Wydawca: Pascal Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 314 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hormonia - Natasza Socha

Kalina ma 45 lat i panicznie boi się dojrzałości. Słowo „menopauza” przeraża ją bardziej niż trzygłowy smok. Boi się również matki, podejmowania samodzielnych decyzji, a nawet wyjścia do kawiarni w pojedynkę. W torebce nosi listę marzeń, które pod wpływem spotkania z nieznajomym mężczyzną w końcu postanawia spełnić.
Czy rozbierze się na plaży nudystów?
Zje śniadanie w łóżku?
Zakocha się, nie zważając na nic?
A może po raz pierwszy dowie się, jak smakuje wolność?
Hormonia to książka o sile i mądrości kobiet, ale także o ich lękach i skrzętnie ukrywanych tajemnicach. O wewnętrznej harmonii. I oszalałych hormonach.

Opinie o ebooku Hormonia - Natasza Socha

Fragment ebooka Hormonia - Natasza Socha

© Copyright by Natasza Socha

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, za wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorki bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

 

Autor: Natasza Socha

Redakcja, korekta, skład: SEITON, www.seiton.pl

Projekt graficzny okładki: Irina Pozniak

Zdjęcia na okładce:

George Mayer/Shutterstock (front)

Najka Photography (zdjęcie autorki)

 

Redaktor prowadząca: Agnieszka Pietrzak

Redaktor serii: Agnieszka Filas

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

 

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

 

Bielsko-Biała 2016

ISBN 978-83-7642-931-1

 

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Gdybym teraz, w wieku siedemdziesięciu lat, mogła dać sobie samej pewną radę, to brzmiałaby ona tak: używaj słowa „pierdol się” znacznie częściej…

 

Helen Mirren

Rozdział pierwszy

Nie­bo ziew­nę­ło. A chwi­lę po­tem lu­nął deszcz tak prze­raź­li­wie gło­śny, że kto wie, czy nie sły­chać go było na­wet w Am­ster­da­mie, o któ­rym od ja­kie­goś cza­su ma­rzy­ła Ka­li­na. Gdy­by do­kład­nie przyj­rzeć się jej ma­rze­niu, oka­za­ło­by się, że jest ono nie­co od­da­lo­ne od sa­me­go Am­ster­da­mu, a do­kład­nie o czter­dzie­ści dwa ki­lo­me­try, bo tyle wy­no­si­ła od­le­głość mię­dzy sto­li­cą a miej­scem, w któ­rym znaj­do­wał się je­den z pięk­niej­szych ho­len­der­skich ogro­dów bo­ta­nicz­nych Keu­ken­hof – praw­dzi­we ­kró­le­stwo tu­li­pa­nów.

Trud­no po­wie­dzieć, dla­cze­go wła­śnie tu­li­pa­ny tak ją za­chwy­ca­ły. Być może mia­ło to zwią­zek z za­po­wie­dzią wio­sny, po któ­rej każ­dy spo­dzie­wa się cze­goś lep­sze­go. A może po­do­ba­ło jej się to, że tu­li­pa­ny, po let­nim sta­nie spo­czyn­ku, ko­lej­ne­go roku od­ra­dza­ją się na nowo. Ka­li­na też znaj­do­wa­ła się w sta­nie spo­czyn­ku, któ­ry trwał jed­nak zde­cy­do­wa­nie za dłu­go.

Deszcz pa­dał jak osza­la­ły. Ude­rzał w pa­ra­pet z taką siłą, że aż ugi­nał się pod nim me­tal. Ktoś kie­dyś po­wie­dział, że jed­ni sły­szą tyl­ko deszcz, inni zaś okla­ski. Ka­li­na zde­cy­do­wa­nie na­le­ża­ła do tej pierw­szej gru­py. Znaj­do­wa­ła się w sta­nie, któ­ry po­eci pięk­nie okre­śla­ją mia­nem me­lan­cho­lii. Tym­cza­sem jest to zwy­kłe odręt­wie­nie or­ga­ni­zmu, ro­dzaj apa­tii, ma­ra­zmu i nie­koń­czą­ce­go się smut­ku. Bar­dzo mrocz­ny stan, nie­ste­ty dość czę­sty u ko­biet w każ­dym wie­ku.

– Je­stem bez­na­dziej­na – oznaj­mi­ła Ka­li­na desz­czo­wi, a ten tyl­ko przy­tak­nął, stu­ka­jąc mia­ro­wo w szy­by.

Ma­rze­nie o Keu­ken­hof za­kwi­tło w jej gło­wie krót­ko po tym, jak po­now­nie wpro­wa­dzi­ła się do ro­dzin­ne­go domu, w któ­rym miesz­ka­ła już jej mat­ka Kon­stan­cja z ko­tem Pa­try­cju­szem rasy sfinks, nie­praw­do­po­dob­nie wręcz pa­skud­nym, za to nie­li­nie­ją­cym. Kot sfinks nie po­sia­dał owło­sie­nia – odro­bi­na wło­sów ro­sła mu wy­łącz­nie na uszach, ogo­nie oraz na ją­drach.

– On jest łysy – po­wie­dzia­ła kie­dyś z obrzy­dze­niem Ka­li­na, na co jej mat­ka za­re­ago­wa­ła w cha­rak­te­ry­stycz­ny dla sie­bie spo­sób – spoj­rza­ła na nią z wy­rzu­tem, odro­bi­nę chlip­nę­ła i oznaj­mi­ła:

– Ty wiesz, że ja się brzy­dzę wło­sów.

To było do­kład­nie trzy­na­ście lat temu. Kot na­dal żył, na­dal był od­ra­ża­ją­co łysy, z wy­jąt­kiem wspo­mnia­nych uszu i ją­der, a Ka­li­na na­dal czu­ła, że ze sfink­sem jej nie po dro­dze. Po­dob­nie jak z mat­ką, ale do tego nie przy­zna­ła­by się za nic w świe­cie. Wpro­wa­dzi­ła się więc po ci­chu do swo­je­go daw­ne­go po­ko­ju i aby choć odro­bi­nę po­czuć się le­piej, wy­ho­do­wa­ła so­bie ko­lej­ne ma­rze­nie, któ­re za­pi­sa­ła na taj­nej li­ście, o któ­rej ni­g­dy ni­ko­mu nie po­wie­dzia­ła.

Nu­mer osiem: Keu­ken­hof.

Cie­ka­we, ile jesz­cze lat bę­dzie mu­sia­ła cze­kać, żeby w koń­cu za­kwit­nąć jak tu­li­pan na wio­snę. Cie­ka­we, ile razy jesz­cze mat­ka wy­ci­śnie z sie­bie taką nad­pro­duk­cję opie­kuń­czo­ści, że ce­bul­ka nie bę­dzie mia­ła pra­wa wy­kieł­ko­wać, za­du­szo­na przy pierw­szej pró­bie wy­pusz­cze­nia pę­dów. Po­dob­no kie­dy dziec­ku usu­wa się ka­mie­nie spod nóg, w przy­szło­ści po­tknie się o ziarn­ko pia­sku. Ka­li­na na­wet te ziarn­ka mia­ła usu­wa­ne. Nic dziw­ne­go, że żyła jak­by obok ży­cia.

Jej kłót­nie z mat­ką były krót­kie, acz in­ten­syw­ne. W za­sa­dzie to nie były ty­po­we kłót­nie, tyl­ko ko­lej­ne roz­mo­wy pro­wa­dzą­ce do­ni­kąd. Lub do wiel­kie­go muru, któ­re­go nie moż­na ani obejść, ani prze­sko­czyć, a dra­bi­na wła­śnie się zła­ma­ła.

O, jak choć­by ta ostat­nia wy­mia­na zdań.

– Nie po­win­naś je­chać sama na wa­ka­cje – z upo­rem po­wta­rza­ła mat­ka.

– Mamo! Je­stem do­ro­sła, a na­wet wię­cej. Mam cór­kę. Mam dwie ko­ron­ki w uzę­bie­niu.

– Nie bar­dzo ro­zu­miem, co ma jed­no wspól­ne­go z dru­gim – mat­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– To, że nie mam pię­ciu lat, a od pięt­na­stu ni­g­dzie sama nie wy­je­cha­łam, bo za każ­dym ra­zem uży­wasz tego sa­me­go ar­gu­men­tu. Że nie po­win­nam!

