Niemy krzyk. O samookaleczeniach dzieci i młodzieży - Stefano Vicari, Szkoła Holden - ebook

Niemy krzyk. O samookaleczeniach dzieci i młodzieży ebook

Stefano Vicari, Szkoła Holden

0,0
49,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Marta, Simone i Angela to bohaterowie tej książki, którzy pochodzą z różnych rodzin, są w innym wieku, prowadzą zupełnie inne życie, mają odmienne problemy. A jednak coś ich łączy – wszyscy zadają sobie ból fizyczny, aby uwolnić się od bólu emocjonalnego.

W książce poznajemy historie trojga młodych ludzi, którzy się okaleczają, ponieważ nie znaleźli innego sposobu na wyrażenie swojego głębokiego, niemożliwego do opanowania cierpienia. Oni ranią się, by dać upust trudnym do zniesienia emocjom, by poczuć ulgę. I aby w ten dramatyczny sposób zawołać o pomoc.

Historie bohaterów uzupełnia obszerny komentarz psychiatry dzieci i młodzieży. Specjalista odnosi się do każdego przypadku i omawia go z naukowego punktu widzenia – niezwykle przystępnym i zrozumiałym językiem. Przedstawia przyczyny samookaleczeń, sygnały ostrzegawcze, które powinny nas zaniepokoić,oraz zagrożenia, przede wszystkim jednak radzi, jak uniknąćtego problemu, a w razie potrzeby – szybko interweniować.

Książka będzie pomocna dla:

  • rodziców i bliskich, którzy dzięki niej zrozumieją problem i będą potrafili rozpoznać wołanie dziecka o pomoc;
  • specjalistów – psychologów, pedagogów i nauczycieli, którzy pracują z młodymi ludźmi i potrzebują skutecznych narzędzi;
  • nastolatków, które dzięki historiom swoich rówieśników lepiej zrozumieją własne problemy i poczują, że nie są same.

Zamieszczony w książce praktyczny przewodnik pomoże rodzicom i specjalistom:

  • zrozumieć, czym są samookaleczenia i jakie mogą być ich przyczyny;
  • rozpoznać sygnały alarmowe;
  • poradzić sobie z własnymi emocjami i reakcjami;
  • przeprowadzić rozmowę z nastolatkiem w odpowiedni sposób;
  • dowiedzieć się, gdzie szukać pomocy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 86

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Słuchać drugiego człowieka

Szkoła Hol­den

Dobrze pamię­tamy, jakie uczu­cie nas ogar­nęło, gdy po raz pierw­szy zaczę­li­śmy roz­ma­wiać o serii, do któ­rej należy niniej­sza książka. Był to entu­zjazm. Zda­rzają się bowiem chwile, kiedy ten, kto pisze, pyta, czy to, co robi, może naprawdę cze­muś słu­żyć – pod­czas pan­de­mii i lock­downu naszły nas pewne wąt­pli­wo­ści co do uży­tecz­no­ści naszej pro­fe­sji.

Prawda jest taka, że choć opo­wia­da­nie może nie przy­no­sić natych­mia­sto­wych korzy­ści, to pomaga nam doko­nać opisu uczuć. W rze­czy­wi­sto­ści opo­wia­da­nie opi­suje wiele rze­czy, ale w naj­więk­szym stop­niu wła­śnie uczu­cia – nasze i innych osób. To dla­tego pod­czas pan­de­mii i lock­downu nie prze­sta­wa­li­śmy roz­po­wszech­niać jasnych histo­rii, które kie­ro­wały spoj­rze­nie poza ciem­ność.

Zresztą opis uczuć jest przy­godą, która trwa całe życie, a histo­rie są aktem dzie­le­nia się, komu­ni­ko­wa­nia. Wszak komu­ni­ka­cja jest niczym innym, jak budo­wa­niem wspól­noty poprzez dzie­le­nie się czymś ze sobą.

My, ludzie, wymy­ślamy naj­róż­niej­sze metody komu­ni­ko­wa­nia się, a Ste­fano Vicari wyja­śnił nam z nie­skoń­czoną cier­pli­wo­ścią i prze­ni­kli­wo­ścią pewne spo­soby, za pomocą któ­rych dziew­częta i chłopcy pró­bują komu­ni­ko­wać swoje złe samo­po­czu­cie. Musimy przy­znać, że słu­cha­jąc Ste­fana, na początku byli­śmy tro­chę prze­stra­szeni.

