Nexus: Kraków - Adrian Kruk - ebook

Nexus: Kraków ebook

Adrian Kruk

0,0

Opis

W piątek o 17:23 Kraków umiera: elektronika gaśnie, ulice zamieniają się w teren łowiecki, a w polu widzenia Adriana Nowickiego wypalają się złote komunikaty Nexusa. Od tej chwili przetrwanie to nie kwestia odwagi—tylko poprawnych obliczeń. Jeden błąd i ktoś zginie na zawsze.

Adrian był analitykiem danych. Dziś jest liderem z przypadku – człowiekiem, który panicznie boi się pomyłki, bo kiedyś jedna przeoczona komórka w arkuszu kosztowała go rodzinę. W listopadowej, szarej i dusznej od smogu rzeczywistości Nexusa łączy siły z Mają, pielęgniarką obdarzoną umiejętnością leczenia, której jeszcze nie potrafi ufać; z Bartkiem „Młotem”, brutalnie lojalnym obrońcą; oraz z profesorem Wiśniewskim, znawcą Krakowa i jego dawnych punktów oporu. Razem grzebią w ruinach, polują na zapasy i rozwijają umiejętności – bo tu śmierć jest ostateczna.

Mutanty w piwnicach i na przystankach to dopiero początek. Najgroźniejszym wrogiem okazuje się Natalia Górska, była dyrektorka finansowa, która w Nowej Hucie zbudowała Konsorcjum i zarządza ludźmi jak zasobami. Wprowadza „podatek Witalności”, dyscyplinę i czystą wydajność – bez miejsca na słabość, chorobę czy litość. Adrian widzi w jej kalkulacji kuszącą logikę… ale wie też, że to droga do tyranii.

A wtedy Nexus nazywa go Anomalią. Dzięki [Syntezie] Adrian potrafi łączyć opanowane umiejętności w nowe, zabójczo skuteczne kombinacje—i przyciąga uwagę tajemniczych Nadzorców, którzy traktują Kraków jak laboratorium.

Jeśli lubisz LitRPG osadzone w prawdziwym świecie, twardy survival, taktyczne walki, wyraźną progresję i konflikt frakcji z moralną stawką – „Nexus: Kraków” wciągnie cię od pierwszego komunikatu i nie wypuści aż do finału.

Wejdź do Krakowa po Dniu Zero. Odczytaj komunikaty. Podejmij decyzję – zanim podejmie ją System.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 576

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Nexus: Kraków

Adrian Kruk

Nexus: Kraków

Adrian Kruk

Copyright © 2026 Adrian Kruk

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemie wyszukiwania informacji ani przekazywana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 9788384330326

Wydawca: Tempest & Tale

[email protected]

Wydanie pierwsze, 2026

Ta książka jest dziełem fikcji. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Dzień Zero

Wypełniony wiersz w Excelu mrugnął do mnie złośliwie, jakby wiedział, że spędziłem nad nim ostatnie czterdzieści minut, a i tak wynik się nie zgadzał. Komórka A142 krzyczała błędem formuły, a ja czułem, jak w kącikach moich oczu zbiera się piasek zmęczenia.

Statystycznie rzecz biorąc, spędzamy jedną trzecią życia w pracy, której nienawidzimy, by kupować rzeczy, których nie potrzebujemy. Taka była współczesna mantra. Siedziałem w klimatyzowanym akwarium biurowca przy ulicy Mogilskiej, otoczony szumem wentylatorów i stukotem klawiatur, który przypominał deszcz padający na blaszany dach. Moje biurko, standardowy kawałek płyty wiórowej w kolorze jasnego buku, było zawalone wydrukami, których nikt nigdy nie przeczyta.

Przesunąłem palcem po gładkiej powierzchni myszki, zmuszając kursor do powrotu na właściwe tory. Moje palce drgały lekko, wystukując na blacie rytm, którego nikt inny nie słyszał. To był mój nerwowy tik. Gdy rzeczywistość stawała się zbyt nudna, mój mózg szukał wzorców, nawet tam, gdzie ich nie było.

Spojrzałem przez wielką, panoramiczną szybę na rondo. Było szare, listopadowe popołudnie. Tramwaje linii 4 i 52 sunęły po szynach jak ospałe, metalowe gąsienice, wioząc ludzi zmęczonych życiem do domów, gdzie czekały na nich kolejne obowiązki. Samochody stały w korkach, tworząc rzekę czerwonych świateł stopu. Wszystko było przewidywalne. Wszystko było policzalne. Mógłbym z dużą dozą prawdopodobieństwa określić, ile osób w tym momencie patrzy w telefony, a ile dłubie w nosie, myśląc, że nikt nie widzi.

Poprawiłem okulary środkowym palcem, czując chłód oprawki na nasadzie nosa. Moje odbicie w monitorze było blade, niemal przezroczyste. Ciemne włosy sterczały w nieładzie, jakby toczyły własną wojnę z grawitacją, a cienie pod oczami były jedynym dowodem na to, że w ogóle żyję, a nie jestem tylko elementem biurowego wyposażenia.

— Adrian, masz ten raport o retencji klientów? — Głos dobiegł zza ścianki działowej. To był Marek, team leader, człowiek, którego zasób słownictwa składał się w połowie z korporacyjnej nowomowy, a w połowie z narzekań na pogodę.

— Optymalnie byłoby, gdybyś dał mi jeszcze dziesięć minut — odpowiedziałem, nie odrywając wzroku od ekranu. — Mam drobną anomalię w danych z trzeciego kwartału.

— ASAP, stary. ASAP. Centrala ciśnie.

Westchnąłem. Centrala zawsze cisnęła. To była jedyna stała we wszechświecie. Wróciłem do tabelek, próbując znaleźć błąd. Cyfry tańczyły mi przed oczami. 4, 8, 15, 16... Nie, to nie te liczby. Skupiłem się. Wzór musiał tam być. Zawsze jest jakiś wzór. Chaos to tylko brak wystarczającej ilości danych.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, monitory zgasły.

Nie było to zwykłe wygaszenie ekranu. To było nagłe, brutalne odcięcie zasilania, któremu towarzyszył cichy, elektryczny syk, jakby uciekająca dusza maszyny. W ułamku sekundy open space pogrążył się w półmroku. Szum klimatyzacji ustał, zastąpiony przez dzwoniącą w uszach ciszę. To była cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem.

Podniosłem głowę. Wszyscy wokół zastygli. Marek stał z kubkiem kawy w połowie drogi do ust. Kaśka z HR-u przestała malować paznokcie. Przez chwilę nikt się nie ruszał, jakbyśmy wszyscy czekali na restart systemu.

— Co jest? — rzucił ktoś z głębi sali. — Znowu korki wywaliło?

Wstałem powoli. Czułem dziwny niepokój, mrowienie na karku, które nie miało nic wspólnego z brakiem prądu. Podszedłem do okna. Moje odbicie zniknęło, bo za szybą nie było już szarego, listopadowego Krakowa.

Miasto umarło.

Latarnie uliczne, światła samochodów, neony sklepów, podświetlane reklamy — wszystko zgasło w jednej chwili. Rondo Mogilskie, zazwyczaj tętniące życiem serce komunikacyjne tej części miasta, stało się czarną dziurą. Nawet sygnalizacja świetlna była martwa. Tramwaje zatrzymały się w połowie skrzyżowania, jak porzucone zabawki.

Ale to nie ciemność mnie przeraziła. To było niebo.

Chmury, które jeszcze przed chwilą były jednolitą, ołowianą masą, teraz rozstępowały się, rozdzierane przez coś, co wyglądało jak złote blizny. Wstęgi czystego światła przecinały nieboskłon, pulsując rytmicznie, jak żyły jakiegoś tytanicznego organizmu. Nie wydawały dźwięku, ale czułem ich obecność w zębach, w kościach. Wibracja, która szła nie od uszu, ale od samej ziemi.

— Widzicie to? — zapytałem cicho, ale mój głos brzmiał w tej ciszy jak krzyk.

Ludzie zaczęli podchodzić do okien. Słychać było szuranie krzeseł i nerwowe szepty. Wyciągnąłem telefon z kieszeni. Czarny ekran. Wcisnąłem przycisk zasilania. Nic. Martwy. Spojrzałem na smartwatcha. To samo. Ciemna tafla szkła.

— Mój telefon nie działa — powiedziała Kaśka drżącym głosem. — U was też?

— Padła sieć? — zapytał Marek, waląc palcem w swój smartfon. — Kurwa, mam calla za pięć minut.

Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Niebo pękało, miasto pogrążyło się w mroku, a on martwił się o telekonferencję. Ludzka zdolność do ignorowania rzeczywistości była fascynująca. I przerażająca.

— To nie jest awaria sieci, Marek — powiedziałem, czując suchość w gardle. — To impuls elektromagnetyczny. Albo coś gorszego.

Odsunąłem się od okna. Instynkt, ten pierwotny głos, który zazwyczaj zagłuszamy cywilizacyjnym szumem, krzyczał do mnie: *UCIEKAJ*. Nie wiedziałem przed czym, nie wiedziałem dokąd, ale wiedziałem, że to szklane pudełko na czwartym piętrze stanie się wkrótce pułapką.

— Gdzie idziesz? — zapytał ktoś, gdy ruszyłem w stronę wyjścia.

— Schodami. Windy nie działają — rzuciłem przez ramię. — Radzę wam zrobić to samo.

Wyszedłem na korytarz. Było tu jeszcze ciemniej. Awaryjne oświetlenie, które powinno się włączyć, również było martwe. To potwierdzało moją teorię. Cokolwiek uderzyło, usmażyło wszystko, co miało w sobie choćby krzemowy okruch. Szedłem po omacku, trzymając się ściany. Zapach ozonu był tu silniejszy, gryzący w nozdrza jak zapach burzy, ale bardziej metaliczny, sztuczny.

Dotarłem do klatki schodowej. Drzwi ppoż były ciężkie, musiałem naprzeć na nie całym ciałem, żeby ustąpiły. Na schodach panował mrok, rozświetlany jedynie przez słabe światło wpadające przez wąskie okienka na półpiętrach. Złote wstęgi na niebie rzucały na betonowe stopnie dziwne, tańczące cienie.

Zacząłem schodzić. Każdy stopień dudnił pod moimi butami. Nie biegłem, to byłoby nierozsądne. Potknięcie się i skręcenie kostki w tej sytuacji drastycznie obniżyłoby moje szanse na... na co? Na przetrwanie? Nawet nie wiedziałem, co się dzieje, a już kalkulowałem szanse przeżycia. Może to te gry. Może lata spędzone na analizowaniu systemów RPG sprawiły, że mój mózg automatycznie przeszedł w tryb awaryjny.

Na drugim piętrze minąłem kogoś, kto siedział na schodach i płakał. Kobieta w garsonce, twarz ukryta w dłoniach. Nie zatrzymałem się. To było okrutne, wiedziałem o tym, ale w mojej głowie pojawiła się nowa zmienna: czas. Nie wiedziałem, ile go mam, ale czułem, że ucieka.

Wyszedłem z budynku tylnym wyjściem. Chłodne, listopadowe powietrze uderzyło mnie w twarz, niosąc ze sobą zapach spalin i... czegoś jeszcze. Spalenizny? Nie, to było coś słodkawego, mdłego. Jak psujące się mięso.