– Bo sa­me­mu nie wy­pa­da. I co? Bę­dziesz sie­dzieć w re­stau­ra­cji jak ten ko­łek, pa­trząc w swój ta­lerz zupy i uda­jąc, że na ko­goś cze­kasz? Albo może od razu dasz się zgwał­cić, bo na pierw­szy rzut oka wi­dać, że je­steś sa­mot­na, bez­bron­na i sła­ba.

No tak, bo sa­mot­na ko­bie­ta w re­stau­ra­cji musi wy­glą­dać na po­rzu­co­ną lub nie­do­sto­so­wa­ną do ży­cia w spo­łe­czeń­stwie. Wa­ka­cje w po­je­dyn­kę to do­wód na upo­śle­dze­nie i sek­su­al­ne wy­bra­ko­wa­nie.

Ka­li­na pod­skór­nie czu­ła, ja­kie ar­gu­men­ty pad­ną w dal­szej ko­lej­no­ści.

– Poza tym Kira też chce gdzieś wy­je­chać. Mam zos­tać sama?

Bin­go.

– Ale do­brze, sko­ro mu­sisz, to jedź. Nie mogę ci prze­cież za­bro­nić. – Tu po­ja­wi­ło się cha­rak­te­ry­stycz­ne siąp­nię­cie no­sem.

Ofi­cjal­nie nie.

– Ale po­daj mi pro­szę do­kład­ne na­mia­ry, gdy­by le­karz mu­siał po­wia­do­mić ro­dzi­nę.

– Jaki le­karz? – dała się zła­pać Ka­li­na.

Mat­ka prze­żu­wa­ła od­po­wiedź, chcąc nadać jej bar­dziej dra­ma­tycz­ny wy­dźwięk.

– Mam już swo­je lata. A do­kład­nie sie­dem­dzie­siąt czte­ry, więc to może być każ­dy le­karz. Taki od utra­ty przy­tom­no­ści, pa­ra­li­żu, za­wa­łu czy zwy­kłej nie­wy­dol­no­ści krą­że­nia.

– Ale to wła­śnie nie­wy­dol­ność jest przy­czy­ną za­wa­łu.

– Nie kracz.

Ka­li­na zła­pa­ła się za gło­wę.

Ni­g­dy z nią nie wy­gram.

Wy­szła na bal­kon i za­mknę­ła oczy. Pró­bo­wa­ła za­styg­nąć na mo­ment, po­zwo­lić ży­ciu pły­nąć obok i ock­nąć się do­pie­ro wte­dy, gdy mat­ka prze­sta­nie za­snu­wać po­kój czar­ny­mi wi­zja­mi wła­snej śmier­ci.

– Udar ciepl­ny. A lato ma być re­kor­do­we w tym roku pod wzglę­dem upa­łów – do­bie­gło ją jesz­cze ze środ­ka.

Za­tka­ła uszy i za­czę­ła nu­cić Lot trzmie­la.

To, co dla niej było za­bor­czo­ścią, Kon­stan­cja na­zy­wa­ła mat­czy­ną mi­ło­ścią. Wszyst­ko, co ro­bi­ła, po­dyk­to­wa­ne było tro­ską o do­bro naj­bliż­szych. Cóż złe­go jest w pod­su­wa­niu ko­muś pa­ra­sol­ki, kie­dy pada deszcz?

– Ale ty mi ją po­da­jesz rów­nież wte­dy, gdy być może do­pie­ro bę­dzie pa­da­ło! – mó­wi­ła Ka­li­na.

Kon­stan­cja nie do­strze­ga­ła żad­nej róż­ni­cy. Kie­dy ko­bie­ta sama wy­cho­wu­je dziec­ko, musi peł­nić po­dwój­ną rolę. Męża stra­ci­ła krót­ko po po­ro­dzie. Nie mia­ła siły ani ocho­ty, by za nim pła­kać, bo trze­ba było za­jąć się cór­ką. I dać jej z sie­bie tyle, by za­wsze czu­ła się bez­piecz­nie.

– Au­to­no­mia, mamo. Zro­zum, że je­stem kimś in­nym niż ty. Po­zwól mi upaść – pro­si­ła i tłu­ma­czy­ła Ka­li­na, choć naj­czę­ściej wła­sne­mu od­bi­ciu w lu­strze. Nie umia­ła z nią roz­ma­wiać, bo Kon­stan­cja wszyst­ko od­bie­ra­ła jako atak. Z cza­sem Ka­li­na prze­sta­ła wal­czyć z „nad­mi­ło­ścią” mat­ki i bier­nie pod­da­ła się ryt­mo­wi ich wspól­ne­go ży­cia.

Miesz­ka­ły w du­żej przed­wo­jen­nej wil­li, któ­ra pach­nia­ła wpraw­dzie daw­ny­mi cza­sa­mi, ale w tym za­pa­chu nic nie przy­po­mi­na­ło ojca. Kie­dyś zna­la­zła jego zdję­cie. Przy­stoj­ny, uśmiech­nię­ty, śmiesz­nie wy­go­lo­ny, w bia­łej ko­szu­li i spodniach na szel­kach. Ale chy­ba nie za­słu­żył, by za­miesz­kać w ram­ce na ścia­nie, spo­czy­wał za­tem w sta­rym kar­to­nie wraz z pocz­tów­ka­mi, sta­ry­mi ży­cze­nia­mi świą­tecz­ny­mi, ró­żo­wą wi­zy­tów­ką ja­kiejś Lu­izy i bi­le­tem na bal syl­we­stro­wy z 1964 roku. Kon­stan­cja naj­wy­raź­niej za nim nie tę­sk­ni­ła, wszyst­kie swo­je uczu­cia prze­le­wa­jąc na cór­kę.

Z cza­sem Ka­li­na ule­gła złu­dze­niu, że sta­ła się spe­cy­ficz­ną kon­ty­nu­acją mat­ki, jej ko­lej­nym wcie­le­niem. Kimś, kto nie ma pra­wa do sa­mo­dziel­ne­go ist­nie­nia. Kimś, kto jest w stu pro­cen­tach za­leż­ny od dru­giej oso­by i nie po­tra­fi roz­po­cząć wła­sne­go ży­cia. W dzie­ciń­stwie Kon­stan­cja wy­rę­cza­ła ją nie­mal we wszyst­kim. Za­wią­zy­wa­ła bu­ci­ki, cze­sa­ła wło­sy, przy­go­to­wy­wa­ła ubra­nia do szko­ły. Nie po­zwa­la­ła cho­dzić po drze­wach, grać w pił­kę z ko­le­ga­mi, a ko­le­żan­ki do­bie­ra­ła we­dług pew­ne­go klu­cza – mia­ły być z do­brych do­mów i do­brze się uczyć. Nic dziw­ne­go za­tem, że Ka­li­na nie mia­ła od­wa­gi, by prze­for­so­wać wła­sne zda­nie. Nie bun­to­wa­ła się, nie sta­wia­ła na swo­im. Kie­dy na pierw­szym roku stu­diów chcia­ła wy­pro­wa­dzić się z domu, wy­star­czy­ło, że Kon­stan­cja spoj­rza­ła na nią z „bó­lem” w oczach. Ka­li­na wy­co­fa­ła się, uzna­jąc, że to może rze­czy­wi­ście tro­chę za wcze­śnie. I za­wsze, kie­dy pró­bo­wa­ła li­znąć nie­za­leż­no­ści, mama szar­pa­ła za „smycz”. Albo ra­czej za pę­po­wi­nę. Szarp­nę­ła na­wet wte­dy, gdy Ka­li­na zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie za­szła w cią­żę.

– Dziec­ko? Prze­cież ty sama je­steś jesz­cze dziec­kiem! Nie­daw­no za­czę­łaś stu­dia, do­pie­ro wcho­dzisz w do­ro­słość, więc zu­peł­nie nie ro­zu­miem, jak mo­głaś mi to zro­bić?

Ka­li­na też była prze­ra­żo­na, na szczę­ście Kon­stan­cja sta­nę­ła na wy­so­ko­ści za­da­nia i za­pro­po­no­wa­ła mło­dym ro­dzi­com, by za­miesz­ka­li wspól­nie z dziec­kiem pod jej da­chem. Po­mo­że im. Bę­dzie wspa­nia­ło­myśl­na. Po dzie­się­ciu la­tach wy­pro­wa­dzi­li się do wy­na­ję­te­go miesz­ka­nia pod sil­ną pre­sją Ada­ma. Mąż Ka­li­ny na­praw­dę ce­nił swo­ją te­ścio­wą, ale co­raz moc­nej czuł pę­tlę za­ci­ska­ją­cą się rów­nież na jego szyi.