Strach był spo­wo­do­wany tym, że nie potra­fi­li­śmy odczy­ty­wać sygna­łów dziew­cząt i chłop­ców, z któ­rymi każdy z nas dzie­lił swoje ist­nie­nie: krew­nych, wła­snych dzieci, zna­jo­mych, dzieci przy­ja­ciół, obec­nych oraz przy­szłych uczen­nic i uczniów.

Jed­nak sil­niej­szy od stra­chu był entu­zjazm zwią­zany z tym, że możemy ode­grać swoją maleńką rolę poprzez pisa­nie. Wydaw­nic­two Erick­son bowiem od razu uwie­rzyło – i należy pod­kre­ślić jego zasługi – że opo­wia­da­nie o pew­nych for­mach dys­kom­fortu rów­nież poprzez histo­rie może oka­zać się przy­datne tym oso­bom, doro­słym lub jesz­cze nie, które chcą nauczyć się odczy­ty­wać ów dys­kom­fort mię­dzy wier­szami zacho­wań, w mil­cze­niu.

Nar­ra­cja jest tu tylko przy­kła­dem, niczym wię­cej, a Ste­fano Vicari jest naszym prze­wod­ni­kiem, który wska­zuje – na tym przy­kła­dzie i wokół niego – co wszy­scy możemy zro­bić, sto­jąc przed naj­waż­niej­szym wyzwa­niem, a mia­no­wi­cie przed zro­zu­mie­niem, jak słu­chać innych ludzi i jak się z nimi komu­ni­ko­wać.

Innymi słowy, przed zro­zu­mie­niem, na ile spo­so­bów mówi do nas drugi czło­wiek.

Natu­ralne wyda­wało się nam powie­rze­nie opo­wia­dań z tej serii talen­towi dziew­cząt i chłop­ców uczą­cych się kie­dyś w Szkole Hol­den. Uzna­li­śmy, że to wła­śnie oni, na­dal w zbli­żo­nym wieku do naszych boha­te­rów, powinni opo­wie­dzieć histo­rie tych ostat­nich. I jeste­śmy pewni, że ich opo­wie­ści sta­no­wią cenną oka­zję do wypra­co­wa­nia lep­szego wza­jem­nego zro­zu­mie­nia.

Co nastolatki próbują nam powiedzieć midzy wierszami

Ste­fano Vicari

Nasze spoj­rze­nia krzy­żują się za każ­dym razem, gdy scho­dzę na oddział. Oni mają czter­na­ście, pięt­na­ście, a nie­kiedy mniej niż trzy­na­ście lat; nie­któ­rzy poja­wili się tu w nocy, przy­jęci w try­bie pil­nym, inni zaś prze­by­wają na oddziale od kilku dni, cze­ka­jąc, aż ich stan się usta­bi­li­zuje, zostaną wypi­sani i roz­poczną tera­pię poza szpi­ta­lem. Nie­które twa­rze są mi nie­stety dobrze znane – to wete­rani, któ­rzy prze­szli przez drzwi pogo­to­wia ratun­ko­wego wię­cej niż raz, pomię­dzy jed­nym a dru­gim nawro­tem.

Na szczę­ście potem spo­ty­kam rów­nież dzie­ciaki, które są na dobrej dro­dze: przy­cho­dzą raz w tygo­dniu na tera­pię i na spo­tka­nia grup wspar­cia, mają na twa­rzy nie­śmiały uśmiech, który zdra­dza – bez zbyt­niego rzu­ca­nia się w oczy – odra­dza­jącą się nadzieję.

Osoby wyko­nu­jące mój zawód uczą się odczy­ty­wać tego rodzaju niu­anse. Dystans mię­dzy leka­rzem a pacjen­tem jest natu­ral­nie więk­szy niż mię­dzy pacjen­tem a rodziną, która czę­sto jest przy­tło­czona emo­cjami i w takich chwi­lach zbyt­nio zaan­ga­żo­wana, aby móc wysłu­chać oraz zro­zu­mieć.

