Nasza klasa - Natasza Socha - ebook
Opis

Nasza klasa - wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia. Pierwsza miłość, pierwsza czekolada z Pewexu, pierwsze dekatyzowane dżinsy. Dziesięć historii, które wydarzyły się naprawdę. Sentymentalna podróż w czasie z dużą dawką humoru. Pamiętasz, jak założyliśmy facetowi od ruskiego karton na głowę? - pyta jeden z bohaterów. No właśnie - pamiętacie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 275

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


STARUCHA

Nie jestem stworzony do miłości, urodziłem się zbyt smutny...

Emil Cioran, Na szczytach rozpaczy

– To był udar krwotoczny, powstający wskutek przerwania ściany naczynia i wylewu krwi do tkanki mózgowej. Odzyskała pani mowę, zdolność połykania, wróciła też pamięć. Wykluczyliśmy cukrzycę i hiperlipidemię. Musimy jeszcze tylko powalczyć z nadciśnieniem. Żyje pani. Proszę o tym pamiętać.

Nora wpatrywała się w usta lekarza, jakby chciała wymusić na nim kolejne oświadczenia, tym razem mniej optymistyczne. Speszony zaczął się plątać i powtarzać, jakie to miała szczęście. Okulary mu zaparowały, a na czoło wpełzły migocące kropelki potu tworząc ciekawą konstelację przypominającą siedzącego kota. W końcu jego żołądek nie wytrzymał i wypluł z siebie maleńką strzałę. W starożytności zatruwano ją rozkładającymi się szczątkami zwierząt, lekarzowi wystarczyło jedno zdanie.

– Jest pani sparaliżowana od pasa w dół.

Zamknęła oczy.

*

Nora nie lubiła swoich uczniów. Była wprawdzie nauczycielką z piętnastoletnim stażem, dostała nawet jakiś order na zielonej wstążce za zasługi pedagogiczne, ale fakt pozostawał faktem – uczniowie budzili w niej wstręt i odrazę. Każdego roku wyczekiwała z perwersyjnym utęsknieniem na nowe klasy i powiew nastoletniego potu. Nic nie sprawiało jej większej przyjemności, jak penetrowanie wzrokiem lekko niepewnych twarzy i natychmiastowe ocenianie ich właścicieli. Dostrzegała wśród nich nieuków, nierozgarniętych, przemądrzałych i zakompleksionych. Widziała agresywnych, bez czelnych i wszystkowiedzących. Wyczuwała mizdrzące, puszczalskie i histeryczne panny, z głupawym uśmiechem na wiecznie niedomkniętych ustach. A wszystko to podlane paskudnym zapachem dojrzewania, który dla osób w pewnym wieku jest już nie do strawienia.

– Witam – mówiła wchodząc do nowej klasy i patrząc w tak charakterystycznie odpychający sposób, że wszyscy milkli. – Jestem waszą wychowawczynią.

Wśród uczniów przebiegł szmer, lecz zaraz uciekł wystraszony nagłym podniesiem ręki, jakby w obawie, że nauczycielka plaśnie go w policzek.

– Kiedy ja mówię, nie szemrzecie – poinformowała. – Nie mruczycie, nie szepczecie i nie burczy wam w brzuchach.

Zamarli. Jeśli czegoś obawiali się najbardziej, to właśnie szkoły o twarzy Nory. Z jej oszronionym głosem, który ciął powietrze jak japońskie noże do sushi.

– Krykowska Anna – wyczytywała teraz, a kiedy ofiara wstawała z tym charakterystycznym uśmiechem na twarzy pokrywającym strach i zmieszanie, długo się w nią wpatrywała chcąc zapamiętać każdy szczegół i na wstępie dokonać ogólnej charakterystyki.

Krykowska Anna była drobna i miała niesymetrycznie rozrzucone po obu stronach twarzy piegi, które schodziły lewym policzkiem w kierunku szyi. Nie była ładna, ale miała ciekawe oczy. Nora przeczuwała, że jest inteligentna i nieśmiała.

– Linka Zofia.

Krzaczaste brwi, szeroki nos, pięciocentymetrowy odrost. Nonszalancja w ruchach, ale bez przekonania. Lubi imponować, lubi postawić na swoim. Trzeba po niej przejechać papierem ściernym, żeby wygładzić chropowatość. Po kilku lekcjach zasmakuje w potulności i nie będzie próbowała zadzierać z Norą.

– Makowiecki Tomasz.

Nie znosiła tego typu facetów. Byli jak kocury, które wszędzie muszą nasikać, żeby zaznaczyć swój teren. Donośny głos, aroganckie spojrzenie, gwałtowne ruchy. Zbyt długa grzywka i zbyt pryszczata twarz. Nie będzie nawet próbować go zmieniać, będzie go tępić obojętnością i regularnie odpytywać z literatury. Na pierwszy rzut oka widać, że książki go gryzą i płoszą zbyt dużą ilością liter.

– Orłowska Monika.

Sztuczne pazury. Nie doczeka drugiej klasy. Nawet nie trzeba będzie jej kompromitować dwójami na świadectwie, sama zrezygnuje z nauki i pójdzie w stronę solarium.

– Oleński Mateusz.

Krzesło zaszurało, a Nora chyba po raz pierwszy w życiu zamarła z zachwytu. Definicja mówi, że piękno to pozytywna właściwość estetyczna bytu, odbierana przez zmysły i wynikająca z zachowania proporcji, harmonii, barw, dźwięków, stosowności, umiaru i użyteczności1 . Pi

ękno to paź królowej, nenufar, koliber, kościół Santa Maria Novella we Florencji, „Narodziny Venus" Botticellego dla jednych, żuk Mandelbrota dla drugich, a dla niej samej wszystko, co napisał Mickiewicz. Piękno to Mateusz Oleński. Opisywanie jego twarzy byłoby banałem, dlatego Nora nie chciała analizować żadnych poszczególnych elementów, skupiła się na całości. „Mam czterdzieści pięć lat"– przemknęło jej przez głowę i zabolało tak mocno, że aż na moment straciła oddech. Kiedy Mateusz usiadł, Nora zrozumiała, że te cztery lata, które będzie im dane przeżyć na poziomie relacji wychowawczyni – uczeń, mogą okazać się najgorszymi w jej życiu.

Albo wręcz przeciwnie.

*

W listopadzie 1822 roku Adam Mickiewicz napisał list do Franciszka Malewskiego:

„Byrona tylko czytam, książkę gdzie w innym duchu pisaną rzucam, bo kłamstw nie lubię; gdzie jest opis szczęścia życia familijnego, również mnie oburza jak widok małżeństw, dzieci; jest to jedyna moja antypatia".2

Nora była w zasadzie podobnego zdania. Małżeństwo to niepotrzebna strata czasu. Małżeństwo to wślizgiwanie się pod zimną, wilgotną kołdrę. Z jednej strony cieszysz się, że po całym dniu wskoczysz do łóżka i odpoczniesz, z drugiej – potrzebujesz czasu, by tę przenikliwą wilgotność rozgrzać własnym ciałem i dopiero wtedy jakoś tam zasnąć. Czy w tej sytuacji nie lepiej być samemu i zawsze mieć ciepłą kołdrę?

Nora nie należała do kobiet zranionych, ugodzonych lub porzuconych. Nie była też klasyczną ofiarą nieudanego dzieciństwa, z niekochającymi się rodzicami, nutką patologii i alkoholowym oddechem. Po prostu nie podobał jej się odgórny nakaz łączenia się w pary, szukania kompromisów, docierania się dwóch ssaków, wicia wspólnego gniazdka, by wreszcie wydać na świat potomstwo i jemu całkowicie się oddać. Mickiewiczowi zarzucano osobowość paranoidalną, doszukiwano się w nim ciężkiej nerwicy i lekkiej schizofrenii. Nora dla swojej rodziny była podobnym odszczepieńcem. Nie można żyć samemu. Nie można izolować się od ludzi, mieszkać w pojedynkę, odrzucać miłości i skupiać się wyłącznie na własnej osobie.

Dziewica z I części Dziadów mówi:

Co dzień z pamiątką nudnych postaci i zdarzeń

Wracam do samotności, do książek – do marzeń... (w.17–18)

– Nie zasłaniaj się jakimś literackim duchem! – mówiła wtedy jej matka i dla równowagi podsuwała nudne naukowe teksty.

– „Osoby samotne są dwukrotnie bardziej narażone na poważne choroby serca niż osoby żyjące z partnerem – dowodzą najnowsze badania duńskich naukowców. Podobnego zdania są też badacze z Rush University Medical Center w Chicago, którzy do chorób serca dorzucają zagrożenie demencją związaną z chorobą Alzheimera. To jeszcze nie koniec. Wyniki licznych badań przeprowadzonych na świecie pokazują, że wysoki poziom stresu plus brak wsparcia ze strony bliskiej osoby, w sposób istotny wpływają na zachorowalność i śmiertelność wywołanymi różnymi schorzeniami. Wśród nich wszelkie choroby układu krążenia zajmują miejsce szczególne" – odczytała Nora i teatralnie chwyciła się za serce. – Co za różnica z jakiego powodu umrę – niewydolności krążenia czy złamanego serca lub depresji związanej z nieudanym związkiem?

– Dlaczego zakładasz, że będzie nieudany?

Nora wzruszył ramionami.

– Dwoje różnych ludzi nie ma prawa się dogadać. Prędzej czy później wypełzną z nich własne egoizmy, które będą starały się zagłuszyć egoizm partnera. Jedno będzie chciało mięsa, drugie kwiatów. Jedno tragedii, drugie rozrywki.

Matka kręciła z niedowierzeniem głową. Dla niej to był stek bzdur, wydumana filozofia paranoidalnego introwertyka, jakim koniec końców okazał się Mickiewicz, a nie poglądy współczesnej, młodej i ładnej kobiety.

– Człowiekowi do życia potrzebny jest drugi człowiek.

– Ja mam wokół siebie setki ludzi. Setki nastoletnich ciał z ich nieokrzesanymi mózgami, z którymi spotykam się każdego dnia i które wypełniają mój czas po brzegi. Po pracy marzy mi się samotność. Cisza. Odreagowanie głupoty i niedojrzałości. A nie kolejna walka o swoje.

– To nie jest podejście pedagoga. Ani tym bardziej zdrowej kobiety.

– To jest moje podejście.

– Nawet zwierzęta łączą się w pary.

Nora machnęła ręką w powietrzu, jakby chciała rozpędzić ten nużący dialog niczym nikotynową chmurę.

– Wśród naczelnych stałe pary tworzą wyłącznie małpki titi, gibbony i niejakie marmozety. Reszta ma to gdzieś. Kopulują, bo tak im każe instynkt, ale to nie znaczy, że wiążą się ze sobą do końca życia. Samice radzą sobie na ogół w pojedynkę.

Na marmozetach zazwyczaj kończyły się argumentacje matki. Jej córka najwyraźniej nigdy nie założy rodziny. Szkoda. Chciałaby zatańczyć na jej ślubie i mieć wnuki. Chciałaby być babcią i mieć ładny album ze zdjęciami. Ale Nora była Upiorem i kochała tylko mroczne klimaty.

Tam do końca, a nawet i po końcu świata,

Chciałbym we śnie, z którego nic mię nie zbudzi,

Marzyć, jakem przemarzył swoje młode lata,

Kochać świat, sprzyjać światu – z daleka od ludzi.

Nowy Rok (w. 33–36)

*

Początki były typowe. Wściekłość i negacja wszystkiego. Nora rozbiła kilkanaście talerzy, szklanki i kubki w ilości zaskakującej ją samą. Krzyczała do ścian, zgoliła włosy niemal do zera, starła twarz pumeksem i zjadła własne paznokcie. Potem przyszło wyciszenie. Patrzenie przez okno całymi godzinami, czytanie jednego zdania po kilkadziesiąt razy, słuchanie tykającego budzika. Na samobójstwo była zbyt silna, choć miewała momenty tak zwanej czarnej dziury, w którą się wpada i nie można znaleźć wyjścia. Samotność była łatwa do zaakceptowania, nieszczęśliwa miłość również, zresztą cały Romantyzm to jednak wielka nieszczęśliwa miłość, ale kalectwo? Niemożność swobodnego wysikania się, umycia własnego tyłka? Dobrze, że jej mama tego nie doczekała, bo zaraz po wylaniu wiadra kisielowatego współczucia, powiedziałaby:

– Gdybyś miała męża i dzieci, byłoby ci łatwiej.

Być może.

Ale trudno wychodzić za mąż na wszelki wypadek. Bo zachorujemy, dopadnie nas udar krwotoczny, przejedzie tramwaj i urwie nogę. Bo nie będziemy sobie mogły poradzić z papierem toaletowym.

Po roku Nora wpadła w stan milczącej akceptacji. Doprowadziła do remontu mieszkania, zainstalowania Internetu i trzech kanałów filmowych. Wraz z tabletkami na nadciśnienie zaczęła połykać informacje i podglądać świat.

„83–latka z Węgier, notoryczna złodziejka o pseudonimie "Latająca Gizi", została przyłapana przez policję podczas kolejnego włamania – podały węgierskie media.

Przestępcza kariera starszej pani trwa od kilku dekad. Pseudonim nadano jej w latach 50., kiedy dokonywała kradzieży w miastach na prowincji, po czym wracała do Budapesztu korzystając z krajowych połączeń lotniczych. W czwartek zatrzymano ją w Komarom, 100 km od stolicy Węgier. Na włamaniu przyłapał ją właściciel domu, do którego usiłowała wejść. „Latająca Gizi" została dotąd skazana 21 razy, a wyroki, które otrzymała, wyniosły łącznie 40 lat. Mimo ułaskawień i zwolnień za dobre sprawowanie i tak spędziła w więzieniach dwie dekady. W ostatnich latach podróżowała po kraju pociągami, które na Węgrzech są dla emerytów bezpłatne". 3

– Szkoda, że znowu ją złapali – pomyślała i sięgnęła po lekarstwa. Wózek trochę się zachwiał, ale koniec końców utrzymał równowagę. Najgorzej było z kąpielą. Przeniesienie bezwładnego cielska z wózka do wanny byłoby niemożliwe, na szczęście po wyjściu z czarnej dziury, Nora kazała przerobić łazienkę, w której zainstalowano prysznic bez brodzika, za to z automatycznym wyłącznikiem wody. Do tego doszła specjalna osłona na syfon umywalki, pomoc toaletowa mocowana do podłogi oraz najróżniejsze uchwyty proste, kątowe i narożne. Nadwyżka finansowa zniknęła niczym magiczny pył, ale Nora przynajmniej nie bała się własnego mieszkania. Dzięki Bogu jej blok posiadał też windę.

Dzwonek do drzwi wybrzmiał świergotem wilgi, tak przynajmniej zachwalał towar sprzedawca. Nora dała się złapać na wilgę i w sumie nie żałowała. Przyjemny świergot. O, znowu. To pewnie ta dziewczyna z Caritasu. Jakimś cudem załapała się na bezpłatne wizyty (dwa razy w tygodniu) dość sympatycznej wolontariuszki, która robiła zakupy, sprzątała mieszkanie, pomagała umyć Norze włosy, a czasami nawet piekła ciasto. Tym razem jednak przyszedł ktoś inny. Nora nie lubiła zmian, zwłaszcza takich, których się nie spodziewała. Nowa dziewczyna miała trochę ponad trzydzieści lat i była krzykliwie ubrana. Na dodatek trajkotała.

– Dzień dobry. Zastępuję Majkę, bo jej babcia zachorowała i teraz musi się nią zajmować. Ale jak tylko będzie lepiej, wróci do pani. Myślę jednak, że się jakoś dogadamy. Umyć pani okna? Jak wpadnie trochę więcej słońca, to od razu zrobi się tu sympatyczniej.

Ciekawe jak może stać się sympatyczniej od wymytych okien komuś, kto od pasa w dół ma dwie kłody, a kiedy sika cieknie mu po nodze.

– Acha. Mam na imię Monika. Ale to pewnie pani wie, pani profesor... – dziewczyna zaśmiała się trochę nerwowo i chyba puściła oko.

Nora spojrzała na nią trochę zdziwiona, trochę wystraszona. Coś jej umknęło? Skąd się znają? Monika poklepała ją po ręku swoją zadbaną dłonią z błękitnymi paznokciami ozdobionymi błyszczącymi kwiatkami. Nora aż się wzdrygnęła.

„Sztuczne pazury. Nie doczeka drugiej klasy. Nawet nie trzeba będzie jej kompromitować dwójami na świadectwie, sama zrezygnuje z nauki i pójdzie w stronę solarium".

Oleńska Monika.

Rzeczywiście nie doczekała, po pięciu miesiącach przeniosła się gdzieś indziej, pewnie do jakiegoś technikum zawodowego, a Nora usunęła jej twarz z pamięci. Najwyraźniej jednak dziewczyna nie poszła w kierunku solarium. A nawet jeśli, to po drodze zahaczyła o pomoc wolontariacką.

*

Mateusz był kumulacją pozytywnej energii. Zawsze miał dobry humor, uśmiech na brzoskwiniowej twarzy i radosne spojrzenie. Dzień w dzień Nora wstawała z łóżka z nadzieją, że go spotka (przeszkadzały jej święta, ferie, a zwłaszcza wakacje), że będą mieli okazję porozmawiać (w końcu była jego wychowawczynią), mimochodem dotknąć się, a może nawet wyjść razem ze szkoły (zupełnie przypadkowo). Schlebiało jej, kiedy Mateusz zdawał się być zasłuchany w jej literackie opowieści, kiedy starał się pisać doskonałe rozprawki i kiedy coraz bardziej zaczął zdradzać humanistyczne uzdolnienia. Odnosiła wrażenie, że są do siebie podobni. Pasują jak puzzle. Jak smyczek do skrzypiec.

Jedyną rzeczą, która różniła ją od innych kobiet była metryka. Plus zewnętrzna powłoka, której nie dało się naciągnąć, wyprasować czy też wyciąć i zastąpić nowszą. Wewnątrz wciąż była młoda, inteligentna, pełna romantycznych, choć mrocznych marzeń i niezrealizowanych pomysłów. Dusiła to jednak w sobie i nie pozwalała im wytknąć nosa poza pomarszczoną skórę, jakby w obawie przed śmiesznością i pobłażliwymi spojrzeniami ze strony tych młodszych. Teraz jednak biła się z myślami. Czy tylko dlatego, że była stara w ogólnym odbiorze (dla obecnego świata młodość kończy się dość szybko, gdzieś w okolicach osiemnastki) nie miała prawa zakochać się mężczyźnie (chłopaku), którego dowodem tożsamości była szkolna legitymacja? Nora poczuła, że nienawidzi swoich uczniów bardziej niż zwykle. Podobno człowiek ma w mózgu dwie półkule, przy czym lewa jest rozważna, analityczna, logiczna, zajmuje się matematyką, związkami przyczynowo – skutkowymi, przetwarza istniejący już materiał, skupia się na słowach, cyfrach, koncepcjach. Ma świadomość porządku czasowego, widzi szczegóły. Prawa półkula jest jej całkowitym przeciwieństwem. Tonie w uczuciach, obrazach i dźwiękach. Bez trudu odczytuje wyraz twarzy, mowę ciała, tembr głosu i wszelkie sygnały emocjonalne. Jest artystycznie uzdolniona, kreatywna i pomysłowa. Nora nie podzielała tych naukowych interpretacji. Jej zdaniem lewa półkula (ta bardziej świadoma porządku czasowego) oceniała starość, druga zaś młodość. Żadnych międzywierszy, półcieni czy pozaregulaminowych dopuszczeń. Stary człowiek, a w szczególności stara baba jest śmieszna, żałosna i obrzydliwa. Ma pochwę w kształcie trumny, a całą resztę zrośniętą, by nie ulegać pokusom. Nie pomogą witaminy, zastrzyki czy chirurgiczne żelazka. Nic nie odwróci gnilnego procesu starzenia się. Nora doskonale zdawała sobie sprawę, że w przeświadczeniu ludzi młodych stary człowiek powinien sam usuwać się na margines. Nie rozpychać, nie gadać za dużo, od czasu do czasu upiec ciasteczka i ładnie wyglądać pod choinką, oczywiście wyłącznie w ramach zapozowania do rodzinnego zdjęcia. Nie zabierać miejsca w środkach komunikacji miejskiej, ani tym bardziej w przychodniach. Nie mieć własnego zdania, hobby, pasji, ani w ogóle żadnych zainteresowań. Jej głównym zadaniem powinno być milczenie i bezszelestne przemieszczanie się z miejsca na miejce. Starość powinna być niezauważalna, by nie psuć swym widokiem świata i nie odbierać młodym przyjemności delektowania się życiem.

Nora była już po tej drugiej stronie i wiedziała, że to nie starość jest przekleństwem. Przekleństwem jest młodość, przerażona faktem, że też się w końcu pomarszczy.

*

Genialny plan. Już dawno nie czuła tak przemiłego uczucia w podbrzuszu. Jej jelita wykonywały płynnego walca, żołądek unosił się powietrzu i delikatnie wirował. Nora była lekka jak puch, jak ptyś bez nadzienia, jak budyniowa zupa nic.

Mateusz przychodził dzisiaj na dodatkowe lekcje. To był jej pomysł, rzucony niby mimochodem, od niechcenia, na dodatek przy wszystkich. Propozycja bez podejrzeń. Przecież była stara. Na dodatek wszyscy wiedzieli, że nie przepada za uczniami, ale jest skłonna do pedagogicznych poświęceń. A tutaj chodziło o coś bardzo ważnego – o olimpiadę z języka polskiego, o możliwość zdobycia indeksu na studia, o wielki plus dla szkoły. Wystarczyło tylko zgłębić Mickiewicza, rozwałkować go jak ciasto na chrusty, wedrzeć się do mózgu poety i pogrzebać w jego zakamarkach. Nora była niekwe stionowaną specjalistką od Romantyzmu, a Mickiewicza w szczególności, nic dziwnego więc, że Mateusz radośnie przystał na tę propozycję i umówił się jeszcze tego samego dnia. Na jutrzejsze popołudnie.

Jutrzejsze popołudnie nadeszło szybciej niż wezwanie do urzędu skarbowego, a te jak wiadomo docierają jeszcze przed popełnieniem wykroczenia. To miały być tylko korepetycje, ale Nora wiedziała, że siedemnastoletnie kubki smakowe nie będą w stanie odmówić spróbowania polędwiczek wieprzowych pływających stylem dowolnym w leniwie słodkim sosie z czereśniowej konfitury. Nora nie lubiła gotować dla siebie samej, jadła co popadło, nie przywiązując wagi do szczegółów. Tym razem było inaczej. Tym razem pieściła każdy składnik potrawy, która koniec końców stawała się aksamitem wyściełającym podniebienie. Zaraz po skończonych lekcjach pozwoliła sobie na małą ekstrawagancję i zamówiła taksówkę. Jej nauczycielska pensja nie była wprawdzie aż tak niska, by od czasu do czasu nie mogła korzystać z tej formy lokomocji, Nora jednak nie znosiła tak absurdalnego wydawania pieniędzy. Jaki sens miało jeżdżenie taksówką, skoro autobusem była w domu raptem dwadzieścia minut później?

Dzisiaj jednak zależało jej na czasie. Musiała dostać się na drugi koniec miasta, gdzie znajdował się niewielki sklepik ze zdrową żywnością, w którym to sprzedawano własnoręcznie robione konfitury, bez konserwantów i podejrzanych emulgatorów. Wiśnie, z których właścicielka sklepiku robiła przetwory były soczyste i ...słodkie, co jest raczej rzadkością wśród tych owoców. Oczywiście miały one lekko kwaskowaty posmak, ale dominowała specyficzna słodycz, która nie powodowała cierpnięcia języka. I właśnie konfitura z tych, a nie innych owoców była potrzebna Norze do dzisiejszego obiadu. Zapewne wiele innych osób nie przywiązywałoby takiej wagi do miejsca, w którym kupuje się poszczególne składniki, ani tym bardziej do minimalnych różnic w cierpkości wiśni, Nora wiedziała jednak, że na sumę ostatecznego smaku składają się smaki pojedyncze, skomponowane z najlepszych produktów.

– Dokąd? – spytał taksówkarz przerywając jej wiśniowo–konfiturowe myśli.

Nora podała nazwę ulicy, zamknęła mózgową szufladkę z polędwiczkami w sosie i skupiła się na sprawach przyziemnych. Dlaczego taksówkarze zawsze mają takie tłuste włosy? Kiedy już jej się zdarzyło jechać taksówką, zawsze jakoś natrafiała na kierowców, których włosy lśniły brudem i wydzielały drażniący zapach łoju. Każdy zbyt gwałtowny ruch głową uaktywniał związki lotne, które błyskawicznie docierały do nozdrzy Nory i wywoływały migrenę.

Otworzyła okno.

– Wieje – stwierdził kierowca.

– Lubię jak wieje. Poza tym brzydko tu pachnie – od razu postawiła jasno sprawę, mając cichą nadzieję, że to zbije nieco taksówkarza ze słynnego pantałyku.

Zbiło.

Ona zaś uśmiechnęła się do siebie i znowu wypuściła na wolność konfiturowe myśli. Tym razem podlała je delikatnym białym winem i zapachem pieczonego mięsa. W domu przygotowała kremowe talerze z wytłaczanymi liśćmi paproci i kieliszki z prawdziwego kryształu, podzwaniające w tonacji e–moll. Mateusz nie był wprawdzie pełnoletni, więc nie mogła mu zapronować wina, ale wodę też można pić z prawdziwych dzieł sztuki. Przebiegła lekko przez przedpokój, zawieszając na chwilę wzrok na własnym odbiciu w lustrze. Rozpuściła włosy i zamyśliła się. Jeszcze dziesięć lat temu śmiało mogłaby powiedzieć, że jest ładna. Rzeczywiście miała piękną twarz, pod warunkiem jednak, że popuściła nieco mięśnie i rozsznurowała usta. Wtedy znikała jej genetyczna surowość i zaciętość w spojrzeniu, rysy łagodniały, kości policzkowe delikatnie zatapiały się w gładką skórę twarzy, pośrodku której wznosił się kształtny nos. Przesuwając wzrok nieco wyżej natknąć się można było na wyraziste oczy, autentycznie zielone i duże, choć Norze wydawało się, że są trochę za mocno osadzone. Aż trudno było uwierzyć, że takiej kobiecie nikt nigdy się nie oświadczył. Teraz zaś była już w wieku, w którym nikt nie brał na serio jej seksualności. Dla innych kobiet nie stanowiła zagrożenia, a dla większości mężczyzn nie była już obiektem tańca godowego, tak jej się przynajmniej wydawało. Choć ona sama czuła się jeszcze dość młodo, odnosiła wrażenie, że otoczenie coraz częściej zaczyna traktować ją jak przekwitniętą różę. Niektórzy wyrzucają takie kwiaty na śmietnik, inni czasem zasuszają. Ale nikt już ich nie wącha.

Z zadumy wyrwał ją dzwonek u drzwi.

– Wejdź proszę – powiedziała zwyczajnym tonem i związała włosy w kok. Rozpuszczone pasma nagle wydały jej pretensjonalne i śmieszne. Mateusz uśmiechnął się do niej jak do nauczycielki i najwyraźniej nie był zakłopotany. To dobrze. To znaczy, że niczego nie zauważył.

Rozejrzał się za to ciekawie po mieszkaniu jak dziecko wpuszczone do muzeum zabawek i zatrzymał na chwilę przed starym, trochę ciemnym zdjęciem Nory, na którym przyłapano ją w szczerym uśmiechu i z płonącym wzrokiem. Patrzyła wtedy na pokaz sztucznych ogni.

– Ale pani była ładna – powiedział bez zastanowienia, nie zwracając bynajmniej uwagi na fakt, że słowo „była" jest tu po prostu nie na miejscu. Norze jednak na razie to wystarczyło.

Kilkanaście minut później skupili się na balladowych animach, na roli cienia i zbłądzenia w lesie, na matce poety i jego obsesyjnym przywiązaniu do niej, wreszcie na paranoi Konrada Wallenroda. Nora mówiła, Mateusz słuchał wpatrując się w jej usta i chłonąc cenne uwagi o poecie, który pisał pod wpływem myśli prześladowczych i niezdolności do realnego osądu rzeczywistości. Ona zaś zastanawiała się czy sama nie ulega wypaczonej ocenie tego, co się naprawdę dzieje. Mateusz był nią zachwycony. Czy tylko jej się zdawało?

Tydzień później gładko przeszła od intuicyjnego introwertyka do jego zafascynowania Marylą Wereszczakówną, nieszczęśliwej miłości i rozdartego serca. Kiedy Mateusz wyszedł Nora otrząsnęła się z marzeń jak pies wyskakujący ze strumienia wytrzepuje z sierści nadmiar wody i zadzwoniła do Apolonii. Tylko w ten sposób mogła ostatecznie wrócić na ziemię.

Zakład fryzjerski prowadzony przez nieśmiertelną Apolonię z jeszcze bardziej nieśmiertelną watą cukrową na głowie, tylko dlatego nadal funkcjonował, że zmiany jakoś go przeoczyły. Znajdujące się tuż obok sklepiki – warzywniak, w którym unosił się zapach piwnicy i ziemniaków, butik „U Grażyny" z apaszkami, broszkami i ekskluzywną odzieżą damską oraz cukiernia „Rożek" z najlepszą w mieście bitą śmietaną, padały jeden po drugim, chyląc czoła przed nowoczesnością i wstydząc się własnych ułomności. Ale zakład fryzjerski, który nazywał się po prostu „zakład fryzjerski" przetrwał, tuląc się w ciemnych murach kamienicy numer osiem i udając, że go tam nie ma. Udało się. Zmiany przyszły, zadomowiły się i nikt jakoś nie zauważył, że interes Apolonii działa dalej, z tą samą podłogą wyłożoną lepkim linoleum, błyszczącymi boazeriami w kolorze czystego miodu, smrodem papierosów Carmen i suszarkami Farelkami w kolorze bahama. Gdyby właścicielka wydawała resztę banknotami z Trauguttem, Waryńskim czy Świerczewskim, można by pomyśleć, że czas się tu zatrzymał. Niestety było coś, co potwierdzało jego nieubłagalny upływ. Lustra. Lustra odbijające stałe klientki, do których należała między innymi Nora. Co tydzień od ponad dwudziestu lat siadała przed miniaturowym stoliczkiem, lakierowanym na biało (plus liczne odpryski) na obrotowym krześle z bordowego skaju i wpatrywała się w zmatowiałe szkło. Obrazek wiszący na ścianie tuż za jej głową był taki sam – stara szkoła w Wiązowie, ulica i zbłąkany pies nerwowo szukający drzewka. Tablica ostrzegawczo–informacyjna o wymiarach 67x48 cm z groźnym napisem „Strzeż się porażenia prądem elektrycznym" – również pozostała na swoim miejscu, niezmienna i tekturowa. I tylko twarz Nory ulegała metamorfozom czasowym, choć przez długie lata odnosiła wrażenie, że w „zakładzie fryzjerskim" człowiek się nie starzeje. Niestety. Po dwudziestu latach przestała mieć złudzenia. Oczy wpadły jej w głąb twarzy, jakby je ktoś tam celowo wepchnął. Skóra była cienka niczym pergamin i podobnie szeleściła. Pokryły ją nieapetyczne plamy, krostki i nacieki, których nie tuszował żaden fluid. Nos nieznacznie się wydłużył, a dziurki poszerzyły. Nawet zęby utraciły swą świeżość i przeobraziły w nieapetyczne kremowo–piaskowe kwadraciki służące wyłącznie do rozdrabniania pokarmu. Nora zbliżyła twarz do lustra, by skatować się widokiem intrygującej mapy zmarszczek, biegnących we wszystkich kierunkach świata i żłobiących coraz głębsze rowy melioracyjne. Jeśli młoda twarz wygląda jak jezioro przy bezwietrznym dnie, gładkie i lśniące, to stara jest raczej mokradłem, burym mszarem, porośniętym mchami i karłowatą roślinnością. Tak, lustra Apolonii skutecznie leczyły z próżności i podcinały gałąź młodości, z której nikt dobrowolnie by nie zszedł. Nora lubiła to samobiczowanie się. Lubiła rozkładać na czynniki pierwsze nadbiegającą szybkim truchtem starość. W rzeczywistości wcale nie wyglądała tak źle. Tak naprawdę każdy kto wpatrywałby się w siebie z odległości nie większej niż pół centymetra, dostrzegłby milion usterek i górę niedociągnięć. Zwłaszcza kiedy z tyłu odbijała się tekturowa tablica ostrzegającą przed kopnięciem prądu. To nie była sprawiedliwa samoocena, ale dzięki niej Nora przestawała bujać w obłokach. Po powrocie do domu usiadła przy stole, wyciągnęła kartkę papieru i drukowanymi literami napisała: „nie mam u niego żadnych szans. Starucha tańczy z kostuchą. Nie z kochankiem młodym".

*

Monika Oleńska przychodziła regularnie, a czasem wpadała bez zapowiedzi, ot tak, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Nora przyzwyczaiła się do niej i kiedy starła wyrzuty sumienia związane ze sztucznymi pazurami i solarium, zaczęły normalnie i swobodnie rozmawiać. O tamtych czasach, kiedy uczniowie czuli respekt przed kadrą pedagogiczną, kiedy bali się lekcji z surowym profesorem i tzw. dywanika u dy rektora. O tym, jak popalali po kryjomu, jak kombinowali z wagarami, jakie mieli metody na przełożenie klasówek. I o tym jak to wygląda dzisiaj.

– Odeszłam, bo te zmiany mnie przerosły. Młodzież zdziczała, nałykała się chamstwa i przerażającej pewności siebie. Chce wszystko zdobyć gwałtem, szturmem, bez żadnej taktyki, żadnych starań. Szkoła stała się dla nich gównem, w które świadomie wdepnęli, bo uczyć się trzeba, ale które próbują za wszelką cenę z siebie zeskrobać. Mają gdzieś zasady, o moralności nie wspominając. Dymem z papierosa dmuchają nam prosto w nos. W przenośni i dosłownie – Nora westchnęła i pokręciła głową.

Zmiany zbiegły się jakoś wraz z nadejściem nowego stulecia. Dwudziesty pierwszy wiek przerósł jej najśmielsze oczekiwania. Szkoła zaczęła przypominać ogród zoologiczny pełen chichoczących hien, ospałych leniwców, puszących się pawi, ryczących lwów, hałaśliwych gęsi i skrzeczących małp. Dywanik u dyrektora dawno stracił na swej sile, dzisiaj można było na niego splunąć i zagrozić psychicznym mobbingiem, który to termin młodzież dość chętnie wykorzystywała. Pedagog przestał być nietykalny, stał się raczej laleczką z materiału, w którą wtykano szpilki, opluwano, wykręcano ręce i kneblowano usta. Nawet dawny pokój nauczycielski przestał być już schronieniem, teraz każdy uczeń mógł tu wejść bez pukania i przerwać rozmowę. Nora nie znosiła tego miejsca, ale ponieważ alternatywą był rozwrzeszczany dziedziniec, koniec końców wracała do dziupli przeżartej smrodem starych swetrów starej kadry i przepoconych trykotów młodej.

Właśnie. Młoda kadra.

Po dwutysięcznym pierwszym do ich szkoły napłynęło kilka nowych okazów, z tym charakterystycznym odęciem na ustach i pogardą wobec wszystkich, którzy przekroczyli czterdziestkę. Nora była dla nich dinozaurzycą. Nawet nie próbowali nawiązywać z nią bliższego kontaktu, który wykraczałby poza to, co konieczne.

– Zrobić pani kawy? – takie pytanie nigdy nie padło.

– Czwarta B nie powinna mieć studniówki – ośmielił się powiedzieć kiedyś profesor Warzecha, wiekowy już geograf (dobiegał sześćdziesiątki). – Ta klasa jest przerażająco rozwydrzona i nie ma pojęcia, gdzie leży Gibraltar.

Młodsza kadra spojrzała po sobie bez zrozumienia. Nora była gotowa przysiąc, że też nie wiedzieli.

– E tam, po prostu są młodzi – tak zwykle rozpoczynał się pokoleniowy dialog, tym razem prowadzony przez młodziutką polonistkę, którą bardziej fascynowały rymy hip– hopu niż np. trzynastozgłoskowiec.

Geograf aż się zatrząsł pod dawno już niemodną dwurzędową marynarką z poliestru.

– To nie tłumaczy buczenia na lekcjach, ani tym bardziej swobodnych i kwiecistych rozmów o seksie – ściszył nieco głos, bo seks jako taki zawsze go krępował.

– Oni są po prostu uzdolnieni oralnie – zaśmiała się polonistka, a geograf zrozumiał, że jego miejsce jest w Biskupinie. Usiadł przy stole i zamarł niczym skamielina.

Nora poczuła się obco. Kiedy do szkoły chodził Mateusz wszystko wyglądało inaczej. Owszem, nigdy nie przepadała za młodzieżą, ale tamci mieli w sobie tę odrobinę poko ry, która kazała im okazywać szacunek starszym, mówić „dzień dobry" i „przepraszam", a czasem nawet przepuszczać w drzwiach. Obecna młodzież wszystko miała w dupie. Łącznie z samą sobą.

Piętnastego marca 2007 roku, Nora szła w kierunku sali nr 107 z dziennikiem pod pachą i opracowaniem psychobiologicznego temperamentu Mickiewicza. „Mickiewicz był harmonikiem – pisała w swoich notatkach – zgłębiał istotę bytu, był uczuciowy, nadwrażliwy, miał też problemy z przystosowaniem się. Uciekał od rzeczywistości, szukał pocieszenia w samotności. Chciał być niezależny, wolny"... Czy kogoś to w ogóle zainteresuje?

Nagle poczuła ostry ból w przedramieniu wywołany zderzeniem się z tłustawym pierwszoklasistą, który spojrzał na nią z pogardą (nie rzucił nawet „sorry") i spytał: „jak leziesz"? A potem pobiegł dalej, nonszalancki, wielki, z szerokimi spodniami i brudem za paznokciami. Trzy dni później złożyła wymówienie i przeszła spokojnym krokiem na wcześniejszą emeryturę.

Następnego dnia dostała wylewu.

– Nie chciałaby pani profesor troszeczkę cofnąć czasu? – spytała ją nagle Monika.

Nora spojrzała na nią czekając na ciąg dalszy.

– No, znowu spotkać się z naszą klasą, z dawnymi uczniami. Wie pani myśmy się tak bardzo nie zmienili. Ja wiem, że chodziłam krótko do waszej szkoły, ale z niektórymi nadal utrzymuję kontakt.

– A jak mam się z nimi spotkać?

Monika włączyła komputer i pokazała jej portal Nasza Klasa.

– Tutaj może pani odszukać dawnych znajomych, pierwsze miłości, czasem wrogów, byłych nauczycieli, panie przedszkolanki.

– Po co? – spytała Nora.

Monika przez chwilę zastanawiała się.

– To coś w rodzaju sentymentalnej podróży w czasie. Album ze zdjęciami, ale album, który jest żywy. Spotyka pani kogoś sprzed dwudziestu lat i dopasowuje do swojej autobiograficznej układanki. Dla niektórych to terapia, odblokowywanie barier – można kogoś przeprosić za jakieś świństwo, można swobodnie porozmawiać, zapytać o coś, co od dawna nas męczy. No, nie wiem co jeszcze.

Nora patrzyła na zdjęcia, podpisy, komentarze.

– Teatrzyk – zawyrokowała w końcu. – Żonglowanie swoim życiem, popisy cyrkowe, pokaz fajerwerków.

Monika pokręciła głową.

– Pani profesor, nie tylko. To jedna wielka centrala telefoniczna z milionem rozmów o wszystkim. Wspomnienia, żarty, anegdoty, przepraszanie, wyznawanie miłości, podziękowania, wylewanie dawnych żali.

– Jesteś zalogowana?

– Pewnie! I dokopałam się już do masy znajomych – i z dawnej klasy, kiedy pani profesor była naszą wychowawczynią i potem z liceum pielęgniarskiego.

– To nie poszłaś do technikum zawodowego?

– Nie. Po prostu dotarło do mnie, że nie jestem uzdolniona ogólnie, że niepotrzebne mi liceum ogólnokształcące. Ja chyba zawsze chciałam zostać pielęgniarką. A potem doszedł wolontariat w Caristasie. I chyba dobrze, bo dzięki temu dotarłam do pani.

– Wolałabym żebyś nie musiała.

Monika pogłaskała ja po głowie. Niepotrzebny gest, ale nawet przyjemny.

– Zapisać panią do Naszej Klasy?

– Nie, na razie nie. Ale pokaż jak to się robi.

Dwa dni później podjęła decyzję. Nie zalogowała się jednak pod prawdziwym nazwiskiem, stworzyła konto fikcyjne z wymyślonym imieniem i datą urodzenia. Wpisała tylko dawną szkołę, nie podając żadnych szczegółów, żadnej konkretnej daty, żadnego zdjęcia. Dzięki temu mogła przynależeć do każdego rocznika, chodzić do każdej klasy. Wszystkim wydawało się, że ją kojarzą, nikt jednak nie potrafił podać konkretów. Z maską na twarzy składającą się z domowego zacisza i anonimowego nazwiska, wchodziła w osobiste życie dawnych uczniów i smakowała rocznik 75 (lata nauki 1994–1998), a w szczególności klasę ogólną z rozszerzonym angielskim, do której chodził Mateusz.

Mateusz miał dzisiaj 34 lata. Ciekawe czy pamiętał ostatni dzień w szkole i czy komukolwiek o nim powiedział?

*

Ich cotygodniowe spotkania stały się kulinarno–literackim rytuałem. Mateusz przychodził punktualnie o siedemnastej i niemal od progu rozpoczynali słowną grę w tenisa. Ping pong. Ping pong.

– Skąd wiadomo, że miał myśli prześladowcze?

– Przeczytaj „Żeglarza", wsłuchaj się w niego i sam oceń.

– To nie on dręczył Marylę, to ona wyszła za innego.

– Ale on doprowadził ją swoimi listami do depresji. Długo leczyła się z tej miłości.

– Nie rozumiem roli Cienia...

– Według Junga Cień to odbicie wszystkich negatywnych cech człowieka, to zwierzęce oblicze jego osobowości. To coś co tłumimy w sobie, czemu nie pozwalamy się rozwinąć.

– Gustaw i Czarny Strzelec?

– Tukaj i diabeł.

– Każdy ma swój Cień?

– Każdy.

– Pani też coś w sobie tłumi?

– Siadaj do stołu (piłeczka spadała na ziemię, przerwa).

No i Mateusz siadał do stołu, bo po przystawce z literatury przychodziła pora na esencję, prawdziwe mięso, kruche i soczyste. Drobiowe wątróbki podsmażane na maśle z dodatkiem świeżych brzoskwiń i cebuli, udziec jagnięcy w rozmarynowym płaszczu, pierś z kurczaka faszerowana kozim serem, soczysta wołowina po debreczyńsku, pulpety jagnięce z nutą cynamonu. A potem kawa.

Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta

Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarnośćwęgla, przejrzystośćbursztynu,

Zapach moki i gęstośćmiodowego płynu.

Zamek, Ks.II (w.497–504)

Oczywiście, że dotarł do finału. Został laureatem i zajął drugie miejsce. Wygrała jakaś dziewczyna, owładnięta duchem Wyspiańskiego – kiedy wystartowała z medycznymi ciekawostkami o wrażliwej i delikatnej skórze malarza, którego truły olejne opary wywołując zaburzenia żołądkowe i który w związku z tym musiał przerzucić się na ołówek i pastele, komisja była poruszona i jednogłośnie przyznała jej zwycięski laur. Ale Nora i tak była dumna i szczęśliwa z sukcesu Mateusza. Dzień po ogłoszeniu wyników na wszelki wypadek została w domu. Zadzwoniła do szkoły i wykręciła się niestrawnością. Nie chciała pokazywać się w szkole w tym baśniowym nastroju, z poluzowaną powagą i radością na twarzy. Nalała dwa kieliszki wina – jeden dla siebie, drugi dla Mateusza, usiadła przy stole i wypiła toast. Jej chłopak spełnił swoje marzenia. Nie musi zdawać matury, ma w kieszeni indeks na studia polonistyczne. Jeśli czegokolwiek jej w tej chwili brakowało, to chyba tylko jego obecności. Ale co tam. Niech świętuje z rówieśnikami.

– Kocham go – powiedziała głośno i szybko zakryła usta. Było już jednak za późno. Wstyd wyleciał z jej wnętrza i fruwał teraz beztrosko po pokoju. Musiała odczekać aż sam się ulotni.

A potem nadszedł ostatni dzień roku. Wszyscy odświętnie ubrani, z podnieceniem w oczach, że oto kończą kolejny etap w swoim życiu i zaczynają następny. Roześmiane twarze, błyszczące spojrzenia. Nawet ołowiany nastrój Nory nie był w stanie przydusić ich do ziemi. Wszyscy mieli skrzydła.

O godzinie dwunastej szkoła przypominała już pustynię, po której walają się suche krzewy. Skończyła się cukierkowa akademia, rozdanie świadectw, gratulacje dla olimpijczyków, kwiaty dla nauczycieli, podziękowania za wspólną naukę, jakieś drętwy mowy i niepotrzebna nikomu wymiana telefonów. Kto do kogo ma niby zadzwonić? Nauczyciel do ucznia? I co? Umówić się na piwo? A może do ZOO? Nora poszła do pokoju nauczycielskiego po swój prochowiec. Była sama więc mogła na chwilę odpiąć maskę i zacząć płakać. Na szczęście zanim pierwsza kropla wydostała się drobnymi kanalikami na powierzchnię gałki ocznej, ktoś zapukał do drzwi.

– Pani profesor, muszę pani raz jeszcze osobiście podziękować. Za wszystko. Za Mickiewicza, olimpiadę, cierpliwość i pani obiady. Za serce – Mateusz stał przed nią z bukietem frezji, które pachniały tak intensywnie, że wszystko wokół zawirowało. Być może dlatego zrobiła, to co zrobiła.

To nie był pocałunek przyjacielski, matczyny, nic–nie–znaczący, odruchowy czy spontaniczny. To był pocałunek, który odrzucił samokontrolę i nienaganne maniery pedagoga. Był zapowiedzią do seksu bez hamulców i agresywnego pożądania. Wymagał dużej intuicji w odgadnięciu aktualnego stanu emocjonalnego partnera, wymagał skupienia się na niewerbalnych sygnałach i umiejętności zsynchronizowania tempa oraz natężenia czułości w stosunku do drugiej strony. Był czystą namiętnością, odbiciem zmysłowości Nory, która nieskrępowana wydostała się na wolność i nie miała w tej chwili żadnych zahamowań. Był czymś pierwotnym i pewnie dlatego Mateusz oddał go z podobnym uniesieniem i zaangażowaniem.

A potem poszedł do domu.

*

Nora zaczęła przeglądać Naszą Klasę i czytać ją jak podręcznik do psychologii. Wybierała dowolne nazwiska i smakowała wycinki cudzej egzystencji (skończone szkoły, daty ślubów i narodzin dzieci, pocztówki z wakacji, pocztówki świąteczne, pocztówki codzienne). Jedni stawiali na fantazyjne grafiki, inni na narcystyczne ujęcia własnej osoby, zawsze z tego lepszego profilu, jeszcze inni katowali setką zdjęć poczętych bobasów lub wręcz przeciwnie – unikali wirtualnego wyjścia na światło dzienne i zamieszczali fotografię źdźbła trawy. Nora odnosiła wrażenie, że żadne curriculum vitae pacjenta Naszej Klasy nie jest szczegółowe, że pomija rzeczy nieprzyjemne, a wyolbrzymia te lepsze.

– Jaką mam gwarancję, że po drugiej stronie siedzi ta sama osoba, którą znałam dziesięć, dwadzieścia lat temu? – pytała Monikę.

– Wystarczy napisać list, poczekać na odpowiedź, może się spotkać, pogadać w realu i wtedy już wiemy, czy zakodowany obraz kogoś sprzed lat nadal pasuje do naszych wyobrażeń.

– A jeśli nie pasuje? – drążyła dalej.

– No to pozostaje wspólnie wypita kawa – Monika wzruszała ramionami.

– Marnowanie czasu.

– Niekoniecznie. Może przecież okazać się, że ktoś z dawnych znajomych idealnie nadaje się na przyjaciela, lubi słuchać, lubi rozmawiać, podobnie myśli. Ale tego nigdy się pani nie dowie, jeśli nie zapyta. Poza tym, co szkodzi spróbować? Nie lubi pani wychodzić z domu, nie lubi spojrzeń na ulicach. Na Naszej Klasie to pani decyduje z kim rozmawia i kto dowie się o wózku.

Nora nie była przekonana. Najgorsza była chyba świadomość, że nie ma zbyt wielu znajomych, których chciałaby dodać do swojego profilu i z którymi mogłaby się spotkać. Jej świat tworzyli uczniowie, ale którego z nich miałaby teraz wyszczególnić, oprócz... ? Był. Ładne zdjęcie – nieśmiały uśmiech, lekko siwiejące włosy. Na drugim zdjęciu żona, dość sympatyczna. Dwójka dzieci – Wiktoria i Weronika. Siedem i pięć lat. Zawód – korektor w wydawnictwie. Nora wptarywała się w jego zdjęcie tak długo, aż ze szczypiących kącików popłynęły jej w końcu łzy. Ale to był w zasadzie jedyny patos tej sytuacji. Poza tym nie czuła żalu, wstydu, nic nie rozszarpywało jej serca, nie zgniatało żołądka, nie kazało wyć i rzucać szklankami o ścianę. Ale to nie znaczy, że nie tęskniła. Tylko za czym?

Nora