Nefilimowie. Córka Kaina - Popiołek, Mariusz - ebook

Nefilimowie. Córka Kaina ebook

Popiołek, Mariusz

0,0

Opis

Nefilimowie. Córka Kaina

 

Idealne życie to tylko fasada. Prawdziwa walka toczy się w cieniu.

Lidia Regucka ma wszystko pod kontrolą. Kończy architekturę, odnosi sukcesy w biurze projektowym, a wolne chwile dzieli między wyrozumiałego chłopaka, bliską przyjaciółkę i… lukratywne konto na OnlyFans. Tworzy idealne plany i precyzyjne konstrukcje, ale jej własne życie lada moment runie jak domek z kart.

Pojawienie się przystojnego księdza Ariela i jego enigmatycznego przyjaciela, Karola, burzy jej poukładany świat. Oficjalnie? Chodzi o projekt domu. Nieoficjalnie? Lidia staje się celem w odwiecznej wojnie między niebem a piekłem.

Gdy na jaw wychodzi, że najbliższa Lidii osoba skrywa demoniczną naturę, a w jej własnych żyłach płynie krew aniołów, zasady gry drastycznie się zmieniają. Kim naprawdę jest Karol? Komu Lidia może zaufać, gdy granica między świętością a potępieniem zaczyna się zacierać? Lidia musi odkryć prawdę o swoim pochodzeniu, zanim demony upomną się o jej przyszłość.

 

Największa bitwa między dobrem a złem rozstrzygnie się w głębi duszy.

Pierwszy tom serii Nefilimowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 299

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Nefilimowie. Córka Kaina — Mariusz Popiołek

Copyright © by Mariusz Popiołek, 2026

Copyright © by Wydawnictwo vandom

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórcy.

Redakcja: Vanessa Możdżer

Korekta: Jolanta Adamczak

Okładka: Marlena Kamińska

Ilustracje: Vanessa Możdżer

Skład i łamanie: Tobiasz Małysa (www.grafista.pl)

Wydanie I

Warszawa 2026

Drukarnia Abedik

Wydawnictwo vandom

(www.wydawnictwo.vandom.pl)

ISBN druk: 9788397800755

ISBN ebook: 9788397800762

Kamili i Piotrkowi

Dla Was wracam do

rzeczywistości po wędrówkach

wśród meandrów wyobraźni

1

— Pamiętajcie, że Bóg stworzył Niebo, Ziemię i wszystko, co na niej żyje. To znaczy, że wcześniej musiał to zaprojektować! Czyli to Bóg był pierwszym architektem i to właśnie ten zawód jest najstarszy na świecie, a nie inny, o którym tu nie wspomnę, reprezentowany w przeważającej większości przez wątpliwych obyczajów kobiety!

Profesor Marian Górski często przemawiał jak natchniony teolog, próbując zarazić swoją pasją słuchających go studentów. Będąc od kilkunastu lat dziekanem Wydziału Architektury Politechniki Poznańskiej, wykształcił kilka pokoleń zdolnych — w swoim mniemaniu na pewno, według niektórych nie zawsze — inżynierów architektów.

Lidia słuchała go z lekkim uśmiechem. Był wymagający, a przez te kilka semestrów jako promotor dał się poznać z różnych stron, choć często wykazywał niemal ojcowską troskę, gdy dawał jej dobre rady. To dzięki niemu mogła teraz oficjalnie tytułować się magistrem inżynierem architektem. Jej koleżanka pewnie zaraz by ją poprawiła na magisterkę inżynierkę architektkę.

Lidia parsknęła cicho. Będzie musiała zadzwonić do Joanny i umówić się na oblanie uzyskania tytułu i — jak zwykle — przy okazji trochę pokłócić o feminatywy. Polubiły się od samego początku studiów udało im się trafić do wspólnego pokoju w akademiku. Czasem żartowały, że mogłyby być siostrami — obie blondynki, tego samego wzrostu, podobnej, szczupłej postury i nawet z takim samym brązowym kolorem oczu. W porównaniu do nieco okrąglejszej u Joanny,

Lidia miała bardziej owalną twarz, no i nigdy nie mogła zdecydować się na skrócenie włosów bardziej niż do połowy pleców. Uwielbiała swoje naturalne fale. Spędzała sporo czasu na czesaniu i ogólnej pielęgnacji, nie zwracając uwagi na docinki koleżanki. Bo ta hołdowała przekonaniu, że praktyczność ponad wszystko i ona w życiu nie zapuści włosów dłuższych niż do ramion, a i te momentami wydają się jej za długie.

Swoją drogą, Asia była ciekawym i mało spotykanym przypadkiem w obecnym pokoleniu. Pochodziła z bogatej rodziny i będąc jedyną, ukochaną córeczką swojego ojca, miała odziedziczyć milionową fortunę. Mimo to nie obnosiła się ze swoim stanem posiadania i nie prosiła rodziców o żadną pomoc. Twierdziła, że jeśli sama nie będzie w stanie do czegoś dojść, to tym bardziej nie da rady zarządzać dużym biznesem. Lubiła brylować w towarzystwie, jak na wyemancypowaną i pewną siebie kobietę przystało. Niezachwianie wierzyła, że można doskonale pogodzić bycie feministką z życiem w ewentualnym małżeńskim związku, w którym obie strony są zadowolone. Twierdziła, że właśnie to przyciągnęło do niej Marcina. A on, że był to purpurowy pas w brazylijskim jiujitsu, które wspólnie trenowali. Mimo wszystko coś w tym musiało być, ponieważ reprezentował typ mężczyzny określany na pierwszy rzut oka jako blond macho. Tacy faceci raczej trzymali się z daleka od kobiet podobnych do Asi. Sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, ciało jak spod dłuta Michała Anioła i niezmącona pewność siebie w każdym geście. Kiedyś Lidia i Asia zgodnie stwierdziły, że Marcin mógłby mieć każdą, ale z jakiegoś powodu wybrał właśnie Joannę. Lidia na szczęście nie była zazdrosna, bo miała swojego, równie przystojnego, Kazika.

I właśnie w tym momencie przyłapała się na gafie. Przecież wypadałoby dać mu znać o oficjalnym uzyskaniu tytułu, a nie myśleć tylko o drinkowaniu z Aśką. Zaraz po wyjściu z uczelni wyciągnęła telefon i szybko wybrała numer.