Jed­nak nawet my, kli­ni­cy­ści, nie potra­fimy zaak­cep­to­wać faktu, że cier­pie­nie psy­chiczne tak dotkliwe jak to, które spo­tyka się na oddzia­łach psy­chia­trii dzieci i mło­dzieży, może doty­czyć tak mło­dych ludzi, czę­sto oto­czo­nych przez kocha­jące rodziny, o histo­riach życio­wych pozor­nie w nor­mie. Nic więc dziw­nego, że poza gabi­ne­tami spe­cja­li­stów pro­blemy psy­chia­tryczne są uzna­wane za temat tabu, który wielu oso­bom wydaje się nie­od­po­wiedni do poru­sza­nia z dziećmi czy uczniami. Ale dane epi­de­mio­lo­giczne doty­czące czę­stości i cięż­ko­ści zabu­rzeń psy­chicz­nych w wieku roz­wo­jo­wym poka­zują alar­mu­jący wzrost, któ­remu towa­rzy­szą cią­gła ewo­lu­cja obja­wów zabu­rzeń oraz ich coraz wcze­śniej­sze wystę­po­wa­nie. W celu zaha­mo­wa­nia owego wzro­stu konieczne jest udo­stęp­nie­nie naj­młod­szym słów, które pozwolą im roz­po­znać, a następ­nie zako­mu­ni­ko­wać wła­sną nie­dy­spo­zy­cję.

Młode osoby same się do nas zwra­cają o pomoc, co wyra­żają nie­kiedy w naj­bar­dziej eks­tre­malny i dra­ma­tyczny spo­sób, poprzez szo­ku­jące zacho­wa­nie, któ­rym zastę­pują wła­śnie owe bra­ku­jące słowa i nega­cje. Nie jeste­śmy w sta­nie magicz­nie usu­nąć dys­kom­fortu psy­chicz­nego z ich doświad­czeń, ale mamy obo­wią­zek zro­bić wszystko, co moż­liwe, aby mu zapo­biec i wychwy­cić jego pierw­sze oznaki, a co za tym idzie – jak naj­szyb­ciej zapew­nić sku­teczne lecze­nie. Musimy nauczyć się czy­tać mię­dzy wier­szami, które nasto­latki piszą meta­fo­rycz­nie swoim zacho­wa­niem, swoim mil­cze­niem czy chwi­lami kon­fliktu typo­wymi dla tego okresu życia.

To wokół tej idei roz­wija się seria wydaw­ni­cza, któ­rej nada­li­śmy tytuł Leg­gere tra le righe (Czy­ta­nie mię­dzy wier­szami) i która jest poświę­cona zdro­wiu psy­chicz­nemu dzieci i mło­dzieży. Wśród oma­wia­nych w niej tema­tów zna­la­zły się: samo­oka­le­cze­nia, fobia szkolna, dys­fo­ria płciowa, zabu­rze­nia odży­wia­nia, depre­sja.

W każ­dym tomie serii spo­ty­kają się różne języki. Szkoła Hol­den poświęca każ­demu tema­towi trzy opo­wia­da­nia. Wątek nar­ra­cyjny pogłę­bia roz­ważny komen­tarz kli­ni­cy­sty, który ma na celu zapew­nie­nie odpo­wie­dzi i narzę­dzi inter­pre­ta­cyj­nych każ­demu, kto jest zain­te­re­so­wany – z powo­dów zarówno oso­bi­stych (rodzice, krewni, same młode osoby), jak i zawo­do­wych (psy­cho­lo­dzy, wycho­wawcy, nauczy­ciele) – bliż­szym pozna­niem form zabu­rzeń psy­chicz­nych naj­czę­ściej spo­ty­ka­nych u mło­dych ludzi.

Ambi­cją wspo­mnia­nej serii wydaw­ni­czej jest przy­czy­nie­nie się do powsta­nia spo­łe­czeń­stwa bar­dziej uważ­nego i otwar­tego wobec trud­no­ści dzieci i mło­dzieży, jak rów­nież zdol­niej­szego do odpo­wied­nich i sku­tecz­nych reak­cji na owe trud­no­ści.