Ulica Cystersów była zablokowana. Samochody stały jeden przy drugim, kierowcy wysiadali, gestykulowali, krzyczeli na siebie. Panował chaos, ale taki ludzki, zrozumiały. Ktoś trąbił, choć klakson nie działał, ktoś inny kopał w oponę.

Ruszyłem chodnikiem, mijając zdezorientowanych ludzi. Musiałem się napić. Zaschło mi w gardle tak bardzo, że język przyklejał mi się do podniebienia. Adrenalina robiła swoje. Żabka. Była tuż obok, na rogu.

Wszedłem do środka. Dzwonek nad drzwiami nie zadziałał, bo był elektroniczny. Wewnątrz panował półmrok. Kilka osób kręciło się między regałami, świecąc sobie zapalniczkami. Sprzedawca, młody chłopak z kolczykiem w brwi, stał za ladą i nerwowo stukał w terminal płatniczy, który oczywiście był martwy.

— Tylko gotówka! — krzyknął, choć jego głos łamał się ze strachu. — Terminal nie działa!

Złapałem butelkę wody mineralnej z półki. Była ciepła. Lodówki też padły. Podszedłem do kasy, grzebiąc w kieszeni w poszukiwaniu drobnych. Znalazłem pięciozłotówkę. Położyłem ją na ladzie.

— Reszty nie trzeba — mruknąłem.

Chłopak spojrzał na mnie, a potem jego wzrok powędrował gdzieś ponad moim ramieniem, w stronę witryny. Jego oczy rozszerzyły się, źrenice stały się wielkie jak spodki.

Odwróciłem się.

Niebo za szybą eksplodowało.

To nie był wybuch w sensie fizycznym. To było rozdarcie samej tkanki rzeczywistości. Złote wstęgi, które wcześniej tylko pulsowały, teraz rozbłysły oślepiającym światłem. Przez ułamek sekundy widziałem wszystko w negatywie — cienie stały się białe, światło czarne. Dźwięk zniknął całkowicie, jakby ktoś nacisnął przycisk "mute" na pilocie wszechświata.

A potem pojawił się tekst.

Nie na szybie, nie na ścianie. Pojawił się bezpośrednio w moim polu widzenia, zawieszony w powietrzu, jarzący się błękitnym neonem. Litery były kanciaste, bezszeryfowe, idealnie czytelne.

**[NEXUS: PROTOKÓŁ PRZEBUDZENIA AKTYWOWANY]**

**[SYNCHRONIZACJA Z LOKALNĄ POPULACJĄ... 100%]**

**[WITAJ W NOWYM ŚWIECIE. PRZETRWANIE JEST OBOWIĄZKOWE.]**

Zamrugałem. Tekst nie znikał. Przesuwał się wraz z moim wzrokiem. Halucynacja? Zbiorowa psychoza? Spojrzałem na innych klientów. Wszyscy patrzyli w pustkę przed sobą, niektórzy machali rękami, jakby chcieli odgonić niewidzialne muchy. Widzieli to. Wszyscy to widzieli.

Odwróciłem się z powrotem do sprzedawcy.

— Też to widzisz? — zapytałem.

Chłopak nie odpowiedział. Stał sztywno, z rękami opartymi o ladę. Jego głowa była nienaturalnie przechylona w bok, pod kątem, który powinien złamać kręgosłup. Z jego gardła wydobył się dźwięk. Nie był to krzyk, nie był to jęk. To brzmiało jak pękające szkło, jak zgrzyt metalu o metal.

— Ee... ghh... khrrr... — charczał.

Cofnąłem się o krok. Coś było bardzo nie tak. Skóra na jego twarzy zaczęła falować, jakby pod spodem przemieszczały się robaki. Żyły na jego skroniach napęczniały, stając się czarne, grube jak postronki.

— Stary? — rzuciłem niepewnie.

Nagle jego palce zacisnęły się na blacie. Usłyszałem trzask łamanego plastiku. Paznokcie chłopaka wydłużyły się w mgnieniu oka, przebijając niebieskie, gumowe rękawiczki. Stały się szarymi, zakrzywionymi szponami. Jego szczęka opadła, ukazując zęby, które rosły, ostrzyły się, zamieniając się w kły drapieżnika.

**[OSTRZEŻENIE: WYKRYTO WROGĄ JEDNOSTKĘ]**

**[TYP: ZAINFEKOWANY CYWIL (POZIOM 1)]**

Komunikat mignął mi przed oczami na czerwono. Mój mózg, wytrenowany na setkach godzin w grach MMO, zarejestrował informację szybciej, niż zdążyłem ją świadomie przetworzyć. Wróg. Poziom 1. Zainfekowany.

To się działo naprawdę.

Sprzedawca — czy raczej to, co z niego zostało — wydał z siebie kolejny, tym razem głośny, wibrujący ryk i skoczył na ladę. Chipsy i batony poleciały we wszystkie strony. Klienci zaczęli wrzeszczeć. Wybuchła panika. Ludzie rzucili się do drzwi, tratując się nawzajem.

Stałem jak wryty. Paraliż decyzyjny. Moja największa wada. W sytuacjach stresowych, gdy brakowało danych, zamierałem. Mój umysł gorączkowo szukał rozwiązania, ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Bestia była na ladzie, kucała, gotowa do skoku. Jej oczy, teraz całkowicie czarne, bez białek, wpatrywały się we mnie. Ślina kapała z pyska na podłogę, dymiąc lekko przy kontakcie z linoleum.

Szukałem broni. Czegokolwiek. Butelka wody? Za lekka. Stojak z gumami? Bezużyteczny. Mój wzrok padł na ladę, tuż obok kasy. Leżał tam nóż do kartonów. Zwykły, żółty nożyk z wysuwanym ostrzem, którego sprzedawca używał pewnie minutę temu do otwierania zgrzewek z napojami.

Mój mózg wysłał impuls. *BIERZ.*

Rzuciłem się do przodu. Moja dłoń zacisnęła się na plastikowej rękojeści. W momencie, gdy moje palce dotknęły narzędzia, poczułem coś dziwnego. Jakby prąd przeszedł przez moje ramię, ale nie był to ból. To było ciepło. Mrowienie, które rozlało się od dłoni aż po bark. Było to przyjemne, uzależniające uczucie mocy.

**[SYSTEM: NOWA UMIEJĘTNOŚĆ ODBLOKOWANA]**

**[WŁADANIE NOŻEM (LVL 1) - PASYWNE]**

**[Efekt: Zwiększa precyzję i szybkość ataków krótkim ostrzem o 5%.]**

Informacja przepłynęła przez moją świadomość jak wspomnienie, którego nigdy nie miałem. Wiedziałem, jak trzymać ten nóż. Wiedziałem, że nie należy go ściskać kurczowo, ale pozwolić mu być przedłużeniem ręki. Wiedziałem, gdzie celować.

Zainfekowany skoczył.

To nie był ludzki skok. To była sprężyna zwolniona z ogromną siłą. Bestia leciała prosto na mnie, z wyciągniętymi szponami, celując w gardło.

Czas zwolnił. Nie, to nie czas. To moja percepcja. Widziałem każdą kroplę śliny wylatującą z pyska potwora. Widziałem brud pod jego paznokciami. Widziałem pulsującą żyłę na jego szyi.

Zrobiłem unik. Nie myślałem o tym. Moje ciało po prostu to zrobiło. Przesunąłem się w lewo, obracając biodra. Czułem podmuch zimnego, zgniłego powietrza, gdy bestia przeleciała centymetry od mojej twarzy. Jej szpony rozcięły powietrze tam, gdzie przed chwilą była moja głowa.

Wylądowała na regale z alkoholem za moimi plecami. Butelki wódki i whisky roztrzaskały się z hukiem, zalewając podłogę śmierdzącą cieczą. Potwór poślizgnął się na szkle i alkoholu, próbując odzyskać równowagę.

To była moja szansa. Jedyna.

"Statystycznie rzecz biorąc, w walce wręcz z przeciwnikiem o przeważającej sile i zasięgu, jedyną szansą jest atak w punkty witalne" — pomyślałem chłodno.

Doskoczyłem do niego. Wysunąłem ostrze noża kciukiem. Klik, klik, klik. Maksymalna długość. Bestia próbowała się podnieść, rycząc wściekle. Zamachnąłem się. Nie na oślep. Celowałem w szyję, tam gdzie widziałem tę pulsującą, czarną żyłę.

Ostrze weszło gładko, zaskakująco łatwo, jak w masło. Ciepła, lepka ciecz trysnęła mi na rękę. Czarna krew. Bestia zacharczała, jej łapy zaczęły drapać powietrze, próbując mnie dosięgnąć, ale byłem już poza zasięgiem. Odskoczyłem, dysząc ciężko.

Potwór drgnął jeszcze kilka razy, wydając bulgoczące dźwięki, a potem znieruchomiał. Nad jego ciałem pojawił się szary napis:

**[CEL ZELIMINOWANY]**

**[DOŚWIADCZENIE: +50 EXP]**

Stałem tam, w oparach taniej wódki i krwi, ściskając w dłoni nożyk do tapet za pięć złotych. Serce waliło mi jak młot pneumatyczny. Zabiłem. Zabiłem człowieka. Nie, poprawiłem się w myślach. Zabiłem potwora. System to potwierdził. To był "Zainfekowany".

Spojrzałem na swoje ręce. Drżały. Ale nie ze strachu. Z ekscytacji. To było chore, ale czułem się... żywy. Bardziej żywy niż przez ostatnie pięć lat siedzenia za biurkiem.

Klienci uciekli. Byłem sam w sklepie. Musiałem się ruszyć. Zapach krwi mógł przyciągnąć inne... rzeczy. Złapałem zgrzewkę wody mineralnej — tym razem nie dbając o płacenie — i wepchnąłem ją pod pachę. Zabrałem też kilka batonów proteinowych, wrzucając je do kieszeni marynarki. Survival. Podstawy. Woda i kalorie.

Wyszedłem ze sklepu, przeciskając się przez zablokowane drzwi. Na zewnątrz panował mrok, rozświetlany jedynie przez łunę pożarów i te cholerne złote wstęgi na niebie.

Rondo Mogilskie wyglądało jak pobojowisko. Jakby ktoś wziął makietę miasta i wstrząsnął nią z całej siły. Samochody były powbijane w siebie, tworząc groteskowe rzeźby z metalu i szkła. Autobus miejski przebił barierki i zawisł nad dolnym poziomem ronda, kołysząc się niebezpiecznie. Z maski jakiegoś SUV-a buchał błękitny płomień, rzucając upiorne cienie na betonowe filary estakady.

Powietrze było gęste od dymu. Gryzło w gardło, szczypało w oczy. Słyszałem krzyki. Dalekie, stłumione, ale pełne przerażenia. I wycie alarmów samochodowych, które jakimś cudem w niektórych autach się włączyły, zasilane z niezależnych akumulatorów, tworząc kakofonię rozpaczy.

