umywalką, drzwiczki komody, ściennej szafki z lustrem. Oto jest. Tylko raz a dobrze, i tyle. Dotykasz zimnym ostrzem przedramienia.
Jakiś czas temu odkryłaś nowy sposób oddychania. Zrobiłaś to sama, w zaciszu swojego pokoju, a potem powierzyłaś rachunek czemuś, co znasz tylko ty – zielonemu pudełku z kartonu, które powoli staje się coraz cięższe. Odkryłaś inny sposób oddychania. W tym celu musisz przełamać barierę między tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne, między tym, co ma wyjść, a tym, co ma wejść. Teraz wiesz, jak to się robi, jak dokonuje się tej wymiany, jak się otwiera szczelinę, w której wszystko się ze sobą łączy: to, co w środku, z tym, co na zewnątrz. Potrzebujesz tej szczeliny – potrzebujesz, aby z każdym kolejnym razem była otwarta trochę dłużej.
Tylko jeden raz – i wystarczy. Wiesz, co robić: przyciskasz ostrze do skóry, liczysz do stu, czyścisz wszystko i odchodzisz.
Pamiętaj, aby włożyć żyletkę do kieszeni. Dziś wieczorem twoje pudełko pod łóżkiem wzbogaci się o nowy element.
Dziewięćdziesiąt siedem,
dziewięćdziesiąt osiem,
dziewięćdziesiąt dziewięć…
Pewnego dnia wszystko to wyrzucisz…
Sto jeden,
sto dwa,
sto trzy…
Stefano Vicari
Marta to bardzo inteligentna piętnastolatka, o której rodzice mówią, że jest wrażliwa i grzeczna. W przebiegu jej rozwoju nie było absolutnie nic nieprawidłowego; dziewczyna od pierwszych lat szkoły podstawowej osiągała doskonałe wyniki w nauce, podobnie jak w sporcie czy innych zajęciach pozaszkolnych.
Jej rodzina wydaje się bardzo zżyta. Mama i tata żyją w harmonijnym związku. Razem – z uczuciem i oddaniem – wychowują Martę i Domenica, młodszego brata piętnastolatki. Pozornie harmonijne i pogodne życie zostaje dramatycznie naznaczone przez zdarzenie, do którego dochodzi pewnego letniego dnia. Podczas wizyty u dawnych znajomych ojca Marta zostaje znaleziona w łazience, omdlała i krwawiąca, z głębokim nacięciem na przedramieniu; obok niej leży żyletka. Karetka odwozi ją do szpitala, gdzie piętnastolatka zostaje przyjęta na oddział psychiatrii dzieci i młodzieży z podejrzeniem próby samobójczej.
Rodzina i przyjaciele są zszokowani. W rzeczywistości nikt – ani w domu, ani w szkole – nie zauważył cierpienia
Marty, jej złego samopoczucia, które ewidentnie pogarszało się od dłuższego czasu i które musiało wydawać się jej tak nie do wytrzymania, jak niewyrażalne.
Ekstremalny epizod pozwala jednak Marcie zakomunikować własny ból oraz de facto poprosić o pomoc i wreszcie ją otrzymać. Nagła hospitalizacja okaże się pierwszym krokiem w procesie leczenia, który powoli doprowadzi do uświadomienia sobie przez nią cierpienia wewnętrznego oraz do odnalezienia równowagi osobistej i dobrostanu psychicznego.
Marta zawsze była postrzegana jako dziewczyna zdolna, samodzielna oraz „dobra we wszystkim”: wysokie wyniki w nauce i sporcie leżały u podstaw jej poczucia własnej wartości, przynajmniej tego pozornego. Bliscy robili wszystko, by okazać naszej bohaterce miłość i szczere zainteresowanie jej sukcesami.
Jednak podczas pobytu Marty w szpitalu wychodzi na jaw, że po ukończeniu przez nią pierwszej klasy szkoły średniej jej życie rodzinne się skomplikowało. Rodzice mierzą się z nieprzewidzianymi i niepokojącymi trudnościami finansowymi, które – mimo że próbują zachowywać pozorny spokój – oddalają ich emocjonalnie od córki oraz zakłócają atmosferę wzajemnego zaufania i nadziei na przyszłość.
Relacje Marty z rówieśnikami w szkole są od zawsze bardzo powierzchowne i dziewczyna zaczyna się nudzić, gdy spędza czas z koleżankami. Z jednej strony ma poczucie osamotnienia i izolacji, z drugiej zaś odczuwa rozdrażnienie, którego nie potrafi wytłumaczyć. Dlatego zaczyna odrzucać propozycje wspólnych wyjść. Ponadto jest nierzadko tak zmęczona i apatyczna, że coraz częściej rezygnuje z treningów i meczów. Uczestniczenie we wszystkich zajęciach, którym dawniej oddawała się z łatwością i przyjemnością, staje się dla niej coraz bardziej męczące i coraz mniej interesujące. Skupienie się na zadaniach domowych również wymaga od Marty większego wysiłku niż wcześniej, czego konsekwencje szybko stają się widoczne. Dziewczyna otrzymuje coraz gorsze oceny, co jest dla niej całkowitą nowością, zważywszy na to, że zawsze była jedną z najlepszych uczennic.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