Niniej­sza książka jest poświę­cona zagad­nie­niu samo­oka­le­czeń. Wycho­dząc od praw­dzi­wych histo­rii, prze­kształ­co­nych w stop­niu unie­moż­li­wia­ją­cym roz­po­zna­nie ich boha­te­rów, opo­wia­damy o mło­dych oso­bach, które dobro­wol­nie się oka­le­czają, by wyra­zić swój głę­boki, nie­moż­liwy do opa­no­wa­nia ból, ponie­waż nie zna­la­zły na to lep­szego spo­sobu. Cho­dzi tu o zacho­wa­nia wska­zu­jące na dotkliwe, ale skry­wane cier­pie­nie i z tego wła­śnie powodu trudne do roz­po­zna­nia przez doro­słych, mimo widocz­nych śla­dów na ciele. Tego rodzaju zacho­wa­nia wydają się coraz powszech­niej­sze, zwłasz­cza że media spo­łecz­no­ściowe kryją w sobie funk­cje umoż­li­wia­jące ich wyeks­po­no­wa­nie.

W książce pró­buję nadać sens wspo­mnia­nym zacho­wa­niom, zwra­cam uwagę na sygnały, które powinny wzbu­dzić nie­po­kój, i na moż­liwe zagro­że­nia, ale przede wszyst­kim pod­po­wia­dam, jak zapo­bie­gać samo­oka­le­cza­niu, a w razie koniecz­no­ści szybko inter­we­nio­wać.

1. Pewnego dnia wszystko to wyrzucisz

Amanda Mhi­mid

Wpół do dru­giej.

Przez chwilę się wahasz, patrząc na kar­to­nowe pudełko, które zamknięte stoi u two­ich stóp, na jasnym par­kie­cie. Od dłuż­szego już czasu ono leży pod łóż­kiem – trzy, cztery mie­siące, jeśli się nad tym dobrze zasta­no­wisz. Ręka ci się tro­chę trzę­sie, gdy ją wycią­gasz, aby musnąć wieko pudełka w kolo­rze paste­lo­wej zie­leni. Dzieje się tak za każ­dym razem.

O tej porze w domu panuje abso­lutna cisza. Po obie­dzie domow­nicy prze­cho­dzą w tryb czu­wa­nia – tak sobie tłu­ma­czysz – a jeśli robią to, co zwy­kle, poru­szają się na pal­cach, mówiąc pół­gło­sem.

Na klatce, tuż obok skrzy­nek na listy, wisi kartka z napi­sem: „Uprzej­mie prosi się miesz­kań­ców o sza­no­wa­nie godzin popo­łu­dnio­wej ciszy (14:30–16:30)”. Ni­gdy nie udało ci się zro­zu­mieć, o co tutaj cho­dzi, dla­czego wła­śnie te godziny, a nie inne, ale jest w tym pomy­śle coś, co ci się podoba: odpo­czy­nek od odgło­sów oto­cze­nia nor­mal­nie dobie­ga­ją­cych przez cały czas – usta­wia­nych tale­rzy, mebli prze­su­wa­nych z jed­nego końca pokoju na drugi w miesz­ka­niu pię­tro wyżej, zdań wykrzy­ki­wa­nych z jed­nego bal­konu na drugi, z jed­nego pię­tra budynku na dru­gie.

Ale nie w tym momen­cie. Roz­glą­dasz się wkoło. Twój pokój jest dokład­nie taki, jaki być powi­nien – czy­sty i upo­rząd­ko­wany, każda rzecz na swoim miej­scu. Łóżko poście­lone, bez zała­mań mate­riału, poduszki równo oparte o wez­gło­wie. W rogu, obok lampy pod­ło­go­wej, stoi fotel z zie­lo­nego aksa­mitu, a po prze­ciw­nej stro­nie, przy ścia­nie – biały sto­lik z małym tele­wi­zo­rem. Wygląd two­jego pokoju ide­al­nie oddaje cha­rak­ter popo­łu­dnio­wej sje­sty. Przez resztę dnia zaś pokój ten jest ano­ma­lią, skar­bem do ukry­cia.

Czymś innym od tego, co na zewnątrz. Ostoją spo­koju z rośli­nami w wikli­no­wych osłon­kach i ozdob­nymi miskami peł­nymi potpo­urri, które wypeł­nia pomiesz­cze­nie deli­kat­nym zapa­chem, zawsze tym samym – spo­koj­nym, koją­cym. Za oknem liście lipy poru­szają się lekko na wie­trze.

