Nie chodź ciemną doliną - Iwona Menzel - ebook + audiobook + książka

Nie chodź ciemną doliną ebook i audiobook

Iwona Menzel

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W jakim momencie Agnieszka przypieczętowała swój los? Czy była to chwila, w której w piwiarni pani Baumkotter zapytała Hagena: Vous etes Francais, monsieur? A może odrzucając awanse Gigiego Amareno, wielkiego artysty i genialnego kucharza? Wcześniej? Wsiadając do volkswagena Gérarda? Porzucając dla niego Artura - spiskowca? Jeszcze wcześniej? W dniu pierwszej lekcji francuskiego u madame Grinicz? Los dawał jej szansę. Za każdym razem mogła powiedzieć „nie” i nie byłaby tak rozpaczliwie nieszczęśliwa. Nie powiedziała.

 

Jest to historia o wielkich namiętnościach, samotności i szaleństwie. Historia, w której wciąż jeszcze obecne są upiory narodowosocjalistycznej przeszłości i powracają echem wydarzenia sprzed ćwierćwiecza, które zmieniły porządek świata.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 359

Rok wydania: 2024

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 17 min

Rok wydania: 2024

Lektor: Marta Markowicz

Oceny
4,5 (37 ocen)
21
15
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
iza_jah

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja, cóż to za zawroty akcji. Niesamowicie wciągająca.
00
Lussi50

Nie oderwiesz się od lektury

super odprezajaca ksiazka pelna humoru polecam
00
agad1907

Nie oderwiesz się od lektury

jak zawsze rewelacja Pani Iwona pisze i śmiesznie i mądrze. Juz kiedyś kilka lat temu czytałam i pamietam,że bardzo mi się podobała. Polecem tą i wszystkie inne. A
00
BarbaraHelena

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
Pinesska

Nie oderwiesz się od lektury

jak każda książka Pani Iwony Menzel - zaskakująca i nie do oderwania się. polecam ogromnie audiobook czytany po mistrzowsku
00



Cho­ciaż­bym cho­dził ciemną do­liną,zła się nie ulęknę, bo Ty je­steś ze mną.

Psalm 23(22), 4

Ewie i Igo­rowi

Wszyst­kie po­sta­cie są wy­two­rem wy­obraźni au­torki, po­do­bień­stwo do osób i wy­da­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ży­cie Agnieszki uło­ży­łoby się pew­nie ina­czej, gdyby ogród ma­dame Gri­nicz nie są­sia­do­wał z ogro­dem babki.

– Wy­jąt­kowo szczę­śliwy przy­pa­dek. Agu­nia nie bę­dzie mu­siała na­wet prze­cho­dzić przez ulicę – oświad­czyła babka. – Na­uczy się fran­cu­skiego i gry na for­te­pia­nie, co z całą pew­no­ścią przyda się jej w ży­ciu. Na­wet ko­mu­ni­ści nie byli w sta­nie za­bro­nić mu­zyki, a Pa­ryż jest sto­licą cy­wi­li­zo­wa­nego świata. Po­zo­sta­nie nią na­dal, kiedy już wszy­scy dawno za­po­mną o to­wa­rzy­szu Wie­sła­wie.

Agnieszka wcale nie była taka pewna, czy ma uwa­żać ten przy­pa­dek za szczę­śliwy. W głębi du­szy po­dej­rze­wała, że sta­ruszka z są­sied­niej willi jest cza­row­nicą. Kiedy drę­czyły ją nocne kosz­mary, Baba Jaga wy­chy­la­jąca się z szafy do złu­dze­nia przy­po­mi­nała ma­dame Gri­nicz. Przy­naj­mniej przez krótki mo­ment, za­nim roz­sy­pała się w proch, z któ­rego wy­sta­wała wy­szcze­rzona w mło­dzień­czym uśmie­chu szczęka.

– Bzdura! – po­wie­działa su­rowo babka. – Żad­nych cza­row­nic nie ma. Ma­dame Gri­nicz jest prze­miłą star­szą pa­nią, od któ­rej mo­żesz się wiele na­uczyć.

– Są – za­pew­niła Agnieszkę Majka, która na­le­żała do naj­le­piej po­in­for­mo­wa­nych osób w mia­steczku, bo jej matka była sprze­daw­czy­nią w Sa­mo­po­mocy Chłop­skiej. – Sama wi­dzia­łam jedną wczo­raj w le­sie. Miała garb, bro­dawkę na no­sie i nio­sła na ple­cach wo­rek z ko­śćmi. Jak my­ślisz, dla­czego ma­dame Gri­nicz nie ma ani dzieci, ani wnu­ków? Bo wszyst­kie je zja­dła.

Ma­dame rze­czy­wi­ście miesz­kała sama, w wiel­kim, sta­rym domu, któ­rego jej wszy­scy w Fa­le­nicy za­zdro­ścili. „Willa Ta­mara” miała pół­okrą­gły ga­nek z ko­lu­mien­kami i wie­życzkę z bel­we­de­rem, gdzie nocą czę­sto pa­liło się świa­tło. Majka twier­dziła, że ma­dame więzi w niej sie­rotkę-bi­dulkę i zmu­sza ją do tka­nia ze słomy zło­tego szala, który z pierw­szym pia­niem ko­guta za­mie­nia się w po­piół. Nie­wy­klu­czone, że Agnieszka bę­dzie mu­siała ją za­stą­pić, bo wła­śnie przez ten po­piół sie­rotka na­ba­wiła się su­chot i długo nie po­cią­gnie.

– A tak w ogóle, to po co ci ten cały fran­cu­ski? Kes ke se, koń trawę je, parle, parle, su­cho w gar­dle – sama wi­dzisz, ja też mó­wię po fran­cu­sku, a do ma­dame nie cho­dzi­łam. Na twoim miej­scu do­brze bym się za­sta­no­wiła.

Nic więc dziw­nego, że kiedy babka, ści­ska­jąc mocno jej do­kład­nie wy­szo­ro­waną rękę, po raz pierw­szy za­pro­wa­dziła ją do „Willi Ta­mara”, na wi­dok sto­ją­cej w progu kru­chej sta­ruszki Agnieszka za­nio­sła się strasz­li­wym ry­kiem.

– Nie zo­sta­wiaj mnie tu­taj! Zo­ba­czysz, umrę na su­choty! – wrzesz­czała, obej­mu­jąc kur­czowo ko­lano babki. – Nie chcę tkać słomy! Ja już umiem po fran­cu­sku – kes ke se, koń trawę je, wule wu, krowa robi muu!

– Bar­dzo pa­nią prze­pra­szam, ma­dame Gri­nicz, nie mam po­ję­cia, co się z tym dziec­kiem stało – po­wie­działa głę­boko za­że­no­wana babka, usi­łu­jąc strzą­snąć ucze­pioną jej nogi Agnieszkę. – Mówi od rze­czy, to pew­nie z upału.

– Ależ wcale nie mu­sisz zo­sta­wać, je­żeli nie masz na to ochoty, ma pe­tite – za­sze­le­ściła sta­ruszka. – Będę jed­nak ogrom­nie z tego po­wodu za­wie­dziona, bo spe­cjal­nie dla cie­bie upie­kłam pyszne tar­ta­letki z ma­li­nami.

Agnieszka nie miała po­ję­cia, co to są tar­ta­letki, ale po­dej­rze­wała, że po ugry­zie­niu tego cze­goś za­pada się w stu­letni sen. Wy­ba­wić z niego może zaś tylko po­ca­łu­nek księ­cia, a je­żeli cze­goś Agnieszka na­prawdę nie zno­siła, to po­ca­łun­ków. Kiedy ciotki mó­wiły: „Chodź tu do nas, skar­bie, na piesz­czotki”, je­żyły jej się włosy na karku.

– Bab­ciu, czy ty nie wi­dzisz, że to cza­row­nica? – jęk­nęła z roz­pa­czą, nie od­ry­wa­jąc po­liczka od ko­lana babki.

– Wy­daje mi się, że je­steś źle po­in­for­mo­wana – rzu­ciła nie­dbale ma­dame Gri­nicz. – Cza­row­nice po­znaje się po czar­nym ko­cie, a ja nie mam kota, tylko pa­pugę. Nie je­stem więc cza­row­nicą, tylko do­brą wróżką.

Bar­dzo moż­liwe, że gdyby nie ta pa­puga, Agnieszka ucie­kłaby do domu i nic by nie wy­szło z jej na­uki fran­cu­skiego, ale ptak zu­peł­nie ją za­fa­scy­no­wał. Był nie tylko ba­jecz­nie ko­lo­rowy, ale też miał do­sko­nałe ma­niery, przy pod­wie­czorku ba­lan­so­wał ele­gancko na jed­nej no­dze na po­rę­czy krze­sła, ści­ska­jąc w pa­zu­rach dru­giej ka­wa­łek ciastka. Uno­sił go naj­pierw do pra­wego, po­tem do le­wego oka, przy­glą­dał mu się bacz­nie z każ­dej strony, prze­krzy­wiał pięk­nie upie­rzoną głowę i uprzej­mie pro­po­no­wał Agnieszce: Une tarte? Une tarte? De­li­cieux, de­li­cieux, ma­de­mo­iselle! Po­sta­no­wiła wku­wać fran­cu­skie słówka dzień i noc, żeby móc zro­zu­mieć, co do niej mówi. Ma­dame Gri­nicz na­zy­wała go z sza­cun­kiem mon­sieur Pa­po­tin i twier­dziła, że pierw­szych dwa­dzie­ścia lat swo­jego ży­cia spę­dził u pew­nej hra­biny, co uczy­niło go, nie­stety, sno­bem. Na wi­dok go­sposi, pani Wisi, mon­sieur Pa­po­tin za­sty­gał w pół słowa i sy­czał:

– Pas de­vant les do­me­sti­ques, pas de­vant les do­me­sti­ques![1]

W obec­no­ści li­sto­no­sza, hy­drau­lika albo wę­gla­rza tylko mil­czał wzgar­dli­wie.

Oboje, mon­sieur Pa­po­tin i ma­dame, prze­by­wali du­chem głów­nie w Sankt Pe­ters­burgu z cza­sów ich mło­do­ści. Cza­sów, kiedy to pę­dziło się trojką po za­śnie­żo­nych la­sach, tań­czyło do upa­dłego na ba­lach i kiedy żył jesz­cze mąż ma­dame, Alek­siej Fio­do­ro­wicz Gri­nicz, smu­kły car­ski ofi­cer, który za­rzu­cał na jej ra­miona so­bole i obie­cy­wał przy­szłość po­dobną do bajki.

Ten świat uto­nął w mo­rzu krwi, o czym ma­dame wo­lała nie pa­mię­tać. W willi nie było dla­tego ani jed­nego lu­stra, które mo­głoby jej przy­po­mi­nać o upły­wie czasu. Wciąż miała dzie­więt­na­ście lat i cze­kała, aż Alek­siej za­bie­rze ją na bal.

– Dla­tego nie wy­je­cha­łam do Fran­cji, moja droga – wy­ja­śniła kie­dyś Agnieszce. – Ni­gdy nie wia­domo, kiedy Alek­siej wróci. Ty, na­to­miast, ko­niecz­nie mu­sisz zo­ba­czyć Pa­ryż. Opo­wiesz mi, czy bu­ki­ni­ści na­dal sprze­dają książki nad Se­kwaną i czy można jeź­dzić konno po La­sku Bu­loń­skim. Pójdź też, pro­szę, tam, gdzie miesz­ka­łam jako mała dziew­czynka: Bul­war Ma­le­sher­bes, nu­mer 17, na pierw­szym pię­trze. Kon­sjerżka na pewno mnie jesz­cze pa­mięta.

– Bar­dzo wąt­pię, żeby ją ktoś pa­mię­tał – po­wie­działa po­sęp­nie Agnieszka do babki. – Jest strasz­nie stara, star­sza na­wet od cie­bie, ma ze sto lat, a może i wię­cej. Nie wie­rzę, żeby kie­dy­kol­wiek była małą dziew­czynką.

Skóra na dło­niach ma­dame przy­po­mi­nała su­che skrzy­dła nie­ży­wej ważki i Agnieszka, uj­mu­jąc jej ręce, oba­wiała się po­cząt­kowo, że roz­sy­pią się pod do­tknię­ciem jej pal­ców. Nie roz­sy­py­wały się jed­nak, wprost prze­ciw­nie, oka­zało się, że są zwinne jak wie­wiórki. Po­kry­wały strony ze­szytu, który ma­dame na­zy­wała ka­je­tem, ry­sun­kami, przed­sta­wia­ją­cymi to, o czym wła­śnie mó­wiła: po­krytą pusz­kiem pe­che, ru­miane pomme, lśniącą ce­rise[2]. Z cza­sem ilu­stro­wała całe hi­sto­rie. Przez długi czas Agnieszka była prze­ko­nana, że wszyst­kie wy­da­rzyły się ma­dame albo człon­kom jej ro­dziny, i była zdu­miona, od­naj­du­jąc je póź­niej w po­wie­ściach Du­masa i Verne’a.

– Ona wcale nie jest cza­row­nicą – zwie­rzyła się Majce, wi­szą­cej nie­dbale na trze­paku głową w dół. Była to umie­jęt­ność, któ­rej Agnieszka bo­le­śnie jej za­zdro­ściła, po­dob­nie jak cel­nego plu­cia na od­le­głość i pod­no­sze­nia bez zmru­że­nia po­wiek pa­ją­ków za nogę. – Jej oj­ciec był hra­bią i spę­dził nie­win­nie dwa­dzie­ścia lat w wię­zie­niu, ale po­tem uciekł, zna­lazł skarb i udał się w po­dróż do­okoła świata. Po osiem­dzie­się­ciu dniach wró­cił z po­wro­tem.

– Też mi coś – od­parła obo­jęt­nie Majka. – Mój tata też sie­dział w pier­dlu, a z po­dróży do­okoła świata do tej pory nie wró­cił.

Obe­szło się bez ku­cia słó­wek. Po pro­stu któ­re­goś dnia oka­zało się, że Agnieszka mówi po fran­cu­sku rów­nie płyn­nie jak po pol­sku, wie wię­cej o zam­kach nad Lo­arą niż o Wa­welu, zna na­zwy dwu­dzie­stu ga­tun­ków sera i bez­błęd­nie od­róż­nia tarte od ga­teau[3]. Kiedy po raz pierw­szy w ży­ciu wy­sia­dła z po­ciągu na Gare de l’Est, mo­gła wszę­dzie tra­fić z za­mknię­tymi oczami. Wszystko w Pa­ryżu wy­da­wało się jej zna­jome. Ten kraj był jej kra­jem, na­le­żała do niego, być może na­wet bar­dziej niż jego pra­wo­wici miesz­kańcy, bo wie­działa o nim wię­cej, znała le­piej jego li­te­ra­turę i po­tra­fiła z pa­mięci na­ry­so­wać plan Wer­salu.

Po­dob­nie oczy­wi­ste wy­dało jej się to, że na­leży do Gérarda.

Spo­tkała go, idąc pie­szo szosą do St. Malo. Pod­rzu­cił ją sa­mo­cho­dem do mia­sta i za­pro­sił na ko­la­cję. W od­dzie­lo­nym plu­szową ko­tarą se­pa­ree – nie wie­działa do tej pory, że coś ta­kiego ist­nieje na­prawdę – po­ka­zał jej, jak się je śli­maki, a po­tem, na nad­mor­skich skał­kach, ka­zał jej słu­chać, jak sze­lesz­czą małe kra­biki, kiedy mo­rze się cofa. W tym cza­sie jego ręce błą­dziły po jej pier­siach i czuła jego go­rący od­dech na swo­jej szyi, kiedy za­kli­nał ją, ni­czym tro­skliwy, stary oj­ciec, żeby już ni­gdy, prze­nigdy, nie wsia­dała do sa­mo­cho­dów ob­cych męż­czyzn.

– Jaka jest ta Pol­ska? – za­py­tał, zli­zu­jąc sól z jej ra­mie­nia. – Co wi­dzisz, kiedy my­ślisz o domu?

Co wi­działa? Wi­kli­nowe fo­tele na we­ran­dzie domu babki, ha­fto­wany krzy­ży­kami ob­rus na ogro­do­wym stole, psa, który na sztyw­nych ła­pach wcho­dzi po schod­kach ganku, pu­sty ha­mak mię­dzy so­snami, pło­nące klomby szał­wii, roz­trze­pane wie­wiórki i ką­piące się z wrza­skiem w pia­sku wró­ble. Sły­szała sy­gnał oso­bo­wego do War­szawy, senne bu­cze­nie trzmieli nad ko­ni­czyną i do­la­tu­jące z „Willi Ta­mara” dźwięki for­te­pianu.

Ale do­mem było też miesz­ka­nie ro­dzi­ców na Pra­dze. Pa­mię­tała ściany ka­mie­nicy po­kryte li­sza­jami dziur po po­ci­skach, śmier­dzącą mo­czem klatkę scho­dową, pi­jaka śpią­cego z po­licz­kiem opar­tym o pierw­szy sto­pień i na­rożny skle­pik z pi­ra­midą za­ku­rzo­nych pu­de­łek na wy­sta­wie. Zie­mia wo­kół ulicz­nych drzew była tam ubita jak kle­pi­sko, po­kryta gę­sto psimi kup­kami i nie­do­pał­kami pa­pie­ro­sów. Po desz­czu spo­mię­dzy roz­chwia­nych płyt chod­nika try­skały fon­tanny błota, ochla­pu­jąc ko­biety o smut­nych oczach dźwi­ga­jące wy­pchane siatki.

To też była Pol­ska.

– Jest ina­czej – po­wie­działa. – Pła­ski, roz­le­gły kraj, bar­dzo dużo nieba, wię­cej niż tu­taj. Czę­sto pada i jest zimno, zimą nie po­zo­staje na traw­ni­kach ani jedno zie­lone źdźbło. Chyba jest tam w su­mie bar­dziej szaro.

Naj­bar­dziej za­chwy­ciło Agnieszkę we Fran­cji bo­gac­two barw. Wszystko tu było ta­kie prze­pysz­nie ko­lo­rowe, we­sołe, na­wet sta­cje ben­zy­nowe, ob­wie­szone cho­rą­giew­kami i wia­tracz­kami. Po­do­bały jej się re­klamy w me­trze, stra­gany z owo­cami, wi­tryny cu­kierni, kio­ski z ga­ze­tami, ba­te­rie bu­te­lek w bi­strach, opa­ko­wa­nia jo­gur­tów, okładki ksią­żek i pa­pier to­a­le­towy w pa­ste­lo­wych od­cie­niach. A ileż tu było wspa­nia­łych ka­tedr, zam­ków, masz­ka­ro­nów na da­chach i ro­mań­skich por­tali! Za każ­dym pa­gór­kiem cze­kało ko­lejne ma­low­ni­cze mia­steczko z li­li­pu­cimi za­uł­kami i strze­li­stą dzwon­nicą, wo­kół któ­rej krą­żyły kawki. W ja­kiś spo­sób za­zdro­ściła Gérar­dowi tego pięk­nego kraju. Gdyby była na­prawdę uczciwa, mu­sia­łaby przy­znać, że mię­dzy in­nymi dla­tego się w nim za­ko­chała.

Ale nie tylko dla­tego. Był taki przy­stojny! Miał oczy jak wil­gotne kasz­tany, dłu­gie jak u dziew­czyny rzęsy i gę­ste, szorst­kie włosy przy­po­mi­na­jące w do­tyku sierść dzi­kiego zwie­rzątka. Wszystko w nim wy­dało się Agnieszce ogrom­nie po­cią­ga­jące: szczu­pła trój­kątna twarz, mu­sku­larne ra­miona i wą­skie bio­dra, a kiedy w St. Malo zdjął buty i pod­wi­nął no­gawki spodni, żeby bro­dzić po wo­dzie, stwier­dziła z za­chwy­tem, że ma także zgrabne łydki, po­zba­wione na­wet jed­nego wło­ska. Była szczę­śliwa, że tak piękny chło­pak zwró­cił na nią uwagę, bo do tej pory bu­dziła za­in­te­re­so­wa­nie wy­łącz­nie ra­chi­tycz­nych stu­den­tów w oku­la­rach i opie­kuń­czych star­szych pa­nów. Od­pie­ra­nie ich awan­sów nie było trudne, nie miały one nic wspól­nego z opi­sy­wa­nymi przez po­etów wzlo­tami. Jej wła­sne od­czu­cia, kiedy mę­ska dłoń mo­zo­liła się przy ha­ft­kach biu­sto­no­sza albo pró­bo­wała wśli­znąć się pod gumkę maj­tek, z całą pew­no­ścią nie były godne ani jed­nej li­nijki wier­sza. Po­woli za­czy­nała się mar­twić, że ma ja­kiś or­ga­niczny de­fekt, który czyni z niej ko­bietę ozię­błą.

Babka twier­dziła, że po­rządna dziew­czyna po­winna się sza­no­wać i nie pusz­czać z byle kim. Jak na ra­zie Agnieszce to nie gro­ziło. Za­czy­nała śmier­tel­nie się nu­dzić, za­nim zna­jo­mość osią­gała sto­pień za­ży­ło­ści, który wy­ma­gałby roz­wa­że­nia za­kupu wy­strza­ło­wych maj­tek. Dla­tego do tej pory po­sia­dała wy­łącz­nie zwy­kłe ba­weł­niane, w in­fan­tylne ró­życzki, od któ­rych po dru­gim pra­niu od­ry­wała się gumka. Do­piero w Pa­ryżu zo­ba­czyła praw­dziwe dzieła sztuki, skła­da­jące się z dwóch pa­sków ko­ronki albo trzech ażu­ro­wych kwia­tusz­ków. Były ba­joń­sko dro­gie i wciąż nie mo­gła zde­cy­do­wać się na za­kup. Te­raz może bę­dzie warto.

Tak­tyka matki była zu­peł­nie inna: „Wiesz prze­cież, mój skar­bie, że je­stem twoją naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Je­steś do­ro­sła, rób, co chcesz, pa­mię­taj tylko, że mam do cie­bie cał­ko­wite za­ufa­nie”. Na szes­na­ste uro­dziny Agnieszki po­da­ro­wała jej re­ceptę na pi­gułki an­ty­kon­cep­cyjne z ko­men­ta­rzem: „Ale nie rób z niej użytku zbyt po­chop­nie, ko­cha­nie”. Po­tem sama za­wio­zła ją i ak­tu­al­nego chło­paka w Biesz­czady pod na­miot. Jej za­ufa­nie cią­żyło Agnieszce jak ka­mień młyń­ski u szyi, w wy­niku czego le­żała w ra­mio­nach roz­pa­lo­nego do bia­ło­ści fa­ceta sztywna jak ko­łek. Bie­dak pra­co­wał ciężko jak przy młócce nad jej cia­łem, nie tra­cąc na­dziei, że je­żeli przy­ci­śnie tu, a po­liże tam, to coś w końcu za­cznie się dziać – ale nie działo się nic: Agnieszka wciąż roz­my­ślała po­nuro nad za­ufa­niem, któ­rym da­rzyła ją matka, jej naj­lep­sza kum­pelka. Ale czy by­cie naj­lep­szą kum­pelką musi au­to­ma­tycz­nie ozna­czać, że ma się prawo do cu­dzych zwie­rzeń? Matka była le­karką i jej za­in­te­re­so­wa­nie po­nie­kąd miało cha­rak­ter pro­fe­sjo­nalny: Agnieszka mo­gła so­bie wy­obra­zić, że bę­dzie jej za­da­wała fa­chowe py­ta­nia do­ty­czące na przy­kład dłu­go­ści gry wstęp­nej, in­ten­syw­no­ści or­ga­zmu i wy­mia­rów członka w sta­nie erek­cji. Czy­sty kosz­mar. W tym okre­sie szczy­tem ma­rzeń wy­da­wała się jej ro­dzi­cielka pełna za­ha­mo­wań, po­dejrz­liwa jak chart, prze­szu­ku­jąca to­rebki i ob­wą­chu­jąca jej bie­li­znę.

– Bóg ko­cha twoją czy­stość, dziecko – szem­rał zza kra­tek kon­fe­sjo­nału głos spo­wied­nika. – To naj­pięk­niej­szy dar, jaki mo­żesz mu zło­żyć. Czy grze­szy­łaś my­ślą, mową albo uczyn­kiem? Z męż­czy­zną albo sama ze sobą?

– Niby jak: sama ze sobą, pro­szę księ­dza? – za­py­tała oszo­ło­miona Agnieszka, a osoba du­chowna bie­gle udzie­liła jej nie­zbęd­nych wska­zó­wek.

– My­ślę, że wła­śnie tracę wiarę – za­strze­gła się szybko, czu­jąc, że uszy jej płoną i ła­pie ustami po­wie­trze jak ryba.

– A to zmów pięć razy li­ta­nię do Serca Je­zu­so­wego – po­ra­dził spo­wied­nik – i wiara ci wróci. Czy­stość naj­waż­niej­sza.

W ob­li­czu tak sprzecz­nych in­struk­cji Agnieszka stała się mi­strzy­nią w nie­tra­ce­niu głowy, za­cho­wy­wa­niu zim­nej krwi w pod­bram­ko­wych sy­tu­acjach i pro­wa­dze­niu gry da­leko, ale nie do końca. Co­raz bar­dziej na­bie­rała prze­ko­na­nia, że znaj­duje się na naj­lep­szej dro­dze do na­ba­wie­nia się so­lid­nej ner­wicy na tle sek­su­al­nym, i bała się, że resztę ży­cia spę­dzi w po­cze­kalni psy­cho­te­ra­peuty.

Aż po­znała Gérarda.

Po raz pierw­szy miała do czy­nie­nia z kimś, kto nie był ani stu­den­tem, ani ab­sol­wen­tem ja­kiejś uczelni. Ab­sur­dal­ność pol­skiej od­miany re­al­nego so­cja­li­zmu po­le­gała mię­dzy in­nymi na tym, że prze­paść mię­dzy córką le­ka­rza i fry­zje­rem była nie do prze­by­cia. Do­piero we Fran­cji Agnieszka zo­ba­czyła ze zdu­mie­niem, że można się przy­jaź­nić z pie­ka­rzem czy bar­ma­nem. Szcze­gól­nie je­żeli pie­kar­nia i bar do­brze pro­spe­rują. W Pol­sce było to zu­peł­nie nie do po­my­śle­nia. Kiedy Agnieszka za­pro­siła na lody kie­rowcę sa­ni­tarki, który przy­jeż­dżał co rano po matkę, zro­bił się z tego nie­zły skan­dal. Oka­zało się, że je­dyne, co wolno jej ro­bić z kie­row­cami, to da­wać im na imie­niny ja­kiś neu­tralny pre­zent. Na przy­kład skar­petki. Pew­nie dla­tego fa­scy­no­wali ją męż­czyźni ma­cha­jący kosą albo spa­wa­jący szyny tram­wa­jowe: wy­da­wali jej się sza­le­nie eg­zo­tyczni.

Gérard był me­cha­ni­kiem. Jeź­dził po ca­łej Fran­cji i mon­to­wał ja­kieś tam dźwigi, windy, ta­śmy pro­duk­cyjne, li­cho wie co, w każ­dym ra­zie coś, co pod jego dłońmi za­czy­nało ru­szać się i żyć wła­snym ży­ciem. Zda­niem za­ko­cha­nej po uszy Agnieszki wy­ko­ny­wał piękny, od­po­wie­dzialny za­wód i był kimś w ro­dzaju chi­rurga albo dy­ry­genta. Ani przez chwilę nie przy­szło jej do głowy, że mo­głaby mię­dzy nimi ist­nieć ja­ka­kol­wiek dys­pro­por­cja. Wprost prze­ciw­nie, była prze­ko­nana o jego wyż­szo­ści, bo nie­ustan­nie cze­goś się od niego uczyła: na przy­kład, jak jeść śli­maki i go­to­wać kar­czo­chy. Po­ka­zał jej też wi­traże w Char­tres, ne­nu­fary w ogro­dzie Mo­neta w Gi­verny, klasz­tor Mont-Sa­int-Mi­chel i małe przy­drożne ho­te­liki, któ­rych wy­ta­pe­to­wane tka­ni­nami w kwiatki po­koje wy­glą­dały jak wnę­trze sa­szetki na poń­czo­chy ma­dame Gri­nicz. Wie­dzą o ży­ciu też bił ją na głowę. Już od lat pra­co­wał, w dro­dze od klienta do klienta prze­mie­rzał nie­stru­dze­nie kraj, pod­czas gdy ona do tej pory wi­działa tylko swój po­kój dzie­cinny z ko­lek­cją plu­szo­wych zwie­rza­ków. Resztę świata znała wy­łącz­nie z opo­wia­dań ma­dame Gri­nicz, w do­datku nie były to in­for­ma­cje pierw­szej świe­żo­ści. Wsia­dła więc w St. Malo do sa­mo­chodu Gérarda, żeby jej ktoś w końcu ten świat po­ka­zał.

A Gérard, cho­chlik mi­ło­ści, z ni­czym się nie spie­szył. W St. Malo po­li­zał jej ra­mię, w Ower­nii po­ca­ło­wał szyję, a w Lu­be­ron uwol­nił z biu­sto­no­sza jej piersi. W dro­dze do Pro­wan­sji jego prawa ręka co­raz czę­ściej opusz­czała kie­row­nicę, żeby pie­ścić jej ko­lano i we­wnętrzną stronę ud.

Ca­ło­wał ją, kiedy za­trzy­my­wali się na pik­niki wśród skał, gdzie roz­pa­lone po­wie­trze pach­niało ty­mian­kiem i roz­ma­ry­nem, w cie­niu oli­wek, w któ­rych ko­ro­nach kon­cer­to­wały do upa­dłego cy­kady. Roz­ła­my­wał ba­gietkę, kładł na nią grube pla­stry sera i ce­buli, po­sy­py­wał roz­tar­tym w pal­cach dzi­kim czosn­kiem i roz­le­wał do kub­ków cięż­kie czer­wone wino.

Mam na­dzieję, że ta po­dróż ni­gdy się nie skoń­czy, my­ślała Agnieszka, le­żąc na wznak na sprę­ży­stych kę­pach la­wendy. Chcia­ła­bym z nim tak jeź­dzić i jeź­dzić, od jed­nego ślicz­nego mia­steczka do dru­giego, co­raz da­lej i da­lej, przy­glą­dać się przez resztę ży­cia, jak łapki pi­nii od­ci­nają się od gra­na­to­wego nieba. Im­pre­sjo­ni­ści mieli ra­cję, tu wszystko jest in­ten­syw­niej­sze: ko­lory, smaki, za­pa­chy i po­ca­łunki. Przede wszyst­kim po­ca­łunki. Chcia­ła­bym, żeby Gérard mnie ca­ło­wał, wszę­dzie, po ca­łym ciele, że­by­śmy się ko­chali w jed­nym z tych grand lit, za­sła­nych szczel­nie jak be­cik nie­mow­lę­cia, z wał­kiem pod głowę za­miast po­du­szek i z doł­kiem po­środku ma­te­raca, w który się nie­uchron­nie wpada.

Ale na to mu­siała jesz­cze po­cze­kać i prze­mie­rzyć cały Ma­syw Cen­tralny, Nor­man­dię i Bur­gun­dię. Aż do­tarli tam, gdzie nie było już sły­chać cy­kad, tylko krzyk mew i huk roz­bi­ja­ją­cych się o skały fal: Fi­ni­stere.

Domu dziad­ków Gérarda pra­wie nie było wi­dać zza gę­stych krza­ków hor­ten­sji, naj­więk­szych, ja­kie Agnieszka kie­dy­kol­wiek wi­działa. Całe Fi­ni­stere wy­glą­dało, jakby stwo­rzono je dla ol­brzy­mów i na­wet nie­winne ro­ślinki do­nicz­kowe osią­gały tu ko­lo­salne roz­miary, eks­plo­du­jąc ka­ska­dami kwia­tów.

– Ja­kie śliczne! – za­wo­łała.

– Cała duma mémé[4]. Mówi, że tak ład­nie kwitną, bo pod­sy­puje je ału­nem, ale my do­brze wiemy, że od­pra­wia nad nimi ja­kieś gu­sła.

Tu, w Ar­goat, wszystko było za­cza­ro­wane. Cały dzień je­chali przez mroczne tor­fo­wi­ska po­ro­śnięte ja­now­cem i ob­sa­dzone roz­sza­la­łym ostro­krze­wem pola. Od czasu do czasu mi­jali wio­ski i zamki o basz­tach smu­kłych jak pisz­czałki or­ga­nów, ale na ogół prze­bi­jali się przez bu­kowe i dę­bowe lasy, gdzie do dna głę­bo­kich ja­rów ni­gdy nie do­cie­rało słońce. Wśród po­ro­śnię­tych wil­got­nym mchem gła­zów w za­wrot­nym tem­pie to­ro­wały so­bie drogę stru­myki.

– Las Bro­se­liandu – wy­ja­śnił Gérard. – To gdzieś tu­taj Vi­viane zwa­biła pod zie­mię za­ko­cha­nego w niej po uszy Mer­lina i ze­słała na niego wieczny sen. Jej za­mek jest pod je­zio­rem Com­per. Ry­ce­rze Okrą­głego Stołu szu­kali tu Świę­tego Gra­ala, kie­li­cha, do któ­rego Jó­zef z Ary­ma­tei ze­brał krew z boku Chry­stusa.

Agnieszka prze­su­nęła dło­nią po jego czu­pry­nie, spraw­dza­jąc, czy nie ukry­wają się pod nią spi­cza­ste uszy elfa. Po­wi­nien je mieć, był taki nie­wia­ry­godny, le­śny cho­chlik z kraju kor­ri­gans i mor­ga­nes, ko­bol­dów i nimf. Nie mógł uro­dzić się gdzie in­dziej.

– Je­dziemy do mémé, do Bre­ta­nii – zde­cy­do­wał po­przed­niego dnia. – Chcę po­ka­zać ro­dzi­nie moją fian­cée[5].

Fian­cée! Agnieszce ze wzru­sze­nia po­ja­wiły się łzy w oczach. Dzięki ci, do­bry Boże, że ze­sła­łeś mi Gérarda, elfa z Ar­goat, który mnie ko­cha i ma w sto­sunku do mnie po­ważne za­miary. Oby ko­chał mnie za­wsze tak, jak ja go ko­cham, na wieki wie­ków, amen.

Mimo roz­licz­nych ko­ścio­łów, ka­pli­czek i kal­wa­rii ten kraj był cu­dow­nie po­gań­ski. Szcze­gól­nie kal­wa­rie wy­dały się Agnieszce je­dy­nie inną formą do­lme­nów i men­hi­rów. Dziw­nie roz­ga­łę­zione krzyże, ka­mienne fi­gury, po­zba­wione przez wiatr i deszcz twa­rzy, czarne i po­kryte dzio­bami jak po ospie, ro­biły po­sępne wra­że­nie. Wy­glą­dały jak nie­sa­mo­wita ar­mia strze­gąca wej­ścia w za­światy. Od­no­siła wra­że­nie, że służą do od­da­wa­nia hołdu ta­jem­ni­czym mo­com, któ­rych obec­ność czuło się tu na każ­dym kroku. Wcale by jej nie zdzi­wiło, gdyby się oka­zało, że do dziś są obiek­tami nie­po­ko­ją­cych kul­tów i miej­scami spo­tkań po­tę­pio­nych dusz.

Ostatni od­ci­nek drogi pro­wa­dził przez głę­boki jar, któ­rego zbo­cza po­kry­wały splą­tane za­ro­śla ja­rzę­biny prze­ty­kane kę­pami żół­tego ja­nowca i zru­dzia­łych pa­proci. Już dawno mi­nęli ostat­nią wio­skę, opu­sto­szałą o tej po­rze dnia, gdzie przy sto­liku przed je­dyną bras­se­rie sie­dzieli dwaj męż­czyźni w czap­kach z dasz­kiem nad du­żymi fi­li­żan­kami cy­dru i ob­ser­wo­wali w sku­pie­niu gra­czy w bule. Stan gry był wła­śnie przez zgro­ma­dzo­nych dys­ku­to­wany z dużą po­wagą i bez wyj­mo­wa­nia z ką­ci­ków ust pa­pie­ro­sów, non­sza­lancko przy­kle­jo­nych do dol­nych warg. To wła­śnie po­do­bało się Agnieszce we Fran­cji: ta­kie sprawy jak bule i ape­ri­tif lu­dzie trak­to­wali tu cał­kiem se­rio. Nikt nie uwa­żał tego za stratę czasu.

Męż­czyźni przy­sło­nili oczy dłońmi i z za­in­te­re­so­wa­niem od­pro­wa­dzili wzro­kiem volks­wa­gena Gérarda. Fran­cuzi wy­ma­wiali tę na­zwę fol­kwa­gię, przez co Agnieszce przez długi czas w ogóle nie przy­szło do głowy, że mowa jest o gar­bu­sie. Tak też i po­zo­stali jej w pa­mięci: krzepcy wie­śniacy, sto­jący na wy­bru­ko­wa­nym sza­rymi ka­mie­niami pla­cyku, obok po­li­chro­mo­wa­nego świątka na krzyżu i ople­cio­nej kwit­ną­cym pną­czem studni z blocz­kiem do wy­cią­ga­nia wia­dra. Obym tylko ni­czego nie za­po­mniała, po­my­ślała z nie­po­ko­jem. Ani tego du­żego psa, śpią­cego w gra­ni­to­wym ko­ry­cie z czer­wo­nymi pe­lar­go­niami, ani stu­kotu kul do buli i żaru le­ją­cego się z nieba. A także na­pisu Jus de fru­its Joc­ker na pa­ra­solu, tiary na gło­wie świątka, star­czych rąk na oszro­nio­nych fi­li­żan­kach – wszystko jest ważne. Wszystko mu­szę za­pa­mię­tać, żeby star­czyło mi na długo, na całą zimę w Pol­sce, bo to wła­śnie jest mi­łość, bo wła­śnie te­raz je­stem bar­dzo za­ko­chana i bar­dzo szczę­śliwa, bo je­śli nie te­raz, to kiedy?

Ale mia­steczko już znik­nęło za za­krę­tem, droga za­głę­biła się znowu w jar i za oknami sa­mo­chodu prze­su­wały się tylko kępy nie­bie­skiego ostu, bie­drzeńca i je­żyn. Tylko od czasu do czasu mi­gnął ka­mienny krzyż, po­kryty li­sza­jem zło­ta­wego mchu.

Jesz­cze za­nim Gérard za­czął jak sza­lony na­ci­skać klak­son, Agnieszka już wie­działa, że są na miej­scu. Wci­śnięty w gąszcz kwit­ną­cych hor­ten­sji, la­wendy i dzi­kiego roz­ma­rynu dom, który się przed nimi wy­ło­nił, mógł być tylko sie­dzibą el­fów i Gérar­dów. Roz­ło­ży­sty, wro­śnięty w zie­mię, jakby za­pu­ścił w nią ko­rze­nie, żeby nie unio­sły go zi­mowe wi­chry, zbu­do­wany był z nie­ocio­sa­nych ka­mieni i po­kryty omsza­łym łup­kiem. Miał we­sołe nie­bie­skie okien­nice, ko­ron­kowe, sztywno wy­kroch­ma­lone fi­ranki w oknach i ople­ciony był roz­piętą pod oka­pem wi­no­ro­ślą. Nie­bie­ski był też płot wa­rzyw­nika, w któ­rym za­miast głó­wek sa­łaty ro­sły ró­żowe na brze­gach kar­czo­chy, a na dłu­gich żer­dziach su­szyły się pęczki czosnku.

Agnieszka uznała, że dom jest za­chwy­ca­jący. Wcale nie za­uwa­żyła, że dach się za­pa­dał, po­łowy łupka bra­ko­wało, a wszystko było bied­niut­kie, roz­chwiane, zmur­szałe albo sto­czone przez ro­baki. Gdyby za­uwa­żyła, też by nie zmie­niła zda­nia. Tu, w Fi­ni­stere, nie bez po­wodu na­zy­wa­nego koń­cem świata[6], tak wła­śnie mu­siało być.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przy­pisy

[1] Tylko nie przy służ­bie, tylko nie przy służ­bie! (Wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od Au­torki).
[2] brzo­skwi­nię, jabłko, cze­re­śnię
[3] pla­cek od cia­sta
[4] babci
[5] na­rze­czoną
[6]Fi­ni­stere – od łac. fi­nis ter­rae – ko­niec Ziemi
Co­py­ri­ght © 2024, Iwona Men­zel Wszel­kie prawa za­strze­żone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ściowe – tylko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­ciela praw.
Wszyst­kie po­sta­cie opi­sane w tej książce są wy­two­rem wy­obraźni au­torki, po­do­bień­stwo do osób i wy­da­rzeń jest cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe.
ISBN 978-83-8241-035-8
Pro­jekt okładki: Anna Slo­torsz Zdję­cie wy­ko­rzy­stane na okładce: adobe stock (©Pi­xel-Shot, ©Krit, ©tian­tan, ©Rawf8)
Ko­rekta: Do­rota Ring
Skład: Ja­cek An­to­niuk
Kon­wer­sja: eLi­tera
www.wy­daw­nic­twomg.pl
kon­takt@wy­daw­nic­twomg.pl