– Mu­si­my za­cząć żyć na wła­sną rękę – prze­ko­ny­wał nie­prze­ko­na­ną Ka­li­nę. Zgo­dzi­ła się w koń­cu, choć wy­rzu­ty su­mie­nia bu­dzi­ły ją każ­de­go dnia, a wie­czo­rem ko­ły­sa­ły do snu. Kon­stan­cja do­sko­na­le wi­dzia­ła, że tra­ci cór­kę, dla­te­go też za­sto­so­wa­ła stra­te­gię mat­ki bez­rad­nej. Zrzu­ci­ła Ka­li­nę z ko­lan tyl­ko po to, by usa­do­wić się na jej wła­snych. Ka­li­na co­raz bar­dziej ugi­na­ła się pod cię­ża­rem rze­ko­mej nie­za­rad­no­ści mat­ki i sta­wa­ła się bez­sil­ną po­wier­ni­cą wszyst­kich jej dra­ma­tów i kło­po­tów. W koń­cu na­bra­ła prze­ko­na­nia, że to ona jest po to, aby wspie­rać, ro­zu­mieć i trosz­czyć się o ko­goś, kto ją uro­dził i wy­cho­wał. Tak już w ży­ciu jest, że cza­sem trze­ba za­mie­nić się ro­la­mi.

Ka­li­na wy­trzy­ma­ła dwa lata w wy­na­ję­tym miesz­ka­niu, mio­ta­jąc się tak na­praw­dę mię­dzy rolą cór­ki i żony. Trud­no stwier­dzić, w któ­rym domu prze­by­wa­ła czę­ściej. Aż w koń­cu Adam po­szedł w swo­ją stro­nę, a ona wró­ci­ła z Kirą do mat­ki.

– Je­steś na­resz­cie – po­wie­dzia­ła wte­dy Kon­stan­cja i moc­no ją przy­tu­li­ła.

Ka­li­na zro­zu­mia­ła, że tego domu nie uda jej się tak ła­two opu­ścić.

Rozdział drugi

Ni­g­dy nie wia­do­mo, któ­ry mo­ment w ży­ciu cał­ko­wi­cie je zmie­nia. Cza­sem kop­nie czło­wie­ka prąd, a wte­dy do­zna­je on wi­zji, po któ­rych za­czy­na ma­lo­wać ob­ra­zy, cza­sem spo­ty­ka na swo­jej dro­dze guru, któ­ry na­ma­wia go, by zrzu­cił odzież i bie­gał nago po le­sie, szu­ka­jąc praw­dzi­we­go ja, a cza­sem trze­ba so­bie zła­mać ser­ce. Każ­dy po­wód jest do­bry, by spró­bo­wać cze­goś no­we­go. Naj­trud­niej jest wyjść z ko­ko­na przy­zwy­cza­jeń, zwłasz­cza ta­kich, któ­re dają po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Im­puls, któ­ry do­tknął Ka­li­nę, za­mknię­ty był w ma­łej ram­ce, w dzia­le ga­ze­to­wych anon­sów to­wa­rzy­skich.

Ogło­sze­nie było idio­tycz­ne, bo tyl­ko idio­ta mógł się nad nim cho­ciaż przez chwi­lę za­sta­no­wić.

Idio­ta lub ko­bie­ta, któ­ra kom­plet­nie nie wie, jaki bę­dzie jej ko­lej­ny krok. Z jed­nej stro­ny nie ma ocho­ty wdep­nąć w nowe ba­gno, z dru­giej – ba­brać się wiecz­nie w tym sa­mym.

Zer­k­nę­ła raz jesz­cze na anons wy­dru­ko­wa­ny w lo­kal­nej pra­sie:

 

„Czter­dzie­sto­dwu­la­tek, sła­bo upo­sa­żo­ny fi­nan­so­wo, lek­ko de­pre­syj­ny i odro­bi­nę scho­ro­wa­ny (choć zde­cy­do­wa­nie mniej niż po­dej­rze­wał le­karz) szu­ka ko­bie­ty, któ­ra za­bie­rze go w po­dróż po świe­cie.

Nie po­sia­dam te­le­fo­nu, ale w naj­bliż­szą so­bo­tę będę cze­kał o go­dzi­nie sie­dem­na­stej w ogro­dzie bo­ta­nicz­nym, pod mi­ło­rzę­bem ja­poń­skim”.

 

Odło­ży­ła zdu­mio­na ga­ze­tę. To pew­nie ja­kiś dow­cip. Nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści, by nor­mal­ny czło­wiek za­mie­ścił ogło­sze­nie bę­dą­ce cał­ko­wi­tą an­ty­re­kla­mą sie­bie sa­me­go. „Sła­bo upo­sa­żo­ny fi­nan­so­wo”? „Lek­ko de­pre­syj­ny”? Może to ja­kiś eks­pe­ry­ment so­cjo­lo­gicz­ny ba­da­ją­cy re­ak­cję zwy­kłych lu­dzi na pa­ra­no­ję in­nych?

– Ka­li­nuś, masz ocho­tę na cia­sto?

Wes­tchnę­ła.

Pew­nie za­brzmi to idio­tycz­nie, ale po­dróż po świe­cie na­wet z cho­rym ban­kru­tem wy­da­ła jej się na­gle bar­dziej ku­szą­ca niż cia­sto mamy, choć było ono prze­cież do­sko­na­łe. Za­pew­ne droż­dżo­we z cze­re­śnia­mi. Albo ja­błecz­nik z pian­ką i bezą. Tyle że Ka­li­na mia­ła ocho­tę cza­sem po­być sama. Sama po­sie­dzieć w kuch­ni, wy­pić kawę bez cu­kru i bez ko­men­ta­rzy, że nad­miar kawy wy­płu­ku­je z or­ga­ni­zmu wapń i może mieć złe skut­ki dla ser­ca. Czło­wiek jest zbu­do­wa­ny z pa­ra­dok­sów pra­gnień. Gdy ni­ko­go nie ma w po­bli­żu, ma­rzy o to­wa­rzy­stwie. A kie­dy ktoś pro­po­nu­je mu cia­sto (jed­nak ser­nik z ma­li­no­wą ga­la­ret­ką), na­gle chce zjeść je w od­osob­nie­niu.

– Idę! – za­wo­ła­ła i raz jesz­cze rzu­ci­ła okiem na ogło­sze­nie.

A je­śli to nie jest dow­cip?

 

Kuch­nia była przy­tul­na i urzą­dzo­na bar­dzo nie w gu­ście Ka­li­ny. Ale to był dom Kon­stan­cji, wszel­kie pró­by zmian nie tra­fia­ły więc do celu. Brą­zo­we szaf­ki ze zło­ty­mi uchwy­ta­mi, zie­lo­ne ka­fel­ki na ścia­nach i wy­kła­dzi­na w okrut­ny wzo­rek. O tę wy­kła­dzi­nę za­wsze to­czy­ła z mat­ką bój i za­wsze prze­gry­wa­ła, za­nim zdą­ży­ła za­pre­zen­to­wać cały ar­se­nał ar­gu­men­tów. Że się bru­dzi, że roz­to­cza, że nie­hi­gie­nicz­na. Ka­li­na ma­rzy­ła o ja­snej, prze­stron­nej kuch­ni, z dużą ilo­ścią świa­tła, bia­ły­mi me­bla­mi i wiel­ką lo­dów­ką z bar­kiem. Chcia­ła na­wet taką ku­pić mat­ce, ale Kon­stan­cja uzna­ła, że lo­dów­ka, któ­rą mają, trzem ko­bie­tom w zu­peł­no­ści wy­star­czy.

Naj­bar­dziej bra­ko­wa­ło jej swo­bo­dy. Tak, mia­ła swój po­kój, ale nie wol­no jej było za­my­kać się na klucz.

– A je­śli za­słab­niesz? – py­ta­ła mat­ka.

Na­wet je­śli ten ar­gu­ment miał sens, Ka­li­na czu­ła się osa­czo­na.