Raz jesz­cze muskasz wieko kar­to­no­wego pudełka, a potem wsu­wasz to ostat­nie z powro­tem pod łóżko – naj­głę­biej, jak się da.

Pew­nego dnia wszystko to wyrzu­cisz.

Kwa­drans po trze­ciej.

Samo­chód two­jego ojca jedzie powoli po zaku­rzo­nej dro­dze, przez na­dal gorące powie­trze końca sierp­nia, które wdziera się do środka przez uchy­lone okna i spra­wia, że bra­kuje ci tchu. Twój brat, sku­lony na tyl­nym sie­dze­niu, ogląda coś w tele­fo­nie.

To pra­wie dosko­nale cicha podróż – do chwili, kiedy Dome­nico nie odłoży tele­fonu i nie zacznie zada­wać pytań.

– Ale dla­czego jedziemy ich odwie­dzić, tato? – pyta tonem, w któ­rym mie­szają się zacie­ka­wie­nie i roz­cza­ro­wa­nie; z reguły o tej godzi­nie gra w Mine­cra­fta.

– Och, chcemy po pro­stu się zoba­czyć – odpo­wiada ojciec. – Nie widzie­li­śmy się z nimi od dłuż­szego czasu. Kie­dyś byli­śmy bar­dzo zaprzy­jaź­nieni.

– A dla­czego mama nie jedzie z nami?

Powstrzy­mu­jesz się, żeby nie wes­tchnąć – twój brat ni­gdy się nie pod­daje. Oboje wie­cie o ostat­nich trud­no­ściach finan­so­wych rodzi­ców i o tym, co myśli wasza matka. Ona prę­dzej by umarła, niż dała to innym do zro­zu­mie­nia. Wie­cie o tym oboje, choć nikt o tym otwar­cie nie mówi. Ale nie trzeba mówić – to czuje się w powie­trzu. Tylko Dome­nico się upiera, aby dowie­dzieć się cze­goś wię­cej. Nie rozu­miesz, z jakiego powodu. Twój ojciec odpo­wiada zawsze nieco męt­nie, potem stara się zmie­nić temat, opo­wia­da­jąc jakąś aneg­dotę o kole­gach z pracy pod­czas prze­rwy obia­do­wej. Wymiana zdań z każ­dym kolej­nym razem trwa kró­cej. Ostat­nio wszy­scy przy­zwy­cza­ili­ście się do ciszy, nawet twój brat.

I rze­czy­wi­ście, po kilku kolej­nych pró­bach Dome­nico prze­staje naci­skać i spusz­cza wzrok na tele­fon. Ty za to ni­gdy nie ode­rwa­łaś oczu od wido­ków za oknem pod­czas jazdy. Masz wra­że­nie, że kolory wsi pasują do two­jej gamy kolo­ry­stycz­nej: brąz pól za oknem po lewej i pra­wej stro­nie, brąz drogi polnej, nawet dolna część nieba zdaje się cza­sami brą­zowa.

Czwarta.

Dom jest ładną kon­struk­cją, ze ścia­nami z cegieł kon­tra­stu­ją­cymi z kolo­rem nieba, które tutaj jest nie­bie­skie.

Coś w rodzaju krót­kiego kruż­ganku sta­nowi ramę dla wła­ści­cieli – wypro­sto­wa­nych i uśmiech­nię­tych, sto­ją­cych przed drzwiami wej­ścio­wymi. Wokół domu roz­ciąga się ogród: leżaki, altana, ścieżki z kamieni, które prze­ci­nają się ze sobą, by po chwili znik­nąć w miej­scu, gdzie trawa uro­sła wyżej.

Marco i Silvia pod­cho­dzą do waszej trójki, obej­mują was i całują w policzki. On ma siwe włosy i atrak­cyjną twarz, ona jest blon­dynką o cie­płym uśmie­chu, nieco wyż­szą od niego. Wydają się mieć wszystko pod kon­trolą.