Przeskoczyłem przez barierkę oddzielającą chodnik od torowiska. Moje ruchy były płynne, lekkie. Czułem się, jakbym ważył o połowę mniej. Czy to adrenalina, czy system już zaczął modyfikować moje ciało? Spojrzałem na interfejs. W rogu pola widzenia widniał pasek: **[EXP: 50/100]**. Byłem w połowie drogi do poziomu drugiego.

Szedłem wzdłuż torów tramwajowych, kierując się w stronę domu. Mieszkałem niedaleko, przy Cystersów, zaledwie kilkaset metrów stąd. Musiałem się tam dostać. Zamknąć drzwi. Pomyśleć. Przeanalizować dane.

Nagle zatrzymałem się.

Z dołu, z czeluści tunelu tramwajowego pod rondem, dobiegł dźwięk.

To nie był krzyk człowieka. To nie był warkot silnika. To był niski, gardłowy ryk, który rezonował w mojej klatce piersiowej. Dźwięk, który sprawił, że włosy na karku stanęły mi dęba, a instynkt samozachowawczy zaczął wyć syreną alarmową. Brzmiało to jak tarcie kamieni o siebie, jak głos wydobywający się z głębi ziemi.

Spojrzałem w czerń tunelu. Coś tam było. Coś dużego. Wyczuwałem to. Nie widziałem, ale czułem presję, ciężar spojrzenia, które spoczywało na mnie z ciemności.

**[OSTRZEŻENIE: WYKRYTO SILNĄ SYGNATURĘ BIOLOGICZNĄ]**

**[POZIOM ZAGROŻENIA: WYSOKI]**

Wycofałem się powoli, nie odwracając pleców do tunelu. Krok za krokiem, starając się nie robić hałasu. Buty chrzęściły na rozbitym szkle. Każdy dźwięk wydawał mi się głośny jak wystrzał armatni.

Gdy tylko znalazłem się za filarem estakady, odwróciłem się i ruszyłem biegiem. Nie sprintem, żeby się nie zmęczyć od razu, ale szybkim, miarowym truchtem. Biegłem wzdłuż ulicy Cystersów. Latarnie były martwymi kikutami, a budynki po obu stronach ulicy wyglądały jak ciemne monolity. W oknach nie paliły się światła. Tylko gdzieniegdzie widać było blask świec lub latarek.

Trzymałem się cienia. Mój umysł pracował na najwyższych obrotach. Analiza otoczenia. Skanowanie zagrożeń.

Przede mną, przy wejściu do jednej z klatek, ktoś siedział. Postać była skulona, owinięta w koc. Zwolniłem. System milczał. Brak czerwonego obramowania. Brak ostrzeżenia. Czyli człowiek. Nie zainfekowany.

Minąłem go szerokim łukiem. Mężczyzna podniósł głowę. Miał puste, przerażone oczy.

— One tu są... — szepnął. — One wyszły z cienia...

Nie odpowiedziałem. Nie miałem czasu na filozoficzne dysputy z wariatami. Moim celem był mój blok. Moje mieszkanie. Moja twierdza.

Przyspieszyłem. Płuca zaczynały mnie palić. Zimne powietrze, przesycone pyłem, drapało gardło. W prawej dłoni wciąż ściskałem nóż. Plastik wrzynał mi się w skórę, ale to był dobry ból. Ból, który przypominał, że mam narzędzie. Że nie jestem bezbronny.

Usłyszałem to za sobą.

Tupot. Szybki, rytmiczny stukot o asfalt. Zbyt szybki na człowieka. Zbyt wiele stóp. Jakby biegł za mną gigantyczny owad.

Nie odwracałem się. To by mnie spowolniło. Zacisnąłem zęby i zmusiłem nogi do większego wysiłku. Brama mojego bloku była już blisko. Pięćdziesiąt metrów. Czterdzieści.

Dźwięk się zbliżał. *Tik-tak-tik-tak-tik-tak*. Pazury na betonie.

Trzydzieści metrów.

Czułem na plecach oddech pościgu. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy potworów z najgorszych koszmarów, ale odpychałem je. Skupienie. Cel. Brama.

Wpadłem w prześwit bramy, poślizgnąłem się na czymś mokrym, ale utrzymałem równowagę. Dopadłem do ciężkich, metalowych drzwi wejściowych. Kod nie zadziała, domofon martwy. Ale drzwi były uchylone! Ktoś zablokował je cegłą. Błogosławiony niech będzie ten sąsiad, który zawsze zapominał klucza.

Wskoczyłem do środka, kopnąłem cegłę i z całej siły pchnąłem drzwi. Zatrzasnęły się z głośnym hukiem. Przekręciłem zasuwę. Sekundę później coś uderzyło w metal z drugiej strony. Potężne uderzenie, od którego zadrżała cała framuga. Potem drapanie. Wściekłe, szybkie drapanie, jakby ktoś próbował wydrążyć dziurę w stali.

Oparłem się plecami o drzwi i zjechałem na podłogę. Serce waliło mi o żebra jak uwięziony ptak, który chce się wydostać z klatki. Dyszałem ciężko, łapiąc powietrze haustami.

Byłem bezpieczny. Przynajmniej na chwilę.

Spojrzałem na interfejs Nexusa. Godzina 17:42. Świat skończył się niecałą godzinę temu. A ja wciąż żyłem.

Wstałem powoli. Nogi miałem jak z waty. Musiałem wejść na górę, do mieszkania. Trzecie piętro. Tam miałem zapasy. Tam miałem więcej noży. Tam miałem plan.

Zacząłem wchodzić po schodach. Klatka schodowa była pogrążona w mroku. Wyjąłem z kieszeni zapalniczkę — stary nawyk palacza, chociaż rzuciłem pół roku temu — i pstryknąłem. Mały płomień rozświetlił przestrzeń, rzucając chybotliwe cienie na ściany.

Dotarłem do swojego mieszkania. Drzwi były nienaruszone. Otworzyłem je kluczem, weszłem do środka i natychmiast zamknąłem za sobą wszystkie zamki. Górny, dolny, łańcuch.

Byłem u siebie. W znajomym zapachu kurzu i starej kawy. Rzuciłem zgrzewkę wody na podłogę w przedpokoju. Nóż położyłem na szafce na buty, tuż obok kluczy.

Podszedłem do okna w salonie. Wyjrzałem ostrożnie przez żaluzje. Ulica na dole była pusta, ale w cieniach coś się poruszało. Widziałem sylwetki przemykające między samochodami. Szybkie, drapieżne kształty.

Z czeluści tunelu tramwajowego dobiegł kolejny ryk, tym razem znacznie bliższy, a system wyrzucił krwawoczerwony komunikat:

**[DETEKCJA: ŁOWCA MIEJSKI NAMIERZYŁ CEL]**

Zamknąłem drzwi klatki, ale wiedziałem, że ten dźwięk to dopiero zaproszenie na moją pierwszą, prawdziwą lekcję przetrwania. To coś szło po mnie. A ja miałem tylko nóż do kartonów i głowę pełną statystyk, które właśnie stały się moją jedyną religią.

Piwniczny survival

Statystyka to wredna suka. Nigdy nie bierze jeńców. Jeśli wylądujesz po niewłaściwej stronie krzywej Gaussa, jesteś martwy, zanim w ogóle zdążysz zrozumieć, co cię trafiło.

Zatrzasnąłem za sobą drzwi klatki schodowej i oparłem się o nie plecami. Zimna stal chłodziła rozpaloną skórę przez cienką tkaninę koszuli. Płuca paliły, jakbym nawdychał się dymu, a w uszach wciąż dźwięczał ten nieludzki ryk dochodzący z tunelu pod Rondem Mogilskim. Nie miałem pojęcia, czym był "Łowca Miejski", o którym poinformował mnie system. Wiedziałem tylko jedno: nie zamierzałem zostać jego trofeum.

Przełknąłem ślinę. Smakowała żelazem. W dłoni wciąż ściskałem ten cholerny nóż do tapet, moje jedyne narzędzie w walce o przetrwanie. Plastikowa rękojeść ślizgała się w spoconej dłoni.

Spojrzałem w górę, w czeluść klatki schodowej. Ciemność była tu gęsta, rozbijana jedynie przez wąskie smugi księżycowego światła wpadające przez brudne okna na półpiętrach. Cisza, która tu panowała, była gorsza niż hałas na zewnątrz. To była cisza oczekiwania.

Ruszyłem w górę. Każdy krok na lastryko wydawał się hukiem wystrzału. Starałem się stawiać stopy na palcach, balansując ciężarem ciała tak, jak uczyłem się w grach, ale teoria rzadko pokrywała się z praktyką, gdy nogi odmawiały posłuszeństwa.

Pierwsze piętro. Drzwi do mieszkań były pozamykane. Niektóre miały wizjery zasłonięte, spod innych sączyło się słabe światło świec. Ludzie się bali. I mieli rację.

Na drugim piętrze zatrzymałem się gwałtownie.

Ktoś tam był.

W cieniu, tuż przy wejściu na kolejne schody, kuliła się drobna postać. Siedziała pod ścianą, z kolanami podciągniętymi pod brodę, obejmując coś długiego i szarego. Mój wzrok, wyostrzony adrenaliną, potrzebował chwili, by przetworzyć obraz.

To była Maja. Maja Kowalczyk, moja sąsiadka z naprzeciwka. Pielęgniarka z SOR-u, która zawsze uśmiechała się do mnie w windzie, mimo że wyglądała, jakby nie spała od tygodnia. Teraz nie uśmiechała się. Jej twarz była blada jak ściana, a oczy wielkie, nienaturalnie rozszerzone, wpatrywały się w przestrzeń przed nią z otępieniem.

W dłoniach ściskała plastikową rurę od odkurzacza. Wyglądało to groteskowo. Broń godna końca świata.

Zrobiłem krok w jej stronę. Drgnęła gwałtownie, unosząc rurę jak miecz.

— Ciii... — syknąłem, kładąc palec na ustach. — To ja. Adrian. Z naprzeciwka.

Maja zamrugała. Jej wzrok powoli ogniskował się na mojej twarzy. Rozpoznała mnie, ale napięcie w jej ramionach nie zelżało. Widziałem, jak drży. To nie było zwykłe drżenie z zimna. To była reakcja organizmu na szok. Jej zęby szczękały cicho, rytmicznie.

— Adrian... — szepnęła. Jej głos był suchy, łamiący się. — Oni... tam na dole... widziałeś?

— Widziałem — przerwałem jej szybko. Nie chciałem, żeby wracała do tego myślami. Nie teraz. — Musimy iść do góry. Do mnie. Mam solidne drzwi.

Wyciągnąłem do niej rękę. Wahała się przez ułamek sekundy, patrząc na moją dłoń, jakby to była pułapka. W końcu chwyciła mnie. Jej palce były lodowate. Pociągnąłem ją w górę. Była lekka, niepokojąco lekka.

— Rura — powiedziałem, wskazując na jej "broń". — Weź ją. Może się przydać.

Skinęła głową, chociaż w jej oczach widziałem wątpliwość. Nie dziwiłem się jej. Plastik kontra potwory. Ale w tej nowej rzeczywistości, gdzie logika poszła na spacer i nie wróciła, nawet rura od odkurzacza mogła być różnicą między życiem a śmiercią.

Ruszyliśmy na trzecie piętro. Maja szła tuż za mną, trzymając się kurczowo mojej marynarki. Czułem jej oddech na plecach, szybki i płytki.

Dotarliśmy pod moje drzwi. Wyjąłem klucze, starając się nie robić hałasu. Metal zgrzytnął w zamku. Przekręciłem raz, drugi. Otworzyłem drzwi i wciągnąłem ją do środka, niemal wrzucając w ciemny korytarz.

Wszedłem za nią i natychmiast zamknąłem drzwi. Przekręciłem górny zamek, potem dolny. Zasunąłem łańcuch. Oparłem czoło o zimne drewno, wypuszczając powietrze z płuc.

Byliśmy w środku. Moja kawalerka. Trzydzieści dwa metry kwadratowe bezpieczeństwa.

W środku panował zaduch. Zapach starego kurzu mieszał się z aromatem wczorajszej pizzy, której pudełko wciąż leżało na stoliku. Ale dla mnie był to zapach raju.

— Jesteśmy bezpieczni? — zapytała Maja, stojąc na środku przedpokoju. Wciąż ściskała tę rurę.

Odwróciłem się do niej. W półmroku widziałem, że jej fartuch pielęgniarski jest umazany czymś ciemnym. Krwią.

— Względnie — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. — Bardziej niż na klatce. Ale musimy to zabezpieczyć.

Wskazałem na ciężką, dębową komodę stojącą w salonie. Była to pamiątka po babci, mebel, który nienawidziłem wnosić na trzecie piętro, ale teraz błogosławiłem jego masę.

— Pomóż mi — rzuciłem, podchodząc do mebla.

Maja odłożyła rurę i stanęła obok mnie. Chwyciliśmy za krawędź.

— Na trzy — zarządziłem. — Raz, dwa, trzy!

Pchnęliśmy. Komoda ani drgnęła. Była wypełniona po brzegi starymi dokumentami, kablami, których "szkoda wyrzucić", i innym śmieciem.

— Jeszcze raz! — warknąłem, czując, jak mięśnie ramion napinają się do granic możliwości. — Mocniej!

Tym razem mebel przesunął się o kilka centymetrów, wydając z siebie przeraźliwy zgrzyt drewna szorującego o panele podłogowe. W tej ciszy brzmiało to jak krzyk. Zamarliśmy, nasłuchując. Czy coś nas usłyszało? Czy coś idzie po schodach?

Cisza.

— Dalej — szepnąłem.

Pchaliśmy centymetr po centymetrze. Pot spływał mi po plecach, szczypiąc w oczy. Maja dyszała ciężko, jej drobne ciało napinało się z wysiłku. W końcu dopchnęliśmy komodę do samych drzwi, blokując je całkowicie. Teraz, żeby wejść, ktoś musiałby rozwalić nie tylko zamki, ale i przesunąć sto kilo dębu.

Opadłem na podłogę, opierając się plecami o barykadę. Maja usiadła naprzeciwko mnie, podciągając kolana pod brodę.

— Co to jest, Adrian? — zapytała cicho. — Co się stało z ludźmi?

Poprawiłem okulary, które zsunęły mi się na czubek nosa. To był mój odruch. Analiza. Dane.

— System — powiedziałem, patrząc na błękitne powiadomienia, które wciąż wisiały na peryferiach mojego wzroku. — Nexus. Protokół Przebudzenia. Wygląda na to, że nasza rzeczywistość została nadpisana.

Maja patrzyła na mnie, jakbym mówił w obcym języku.

— Nadpisana? — powtórzyła. — Jak w komputerze?

— Dokładnie. — Skinąłem głową. — Widziałaś te napisy? Te okienka?

— Tak... — zawahała się. — Myślałam, że zwariowałam. Że to jakiś udar. Widziałam... widziałam nad pacjentem napis "Zgon". A potem... potem on wstał.

Przełknęła ślinę, a w jej oczach pojawiły się łzy.

— On nie żył, Adrian. Miał zatrzymanie akcji serca. Reanimowaliśmy go pół godziny. A potem pojawił się ten złoty błysk, napis, i on wstał. I zaczął gryźć.

Ukryła twarz w dłoniach. Jej ramiona zaczęły się trząść.

Nie wiedziałem, co zrobić. Empatia nigdy nie była moją mocną stroną. Wolałem liczby, wykresy, twarde dane. Ludzkie emocje były zmienne, nieprzewidywalne. Ale wiedziałem, że nie mogę jej tak zostawić.

Przunąłem się bliżej. Nie dotknąłem jej, to byłoby zbyt wiele, ale byłem obok.

— Maja — powiedziałem stanowczo, ale spokojnie. — To nie był już twój pacjent. System nazwał ich "Zainfekowanymi". To są moby. Przeciwnicy.

Podniosła głowę. Jej twarz była mokra od łez, rozmazany tusz do rzęs tworzył ciemne smugi na policzkach.

— Moby? — zapytała z niedowierzaniem. — To byli ludzie, Adrian! Pan Staszek z parteru... widziałam go na klatce. Miał... miał coś z twarzą.

— Wiem — przerwałem jej. — Ale teraz musimy myśleć o sobie. O przetrwaniu. Masz jakieś obrażenia?

Pokręciła głową.

— Chyba nie. Tylko siniaki. A ty?

Spojrzałem na swoje ramię. Marynarka była rozdarta, a na skórze widniało długie, płytkie zadrapanie. Pamiątka po ucieczce z Żabki.

— Nic groźnego — mruknąłem. — Powierzchowne.

Wstałem i podszedłem do okna. Ostrożnie odchyliłem jedną lamelkę żaluzji. Na zewnątrz panował mrok, ale miasto nie spało. Słyszałem odległe wycie syren, które urywały się nagle, jakby ktoś przecinał kable. Widziałem łuny pożarów nad centrum. Kraków płonął.

— Musimy sprawdzić zapasy — powiedziałem, odwracając się od okna. — Woda, jedzenie. Cokolwiek.

Przeszliśmy do kuchni. Było to małe pomieszczenie, aneks połączony z salonem, oddzielony jedynie barkiem. Otworzyłem szafki.

Pustka.

No, prawie. Dwie puszki tuńczyka w oleju. Pół bochenka chleba tostowego, który zaczynał już czerstwieć. Słoik z resztką dżemu truskawkowego. Zgrzewka wody, którą przyniosłem.

— To wszystko? — zapytała Maja, zaglądając mi przez ramię.

— Nie robiłem zakupów — mruknąłem defensywnie. — Planowałem zamówić coś z Uber Eats.

Ironia tej sytuacji była bolesna. W świecie, w którym można było mieć wszystko na kliknięcie, nagle staliśmy się zbieraczami walczącymi o puszkę ryby.

— Mam trochę batonów w torebce — powiedziała Maja. — I wodę.

— Dobre i to. — Zamknąłem szafkę. — Mamy jedzenia na dwa dni. Może trzy, jeśli będziemy oszczędzać.

Wtedy to usłyszałem.

Chrobot.

Dźwięk dobiegał zza ściany, tuż przy podłodze. Nie był to odgłos sąsiada wiercącego dziurę w betonie. To było coś organicznego. Drapanie pazurów o tynk. Szybkie, rytmiczne, natarczywe.

Maja też to usłyszała. Zamarła, patrząc na ścianę z przerażeniem.

— Co to? — szepnęła.

— Ciii...

Podszedłem bliżej ściany, nasłuchując. Dźwięk przesuwał się. Szedł w górę. W stronę kratki wentylacyjnej.

Mój mózg, wytrenowany na horrorach i grach survivalowych, natychmiast połączył kropki. Wentylacja. System tuneli łączący wszystkie mieszkania w pionie. Autostrada dla... czegoś.

— Odsuń się od okna! — krzyknąłem, cofając się gwałtownie.

W tym samym momencie kratka wentylacyjna eksplodowała.

Nie wypadła. Została wyrwana z siłą pocisku armatniego. Plastikowe odłamki posypały się na blat kuchenny. Z czarnego otworu w ścianie wyłonił się łeb.

To nie był szczur, jakiego znałem. To była abominacja.

Łeb był wielkości piłki futbolowej, pokryty rzadkim, szarym futrem, spod którego prześwitywała różowa, guzowata skóra. Oczy świeciły w mroku mętną, czerwoną barwą, jak dwie małe diody. Z pyska wystawały żółte, zakrzywione siekacze długości moich palców.

Maja wrzasnęła. Dźwięk był wysoki, piskliwy, wwiercający się w mózg.

Bestia wyślizgnęła się z otworu z obrzydliwą płynnością. Była wielka, wielkości dorosłego spaniela, ale jej ciało było wydłużone, elastyczne, stworzone do przeciskania się przez wąskie szczeliny. Ogon, gruby jak bicz, smagnął powietrze.

Szczur wylądował na blacie kuchennym, przewracając czajnik. Jego pazury zgrzytnęły o laminat.

**[OSTRZEŻENIE: AGRESYWNA FAUNA]**

**[TYP: SZCZUR KANAŁOWY - MUTANT (LVL 2)]**

Poziom 2. Był silniejszy ode mnie.

Szczur zasyczał, ukazując pełen garnitur ostrych jak igły zębów, i skoczył.

Nie na mnie. Na Maję.

Stała pod oknem, sparaliżowana strachem, z rękami uniesionymi w obronnym geście. Bestia leciała prosto na nią, celując w gardło. Instynkt drapieżnika. Atakuj najsłabsze ogniwo.

Nie myślałem. Kalkulacja trwała ułamek sekundy. Dystans: dwa metry. Prędkość obiektu: wysoka. Moja pozycja: boczna.

Rzuciłem się.

To nie był elegancki ruch mistrza sztuk walki. To był desperacki skok zdesperowanego biurwy. Wpadłem na szczura w locie, uderzając go barkiem. Siła zderzenia była zaskakująca. Czułem się, jakbym uderzył w worek z cementem, a nie w żywe stworzenie. Mięśnie bestii były twarde, zbite.

Oboje runęliśmy na podłogę. Szczur zapiszczał wściekle, kłapiąc szczękami centymetry od mojej twarzy. Czułem jego odór – smród ścieków, zgnilizny i piżma.

Przetoczyliśmy się po panelach. Bestia była silna. Nienaturalnie silna. Jej tylne łapy drapały mnie po brzuchu, próbując wypruć flaki. Czułem, jak pazury drą koszulę i wbijają się w skórę. Ból był ostry, piekący, ale adrenalina tłumiła go, zamieniając w zimną wściekłość.

Przycisnąłem przedramię do gardła stwora, próbując go odepchnąć. Jego zęby kłapały w powietrzu, bryzgając śliną.

— Maja! Nóż! — wrzasnąłem.

Ale Maja tylko stała i krzyczała. Była w szoku. Nie mogłem na nią liczyć. Musiałem sobie poradzić sam.

Moja prawa ręka była wolna. Wciąż ściskałem w niej nożyk do tapet. Ale to było za mało. Ostrze było krótkie, łamliwe. Potrzebowałem czegoś solidniejszego.

Szczur szarpnął się, uwalniając jedną łapę. Pazury przeorały mi policzek. Ciepła krew zalewała mi oko.

Kopnąłem go kolanem w brzuch. Stwór stęknął, na ułamek sekundy rozluźniając uścisk. Wykorzystałem to. Odepchnąłem go i przetoczyłem się w stronę szafki ze sztućcami.

Szczur był szybszy. Odbił się od ściany i skoczył mi na plecy. Czułem jego ciężar, jego pazury wbijające się w moje ramiona. Jego zęby szukały mojego karku.

Sięgnąłem ręką na oślep. Moje palce trafiły na uchwyt szuflady. Szarpnąłem. Szuflada wyleciała z prowadnic, wysypując zawartość na podłogę z brzękiem metalu.

Łyżki, widelce... gdzie on jest?

Moja dłoń zacisnęła się na czymś twardym, drewnianym. Rękojeść.

Nóż szefa kuchni. Dwadzieścia centymetrów japońskiej stali. Prezent od byłej dziewczyny, który miał mnie zachęcić do gotowania. Nigdy go nie używałem. Do teraz.

Chwyciłem go.

Szczur wgryzł się w mój bark. Ból eksplodował w mojej głowie białą plamą. Krzyknąłem, ale nie puściłem noża.

Obróciłem się na plecy, zrzucając bestię z siebie. Szczur wylądował na podłodze, otrząsnął się i przygotował do kolejnego skoku. Jego czerwone oczy płonęły nienawiścią.

Wtedy to zobaczyłem.

Świat zwolnił. Interfejs Nexusa nałożył na rzeczywistość siatkę danych. Na ciele szczura, tuż pod lewą łopatką, pulsował czerwony punkt.

**[SPOSTRZEGAWCZOŚĆ (PASYWNA) AKTYWOWANA]**

**[WYKRYTO SŁABY PUNKT: SERCE]**

To była informacja. Czysta dana. A ja wiedziałem, co robić z danymi.

Szczur skoczył.

Ja też.

Nie cofnąłem się. Wyszedłem mu naprzeciw. Zrobiłem krok w przód, obniżając środek ciężkości. Lewą ręką, owiniętą resztkami rękawa marynarki, zasłoniłem twarz, wystawiając ją na atak.

Pazury bestii wbiły się w moje przedramię. Ból był potworny, ale zignorowałem go. To była cena. Koszt transakcji.

Prawą ręką wyprowadziłem pchnięcie.

Nóż wszedł dokładnie tam, gdzie wskazywał system. Pod łopatkę. Czułem opór twardych mięśni, potem chrupnięcie żebra, a na końcu... miękkie, mokre zapadnięcie się ostrza w organ witalny.

Szczur wrzasnął. To nie był pisk. To był dźwięk pękającego balonu.

Gorąca, cuchnąca posoka trysnęła mi prosto w twarz. Oślepiła mnie na moment, ale nie puściłem rękojeści. Przekręciłem nóż w ranie, tak jak widziałem to w filmach instruktażowych dla komandosów, które oglądałem kiedyś o trzeciej w nocy z nudów.

Bestia drgnęła konwulsyjnie raz, drugi. Jej łapy drapały powietrze, potem opadły bezwładnie. Ciężkie cielsko zwisło na mojej ręce.

Odetchnąłem ciężko, wypluwając krew – swoją i szczura. Odsunąłem martwego mutanta od siebie, pozwalając mu upaść na podłogę z mokrym plaśnięciem.

Przed oczami pojawił się złoty komunikat.

**[ZABÓJSTWO POTWIERDZONE]**

**[CEL: SZCZUR KANAŁOWY - MUTANT (LVL 2)]**

**[DOŚWIADCZENIE: +80 EXP]**

**[BONUS ZA PRECYZJĘ: +10 NP (NEXUS POINTS)]**

**[AWANS POZIOMU!]**

**[POZIOM 2 OSIĄGNIĘTY]**

**[WSZYSTKIE STATYSTYKI PRZYWRÓCONE (CZĘŚCIOWO)]**

Poczułem falę ciepła, która przeszła przez moje ciało. Ból w barku i przedramieniu zelżał, stał się tępym pulsowaniem. Zmęczenie zniknęło, zastąpione nową energią. Czułem się, jakbym właśnie wypił potrójne espresso.

Usiadłem na podłodze, opierając się o szafkę. Byłem cały we krwi. Śmierdziałem jak rzeźnia. Ale żyłem. Statystycznie rzecz biorąc, moje szanse były bliskie zeru, a jednak żyłem.

— Adrian... — głos Mai był cichy, drżący.

Spojrzałem na nią. Stała w kącie kuchni, wciąż z rękami przy ustach. Ale coś było nie tak.

W kuchni było ciemno, jedyne światło wpadało z salonu, ale wokół Mai... wokół niej było jaśniej.

Jej dłonie świeciły.

To nie była latarka. To jej skóra emitowała łagodne, zielonkawe światło, pulsujące w rytm jej oddechu. Wyglądało to jak bioluminescencja głębinowych stworzeń.

— Co się ze mną dzieje? — zapytała, patrząc na swoje ręce z przerażeniem.

Przetarłem okulary rąbkiem koszuli, rozmazując tylko krew, ale udało mi się odzyskać jako taką widoczność. Skupiłem wzrok na niej. Moja nowa pasywka, [Spostrzegawczość], zadziałała automatycznie.

Wokół sylwetki Mai pojawiła się błękitna obwódka.

**[ANALIZA OBIEKTU]**

**[IMIĘ: MAJA KOWALCZYK]**

**[KLASA: NIEZNANA (PRZEBUDZENIE W TOKU)]**

**[STATUS: EMISJA ENERGII WITALNEJ]**

— Ewoluujesz — powiedziałem chrapliwie, wstając powoli. Nogi miałem wciąż trochę miękkie, ale stabilne. — Tak jak ten szczur. Tak jak ja.

Podszedłem do niej. Cofnęła się o krok, ale zatrzymała się, gdy zobaczyła moją twarz. A raczej to, co z niej zostało pod warstwą krwi.

— Jesteś ranny — powiedziała, a jej instynkt pielęgniarski wziął górę nad strachem. — Pokaż to.

Wyciągnęła ręce w moją stronę. Kiedy jej dłonie zbliżyły się do mojego ramienia, zielone światło zintensyfikowało się. Poczułem dziwne mrowienie, chłód, który przenikał przez skórę prosto do mięśni.

Ból zniknął całkowicie.

Spojrzałem na ranę na przedramieniu. Głębokie zadrapania po pazurach szczura... zamykały się. Skóra ściągała się, tworząc różowe blizny, które bladły w oczach.

— Jak ty to robisz? — zapytałem, zafascynowany.

— Nie wiem — szepnęła. — Po prostu... chcę, żeby przestało boleć.

Cofnęła ręce. Światło przygasło, a Maja zachwiała się. Złapałem ją w ostatniej chwili, zanim upadła. Była blada, jeszcze bardziej niż wcześniej. Na jej czole pojawiły się kropelki potu.

— To kosztuje — stwierdziłem, sadzając ją na krześle w salonie. — Twoja energia. Mana. Cokolwiek to jest. Nie ma nic za darmo w tym systemie.

— Jestem zmęczona — powiedziała cicho. — Tak strasznie zmęczona.

— Odpocznij.

Wróciłem do kuchni. Martwy szczur leżał w kałuży własnej krwi, która powoli krzepła, zmieniając się w czarną galaretę. Musiałem go stamtąd zabrać. Zapach przyciągnie inne.

Chwyciłem go za ogon. Był ciężki. Pociągnąłem go w stronę balkonu. Otworzyłem drzwi balkonowe, wpuszczając do środka mroźne, listopadowe powietrze. Przerzuciłem truchło przez barierkę. Spadło w dół, w ciemność. Nie usłyszałem uderzenia. Może spadło na krzaki, a może... może coś je złapało w locie.

Wróciłem do środka i zamknąłem drzwi. Zasunąłem rolety. Nie chciałem widzieć tego, co jest na zewnątrz.

Usiadłem na podłodze w salonie, obok Mai, która zdążyła już zasnąć na krześle, z głową opartą o stół. Wyglądała tak niewinnie, tak krucho w tym brutalnym, nowym świecie.

Wyciągnąłem z kieszeni puszkę tuńczyka. Była ostatnia. Otworzyłem ją, używając zawleczki. Zapach ryby wypełnił pomieszczenie.

Zjadłem połowę, wygrzebując mięso palcami. Drugą połowę zostawiłem dla Mai.

Spojrzałem na interfejs.

**[ADRIAN NOWICKI - POZIOM 2]**

**[HP: 85/120]**

**[MANA: 40/40]**

**[EXP: 0/400]**

**[UMIEJĘTNOŚCI:]**

**- [SYNTEZA (UNIKALNA) - LVL 1]**

**- [WŁADANIE NOŻEM - LVL 2]**

**- [SPOSTRZEGAWCZOŚĆ - LVL 1]**

Poziom 2. Byłem silniejszy. Szybszy. Ale to wciąż było za mało.

Wymagane doświadczenie do następnego poziomu wzrosło czterokrotnie. 400 EXP. To oznaczało pięć takich szczurów. Albo osiem "Zainfekowanych".

Grind. Czekała mnie ciężka praca.

Spojrzałem na pustą puszkę po tuńczyku, którą obracałem w dłoniach. Metal był zimny i ostry.

Zerkam na to puste opakowanie i czuję, jak żołądek zaciska mi się w supeł, boleśnie przypominając o swojej obecności. Dwie puszki, pół chleba, zgrzewka wody. Dwoje ludzi. Jeden zmutowany metabolizm, który domagał się paliwa po każdej walce, i jedna magiczna uzdrowicielka, która padała z wycieńczenia po uleczeniu zadrapania.

Matematyka była bezlitosna. Zasoby skończą się pojutrze. Jeśli zostaniemy tutaj, bezpieczni za dębową komodą i trzema ryglami, umrzemy z głodu. Albo z pragnienia. To nie była kwestia "czy", tylko "kiedy".

Jeśli nie wyjdę na zewnątrz, w ten chaos, dym i krew, i nie zacznę polować na punkty, by otworzyć systemowy sklep – o ile taki w ogóle istnieje – to mieszkanie stanie się naszą wspólną trumną szybciej, niż te szczury przegryzą się przez ściany. A sądząc po odgłosach, które znowu zaczęły dobiegać z wentylacji, one wcale nie zamierzały czekać na zaproszenie.

Sąsiedzki pakt

Uderzenie w drzwi nie było głośne. Było fizyczne. Poczułem je w podłodze, wibracja przeszła przez podeszwy butów aż do kolan. Komoda, którą z takim trudem dopchnęliśmy na miejsce zaledwie godzinę temu, zgrzytnęła o panele. Przesunęła się o dobre dziesięć centymetrów, zostawiając na tanim laminacie głębokie, białe rysy. Z sufitu posypał się tynk, osiadając na moich ramionach jak łupież.

Zacisnąłem palce na rękojeści noża szefa kuchni. Uchwyt wciąż kleił się od zaschniętej krwi szczura, a mięśnie przedramienia rwały tępym bólem. Organizm wystawiał rachunek za niedawną walkę. Spojrzałem w głąb korytarza. Maja skuliła się pod ścianą, z dala od wejścia. Nie krzyczała. Patrzyła tylko na drzwi szeroko otwartymi oczami, w których odbijało się czyste przerażenie.

Kolejny wstrząs. Tym razem towarzyszył mu metaliczny trzask pękającego zamka. Drewno futryny jęknęło, nie wytrzymując naporu. Ktokolwiek – lub cokolwiek – było po drugiej stronie, nie bawiło się w podchody. To nie było skrobanie pazurów zmutowanego gryzonia. To była czysta, brutalna siła.

Przyjąłem pozycję. Nogi lekko ugięte, ciężar ciała na przodzie stóp. Nóż blisko tułowia. Tak to wyglądało na tutorialach samoobrony, które kiedyś oglądałem do pizzy. W praktyce czułem się jak idiota z kawałkiem naostrzonej stali przeciwko czołgowi. Serce waliło mi o żebra, zagłuszając własne myśli. Szybka kalkulacja: wąski korytarz, improwizowana barykada, jedna cywilka niezdolna do walki. Szanse na przeżycie starcia z czymś, co wyważa drzwi antywłamaniowe? Według moich szacunków – poniżej piętnastu procent.

— Otwierać, kurwa! Wiem, że tam jesteście!

Ryk dobiegł z klatki schodowej. Głos był niski, zachrypnięty, ale ludzki.

Opuściłem nieco nóż. Mięśnie wciąż miałem napięte jak postronki, ale oddech nieco zwolnił. Znałem ten tembr. To nie był żaden "Zainfekowany", o których informował mnie Nexus. Moby nie rzucały polskimi przekleństwami. Moby nie kopały w drzwi z taką furią.

— Bartek? — krzyknąłem. Mój głos zabrzmiał piskliwie, więc odchrząknąłem i spróbowałem jeszcze raz, niżej. — Bartek?

Cisza po drugiej stronie trwała ułamek sekundy.

— Adrian? To ty, młody? — Głos złagodniał, ale wciąż wibrowała w nim nuta histerii. — Otwieraj to cholerstwo! Szybko! Coś łazi po piętrach!

Spojrzałem na Maję. Dziewczyna siedziała pod ścianą, obejmując kolana. Skinęła powoli głową. Poznała go. Bartek Zawadzki z trzeciego piętra. Mieszkał dwa drzwi dalej. Wielki facet z budowy, który w weekendy katował nas głośnym disco polo, ale zawsze wnosił węgiel starszym sąsiadkom.

— Odsuwam barykadę! — wrzasnąłem. — Daj mi chwilę!

Wcisnąłem nóż za pasek spodni, modląc się w duchu, bym nie uciął sobie przy tym niczego ważnego. Zaparłem się o komodę. Była ciężka. Adrenalina, która wcześniej dała mi siłę, teraz opadała, zostawiając mnie z drżącymi rękami. Mebel ani drgnął.

— Maja, pomóż — rzuciłem krótko.

Dziewczyna podniosła się z podłogi. Ruszała się powoli, ociężale, jakby brodziła w gęstym błocie. Użycie mocy leczniczej wycisnęło z niej energię, ale stanęła obok mnie. Razem naparliśmy na mebel. Centymetr po centymetrze, przy akompaniamencie szurania i zgrzytów, odsuwaliśmy przeszkodę.

Gdy tylko szczelina była wystarczająco szeroka, drzwi otworzyły się z impetem, uderzając o komodę. Do środka wpadł Bartek.

Wyglądał, jakby właśnie wyszedł z epicentrum katastrofy. Jego roboczy kombinezon, niegdyś niebieski, teraz pokrywała warstwa szarego pyłu i ciemne plamy, których pochodzenia wolałem nie analizować. Na czole miał krwawiące rozcięcie, a w wielkiej, spracowanej dłoni ściskał solidny, dwukilogramowy klucz francuski. Narzędzie w jego łapie wyglądało naturalnie, jak przedłużenie ręki. Wiedziałem jednak, że jedno uderzenie tym kawałkiem stali wystarczy, by rozłupać czaszkę.

Bartek natychmiast zatrzasnął za sobą drzwi i oparł się o nie plecami. Dyszał ciężko, świszcząco. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szaleńczym rytmie. Oczy miał rozbiegane.

— Kurwa mać... — wydyszał, rozmazując smar na twarzy wierzchem dłoni. — Kurwa mać, widzieliście to? Widzieliście, co się dzieje na dole?

— Widzieliśmy — odpowiedziałem. Starałem się brzmieć spokojnie. W sytuacjach kryzysowych panika roznosi się szybciej niż ogień. Ktoś musiał zachować zimną krew, nawet jeśli była to tylko gra pozorów. — Uspokój się, Bartek. Jesteś w środku.

Sąsiad spojrzał na mnie, jakbym powiedział mu, że właśnie wygrał wycieczkę na Bahamy. Potem jego wzrok padł na Maję, a następnie na zakrwawiony nóż wystający zza mojego paska.

— Uspokoić? — prychnął, odpychając się od drzwi. Zaczął krążyć po małym przedpokoju. Klucz francuski w jego dłoni kołysał się niebezpiecznie. — Młody, tam na dole jest rzeźnia! Pani Halinka z parteru... ona... ona jadła swojego psa. Rozumiesz? Jadła go żywcem!

Maja zakryła usta dłonią. Z gardła wyrwał się jej stłumiony szloch. Spojrzałem na nią ostrzegawczo, ale było za późno. Bartek nakręcał się z każdym słowem.

— Musimy stąd spadać — rzucił nagle, zatrzymując się przed nami. Rzucał na ścianę wielki cień. — Mam auto na parkingu. Starego diesla. On pojedzie na wszystkim. Zbieramy manatki i spadamy na wieś. Do szwagra. Tam jest spokój. Tam nie ma tylu ludzi.

Pokręciłem głową. Nie musiałem tego analizować. To była matematyka.

— To zły pomysł — powiedziałem.

Bartek zamarł. Jego brwi ściągnęły się, tworząc głęboką bruzdę na czole. Zrobił krok w moją stronę. Górował nade mną o dobrą głowę i ważył pewnie ze trzydzieści kilo więcej.

— Coś ty powiedział? — warknął. — Zły pomysł? A co ty możesz wiedzieć, gryzipiórku? Siedzisz tu zabarykadowany, a ja widziałem, co się dzieje na ulicy! Trzeba spierdalać, póki jeszcze da się wyjechać z osiedla!

Czułem bijący od niego zapach. Pot, stary tytoń i ten specyficzny, kwaśny odór strachu. Był na krawędzi. Jedno niewłaściwe słowo i ten klucz francuski mógł wylądować na mojej głowie. Nie ze złości. Z bezradności.

— Bartek, posłuchaj — zacząłem, unosząc dłonie. — Myśl logicznie. Wszyscy teraz próbują uciekać. Drogi wylotowe z Krakowa są zablokowane. Staniesz w korku i będziesz martwy. Wystawiasz się na cel.

— Przebiję się! — krzyknął, machając kluczem. — Przejadę chodnikiem, trawnikiem, chuj mnie to obchodzi! Byle dalej od tego betonu! Tutaj jesteśmy w pułapce!

Podszedłem do okna. Rolety były wciąż zaciągnięte, przepuszczając tylko wąskie paski światła.

— Chodź tutaj — powiedziałem twardo. — Zobacz, zanim zrobisz coś głupiego.

Bartek wahał się przez chwilę. Ciekawość walczyła z paniką. W końcu podszedł, stając obok mnie. Ostrożnie odchyliłem jedną lamelkę żaluzji.

Ulica Cystersów wyglądała jak cmentarzysko. Samochody stały porzucone na środku jezdni, niektóre z otwartymi drzwiami, inne wbite w latarnie. Gdzieś w oddali wyła syrena alarmowa, jednostajna i upiorna. Ale to nie wraki były problemem.

Skupiłem się. Przymknąłem oczy na ułamek sekundy, a potem otworzyłem je szeroko, aktywując zdolność.

**[AKTYWACJA: WEWNĘTRZNE OKO]**

Rzeczywistość nałożyła na siebie filtr. Kolory wyblakły, ustępując miejsca szarościom, na które system narzucił siatkę danych. Kontury budynków stały się ostre, geometryczne.

Czerwone znaczniki.

Były wszędzie.

Za rogiem budynku sądu, przy śmietnikach, w cieniu zaparkowanej ciężarówki dostawczej. Każdy z nich pulsował. Widziałem sylwetki, które dla zwykłego oka byłyby tylko cieniami. Przygarbione, szybkie, nienaturalne.

System wyrzucał dane w rogu mojego pola widzenia:

**[ZAGROŻENIE: ZAINFEKOWANY (LVL 1-3) - LICZNOŚĆ: WYSOKA]**

**[ZAGROŻENIE: OGAR MIEJSKI (LVL 4) - WYKRYTO 2 JEDNOSTKI]**

**[STREFA ŚMIERCI: PRAWDOPODOBIEŃSTWO PRZEŻYCIA < 5%]**

— Widzisz to? — zapytałem cicho.

Bartek mrużył oczy, patrząc przez szparę.

— Widzę rozpierdol — mruknął. — I co z tego?

— Nie patrzysz uważnie. — Położyłem dłoń na jego ramieniu. Było twarde jak skała. — Tam, przy bramie wjazdowej. Widzisz ten cień przy kontenerze?

Bartek wytężył wzrok.

— Jakiś pies?

— To nie jest pies — wyjaśniłem chłodno, czytając statystyki. — To Ogar Miejski. Poziom czwarty. Jest szybszy od twojego diesla na starcie. Ma szczęki, które przegryzają blachę karoserii. A tam dalej, przy skrzyżowaniu? Widzisz te grupy? To nie są ludzie czekający na autobus. To stado. Czekają na kogoś, kto wyjdzie z klatki. Na kogoś takiego jak ty.

Bartek milczał. Widziałem, jak jego grdyka porusza się, gdy przełykał ślinę. Jego pewność siebie topniała. Nie widział interfejsu, nie widział cyferek, ale słyszał w moim głosie coś, co go przekonywało. Pewność.

— Skąd wiesz? — zapytał w końcu, nie odrywając wzroku od ulicy. — Skąd wiesz, co to jest?

— Bo system mi to mówi — odpowiedziałem, puszczając roletę. Półmrok znów ogarnął pokój. Dezaktywowałem [Wewnętrzne Oko], czując lekkie ukłucie migreny. Koszt używania zdolności analitycznych nie był wysoki, ale przy moim obecnym poziomie wciąż odczuwalny. — Nexus. Te napisy przed oczami. Czytasz je w ogóle?

Bartek parsknął, odsuwając się od okna.

— Jakieś gówno mi miga, jakbym miał wylew. "Siła", "Wytrzymałość". Myślałem, że zwariowałem od wódy.

— Nie zwariowałeś. To nowa rzeczywistość. — Stanąłem przed nim, zmuszając go do kontaktu wzrokowego. — Posłuchaj mnie uważnie, Bartek. Wyjście tam teraz to samobójstwo. Statystycznie rzecz biorąc, nie przejdziesz nawet pięćdziesięciu metrów. Ale tutaj? Tutaj mamy mury. Mamy drzwi, które można naprawić. Mamy przewagę wysokości.