Każ­dy czło­wiek po­trze­bu­je wol­no­ści po­le­ga­ją­cej choć­by na przej­ściu nago z po­ko­ju do ła­zien­ki. Na zje­dze­niu ciast­ka w po­ście­li. Na nie­dba­łym uło­że­niu swo­je­go cia­ła na ka­na­pie i wy­cią­gnię­ciu nóg na stół. Na po­dra­pa­niu się po wzgór­ku ło­no­wym wresz­cie.

– Nie dłub, jedz nor­mal­nie – do­bie­gło jej uszu.

– Wiesz, mamo – od­wa­ży­ła się na­gle – ty chy­ba ni­g­dy nie zo­ba­czy­łaś we mnie do­ro­słej ko­bie­ty.

– Słu­cham? – Kon­stan­cja za­sty­gła z wi­del­czy­kiem w po­ło­wie dro­gi do ust.

– Cią­gle wi­dzisz we mnie dziec­ko. Czy ja na­praw­dę ni­g­dy nie do­ro­słam?

Mat­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Kie­dy pa­trzę, jak dłu­biesz w cie­ście, mam wra­że­nie, że na­dal sie­dzisz jed­ną nogą w przed­szko­lu.

– Może mi nie sma­ku­je?

– Słu­cham? – To już był krzyk tra­fio­ne­go łu­kiem ła­bę­dzia.

– To zna­czy sma­ku­je, ale czy mo­gło­by kie­dyś na­praw­dę nie sma­ko­wać? – Ka­li­na na­gle zo­ba­czy­ła sie­bie sie­dzą­cą w ka­wiar­ni i za­ja­da­ją­cą wu­zet­kę. Była sama i było jej z tym do­brze. Piła trze­cią kawę i czy­ta­ła książ­kę.

Dla­cze­go boję się pójść sama do ka­wiar­ni?

Oczy Kon­stan­cji za­szły łza­mi.

To umia­ła ro­bić na za­wo­ła­nie – za­szlo­chać, za­łkać, roz­pła­kać się hi­ste­rycz­nie.

– Ja ostat­nio zu­peł­nie nie ro­zu­miem, o czym ty mó­wisz? Co się z tobą dzie­je?

Ka­li­na po­my­śla­ła na­gle, że nie chce, by mat­ka ze­skro­by­wa­ła jej pla­my z ubra­nia, tak jak ro­bi­ła to w dzie­ciń­stwie. Sama so­bie ze­skro­bie. Albo bę­dzie cho­dzić w brud­nych. Za­sty­gła nad cia­stem, za­pa­trzo­na w srebr­ny wzo­rek na por­ce­la­no­wym ta­le­rzy­ku.

Chcia­ła­bym mieć czer­wo­ne, kwa­dra­to­we ta­le­rze. Bez szlacz­ka.

A po­tem jej my­śli po­szy­bo­wa­ły w stro­nę uli­cy Dą­brow­skie­go. Ogród bo­ta­nicz­ny? Kom­plet­nie bez sen­su. Z dru­giej jed­nak stro­ny trud­no ocze­ki­wać od ko­goś, kto za­miesz­cza ta­kie ogło­sze­nie, stan­dar­do­we­go miej­sca spot­ka­nia typu ka­wiar­nia czy kino.

Po roz­mo­wie z mat­ką Ka­li­na zno­wu za­pa­dła w le­targ. Le­ża­ła na ka­na­pie i pa­trzy­ła bez­myśl­nie w okno. A je­śli anons to ja­kiś znak? Nie wie­dzia­ła co praw­da jaki, ale pod­skór­nie czu­ła, że do­sta­ła wy­raź­ną wska­zów­kę­ od losu.

Ogród bo­ta­nicz­ny po dłuż­szym za­sta­no­wie­niu prze­stał być tak bar­dzo głu­pim po­my­słem. To w koń­cu ide­al­ne miej­sce dla ko­goś, kto bę­dzie na tyle nie­roz­sąd­ny i przyj­dzie na spo­tka­nie. Ide­al­ne, bo bez­piecz­ne. Moż­na sta­nąć nie­co da­lej, w ukry­ciu, i oce­nić sy­tu­ację. Moż­na uda­wać, że jest się zwy­kłym spa­ce­ro­wi­czem. Albo uciec w ra­zie cze­go.

Ka­li­na ro­ze­śmia­ła się na­gle.

Mi­ło­rząb ja­poń­ski. A pod nim lek­ko de­pre­syj­ny i ciut scho­ro­wa­ny fa­cet bez gro­sza przy du­szy, któ­ry ocze­ku­je… chy­ba spon­so­rin­gu? Żad­na, ab­so­lut­nie żad­na ko­bie­ta nie pod­ję­ła­by ta­kie­go ry­zy­ka.

W so­bo­tę o szes­na­stej trzy­dzie­ści po­ja­wi­ła się w ogro­dzie bo­ta­nicz­nym z dziw­nym po­czu­ciem, że co praw­da jest idiot­ką, ale po raz pierw­szy w ży­ciu za­re­ago­wa­ła spon­ta­nicz­nie na za­pach przy­go­dy.

Co oczy­wi­ście nie ozna­cza jesz­cze, że po­dej­dzie do tego fa­ce­ta, a po­tem wsią­dą w jej sa­mo­chód i po­mkną przed sie­bie ku za­cho­do­wi słoń­ca ni­czym Bon­nie i Cly­de. Tyle że bez pi­sto­le­tów. No, chy­ba że on jest uzbro­jo­ny.

Ogród bo­ta­nicz­ny w maju nie­mal zmu­szał do po­zy­tyw­ne­go my­śle­nia. A kie­dy do­dat­ko­wo świe­ci­ło słoń­ce, a wiatr wy­gry­wał na li­ściach spo­koj­ne me­lo­die w to­na­cji Fis-dur, po­ziom se­ro­to­ni­ny w or­ga­ni­zmie przy­jem­nie się uno­sił. Nic dziw­ne­go za­tem, że Ka­li­na z uczu­ciem dziw­nej lek­ko­ści za­nu­rzy­ła się w tych ma­jo­wych oko­licz­no­ściach przy­ro­dy.

Zie­leń wio­sen­na ro­man­so­wa­ła z zie­le­nią zgni­łą, cze­go efek­tem była zie­leń bu­tel­ko­wa z do­miesz­ką zło­ci­stej po­świa­ty. Ca­łość uzu­peł­nia­ły róż­no­barw­ne tu­li­pa­ny, któ­re Ka­li­na ko­cha­ła zde­cy­do­wa­nie bar­dziej niż sie­bie samą. Były tu i Trium­phy, i mie­szań­ce Dar­wi­na, były Cri­spy, Cot­ta­ge oraz tu­li­pa­ny li­lio­kształt­ne. Wpraw­nym okiem do­strze­gła też tu­li­pa­ny Rem­brand­ta, pa­pu­zie oraz pe­onio­we. Oczy­wi­ście dla więk­szo­ści lu­dzi tu­li­pan róż­ni się od tu­li­pa­na co naj­wy­żej ko­lo­rem, ale Ka­li­na na­le­ża­ła do osób tu­li­pa­no­lub­nych. Jej wie­dza była więk­sza, bo­gat­sza, pach­nia­ła szorst­ką zie­le­nią gnie­cio­nych li­ści oraz de­li­kat­ną nutą kwia­to­we­go pył­ku.

O szes­na­stej czter­dzie­ści sie­dem sama Ka­li­na pach­nia­ła na­to­miast stra­chem pod­szy­tym cie­ka­wo­ścią oraz prze­świad­cze­niem o wła­snej głu­po­cie. Jej uwa­gę na chwi- lę od­cią­ga­li no­wo­żeń­cy, roz­rzu­ce­ni ni­czym cha­bry na łą­kach po ide­al­nie przy­cię­tych traw­ni­kach, na drew­nia­nych ła­wecz­kach, a na­wet wśród skal­nia­ka. Na­li­czy­ła co naj­mniej osiem par, któ­re z wy­ra­zem mi­ło­sne­go kre­ty­ni­zmu na swych mło­dych ob­li­czach pró­bo­wa­ły za­ra­zić swo­im uczu­ciem oko­licz­ną ro­ślin­ność. W tym celu jed­na pan­na mło­da ca­ło­wa­ła głów­ki hia­cyn­tów, dru­ga za­wi­sła ma­low­ni­czo na ko­na­rze ja­kie­goś drze­wa, a jesz­cze inna pró­bo­wa­ła ze­spo­lić się z na­grza­nym ka­mie­niem, le­żąc na nim jak na wod­nym ma­te­ra­cu.

Ka­li­na nie mia­ła po­dob­nej ślub­nej se­sji zdję­cio­wej. Parę fo­tek pstryk­nął im za­przy­jaź­nio­ny ko­le­ga z roku, kil­ka mama pana mło­de­go, ale tych ostat­nich ni­g­dy nie zo­ba­czy­ła, bo te­ścio­wa uzna­ła, że wy­glą­da na zdję­ciach jak kro­wa ja­dą­ca na ubój, wsku­tek cze­go uni­ce­stwi­ła wszyst­kie do­wo­dy tego upo­ko­rze­nia.

Ci za­ko­cha­ni wy­glą­da­ją kre­tyń­sko, ale jed­nak tro­chę im za­zdrosz­czę.

Na szczę­ście za­zdrość zo­sta­ła wy­par­ta przez mi­ło­rząb ja­poń­ski, któ­ry gdzieś tu prze­cież rósł i cze­kał na ewen­tu­al­ne spo­tka­nie dwoj­ga zu­peł­nie ob­cych so­bie osób.

 

Drze­wo uj­rza­ła z da­le­ka, bo było dość duże, o cha­rak­te­ry­stycz­nych wa­chla­rzo­wa­tych li­ściach. I nie było samo. To­wa­rzy­szył mu męż­czy­zna w śred­nim wie­ku, odro­bi­nę nie­do­go­lo­ny, choć może tak wła­śnie mia­ło być, ubra­ny w czar­ne spodnie i czar­ny T-shirt. Co on miał na gło­wie? Ku­cyk? Ka­li­na we­pchnę­ła nos w krzew ta­ma­rysz­ku, uda­jąc, że chło­nie jego za­pach, a ką­tem oka ob­ser­wo­wa­ła męż­czy­znę, któ­ry, co stwier­dzi­ła z dużą ulgą, nie wy­glą­dał ani na zbo­czeń­ca, ani na bez­dom­ne­go zbo­czeń­ca, ani na­wet odro­bi­nę pod­le. Wy­glą­dał nor­mal­nie, a wręcz tro­chę smut­no, co Ka­li­nie bar­dzo się spodo­ba­ło, bo smu­tek pły­nął w jej ży­łach na rów­ni z krwią.

Ser­ce trze­po­ta­ło jej w pier­siach ni­czym uwię­zio­ny ka­na­rek w klat­ce, a ona sama mia­ła po­czu­cie, że cia­ło wpa­da w dziw­ne drgaw­ki, zwią­za­ne za­pew­ne z ab­sur­dal­no­ścią ca­łej sy­tu­acji.

I wte­dy wła­śnie on na nią spoj­rzał, więc jesz­cze głę­biej wsa­dzi­ła gło­wę w ta­ma­ry­szek, aż za­sko­czo­ne jej wi­do­kiem psz­czo­ły za­bzy­cza­ły z nie­do­wie­rze­niem.

Trud­no. Nie za­bi­je mnie chy­ba w ma­jo­wą so­bo­tę, na oczach świad­ków, i nie za­ko­pie pod mi­ło­rzę­bem. Ani pod ta­ma­rysz­kiem.

Męż­czy­zna pod­szedł w jej stro­nę i przy­sta­nął ja­kieś dwa me­try przed krze­wem. Opu­ści­ła więc swo­ją kry­jów­kę, po­pra­wi­ła wło­sy, a na­wet uśmiech­nę­ła się, choć oso­ba z ze­wnątrz mo­gła­by to zin­ter­pre­to­wać jako gry­mas prze­ra­że­nia.

Tak, rze­czy­wi­ście miał ku­cyk na czub­ku gło­wy, zwią­za­ny zie­lo­ną frot­ką. Jego twarz bu­dzi­ła dziw­ną sym­pa­tię, być może za spra­wą du­żych oczu i we­so­łe­go uśmie­chu. Męż­czy­zna był dość wy­so­ki, szczu­pły i miał ład­ne dło­nie z krót­ko ob­cię­ty­mi pa­znok­cia­mi.

– Na­praw­dę za­re­ago­wa­ła pani na moje ogło­sze­nie? – Do jej uszu do­biegł dość miły, ni­ski mę­ski głos, choć o ile Ka­li­na pa­mię­ta­ła, głos jej męża rów­nież kie­dyś był miły, a po­tem na­gle prze­stał. Dla­te­go po­sta­no­wi­ła nie ule­gać uro­ko­wi pierw­sze­go wra­że­nia, tyl­ko my­śleć ra­cjo­nal­nie.

– Za­cie­ka­wi­ło mnie – przy­zna­ła od­waż­nie.

Męż­czy­zna pod­szedł bli­żej i po­dał jej dłoń. Miał bla­dą, pra­wie prze­zro­czy­stą cerę. I brą­zo­we oczy z de­li­kat­ną bursz­ty­no­wą po­świa­tą oraz po­pie­la­ty­mi plam­ka­mi. Ład­ne. Tro­chę jak oczy Kiry – inne niż wszyst­kie.

– Ko­sma – po­wie­dział.

– Słu­cham? – wy­rwa­ło jej się z nie­ukry­wa­nym zdzi­wie­niem i choć se­kun­dę póź­niej za­sło­ni­ła so­bie usta ręką, to py­ta­nie jed­nak już do­le­cia­ło do uszu męż­czy­zny i wpa­dło mięk­ko do środ­ka.

– Bar­dzo na­tu­ral­na re­ak­cja – zgo­dził się. – Ko­sma po­dob­no po­cho­dzi od grec­kie­go sło­wa „ko­smos”, ale to chy­ba jesz­cze go­rzej.

– Go­rzej?

– No… mieć na imię „ko­smos”. Pró­bo­wa­łem po­szu­kać in­nych od­mian tego imie­nia, nie­ste­ty na­tra­fi­łem tyl­ko na sło­wiań­skie znie­kształ­ce­nie Kuź­ma. Rów­nież mi nie od­po­wia­da­ło.

Ka­li­na z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła uśmiech.

– Ale jest pew­ne wyj­ście z tej sy­tu­acji. Otóż we Wło­szech Ko­sma wy­ma­wia się Co­si­mo, a to, musi pani przy­znać, brzmi już cał­kiem nie naj­go­rzej.

Przy­zna­ła po­przez nie­znacz­ne kiw­nię­cie gło­wą.

Ko­sma vel Co­si­mo za­pro­po­no­wał za­tem, by usie­dli na ław­ce i kon­ty­nu­owa­li dal­szą po­ga­węd­kę, któ­ra jego zda­niem szła w cał­kiem przy­jem­nym kie­run­ku. Ra­cjo­nal­na część Ka­li­ny od­ra­dza­ła jej ciąg dal­szy, ale po­nie­waż na­wet w naj­bar­dziej ra­cjo­nal­nym umy­śle tkwi pier­wia­stek cie­ka­wo­ści i sza­leń­stwa, po­zwo­li­ła so­bie na chwi­lę sła­bo­ści. Jed­ne­go była pew­na. Ko­sma, Ko­smos czy Kuź­ma był zbyt sym­pa­tycz­ny, by oka­zać się mor­der­cą. Albo ona zbyt głu­pia, by to za­uwa­żyć.

– Co miał pan kon­kret­nie na my­śli, pi­sząc o po­dró­żo­wa­niu po świe­cie?

– Ko­sma. Nie pan. Sko­ro nie ucie­kłaś na mój wi­dok po pię­ciu mi­nu­tach, a na­wet sko­rzy­sta­łaś z za­pro­sze­nia na ław­kę, przejdź­my na ty.

Ski­nę­ła gło­wą na zgo­dę.

Co ja tu ro­bię?

– Ja­kieś kon­kret­ne miej­sca?

Ko­sma oży­wił się, po­pra­wił ku­cyk i za­czął opo­wia­dać. Jego tym­cza­so­wy smu­tek naj­wy­raź­niej chwi­lo­wo znik­nął. Jed­no trze­ba mu było przy­znać – był wy­jąt­ko­wo ga­da­tli­wy.

– Pry­wat­ny Re­zer­wat Bio­lo­gicz­ny Hu­ilo-Hu­ilo… Mają tam nie­zwy­kły ho­tel, zu­peł­nie jak­by ktoś wy­bu­do­wał go z my­ślą o hob­bi­tach. Cał­ko­wi­cie oto­czo­ny przy­ro­dą, wy­ra­sta spo­śród drzew ni­czym wul­kan, a z jego szczy­tu try­ska wo­do­spad. Żeby wejść do środ­ka, trze­ba po­ko­nać pod­wie­sza­ny most z drew­na. Chciał­bym go cho­ciaż raz zo­ba­czyć na żywo.

– A gdzie to jest? – spy­ta­ła Ka­li­na.

– W Chi­le.

Z pew­no­ścią za­bio­rę cię do Chi­le. Tyl­ko naj­pierw wy­gram w to­to­lot­ka.

– Ale są też inne miej­sca. Ta­kie Je­zio­ro Ret­ba na przy­kład. Mówi się o nim, że ma bar­wę sha­ke’a tru­skaw­ko­we­go, ale wody nie da się pić, bo jest po­twor­nie za­so­lo­na. Po­dob­nie jak Mo­rze Mar­twe. Ret­ba to Se­ne­gal.

Cu­dow­nie.

– Albo ta­kie Pod­wod­ne Mu­zeum Sztu­ki, ab­so­lut­nie ma­gicz­ne miej­sce u wy­brze­ży Can­cún…

– Mek­syk – po­wie­dzia­ła Ka­li­na.

Ko­sma kiw­nął gło­wą.

– Po­dob­no znaj­du­je się tam po­nad czte­ry­sta dzieł sztu­ki, a wśród nich pły­wa­ją so­bie ko­lo­ro­we ryb­ki, żół­wie i po­ra­sta je baj­ko­wa ro­ślin­ność. Jest dużo cu­dów na świe­cie, praw­da? – uśmiech­nął się do niej.

Ka­li­na za­pa­trzy­ła się na psz­czo­łę spa­ce­ru­ją­cą po jej zie­lon­ka­wej spód­ni­cy.

Pew­nie my­śli, że to tra­wa, i za­sta­na­wia się, gdzie są kwia­ty.

– Tak – po­wie­dzia­ła w koń­cu. – Ja też znam jed­no ta­kie miej­sce.

– Tak? – oży­wił się Ko­sma. – Mon­go­lia? Man­dżur­skie ste­py? Czer­wo­na pla­ża w Sa­moa?

– Am­ster­dam.

Ko­sma za­milkł na chwi­lę, a po­tem się ro­ze­śmiał.

– Jadę w ciem­no!

– Jesz­cze się nie zde­cy­do­wa­łam, ale je­że­li w ogó­le po­dej­mę wy­zwa­nie, to ma­rzy mi się też wiel­ki ogród bo­ta­nicz­ny pod Am­ster­da­mem. Pe­łen tu­li­pa­nów.

– Ale tu­li­pa­ny chy­ba po­wo­li prze­kwi­ta­ją? – zmarsz­czył czo­ło.

– Wiem. Nie­ste­ty te­raz nie mogę je­chać, pra­cu­ję w szko­le i chy­ba nikt nie da mi urlo­pu tyl­ko dla­te­go, że pra­gnę zo­ba­czyć od­mia­nę Lady Jane.

– Jest taka?

Ski­nę­ła gło­wą.

– Na ze­wnątrz ró­żo­we, w środ­ku bia­łe. Praw­dzi­we cudo.

Psz­czo­ła uzna­ła, że spód­ni­ca Ka­li­ny jest wpraw­dzie ape­tycz­nie zie­lo­na, ale to zde­cy­do­wa­nie zbyt mało, by ze­brać py­łek. Od­le­cia­ła więc nie­co ura­żo­na, a Ko­sma spoj­rzał na Ka­li­nę z po­dzi­wem.

– Chy­ba je­steś pierw­szą ko­bie­tą, któ­ra na wi­dok psz­czo­ły nie ze­rwa­ła się z miej­sca i nie za­czę­ła wy­ma­chi­wać wszyst­kim moż­li­wy­mi koń­czy­na­mi.

– Czy­li czte­re­ma? – upew­ni­ła się Ka­li­na.

– W za­sa­dzie tak. Cho­ciaż jak tak szyb­ko ma­cha­ją, wi­dzę ich znacz­nie wię­cej.

On jest za­baw­ny. Ale nie­ste­ty man­dżur­skie ste­py od­pa­da­ją, mimo iż brzmią nie­zwy­kle ku­szą­co.

Ko­sma chy­ba czy­tał w jej my­ślach.

– Pew­nie się wy­głu­pi­łem z tymi od­le­gły­mi kra­ja­mi, co?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie, ma­rze­nia za­wsze są faj­ne, tyle że ja w two­ich nie mogę wziąć udzia­łu. Są ślicz­ne, ale dość kosz­tow­ne.

– Ten park pod Am­ster­da­mem na pew­no też jest ślicz­ny. I te tu­li­pa­ny Lady Jane, któ­rych jed­nak nie uda nam się zo­ba­czyć, bo prze­kwit­ną, rów­nież. Oczy­wi­ście pod wa­run­kiem, że się zde­cy­du­jesz – do­dał na­tych­miast, wi­dząc wzrok Ka­li­ny.

Uśmiech­nę­ła się.

– A je­śli kie­dyś bę­dziesz mia­ła ocho­tę na wa­ka­cje w po­je­dyn­kę, to po­le­cam Mu­umi Pan­na­ri­ka­hvi­lę, czy­li ka­wiar­nię Mu­min­ków w Ku­opio.

– Fin­lan­dia.

– To zde­cy­do­wa­nie bli­żej niż man­dżur­skie ste­py, przy­znasz sama.

– A co jest w tej ka­wiar­ni?

– Do­sia­da­ją się do cie­bie Mu­min­ki. Albo Buka, albo Mała Mi. Ale pod wa­run­kiem, że je­steś sama, bo to ka­wiar­nia dla sa­mot­nych. Za­ma­wiasz na­le­śni­ka ze słod­kim so­sem, a tu bach, sia­da koło cie­bie Włó­czy­kij. Albo Ta­tuś Mu­min­ka.

Mat­ka ze­mdla­ła­by na samą myśl, że do­siadł się do mnie Włó­czy­kij. Na­wet ry­sun­ko­wy.

– Kie­dyś na­wet do­pa­dła mnie taka myśl, żeby sa­mej gdzieś wy­je­chać. By­łam wte­dy świe­żo po lek­tu­rze ar­ty­ku­łu, w któ­rym au­tor udo­wad­niał, że miesz­ka­jąc w du­żym mie­ście, dzien­nie spo­ty­ka­my tyle osób, ile czło­wiek ży­ją­cy daw­niej spo­ty­kał w cią­gu ca­łe­go swo­je­go ży­cia. Po­czu­łam wte­dy, że mu­szę uciec. Wy­bra­łam na chy­bił tra­fił Ko­ło­brzeg – poza se­zo­nem, na po­cząt­ku kwiet­nia. Za­ła­twi­łam so­bie na­wet lewe zwol­nie­nie le­kar­skie. Chcia­łam po­być sam na sam ze sobą. Po­pa­trzeć przed i w głąb sie­bie, po­cho­dzić po pla­ży w sta­rych dżin­sach. Nie mu­sieć wy­glą­dać. Po­my­śleć, po­czy­tać, po­mil­czeć. No i wy­spać się. Mu­mi­nek pew­nie by do mnie nie pod­szedł, ale może cho­ciaż ja­kiś pies albo mewa?

– No i?

– No i się nie uda­ło.

– Dla­cze­go? – zdzi­wił się Ko­sma.

Ka­li­na uzna­ła, że czas wy­znań mi­nął. Wpraw­dzie roz­ma­wia­ło jej się wy­jąt­ko­wo do­brze, ale kie­dy była mała, za­wsze dzie­li­ła gumę Do­nald na dwa ka­wał­ki, je­den na dziś, dru­gi na ju­tro. To się na­zy­wa­ło roz­cią­ga­niem przy­jem­no­ści.