To dla nich przy­jem­ność gościć was tutaj po tak dłu­gim cza­sie – czy mogą wam coś zapro­po­no­wać? Znają was od małego, gdy się­ga­li­ście, ot, pół metra od ziemi. Coca-cola dla Dome­nica i two­jego ojca, dla cie­bie nic – dzię­ku­jesz. Jak to nic? Przy­naj­mniej szklankę wody.

Przy stole toczy się roz­mowa będąca próbą pod­su­mo­wa­nia lat nie­wi­dze­nia się w for­mie haseł, któ­rych nikt nie chce zgłę­biać: dora­sta­jące dzieci, szkoła, prze­pro­wadzka, trzy zmiany pracy, kilka uak­tu­al­nień doty­czą­cych życia codzien­nego, plany na naj­bliż­sze waka­cje i koniec roku. Twój ojciec opo­wiada i zadaje stan­dar­dowe pyta­nia. Dome­nico szybko koń­czy swoją colę i nie­kiedy się wtrąca, aby dodać coś do opo­wie­ści taty.

Nie rozu­miesz, jak może się tak zacho­wy­wać. Twoim naj­lep­szym rezul­ta­tem w ostat­nich mie­sią­cach było nie­my­śle­nie: gdy tylko zauwa­żasz złe myśli, prze­ry­wasz je. Nie dajesz im nawet wybrzmieć w gło­wie do końca. Wypi­jasz łyk ze szklanki, która stoi przed tobą na­dal pełna. Nie­kiedy wokół stołu roz­lega się roz­pra­sza­jący śmiech, który sygna­li­zuje przej­ście do kolej­nego tematu.

Czwarta trzy­dzie­ści.

Ton głosu ojca pod­niósł się o oktawę; ojciec stara się zna­leźć spo­sób, aby nawią­zać do sedna sprawy. Roz­glą­dasz się wkoło, przy­glą­dasz się zdję­ciom wiszą­cym na ścia­nach – głów­nie z podróży: ich dwoje na plaży, na żaglówce, przed namio­tem na polu – oraz tuzi­nowi egzo­tycz­nych przed­mio­tów, od tale­rzy po malo­wane drew­niane maski. Twój ojciec mówi teraz szyb­ciej, jak zawsze, gdy stara się ukryć zawsty­dze­nie. Z sufitu nad sto­łem zwisa jeden z tych żyran­doli w arab­skim stylu, z małymi, kolo­ro­wymi szkieł­kami wto­pio­nymi w struk­turę z kutego żelaza.

Za pięt­na­ście piąta.

Gdy wsta­jesz, aby wyjść do ogrodu, ojciec jesz­cze mówi. Wyja­śniasz, że potrze­bu­jesz powie­trza, bo w środku jest za gorąco.

Na progu oddy­chasz głę­biej. Powie­trze jest chłod­niej­sze niż wtedy, gdy przy­je­cha­li­ście, a na pogodne niebo wró­cił lekki wie­trzyk, który czu­łaś rano. Idziesz wzdłuż żywo­płotu wyzna­cza­ją­cego gra­nice ogrodu – w tę i z powro­tem. Idziesz wzdłuż ście­żek utwo­rzo­nych z ośmio­kąt­nych kamieni, które uka­zują się i giną w miej­scach, gdzie trawa jest wyż­sza. Przy­glą­dasz się z bli­ska różom i kwia­tom, któ­rych nazw nie znasz. Pochy­lasz się, aby poczuć ich zapach.

Cza­sami chcia­ła­byś być taka jak twój brat. Chcia­ła­byś, aby rze­czy cię nie doty­kały. Chcia­ła­byś spo­koj­nie żyć dalej, bez względu na to, co się dzieje tam, na zewnątrz. Ow­szem, udaje ci się zacho­wać rów­no­wagę, ale kosz­tuje cię to mnó­stwo wysiłku. Dobrze by było, gdyby nie­za­ła­my­wa­nie się było zacho­wa­niem spon­ta­nicz­nym, skłon­no­ścią, czymś, o czym nawet nie myślisz, co robisz mię­dzy jedną rundą Mine­cra­fta a wyj­ściem z przy­ja­ciółmi.

W końcu sia­dasz na nieco odda­lo­nej od domu huś­tawce. Prze­no­sisz wzrok z zie­leni traw­nika na niebo, które zaczyna ciem­nieć. Huś­tasz się powoli, czub­kami pal­ców muska­jąc trawę, i myślisz sobie, że twój ojciec powi­nien już dostać to, po co przy­je­chał, lub przy­naj­mniej o to zapy­tać.