— I co? Mamy tu siedzieć i czekać, aż zdechniemy z głodu? — zapytał. W jego głosie nie było już agresji. Była bezradność.

— Nie — odparłem szybko. — Nie będziemy czekać. Przejmiemy kontrolę.

— Kontrolę? — Bartek uniósł brew. — Nad czym? Nad klatką schodową?

— Na początek tak. Musimy zabezpieczyć parter. Sprawdzić, kto przeżył. Zebrać zasoby. — Zacząłem wyliczać na palcach. Wszedłem w tryb planowania. To mnie uspokajało. Emocje były chaosem, zadania były proste. — Ty masz siłę. Masz ten klucz. Jesteś naszym tankiem.

— Tankiem? — powtórzył głupio.

— Tarczą — poprawiłem się. — Tym, który stoi z przodu i robi porządek. Ja będę twoimi oczami. Widzę rzeczy, których ty nie widzisz. Wiem, gdzie uderzyć, żeby bolało. A Maja...

Spojrzeliśmy oboje na dziewczynę. Maja wstała powoli, ocierając twarz z łez. Wyglądała krucho w swoim brudnym fartuchu pielęgniarskim, ale w jej oczach pojawił się błysk determinacji.

— Ja mogę szyć — powiedziała cicho. — I... widzieliście. Mogę leczyć. Chyba.

Bartek spojrzał na nią z nowym szacunkiem. W jego prostym postrzeganiu świata, lekarz był kimś ważnym. Kimś nietykalnym.

— Dobra — mruknął, uderzając kluczem o otwartą dłń. Dźwięk był ciężki, solidny. — Dobra, młody. Przekonałeś mnie. Na razie nie wychodzimy. Ale jak tylko zrobi się gorąco, spierdalam. Z wami albo bez was.

— Umowa stoi — skinąłem głową. To był najlepszy pakt, jaki mogłem w tej chwili wynegocjować.

— To co teraz? — zapytał Bartek, prostując się. Wyglądał już mniej jak ofiara, a bardziej jak ktoś gotowy do walki.

Poprawiłem okulary, które znów zsunęły mi się na nos.

— Teraz idziemy na dół. Musimy sprawdzić, czy zamknąłeś za sobą drzwi wejściowe do klatki. I czy ktoś jeszcze potrzebuje pomocy.

Wziąłem głęboki oddech. Powietrze w mieszkaniu było gęste i duszne, ale po raz pierwszy od przebudzenia czułem, że mam plan. Nie był idealny, miał mnóstwo dziur, ale był lepszy niż paniczna ucieczka w objęcia śmierci.

Wyszliśmy na korytarz.

Klatka schodowa bloku przy Cystersów zmieniła się w obce terytorium. Znajome lastryko, po którym codziennie rano zbiegałem do pracy, teraz wydawało się zimne. Cienie w kątach półpięter były głębsze niż zwykle, a cisza dzwoniła w uszach.

Bartek szedł pierwszy. Jego sylwetka wypełniała niemal całą szerokość schodów. Trzymał klucz francuski oburącz, gotowy do zamachu. Jego ruchy były sztywne. Bał się, ale strach przekuwał w agresję. To była dobra cecha, pod warunkiem, że potrafiło się nią sterować.

Ja zająłem tyły, co chwila oglądając się za siebie. Maja szła w środku, kurczowo ściskając plastikową rurę od odkurzacza. Wyglądało to groteskowo, ale nie miałem serca jej powiedzieć, że przeciwko potworom ta broń jest bezużyteczna. Dawała jej poczucie bezpieczeństwa, a morale było teraz towarem deficytowym.

Schodziliśmy powoli. Mijały nas drzwi sąsiadów. Niektóre były otwarte na oścież, ukazując puste, splądrowane wnętrza. Inne były zabarykadowane, a zza nich dobiegały ciche szmery lub płacz. Nie zatrzymywaliśmy się. Naszym celem był parter.

Gdy dotarliśmy na dół, uderzył nas zapach. Mieszanka stęchlizny, moczu i metalicznej woni świeżej krwi. Bartek zaklął cicho pod nosem, ale nie zwolnił kroku.

Drzwi wejściowe do klatki były wyłamane. Domofon zwisał na kablach, iskrząc co jakiś czas. To tędy weszło to "coś", o czym mówił Bartek. Ale teraz korytarz wydawał się pusty.

— Czysto — szepnął Bartek, rozglądając się.

— Czekaj — zatrzymałem go, kładąc rękę na jego ramieniu.

System coś wychwycił. Niewielki znacznik na granicy percepcji. Nie czerwony, oznaczający wroga, ale żółty. Neutralny. Albo ranny.

Wskazałem na wnękę pod schodami, gdzie zazwyczaj dozorczyni trzymała miotły i wiadra. Teraz było tam ciemno, ale [Wewnętrzne Oko] nie kłamało.

— Tam — wskazałem głową.

Bartek podszedł ostrożnie, unosząc klucz. Zajrzał w cień i natychmiast opuścił broń.

— Jasna cholera... Panie Józefie?

Podeszliśmy bliżej. W kącie, na stercie starych gazet, leżał starszy mężczyzna. Pan Józef. Emerytowany kolejarz, który zawsze witał mnie rano, gdy wychodził z psem. Teraz wyglądał jak wrak. Twarz miał szarą, pokrytą potem, a oczy zamglone bólem.

Ale najgorsza była noga.

Prawa nogawka dresowych spodni była przesiąknięta krwią. Materiał był poszarpany, a spod niego wystawała kość. Złamanie otwarte. Piszczel przebiła skórę, stercząc białą drzazgą w czerwonej miazdze.

Maja odruchowo zasłoniła usta, ale po chwili jej profesjonalizm wziął górę. Przecisnęła się obok Bartka i uklękła przy rannym.

— Panie Józefie, słyszy mnie pan? — zapytała, sprawdzając tętno na szyi staruszka.

Mężczyzna jęknął cicho, otwierając jedno oko.

— Boli... — wycharczał. — Mój Reksio... one go...

— Ciii, spokojnie — Maja delikatnie dotknęła jego czoła. — Jest pan w szoku. Musimy zająć się tą nogą.

Spojrzała na mnie bezradnie.

— Adrian, to złamanie otwarte z przemieszczeniem. On traci krew. Bez szpitala, bez operacji... wda się zakażenie. Sepsa. On umrze w ciągu doby.

Analizowałem sytuację. Szpital nie wchodził w grę. Karetki nie przyjadą. Apteki były albo zamknięte, albo już splądrowane. Mieliśmy zerowe zasoby medyczne. Żadnych antybiotyków, żadnych środków przeciwbólowych, nawet porządnego bandaża.

Zostało tylko jedno wyjście.

— Użyj tego — powiedziałem, wskazując na jej ręce. — Użyj światła.

Maja spojrzała na mnie z przerażeniem.

— Ale... ja nie wiem jak. To mnie wykańcza. Prawie zemdlałam, jak leczyłam twoje zadrapanie. A to... to jest poważna rana.

— Nie mamy wyboru — odparłem twardo. Może brzmiałem bezdusznie, ale kalkulacja była prosta. Pan Józef był balastem w tym stanie. Martwy byłby problemem sanitarnym. Ale zdrowy? Zdrowy mógł być kolejną parą oczu. Mógł pilnować zapasów. Mógł być użyteczny. — Jeśli tego nie zrobisz, on umrze. Tu i teraz.

Bartek przestąpił z nogi na nogę, patrząc to na mnie, to na Maję.

— Zrób to, dziewczyno — mruknął. — Spróbuj chociaż.

Maja wzięła głęboki oddech. Widziałem, jak jej dłonie drżą. Zamknęła oczy, koncentrując się.

— Dobrze — szepnęła. — Spróbuję.

Położyła dłonie bezpośrednio na krwawej ranie. Pan Józef krzyknął z bólu, próbując się wyrwać, ale Bartek przytrzymał go za ramiona.

— Trzymaj go mocno! — krzyknąłem.

Zielone światło wybuchło pod palcami Mai. Było o wiele jaśniejsze niż wcześniej, w moim mieszkaniu. To nie była delikatna poświata. To był intensywny, pulsujący blask, który oświetlił całą wnękę pod schodami, rzucając upiorne cienie na brudne ściany.

System natychmiast zareagował, wyświetlając serię komunikatów:

**[WYKRYTO UŻYCIE ZDOLNOŚCI: REGENERACJA TKANKOWA (LVL 1)]**

**[CEL: JÓZEF KRAWCZYK (NPC/CYWIL)]**

**[STATUS: KRYTYCZNY -> STABILIZACJA]**

Obserwowałem proces z fascynacją i przerażeniem. To nie była magia z bajek. To była brutalna, przyspieszona biologia. Widziałem, jak kość cofa się pod skórę z mokrym chrupnięciem. Widziałem, jak włókna mięśniowe splatają się ze sobą w szaleńczym tempie, jak skóra naciąga się nad raną, tworząc grubą, różową bliznę. Krew przestała płynąć, skrzepła w ułamku sekundy.

Ale cena była widoczna natychmiast.

Maja zaczęła słabnąć w oczach. Kolor uciekał z jej twarzy, jakby ktoś spuszczał z niej krew. Jej skóra stała się szara, niemal przezroczysta. Pod oczami pojawiły się ciemne sińce. Oddech stał się płytki, rzężący.

Spojrzałem na jej pasek zdrowia.

**[MAJA KOWALCZYK]**

**[HP: 45/90 -> 22/90]**

**[STATUS: WYCZERPANIE WITALNE]**

Pasek spadał. Z każdym pulsem światła traciła punkty życia. To nie była Mana. Ona płaciła własnym życiem za życie staruszka.

— Wystarczy! — krzyknąłem, łapiąc ją za ramię i odrywając od rannego. — Maja, przestań! Zabijesz się!

Światło zgasło gwałtownie. Maja opadła bezwładnie w moje ramiona. Była lekka, zimna jak lód.

— Udało się? — szepnęła ledwo słyszalnie, nie otwierając oczu.

Spojrzałem na nogę pana Józefa. Nie była idealna. Kość zrosła się krzywo, blizna była paskudna, a noga wyglądała na nieco krótszą. Ale krwawienie ustało. Rana była zamknięta.

— Tak — powiedziałem, kładąc ją delikatnie na podłodze, opierając plecami o ścianę. — Udało się. Ale zapłaciłaś za to połowę swojego paska życia.

Bartek puścił staruszka, który teraz oddychał spokojnie, pogrążony w czymś w rodzaju śpiączki farmakologicznej.

— Co jej jest? — zapytał wielkolud, patrząc z troską na nieprzytomną dziewczynę.

— Wypaliła się — wyjaśniłem chłodno, notując w pamięci kluczowe dane. — Jej moc nie bierze się znikąd. To transfer energii. Żeby kogoś uleczyć, musi oddać część siebie. Jeśli przesadzi... umrze.

To była krytyczna informacja. Maja była potężnym atutem, ale jednorazowego użytku w krótkim okresie czasu. Nie mogła być healerem spamującym czary w trakcie walki. Była zasobem strategicznym, którego należało używać tylko w ostateczności.

— Musimy ich przenieść — zdecydowałem, wstając. — Pan Józef nie może tu leżeć. Maja też.

— Do piwnicy? — zaproponował Bartek. — Tam są solidne drzwi. I nie ma okien.

Piwnica. To miało sens. Było tam bezpieczniej niż na parterze z wyłamanymi drzwiami. I chłodniej.

— Dobra — zgodziłem się. — Ty bierzesz Józefa. Ja wezmę Maję. Zniesiemy ich na dół, a potem zabezpieczymy wejście.

Bartek bez trudu podniósł chudego staruszka, przerzucając go sobie przez ramię jak worek cementu. Ja wziąłem Maję na ręce. Była niepokojąco chłodna. Czułem, jak jej serce bije wolno, leniwie. Musiała odpocząć. I musiała zjeść. Regeneracja wymagała kalorii. A my mieliśmy ich coraz mniej.

Ruszyliśmy w stronę drzwi do piwnicy. Metalowe, ciężkie wrota były otwarte. Ciemność za nimi zdawała się gęstsza niż gdziekolwiek indziej. Zapach wilgoci i ziemniaków uderzył mnie w nozdrza.

Zeszliśmy w dół.

Po ulokowaniu rannych w jednym z bezpieczniejszych, pustych boksów i zaryglowaniu drzwi do piwnicy od wewnątrz, zostawiłem Bartka na straży. Dałem mu swój nóż – marna broń w jego rękach w porównaniu do klucza, ale lepsza niż nic. Sam ruszyłem na obchód.

Musiałem sprawdzić przyłącza wody. Jeśli w rurach wciąż było ciśnienie, mogliśmy napełnić wszystkie dostępne pojemniki. Woda była ważniejsza niż jedzenie. Bez jedzenia przeżyjemy tygodnie. Bez wody – dni.

Szedłem wąskim korytarzem piwnicznym, oświetlając sobie drogę ekranem telefonu. Bateria dogorywała. Cienie na ścianach przybierały kształty potworów, ale [Wewnętrzne Oko] milczało. Było tu czysto. Przynajmniej na razie.

Dotarłem do węzła cieplnego. Rury były zimne. Zła wiadomość. Ogrzewanie miejskie padło. Wkrótce w bloku zrobi się lodowato. Ale kran techniczny przy liczniku wody... odkręciłem go. Syknęło powietrze, a potem popłynął cienki, rdzawy strumień. Jest woda. Mało, brudna, ale jest.

Ruszyłem dalej, w stronę najdalszego zakątka piwnicy, gdzie składowano stare opony i meble. Chciałem sprawdzić, czy nie ma tam jakiegoś tylnego wyjścia, czy okienka, przez które coś mogłoby się wcisnąć.

I wtedy to zobaczyłem.

W najciemniejszym kącie, za stosem opon zimowych, coś pulsowało.

Złote, rytmiczne światło.

Zatrzymałem się, gasząc ekran telefonu. W ciemności blask był hipnotyzujący. Nie było to światło elektryczne. Było organiczne, ciepłe, a jednocześnie obce.

Podszedłem bliżej.

Przede mną, lewitując kilka centymetrów nad brudną podłogą, unosiła się skrzynia. Wyglądała jak połączenie futurystycznego sejfu z relikwiarzem. Metaliczna powierzchnia pokryta była grawerunkami, które przesuwały się i zmieniały kształty, jak żywe tatuaże. Złote linie energii biegły wzdłuż krawędzi, zbiegając się w centralnym punkcie, gdzie pulsował kryształowy zamek.

System natychmiast wyświetlił okno interakcji, unoszące się w powietrzu nad obiektem:

**[OBIEKT: SKRZYNIA NEXUSA (POZIOM 1)]**

**[ZAWARTOŚĆ: LOSOWY EKWIPUNEK/UMIEJĘTNOŚĆ]**

**[KOSZT OTWARCIA: 50 NP (NEXUS POINTS)]**

**[TWOJE SALDO: 10 NP]**

Przełknąłem ślinę. Skrzynia z lootem. W prawdziwym życiu. W piwnicy mojego bloku na krakowskich Grzegórzkach. Absurd tej sytuacji uderzył mnie z nową siłą, ale szybko został wyparty przez chciwość.

Wiedziałem, czym to jest. To była szansa. Szansa na broń. Na pancerz. Na księgę umiejętności. Na cokolwiek, co dałoby mi przewagę.

Ale koszt... 50 NP.

Miałem tylko 10 punktów, bonus za precyzyjne zabójstwo szczura. Potrzebowałem jeszcze czterdziestu.

Otworzyłem w myślach menu sklepu systemowego.

**[SKLEP NEXUSA - OFERTA PODSTAWOWA]**

**- PAKIET ŻYWNOŚCIOWY (3 DNI) - 20 NP**

**- CZYSTA WODA (5L) - 10 NP**

**- PODSTAWOWY BANDAŻ - 15 NP**

Mogłem uzbierać punkty i kupić jedzenie. Bezpieczne, pewne kalorie dla Mai, dla mnie, dla Bartka. To byłby rozsądny wybór. Logiczny. Pragmatyczny. Zapewniłby nam przetrwanie na kilka dni dłużej.

Ale skrzynia... Skrzynia oferowała potęgę. A w tym nowym świecie, potęga była walutą cenniejszą niż złoto. Jedzenie się skończy. Woda się skończy. Ale jeśli znajdę tam broń? Albo umiejętność pasywną zwiększającą regenerację? To mogło zmienić zasady gry. To była inwestycja.

Ryzyko. Hazard.

Dotknąłem chłodnej powierzchni skrzyni. Poczułem mrowienie energii, która przeszła przez moje palce, w górę ramienia, aż do kręgosłupa. Skrzynia zawibrowała cicho, jakby mruczała, odpowiadając na mój dotyk. Zdawała się szeptać obietnice. *Otwórz mnie. W środku jest siła. W środku jest przetrwanie.*

Spojrzałem na licznik: 10/50 NP.

Brakowało mi czterdziestu punktów.

Czterdzieści punktów to cztery precyzyjne zabójstwa. Albo jedno duże.

Myśl o wyjściu na zewnątrz, w ten chaos, o którym mówił Bartek, sprawiała, że żołądek podchodził mi do gardła. Ale myśl o powolnej śmierci głodowej w tej piwnicy była gorsza.

Bartek miał rację w jednym – nie mogliśmy tu tylko siedzieć. Ale mylił się co do celu. Nie ucieczka była rozwiązaniem. Rozwiązaniem była dominacja. Musiałem zdobyć te punkty. Musiałem nakarmić Nexusa, żeby on nakarmił mnie.

Decyzja zapadła w ułamku sekundy. Z zimną precyzją, która była moją jedyną tarczą przed szaleństwem.

Cofnąłem rękę. Skrzynia wciąż pulsowała, kusząc, wzywając.

Muszę wyjść na zewnątrz. Muszę zapolować. Muszę zabić, żeby otworzyć ten przeklęty skarb, zanim ktoś inny – albo coś innego – sprzątnie mi go sprzed nosa. Bo w tej grze nie było nagród za drugie miejsce. Był tylko level up albo game over.

Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę wyjścia, zaciskając pięści. Strach wciąż tam był, ale teraz miał towarzystwo. Chciwość. I to ona pchała mnie do przodu.

Grind w cieniu szkieletora

Mgła nie była naturalna. Miała w sobie coś lepkiego, chemicznego, jakby miasto wypacało toksyny nagromadzone przez dekady. Wślizgnąłem się w cień rzucany przez betonowe filary estakady przy Rondzie Mogilskim. Beton był zimny i szorstki pod opuszkami palców. To była jedyna stała w świecie, który oszalał.

System wyświetlał godzinę 16:42, ale niebo miało barwę brudnej ścierki, sugerując późny zmierzch. Latarnie uliczne były martwe. Jedynym źródłem światła była blada poświata samego Nexusa, wisząca na granicy mojego wzroku, oraz rzadkie, migotliwe łuny pożarów w oddali.

Oddychałem płytko. Każdy wdech wciągał do płuc wilgoć i smród spalonej gumy.

Zostawiłem Maję i Bartka. To była czysta kalkulacja. Oni byli bezpieczni – lub tak bezpieczni, jak to możliwe – za stalowymi drzwiami piwnicy. Ja byłem na zewnątrz, bo potrzebowałem paliwa. Nie kalorii, choć żołądek skręcał się z głodu, ale punktów. Waluty nowej ery.

Przesunąłem się wzdłuż ściany, stawiając stopy w sposób, który podpowiadał mi instynkt, a raczej nowa, nabyta pamięć mięśniowa.

**[PASYWNA ZDOLNOŚĆ AKTYWNA: CICHE PORUSZANIE (LVL 1)]**

To uczucie było dziwne. Jakby ktoś nałożył tłumik na moje buty. Czułem żwir chrzęszczący pod podeszwą, czułem nacisk, ale dźwięk nie rozchodził się w powietrzu. Zostawał przy ziemi, stłumiony, martwy. To była mechanika gry nałożona na fizykę newtonowską. Absurdalne, ale skuteczne.

Moim celem był teren wokół biurowca NOT – słynnego krakowskiego "Szkieletora", który po latach przebudowy stał się Unity Centre. Teraz, w mroku, jego szklana fasada wyglądała jak gigantyczny nagrobek, odbijający szarość nieba.

Zatrzymałem się przy barierce oddzielającej chodnik od torowiska tramwajowego. Serce uderzyło mocniej, pompując adrenalinę w żyły.

Kilkanaście metrów dalej, przy wiacie przystankowej, coś się działo.

Dźwięk był pierwszy. Mokre mlaskanie. Odgłos rozrywanego materiału i pękania chrząstek. Potem dobiegł mnie zapach – intensywna, żelazista woń świeżej krwi, przebijająca się przez miejski smog.

Wychyliłem się ostrożnie zza filaru.

Było ich pięć.

Psy. A przynajmniej kiedyś nimi były. Teraz przypominały anatomiczne modele obdarte ze skóry. Ich sierść wypadła całymi płatami, odsłaniając pulsujące, czerwone mięśnie i ścięgna, które pracowały z nienaturalną dynamiką. Z pysków kapała im lepka, czarna ślina, wypalająca trawę tam, gdzie upadła.

Szarpały szczątki czegoś, co miało na sobie resztki lycry i kask rowerowy. Rowerzysta nie miał szans. Jego noga leżała dwa metry dalej, wciąż wpięta w pedał przewróconego karbonowego roweru.

Skupiłem wzrok. Interfejs zareagował natychmiast, nakładając na rzeczywistość czerwone ramki.

**[ZAGROŻENIE: ZMUTOWANY OGAR (LVL 2)]**

**[ZAGROŻENIE: ZMUTOWANY OGAR (LVL 2)]**

**[ZAGROŻENIE: ALFA STADA (LVL 3)]**

Alfa była większa. Miała zniekształcony łeb, jakby czaszka pękła i zrosła się ponownie w szerszym, bardziej drapieżnym kształcie. Jedno z jej oczu było mlecznobiałe, drugie płonęło żółcią. To ona trzymała w pysku korpus ofiary, warcząc na pozostałe bestie, które próbowały wyrwać dla siebie kawałek mięsa.