Po pięciu sygnałach zrezygnowała. Pewnie siedział na jakiejś rozprawie i bronił mniej lub bardziej winnego kryminalisty. Wiedziała, że nie ma sensu dobijać się do niego po kilka czy kilkanaście razy, bo zawsze oddzwaniał, kiedy tylko miał czas. Nie do końca rozumiała jego podejście do zawodu adwokata. Dlaczego wybierał tych z najgorszych klientów? Gwałty, szantaże, handel narkotykami, morderstwa, porwania i pewnie jeszcze inne przestępstwa z katalogu kodeksu karnego. Kazik twierdził, że wszyscy zasługują na sprawiedliwy proces i prawo do obrony, bo przecież nie każdy oskarżony jest winny popełnionego czynu.

Lidia oczami wyobraźni widziała, jak spokojnie jej to tłumaczy, przeczesując ręką swoją gęstą, ciemnoblond czuprynę. Miała słabość do tego gestu i wiedział o tym doskonale. Poza salą rozpraw Kazik był najłagodniejszą osobą, jaką znała. Jej własny młodszy Henry Cavill (ale z tego zwierzyła się tylko Joannie). Może nie aż tak umięśniony, ale absolutnie wszystko miał na swoim miejscu. Zaryzykowałaby nawet stwierdzenie, że jest idealny, ale przecież tacy ludzie nie istnieją.

No dobra, skoro to już miała z głowy, spokojnie mogła przekręcić do Aśki. Kiedyś, jak usłyszała „przekręcić”, musiała sobie wyguglać, co dokładnie to słowo oznacza. Stacjonarne telefony z obrotową tarczą! To było chyba w średniowieczu!

— Acha — usłyszała w słuchawce po kilku sekundach.

Ktoś postronny mógłby pomyśleć, że dziwnie jest odbierać telefon słowem wyrażającym potwierdzenie. Niewiele osób wiedziało, że Joanna po prostu lubi czasem przedstawiać się „zgrubieniem zdrobnienia swojego imienia”.

— Hej, brzydulo! Mówi magister inżynier architekt Lidia Regucka!

— Brzmi bosko! To o której w „Wodopoju”? — Jak można było się spodziewać, Asia od razu przeszła do rzeczy.

— Może dwudziesta?

— Dawaj na dziewiętnastą, to później skoczymy jeszcze gdzieś na miasto.

— Może być. Widzimy się.

Cisza w słuchawce, kiedy słowa Lidii wybrzmiały do końca oznaczała potwierdzenie i przyjęcie ich do wiadomości. Zaprzeczająca wszelkim stereotypom długość rozmowy między dwiema przyjaciółkami wynikała z kilku cech charakteru Joanny. To nie tak, że nie lubiła plotkować przez telefon. Po prostu wiedziała, kiedy jest odpowiedni czas na odpowiednie rzeczy. Możliwe też, że właśnie w tamtym momencie miała zamiar trochę „potrenować” z Marcinem, a to był bardzo dobry powód do szybkiego zakończenia rozmowy.

Aśka przyznawała, że na macie nie może mu dorównać — poza tym, że był dużo silniejszy, posiadał brązowy pas, czyli stopień wyżej od niej. Ale dziwnym trafem w sypialni prawie zawsze udawało jej się wygrać, najczęściej wykorzystując odpowiedni moment do założenia dźwigni nadgarstkowej podczas dosiadu, kiedy uwaga prawie męża zbytnio skupiała się na jej „małych C”. Oczywiście doskonale zdawała sobie sprawę, że Marcin robi to specjalnie, ale skoro obie strony korzystały…

Lidia rozejrzała się z  namysłem. Do wieczora było jeszcze sporo czasu i nie miała zamiaru od razu jechać do mieszkania. Postanowiła zatrzymać się po drodze w Avenidzie i kupić sobie jakąś ciuchonagrodę za kolejny cel odhaczony na liście. Usłyszała cichy sygnał powiadomienia. „Twoja paczka czeka w paczkomacie” — przeczytała i zmarszczyła brwi, widząc pseudonim nadawcy. Tego się nie spodziewała.

Nie zdążyła schować telefonu, kiedy zagwizdał ponownie, informując o przychodzącym SMSie od Joanny.

„INŻYNIERKA ARCHITEKTKA!!!”

Lidia zachichotała.

2

Stał przed frontową fasadą Bazyliki Archikatedralnej pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Poznaniu i  przyglądał się szczegółom budowli. Była jednym z najstarszych polskich kościołów, a jednocześnie pierwszą katedrą. Oczywiście nic nie zachowało się z dziesięciowiecznych murów, a jej wygląd przeszedł tyle zmian, że trudno było je dokładnie zliczyć.

Karol zastanawiał się dłuższą chwilę, próbował przypomnieć sobie, ile ich było. Dziewięć? Nie, dziesięć razy była przebudowywana lub odbudowywana po zniszczeniach wojennych, huraganie czy pożarach, a przynajmniej o takiej ilości prac wspominano w kronikach. Ciekawe, czym po zakończeniu drugiej wojny światowej kierował się architekt, nadzorując ostatnie wykonane prace. Karol wyobraził sobie, jak tamten mężczyzna siedzi nad rysunkami i próbuje poskładać w całość puzzle z różnych epok. Ostatecznie stworzył spójną kompozycję, w której przeważały motywy gotyckie, a całości dopełniały klasycystyczne hełmy wież. Trzeba przyznać, że Franciszek Morawski był dobry w swoim fachu. Szkoda, że drzwi zmieniono już po jego śmierci, bo pewnie z chęcią sam dopasowałby je do swojej wizji całości.

Karol podszedł bliżej, by przyjrzeć się wytartym przez czas płaskorzeźbom przedstawiającym sceny z życia świętego Piotra. Dotknięte ciepłymi promieniami zachodzącego słońca nabrały lekko pomarańczowego odcienia. Zwerbowanie przez Jezusa na samej górze, potem co ciekawsze sceny z życiorysu i ukrzyżowanie do góry nogami na samym dole. I na tej skale ludzie zbudowali kościół.

Może raczej podkradli co ciekawsze pogańskie rytuały, pomyślał. Dodali do nich trochę nowych szczegółów, wpletli w to życie, nauczanie i śmierć Chrystusa i cyk — mamy nową wiarę.

Napis nad drzwiami głosił: „Prima sedes episcoporum poloniae” — pierwsza siedziba biskupów Polski. Swoją drogą określenie siedziby po łacinie przetrwało w bardzo ładnej formie w języku polskim: „Oto mój tron i moja siedziba! Oto mój sedes! Jam tu jest władcą!”.

Karol uśmiechnął się lekko. W chrześcijaństwie fascynowała go niezmierzona ilość zapożyczeń z innych wierzeń. Choćby sama orientacja kościołów według stron świata: „[…] albowiem jak błyskawica zabłyśnie na wschodzie, a świeci aż na zachodzie, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego” (przyp. Mt 24, 27) Oczywiście zupełnym przypadkiem większość starożytnych religii w jakiejś formie czciła potężnego boga — Słońce — pojawiającego się na wschodzie. Dawnym ludziom łatwiej było mieć większego czy mniejszego boga, strażnika różnych spraw. Ten od złych wieści, tamten od dobrych, ten od piorunów, tamten od mórz i oceanów, ten od pijaństwa, tamta od płodności, ta od domowego ogniska, tamta od polowań. Matka Ziemia, Ojciec Czas… Samo pojęcie jedynego Boga było przerażającą perspektywą. Przecież jak jeden i ten sam może zajmować się wszystkim naraz? Jak potężna musiałaby to być istota, żeby ogarnąć coś tak potwornie skomplikowanego jak ludzkie życie? A jeśli we wszechświecie gdzieś żyją kosmici, to czy też wierzą w jednego Boga? Czy to jest ten sam Bóg? Od tych rozważań wielu filozofów dostawało się ciężkiego bólu głowy. A przecież wystarczyło po prostu wierzyć i nie zastanawiać się za bardzo nad szczegółami.

— Szczęść Boże! — Wesoły głos wyrwał Karola z zadumy.

— Szczęść Boże — odpowiedział mężczyźnie, który zatrzymał się obok niego. — Przepraszam, nie zauważyłem, kiedy… ksiądz podszedł.

— Nie szkodzi. Nie chciałem przeszkadzać w rozmyślaniach, ale przez chwilę wydawało mi się, że wygląda pan, jakby potrzebował pomocy, więc w miarę możliwości chciałem zaoferować swoją.

Karol przez krótką chwilę przyjrzał się wysokiemu kapłanowi. Krótkie, kręcone blond włosy odejmowały mu lat, ale z pewnością nie miał ich mniej niż dwadzieścia sześć, może dwadzieścia siedem. Starszy mężczyzna potrafił bezbłędnie rozpoznać, czy ktoś ma szczere intencje, czy tylko wtrąca się, bo wypada. Od młodego duchownego chęć czynienia dobra aż biła po oczach.

— Dziękuję, ale dzisiaj nie potrzebuję pomocy. Może innym razem.

— Może wejdzie pan do środka i posiedzi chwilę w ciszy? Z doświadczenia wiem, że między tymi murami myśli potrafią bardzo szybko się rozjaśniać.

Karol od razu wychwycił, że ksiądz nie zalecił mu modlitwy. Zdolny chłopak, pewnie miał silne powołanie i dobrze się w nim odnajdywał, skoro trafił do tej parafii.

— Któregoś dnia na pewno. — Delikatny uśmiech uniósł kąciki warg Karola. — Jednak dzisiaj jeszcze nie.

Ksiądz zmarszczył czoło w zamyśleniu.

— Rozumiem i nie nalegam, ale drzwi są zawsze otwarte. — Skrzywił się lekko po ostatnich słowach. — No dobrze, nie zawsze, bo na noc najczęściej zamykamy. W razie czego jednak proszę zajrzeć do kurii. — Wskazał ręką budynek po drugiej stronie ulicy. — I pytać o księdza Ariela. Tam mnie znają.

Brwi starszego mężczyzny uniosły się w niemym zaskoczeniu.

— Tata miał niezłą wyobraźnię i chyba silny dar przekonywania. — Duchowny się roześmiał.

— To… mocne imię. — Karol nie chciał mówić za wiele, ale doskonale znał znaczenie tego miana. — Wydaje się pasować do wybranego zawodu.

— No właśnie sam często się zastanawiam, czy zostałem kapłanem, bo mam tak na imię, czy rodzice mi je dali, bo chcieli, żebym został kapłanem. W każdym razie usłyszałem wezwanie i niczym Abraham odrzekłem: Oto jestem.

— Całe szczęście, że nie musiał ksiądz poświęcać syna. — Karol od razu się zmitygował. Zbyt swobodnie to zabrzmiało i mógł trącić jakąś wrażliwą nutę. Przecież w ogóle nie znał tego człowieka.

— Oj tak, ale nie wiadomo, jakie jeszcze próby są przede mną. Tak czy inaczej oferta otwartych drzwi pozostaje w mocy. Zapraszam o dowolnej porze z zastrzeżeniem, że w nocy trzeba będzie poczekać trochę dłużej na odpowiedź. — Serdeczny uśmiech nie schodził z twarzy księdza.

— Mam nadzieję, że nie będę musiał niepokoić o zbyt późnej porze — odrzekł Karol. — Zapamiętam i dziękuję za ofertę. Szczęść Boże.

— Bóg zapłać. — Duchowny skłonił się lekko i odszedł w stronę budynku kurii.

Karol chwilę jeszcze stał przed majestatyczną budowlą, przyglądając się strzelistemu, ponad dziesięciometrowemu oknu. W takie dni jak ten, światło popołudniowego słońca musiało padać wprost na ołtarz, co bez wątpienia było zamysłem architekta.

Zastanowił się, czym mogła jego osoba zwrócić uwagę młodego księdza. Raczej nie wyróżniał się z tłumu — zwykły facet, lekko po czterdziestce, z kilkutygodniowym, ale zadbanym zarostem i ciemnymi włosami gęsto pokrytymi siwizną. Ktoś kiedyś powiedział mu, że wygląda na zmęczonego życiem. Może to te zmarszczki czy trochę ogorzała twarz, a może smutne spojrzenie ciemnych oczu? Ubiór raczej też nie przykuwał uwagi, bo czy dżinsy i oliwkowy Tshirt rzucają się w oczy? To strój w sam raz na ciepły, lipcowy wieczór.

Karol machnął ręką i odszedł w stronę Mostu Bolesława Chrobrego. Później, jak zwykle w drodze do domu, chciał przeciąć Park Cytadela. W głowie zaświtała mu pewna myśl, której się uchwycił. Będzie musiał wreszcie odwiedzić biuro projektowe.

3

Było dziesięć minut przed dziewiętnastą, kiedy wysiadła z tramwaju na Świętym Marcinie. Do zachodu słońca zostały jeszcze ponad dwie godziny, więc mimo wieczornej pory było jasno, ciepło i tak ładnie, jak tylko może być w lipcu. Dlatego miała na sobie biały crop top na ramiączkach i czarne, luźne bojówki. Przez ramię przerzuciła pasek od małej listonoszki. Niczego więcej nie potrzebowała na szybki wypad z przyjaciółką. Skręciła w Gwarną koło „Sphinxa” i zobaczyła czekającą przy wejściu Joannę z nosem wetkniętym w ekran telefonu. Uśmiechnęła się i już chciała zawołać dziewczynę, kiedy ta podniosła głowę. W oczach Asi zalśniła radość, podbiegła i od razu rzuciła się Lidii na szyję, a potem pocałowała ją w policzek.

— Gratulacje, paskudo! — zawołała prosto w ucho.

— Au! Nie tak głośno!

— Hałas ci przeszkadza? Kaca będziesz mieć dopiero jutro. Dzisiaj jest piątek i świętujemy! Mówiłam ci już kiedyś, że masz zajebisty gust, jeśli chodzi o ciuchy? — Joanna wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.

Lidia spojrzawszy na nią, parsknęła. Ubrały się niemal identycznie. Jedyną różnicą był rozmiar i kolor torebki. Joanna zawsze nosiła większe, twierdziła, że musi mieć przy sobie wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Znając jej możliwości, lista mogła zaczynać się od typowego długopisu, powerbanka i paczki podpasek, przechodzić przez zestaw opatrunkowy, a  kończyć się na minikompresorze, dalmierzu, paralizatorze z zapasową baterią czy komplecie uszczelek do umywalki. Łatwiej było trafić szóstkę w lotto, niż odgadnąć zawartość torebki Aśki.

— Jak kiedyś będę potrzebować lustra, to po prostu stań przede mną i rób to co ja — stwierdziła z uśmiechem Lidia. — Wchodzimy?

Odwiedzały razem „Wodopój”, od kiedy zaczęły dzielić pokój w akademiku, toteż dobrze znały obsługę i stałych bywalców.

— Co dla was będzie, siostry? — zagadnął barman, kiedy podeszły do kontuaru.

— Cześć, Krzychu. Dla mnie jagodowe, a dla pani magisterki inżynierki malinowe mojito. Zaczynamy delikatnie — zaznaczyła Joanna dobitnie i uniosła palec wskazujący. — Ale skończymy ciężko. Tylko pilnuj, żeby żadna z nas nie wylądowała pod stołem.

— To byłby chyba pierwszy raz — odparł Krzysiek.

Od kiedy pracował w pubie nieraz widział obie dziewczyny podczas mniejszych lub większych melanży i za każdym razem głośno wyrażał swój podziw dla ich nienaturalnej wręcz odporności na promile.

— Jeśli będzie pierwszy, to twój na pewno ostatni — pogroziła mu Joanna.

— Możecie być spokojne. Przy barze czy stolik?

— Dzisiaj stolik. Mamy tematy do obgadania.

— Mamy? — zdziwiła się Lidia.

— Tak, mamy. Chodź, siadaj i czekaj na ambrozję.

O tej porze nie było jeszcze zbyt wielu gości, więc mogły spokojnie usiąść w rogu sali. Joanna rzuciła torebkę na wolne krzesło z łupnięciem świadczącym o tym, że w obecnej chwili, w środku mogły być co najmniej dwie cegły.

— Słuchaj — zaczęła Lidia, zanim Asia zdążyła się odezwać. — Pamiętasz tego kolesia ze śmieszną ksywką?

— HenioProsiaczek czy jakoś tak?

— HenioKnurek. Jakiś czas temu obiecał na czacie, że mi coś kupi. Myślałam, że ściemnia jak większość, ale dzisiaj odebrałam paczkę i patrz. — Otworzyła zdjęcie na telefonie i pokazała przyjaciółce.

— O ja cię pier… — zakrztusiła się z wrażenia Joanna. — Czy to jest to, na co wygląda?

— Obawiam się, że tak. Sprawdziłam w sieci i ten konkretny model kosztuje średnio półtora tysiąca.

— Dildo przytwierdzone do młota udarowego kosztuje półtora tysiąca? — Asia zniżyła głos.

— Są różne końcówki do zamontowania, może być ruch obrotowy, posuwisty… — Lidia wykonała odpowiedni gest dłonią — …albo jeden i drugi. No i możliwość przytwierdzenia do podłoża dla stabilności. Dołączył notatkę, żebym sobie spokojnie wypróbowała, przetestowała wszystkie funkcje i oczywiście zgodnie z obietnicą nagrała dla niego film. — Przejechała ręką po włosach i głośno wypuściła z siebie powietrze. — Po prostu masakra.

— Obrotowoposuwisty — sapnęła z wrażenia Joanna, lecz zaraz się wyprostowała i spojrzała czujnie na Lidkę. — Jak to obiecałaś, że nagrasz film?

— Nie wierzyłam, że on mówi serio! Różne rzeczy mi kupowali, ale najczęściej była to jakaś bielizna, w której miałam zrobić sobie zdjęcia, pokazać na livie i tyle. To jest grubsza sprawa.

— Noo… tak minimum na pięć centymetrów średnicy. — Asia znów spuściła wzrok na telefon. — Słowo się rzekło, co nie?

— Chyba nie będę miała wyjścia. Mogłam trzymać gębę na kłódkę. — Prychnęła z niesmakiem.

— Daj spokój. Nie takie rzeczy sobie wsa… — urwała w ostatniej chwili Joanna.

— Wasze drinki. — Krzysiek pojawił się jak spod ziemi, z dwoma kieliszkami.

— Dzięki, bezszelestny duchu „Wodopoju”. Jak będziemy chciały więcej, to zaczniemy krzyczeć, a teraz sio, bo o ważnych babskich sprawach rozmawiamy. — Machnęła ręką do i tak oddalającego się już barmana.

— Coraz bardziej zaczynam myśleć, że z tym OnlyFans to nie był najlepszy pomysł. — Lidia zaczęła powoli kręcić trzymanym kieliszkiem. — Mam coraz więcej oglądających i istnieje ryzyko, że sporo z nich jest z okolicy. Kiedyś wreszcie ktoś może mnie rozpoznać.

— Co ja bym dała, żeby rozpoznać Johnny Sinsa na ulicy. — Asia westchnęła z rozmarzeniem. — Wiesz, jak małe są na to szanse? Dziewięćdziesiąt dziewięć procent wszystkich „jedynych fanów” to zapuszczone piwniczaki z tysiącami postów na wykopie, oglądający światło słoneczne kilka razy w roku, a jedyne dziewczyny, z którymi mają kontakt w realu to te o imionach Lewa albo Prawa. — Uniosła najpierw jedną, a potem drugą dłoń. — Zależy, w której akurat trzyma myszkę. Na dodatek masz go w angielskiej wersji, więc pewnie większość nawet nie jest z Polski. Z samej wypłaty asystentki architekta nie utrzymałabyś mieszkania, nie spłacała samochodu, nawet nie siedziałabyś tu ze mną i nie stawiała mi drinków!

— To ja stawiam? — zdziwiła się Lidia, po czym pociągnęła łyk z kieliszka.

— A kto zdobył kolejny level prestiżowej profesji zawodowej? Masz na koncie dwie kariery, dziewczyno. Jedna pozwala ci teraz żyć na dużo wyższym poziomie, niż byś mogła, a druga zapewni ci odpowiednią emeryturę. Zresztą, teraz pewnie co trzecia niunia ma tam profil i próbuje osiągnąć ułamek twojej liczby fanów. Wstrzeliłaś się w dobrym momencie. Oprócz tego tam masz mocniejszy makijaż, zmieniasz fryzurę, a nawet nie wiesz, jak bardzo to odwraca uwagę.

— Może i masz rację…

— Pewnie, że mam. Supermanowi wystarczył garnitur i okulary i nawet wszystkowiedząca, wszędobylska Lois Lane go nie rozpoznała.

— Fakt. To teraz możesz mi powiedzieć, co to za tematy mamy do obgadania? — Lidia zabębniła palcami o stolik.

— Mogę. — Joanna kiwnęła głową. — Krzychu! Dwa razy Popcorn Martini! Trzymamy się pirackiego klimatu! — Zamówiła kolejne drinki na bazie rumu.

— Robi się!

— Wracając do sedna — zwróciła się znów w stronę przyjaciółki. — Co tam u Kazia?

Lidia na krótką chwilę zacisnęła usta.

— Zaczynał przebąkiwać o wspólnym mieszkaniu, kiedy zrobię magisterkę. Chyba nawet było coś o dziecku…

— Chyba nawet? Rzucił coś mimochodem podczas gry na konsoli, czy może jak siedział na kiblu? — Kpiący uśmieszek wygiął pełne usta Aśki.

— Nie, no rozmawialiśmy jakiś czas temu dosyć poważnie. Widać, że mu na tym zależy. — Lidia poprawiła się na krześle. Nagle zrobiło się jej niewygodnie.

— Zgodziłaś się?

— Jeszcze nie, ale mocno się nad tym zastanawiam. Sporo by to zmieniło. Ciągle nie wiem, jak powiedzieć mu… — przerwała i pociągnęła mały łyk drinka.

— Że świecisz dupą w internecie i dobrze na tym zarabiasz? Pff… mówiłam już. Jesteś jedną z wielu. Spotkałaś się kiedyś z którymś piwniczakiem w realu?

— No coś ty!

— A proponowali ci?

— Bez przerwy.

— Czyli masz dobrze postawione granice. — Joanna rozłożyła ręce. — Powinnaś wreszcie mu powiedzieć.

— Nie za bardzo wiem, jak można zacząć taką rozmowę.

— Może rzuć coś mimochodem podczas gry na konsoli albo jak będziesz siedzieć na kiblu?

Lidia w ostatniej chwili zdążyła przełknąć drinka, bo inaczej oplułaby stół.

— Naprawdę nie wiem, jak udaje ci się z Marcinem. Jesteś niemożliwa.

— Po prostu od samego początku wyłożyłam wszystko, co sądzę na temat związków, żeby dokładnie wiedział, na czym stoi czy raczej pod kim leży. Nie miał nic przeciwko i wziął mnie z całym dobrodziejstwem inwentarza. — Asia uśmiechnęła się szeroko niczym zadowolona kotka.

— Trochę wam zazdroszczę.

— Zadam ci najważniejsze pytanie. Kochasz Kazika? Tak naprawdę kochasz? I odpowiedz już teraz, a nie za dwa drinki.

— Kocham — szepnęła cicho Lidia, zastanawiając się nad prawdziwością tego słowa.

— To wyrzuć z siebie wszystko, bo tajemnice zabiją wasz związek szybciej, niż but spłaszczy karalucha. Wiesz, że nie przepadam za tym adwokaciną, ale nie będę się kłócić z twoim gustem.

— Popcorn Martini razy dwa. — Barman postawił przed nimi dwa nowe kieliszki i zabrał puste. — Wiecie już, co dalej?

— Sernik, Krzysiu. Sernik, bo zaczyna robić się grubo. — Joanna tym razem wybrała drinka z wódką. — I dorzuć podwójne nachosy z salsą.

4

Karol lubił przechadzać się parkowymi alejkami niezależnie od pory roku. Zawsze znajdował w nich chociaż odrobinę ukojenia. W tej części najbardziej podobała mu się instalacja „Nierozpoznani”. Sto dwanaście wysokich na ponad dwa metry figur do złudzenia przypominających ludzkie postacie bez rąk i głów. Każda kroczyła w sobie tylko wiadomym kierunku i celu. Symbolikę można było tłumaczyć na wiele sposobów, ale on po prostu lubił to miejsce.

Czasem przesiadywał na jednej z ławek, a innym razem godzinami włóczył się po ścieżkach. Dzisiaj też miał zamiar obejrzeć, jak promienie zachodzącego słońca układają się na różnych rzeźbach. Wszedł od strony ulicy Garbary, udał się najpierw w kierunku „Zakochanych”, żeby zaraz potem przejść do „Piasta i Rzepichy”. Wiedział, że nieco dalej czeka na niego „Macierzyństwo”, ale niestety tym razem tam nie dotarł.

Od strony Ogrodu Kwiatów wolnym krokiem zbliżał się mężczyzna ubrany w granatową koszulę z krótkim rękawem i ciemnoszare spodnie wyprasowane w kant. Całości jego stroju dopełniały czarne skórzane buty o wartości mogącej przekraczać cenę kilkumiesięcznego czynszu za średniej wielkości mieszkanie w Poznaniu.

— Karol! — zawołał, już z daleka unosząc rękę, jakby obawiał się, że nie zostanie zauważony. — Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że na ciebie wpadłem — dodał, podchodząc z wyciągniętą dłonią.

— Baltazar. — Karol skinął głową. — Dawno nie próbowałeś zatruć tego, co zostało z mojego życia. Czego chcesz? Dlaczego teraz i tutaj?

Mężczyzna westchnął ciężko z udawaną rezygnacją.

— Z tobą to nawet zwykłego spotkania nie można zacząć normalnie. Nie wolno po prostu zajrzeć do dobrego znajomego i zapytać, co słychać?

— Czasy, kiedy byliśmy dobrymi znajomymi skończyły się jakieś sto lat temu.

Baltazar roześmiał się melodyjnie. Miał bardzo przyjemny głos. Aż chciało się spijać każde wypowiedziane słowo i delektować każdym wydanym dźwiękiem. Dziwnie kontrastowało to z ostrymi rysami twarzy, kruczoczarnymi włosami i perfekcyjnie wypielęgnowanym zarostem. Baltazar wyglądał jak model z okładki magazynu, a brzmiał, jakby śpiewał w kościelnym chórze.

— Ciekawe porównanie. — Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Karol skrzywił się.

— To, że pozwoliłem ci na odczytanie myśli, nie znaczy od razu, że musisz komentować.

— Dobra już, dobra. Nie musisz być takim… — Baltazar wykonał jakiś bliżej nieokreślony gest — sobą.

— Przejdziesz do rzeczy? — Karol nie okazywał zdenerwowania, które zaczęło kiełkować gdzieś z tyłu głowy. Rzeczywiście dawno nie rozmawiali, a kilka ostatnich konwersacji skończyło się dość nieprzyjemnie. Mimo to miał nadzieję na jeszcze kilka dobrych lat spokoju. Trudno. Człowiek musi pracować z tym, co jest mu dane.

— Ile to już lat kwitniesz w tym swoim domku na Winogradach? Chyba sześć, prawda? — Baltazar podrapał się nienaturalnie długim paznokciem w skroń.

— Pięć — odburknął starszy mężczyzna.

— No tak. To nawet nie mgnienie oka na wielkim zegarze wieczności. Przeprowadziłeś się chyba chwilę przed tym, jak zaczęła tu studiować?

Karol mimowolnie zacisnął pięści. Oczywiście powinien był się spodziewać, że powód, dla którego zamieszkał w Poznaniu, będzie znany w pewnych kręgach, ale mimo to naiwnie miał nadzieję, że on sam pozostanie niezauważony.

— Widzę, że trafiłem. — Baltazar znów wyszczerzył zęby. — Trzeba zacząć działać przyjacielu, zanim ubiegnie nas kto inny. Na dzisiaj zaplanowałem już mały wstęp. Nawet opróżniłem jedną ulicę na parę minut.

— Co?! — Karol z trudem powstrzymał się od krzyku.

Było o wiele za wcześnie. W ogóle nie była przygotowana na to, co może się wydarzyć. Nawet nie zdążył się z nią spotkać.

— Spokojnie, spokojnie. Nie mam zamiaru dać ci tej satysfakcji, którą miałeś w Berlinie. — Baltazar zmrużył oczy. — Tym razem będziemy działać powoli i małymi kroczkami. Nie chcemy jej spłoszyć, tylko sprawdzić potencjał.

— Po pierwsze, nigdy nie byliśmy przyjaciółmi. — Karol miał już dosyć poufałego tonu. — Po drugie, ona nie ma żadnego potencjału, a po trzecie nieważne, co zrobicie, tym razem skończy się to dla ciebie dużo gorzej niż w Berlinie.

Baltazar uśmiechnął się trzeci raz, ale tym razem nie serdecznie. Jego twarz wyglądała na dziwnie rozciągniętą, a zęby zrobiły się bardziej spiczaste.

— Nie tym razem, dziadku. — Jego głos był grubszy, jakby wydobywał się z głębi gardzieli. — Jesteśmy dużo lepiej przygotowani niż kiedykolwiek.

— I tak po prostu nie mogłeś się oprzeć i musiałeś tu przyjść, by o wszystkim mi powiedzieć? Jesteś tak głupi czy tak zadufany w sobie?

— Chciałem się z tobą zobaczyć przez wzgląd na stare czasy. Kiedyś nam pomagałeś, a ja chyba ciągle cię lubię, chociaż sam nie wiem czemu.

— Zejdź mi z oczu. Kwiaty zaczynają już więdnąć, a lubię ten park.

Baltazar rozłożył ręce, przeciągnął się i rozejrzał. Rzeczywiście po bokach alejki nawet źdźbła trawy zaczęły lekko żółknąć i opadać ku ziemi. Wzruszył ramionami, odwrócił się i udał tam, skąd przyszedł.

Karol obserwował go z rękami w kieszeniach. Naprawdę miał nadzieję, że czeka go chociaż parę lat więcej spokoju i przygotowań, mimo doświadczenia, które nauczyło go, że właściwie nigdy nie dostawał tego, czego chciał. Czekał aż Baltazar minie Ogród Kwiatów i rzeźbę „Niedziela” przedstawiającą dziewczynkę z sarną, a może z lamą? Ta wersja była równie prawdopodobna.

— Belial — wyszeptał niemal bezgłośnie Karol.

W momencie wybrzmienia ostatniej głoski sylwetka Baltazara zniekształciła się, spotężniała. Oczom starszego mężczyzny ukazała się masywna, trzymetrowa postać o skórze koloru zakrzepłej krwi, z prawie metrowymi rogami, wielkimi błoniastymi skrzydłami złożonymi na plecach, zaś dłońmi i stopami uzbrojonymi w zakrzywione szpony.

Demon obrócił głowę w jego stronę i rozdziawił pełną ostrych kłów paszczę z rozdwojonym językiem. Do uszu Karola dobiegł głośny syk, a kiedy ucichł, alejka była już pusta. Westchnął cicho. Prawdę mówiąc, z rozmowy nie dało się absolutnie nic wywnioskować, poza tym, że rzeczywiście zbliżał się czas działania. Cała reszta mogła być zwykłym stekiem bzdur, które Władca Kłamstw serwował przy każdej możliwej okazji. Niestety, fragment o przygotowanym wstępie najprawdopodobniej był prawdziwy, a Karol pomimo całej swojej wiedzy i niemałych umiejętności nie był wszechwiedzący i nie miał pojęcia, gdzie ani o której godzinie wydarzenie będzie miało miejsce. Na dodatek był piątkowy wieczór i do biura projektowego będzie mógł udać się dopiero w poniedziałek. Kilka lat przygotowań mogło zostać pogrzebane przez piękny, lipcowy weekend.

5

„Wodopój” opuszczały lekko chwiejnym krokiem parę minut po dwudziestej pierwszej. Słońce niedawno zaszło i szarość zmieniła się w mrok, a latarnie uliczne zapłonęły ledowym światłem, nie pozwalając nocy pokonać miasta.

— Kierowanie się sercem nie jest złe, Lidka. — Joanna kontynuowała wywód zaczęty dużo wcześniej. — Nie można wszystkiego ogarniać pustą logiką, bo człowiek pogubi się we własnych myślach i nie znajdzie w nich nic mądrego.

— Zawsze byłaś bardziej uczuciowa ode mnie. Ja nie umiem tak działać. Muszę zastanowić się, rozważyć za i przeciw, a czasem też obok, i dopiero mogę myśleć, co dalej. Nie potrafię tak na hura do przodu.

— A kto tu mówi na hura? Ty już myślałaś nad tym dosyć długo. Zdecyduj się wreszcie albo nic ci nie wyjdzie. Dlatego teraz kierujemy się na Stary Rynek, do „Serca”. Wytańczę z ciebie tę całą logikę.

— Możemy przyłączyć się do zabawy? — Zabrzmiał basowy głos za plecami dziewczyn.

Obróciły się szybko i stanęły twarzą w twarz z dwoma przedstawicielami kultury siłowniodresowej z dużym dodatkiem sterydów anabolicznych. Obaj przewyższali je o głowę i mieli pokryte siatką żył bicepsy zbliżone do średniej wielkości arbuzów. Lidia rozejrzała się szybko, ale jak na złość zwykle gęsto o tej porze zaludniona ulica 27 Grudnia tym razem była pusta. Przecież to niemożliwe, żeby teraz nikt tędy nie przechodził, przemknęło jej przez myśl.

— Dziękujemy, ale poradzimy sobie. — Joanna pomachała ręką. — Idziemy, laska. Panowie nie będą nam przeszkadzać. — Obróciła przyjaciółkę i ruszyła przed siebie. Niestety, „panowie” skonstatowali szybciej, niż się spodziewały, i obie znalazły się w niedźwiedzich uściskach.

— To pojedziemy do nas na tańce, he he — zarechotał jeden z nich.

— Nie zatańczyłbyś nawet z kijem od miotły, przesiąknięty sterydami troglodyto — warknęła Joanna, bezskutecznie próbując się wyswobodzić.

— Co tam mamroczesz, suczko? — Trzymający ją mięśniak przesunął lewą rękę i mocno ścisnął za pierś. Syknęła z bólu. — Jest za co złapać, nie to, co u twojej, Adaś, he he.

— Pierdol się, Miras — odburknął zwany Adamem byczek.

Lidia przewróciła oczami. Kiedyś żartowały sobie z Asią, że to jedna z niewielu różnic między nimi. U jednej średnie B, u drugiej małe C.

— Powiedz no, siłaczu. — Głos Joanny nagle złagodniał. — Jesteś prawo czy leworęczny?

Udało się jej wyswobodzić jedną rękę dzięki temu, że mężczyzna ciągle starał się ją obmacywać.

— Hę? — Najwyraźniej pytanie potrzebowało więcej czasu, żeby przebić się przez nieczynne zwoje mózgowe.

— Prawo czy leworęczny? — powtórzyła Joanna. — Którą ręką bijesz najpierw?

Lidii udało się zobaczyć wyraz twarzy przyjaciółki i błysk w jej oczach.

— Ojej… — wyszeptała tylko.

— Aaa… — Miras przesunął dłoń na pośladek Asi. — To prawą, a co… — Reszta zdania utonęła w nagłym wrzasku poprzedzonym chrupnięciem dwóch palców prawej ręki osiłka. Koleś gwałtownie oderwał się od dziewczyny, po czym z niedowierzaniem spojrzał na swoją dłoń. — Coś ty… — wydyszał.

Joanna nie czekała, aż dokończy, tylko szybko złapała dwa kolejne palce i ponownie mocno szarpnęła.

— Kurwa! — jęknął zdumiony Adam, zobaczywszy, co stało się z jego kolegą i odepchnął Lidię na bok.

Zatoczyła się, ale szybko odzyskała równowagę. Adrenalina chyba zredukowała wypity alkohol, bo wcale nie czuła się pijana.

Tymczasem koks rzucił się do przodu i zamachnął, próbując trafić Joannę prawym sierpowym. Zamiast robić unik, dziewczyna szybko skróciła dystans, chwyciła nadgarstek napastnika i obróciła się wokół własnej osi. Pędząca na nią masa pomogła pokonać samą siebie. Kontynuując obrót, Joanna mocno wypchnęła biodra do tyłu i w górę. Stęknęła pod wpływem ciężaru, a chwilę później Adam huknął o chodnik z takim impetem, że na kostkach brukowych mogłyby pojawić się pęknięcia.

Jednak to nie był koniec. Asia ciągle trzymała go za rękę. Szybko zeszła do parteru, oplotła nogami szyję i ramię Adama, jednocześnie ciągnąc nadgarstek ku sobie. Wiedziała, że dopóki utrzyma jego rękę wyprostowaną, nie będzie mógł użyć całej siły swoich mięśni. Machnął wolną dłonią i złapał za kostkę jej nogi, bezskutecznie próbując się uwolnić.

— Puść albo coś ci złamię — syknęła Joanna.

— Zamknij ryj, dziw…

Łydki dziewczyny zacisnęły się na szyi napastnika, pozbawiając go resztek tchu. Naprężyła się i z całych sił szarpnęła. Cichy trzask i zduszone wycie były najlepszym dowodem sukcesu.

Lidia obserwowała wszystko z kilku metrów, z niedowierzaniem zasłaniając usta dłonią. Jej mająca metr sześćdziesiąt wzrostu i ważąca pięćdziesiąt siedem kilogramów przyjaciółka właśnie bez większego wysiłku rozłożyła na łopatki dwóch dwa razy cięższych od siebie, napakowanych koksów. I wygląda na to, że prędko się z tego nie wykaraskają.

— Masz telefon? — Joanna zwróciła się do jednego z nich.

— Co?

— Telefon dawaj! — krzyknęła mu prosto w twarz.

Mirek odruchowo sięgnął do tylnej kieszeni prawą ręką i znowu zawył z bólu. Strzeliwszy klasycznego facepalma, Asia sama złapała jego komórkę.

— Co ty… — zaczęła Lidia, ale przyjaciółka przerwała jej ruchem ręki, szybko wybrała numer i przyłożyła słuchawkę do ucha.

— Dwóch mężczyzn poszkodowanych w bijatyce na ulicy 27 Grudnia blisko skrzyżowania z Gwarną. Jeden ma złamane palce w prawej ręce, drugi wybity prawy bark i prawdopodobnie mocno uszkodzony staw łokciowy. Nie musicie się śpieszyć. Nigdzie nie pójdą — powiedziała szybko do operatora i odłożyła telefon na chodnik, nie zakończywszy połączenia.

Zgarnęła z ziemi upuszczone wcześniej torebki, złapała Lidię za ramię i pociągnęła z powrotem w stronę „Wodopoju”. Ledwo skręciły za róg, zatrzymały się i oparły o ścianę. Obie oddychały szybko. Lidia uważnie przyjrzała się koleżance. Na twarz Joanny wstąpiły rumieńce, źrenice miała rozszerzone, jakby była pod wpływem narkotyków. Odwzajemniła spojrzenie i uśmiechnęła się szeroko.

— Niezła jazda, co?

— Jak ty to zrobiłaś? — spytała powoli Lidia. — Znaczy… wiem, że trenujesz i w ogóle, ale to było coś…

— No, to było coś. — Joanna stanęła przed przyjaciółką i oparła ręce o ścianę po obu jej stronach.

Przez dłuższą chwilę spoglądały na siebie w milczeniu. Lidia ciągle czuła buzującą w jej ciele adrenalinę. W jednej chwili zareagowały identycznie: przysunęły się i złączyły usta w długim, pełnym pasji pocałunku.

— Zamawiaj Ubera i jedziemy do ciebie — wyszeptała Joanna, gdy oderwała się na chwilę.

6

Karol szybkim krokiem przemierzał Cytadelę, nie zatrzymując się przy żadnej rzeźbie czy pomniku. Nie przepadał za tramwajami, poza tym nawet w chwili pośpiechu wolał być otoczony przez w miarę spokojny krajobraz, niż oglądać go przez okno wagonu.

Jak zawsze wszedł od strony Bramy Polnej Fort Winiary, żeby jak najszybciej przeciąć teren parku z północy na południe. Było tuż po godzinie dziewiątej, więc bazylikę otworzono już dawno. Karol przeklinał bezsenną noc spędzoną na rozważaniu coraz gorszych możliwych scenariuszy nadchodzących wydarzeń i przeklinał Beliala, który serwując mu mieszankę steku bzdur z zaledwie kilkoma szczyptami prawdy, jeszcze bardziej wszystko skomplikował. Pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę nie wiedział, co zrobić i uchwycił się jedynego pozytywnego wspomnienia z ostatnich dni — spotkania z księdzem Arielem.

Minął rzeźbę „Skrzypaczki”, jeszcze tylko szybki skrót przy zewnętrznej siłowni i zaraz wyjdzie na Szelągowską, a stamtąd zosta nie mu jakieś dziesięć minut drogi do bazyliki. Nie liczył na wiele. Prawdę mówiąc, nie liczył na nic, ale przy tym, co miał do stracenia, nawet parę dobrych słów mogło nakierować go na właściwy tor. W sumie to zupełnie nie rozumiał swojej decyzji. Może te wszystkie lata zmieniły go tak bardzo, że sam nie wiedział już, kim jest? Nie. To musiało być coś innego.

— Szczęść Boże! — Zabrzmiał nagle znajomy głos.

Karol stanął jak wryty, po czym ze zdumieniem spojrzał na księdza Ariela, który w dresowych spodniach i luźnym szarym Tshircie z niespotykaną pasją wiosłował na jednym ze sprzętów otwartej siłowni. Bez sutanny ksiądz prezentował szczupłą, wysportowaną sylwetkę.

— Szczęść… Boże? — odparł Karol nie do końca wierząc w to, co widzi.

— Naprawdę kapłan na siłowni to taki niezwykły widok? — zaśmiał się duchowny. — Może mi pan wierzyć, że wielu z nas równie mocno dba o swoje ciało, co o ducha.

— Dopóki nie awansujecie na biskupa. — Starszy mężczyzna otrząsnął się z zaskoczenia i także uśmiechnął.

— Uch. — Ariel przerwał ćwiczenie i teatralnym gestem przyłożył rękę do klatki piersiowej. — Trafienie w sam środek. Z grzeczności nie będę wyprowadzał pana z błędu. Ale chyba przerwałem coś ważnego, bo wyraźnie pan się śpieszył.

— Właściwie to… — odetchnął Karol. — Chciałem się z księdzem zobaczyć.

— Miałem nadzieję, że odpowie pan na ofertę otwartych drzwi, ale nie sądziłem, że tak szybko.

— Do samej bazyliki się nie wybieram. Bardziej zależało mi, żeby z kimś porozmawiać.

— Jeśli chce pan się wyspowiadać, to w każdej chwili służę pomocą. — Ksiądz wstał z przyrządu i gestem wskazał na jedną z ławek, gdzie leżał ręcznik z bidonem.

— Tylko porozmawiać. — Karol powoli pokręcił głową. — Od pewnego czasu nie jestem z Nim — zerknął znacząco w górę — w najlepszych stosunkach.

Ariel zmarszczył brwi.

— W takim razie usiądźmy i tylko porozmawiajmy.