Godzina zagubionych słów - Natasza Socha - ebook

Godzina zagubionych słów ebook

Natasza Socha

4,2

Opis

Czy godzina wystarczy, by przebaczyć, pokochać, zrozumieć?

Historia, która pozwala odnaleźć nadzieję i dostrzec, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki!

Katarzyna, Marcin, Anna, Aleksy i Fabian, Borys – z pozoru nie łączy ich nic. Mijają się, kupując kwiaty w okolicznej kwiaciarni, zajadając kanapki w pobliskim barze i zamawiając espresso w kameralnej kawiarni. Mimo że każdy z nich ma swoją historię, troski i głęboko skrywane tajemnice, połączył ich magiczny dzień, w którym dostali od losu wyjątkową szansę. Czy odważą się z niej skorzystać?

Niekiedy jedna rozmowa potrafi zmienić wszystko, a przedświąteczny wieczór, to najlepszy czas, by ją odbyć.

„Kocham cię”, „przepraszam”, „tęskniłem za tobą”, „jesteś dla mnie ważna” – te słowa miały nigdy nie zostać wypowiedziane. Jednak jest taki okres w roku, kiedy nawet najbardziej niemożliwe rzeczy stają się realne. Wystarczy w nie uwierzyć!

Natasza Socha – dziennikarka, felietonistka, pisarka, autorka powieści obyczajowych i książek dla dzieci. Zajmuje się również malarstwem i rzeźbą. Pochodzi z Poznania. Absolwentka dziennikarstwa i nauk politycznych na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Swój czas dzieli między Poznaniem a niemiecką wsią, gdzie powstają jej powieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 316

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (254 oceny)
130
71
31
19
3

Popularność




Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA
Redakcja: EWELINA KOROSTYŃSKA
Korekta: JULITA CISOWSKA, EWA KOCHANOWICZ, ANNA RUDNICKA, BARBARA TURNAU
Projekt okładki i stron tytułowych rozdziałów: PAWEŁ PANCZAKIEWICZ
Zdjęcie na okładce: © Jarosław Grudziński/Shutterstock
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Natasza Socha © Copyright for this edition Wydawnictwo Literackie, 2020
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07195-3
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

GODZINA SŁÓW

Cóż może powiedzieć ktoś opuszczony przez słowa?

ANNA KAMIEŃSKA

– Gdybyś musiała szybko wymienić jedną rzecz, dla której ze mną jesteś, to co by to było?

– Majonez.

Spojrzał na nią w osłupieniu.

– Serio? To jako pierwsze wpadło ci do głowy?

Przytaknęła.

– Lubisz majonez tak samo jak ja. To ważne.

Nie zawsze dobry poranek jest zapowiedzią dobrego dnia. Czasem świat zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni w ciągu zaledwie kilku godzin. Rano rozmawiasz o majonezie. Jesteś przyjemnie rozleniwiona, twoje ciało lubi tę powolność, twój mózg tkwi w kontrolowanym letargu, a ty przyglądasz się każdej minucie swojego życia. To jeden z owych wtorków, kiedy wszystko jest na swoim miejscu, tak jak być powinno. Bez niedomówień, bez nieprzyjemnego chłodu, który pojawia się wzdłuż kręgosłupa i powoduje stan napięcia. Czasem jeden dzień w tygodniu daje siłę na pozostałe dni, na deszczowe czwartki, nudne soboty i byle jakie poniedziałki.

I dlatego powinien być idealny. Od rana do wieczora.

Tyle że nasze zachcianki i pragnienia nie zawsze pokrywają się z tymi, które dla nas wymyślono.

– Przestań. Nie możesz postawić przecinka tam, gdzie jest kropka.

Zabrzmiało to jakoś nieprzyjemnie, ale niestety prawdziwie. Katarzyna lubiła trafne porównania swojego męża, metafory, którymi sprawnie żonglował na co dzień. Nic dziwnego, w końcu był pisarzem.

Ale teraz nie potrzebowała kwiecistego języka. Chciała po prostu, żeby ktoś jej to wszystko wyjaśnił, może obiecał, że da się cofnąć bieg wydarzeń, że istnieją sytuacje wyjątkowe i dzięki pętli czasowej rzeczywistość ulegnie zmianie. Są takie sytuacje, w których najważniejsze stają się odpowiednie słowa. To one wtedy porządkują widzenie świata, stawiają do pionu, łagodzą ból.

– Twoja mama nie żyje. Musisz być silna.

Katarzyna poczuła nagle niechęć do swojego męża, zupełnie jakby wyrósł między nimi mur. Wyrósł tutaj, na szpitalnym korytarzu, zbudowany właśnie nie z tych słów, które należało powiedzieć. Spojrzała na męża chłodno, a potem odwróciła wzrok. Właściwie mógłby stąd odejść wraz z tym, co miał do powiedzenia. Czasem lepsza jest czyjaś nieobecność niż źle dobrane słowa.

Z mamą widziała się jeszcze wczoraj. Dlaczego nie da się przewidzieć, że ktoś za chwilę zniknie z naszego życia? To niesprawiedliwe. Poza tym nie dokończyły ważnej rozmowy, po raz pierwszy od dawna innej niż dotąd. Zazwyczaj było o porządkach, wpływie kurzu na ludzkie życie, o tym, że coś krzywo stoi albo wisi, oraz o kocie, który zbyt często sika w domu.

– To przecież kot domowy, mamo.

– Mógłby nauczyć się wychodzić.

– A potem samodzielnie wbijać kod do domofonu, żeby wrócić?

A wczoraj było jakoś inaczej. Matka odpuściła nawet polerowanie talerzy („nie zostawia się mokrych, bo będą białe plamy”), usiadła przy kuchennym stole i zaczęła mieszać łyżeczką w cukiernicy. Trzy obroty w prawo, jeden w lewo. Katarzyna początkowo ignorowała ten spektakl, ale ciekawość zwyciężyła.

– Dlaczego mieszasz częściej w prawo niż w lewo?

Matka wzruszyła ramionami.

– Czy ty jesteś szczęśliwa? – spytała nagle.

To było tak zaskakujące, jakby oznajmiła, że adoptowała lwa w Kenii i właśnie tam wyjeżdża.

– Ale...

– Odpowiedz mi po prostu. Teraz.

– Tak... – Katarzyna zawahała się na moment.

– To fajnie masz. Chociaż... nie do końca ci wierzę.

– Mamo...

– Muszę już iść. Ale jutro o tym jeszcze pogadamy, bo jednak nie da się wszystkiego przemilczeć. Ostrzegam jednak, że to może być dla ciebie wstrząs.

Katarzynę kompletnie zatkało, nie umiała się w tym momencie odezwać. Otwierała usta, by za chwilę je zamknąć, a potem znowu otworzyć. I tak w kółko.