Bo roz­mo­wa z tym dzi­wa­kiem spod mi­ło­rzę­bu ja­poń­skie­go była na swój spo­sób przy­jem­na. Zu­peł­nie jak­by się zna­li od daw­na i dys­ku­to­wa­li, ot tak, o Mu­min­kach, dom­kach hob­bi­tów i po­dró­żach po świe­cie.

Mamo, w ży­ciu tego nie zro­zu­miesz.

Rozdział trzeci

Świt przy­siadł na po­wie­kach Ka­li­ny i moc­no je do­ci­snął. Nie mia­ła siły otwo­rzyć oczu, a co do­pie­ro wstać. Zresz­tą od dłuż­sze­go cza­su spa­ło jej się wy­jąt­ko­wo do­brze, bez tego zry­wa­nia się co dwie, trzy go­dzi­ny, bez ko­niecz­no­ści sko­rzy­sta­nia z to­a­le­ty, bez mar­z­nię­cia stóp lub na­głych ude­rzeń go­rą­ca, po któ­rych mu­sia­ła prze­bie­rać pi­ża­mę. Naj­chęt­niej po­spa­ła­by jesz­cze tro­chę, w koń­cu była nie­dzie­la, ale pu­ka­nie do drzwi roz­le­gło się do­kład­nie wte­dy, gdy za­czę­ła go ocze­ki­wać.

O siód­mej pięt­na­ście roz­legł się głos mat­ki:

– Wsta­je­my, ko­cha­nie!

Ka­li­na po raz ty­sięcz­ny otwo­rzy­ła usta, by od­po­wie­dzieć: „Nie, jesz­cze tro­chę po­śpię”, ale dziw­nym tra­fem li­te­ry po raz ty­sięcz­ny uło­ży­ły się w zu­peł­nie inne zda­nie.

– Tak, już wsta­ję!

Nie­chęt­nie zrzu­ci­ła świt z po­wiek i usia­dła na łóż­ku.

Czter­dzie­ści sześć lat.

Mia­ła czter­dzie­ści sześć lat. Pra­wie, bo ka­len­da­rzo­wo jesz­cze czter­dzie­ści pięć, ale już za parę ty­go­dni ofi­cjal­nie o rok wię­cej. Uro­dzi­ła cór­kę i po­wo­li prze­cho­dzi­ła na dru­gą stro­nę mo­stu, po któ­rej – zda­niem Ka­li­ny – nie było już nic z wy­jąt­kiem sztucz­nej szczę­ki oraz ba­dań ko­lo­no­sko­pii. Być może te my­śli do­pa­dły­by ją do­pie­ro za ja­kiś czas, ale w ży­ciu Ka­li­ny wy­da­rzy­ło się coś, co znacz­nie przy­spie­szy­ło ten tok my­śle­nia.

Od trzech mie­się­cy nie mia­ła okre­su.

Jej cia­ło wy­sy­ła­ło więc wy­raź­ny sy­gnał: „Moja dro­ga, twój czas wła­śnie mija”. Ka­li­nę prze­ra­zi­ło to znacz­nie bar­dziej niż pierw­sza mie­siącz­ka. Jak to? To już? Za­czy­na­ła prze­kwi­tać, a na­dal nie po­tra­fi­ła prze­ciw­sta­wić się wła­snej mat­ce w oba­wie, że ją zra­ni, uszko­dzi, skrzyw­dzi albo do­tknie źle do­bra­nym sło­wem.

Naj­gor­sze w prze­mi­ja­niu były wspo­mnie­nia. Mo­men­ty, w któ­rych czu­ła się wol­na i tak szczę­śli­wa, że nie­mal uno­si­ła się nad zie­mią. Jak wte­dy, gdy wy­gra­ła olim­pia­dę ma­te­ma­tycz­ną i po­ko­na­ła czter­na­stu chło­pa­ków ze swo­jej szko­ły. Pod­czas ape­lu we­szła na sce­nę, a wszy­scy za­czę­li jej bić bra­wo. Były też zu­peł­nie zwy­kłe dni, kie­dy świat wy­da­wał się pięk­ny – kie­dy le­ża­ła w swo­im po­ko­ju, je­dząc ob­ra­ne ze skór­ki i po­kro­jo­ne przez mat­kę jabł­ko, i czy­ta­ła książ­ki albo ba­wi­ła się w uwię­zio­ną na zam­ku księż­nicz­kę. Niby nic ta­kie­go, a jed­nak były to chwi­le peł­ne bez­tro­ski i we­wnętrz­ne­go roz­ma­rze­nia.

Im da­lej w ży­cie, tym do­pa­dał ją więk­szy strach, że za chwi­lę ta bło­gość się skoń­czy. Na­gle nie było już ra­do­sne­go dzie­ciń­stwa, ska­ka­nia w gumę, gra­nia w kap­sle, bie­ga­nia boso po ka­łu­żach w desz­czu, choć przy cią­głych okrzy­kach Kon­stan­cji: „Wra­caj, bo się prze­zię­bisz”. Ka­li­na na­gle sta­ła się do­ro­sła i za­czę­ła bu­dzić się ze ści­śnię­tym ser­cem, że ko­lej­ny dzień z pew­no­ścią nie bę­dzie taki, jak­by chcia­ła. To samo śnia­da­nie z mat­ką, te same roz­mo­wy o ni­czym, wy­cią­ga­nie z sza­fy nud­nych ubrań i wyj­ście do pra­cy. Nie wia­do­mo kie­dy mi­nę­ła trzy­dziest­ka, czter­dziest­ka, a za chwi­lę do­pad­nie ją ży­cio­wy pół­me­tek.

Ow­szem, czło­wiek po­trze­bu­je ry­tu­ałów, bo to one dają po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, ale chy­ba każ­dy cza­sem ma­rzy o nie­spo­dzian­kach. O tym, by choć je­den dzień w roku był jak nie­roz­pa­ko­wa­ny pre­zent pod cho­in­ką.

Albo by mieć w so­bie na tyle od­wa­gi, by wy­bie­rać mię­dzy opcją A i B.

A – czy­li pój­dę dzi­siaj do pra­cy.

B – za­fun­du­ję so­bie wa­ga­ry i uciek­nę do mia­sta, by włó­czyć się bez celu po uli­cach. Spo­tkam dia­bła i zro­bi się go­rą­co.

Ka­li­na ni­g­dy nie wy­bra­ła B, bo strach przed zmia­ną przy­zwy­cza­jeń był więk­szy niż ape­tyt na nie­zna­ne.

No i była jesz­cze Kon­stan­cja.

– Spóź­nisz się, jest już za pięt­na­ście ósma, a ty jesz­cze nie za­ło­ży­łaś bu­tów – mó­wi­ła za­wsze wte­dy, gdy wa­ha­nie mię­dzy A i B było więk­sze niż za­zwy­czaj.

Ka­li­na za­po­mi­na­ła wte­dy o wszyst­kim i z po­czu­ciem winy po­mie­sza­nym ze wsty­dem bie­gła jak naj­szyb­ciej do pra­cy.

Zno­wu się nie uda­ło.

Co ten Ko­sma wczo­raj po­wie­dział?

„Mu­sisz za­cząć żyć! Zo­bacz, jak jest póź­no!” – za­wo­łał na­gle, a ona od­ru­cho­wo spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Ro­ze­śmia­ła się po­tem, ale osta­tecz­nej de­cy­zji jesz­cze nie pod­ję­ła. Za to mia­ła rand­kę, choć rze­czow­nik ten ra­czej na­le­ża­ło­by ubrać w cu­dzy­słów. „Rand­ka”. Tym ra­zem miej­sce ak­cji zo­sta­ło za­mie­nio­ne z ogro­du bo­ta­nicz­ne­go na her­ba­ciar­nię Chi­me­ra, ukry­tą w za­uł­kach Sta­re­go Mia­sta. Bo­ha­te­ro­wie po­zo­sta­li ci sami – Ka­li­na i Ko­sma, a te­ma­tem dal­szej roz­mo­wy mia­ła być ewen­tu­al­na po­dróż do­kąd­kol­wiek, choć naj­praw­do­po­dob­niej do Am­ster­da­mu.

We­szła do prze­stron­nej kuch­ni i usia­dła przy sto­le.

– Dzień do­bry, za­pa­rzy­łam zio­ła do­bre na wą­tro­bę. I na ner­wy – po­wie­dzia­ła jak zwy­kle mat­ka.

Kon­stan­cja.

Sie­dem­dzie­się­ciocz­te­ro­let­nia ko­bie­ta opo­ka. Tyl­ko teo­re­tycz­nie twar­da ni­czym ska­ła osa­do­wa, skła­da­ją­ca się z wę­gla­nu wap­nia i krze­mion­ki. Tak na­pra­wę jed­nak ła­two było ją wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi. Kon­stan­cja rze­ko­mo ozna­cza ko­goś sta­tecz­ne­go i nie­zmien­ne­go. To by się na­wet zga­dza­ło. Nie­zmien­nie się mar­twią­ca. Wszyst­kie ko­bie­ty w ich ro­dzi­nie do­sta­wa­ły imię za­czy­na­ją­ce się na li­te­rę K. Kon­stan­cja. Ka­li­na. I wresz­cie Kira. Pra­bab­cia zaś mia­ła na imię Kwi­ry­na.

– A moje imię coś zna­czy? – spy­ta­ła kie­dyś Ka­li­na.

– Pod na­szym do­mem rósł kie­dyś krzew ka­li­ny, był na­praw­dę pięk­ny. Tak jak ty – po­wie­dzia­ła mat­ka.

Ka­li­na wo­la­ła­by mieć bar­dziej zna­czą­ce imię, ale może rze­czy­wi­ście była tyl­ko po pro­stu ład­nym dziec­kiem. Swo­ją cór­kę na­zwa­ła Kira. Wład­czy­ni. Może ona bę­dzie mia­ła wię­cej od­wa­gi w ży­ciu i je­śli uzna, że za­miast ogór­ko­wej woli po­mi­do­ro­wą, to się­gnie wła­śnie po nią. Bo na­wet de­cy­zja do­ty­czą­ca wy­bo­ru zupy kształ­tu­je nas jako lu­dzi.

 

Tym ra­zem to ona przy­szła pierw­sza. Usia­dła w ką­cie pod brą­zo­wo­ce­gla­stą ścia­ną z efek­tow­ny­mi za­cie­ka­mi oraz ro­ślin­ną mo­zai­ką i za­sło­ni­ła twarz kar­tą menu.

– Cze­kam na ko­goś – uprze­dzi­ła kel­ne­ra, za­sta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, dla­cze­go jej po­licz­ki po­kry­wa bar­wa po­dob­na do ko­lo­ru kar­dy­nal­skie­go, któ­ry w krzy­żów­kach okre­śla­no szkar­ła­tem lub pur­pu­rą.

Szkar­łat­ne po­licz­ki wsty­du.

Ale niby dla­cze­go?

Czy to na­praw­dę wstyd spo­ty­kać się w tym wie­ku z męż­czy­zną w wie­ku po­dob­nym, tyle że po­zna­nym pod mi­ło­rzę­bem ja­poń­skim w pew­ną ma­jo­wą so­bo­tę? Męż­czy­zną dość prze­cięt­nym z uro­dy, ale mi­łym i wy­jąt­ko­wo za­dba­nym in­te­lek­tu­al­nie.

Na­praw­dę przy­jem­nie się go słu­cha­ło.

Gdy­by z ja­kie­goś po­wo­du zde­cy­do­wa­ła się na po­dróż z nim, i to jed­nym sa­mo­cho­dem, z pew­no­ścią nie mu­sia­ła­by oba­wiać się krę­pu­ją­cej ci­szy, za­pa­da­ją­cej jak­że czę­sto mię­dzy ludź­mi prze­ciw­nych płci. Oczy­wi­ście, zda­rza­ją się ci­sze nie­krę­pu­ją­ce, wy­ni­ka­ją­ce z na­tu­ral­nej po­trze­by chwi­lo­we­go za­mknię­cia się, jed­nak więk­szość z nich to ci­sze pa­nicz­nie wsty­dli­we, wy­wo­łu­ją­ce ner­wo­wość, po­wo­du­ją­ce nad­po­tli­wość dło­ni oraz go­ni­twę my­śli typu: „Boże, co tu jesz­cze po­wie­dzieć?”.

Ko­sma zde­cy­do­wa­nie na­le­żał do tych lu­dzi, przy któ­rych mil­cze­nie mia­ło pra­wo się udać.

– A ty gdzieś wy­cho­dzisz? – za­cze­pi­ła ją Kon­stan­cja, wi­dząc cór­kę mio­ta­ją­cą się mię­dzy ła­zien­ką a po­ko­jem.

Su­kien­ka? Spodnie? Lnia­na bluz­ka?

– Yyy… – była to wpraw­dzie mało kon­struk­tyw­na od­po­wiedź, jed­nak mat­ka Ka­li­ny zro­zu­mia­ła ją od razu.

– Dziw­ne – mruk­nę­ła tyl­ko, po czym ob­rzu­ci­ła cór­kę wzro­kiem, jak­by ta mia­ła szes­na­ście lat i…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Od autorki

To w koń­cu rak czy cią­ża? Czy Jó­zef Ko­szał­ka na­praw­dę żyje? Czy Kon­stan­cja oszu­ka­ła cór­kę, a je­śli tak, to dla­cze­go? I co na to wszyst­ko Kira? W świe­cie ma­tek, có­rek, żon i ko­cha­nek wy­da­rzy się na­praw­dę spo­ro…

Je­śli wcią­gnę­ła Was fa­bu­ła Hor­mo­nii, to może war­to spo­tkać się z bo­ha­te­ra­mi po­wie­ści raz jesz­cze, już je­sie­nią? Wie­le wąt­ków zo­sta­nie wy­ja­śnio­nych, ale po­ja­wią się rów­nież nowe. Nie­któ­re spra­wy za­czną pły­nąć spo­koj­niej­szym ryt­mem wy­łącz­nie po to, by inne sta­nę­ły na gło­wie. Bo czy ży­cio­wa hor­mo­nia w ogó­le jest moż­li­wa? Za­pra­szam do lek­tu­ry dru­gie­go tomu se­rii Mat­ki, czy­li Cór­ki pt. Dziec­ko last mi­nu­te.

Podziękowania

Dzię­ku­ję wszyst­kim, któ­rzy po­lu­bi­li moje książ­ki, mój styl i spo­sób po­strze­ga­nia świa­ta.

Dzię­ku­ję Lil­ce Fa­bi­siń­skiej za oko Tup­tu­sia i cu­dow­ną przy­jaźń.

Dzię­ku­ję mo­jej ma­mie za to, że ni­g­dy nie była Kon­stan­cją, cho­ciaż też nie zno­si wi­do­ku wło­sów na umy­wal­ce.

Dzię­ku­ję moim psom, któ­re swo­imi po­trze­ba­mi fi­zjo­lo­gicz­ny­mi zmu­sza­ją mnie do odej­ścia od biur­ka z kom­pu­te­rem. W prze­ciw­nym ra­zie mo­gła­bym do nie­go przy­ro­snąć.

Dzię­ku­ję Agniesz­ce Fi­las za mo­ty­wo­wa­nie i wia­rę, że bę­dzie jesz­cze le­piej.

Dzię­ku­ję He­idi za spon­ta­nicz­ny wy­pad do Am­ster­da­mu i po­moc w zbie­ra­niu ma­te­ria­łów do książ­ki.

Dzię­ku­ję mo­je­mu Fi­lip­ko­wi za to, że w wie­ku ośmiu lat se­gre­gu­je pra­nie i wrzu­ca ja­sne do ja­sne­go, ciem­ne do ciem­ne­go, i dla pew­no­ści pyta, co zro­bić z czer­wo­nym. Oraz je­de­na­sto­let­niej Ol­dze, któ­ra choć wkro­czy­ła w wiek doj­rze­wa­nia, „pró­bu­je uspo­ko­ić swo­je hor­mo­ny i prze­jąć nad nimi wła­dzę”. Je­śli da radę te­raz, to w przy­szło­ści nie musi oba­wiać się me­no­pau­zy!

A mo­je­mu mę­żo­wi dzię­ku­ję za pięk­ne buty, któ­re na pew­no mi kupi w na­gro­dę za ko­lej­ną książ­kę.

 

Do zo­ba­cze­nia je­sie­nią!

Mon­schau, kwie­cień 2016

e-mail: na­ta­sza@yahoo.com

FB: http://www.fa­ce­bo­ok.com/na­ta­sza­so­cha­73/