Cze­kasz jesz­cze minutę, potem zeska­ku­jesz z huś­tawki i ruszasz w stronę domu.

Dzie­sięć po pią­tej.

Wcho­dzisz do jadalni odprę­żona. Czu­jesz, że teraz możesz prze­trwać popo­łu­dnie, mimo wszystko, bez uszczerbku. I dopiero gdy odsu­wasz krze­sło, aby zająć swoje miej­sce, zauwa­żasz, że sprawy nie poszły tak, jak miały. Oce­niasz uważ­nie minę ojca, potem brata. Obaj usil­nie się sta­rają zacho­wać na twa­rzy coś, co w ich prze­ko­na­niu przy­po­mina uśmiech. Rów­nież gospo­da­rze się uśmie­chają, ale jedno z nich zdra­dza ner­wo­wość: ude­rza nie­prze­rwa­nie knyk­ciami w nogę stołu, wywo­łu­jąc cią­głe wibra­cje, które roz­cho­dzą się po całym bla­cie. Gdy odsu­wasz krze­sło, pod­łoga gło­śno skrzypi.

Znaj­du­jesz łazienkę na końcu kory­ta­rza, ostat­nie drzwi przed scho­dami. Twoje kroki brzmią wyraź­nie, gdy się odda­lasz.

Biała umy­walka, białe kafelki. Tutaj trzeba uwa­żać bar­dziej niż zwy­kle. Prze­krę­casz klucz w zamku, a potem szybko otwie­rasz kolejne szu­flady szafki pod umy­walką, drzwiczki komody, ścien­nej szafki z lustrem. Oto jest. Tylko raz a dobrze, i tyle. Doty­kasz zim­nym ostrzem przed­ra­mie­nia.

Jakiś czas temu odkry­łaś nowy spo­sób oddy­cha­nia. Zro­bi­łaś to sama, w zaci­szu swo­jego pokoju, a potem powie­rzy­łaś rachu­nek cze­muś, co znasz tylko ty – zie­lo­nemu pudełku z kar­tonu, które powoli staje się coraz cięż­sze. Odkry­łaś inny spo­sób oddy­cha­nia. W tym celu musisz prze­ła­mać barierę mię­dzy tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne, mię­dzy tym, co ma wyjść, a tym, co ma wejść. Teraz wiesz, jak to się robi, jak doko­nuje się tej wymiany, jak się otwiera szcze­linę, w któ­rej wszystko się ze sobą łączy: to, co w środku, z tym, co na zewnątrz. Potrze­bu­jesz tej szcze­liny – potrze­bu­jesz, aby z każ­dym kolej­nym razem była otwarta tro­chę dłu­żej.

Tylko jeden raz – i wystar­czy. Wiesz, co robić: przy­ci­skasz ostrze do skóry, liczysz do stu, czy­ścisz wszystko i odcho­dzisz.

Pamię­taj, aby wło­żyć żyletkę do kie­szeni. Dziś wie­czo­rem twoje pudełko pod łóż­kiem wzbo­gaci się o nowy ele­ment.

Dzie­więć­dzie­siąt sie­dem,

dzie­więć­dzie­siąt osiem,

dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć…

Pew­nego dnia wszystko to wyrzu­cisz…

Sto jeden,

sto dwa,

sto trzy…

Między wierszami z Martą

Ste­fano Vicari

Kim jest Marta

Marta to bar­dzo inte­li­gentna pięt­na­sto­latka, o któ­rej rodzice mówią, że jest wraż­liwa i grzeczna. W prze­biegu jej roz­woju nie było abso­lut­nie nic nie­pra­wi­dło­wego; dziew­czyna od pierw­szych lat szkoły pod­sta­wo­wej osią­gała dosko­nałe wyniki w nauce, podob­nie jak w spo­rcie czy innych zaję­ciach pozasz­kol­nych.

Jej rodzina wydaje się bar­dzo zżyta. Mama i tata żyją w har­mo­nij­nym związku. Razem – z uczu­ciem i odda­niem – wycho­wują Martę i Dome­nica, młod­szego brata pięt­na­sto­latki. Pozor­nie har­mo­nijne i pogodne życie zostaje dra­ma­tycz­nie nazna­czone przez zda­rze­nie, do któ­rego docho­dzi pew­nego let­niego dnia. Pod­czas wizyty u daw­nych zna­jo­mych ojca Marta zostaje zna­le­ziona w łazience, omdlała i krwa­wiąca, z głę­bo­kim nacię­ciem na przed­ra­mie­niu; obok niej leży żyletka. Karetka odwozi ją do szpi­tala, gdzie pięt­na­sto­latka zostaje przy­jęta na oddział psy­chia­trii dzieci i mło­dzieży z podej­rze­niem próby samo­bój­czej.

Rodzina i przy­ja­ciele są zszo­ko­wani. W rze­czy­wi­sto­ści nikt – ani w domu, ani w szkole – nie zauwa­żył cier­pie­nia

Marty, jej złego samo­po­czu­cia, które ewi­dent­nie pogar­szało się od dłuż­szego czasu i które musiało wyda­wać się jej tak nie do wytrzy­ma­nia, jak nie­wy­ra­żalne.

Eks­tre­malny epi­zod pozwala jed­nak Mar­cie zako­mu­ni­ko­wać wła­sny ból oraz de facto popro­sić o pomoc i wresz­cie ją otrzy­mać. Nagła hospi­ta­li­za­cja okaże się pierw­szym kro­kiem w pro­ce­sie lecze­nia, który powoli dopro­wa­dzi do uświa­do­mie­nia sobie przez nią cier­pie­nia wewnętrz­nego oraz do odna­le­zie­nia rów­no­wagi oso­bi­stej i dobro­stanu psy­chicz­nego.

Znaczenie samookaleczania Marty

Marta zawsze była postrze­gana jako dziew­czyna zdolna, samo­dzielna oraz „dobra we wszyst­kim”: wyso­kie wyniki w nauce i spo­rcie leżały u pod­staw jej poczu­cia wła­snej war­to­ści, przy­naj­mniej tego pozor­nego. Bli­scy robili wszystko, by oka­zać naszej boha­terce miłość i szczere zain­te­re­so­wa­nie jej suk­ce­sami.

Jed­nak pod­czas pobytu Marty w szpi­talu wycho­dzi na jaw, że po ukoń­cze­niu przez nią pierw­szej klasy szkoły śred­niej jej życie rodzinne się skom­pli­ko­wało. Rodzice mie­rzą się z nie­prze­wi­dzia­nymi i nie­po­ko­ją­cymi trud­no­ściami finan­so­wymi, które – mimo że pró­bują zacho­wy­wać pozorny spo­kój – odda­lają ich emo­cjo­nal­nie od córki oraz zakłó­cają atmos­ferę wza­jem­nego zaufa­nia i nadziei na przy­szłość.

Rela­cje Marty z rówie­śni­kami w szkole są od zawsze bar­dzo powierz­chowne i dziew­czyna zaczyna się nudzić, gdy spę­dza czas z kole­żan­kami. Z jed­nej strony ma poczu­cie osa­mot­nie­nia i izo­la­cji, z dru­giej zaś odczuwa roz­draż­nie­nie, któ­rego nie potrafi wytłu­ma­czyć. Dla­tego zaczyna odrzu­cać pro­po­zy­cje wspól­nych wyjść. Ponadto jest nie­rzadko tak zmę­czona i apa­tyczna, że coraz czę­ściej rezy­gnuje z tre­nin­gów i meczów. Uczest­ni­cze­nie we wszyst­kich zaję­ciach, któ­rym daw­niej odda­wała się z łatwo­ścią i przy­jem­no­ścią, staje się dla niej coraz bar­dziej męczące i coraz mniej inte­re­su­jące. Sku­pie­nie się na zada­niach domo­wych rów­nież wymaga od Marty więk­szego wysiłku niż wcze­śniej, czego kon­se­kwen­cje szybko stają się widoczne. Dziew­czyna otrzy­muje coraz gor­sze oceny, co jest dla niej cał­ko­witą nowo­ścią, zwa­żyw­szy na to, że zawsze była jedną z naj­lep­szych uczen­nic.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki