Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 404 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nie myśl, że znikną - Marcin Grygiel

Jest spokojny kwietniowy dzień, gdy grupa chłopców znajduje w parkowym jarze ciało mężczyzny. Zwłoki są nagie od pasa w dół, twarz zmasakrowana, a w pośladki wbite kawałki szkła. Ofiarą okazuje się śląski biznesmen.

Kilka dni później zostają odkryte kolejne zmasakrowane zwłoki.

Czy te sprawy są ze sobą powiązane? Czy komisarz Walter, który został przeniesiony do Katowic z komendy stołecznej, ma do czynienia z ofiarami szaleńca? A może to tylko zbieg okoliczności. Czasami wszystko jest po coś…

Marcin Grygier (ur. 1969 r.) – absolwent Politechniki Śląskiej, z wykształcenia chemik, pracuje w branży związanej ze sprzętem medycznym. Ma żonę i dwóch dorosłych synów. Z zamiłowania − narciarz, motocyklista i biegacz. W 2016 roku ukazał się jego debiut "Nie patrz w tamtą stronę", który został świetnie przyjęty przez czytelników.

Opinie o ebooku Nie myśl, że znikną - Marcin Grygiel

Fragment ebooka Nie myśl, że znikną - Marcin Grygiel

Copyright © Marcin Grygier, 2017

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Carmen Spitznagel/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Anna Kusojć

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8123-448-1

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rodzicom

PROLOG

Katowice, 25.04.2015

Zapowiadał się bardzo przyjemny wieczór. Jeden z tych, które wieńczą dobry dzień. Szczupły, solidnie zbudowany trzydziestoparolatek zdjął garnitur, uszyty w londyńskiej pracowni Henry’ego Poole’a, wrzucił do szklanki kilka kostek lodu, zalał je bursztynową dwudziestoletnią whisky one barrel, po czym, w samej koszuli i bokserkach, rozsiadł się wygodnie na wielkim, obitym przedniej klasy cielęcą skórą fotelu. Mebel był prezentem od żony z okazji ich piątej rocznicy ślubu. Za każdym razem gdy w nim zasiadał, uzmysławiał sobie, że jest to jedyna dobra rzecz, jaką mu w życiu dała. Dzisiaj jednak nie zamierzał zadręczać się myślami na jej temat, dziś miał dobry dzień i nie chciał go niczym zepsuć. Pierwszą jego obietnicą był telefon, który odebrał wczesnym rankiem. Partner ze Wschodu zadzwonił z wieścią, że trzydzieści wagonów węgla z Donbasu jest gotowych do wysyłki. Gdy wjadą do Polski, będzie miał na nim kilkukrotną przebitkę. Zapłacił w końcu mniej, niż za swój węgiel oferowali chinole, a że trochę trzeba będzie posmarować tu i tam, aby jego, delikatnie mówiąc, mierna wartość opałowa nie była przeszkodą w kontraktach z elektrowniami – cóż, to był koszt wliczony w zysk, który i tak był tłusty jak świąteczna gęś. Wiedział, że dealem z Ukraińcami wkurwi kilku baronów węglowych, z którymi nie od dziś miał na pieńku, ale miał to gdzieś. Oni zrobiliby to samo, gdyby tylko wcześniej niż on dotarli do chłopaków z Donbasu. Tylko że on był szybszy – i dlatego teraz razem ze wspólnikiem mogą tym wszystkim spasionym wieprzom pokazać gigantycznej wielkości środkowy palec. I niech go sobie wsadzą głęboko w dupę!

Dobrze rozpoczęty poranek doprowadził do równie dobrego popołudnia. Dzisiejszy seks – rzeczy, które robili, sobie samym i nawzajem, maksymalnie przekroczone granice, ekstaza, jaką osiągnęli, doprowadzając się do miejsca, gdzie kończyła się przyjemność, a zaczynał ból – spowodował, że czuł każdy mięsień, niczym długodystansowiec po wielogodzinnym biegu. Ale cóż to był za ból! Był warty każdej chwili ekstatycznego seansu, jaki sobie zafundowali. Teraz, choć nie do końca mu się to podobało, był sam. Trudno. W końcu przed nimi jeszcze wiele wspólnych dni. Ta myśl, początkowo radosna, po chwili zachmurzyła mu twarz. Żona. Kto, jak nie ta wysuszona i chowająca się pod toną kremów i innych mazideł jędza, mógłby stanąć na drodze jego szczęścia? Kiedyś jej potrzebował. Była dla niego furtką, przez którą mógł wejść do świata dotychczas przed nim zamkniętego. Potrzebował też jej pieniędzy, bo tylko ich mu brakowało. Miał pomysły, był ambitny, nie bał się ryzyka – ale był goły. A ona, wdowa, żegnająca już swoje najlepsze lata, miała pieniądze. Miała też niespełnione pragnienia, które on mógł zrealizować – nieskrępowany, kipiący wigorem, bezpruderyjny seks. Transakcja była więc korzystna dla obu stron i wszystko działało. Do czasu, aż usamodzielnił się finansowo i nie mógł już dłużej znieść jej fizyczności, coraz bardziej nadgryzanej zębem czasu. Wiedział, że znalazła sobie zastępstwo w postaci półmózga, trenera pilates, co obchodziło go mniej niż zeszłoroczny śnieg, ale wiedział też, że sekutnica, z czystej zemsty, nie da mu rozwodu prędzej, niż nie stanie w samych skarpetkach, świecąc gołym tyłkiem na środku katowickiego rynku.

– Kurwa! – zaklął pod nosem, zły, że pozwolił, by te myśli zepsuły mu wyśmienity nastrój.

Wychylił szklankę i wstał, aby nalać kolejną porcję. Po drodze do barku podniósł ze stołu smartfona i puścił ulubione Radiohead. Ze sprzętu audio, połączonego bluetoothem z telefonem, popłynęły dźwięki Karma Police. Napełnił szkło, zasiadł z powrotem w fotelu i zamknął oczy. Zaczął czuć pierwsze przyjemne objawy działania alkoholu. Ten fajny szum, ta chwila, gdy jeszcze wszystko jest jasne, ma kształty i kontrast, ale myśli już mkną szybciej, są bardziej przejrzyste.

Nagle poczuł, że ktoś za nim stoi. Nic nie usłyszał – żadnego skrzypnięcia podłogi czy otwieranych drzwi, nie zobaczył cienia sylwetki rzucanego na ścianę przez pokojową lampę. Po prostu wiedział, że ktoś za nim stoi. Ktoś, kogo nie powinno tu być. Ktoś, kto chce mu zrobić krzywdę. Ktoś, z kim może… Ostatniej myśli nie zdążył sformułować. Napastnik w potężnym uścisku unieruchomił mu głowę i szybkim, sprawnym ruchem wbił igłę w żyłę, która nabrzmiała na szyi. Pięćset miligramów pentothalu. Po trzydziestu sekundach zwiotczał i czas się dla niego zatrzymał.

Gdy się ocknął, leżał na podłodze. Z wysiłkiem uniósł głowę i stwierdził, że jest nagi.

– Nie śpisz? Miałeś spać! – usłyszał za sobą głos.

Chciał coś powiedzieć, krzyknąć, ale wydał z siebie tylko cichy bełkot. Po policzku pociekła mu strużka spienionej śliny. Spróbował poruszyć kończynami, ale nie potrafił. Od szyi w dół stracił czucie. Jego ciało było teraz workiem z mięsem, kośćmi i krwią, nad którym kompletnie nie panował. Kątem oka zauważył, jak ktoś kucający za nim unosi jego przedramię i zacieśnia nad przegubem opaskę zaciskową; po chwili palcami wskazującym i środkowym nieznajomy zaczął uderzać w przegub jego ręki poniżej opaski.

– Już dobrze – usłyszał ten sam głos. – Coś poszło nie tak, ale zaraz to naprawimy. Dobrze, że masz takie ładne żyły.

Po chwili zwiotczał ponownie. Ostatnie, co zobaczył, to plecy kogoś, kto siedzi na nim okrakiem, i dłoń w silikonowej chirurgicznej rękawiczce, w której błyszczy coś srebrnego. Potem znów zapadł w nicość.

ROZDZIAŁ 1

Drohiczyn, marzec 2015, późny wieczór

Roman Walter czuł się źle. Zmory wróciły. Czekały, aż będzie gotowy, schowane w jakimś ciemnym kącie jego jaźni. Wiedziały, kiedy nadszedł czas. Wyczuły go, jak drapieżnik wyczuwa swoją ofiarę, i gnane zwierzęcym instynktem zajęły należne im terytorium. Ich własną przestrzeń. Tę, w której czuły się najlepiej i którą tak dobrze znały.

Była smukła i miała charakterystyczne, przypominające ścianę lodowca, rzeźbienia na ściankach. Stała w zasięgu ręki i lśniła. Obok szklanka z grubym dnem. Butelka była zmrożona, w szklance kilka kostek lodu. Z głośnika odtwarzacza mp3 płynęły dźwięki trąbki Milesa Davisa. Walter zacisnął oczy i przełknął ślinę. Choć butelka finlandii była zamknięta, a pasek z numerem akcyzy nienaruszony, nadal znajdował się na swoim miejscu, czuł jej zapach. Był niemal namacalny. Fantom drażnił receptory powonienia i kubki smakowe na języku, przyjemnie rozgrzewał przełyk i zalewał lodowym ciepłem ściany żołądka. Był przyjemny. Nie! Więcej – był kurewsko przyjemny. Jak pierwszy papieros wypalony z kolegami w krzakach, jak pierwszy pocałunek i miękkość piersi, skradzione koleżance w tańcu przy dźwiękach Brothers in Arms Dire Straits. Jak wszystko to, za czym tęsknił i czego nienawidził, i od czego wydawało mu się, że uciekł.

Alicja. Nie mogła go już dłużej utrzymywać na powierzchni. Już nie była wyrzutem sumienia i liną, której mógł się złapać. Bo już jej nie było. Po raz kolejny ktoś bliski, kogo kochał i raz zdołał wyrwać śmierci z objęć – odszedł. Wystarczyło parę tygodni i koniec. Czerniak wygrał. Nieodwołalnie i niezaprzeczalnie.

W tylnej kieszeni dżinsów poczuł wibracje komórki. Wyjął ją, spojrzał na ekran i przeczytał: „Gdzie jesteś? Oddzwoń. Musimy pogadać!”. Nie liczył już, który raz w ciągu ostatnich dni dostał tę wiadomość. Różne treści – wciąż takie samo przesłanie. Wygasił ekran i odłożył aparat na stół.

Trąbka Milesa umilkła. Zamiast niej zabrzmiało Thank You Alanis Morissette. Ledwo zarysowany, nostalgiczny uśmiech uniósł kąciki ust Waltera. Tak, tylko ona, pomyślał. Nie znał nikogo, kto zbierałby tak różne gatunki muzyczne. Tylko Alicja. Przed Milesem mogła śpiewać Koteluk, a po Morissette niewykluczone, że zabrzmi Guns’n’Roses. Kiedyś zapytał ją, dlaczego ma taki bałagan w muzyce. „Słucham tylko tego, co mi się podoba”, odparła. „A co ci się podoba?”, zapytał. „Wszystko, pod warunkiem że jest dobre”.

Wzruszył wtedy tylko ramionami. Wiedział, że w tej absurdalnej potyczce na logikę przyczynowo-skutkową jak zwykle polegnie z kretesem. Dlatego po prostu sobie dał spokój, a Alicji frajdę z zapędzenia go w kozi róg.

How ‘bout no longer being masochistic

How ‘bout remembering your divinity

How ‘bout unabashedly bawling your eyes out

How ‘bout not equating death with stopping

Gdy Alanis zaczęła śpiewać końcowe wersy, uświadomił sobie, kiedy ostatni raz słyszał tę piosenkę. Poza Alicją na sali nie było innych pacjentów. Była wiosna, piękna pogoda, wszystkie okna otwarte. Alicja spała. W uszach miała słuchawki z mp3. Gdy się pochylił, aby ją pocałować, usłyszał Thank You. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się. „Ta piosenka, to dziękuję, to takie przewrotnie smutne, wiesz?”, wyszeptała ledwo słyszalnym głosem. Chciał coś powiedzieć, ale położyła mu palec na ustach. „Nieważna piosenka. Ja ci dziękuję, Roman. Za wszystko. Warto było walczyć”. Uśmiechnęła się jeszcze raz i zapadła w narkotyczny sen.

Kilka dni później już jej nie było. Teraz jej ostatnie słowa brzmiały w jego głowie niczym mantra, ciągle i ciągle.

Wstał, podszedł do zlewu i opróżnił butelkę. Puste szkło wylądowało w koszu. Zapalił papierosa, z blistra wycisnął dwie żółte tabletki zolpidemu i wybrał na smartfonie numer nadawcy ostatnich wiadomości. Inspektor Edward Rymarski, naczelnik komendy stołecznej, odebrał po pierwszym sygnale.

ROZDZIAŁ 2

Drohiczyn, marzec 2015, dzień wcześniej

Do Drohiczyna przyjechał przed niecałymi dwoma miesiącami. Gdy odeszła Alicja, postanowił wyjechać ze stolicy. Tym razem na stałe. Miał dość Warszawy i stołecznej. Lecz nade wszystko pragnął uciec od tego, co mu przypominało o ludziach, których kochał i których stracił – od mieszkania na Powiślu, od knajpek, w których kiedyś z Joanną, a później z Alicją jadał kolacje, od parków, do których chadzał na spacery ze swoją córeczką Anetką. Tych kobiet już nie było. Joanna i Anetka zostały zamordowane przez oszalałego z zemsty gangstera, a Alicja, która wypełniła pustkę w jego życiu, przegrała walkę z rakiem. Dwa tygodnie po jej pogrzebie złożył wypowiedzenie, na pniu sprzedał mieszkanie i wyjechał.

Nie miał planu. Wiedział tylko, że chce na wschód. Postanowił tak długo podróżować, aż znajdzie miejsce, które będzie mu odpowiadać. Miał czas, miał pieniądze (biorąc pod uwagę koszt życia poza Warszawą – przynajmniej na kilka najbliższych lat), żadnych zobowiązań, przeszłość, którą rozdrapywał, i przyszłość, o której nie myślał dalej jak dzień w przód. Pojechał drogą sześćset trzydzieści siedem, minął Stanisławów, Węgrów i wjechał na krajową sześćdziesiątkędwójkę. Trzydzieści kilometrów za Sokołowem Podlaskim wjechał do Drohiczyna. Zaparkował samochód i poszedł rozprostować nogi. Widok z Góry Zamkowej – przełom Bugu wijącego się wśród łąk i pól uprawnych – choć zimowo szary i zamazany, przypomniał mu coś, co było długo, długo przed wszystkim. Postanowił, że tu zostanie.

Pierwsze dwie noce, dobre i bez snów dzięki podwójnej dawce zolpidemu, spędził w miejscowym hotelu. Dziesięciopokojowy przybytek świecił pustkami. Gdy zagadnął właściciela, czy nie wie o jakiejś kwaterze, a najlepiej domu do wynajęcia, ten bez zastanowienia zapisał mu adres i zadowolony, że nie będzie musiał grzać całego przybytku dla jednego lokatora, z uśmiechem wskazał drogę.

Niewielki drewniany dom, zadbany, choć tu i ówdzie pamiętający lepsze czasy, stał w sąsiedztwie eternitowych straszydeł z czasów wczesnego Gomułki i sidingowych dziwadeł z lat późnego Wałęsy. W takim towarzystwie, pomalowany na ciemną wiśnię, z dachem pokrytym starą, dobrą blachą – budynek przypominał kwiat, który niespodziewanie wyrósł między płytkami dziurawego, popękanego chodnika. Z właścicielką uzgodnił warunki wynajmu, zapłacił z góry za trzy miesiące i wrócił do hotelu po swoje rzeczy.

– Pan tu chyba nowy? – usłyszał któregoś dnia za plecami. Właśnie wychodził z biblioteki. W Drohiczynie zaczął intensywnie nadrabiać czytelnicze zaległości.

Odwrócił się. Przed wejściem stała zadbana kobieta, mniej więcej trzydziestopięcioletnia. Miała na sobie pikowaną kurtkę w kolorze kawy z mlekiem, a jej szyję owijał szal w brązowo-kremowy deseń Burberry. Na ramieniu miała pasującą do szala torebkę, którą Walter, choć nie był w tej dziedzinie znawcą, bez wahania sklasyfikował jako drogi, markowy produkt.

– Na jakiś czas czy na stałe? – zapytała, zanim zdążył zareagować.

– Nie wiem jeszcze. A dlaczego…

– Bo widuję tu pana od jakiegoś czasu. Wie pan, to mała dziura i nie tak trudno wypatrzeć nową twarz, a pańska wydaje się bardzo interesująca – odparła, wyprzedzając pytanie Waltera.

– Tak pani uważa?

– Tak. Karolina Koszyńska. Jestem przewodniczącą rady miejskiej. – Zdecydowanym, wręcz żołnierskim drygiem wyciągnęła rękę w jego kierunku.

– Roman Walter.

Karolina Koszyńska miała pewny i silny uścisk, choć jej dłoń była kobieco drobna.

– W sobotę organizuję małe przyjęcie. Będzie paru moich znajomych. Proszę przyjść. Pozna pan lokalne indywidua.

Wcisnęła mu w garść wizytówkę, rzuciła lakoniczne „do zobaczenia” i wsiadła do zaparkowanego obok biblioteki mini coopera.

W sobotę wieczorem odprasował koszulę, wyjął z szafy dawno nienoszone chinosy i jasnoniebieską marynarkę – prezent od Alicji, kupiony kiedyś przed wyjściem do teatru, gdy zarzuciła mu, że żadna z tych, które ma w szafie, nie nadaje się nawet na festiwal disco polo. Przez chwilę zastanawiał się, czy wziąć krawat, lecz ostatecznie stwierdził, że elegancko-luźny zestaw będzie bardziej odpowiedni na sobotnie przyjęcie organizowane w domu gospodarza, a w zasadzie chyba gospodyni (Czy ona ma męża? – pomyślał).

Pod adres z wizytówki dotarł w niecałe piętnaście minut. Nawet gdyby jego kwatera leżała na jednym końcu mieściny, a dom Karoliny Koszyńskiej na drugim, droga nie zajęłaby mu więcej niż dwadzieścia, góra dwadzieścia pięć minut.

– Czego pan się napije? Wino, whisky? – zapytała gospodyni na powitanie.

– Wystarczy sok pomarańczowy. Nie piję alkoholu. – Nie umknął mu ledwo zauważalny grymas zdziwienia, który zagościł na twarzy kobiety. – Ach, byłbym zapomniał. Proszę, to dla pani. – Wręczył jej pudełko czekoladek.

– To miłe, dziękuję. Zapraszam dalej. Przedstawię pana.

Goście przebywali w rozległym salonie umeblowanym na kształt szlacheckiego dworku. Na ścianach wisiały szable i kilka trumiennych portretów wąsatych sarmatów i okrągłolicych szlachcianek. Do tego parę trofeów myśliwskich wraz z fuzjami, od których być może dokonały żywota zwierzęta zdobiące teraz przybytek pani Koszyńskiej. W pokoju były już cztery pary, z czego trzy z generacji Waltera i gospodyni. Czwarta wiekowo wyraźnie odstawała od pozostałych – byli znacznie młodsi. Dziewczyna – jak się okazało, córka Koszyńskiej – była blondynką o przeciętnej urodzie, lecz na tyle zadbaną, że mogła się podobać. Jej partner, szatyn średniego wzrostu i budowy, z grzywką modnie spiętą na czubku głowy w kucyk, wygolonymi praktycznie do skóry skroniami i równie modnym zarostem à la drwal, od pierwszego spojrzenia nie przypadł Walterowi do gustu. Nie potrafił stuprocentowo określić, co takiego w tym młodym człowieku wywołało w nim natychmiastową niechęć. Może to ta poza – niby swobodna, ale wyrażająca jakby pogardę czy lekceważenie, a może drwiące spojrzenie, którym obdarzył Waltera, gdy gospodyni dokonywała prezentacji? Nie był pewien, natomiast intuicja podpowiedziała mu, że coś z tym facetem jest nie tak.

Przyjęcie, jak dziesiątki podobnych, przebiegało zgodnie ze standardowym, dobrze znanym Walterowi schematem – towarzystwo dyskutowało, plotkowało, politykowało, od kieliszka do kieliszka coraz to głośniej i bardziej zażarcie, ze stołu znikały sałatki, śledziki i wszelkiej maści zakąski, aż w końcu ktoś włączył muzykę i parkiet w salonie zapełnił się drohiczyńskim establishmentem, podrygującym w rytm biesiadnych dźwięków.

Gdy Walter po raz kolejny musiał odmówić wychylenia jednego małego, postanowił wyjść do ogrodu na papierosa. Gdy tylko solidne drzwi tarasowe stłumiły dźwięki ostatniego hitu potańcówek Ona tańczy dla mnie, Walter poczuł niewysłowioną ulgę. Przyszło mu do głowy, że mógłby po prostu się zmyć i uwolnić od tego taneczno-alkoholowego harmidru, z drugiej strony gospodyni była dla niego naprawdę miła i czułby się głupio, gdyby tak bez pożegnania dał drapaka. Nagle od strony altany, stojącej na drugim końcu ogrodu, rozległ się krzyk. Krótki i z całą pewnością kobiecy – i nie był to okrzyk radości. Walter zgasił papierosa i poczuł nadchodzące napięcie. Gdy zrobił parę kroków w kierunku altany, krzyk rozległ się ponownie. Podszedł bliżej i wtedy usłyszał, że głosowi dziewczyny towarzyszy drugi, męski. Mężczyzna coś mówił. W jego tonie, chłodnym i opanowanym, wyczuł gniew. Po chwili zdał sobie sprawę, jak bardzo ten głos przypomina mu sposób, w jaki mówił do niego syn Malety, wtedy, gdy on siedział przykuty do kaloryfera i patrzył, jak zbrodniarz próbuje pozbawić życia Alicję. Wprawdzie nie dopiął swego i w tej samej godzinie pożegnał się z życiem, ale jego głos, zimny, wyrachowany i pozbawiony uczuć, wciąż pobrzmiewał Walterowi w uszach.

– Brakuje co najmniej dwudziestu gramów. Wiesz, ile to jest warte, kretynko? – wysyczał mężczyzna.

– Ja nic nie wiem. Nie mam pojęcia, co się z tym stało. Puść mnie! – odparła dziewczyna podniesionym głosem.

– Nie wiesz?! A kto ma, kurwa, wiedzieć? – Ton mężczyzny wciąż był chłodny i opanowany. – Wiesz co – nagle pojawił się w nim element rozbawienia – mam pomysł. Wpadnę tu jutro z paroma kolesiami, którzy mają szczególne upodobanie w mamuśkach i córeczkach. W ten sposób, dupą swoją i swojej matki, odpracujesz część długu. A ja to wszystko nagram. Na filmie ze stadem napaleńców rżnących przewodniczącą rady tej pipidówy też zarobię. A kto wie, może sam skorzystam. Z twojej starej jest jeszcze całkiem niezły lachon.

– Ty? – Dziewczyna parsknęła śmiechem. – A kupiłeś już viagrę? Bo ostatnio coś ci szwankuje.

W altanie nagle zapadła cisza. Walter mógł słyszeć, jak przez szum nocnego wiatru przedziera się sapanie rozwścieczonego mężczyzny. Rozległo się głuche uderzenie, a tuż po nim zdławiony okrzyk dziewczyny. Po pierwszym razie nastąpiły dwa kolejne. Komisarz, mając już pewność, że dzieje się tam coś złego, wkroczył do altany.

– Zostaw ją! – krzyknął.

Agresor odwrócił się zaskoczony. Nie spodziewał się, że ktoś mu przeszkodzi. Dziewczyna leżała na podłodze, zwinięta w kłębek, rękami osłaniając głowę i brzuch.

– Nie wtrącaj się, dziadek – odpalił po chwili. – Nie twój interes. Wracaj do pozostałych.

Walter poczuł, że napinają mu się mięśnie. Znowu dopadło go déjà vu. Tym razem inne od poprzedniego i jeszcze gorsze. Wrócił na parking przy Puszczy Kampinoskiej…

– Wypuść ją natychmiast! – zażądał.

– Głuchy, kurwa, jesteś? Spierdalaj stąd – wysyczał przez zaciśnięte zęby brodaty młodzieniec i pchnął Waltera w pierś.

Nie zdążył cofnąć ręki. Walter błyskawicznie złapał go za przedramię i przyciągnął do siebie. Nie spodziewając się takiej reakcji, mężczyzna wypadł z altanki i przelatując przez nogę komisarza, jak długi upadł na trawę. Walter podszedł do dziewczyny. Córka Karoliny Koszyńskiej oddychała płytko. Z jej rozbitego nosa kapała krew. Miała szeroko otwarte oczy. Walter zobaczył w nich strach i coś jeszcze – coś, co dobrze znał. Widział to w oczach Alicji podczas nocnych koszmarów, powracających jak zły demon; widział to w oczach Joanny i proszących o pomoc oczach Anetki. Córka Koszyńskiej była w tej chwili wszystkimi kobietami jego życia jednocześnie. Bezbronna, na łasce zwyrodnialca.

Zmysły Waltera oderwały się od rzeczywistości. Gdy do niej wrócił, był unieruchomiony przez dwóch mężczyzn. Wokół stali wszyscy goście. Na trawie, trzymając się za pokrwawioną twarz, leżał brodacz.

Wyrwał się i wybiegł z ogrodu. W sklepie przy rynku kupił litrową finlandię i wrócił do siebie.

ROZDZIAŁ 3

Drohiczyn, marzec 2015, następnego dnia rano

Obudził się piętnaście minut przed dzwonkiem budzika. Właściwie to nie był pewien, czy się obudził, czy tylko otworzył oczy. Miał wrażenie, że to, co już od kilku tygodni działo się z nim nocami, bardziej przypomina katatoniczne odrętwienie niż sen. Słyszał każdy szmer pod podłogą, monotonne tykanie zegara ściennego, słyszał wszystkie nocne istoty i ich szepty, których za dnia nie rejestrował. A jednak za każdym razem w końcu zaskakiwał go poranek, a w ciągu dnia nie dręczyło go zmęczenie z niewyspania. Gdyby nie był zadeklarowanym racjonalistą, przypuszczalnie zacząłby zgłębiać teorię eksterioryzacji, lecz prawda była taka, że nawet widząc siebie – stojącego obok swego śpiącego ciała – uznałby to za nic więcej jak zręczny, szarlatański trik.

Usiadł na brzegu łóżka i sięgnął po szklankę wody stojącą u wezgłowia. Zwyczaj trzymania wody w zasięgu ręki pozostał mu z dawnych czasów, gdy jej brak o brzasku zmuszał go do półświadomej eskapady do łazienki, co nie zawsze kończyło się bez ubytków w armaturze. Spojrzał na okno. Białe zasłony, haftowane w delikatne, niebieskie ludowe motywy, były odsłonięte. Na dworze było szaro, wschodzące słońce powoli, acz skutecznie zaczęło przeganiać mgły rozlewające się nad meandrami Buga. W Drohiczynie wstawał kolejny dzień.

Dopijał trzecią od rana kawę, gdy za oknem usłyszał chrzęst opon na żwirowym poboczu. Spojrzał na zegarek. Jedenasta. Rymarski był punktualny. Nie czekając na dzwonek, otworzył drzwi i stanął na ganku.

– Gdzieś ty się wyniósł, do diabła? Co to za zabita dechami dziura? – rzucił Rymarski, gdy wymienili powitalny uścisk dłoni.

– Całkiem ładna. Wiem, że chodzenie nie jest twoją pasją, ale po krótkim spacerku na pewno zmienisz zdanie.

Nie trzeba było znać preferencji naczelnika Rymarskiego – wystarczył jeden rzut oka na potężne, grubo ponadstukilowe ciało szefa stołecznej policji i było jasne, że piesze wędrówki nie są jego ulubioną formą spędzania czasu.

– Wiesz co, Roman? Wierzę ci na słowo, ale nie przyjechałem tu na zwiedzanie – odparł i lekko pchnął Waltera do domu.

– Ile lat się znamy? – zapytał, gdy już usiedli przy kuchennym stole.

– Sporo – rzucił Walter. – Z piętnaście?

– Dość, żebym nie uwierzył w tę ściemę, że ta cała ucieczka to panaceum na wszystkie twoje bolączki.

– Edek, czy ja mam w głowie jakąś dziurę, przez którą zaglądasz i widzisz, co w niej siedzi?

– Niepotrzebna mi żadna dziura. I nie muszę być pieprzonym psychoterapeutą, żeby cię rozgryźć.

– O co ci chodzi? – Walter wyglądał na szczerze zdezorientowanego.

– Romek, dostałeś w dupę od życia. Porządnie. Stary, kurwa, nie wiem, jak ja bym sobie z tym poradził na twoim miejscu. Może też zaszyłbym się gdzieś i zalewał codziennie pałę, żeby nie pamiętać.

– Nie piję – wszedł mu w słowo.

– Nie? A ta pusta flaszka? – Rymarski głową wskazał kosz na śmieci pod blatem kuchennym.

– Nie wypiłem jej. Wylałem do zlewu.

– Rozumiem. Kupiłeś ją, bo lubisz wylewać wódkę do zlewu.

– Edek, daruj sobie sarkazm. To nie tak.

– A jak? Ile jeszcze razy dasz radę? Ile butelek skończy w zlewie, zanim pękniesz? Roman, siedzisz w tej dziurze sam jak ten palec w dupie. Nie masz z kim pogadać ani czym się zająć. – W głosie Rymarskiego zabrzmiała troska.

– Skąd ta pewność?

– No, chyba że zostałeś jakimś lokalnym detektywem. Tutaj zaginie kura, tam komuś jabłka z sadu zapierdolą. Na pewno jest co robić! Alicja byłaby z ciebie dumna!

Dotychczas Walter siedział spokojnie. Wysłuchiwał tyrady Rymarskiego, paląc i popijając kawę. Tym razem nie wytrzymał. Wstał gwałtownie, przewracając krzesło.

– Edek, kurwa! Proszę cię, nie przeginaj! Mów, z czym przyjechałeś, albo zabieraj się z powrotem!

Jedno spojrzenie na kumpla wystarczyło Rymarskiemu, by nabrał pewności, że ten nie żartuje. Znał ten wyraz twarzy, te tańczące pod skórą mięśnie żuchwy i rozszerzone nozdrza. Roman Walter był gotowy do ataku.

Rymarski odczekał kilka chwil i przeszedł do meritum:

– Dobra, więc…

– A, i jeszcze jedno – gospodarz wszedł mu w słowo. – Tej flaszki nie powinno tu być. Coś się wczoraj wydarzyło, ale to nie twój zasrany interes!

– Jeśli tak twierdzisz.

– Tak twierdzę.

Rymarski wziął kilka oddechów, walcząc z pokusą podjęcia rzuconej znienacka piłki. Zrezygnował jednak i postanowił przejść do rzeczy:

– Kilka dni temu zadzwonił do mnie kolega z Katowic. Naczelnik tamtejszej komendy wojewódzkiej. Jest wakat, który możesz zająć. Chcesz posłuchać?

ROZDZIAŁ 4

Katowice, 20.04.2015

Nie tak to sobie wyobrażał. W zasadzie niczego sobie nie wyobrażał. Gdy jednak przyjechał do Katowic, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że w głębi duszy spodziewał się czegoś innego. Czegoś – wstyd mu było przyznać nawet przed samym sobą – niższej kategorii. W jego podświadomości pokutował utrwalony przez stereotypy obraz, nad którym wcześniej nawet się nie zastanawiał. Tymczasem na miejscu nie ujrzał rozsianych po horyzoncie kominów fabrycznych, wypluwających ze swych czeluści kłęby toksycznego dymu, w powietrzu nie wisiał smog duszących oparów, hutniczych wyziewów i połowy tablicy Mendelejewa, a ludzie na ulicach nie byli przyprószeni węglowym pyłem. Katowice pod względem architektury i infrastruktury niczym nie ustępowały innym wielkomiejskim ośrodkom Polski; na szyldach królowały te same logo kanapkowych potentatów czy szwedzkich tekstyliów, a mieszkańcy wyglądali tak jak rodacy z każdego innego miejsca w kraju.

Inspektor Stefan Król, prawa ręka komendanta wojewódzkiego, był postawnym czterdziestolatkiem o sylwetce i czuprynie, które z pewnością wzbudzały zazdrość u rzeszy jego rówieśników, dźwigających ponad paskami spodni dowody uwielbienia piwa i słonych przekąsek – o ich żonach nie wspominając. Stylowe szylkretowe oprawki okularów, które miał na nosie, dodawały mu wdzięku i sprawiały, że nieco przypominał komiksowego Supermana z lat sześćdziesiątych. Gdy Walter pojawił się w progu jego gabinetu, Król stał przy oknie, tyłem do wejścia, trzymając przy uchu komórkę. Rozmowa nie należała do najprzyjemniejszych. Wolna ręka mężczyzny była zaciśnięta w pięść i tłukła energicznie w parapet, wprawiając w stan chwiejnej równowagi doniczkę, w której rosło coś, co kiedyś być może było paprotką.

– Nie. Nie prześlę ci więcej. Dostałaś tyle, ile miałaś dostać, a z resztą radź sobie sama! Na razie! – Dwa ostatnie zdania inspektor Król wykrzyczał, patrząc na trzymaną w wyciągniętej ręce komórkę. Kiedyś było łatwiej, można było wyładować nerwy i trzasnąć ebonitową słuchawką o widełki. A teraz? Szkoda komórki, bo to i delikatne, i kosztowne.

Inspektor, zrezygnowany, wsunął aparat do kieszeni i w tym momencie dostrzegł stojącego w progu Waltera.

– Co pan tu robi, do cholery? Kim pan jest?

– Komisarz Roman Walter. Miałem się dziś zgłosić.

– Ach tak, rzeczywiście. Niech pan siada, komisarzu. – Król wskazał Walterowi krzesło po drugiej stronie biurka. – Przepraszam, inspektor Stefan Król – dodał, wyciągając rękę.

Uścisk dłoni miał pewny i mocny, co w zestawieniu z sylwetką, jasnym i pewnym siebie spojrzeniem utwierdziło Waltera w przekonaniu, że ma do czynienia z wysportowanym, prowadzącym zdrowy tryb życia mężczyzną – zupełnym przeciwieństwem większości kolegów po fachu, którzy miewali problemy z zaliczeniem testów sprawnościowych. Nie wiedział jeszcze, czy go polubi, czy będą nadawali na podobnych falach, ale chyba były ku temu spore szanse – w oczach Waltera Król zdał test pierwszego wrażenia. Czy zadziałało to też w drugą stronę? Niespecjalnie o to dbał. Jeśli ktoś go lubił, to super, a jeśli nie – to już nie problem Waltera. Martwić powinni się raczej ci, których on nie lubił.

– Ciągle mi robi takie numery – westchnął Król.

– Tak?

– No, ta moja asystentka, jak rany – sprecyzował. W końcu Walter słyszał fragment jego rozmowy telefonicznej. – Wie pan – Król przysunął się bliżej i zaczął mówić scenicznym szeptem: – niezła z niej dupa, ale głupia taka, że szkoda gadać. Wywaliłbym ją już dawno, ale co zrobię, jeśli następna też będzie głupia i na dodatek, nie daj Boże, szpetna? – Wzruszył ramionami.

– Jest też trzecia możliwość – powiedział Walter, uśmiechając się.

– Dobra, dobra. Wiem, co ma pan na myśli, ale ja durnej trójki w totka trafić nie mogę, więc wolę nie ryzykować. – Inspektor mrugnął porozumiewawczo i dodał: – Czego się pan napije, komisarzu?

– Herbaty. Earl grey, jeśli jest.

Gdy Król wyszedł, Walter rozejrzał się po gabinecie swojego nowego pryncypała. Pomieszczenie było niewielkie, ale funkcjonalne. Umeblowanie ograniczało się do biurka, na którym stał sporych rozmiarów monitor LCD, a także laptop w stacji dokującej, klawiatura, notatnik i parę długopisów w kubku z logo drużyny piłkarskiej Ruch Chorzów, oraz do wąskiego regału z kilkoma pucharami i proporczykami. Ścianę za biurkiem inspektora Stefana Króla ozdabiały dyplomy i kilka zdjęć przedstawiających sportową drużynę chłopięcą. W trenerze towarzyszącym podopiecznym rozpoznał Króla. Puchary, sportowa sylwetka, zdjęcia z młodzikami – inspektor z zamiłowania był trenerem piłkarskim, nie było co do tego najmniejszych wątpliwości. Rozważania Waltera przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Do gabinetu, niosąc na tacy filiżanki z parującą herbatą, wkroczyła urodziwa asystentka inspektora, a zaraz za nią on sam. Walter widział ją wcześniej (to ona, twierdząc, że Król już czeka, wpuściła go do jego gabinetu), jednak dopiero teraz, zainspirowany ocierającymi się o seksizm wyznaniami Króla, otaksował kobietę, zaczynając od miejsca, na którym dziewięćdziesiąt procent mężczyzn zawiesza wzrok, oceniając kobietę. Ma rację pan trener, przyznał w duchu i potwierdził to samo po raz wtóry, gdy pani Justyna odwróciła się tyłem, żeby wyjść.

– Chciałem panu przedstawić aspiranta Adriana Szutkowskiego, ale jest na zwolnieniu lekarskim – powiedział Król, gdy asystentka zamknęła za sobą drzwi.

– A kto to taki? – zapytał Walter.

– Będzie pana bezpośrednim podwładnym i prawą ręką. – Walterowi nie do końca się spodobało, że z góry zdecydowano, kto z zespołu kryminalnych ma zostać jego prawą ręką, ale postanowił na razie nie dawać temu wyrazu. – Domyślam się, że takie odgórne ustalenie może się panu nie spodobać – kontynuował Król, jakby czytał w jego myślach – ale z Szutkowskim sprawa jest dość delikatna. Chociaż nie jestem pewien, czy to najlepsze określenie, jakiego w tej sytuacji mogę użyć.

– Rozumiem, inspektorze, że chce mi pan o czymś powiedzieć.

– Komisarzu Walter, zanim pan tu przyjechał, rozpytałem o pana. Nie tylko u Rymarskiego, ale też u paru innych osób, i wiem, że z pana kawał twardego sukinkota i skutecznego psa.

– Miło słyszeć, ale co to ma wspólnego z Szutkowskim?

– Myślę, że mogę być z panem zupełnie szczery i że będzie pan w stanie poradzić sobie z sytuacją, którą zastanie. Jeszcze kilka dni temu Szutkowski był pewien awansu i stanowiska, które właśnie pan obejmuje.

– I nagle zamiast awansu zostaje zaszczycony propozycją stanowiska prawej ręki osoby, która z pewnością w jego oczach go wygryzła. To tak na otarcie łez?

– Poniekąd. Według mnie Szutkowski nie dojrzał jeszcze do tej roli. Ma spore ambicje i aspiracje, lecz nie jest to poparte ani doświadczeniem, ani osiągnięciami. Poza tym jest to typ człowieka, który wierzy w swoją nieomylność i ma problem z zaakceptowaniem innego zdania niż jego własne. Sam pan widzi, skąd we mnie te obiekcje.

– Skąd więc jego nadzieje na to stanowisko? A tak w ogóle dlaczego on jeszcze tu jest?

– Szutkowski ma wuja. Prokuratora z rejonowej. Ten wuj to stary wyga. Zna wszystkich, których trzeba znać. Muszę przyznać, że z niego też kawał twardego i skutecznego skurwiela. – Słysząc te słowa po raz kolejny, Walter pomyślał, że „twardy, skuteczny skurwiel” to swoista nobilitacja w ustach Króla. – Ale w przypadku siostrzeńca wszystkie moralne zasady wyznawane przez Norberta Jarząbka szlag trafia. Mamy do czynienia z najgorszym rodzajem nepotyzmu, jaki można sobie wyobrazić.

– Czyli jest szansa, że prokuratorskich krewnych można spotkać tu i ówdzie?

– O ile wiem, nie. Nie ma dzieci ani bliższych krewnych poza siostrą, więc siłą rzeczy aspirant Adrian Szutkowski jest jego najbliższą rodziną.

– To go nie usprawiedliwia, ale może tłumaczy – stwierdził Walter.

– W każdym razie rozumie pan już, dlaczego nie mogłem się go pozbyć. Niemniej zagroziłem odejściem, a proszę mi uwierzyć, że tego nie chcę, jeśli Szutkowski wyląduje na stołku, który jutro pan zajmie. Koniec końców ani wilk nie jest do końca syty, ani owca cała. Ale na razie Jarząbek odpuścił, Szutkowski został mianowany na samca beta, a ja mam w kryminalnym najlepszego speca w kraju.

– No to mecz wygrany. – Walter postanowił nawiązać do pozazawodowego hobby Króla.

– Mecz tak, ale puchar jeszcze nie. Tutaj liczę, że pan mi pomoże.

– Nie jestem pewien, czy do końca dobrze zrozumiałem. Mam nadzieję, że nie jestem tu po to, aby wykończyć Szutkowskiego i położyć się na talerz panu prokuratorowi?

– Absolutnie! – Król zaoponował stanowczo. – Jest pan tu, dlatego że jest pan najlepszy i ma pan im udowodnić, że się nie pomyliłem. A jak tam kwestia pańskiego lokum? – Inspektor zmienił temat.

– Na razie zatrzymam się w hotelu, a potem zobaczymy – odparł Walter.

– Myślę, że będę coś dla pana miał. – Król puścił oko, co miało nadać tej informacji kategorię poufności. – Mamy w centrum bardzo ładną mansardę. Od czasu do czasu wykorzystujemy ją do celów operacyjnych. – Ponownie puścił oko. – Niewiele osób z fabryki wie o tym mieszkaniu, a z naszego wydziału w zasadzie tylko ja. Myślę, że może pan się tam na razie zatrzymać, przynajmniej do czasu, aż znajdzie pan coś na stałe. Po co się błąkać po hotelach? – Rozłożył ręce na boki.

– Jeśli mogę skorzystać, to super – powiedział Walter.

– Może pan, może. Gdzieś tu mam klucze… – Król zaczął grzebać w szufladzie. – O, są! – Zadowolony, wręczył Walterowi klucz do zamka typu Yale. – Na karteczce przypiętej do klucza ma pan adres. A teraz chodźmy, przedstawię pana ludziom z wydziału.

Walter podążył za inspektorem Królem. Weszli do pomieszczenia typu open space. Siedzący za biurkami policjanci zwrócili oczy w ich kierunku.

– Słuchajcie, ludzie – zaczął Król. – Chcę wam przedstawić nadkomisarza Romana Waltera, który objął stanowisko szefa wydziału. Nadkomisarz Walter jest doświadczonym śledczym z… A co ty tu robisz? – zapytał nagle, zwracając się do jednego z funkcjonariuszy.

Mężczyzna wstał zza biurka. Miał na sobie ciemny, dobrze skrojony garnitur. Kilka górnych guzików koszuli rozpiął, tak że widać było zawieszony na jego szyi solidnej grubości złoty łańcuszek. Miał trzydzieści parę lat, gładko zaczesane kruczoczarne włosy i głęboko osadzone, ciemnobrązowe oczy. W porównaniu z pozostałymi policjantami w bluzach lub porozciąganych swetrach wyglądał bardziej jak syn lokalnego mafiosa niż typowy policjant z kryminalnego.

– Poczułem się lepiej, panie inspektorze, więc przyszedłem – odparł mężczyzna.

– Panie komisarzu – Król zwrócił się do Waltera – przedstawiam panu aspiranta Adriana Szutkowskiego.

– Komisarz Roman Walter. – Walter wyciągnął rękę w kierunku Szutkowskiego. – Cieszę się, że będziemy razem pracować – powiedział, choć nie był pewien, czy w to wierzy.

Aspirant Szutkowski milczał przez chwilę. Spojrzał na inspektora Króla, jakby tamten miał mu potwierdzić, czy Walter mówi serio, czy też postanowił zadrwić z niego okrutnie.

– Ja również się cieszę, panie komisarzu – odparł w końcu.

Walter zaczął się zastanawiać, co zrobić z wiedzą, którą przekazał mu Król. Jak postąpić z człowiekiem, który z definicji raczej nie będzie mu dobrze życzył. Wybrał najprostszą, starą jak świat strategię: może na otarcie łez Szutkowski miał zostać w wydziale samcem beta, ale nie mogło podlegać wątpliwości, kto jest samcem alfa.

– Nie lubię niedomówień, więc chciałbym postawić sprawę jasno – zaczął Walter. – Wiem, że liczyłeś na objęcie stanowiska szefa wydziału. Tak się nie stało. Nie wiem dlaczego, ale taki jest fakt. Faktem jest też, że będziemy ze sobą współpracować, i ma to być współpraca na zdrowych zasadach, opierająca się na zaufaniu i lojalności. Czy mogę na ciebie liczyć?

Szutkowski milczał. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Po chwili się uśmiechnął, a w jego brązowych oczach pojawił się błysk. Wyciągnął w kierunku Waltera otwartą dłoń.

– Zapewniam pana, że może pan na mnie liczyć. Rzeczywiście przez jakiś czas liczyłem na objęcie tego stanowiska, ale rozumiem, że to jeszcze nie ten moment. Ma pan moją stuprocentową lojalność.

Mężczyźni ponownie uścisnęli sobie dłonie.

– Doskonale – odparł Walter. – Możesz mi w takim razie przedstawić kolegów z wydziału? Myślę, że nie będziemy zajmować więcej czasu panu inspektorowi.

ROZDZIAŁ 5

Katowice, 26.04.2015

Trzech chłopców na rowerach BMX, w bawełnianych bluzach i sięgających do pół łydki kolorowych szortach, lawirując pomiędzy zaparkowanymi samochodami i nielicznymi o tej porze dnia pieszymi, zamiast do szkoły gnało ile sił w stronę parku. Ciepłe promienie wiosennego słońca i głód wrażeń wygnały ich z domów. Wszyscy mieszkali na tym samym osiedlu, nazywanym przez miejscowych Tauzenem. Osiedle sąsiadowało z jednym z największych miejskich parków Europy. Zbudowany w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku park, oaza zieleni otoczona ze wszystkich stron przemysłowymi miastami Górnego Śląska, choć dziś trochę zaniedbany, wciąż pretenduje do miana jednej z największych atrakcji wielkomiejskiej aglomeracji i nadal jest miejscem niedzielnych spacerów rodzin z okolicznych miast. To w jego granicach jest położony słynny – i jak powiadano, przynoszący szczęście piłkarskiej reprezentacji narodowej – Stadion Śląski. To tu w czerwcu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego roku drużyna Kazimierza Górskiego po raz pierwszy, i póki co jedyny, w historii polskiego futbolu w meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata rozgromiła Anglię. Na koronie i płycie śląskiego giganta tysiące gardeł wraz z Mickiem Jaggerem śpiewały o nieosiąganiu satysfakcji, a wraz z Bono o miłości, która rani i każe czołgać się u stóp.

Chłopcy wjechali do parku. Przejechali pod rozkraczonymi nogami kilkunastometrowej abstrakcyjnej żyrafy, po prawej minęli park rozrywki i przed główną bramą ogrodu zoologicznego, stanowiącą niegdyś wrota do neogotyckiego pałacu von Donnersmarcków, skręcili w lewo, jadąc wzdłuż ogrodzenia zoo.

Nagle jadący z przodu gwałtownie zahamował.

– Co robisz, ty gupku?! Mało żech w ciebie nie walnoł! – krzyknął kolega za nim, w ostatniej chwili unikając zderzenia.

– Sam żeś jest gupi! – Pierwszy wyciągnął z kieszeni szortów telefon komórkowy. – I kup se lepiej bryle, bo mosz coś z oczami nie tak!

– Teroz bydziesz dzwonić? Dopiero co my wyjechali! – odezwał się trzeci z rówieśników.

– Nie beda nikaj dzwonić, ino pare fotek pstrykna.

Chłopcy spojrzeli na kolegę jak na zjawisko nie z tego świata.

– Fotki? Ale po co? Tam nic ni ma!

– Widzicie te ptoki za płotem? – Gestem głowy wskazał na chudonogie różowe ptaki.

– Flamingi? Łone tam zawsze som. – Niedoszła ofiara kraksy rowerowej wzruszyła ramionami.

– Lucek, a ty pamiętosz, co baba z przyry zadała na następny tydzień? – Fotograf amator uniósł brwi w pytającym geście.

Lucek miał wyraz twarzy jaskiniowca przeniesionego machiną czasu na środek katowickiego ronda. Z niemym pytaniem, szukając pomocy, zwrócił się do Michała, tego, który jechał na końcu.

– Zimny, ty zawsze tak musisz? – odezwał się Michał z udawaną troską w głosie. – Przeca wiesz, że Luca piznoł sie w łeb, jak wylecioł z kołyski!

Lucek, barczysty chłopak o głowę przewyższający kolegów, powoli zsiadł z roweru, delikatnie, niczym drogocenny przedmiot położył go na alejce i jednym skokiem, w tempie nijak nieprzystającym do jego postury, znalazł się przy Michale. Złapał go wpół i zrzucił z roweru, jakby młokos był kartonowym ludzikiem, a nie dobrze odżywionym dwunastolatkiem. Chłopcy zaczęli się tarzać na przylegającym do alei trawniku. Po krótkiej chwili Lucek siedział okrakiem na plecach Michała, okładając kuksańcami jego uda i pośladki. Michał darł się wniebogłosy, próbując zrzucić niewyrośniętego hipopotama ze swoich barków. Postronny obserwator mógłby pomyśleć, że doszło do bójki, być może wtrącić się w akcję lub zadzwonić po straż. Na szczęście o tej porze na ulicach było jeszcze niewielu przechodniów, a ci nieliczni, zaciskając usta, udawali, że nic nie widzą i nie słyszą. Tym razem strategia trzech małp nie była potrzebna. Chłopcy po prostu się wygłupiali, a Michał, dworując sobie z Lucka, doskonale zdawał sobie sprawę z następstw swej złośliwości.

Zimny strzelił parę fotek niemrawym o tej porze roku flamingom, po czym chłopcy umówili się na wieczór, aby wspólnie popracować nad projektem, i ruszyli dalej. Zimny jak zwykle prowadził, Luca znów jechał za nim, a Michał, po niedoszłej kraksie przy ptasiej zagrodzie, stwierdził, że jazda przed Lucą nie jest chyba najlepszym pomysłem, i na wszelki wypadek postanowił nadal trzymać się z tyłu. Za ptakami skręcili w prawo i jadąc wzdłuż ogrodzenia, zaczęli zagłębiać się w dziksze tereny chorzowskiego parku. I tak nieliczni spacerowicze nagle zniknęli, a zadbane alejki z cywilizowanej strony parku z każdym pchnięciem rowerowego pedału zamieniały się w wąskie ścieżki, pokryte popękanym niczym skóra nosorożca asfaltem. Wjechali w las nie las; florystyczną kakofonię o niespotykanej w naturalnych warunkach ilości gatunków drzew i krzewów. Nie wiadomo, czy to z zamiaru, czy też z braku wystarczających środków niezbędnych do utrzymania tej śródmiejskiej dżungli w jakimś kształcie, las przez ponad pięćdziesiąt lat rósł swobodnie, praktycznie nietknięty ludzką ręką, dziś bardziej podobny do buszu niż miejsca, w które zwykło się chadzać na grzyby. Michał, jeszcze kilka minut temu prawiący wewnętrzne komplementy swej przezorności, w jednej sekundzie został zmuszony do rewizji poglądów na temat poziomu bezpieczeństwa jazdy przed lub za Lucą. Gdy za zakrętem dostrzegł plecy zwalistego przyjaciela, wielkością przypominające wrota domku hobbitów, było za późno. Naparł na tylny hamulec (przedni nie działał od ostatniej jesieni i teraz chłopak pożałował, że zaniedbał temat), zarzuciło tylnym kołem i Michał zaliczył efektowną glebę, wpadając wraz z rowerem pod koła kolegi. Lucek nawet nie drgnął. Spojrzał na leżącego Michała, ocenił sytuację i stwierdził, że idzie się odlać. Położył rower na ścieżce i zniknął w krzakach. Zimny i Michał spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Wiedzieli, że Luca w życiu się nie wysika w towarzystwie drugiego człowieka. Czekając na niego, zaczęli rzucać kamieniami w drzewa. Minęło już dobrych parę minut, a Lucek nie wracał.

– Ty, co on tak długo leje? – zapytał Zimny, patrząc w kierunku krzaków, w których zniknął kolega.

– Może go znaleźć nie umie?

– Co? Kogo? – Zimny odwrócił się do Michała i spostrzegł, że ten włożył rękę w szorty i przez rozporek wystawia mały palec, prostując i zginając go w jednoznacznym geście.

– Ale z ciebie zbok! – Po przyjacielsku trzepnął Michała w ucho. – Jego naprawdę długo nie ma – dodał z nutą niepokoju w głosie.

– Dobra, chodźmy zobaczyć. – Michał wyciągnął łapę z szortów.

Oparli rowery o drzewa i ruszyli przed siebie. Ostrożnie stawiali kroki na wilgotnym poszyciu. W powietrzu unosiła się paleta zapachów podmokłego liściastego lasu: mieszanka mchu, jakichś grzybów i gnijących resztek roślin. Słoneczne światło, jeszcze tak żywe i ciepłe w okolicach wybiegu flamingów, teraz wydawało się jakieś rozproszone, jakby z trudem docierało do leśnego poszycia. Suche gałązki z chrzęstem łamały się pod butami i chłopców przeszedł mimowolny dreszcz. W końcu dostrzegli Lucka. Stał nieruchomo kilkanaście metrów od nich i gapił się na coś. Zatrzymali się odruchowo.

– Luca! – krzyknął Michał, lecz tamten nie zareagował.

– Lucek! – powtórzył Zimny. – Co jest grane?

Chłopcy nieszczególnie mieli ochotę wchodzić głębiej w krzaczasty las, lecz zaniepokojeni reakcją Lucka, a raczej jej brakiem, ruszyli w jego kierunku. Gdy podeszli bliżej, zauważyli, że Lucek jak zahipnotyzowany wpatruje się w coś, co było na dnie niewielkiego jaru, nad którym stał. Podeszli nad krawędź zagłębienia i wychylili głowy, ciekawi, co tak zmroziło ich przyjaciela.

Na dnie parowu twarzą do ziemi leżał mężczyzna. Od pasa w dół był nagi. Miał zakrwawione pośladki. W zakrzepłej krwi migotały kawałki zielonego szkła, rozświetlane przez słabe promienie słońca.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Table of Contents
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5