– Przypominasz mi rybę wyjętą z wody – zauważyła matka.

– Mamo, czy ja powinnam o czymś wiedzieć?

– Tak... Podobnie jak ja powinnam usłyszeć coś od ciebie. Ale ty milczysz. Idę już, bo umówiłam się do kina.

– Z tatą?

Matka nagle roześmiała się tak głośno, że kot uciekł z wrzaskiem z kuchni i zniknął pod szafą.

Kot miał na imię Maurycy.

Śmierć jest egoistką. Nikogo nie przygotowuje, nie tłumaczy się z tego, co robi. Przychodzi, zabiera, odchodzi i nikt nie może złożyć reklamacji. Jest minimalistyczna w swoich działaniach. Gasi oddech. Zamyka oczy. I ucina rozmowę w połowie zdania. Wyrachowana niczym aktorka, która zrobi wszystko, żeby dostać rolę. Albo jak Maurycy, który dla saszetki z wątróbką usiadłby nawet obok psa.

Kiedy Katarzyna miała dwanaście lat, przyśnił jej się dziwny sen, ale dopiero teraz potrafiła go zinterpretować. Wszystko w nim było spowolnione, jak na filmach przyrodniczych, a po jakimś czasie zastygało w bezruchu. Widziała pszczoły wiszące w powietrzu. Widziała wiatr, który zaplątał się w koronie drzewa, ale również był nieruchomy. Podobnie jak ptaki na gałęziach i dym z komina. Jak kobieta przed domem i dziecko na rowerze. Katarzyna chodziła po tym sparaliżowanym pejzażu, rozglądała się wkoło i szukała jakichkolwiek przejawów życia. Chciała dotknąć zastygłej w powietrzu pszczoły, ale bała się, że ta zniknie. A wraz z nią cały krajobraz.

To nie był dobry sen, nigdy o nim nie zapomniała.

Teraz zaś stał się jawą.

Stała pośrodku szpitalnego korytarza i zrozumiała, że świat właśnie się zatrzymał, choć jeszcze przed chwilą było w nim tyle ruchu. Może przez ułamek sekundy, może trochę dłużej, poczuła, że czas stanął w miejscu. I tylko ona nadal oddychała i słyszała bicie własnego serca. Cała reszta znajdowała się w letargu, który był synonimem śmierci. Jeszcze przed chwilą świat wirował, by teraz zastygnąć, nie wiadomo na jak długo.

– Chciałabym zostać sama – powiedziała Katarzyna i odwróciła się plecami do męża.

Nagle wszystko wróciło do normy. Zegar w korytarzu przesuwał wskazówki, ludzie zaczęli się poruszać, respiratory i inne urządzenia szumieć i dźwięczeć, a w oddali słychać było otwierające się drzwi windy. Ktoś właśnie rozwoził obiad i zapach pomidorowej wdarł się do nosa Katarzyny. Pomidorowa najlepiej smakuje z ryżem, chociaż niektórzy wolą z makaronem – ta absurdalna i trochę nie na miejscu myśl właśnie wpadła jej do głowy. I jeszcze, że pomidory na zupę warto wcześniej upiec w piekarniku, żeby wydobyć z nich jak najwięcej aromatu.

Mąż nie potrafił jej pocieszyć, a to jeszcze bardziej wytrąciło ją z równowagi. W trudnej sytuacji, zabarwionej smutkiem i bezsilnością, nie umiał powiedzieć nic mądrego. Żongler słów, mistrz idealnych zdań, najwyraźniej pogubił gdzieś połowę głosek, a z tych, które zostały, nie potrafił wyczarować niczego specjalnego. Może faktycznie był grafomanem, jak pisali o nim czasem krytycy? Może wcale nie potrafił ani pięknie pisać, ani dobrze mówić? Może to wyłącznie ładne opakowanie? Ludzie często ulegają złudzeniom. Przystojny autor, który wiedział, że dobrze mu w niebieskich koszulach i półdługich włosach (to były jego znaki rozpoznawcze), nie mógł przecież źle pisać. A kiedy dodatkowo dorzucał uśmiech, ten z serii melancholijno-intrygujących, świat kupował od niego wszystko.

– Gówno w papierku – mruknęła teraz pod nosem, chociaż dobrze wiedziała, że jest niesprawiedliwa. I że własną złość i rozpacz wylewa na męża głównie dlatego, że stoi najbliżej.

Powiedział teraz, że poczeka na zewnątrz szpitala, i potem jeszcze dodał coś o kruchości życia, ale nie miała ochoty już go słuchać. To było wyświechtane i banalne, pisarz nie powinien używać takich porównań. W grafomanii najgorsze jest to, że słowa okazują się puste. Są niczym purchawki, które zostawiają po sobie tylko proch, gdy się je rozdepcze.

– Mamo... – powiedziała Katarzyna na głos, a potem przykucnęła, chowając głowę między kolanami. – To nie może się tak skończyć, przecież chciałaś ze mną porozmawiać. I raczej niekoniecznie o tym, że garnki mam szorować kwaskiem cytrynowym. Dobrze wiesz, że nie urywa się w ten sposób rozmów, książek ani filmów. No, chyba że ciąg dalszy nastąpi...

Nastąpi?

Tandem matka i córka jest czymś w rodzaju musującej tabletki wrzuconej do gazowanej wody. Pieni się, burzy, wypływa poza naczynie. Kiedyś w szkole Katarzyna przygotowała eksperyment z sodą oczyszczoną, octem i wodą. Na talerzyku ustawiła kubek i przykryła go folią aluminiową. Wycięła w niej dziurę, wlała do środka dwie łyżki wody, wsypała sodę i czekała, aż się rozpuści. Na koniec dodała dwie łyżki octu. I wtedy nastąpił wybuch „lawy” – spienionych bąbli napełnionych dwutlenkiem węgla. Piękne to nawet było, choć niebezpieczne.

Katarzyna i Marianna tak właśnie funkcjonowały. Jak wulkan. Były kumulacją przeciwieństw, rozbieżnych zdań i sprzecznych opinii. Czasem kłóciły się dla samej zasady, by postawić na swoim. Jak w zawodach na ostatnie słowo. Ta, która traciła argumenty, przegrywała, co paradoksalnie dodawało jej sił do kolejnej sprzeczki. Musiała ją wygrać za wszelką cenę. Żeby znowu był remis. Żeby móc zacząć od nowa.

– Nie lubię dyni. Nie kupuj jej, nie znoszę tego smaku – mówiła Katarzyna.

– Po pierwsze, dynia jest zdrowa, zawiera masę witamin, jest niskokaloryczna i beztłuszczowa. Dobrze wpływa na przemianę materii i zapobiega otyłości.

– Mamo, przecież ja nie jestem otyła. Poza tym mówisz do mnie tak, jakbyś brała udział w quizie o dyniach. A ja po prostu nie lubię dyni. Moją przemianą materii też nie musisz się martwić. Jest w normie. Podobnie uważa mój lekarz.

– Po drugie, dynia jest również znana i stosowana w kosmetologii. Do suchej skóry stosuje się maseczki z miąższu dyni, ugotowanego i zmiksowanego z łyżką oliwy z oliwek – matka najwyraźniej nie słuchała albo nie interesowało jej zdanie córki.

Katarzyna wzięła głęboki oddech i spojrzała na Maurycego, szukając wsparcia, ale go nie dostała. Koty rzadko interesują się ludzkimi problemami.

Po chwili oznajmiła, cedząc słowa:

– Mamo, mam maseczki z witaminą C, pewnie z jakąś inną również, i naprawdę działają idealnie. Nawilżają, ujędrniają, oczyszczają, a nawet odmładzają. Być może nawet leczą psychikę. Nie będę zatem kupować dyni, żeby ją gotować, miksować i wcierać w skórę. Nigdy. A twoja dyniowa nachalność tylko mnie utwierdza w przekonaniu, że to nie dla mnie. Tralala, kończę temat.

– Po trzecie wreszcie, dynia doskonale smakuje. Trzeba tylko umieć ją przyrządzić.

– Tralala... ale ja umiem gotować! – wrzasnęła Katarzyna.

– Dynia faszerowana, zapiekana z ryżem, na słodko, na ostro... Ciasto z dynią, zupa krem, sałatka...

„Kurwa!” – Katarzyna usłyszała krzyk w swojej głowie. Niemal czuła mdły smak i nijaki zapach tego warzywa. Zrobiło jej się nawet niedobrze, choć nie była pewna, czy to z powodu dyni, czy od rozmów o niej. Im dłużej to trwało, tym bardziej jej nie znosiła. Mimo bogactwa witamin i minerałów. Mimo popularności, jaką cieszyła się na świecie, zwłaszcza w listopadzie. I mimo tego całego halloweenowego PR-u.

Podobnie wyglądały niemal wszystkie jej rozmowy z matką. Zawsze nerwowe, zaczepne, prowadzone lekko podniesionym głosem. Każda chciała udowodnić drugiej stronie, że się myli, na siłę forsując własne zdanie. Chyba nigdy nie słuchały siebie nawzajem. Żadna nie miała na tyle cierpliwości, żeby wysłuchać do końca tego, co druga miała do powiedzenia, i dać sobie szansę na zrozumienie, akceptację lub choćby zwykłe przemyślenie. Nie zawsze trzeba się we wszystkim zgadzać. Ale nie można nie zgadzać się ot tak, z przekory.

Jeszcze przed ślubem Katarzyny pojechały razem na Mazury. Miały spędzić tydzień tylko we dwie, pożegnać dawne życie i przygotować się na to, co nadejdzie. Katarzyna wynajęła pokój w starej chacie, przestronny, z dwoma łóżkami, piękną starą szafą, wymalowaną w kwiaty, i ogromnym okrągłym stołem. W łazience w kolorze chabrów była błękitna wanna.

– Wolałabym hotel – powiedziała matka.

– Myślałam, że tu będzie nam przyjemniej. Możemy same gotować, nikt nie będzie narzucał nam żadnych godzin posiłków, jest spokojnie, cicho i nawet mamy jabłoń tylko dla siebie – zachwalała Katarzyna.

– Wolałabym hotel – powtórzyła matka, a potem rozpakowała walizkę, wszystko dokładnie ułożyła na półkach starej szafy, usiadła w fotelu i sięgnęła po książkę.

– Może pójdziemy na spacer?

– Może później.

– A może chociaż wystawię leżaki do ogrodu?

– Jeśli musisz...

– A może sama kopnę się w dupę za wszystkie swoje błędy i przewinienia?

Matka tylko uniosła teatralnie brwi na dźwięk wulgaryzmu i wbiła zęby w jabłko z drzewa, którym wcześniej wzgardziła. Chabrowa łazienka też nie zrobiła na niej większego wrażenia.

Cały tydzień upłynął im na wyimaginowanych porównaniach tego, co miały, z tym, co mogłyby mieć, gdyby Katarzyna wybrała inne miejsce. To nie był urlop, tylko szermierka na argumenty. Wróciły zmęczone, złe i trochę na siebie obrażone. Ale potem był ślub i wzajemne niechęci topiły się w blasku świec, by rozpłynąć się do reszty podczas konsumpcji tortu złożonego z czterech pięter, z których aż trzy matce smakowały. Skrzywiła się tylko przy pistacjowym.

– Cieszę się, że jesteś szczęśliwa – powiedziała Marianna. I zabrzmiało to szczerze.

Katarzyna na moment odetchnęła z ulgą i nieco spokojniejsza weszła w małżeńskie życie.

Z czasem było jednak coraz gorzej. Im częściej się spotykały, tym bardziej oddalały się od siebie. Ich rozmowy sprowadzały się do wymiany niepotrzebnych zdań, które denerwowały i sprawiały, że Katarzynę zaczynała swędzieć skóra, zupełnie jakby ktoś przez cały czas drażnił ją alergenem. Kiedy nagle pojawia się za dużo zbędnych słów, zaczynają oklejać całe ciało, atakują z każdej strony i utrudniają oddychanie. Jak boa dusiciel osaczający swoją ofiarę.

– Gotowanie chyba nie jest twoją pasją – mówiła matka, a Katarzyna tylko się krzywiła.

– A powinno być?

– Dla żony i przyszłej matki gotowanie powinno być podstawą. Jedzenie to fundament.

– Tylko że ja nie lubię gotować.

– Nie da się ukryć. Ale zawsze można się bardziej postarać. Twoja ogórkowa nie ma smaku.

– Dziwne, przecież są w niej ogórki.

– Nie ma za to koperku i dodajesz za mało śmietany.

– Czy mam prawo nie lubić koperku?

Marianna takie pytania ignorowała, ale kiedy Katarzyna nalewała zupę, zawsze znajdowała w niej koperek. Odstawiała wtedy swój talerz i ostentacyjnie zjadała kanapkę.

Kto wygrał?

Katarzyna wróciła do mieszkania późnym wieczorem. Nie mogła przecież w nieskończoność spacerować po mieście, zwłaszcza w grudniu, w mroźny dzień bez śniegu, na który co roku tak niecierpliwie czekała. Nie tym razem. Przydałaby się jakaś awaria prądu, która wyłączyłaby te cholerne światełka, zmyła uśmiech z twarzy plastikowych mikołajów i przykryła srebrzyste skrzydła sztucznych aniołów. Jeden z nich był od stóp do głów pokryty brokatem, który mienił się w blasku ledowych lampek. Miał upiornie błyszczącą twarz i lekko rozchylone usta ze srebrnymi zębami. I wcale nie przypominał anioła, a przynajmniej nie tego, który powinien kojarzyć się z Bożym Narodzeniem. Chociaż... Dlaczego zakładamy, że anioły muszą być piękne? Równie dobrze mogą mieć nosy jak kalafior, krzywe zęby, tłuste włosy, obgryzione paznokcie i pryszcze na brodzie. Anioł wcale nie musi być doskonały. Ważne, żeby spełniał swoją funkcję.

Katarzyna spojrzała raz jeszcze na twarz anioła. Kogoś jej przypominał. A może był po prostu kumulacją smutku? Alegorią tych wszystkich niedobrych myśli, które zalęgły się w jej głowie. Tego, co wydarzyło się ostatnio. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu była po prostu szczęśliwa. Brutalność rzeczywistości można porównać do życia na sawannie. Jednego dnia antylopa i lwica wygrzewają się obok siebie w słońcu, a kolejnego lwica nagle odczuwa głód i rzuca się z rykiem na antylopę, która w ułamku sekundy zalewa się krwią. Sielanka znika. Cięcie, koniec filmu.

Niedobrze jest spotkać się ze śmiercią właśnie w grudniu. Może styczeń byłby lepszy? Też nie, początek roku to przecież zapowiedź czegoś nowego. Czas obietnic, które wyparowują z ludzi już dwa tygodnie później. Listy z postanowieniami lądują w koszach i wszystko wraca do normy. To może luty? Tak, luty jest miesiącem nijakim. Przejściówką między zimą a wiosną, pewnie dlatego nieco skróconą. Luty jest pozbawiony charakteru. Jeszcze zimny, ale tak denerwująco, bo już nikt nie ma ochoty wkładać wełnianych czapek i grubych płaszczy. Nikt nie chce chuchać w zmarznięte dłonie i wypijać hektolitrów herbaty, żeby tylko się rozgrzać. Ludzie mają dość skrobania szyb w autach albo przestępowania z nogi na nogę na przystankach autobusowych. Mają dość zimna i zagniewanego nieba. Gdzieś w oddali majaczy bowiem marzec, pełen krokusów, hiacyntów i tulipanów, pełen tego nieokreślonego zapachu budzącego się powoli życia. To na marzec czeka się z utęsknieniem, niecierpliwie odliczając lutowe dni. Człowiek ciągle na coś czeka. Skreśla dni w kalendarzu i idiotycznie cieszy się z tego, że przepadł kolejny wtorek, minęły środa i niedziela. Gdzie tak się spieszy? Na własny pogrzeb? Chce rozesłać ostatnie zaproszenia na przyjęcie, które nikogo nie bawi?

Tak, śmierć powinna przychodzić w lutym. W tym brzydkim, nikomu niepotrzebnym miesiącu. Z jakimś dziwnym świętem zakochanych pośrodku, którego nigdy nie lubiła.

Katarzyna zatrzymała się przed sklepem z butami. Z każdego kozaka, półbuta, domowego kapcia, a nawet kalosza wystawała kolorowa bombka i błyszczała zalotnie. Nieładne to było i wcale nie oddawało ducha świąt. Najwyraźniej ktoś nie miał pomysłu na dekorację, więc tylko połączył świąteczny akcent z tym, co już było na wystawie. Czerwone, żółte i srebrne kule. Pewnie plastikowe, bo szklanych bombek było w sklepach coraz mniej.

Te buty też były brzydkie. Niektóre nawet zakurzone, jakby nie zdążyły strzepnąć z siebie jesieni. Katarzyna usłyszała w głowie głos matki: „O tym, że każde obuwie potrzebuje pielęgnacji i konserwacji, nie trzeba chyba nikomu przypominać?”.

Zawsze ją drażniło, kiedy matka kiwała znacząco głową i powtarzała to zdanie, patrząc na zabłocone kozaki Katarzyny. I jeszcze oskarżycielsko podnosiła palec, który wydawał się absurdalnie długi. Wymierzała go prosto w kolejny grzech popełniony przez Katarzynę.

– Zaraz je przetrę szmatką, nic się im przez tych parę chwil nie stanie – odpowiadała więc na odczepnego. Nie lubiła czyścić butów, wydawało jej się to kompletnie bez sensu, zwłaszcza że następnego dnia wyglądały dokładnie tak samo jak przed czyszczeniem.

– Jasne, przecież ty wiesz lepiej. Ale pamiętaj, że błoto najlepiej usunąć wodą, a potem dokładnie wysuszyć buty.

– Mamo, daj spokój. Noszę te kozaki codziennie. Przecież nie będę ich konserwować przez pół dnia, skoro za chwilę znowu w nich wyjdę.

– Czyli mogą się zniszczyć, tak? – Marianna wzruszała tylko ramionami, wzdychała i wychodziła do innego pomieszczenia, a Katarzyna od razu czuła, że powinna ją przeprosić, choć nie do końca rozumiała za co.

Tylko Maurycy miał to wszystko gdzieś. Koty nie zawracają sobie głowy głupotami.

Katarzyna dotknęła szyby wystawowej. Popatrzyła raz jeszcze na dość mocno zakurzone czarne lakierki na wysokim obcasie. Najwyraźniej nikomu się nie podobały albo akurat przestały być modne. A ona jako dziecko o takich marzyła. Nie musiały mieć obcasa, ale musiały błyszczeć i mieć małą kokardkę z przodu. Stopa wyglądała w nich zupełnie inaczej. Jakby należała do księżniczki i dodawała prestiżu pozostałym częściom ciała. Do tego rajstopy z brokatem i człowiek od razu czuł się bajkowo. I nawet kleks szpinaku na talerzu nie był w stanie zepsuć tego uczucia.

– Skóry lakierowanej nie impregnujemy, tylko pielęgnujemy ją specjalnym kremem do skóry nabłyszczanej, a następnie polerujemy miękką, najlepiej flanelową szmatką – wyszeptała teraz do siebie i otarła napływające do oczu łzy wierzchem dłoni.

Nie chciała płakać, bo ostatnio zbyt często jej się to zdarzało. Chciała jakoś powstrzymać atakujący ją z każdej strony smutek, ale po chwili odpuściła. A właśnie że zaleje się łzami, w końcu i tak nikt na nią nie patrzy. Ludzie ostatnio mało na siebie patrzą. Mijają się bezwiednie, nie zwracając na nikogo uwagi. Nawet lubiła tę miejską anonimowość, czasami była lepsza niż czyjeś nadmierne zainteresowanie. Mogła teraz iść przez grudniowe miasto i płakać do woli, a nawet pociągać nosem. Mogła nawet głośno szlochać. Kogo to obchodziło? Większość ludzi patrzyła pod nogi, jakby starała się koncentrować tylko na własnych krokach, żeby nie uderzyć nosem o krawężnik. Inni dla odmiany prześlizgiwali się spojrzeniem po twarzach mijanych przechodniów, zupełnie ich nie rejestrując. Czasem zatrzymywali wzrok na jakiejś wystawie, zwłaszcza kiedy coś się na niej ruszało, tańczyło albo wypluwało sztuczne płatki śniegu. Kicz w grudniu był dopuszczalny, a nawet wyczekiwany. Zapowiadał w końcu to, na co większość czekała. Nie zawsze z wielką radością i namaszczeniem, ale jednak czekała. Boże Narodzenie było jakąś magiczną granicą między tym, co już się wydarzyło, a tym, co nadejdzie. Przejściem starego w nowe, znacznie bardziej wymownym niż sylwester. Może dlatego, że ten ostatni był po prostu zbyt głośny. Z tą swoją dyskotekową muzyką, koncertami w dużych miastach, piosenkami, które brzmiały identycznie i źle.

– Nie lubię takiej muzyki – mówiła matka. – Drą się chaotycznie, a melodia gdzieś im ucieka.

Katarzyna też tego nie lubiła, ale jeszcze bardziej drażnił ją kategoryczny ton matki.

– Czasy Paula Anki czy The Beatles minęły, mamo. Teraz to się ludziom podoba – odpowiadała.

– Bo nikt ich nie nauczył słuchania dobrej muzyki.

– Ale każdy ma prawo do swojego zdania.

– Czyli nie masz nic przeciwko temu wyciu?

– Nie lubię po prostu takiego kategoryzowania.

– Przecież tego się nie da słuchać!

– Ty nie dajesz rady. A to różnica.

Marianna zazwyczaj w tym momencie prosiła Roberta, żeby włączył jej coś innego w sypialni, by mogła tam pójść, założyć słuchawki i nikomu nie przeszkadzać. Przybierała wtedy minę cierpiętniczą, na której widok Katarzyna natychmiast reagowała agresją, starając się jednak utrzymać nerwy na wodzy.

Nie wypada przecież wydrzeć się na matkę, w dodatku w sylwestra. Albo zacząć tupać, wrzeszczeć i nie daj Boże kląć. Zamykała więc w takich sytuacjach oczy, próbowała się wyciszyć, a nawet stosowała specjalny oddech ujjayi. Przeczytała gdzieś, że przywraca poczucie spokoju i równowagi. Jej nie przywracał, ale przynajmniej nikogo nie zabiła.

Spojrzała teraz na telefon.

Była dwudziesta osiemnaście. Miała siedem nieodebranych połączeń, wszystkie oczywiście od Roberta. I jedną wiadomość: małe serduszko od Marcina. Bez komentarza, bez zbędnych pytań. Napisała do Roberta, że już wraca, na serduszko odpowiedziała takim samym, tylko w czarnym kolorze, i na moment jeszcze przywarła czołem do zimnej szyby.

– Wszystko w porządku?

A jednak ktoś ją zauważył.

Starszy mężczyzna z psem przechodził koło sklepu z butami i najwyraźniej zdziwiła go samotna kobieta, pochlipująca teraz już całkiem głośno. Pies też łypnął na nią z zaciekawieniem. Podszedł nawet nieco bliżej i obwąchał jej nogę.

Spojrzała na nich mało przytomnie.

– Skórę nubukową i welurową należy szczotkować gumową lub drucianą szczoteczką. Wszelkie plamy powinno się usuwać miękką tkaniną lub gąbką nasączoną lekkim roztworem mydlanym. Jeśli but jest mocno zabrudzony, czyścimy go miękką gąbeczką nasączoną wodą z solą – powiedziała, patrząc mężczyźnie prosto w oczy, a potem wytarła nos w rękawiczkę, odwróciła się i poszła w stronę swojego mieszkania.

Pies zaszczekał trzy razy. I naprawdę słychać w tym było zdumienie.

– Jak w ogóle do tego doszło? Co się stało? Przecież ludzie nie umierają tak nagle! Tak... bez powodu! – Katarzyna patrzyła na lekarza, zupełnie nie rozumiejąc, co do niej mówił. Wchodziła mu w słowo, nie próbowała nawet dać sobie szansy na to, by usłyszeć jego głos. Miała wrażenie, że wszystko wokół niej wiruje, że ściany pochylają się w jej stronę, a podłoga rozjeżdża w różnych kierunkach. Miała wrażenie, że ludzie to zbliżają się, to oddalają, a światła jarzeniówek potwornie rażą w oczy. I że kroplówki stojące przy szpitalnych łóżkach nagle zbiły się w grupkę i patrzą na nią wyczekująco, jakby brały udział w jakimś histerycznym spektaklu. Chciała nawet do nich podejść i krzyknąć, że nie powinny tak się gapić. I żeby się odwaliły.

W końcu lekarz chwycił ją za ramiona i potrząsnął nią.

– Był powód, właśnie próbuję to pani wytłumaczyć. Anafilaksja. Silna reakcja alergiczna, która czasem niestety prowadzi do śmierci. Kiedy alergen dostaje się do organizmu, może dojść do reakcji uwalniającej silne mediatory chemiczne oddziałujące przede wszystkim na układ naczyniowy oraz na mięśnie gładkie.

Katarzyna nagle zachichotała.

Mediatory chemiczne?

Mięśnie gładkie?

Dlaczego lekarze używają takich słów? Dlaczego atakują określeniami, których normalny człowiek nie rozumie? A może to celowe działanie, żeby odwrócić uwagę? Dzięki temu pacjent skupia się na tych dziwnych słowach i nie wpada w histerię.

Mediatory chemiczne. To jakiś absurd, żeby w ten sposób mówić do ludzi. Równie dobrze mógł gadać po chińsku, i to z dodatkiem szanghajskiego.

– Co stało się mojej mamie? Dlaczego umarła? – wyszeptała w końcu jakoś tak bezradnie, jakby była małą dziewczynką, która właśnie zgubiła się na wielkim kolorowym jarmarku.

– Czy pani mama była na coś uczulona?

– Nie wiem, nie sądzę... – zaplątała się. – Mówi pan o jedzeniu?

Skinął głową.

– Zakłada się, że niemal każde białko występujące w produktach żywnościowych może doprowadzić do reakcji anafilaktycznej, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z uczuleniowcem. Ale najczęściej uczulają orzechy, ryby, owoce morza, ziarna sezamu...

– Sezam. Tak, możliwe, że była uczulona na sezam. Coś mi świta, ale nie jestem pewna.

– Z jakiegoś powodu doszło do wstrząsu anafilaktycznego, obrzęku błony śluzowej krtani i zablokowania dróg oddechowych. Podaliśmy adrenalinę, ale niestety – bezradnie rozłożył ręce – było już za późno.

Katarzyna nie odrywała od niego wzroku. Lekarz chrząknął trochę niepewnie i nerwowo potarł czoło. Najwyraźniej nie potrafił informować pacjentów o śmierci bliskich im osób, nie wiedział, jakich użyć słów i czy należy okazywać współczucie, czy tylko sucho i zwięźle przekazać wiadomość. Spod rozpiętego białego fartucha wystawała mu koszula w kratę. Czarno-zieloną. Katarzyna na moment skupiła się nawet na liczeniu guzików, a potem zaczęła dokładnie studiować buty lekarza. Sportowe, biało-niebieskie, z dziwną, trochę jakby napompowaną podeszwą. Pasowały do jasnych dżinsów z lekko wypchanymi kolanami.

– Bardzo mi przykro, naprawdę – dodał jeszcze, a potem skinął głową i odszedł, nie odwracając się za siebie.

Katarzyna stała przez chwilę na korytarzu, wpatrzona w oddalające się plecy lekarza, w jego biało-niebieskie buty i biały fartuch, a potem usiadła na podłodze i nie mogła zrozumieć, dlaczego wokół niej nagle zebrali się ludzie, dlaczego Robert tak prosi, żeby wstała i napiła się wody, i dlaczego wszystko nagle potwornie ją rozbolało.

Podobno pierwsze objawy anafilaksji pojawiają się w ciągu kilku, kilkunastu minut od chwili zetknięcia z alergenem. Można wtedy poczuć silny niepokój, czasem towarzyszą temu stany lękowe, ucisk i ból głowy. Potem przychodzi szum w uszach, bladość, spadek ciśnienia krwi, przyspieszenie akcji serca i słabe tętno, a także silna duszność, wymioty, ból brzucha i biegunka. Katarzyna miała wrażenie, że przeżywa taki właśnie wstrząs. Tu i teraz. I że za moment umrze, i to będzie bardzo dobre podsumowanie tego, co się przed chwilą wydarzyło.

Bo jeśli miały z matką inne zdanie niemal na każdy temat, to tylko śmierć mogłaby je w jakimś sensie pogodzić.

Ciekawe, czy umiałyby normalnie i spokojnie rozmawiać po tej drugiej stronie. Czy świadomość, że już nie trzeba się starać, nie obowiązują żadne zasady, reguły ani normy, cokolwiek by zmieniła? Po śmierci nie nosi się butów, więc odpadłby problem ich czyszczenia. Człowiek pewnie nie odczuwa wtedy głodu, więc koniec z kupowaniem dyni i korzystaniem z jej dobrodziejstw. Nieistotne byłyby również brudne ręce i nieuczesane włosy. Niedomyte szyby i zbyt mało słodka masa do ciasta.

Czy po śmierci wciąż by się kłóciły?

Czy nadal próbowałyby postawić na swoim?

Jeśli śmierć wszystko zrównuje, to chyba automatycznie znikają powody do sprzeczek, przekomarzań i zadrażnień.

Katarzyna weszła do szpitalnej toalety i odkręciła kurek z zimną wodą. A potem spojrzała w lustro i dotarło do niej, że żadnej kłótni i tak już nie będzie. Bo tylko matka przeszła na drugą stronę i nawet gdyby chciała coś powiedzieć, to Katarzyna i tak już jej nie usłyszy.

W mieszkaniu było przeraźliwie cicho. Ojciec tylko machnął córce ręką na przywitanie i poszedł do swojego pokoju, a w zasadzie usiadł w słuchawkach przed telewizorem i zatopił się w filmie. Szklana pułapka, ale Katarzyna nie pamiętała, która to część, zresztą wszystkie były do siebie podobne. Na ekranie pojawiła się zakrwawiona twarz Bruce’a Willisa i ojciec mruknął coś pod nosem. Widać było, że jest całkowicie pochłonięty akcją, więc cofnęła się do przedpokoju.

Od śmierci Marianny minęły dwa tygodnie.

I cztery godziny.

Katarzyna stała przez kilka minut z zamkniętymi oczami, jakby czekała, aż matka wyjdzie z kuchni, każe jej powiesić płaszcz, a czapkę położyć na kaloryferze, bo na pewno jest wilgotna („to dobry patent, wielokrotnie testowany”).

– Policzę do dziesięciu – wyszeptała pod nosem i zacisnęła powieki jeszcze mocniej. A potem dodała kolejne dziesięć. I obiecała sobie, że jeśli za chwilę usłyszy dźwięk kościelnych dzwonów, to Marianna faktycznie się pojawi. To nie było do końca uczciwe, bo zbliżała się osiemnasta i Katarzyna doskonale wiedziała, że za chwilę usłyszy sześć uderzeń dzwonu.

Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć...

Ale matki nadal nie było, więc się nie skrzywiła na widok zabłoconych kozaków. Nie powiedziała też Katarzynie, że ma umyć ręce, bo to właśnie na nich znajdują się najgorsze zarazki i drobnoustroje.

Katarzyna odczekała jeszcze chwilę, westchnęła, otworzyła oczy, zdjęła buty, odwiesiła płaszcz, położyła czapkę na kaloryferze i poszła do łazienki. Zapaliła światło i oparła się plecami o zielone kafelki. Niewiele się tu zmieniło od trzydziestu lat. Mała, niewygodna wanna, w której ledwo dało się wyciągnąć nogi. Pralka, a nad nią półka z proszkiem i płynem do prania. W szafce z lustrem ciągle jeszcze stały kosmetyki matki. Krem półtłusty na noc, z nagietkiem. I nawilżający na dzień. Katarzyna odkręciła słoiczek i powąchała zawartość. Krem przyjemnie pachniał – świeżo, kwiatowo, trochę mlecznie. Była jeszcze pomadka w kolorze bladego różu, tonik aloesowy i zmywacz do paznokci. Waciki w przezroczystym pojemniku oraz zielony pumeks do stóp. Balsam do ciała, w połowie pusty, i dwa pilniczki do paznokci. Wszystkie przedmioty wyglądały tak, jakby za chwilę ktoś miał ich użyć, jakby tylko czekały na swój czas.

Pomadka.

Katarzyna przypomniała sobie, jak kilka miesięcy temu przypatrywała się matce, gdy ta krzątała się po kuchni. Obserwowała ją wtedy w milczeniu. Nie pamiętała już, kiedy Marianna ostatnio spontanicznie się uśmiechała. Nawet jej zmarszczki złagodniały, wyprasowane brakiem uśmiechu. Miała suchą, trochę pergaminową skórę, tęczówki w kolorze bladego nieba i wąskie, zaciśnięte usta. Czasami niemal zupełnie znikały, więc Katarzyna szybko zadawała jakieś pytanie, żeby te usta znowu się pojawiły. I by matka mogła dalej mówić. Od bardzo dawna ich nie malowała, podobnie jak rzęs. Kiedyś lubiła pomadki we wszystkich odcieniach różu, miała ich całkiem sporą kolekcję, ale to musiało być dawno temu. Potem została tylko ta jedna, bladoróżowa, prawie nietknięta. Chociaż Katarzyna miała wrażenie, że ostatnio twarz matki jakby trochę odżyła... Ale może to było tylko złudzenie.

Katarzyna ostrożnie odstawiła słoiczek z kremem, szminkę w złotym opakowaniu i docisnęła zakrętkę toniku. Poprawiła pumeks i pilniczki, dotknęła butelki z balsamem. Nie wiedziała, czy powinna to wszystko wyrzucić, schować, czy może jednak zostawić. Bała się, że pozbycie się tych kosmetyków będzie jakąś ostatecznością, choć przecież najgorsze już się wydarzyło. Zamknęła szafkę i położyła rękę na lustrze. Matka byłaby zła. Nie lubiła, gdy ktoś zostawiał na nim swoje odciski, złościły ją zwłaszcza ślady po paście do zębów.

„Kasiu, proszę natychmiast tu przyjść i wyczyścić lustro. Dokręć też tubkę z pastą i wytrzyj szczoteczkę do sucha” – te zdania słyszała, kiedy miała siedem, dziewięć, a nawet szesnaście lat. W zasadzie przez pół życia musiała polerować lustro, chociaż zawsze starała się nie chlapać pastą podczas mycia zębów.

„Zmieszaj ocet z wodą w proporcji pół na pół”.

Nie znosiła zapachu octu, ale raz w tygodniu dokładnie myła nim nie tylko łazienkowe lustro, ale również to w korytarzu i w szafie, w pokoju matki.

Żadnych smug. Smugi były nieakceptowalne.

Tym razem zostawiła jednak na lustrze odcisk swojej dłoni i poszła do kuchni. Tam również ciągle była Marianna. Jej zapach, sposób ustawiania pojemników z ryżem, mąką i cukrem, jej zielona herbata z opuncją i jaśminem, kawa rozpuszczalna, kruche ciasteczka z dżemem, które kupowała w pobliskiej piekarni, a na taborecie fartuch w czereśnie złożony w kostkę. Pod zlewem w blaszanym pojemniku stały ziemniaki, trochę już zalatujące zapachem ziemi, i dwie główki cebuli, odrobinę nadgniłe. Katarzyna wyrzuciła je do śmietnika, a po chwili dorzuciła do nich ziemniaki.

I jeszcze szybciej wyjęła je z powrotem. Chwyciła za mały nożyk z drewnianą rączką i obrała kartofle. Siedem sztuk. Wrzuciła do garnka, posoliła, a pół godziny później nałożyła je sobie na talerz, patrząc, jak parują.

Ostatnie ziemniaki, które kupiła Marianna. Zapewne Hinga, odmiana późna, skrobiowa, bulwy owalne, dość małe, skórka żółta, miąższ jasnożółty, kwiaty czerwono-fioletowe. Albo Bryza, smaczne, mączyste, ale trudne do przechowywania. Może dlatego miały trochę ziemisty posmak.

Katarzyna zjadła do końca i dotknęła ręką brzegu pustego talerza. Był biały, ze szlaczkiem w różyczki i ze złotą obwódką. Matka używała tej zastawy tylko na wielkie okazje, ale kiedy te się skończyły, talerze przeniosła z pawlacza do kuchennych szafek, gdzie zamieszkały na stałe.

„Wszystko jakoś powszednieje – powiedziała wtedy. – Nawet talerze straciły na swojej wyjątkowości. No, ale przynajmniej nie śpią w kartonie”.

Katarzyna kiedyś bardzo je lubiła, ale z czasem wydawały jej się już tylko kiczowate. Teraz umyła jeden z nich, wytarła go do sucha i zapakowała w gazetę. A potem zabrała z szafek ryż, mąkę, cukier, płatki owsiane, sól i woreczek kaszy gryczanej. Postanowiła, że jutro zrobi ojcu zakupy i uzupełni zapasy. Te rzeczy jednak chciała ze sobą zabrać. Pewnie nikt nie brał po zmarłym kaszy gryczanej na pamiątkę, ale Katarzynie było to w zasadzie obojętne.

– Tato, idę już. Wpadnę jutro, przyniosę ci coś do jedzenia i posprzątam lodówkę – powiedziała do ojca, ale on spojrzał na nią mało przytomnie.

– Dobrze, bardzo dobrze – kiwnął głową i poprawił słuchawki na uszach.

Czy on w ogóle przejął się śmiercią mamy? A może to taka jego obrona przed prawdą? Walczący z całym światem Bruce Willis, pościgi samochodów i szybka akcja, od której ciężko się oderwać? Równoległy świat, do którego na wszelki wypadek się przeniósł, żeby nie rozmyślać o tym prawdziwym?

Katarzyna patrzyła jeszcze przez chwilę na ojca, ale on zdawał się jej nie zauważać. Wciągnęła kozaki i zdjęła z kaloryfera czapkę.

Uśmiechnęła się. Przyjemnie było włożyć ją na głowę. Poczuć ciepło.

To był naprawdę dobry pomysł z odkładaniem czapek i rękawiczek na kaloryfer. Od teraz już zawsze będzie tak robić.

Dwudziesty trzeci grudnia. Wigilia Wigilii, dzień chyba jeszcze bardziej nasączony nadziejami niż sama Wigilia. Katarzyna obudziła się o piątej trzydzieści i choć za oknem było ciemno, wstała i poszła do kuchni. Zawsze zastanawiała się, jak wygląda czyjeś życie po śmierci najbliższej osoby. Jak można w poniedziałek być jeszcze córką, a we wtorek już półsierotą? W środę żoną, a w czwartek wdową? To było jakieś brutalnie kategoryczne.

Usiadła przy białym drewnianym stole i postawiła przed sobą pusty kubek. Napiłaby się chętnie kawy, ale nie miała siły, żeby wstać i włączyć ekspres. Być może zjadłaby kawałek makowca, który Robert przywiózł od swojej matki, ale ciasto było w lodówce.

Za daleko, pomyślała Katarzyna. Wyobraziła więc sobie tylko, jak je kroi, nakłada na biały talerz ze szlaczkiem w różyczki i złotą obwódką, a potem popija ciepłą kawą. Zegarek tykał cicho, kiedy jednak zaczęła się w niego wsłuchiwać, po jakimś czasie trudno było jej uwolnić się od tego dźwięku.

Tik-tak. Tik-tak.

Coraz głośniej.

Coraz brutalniej.

Katarzyna w końca wstała i zdjęła zegar ze ściany. Wyjęła ze środka dwie baterie i położyła je na stole. Zegar zamarł, nieco zaskoczony tym, co się stało, a ona znowu usiadła na krześle. Cisza wypełniła ją po brzegi, dokładnie tak jak powinna. Pozwalała spojrzeć na rzeczywistość nie tyle z poziomu umysłu, co raczej serca. A może i duszy, jeśli ktoś nie podważał jej istnienia. W jej głowie kłębiły się myśli, nieuporządkowane, chaotyczne. Próbowały przeistoczyć się w krzyk. Czasem, gdy im się to udawało, Katarzyna budziła się, wołając kogoś w środku nocy. Kompletnie nie panowała nad własnym strachem. Na szczęście na krzyk znalazły się odpowiednie pigułki.

Teraz potrzebowała ciszy. Cisza uwalniała ją od balastu złych myśli, od niedobrych emocji i bólu, który powracał falami. Od wewnętrznego hałasu. Myślenie było pułapką, cisza – antidotum na nią. Teraz chciała być sama ze sobą, rezygnowała ze wszystkiego, nawet ze złudzeń, że czas można cofnąć i matka nie zje tych cholernych ciasteczek z sezamem. Po raz pierwszy od dawna nie potrzebowała żadnych słów. Ani tych neutralnych, ani pocieszenia. Znalazła wreszcie siłę, żeby odnaleźć się w ciszy.

Katarzyna nie kupiła w tym roku choinki i zabroniła Robertowi w jakikolwiek sposób celebrować święta. Oczywiście jej nie posłuchał.

– Wigilia to wieczór wspomnień, taki poetycko-refleksyjny kolaż. To może ci właśnie pomóc. Nie ma sensu udawać, że święta w tym roku nie przyjdą, że ominą nas szerokim łukiem, a Wigilia zostanie zawieszona. Odciśnij w niej wspomnienia matki. Przynajmniej spróbuj.

Nie miała ochoty więcej go słuchać.

– Śmierć jest częścią życia – dodał jeszcze, bo lubił mieć ostatnie słowo.

Może w innych okolicznościach uznałaby to nawet za całkiem trafne spostrzeżenie, ale nie tym razem. Śmierć to śmierć, element niezależny, niezwiązany absolutnie z niczym, a już najmniej z życiem. Pojawia się znienacka i odcina dopływ tlenu. Tętno przestaje pulsować, a oczy, które tak chętnie rozglądają się wkoło, nagle stają się puste. Katarzyna poczuła podchodzącą do gardła wściekłość. Jak można tak po prostu za kogoś zadecydować? Bez pytania, bez uprzedzenia.

Kiedy miała dwanaście lat, matka wysłała ją na kolonie. Po powrocie Katarzyna nie zastała już swojego dawnego pokoju. Był odnowiony i przemeblowany. Zniknęły stara szafa i łóżko, a w ich miejsce pojawiły się nowe meble. Zniknęły też stare lalki, misie i wielki pluszowy słoń, którego tata przywiózł jej kiedyś z Węgier. Katarzyna kompletnie nie wiedziała, jak zareagować. Chciało jej się płakać. Ktoś sprzątnął jej pokój, zabrał ulubione rzeczy i wprowadził nowy porządek.

Teraz było podobnie.

A przecież ludzie kochają stabilizację, nawet jeśli dotyczy tylko lalek w dziecięcym pokoju. Przyzwyczajenie. Nawyki. Szablony. Może to nudne i mało rozwojowe, ale własne. Nie wolno sprzątać za kogoś.

– Nie śpisz? – Robert wszedł do kuchni, ale na Katarzynę nawet nie spojrzał.

Nie odpowiedziała. Ostatnio coraz częściej wolała milczeć, widocznie nabrała już pewności, że słowa niczego nie zmienią. Robert nie umiał jej pocieszyć ani do niej dotrzeć i najwyraźniej miał już dość tej całej żałoby. Nie przypuszczał nawet, że milczenie Katarzyny jest dla niej czymś w rodzaju autoterapii. Obrażał się tylko i ostentacyjnie sam robił sobie pranie. Ciekawe, czy lubił Mariannę? Tak naprawdę łączyły ich stosunki poprawne, na granicy lekkiego zniecierpliwienia. Nie przepadał za jej częstymi odwiedzinami, co wielokrotnie podkreślał w rozmowach z Katarzyną. Ona też miała dość matki, która przez ostatnie lata niemal codziennie wpadała do nich bez zapowiedzi, jakby należało to do jej obowiązków. Jakby na jej liście zadań do wykonania było napisane: „zajrzeć do Katarzyny i Roberta”.

– Śpię – odezwała się w końcu zaczepnie. – Śpię, więc postaraj się mnie nie budzić.

Robert wzruszył ramionami. Otworzył górną szafkę i wyciągnął z niej kubek. Włączył ekspres do kawy i stał przez chwilę odwrócony do Katarzyny plecami, czekając, aż woda się zagotuje.

Zamknęła oczy. Robert wpakował się tu z całym swoim hałasem – uderzał kubkiem o blat stołu, nalewał wodę, chrząkał i głośno ziewał. Nawet jego szlafrok wydawał nieprzyjemne dla ucha dźwięki. To niewiarygodne, że czyjaś obecność może okazać się tak bardzo natarczywa, wpychać się do wypracowanej z takim trudem strefy komfortu, w której Katarzyna próbowała się jakoś odnaleźć. Nawet Maurycy poczuł się skażony tym hałasem i zaczął nerwowo machać ogonem. Katarzyna wiedziała, co to oznacza. Koci foch.

Najchętniej wyszłaby teraz z domu.

Podniosła głowę.

Właściwie dlaczego nie? Chyba wolno jej wyjść, kiedy ma na to ochotę, nie musi się nikomu tłumaczyć. Robert wchodzi do kuchni, a ona z niej wychodzi. Akcja, reakcja. Gdyby ktoś patrzył na to z boku, zauważyłby tylko ludzi chodzących po mieszkaniu. Nie warto doszukiwać się w tym żadnych podtekstów. Robert pojawił się w przedpokoju, kiedy wkładała buty.

– Zwariowałaś? Dokąd ty się wybierasz?

To całkiem przyjemne uczucie wprawić go w aż takie zdumienie, pomyślała.

– Idę na spacer.

– O tej porze?

– A czy w grudniu wyznaczone są jakieś konkretne pory na spacer? – spytała spokojnym tonem, choć tak naprawdę znowu chciało jej się krzyczeć.

To jego wina.

Nie czekała już na odpowiedź, tylko wcisnęła czapkę na uszy i wyszła, nie oglądając się za siebie. Prędzej czy później i tak trzeba to będzie zakończyć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki