Rosół z kury domowej - Natasza Socha - ebook
Opis

Wiktoria – architekt z wykształcenia, kura domowa wiedzie idealne życie u boku Tymona. Spełnia jego zachcianki, prowadzi perfekcyjny dom i rozróżnia wszystkie rodzaje garnków.

Gdy pewnego dnia mąż oświadcza jej, że oczarowała go kognitywna inteligencja niejakiej Anny, życie Wiktorii zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni.

Zraniona i nieszczęśliwa zaszywa się w malowniczej niemieckiej wiosce, gdzie poznaje inne kury domowe, równie zagubione i sfrustrowane. Razem rozpoczynają dość ryzykowną przygodę – gotowanie topless w weneckich maskach przed kamerą, a filmy
umieszczają w internecie...

Czy będzie to sposób na nowe życie?
Czy cztery kury domowe znowu poczują się atrakcyjnymi kobietami?
Czy odnajdą szczęście i własną seksualność?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Natasza Socha

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, za wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorki bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Aleksandra Tykarska

Projekt graficzny okładki: Studio KARANDASZ

Zdjęcia na okładce: Anna Kamińska

Redaktor prowadząca: Agnieszka Górecka

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Redaktor kreatywna: Magda Mazur

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2015

ISBN 978-83-7642-594-8

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Oldze i Filipkowi

Kura

• Ptak do­mo­wy ho­do­wa­ny dla mię­sa i jaj; po­tra­wa z tego pta­ka.

• Sa­mi­ca pta­ka z rzę­du ku­ra­ków, np. głusz­ca.

• Kura do­mo­wa – ko­bie­ta re­zy­gnu­ją­ca z am­bi­cji za­wo­do­wych na rzecz pro­wa­dze­nia domu i wy­cho­wy­wa­nia dzie­ci.

Źródło: sjp.pl

Rozdział pierwszy

Cztery pudła

Wia­ło. A od wia­tru pul­so­wa­ło w gło­wie. Kie­dy pul­so­wa­nie tro­chę ze­lża­ło, we­wnętrz­ne stro­ny skro­ni zo­sta­ły do­tkli­wie sko­pa­ne. Re­gu­lar­nie, mia­ro­wo i co­raz in­ten­syw­niej. Póź­niej ból wy­brał so­bie jed­ną po­ło­wę i tam za­czął na­ci­skać ze zdwo­jo­ną siłą. Ode­brał ape­tyt i we­pchnął nie­smak w gar­dło. W ta­kich wła­śnie oko­licz­no­ściach na­ro­dzi­ła się mi­gre­na Wik­to­rii, a do wia­tru do­łą­czy­ły in­ten­syw­ne opa­dy.

Wieś za­to­pi­ła się w desz­czu. Lało nie­prze­rwa­nie, a wil­got­ność osią­gnę­ła swój naj­wyż­szy sto­pień – czło­wiek od­no­sił wra­że­nie, że ma skost­nia­łe wnętrz­no­ści i gę­sią skór­kę na­wet na wą­tro­bie. Wik­to­ria sta­ła po dru­giej stro­nie desz­czu, pró­bu­jąc wy­obra­zić so­bie, jak dzia­ła w jej wnę­trzu ta­blet­ka od bólu gło­wy, któ­rą po­łknę­ła łap­czy­wie i z na­dzie­ją, że ból szyb­ko mi­nie. Za­sta­na­wia­ła się też, czy prze­zro­czy­stość wody ma ja­kiś ko­lor.

Roz­wod­nio­ny?

Szkli­sty?

A czy ból gło­wy też ma ja­kiś od­cień?

Te dy­wa­ga­cje były kom­plet­nie po­zba­wio­ne sen­su, jed­nak Wik­to­ria za wszel­ką cenę chcia­ła zna­leźć na nie od­po­wiedź. A wszyst­ko po to, by nie my­śleć o tym, co się wy­da­rzy­ło mi­nio­nej wio­sny, kie­dy mi­gre­nę i parę in­nych sta­nów emo­cjo­nal­nych da­le­kich od sie­lan­ki spre­zen­to­wał jej wła­sny mąż.

Mi­kro­fa­za. Re­wo­lu­cja w sprzą­ta­niu! Mi­krow­łók­no ma gru­bość jed­nej set­nej ludz­kie­go wło­sa. Swo­je wła­ści­wo­ści za­wdzię­cza kli­no­wej struk­tu­rze, któ­rej rdzeń wy­ko­na­ny jest z po­lia­mi­du i wy­peł­nio­ny mi­krow­łók­na­mi po­lie­stru. Jesz­cze ja­kiś czas temu my­śli Wik­to­rii za­prząt­nię­te były mi­kro­fa­zą, któ­ra w do­sko­na­ły spo­sób usu­wa­ła kurz i wszel­kie za­bru­dze­nia z me­bli. Szko­da, że szmat­ką z mi­kro­fa­zy nie dało się ze­trzeć pew­nej Anny, któ­rej in­te­li­gen­cja ko­gni­tyw­na ka­za­ła mę­żo­wi Wik­to­rii od­mie­nić ich ży­cie o sto osiem­dzie­siąt stop­ni. Tyle tyl­ko, że on wy­lą­do­wał w pu­chu, a Wik­to­ria klap­nę­ła na zim­ną i twar­dą po­sadz­kę.

Przy­jazd do Nie­miec był nie­wąt­pli­wie uciecz­ką. I to na­wet nie przed mę­żem (nie­dłu­go by­łym), któ­ry oka­zał się spodlo­nym przed­sta­wi­cie­lem swo­je­go ga­tun­ku, ani nie przed jego no­wym obiek­tem mi­ło­ści. Była to ra­czej uciecz­ka przed pa­lą­cym wsty­dem, któ­ry uświa­do­mił Wik­to­rii jed­no – jest ofia­rą. Nie­ste­ty na wła­sne ży­cze­nie.

Po­cząt­ko­wo po­sta­no­wi­ła zmie­nić wszyst­ko, łącz­nie z imie­niem. Nie bę­dzie Wik­to­rią. Sko­ro cał­ko­wi­cie wy­mie­ni­ła gar­de­ro­bę, prze­pro­wa­dzi­ła się do in­ne­go kra­ju i ob­cię­ła wło­sy, rów­nie do­brze mo­gła też wy­brać inne imię. Na przy­kład Le­eloo – jak bo­ha­ter­ka Pią­te­go ele­men­tu, ulu­bio­ne­go fil­mu Wik­to­rii, w któ­rym to naj­waż­niej­szą po­sta­cią była moc­no za­gu­bio­na dziew­czy­na z po­ma­rań­czo­wy­mi wło­sa­mi, ma­ją­ca trud­no­ści w po­ro­zu­mie­wa­niu się z oto­cze­niem.

Z nią było po­dob­nie.

Ję­zyk nie­miec­ki był ostat­nim, któ­ry jej się choć odro­bi­nę po­do­bał. Uczy­ła się go wpraw­dzie i w li­ceum, i na stu­diach, ale po kil­ku la­tach po­sta­no­wi­ła cał­ko­wi­cie wy­przeć go ze swo­jej gło­wy, po­nie­waż brzmiał twar­do i groź­nie (co nie zna­czy, że cał­kiem go za­po­mnia­ła). Wik­to­ria, wy­cho­wa­na na Staw­ce więk­szej niż ży­cie oraz Czte­rech pan­cer­nychi psie, do­sko­na­le wie­dzia­ła, że Nie­miec jest naj­więk­szym wro­giem Po­la­ka, a dźwię­ki, któ­re z sie­bie wy­do­by­wa, są wul­gar­ne, ostre i nie­bez­piecz­ne. Kie­dy w li­ceum do­wie­dzia­ła się, że na coś tak de­li­kat­ne­go, zwiew­ne­go i ulot­ne­go jak mo­tyl w Niem­czech mówi się Schme­ter­ling, na do­da­tek z char­ko­czą­cym na­ci­skiem na „r”, zro­zu­mia­ła, że jej nie­chęć jest jak naj­bar­dziej uza­sad­nio­na i słusz­na. Ję­zyk nie­miec­ki zde­cy­do­wa­nie na­le­ża­ło uni­ce­stwić w swo­jej gło­wie i ni­g­dy wię­cej go nie uży­wać.

A te­raz sta­ła przed li­sto­no­szem, któ­ry bar­dzo szyb­ko wy­pluł z sie­bie ja­kieś zda­nie i spoj­rzał na nią wy­cze­ku­ją­co. Wstyd jej było przy­znać, że go nie słu­cha­ła, bo my­śla­mi cią­gle jesz­cze była przy szmat­ce z mi­kro­fa­zy, dla­te­go po­sta­no­wi­ła od­gad­nąć, co ewen­tu­al­nie miał na my­śli.

„Może chce kawy?” – prze­mknę­ło jej przez gło­wę. Ni­g­dy nie wia­do­mo, ja­kie zwy­cza­je pa­nu­ją w po­szcze­gól­nych kra­jach. Być może nie­miec­cy li­sto­no­sze, za­nim prze­ka­żą wszyst­kie prze­sył­ki, mu­szą się na­pić kawy.

– Nein – po­wie­dzia­ła na wszel­ki wy­pa­dek. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że była to jed­nak zła od­po­wiedź, po­nie­waż li­sto­nosz wy­ba­łu­szył na nią swo­je brą­zo­we oczy z za­dzi­wia­ją­co małą ilo­ścią rzęs i po­wtó­rzył ze zna­kiem za­py­ta­nia:

– Nein?

Wik­to­ria prze­łknę­ła śli­nę. Sko­ro nie nein, to pew­nie to dru­gie.

– Ja – do­da­ła po chwi­li i na­wet się lek­ko uśmiech­nę­ła, bo prze­cież ko­bie­ta ma pra­wo do zmia­ny zda­nia, i to bez po­da­nia kon­kret­ne­go po­wo­du.

– Dann ja oder nein? – spy­tał kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wa­ny li­sto­nosz.

„A kur­wa, sam so­bie wy­bierz pa­su­ją­cą od­po­wiedź” – po­my­śla­ła Wik­to­ria, któ­ra na żywo ni­g­dy nie klę­ła i aby za­koń­czyć ten dziw­ny te­atrzyk nie­po­ro­zu­mień kul­tu­ro­wo-ję­zy­ko­wych, kiw­nę­ła gło­wą raz w górę, raz w bok, co rów­nież mo­gło zo­stać zin­ter­pre­to­wa­ne dwu­znacz­nie.

Na szczę­ście li­sto­nosz do­szedł do wnio­sku, że Wik­to­ria jed­nak się zga­dza, bo po­dał jej ja­kąś kar­tecz­kę do pod­pi­sa­nia i po­szedł do sa­mo­cho­du, z któ­re­go za­czął wy­cią­gać kar­to­ny.

Wik­to­ria zer­k­nę­ła za­cie­ka­wio­na.

No tak! Resz­ta jej rze­czy z Pol­ski. A fa­cet pew­nie chciał się upew­nić, czy ona to ona, a je­śli tak, to czy mo­gła­by po­rę­czyć prze­sył­kę. Pod­pi­sa­ła więc kwi­tek, a po­tem szyb­ko za­mknę­ła drzwi, ką­tem oka do­strze­gła bo­wiem, jak li­sto­nosz zno­wu otwie­ra usta. Ta kon­wer­sa­cja zde­cy­do­wa­nie nie po­win­na mieć dal­sze­go cią­gu.

Czte­ry wiel­kie kar­to­ny. Sza­re i bar­dzo zwy­czaj­ne, a jed­nak za­wie­ra­ją­ce do­ro­bek jej mał­żeń­skie­go po­ży­cia. To tro­chę przy­kre, że po dwu­na­stu la­tach za­peł­ni­ła tyl­ko czte­ry pu­dła. Po­dzie­li­ła je te­ma­tycz­nie. W pierw­szym były wok, pa­tel­nia do pa­el­li, gar­nek do ryżu oraz ulu­bio­na kre­mo­wa za­sta­wa – pła­skie ta­le­rze obia­do­we, mniej­sze ta­le­rze do sa­ła­tek i przy­sta­wek, plus ta­le­rzy­ki de­se­ro­we, głę­bo­kie ta­le­rze na zupę, bu­lio­nów­ki, fla­czar­ki (na zupy kre­mo­we, barsz­cze i czy­ste ro­so­ły) oraz ta­le­rze o róż­nych kształ­tach i róż­nej wiel­ko­ści – pół­mi­ski, mi­ski, w kształ­cie ryby, musz­li, trój­kąt­ne, owal­ne i kwa­dra­to­we. Wszyst­ko to jesz­cze do nie­daw­na miesz­ka­ło w wiel­kiej, bia­łej kuch­ni w wiel­kim, bia­łym domu gdzieś da­le­ko w Pol­sce. Wik­to­ria po­cząt­ko­wo nie chcia­ła ich za­bie­rać, po­tem jed­nak po­my­śla­ła, że w koń­cu sta­no­wi­ły cał­kiem spo­rą część jej do­tych­cza­so­we­go ży­cia. Ży­cia ku­char­ki. No i naj­wy­raź­niej Ty­mon uznał, że nie bę­dzie po­trze­bo­wał tylu ku­chen­nych ga­dże­tów, po­nie­waż jego nowa wy­bran­ka była esen­cją wszel­kie­go ro­dza­ju in­te­li­gen­cji i go­to­wa­nie do niej nie pa­so­wa­ło. A do Wik­to­rii – jak naj­bar­dziej.

Dru­gie pu­dło, ze szmat­ka­mi, pre­pa­ra­ta­mi naj­róż­niej­szej ma­ści, ma­gicz­ny­mi mik­stu­ra­mi oraz skro­ba­ka­mi, za­wie­ra­ło ży­cie sprzą­tacz­ki. I to nie byle ja­kiej. Sprzą­tacz­ki do­sko­na­łej. Ta­kiej, któ­ra wie­dzia­ła, że za­tka­ną ka­mie­niem głów­kę prysz­ni­ca na­le­ży za­nu­rzyć w mi­sce z octem zmie­sza­nym pół na pół z wodą, a po go­dzi­nie spłu­kać. Ta­kiej, któ­ra wa­pien­ny osad na kra­nie li­kwi­do­wa­ła na­są­czo­ną octem szmat­ką, i ta­kiej, któ­ra przed zimą do­kład­nie myła do­nicz­ki po kwia­tach, sto­ły, krze­sła oraz gril­la, opróż­nia­ła oczko wod­ne, wszyst­ko szczel­nie pa­ko­wa­ła i owi­ja­ła fo­lią, a na­stęp­nie cho­wa­ła do piw­ni­cy.

Trze­cie pu­dło było świa­dec­twem pro­fe­sjo­nal­ne­go za­rzą­dza­nia do­mem. Se­gre­ga­to­ry z in­struk­cja­mi ob­słu­gi po­szcze­gól­nych urzą­dzeń, no­tat­ki do­ty­czą­ce de­ko­ro­wa­nia sto­łu plus de­ko­ra­cje na po­szcze­gól­ne pory roku, in­struk­taż kie­lisz­ko­wy, in­struk­taż skła­da­nia ser­we­tek, po­rad­nik ukła­da­nia kwia­tów w wa­zo­nach. Wik­to­ria wes­tchnę­ła i zer­k­nę­ła na no­tat­ki.

Do por­to, sher­ry, wina de­se­ro­we­go i ape­ri­ti­fów sto­su­je się kie­lisz­ki przy­po­mi­na­ją­ce kie­lisz­ki do wina czer­wo­ne­go, ale o po­jem­no­ści 75–100 ml, o dość stro­mych ścian­kach. Z ko­lei long drin­ki po­da­je się zwy­kle w wy­so­kich, smu­kłych, pro­stych szklan­kach z gru­bym dnem o po­jem­no­ści od 150 do 350 ml.

I da­lej:

Układ ta­le­rzy i sztuć­ców sam pod­po­wia­da nam, co naj­pierw bę­dzie­my jeść. Trzy ta­le­rze po­ło­żo­ne je­den na dru­gim wska­zu­ją na trzy­da­nio­we menu. Kie­lisz­ki i szklan­ki są usta­wio­ne w rzę­dzie, pod ką­tem 45 stop­ni wzglę­dem sie­bie. Naj­bli­żej ręki znaj­du­je się szklan­ka na wodę, na­stęp­nie kie­li­szek do bia­łe­go wina i wresz­cie do czer­wo­ne­go.

Czwar­ty kar­ton też był wiel­ki. Ale znaj­do­wa­ła się w nim tyl­ko jed­na rzecz – blok ry­sun­ko­wy ze szki­ca­mi Wik­to­rii. Pierw­sze sześć kar­tek za­peł­nia­ły ry­sun­ki ko­lo­ro­wych stwo­rów, zwie­rzą­tek i ba­śnio­wych po­sta­ci. To było ja­kieś dwa lata temu. Za­raz po spo­tka­niu z Adą, daw­ną przy­ja­ciół­ką.

– Zwa­rio­wa­łaś? – spy­tał ją wte­dy Ty­mon, kie­dy zo­ba­czył, co ry­su­je.

Wik­to­ria się za­czer­wie­ni­ła.

– Nie, po pro­stu spo­tka­łam Adę, któ­ra te­raz pra­cu­je w wy­daw­nic­twie dzie­cię­cym. Za­py­ta­ła mnie, czy chcia­ła­bym ro­bić ilu­stra­cje do ba­jek. Za­wsze mia­łam do­brą kre­skę, więc po­my­śla­łam… – pró­bo­wa­ła się ja­koś wy­tłu­ma­czyć.

Ty­mon pod­szedł do niej, przy­kuc­nął i po­gła­skał ją po gło­wie.

– Kot­ku, a kto się zaj­mie do­mem? Je­śli się sku­pisz na ja­kichś dur­nych ry­su­necz­kach, z któ­rych i tak nie bę­dziesz mieć więk­szych pie­nię­dzy, to prze­sta­nie funk­cjo­no­wać to, co jest dla nas naj­waż­niej­sze. Dom. A ja ku­pi­łem ci wła­śnie pie­kar­nik, dzię­ki któ­re­mu jesz­cze bar­dziej po­ko­chasz go­to­wa­nie – oznaj­mił, po czym po­dał jej ulot­kę su­per­dro­gie­go i su­per­funk­cjo­nal­ne­go pie­kar­ni­ka, któ­ry spo­koj­nie mógł­by kon­ku­ro­wać z mo­de­lem naj­now­sze­go sa­mo­cho­du.

– Pro­gram „Kom­plet­ne menu” po­zwa­la na rów­no­cze­sne przy­go­to­wa­nie czte­rech po­traw, i to bez obaw, że tar­ta bę­dze pach­nia­ła cu­ki­nią, a do kre­mu z dyni za­krad­nie się woń ło­so­sia. Od­po­wied­nio do­bra­na tem­pe­ra­tu­ra wy­trą­ca bo­wiem wszyst­kie aro­ma­ty i łą­czy je w po­sta­ci pary na gór­nych ścian­kach pie­kar­ni­ka. Wszyst­kie przy­go­to­wa­ne skład­ni­ki wkła­da się rów­no­cze­śnie do zim­ne­go pie­kar­ni­ka. Wy­star­czy pa­mię­tać o jed­nym – aby po­tra­wy wsta­wiać we wła­ści­wej ko­lej­no­ści: prze­ką­skę na gór­ną pół­kę, po­ni­żej pierw­sze da­nie, na­stęp­nie dru­gie, a de­ser na sam dół. Po­tem na­le­ży wy­brać, czy da­nie głów­ne jest mię­sne czy ryb­ne, a resz­tę nasz pie­kar­nik zro­bi sam, pie­kąc rów­no­le­gle na czte­rech po­zio­mach – od­czy­ta­ła z za­chwy­tem Wik­to­ria i na­tych­miast za­po­mnia­ła o swo­ich pla­nach ilu­stro­wa­nia ba­je­czek dla dzie­ci. Ty­mon miał ra­cję. Aby dom nor­mal­nie funk­cjo­no­wał, ża­den z jego ele­men­tów nie może być nie­pew­ny. Jej mąż pod­trzy­my­wał fun­da­men­ty ogrom­ną pen­sją, któ­ra re­gu­lar­nie wpły­wa­ła na kon­to, ona zaś trzy­ma­ła w ry­zach czte­ry ścia­ny za po­mo­cą mopa, szma­tek z mi­kro­fa­zy, garn­ków, a te­raz rów­nież pie­kar­ni­ka, któ­ry miał dwa au­to­ma­tycz­ne usta­wie­nia su­ge­ro­wa­ne­go cza­su pie­cze­nia po­sił­ków oraz re­gu­la­cję okre­sów i tem­pe­ra­tu­ry pie­cze­nia. Ich dom był bez­piecz­ny.

Wik­to­ria za­sta­na­wia­ła się przez chwi­lę, czy kie­dy­kol­wiek Ty­mon dał jej od­czuć, że ona jest kimś gor­szym tyl­ko dla­te­go, że sie­dzi w domu. Za­wsze za­chwy­cał się tym, co przy­go­to­wa­ła do je­dze­nia, po­tra­fił do­ce­nić wy­my­te okna, świe­żo ob­sa­dzo­ny skal­niak, a na­wet wy­szo­ro­wa­ne srebr­ne sztuć­ce, któ­re lśni­ły księ­ży­co­wą po­świa­tą. A jed­nak raz zda­rzy­ła się sy­tu­acja, pod­czas któ­rej Wik­to­ria po­czu­ła mrów­ki nie­pew­no­ści prze­bie­ga­ją­ce jej po krę­go­słu­pie.

Do­mo­we przy­ję­cie, oczy­wi­ście dla zna­jo­mych Ty­mo­na, z któ­ry­mi pra­co­wał. Wik­to­ria przez mo­ment chcia­ła za­pro­sić ko­goś, kogo zna­ła, jed­nak nikt kon­kret­ny nie przy­cho­dził jej do gło­wy. Kon­takt z ko­le­żan­ka­mi ze stu­diów roz­pły­nął się ni­czym cze­ko­la­da po­zo­sta­wio­na zbyt dłu­go na słoń­cu, je­dy­na bli­ska jej oso­ba, czy­li Ada, była za­pra­co­wa­na roz­krę­ca­niem wła­sne­go biz­ne­su, a prze­cież nie za­pro­si swo­jej fry­zjer­ki czy ko­sme­tycz­ki, choć tak na­praw­dę były to oso­by, z któ­ry­mi spo­ty­ka­ła się naj­czę­ściej.

– Przyj­dą też twoi ro­dzi­ce? Bo może wte­dy za­pro­szę tak­że mo­ich? – spy­ta­ła Ty­mo­na.

Uniósł wy­so­ko brwi.

– Wy­klu­czo­ne. To nie jest spo­tka­nie ro­dzin­ne ani na­wet przy­ja­ciel­skie, tyl­ko ta­kie po czę­ści biz­ne­so­we. Ro­dzi­ców za­pro­si­my kie­dyś osob­no, a wte­dy li­czę na two­je bezy z kre­mem ka­wo­wym – za­mru­czał ła­ko­mie, wtu­la­jąc nos w jej szy­ję.

Wik­to­ria za­pla­no­wa­ła wszyst­ko z naj­drob­niej­szy­mi szcze­gó­ła­mi. Sta­nę­ła przed ogrom­nym sto­łem na dwa­na­ście osób, za­ście­li­ła go je­dwab­nym ob­ru­sem w ko­lo­rze écru i za­mknę­ła oczy.

Aby pra­wi­dło­wo na­kryć do sto­łu, nie trze­ba znać spe­cjal­nych sztu­czek. Wy­star­czy odro­bi­na lo­gi­ki i zmysł ele­gan­cji. Na­le­ży za­cząć od sztuć­ców, któ­re ukła­da się od ze­wnątrz do we­wnątrz. Po pra­wej stro­nie po­win­ny się znaj­do­wać mak­sy­mal­nie czte­ry sztuć­ce, po le­wej trzy. Ły­żecz­kę i wi­del­czyk do de­se­rów umiesz­cza się nad ta­le­rzem, ta­le­rzyk do chle­ba sta­wia po le­wej stro­nie i kła­dzie na nim no­żyk do ma­sła. Ser­wet­kę moż­na po­ło­żyć na ta­le­rzu lub obok. Trze­ba też pa­mię­tać, by od­stęp mię­dzy sztuć­ca­mi i ta­le­rza­mi był jed­na­ko­wy, co Wik­to­ria do­kład­nie spraw­dzi­ła miar­ką kra­wiec­ką, aby mieć stu­pro­cen­to­wą pew­ność. Na­stęp­nie zer­k­nę­ła na li­stę go­ści i po­ra­dzi­ła się Ty­mo­na, jak wszyst­kich roz­sa­dzić – kto z kim naj­le­piej się do­ga­da, a kogo zde­cy­do­wa­nie na­le­ży roz­dzie­lić.

– Czy mogę za­mó­wić kel­ne­ra? – spy­ta­ła męża, ale jego spoj­rze­nie wy­star­czy­ło za od­po­wiedź.

– Oczy­wi­ście, że so­bie po­ra­dzę.

Trzy dni przed przy­ję­ciem wła­ści­wie nie wy­cho­dzi­ła z kuch­ni. Naj­pierw zro­bi­ła trzy prób­ne tor­ty, du­szo­ne­go kró­li­ka w śmie­ta­nie oraz zupę ra­ko­wą. Ty­mon nie do koń­ca był prze­ko­na­ny.

– Może skup­my się na bar­dziej do­pra­co­wa­nym menu? Je­śli zupa ra­ko­wa, to może póź­niej rów­nież coś w kie­run­ku owo­ców mo­rza? – za­su­ge­ro­wał. – Pa­mię­tasz, jak kie­dyś wy­my­śli­łaś przy­ję­cie bia­ło-zło­te? Wte­dy wszyst­ko było ide­al­nie te­ma­tycz­ne.

Wik­to­ria pa­mię­ta­ła. Bia­ło-zło­te przy­ję­cie z oka­zji uro­dzin taty Ty­mo­na, z cie­lę­ci­ną w bia­łym so­sie w roli głów­nej, bia­ły­mi ku­lecz­ka­mi sera i lo­da­mi wa­ni­lio­wo-śmie­tan­ko­wy­mi. W menu fi­gu­ro­wa­ły rów­nież: „kur­czak na po­dusz­ce z bi­tej śmie­ta­ny”, „pie­czy­wo w ko­szul­ce noc­nej”, „czer­wo­ne ja­błusz­ka w bie­liź­nie” i „bezy w sta­nicz­ku”. Wszyst­ko na­tu­ral­nie utrzy­ma­no w od­cie­niach bie­li, zło­ta i écru, a Wik­to­ria w na­gro­dę otrzy­ma­ła póź­niej od męża pięk­ny zło­ty na­szyj­nik z ogrom­ną per­łą.

Te­raz z uśmie­chem po­dzię­ko­wa­ła Ty­mo­no­wi za pod­po­wiedź i po­że­gna­ła się z du­szo­nym kró­li­kiem w śmie­ta­nie, któ­ry za­mro­żo­ny spo­czął w prze­past­nej szu­fla­dzie chło­dziar­ki. Jego miej­sce za­ję­ły kre­wet­ki ty­gry­sie, pod­du­szo­ne na ma­śle, z do­dat­kiem świe­że­go czosn­ku, im­bi­ru oraz pie­trusz­ki, a tak­że mał­że świę­te­go Ja­ku­ba, a do­kład­niej car­pac­cio z prze­grzeb­ków z list­ka­mi świe­żej ba­zy­lii oraz so­sem cy­try­no­wym. Ca­łość wień­czył lo­do­wy tort z mu­sem ze świe­żych je­żyn. Kie­dy go­ście wy­mla­ska­li wszyst­kie sma­ki, oka­za­li mniej­szy lub więk­szy wer­bal­ny za­chwyt, a na­wet dys­kret­nie wy­li­za­li ta­le­rze, z bur­gun­do­wych ust żony pana pre­ze­sa wy­klu­ło się py­ta­nie:

– A pani czym się zaj­mu­je na co dzień?

Wik­to­ria zro­zu­mia­ła, że zo­sta­ła wła­śnie wy­wo­ła­na do od­po­wie­dzi i kie­dy już z dumą mia­ła wska­zać ręką swo­je ku­li­nar­ne dzie­ła, pięk­nie na­kry­ty i ude­ko­ro­wa­ny stół oraz świe­że kwia­ty w wa­zo­nach, do roz­mo­wy wkro­czył Ty­mon, sku­tecz­nie blo­ku­jąc wszyst­ko to, co ewen­tu­al­nie chcia­ła­by po­wie­dzieć jego żona.

– Wik­to­ria ma tyle zle­ceń, po­my­słów i pro­jek­tów, że nie ma naj­mniej­sze­go sen­su za­czy­nać roz­mo­wy na ten te­mat, bo mo­gły­by pa­nie nie skoń­czyć aż do rana. A tym­cza­sem z kuch­ni już nad­cią­ga za­pach kawy ama­rel­lo z do­dat­kiem li­kie­ru mi­ra­bel­ko­we­go, któ­rą moja żona z przy­jem­no­ścią pań­stwu za­ser­wu­je.

Wik­to­ria zro­bi­ła minę z se­rii „o ni­czym in­nym nie ma­rzy­łam”, po czym od­pły­nę­ła w stro­nę eks­pre­su do kawy.

– Czy ty się mnie wsty­dzisz? – spy­ta­ła dwie go­dzi­ny póź­niej, kie­dy ostat­ni gość znik­nął za ogro­do­wą furt­ką.

Ty­mon po­trze­bo­wał oko­ło sze­ściu se­kund, by zro­zu­mieć, o co pyta go żona, i tak po­pro­wa­dzić roz­mo­wę, żeby wyjść z niej obron­ną ręką.

– Ko­cha­nie. Dla mnie je­steś kró­lo­wą. Ale te baby nie po­tra­fią na­wet roz­bić po­rząd­nie jaj­ka, żeby im żółt­ko nie wy­cie­kło na pod­ło­gę, bo są tak sku­pio­ne na swo­ich ka­rie­rach. Mo­gły­by nie zro­zu­mieć, że ktoś czer­pie przy­jem­ność z za­rzą­dza­nia do­mem, i po­trak­to­wać cię z góry. A wte­dy mu­siał­bym je wy­rzu­cić za drzwi.

Wik­to­ria wtu­li­ła się w jego ra­mio­na.

– Na­praw­dę byś je wy­rzu­cił?

– Bez wzglę­du na to czy­imi są żo­na­mi, ile za­ra­bia­ją i jak bar­dzo są mi po­trzeb­ne do dal­sze­go funk­cjo­no­wa­nia w świe­cie fi­nan­sje­ry. Nie po­zwo­lę, by cię ob­ra­ża­ły.

– Ale były za­chwy­co­ne tym, co ugo­to­wa­łam.

Ty­mon wes­tchnął.

– Oczy­wi­ście, ale gdy­by do­wie­dzia­ły się, że to two­je je­dy­ne za­ję­cie, uzna­ły­by, że na­wet jeż na­uczył­by się go­to­wać, sie­dząc non stop w domu.

– Jeż?

– Jeż, bóbr, co­kol­wiek. A poza tym nie skła­ma­łem, mó­wiąc o two­ich zle­ce­niach. Wszyst­ko, co ro­bisz w na­szym domu, jest spe­cy­ficz­nym ro­dza­jem pro­jek­tu, za­da­niem, któ­re na­le­ży wy­ko­nać, po­dob­nym do tego, co ja ro­bię w swo­jej pra­cy. Tyle że ja za­rzą­dzam pie­niędz­mi, a ty… mo­pem.

Wik­to­ria chcia­ła coś wtrą­cić, ale Ty­mon zbli­żył się do niej kro­kiem przy­cza­jo­nej pumy, a na­stęp­nie do­padł do jej ust, jed­no­cze­śnie wsu­wa­jąc obie ręce pod su­kien­kę. Uzna­ła, że to naj­lep­szy do­wód na to, iż ani się jej nie wsty­dzi, ani w ża­den spo­sób nie trak­tu­je jak ko­goś gor­sze­go. Prze­cież nie rzu­cał­by się z taką na­mięt­no­ścią na zwy­kłą sprzą­tacz­kę! Wik­to­ria roz­chy­li­ła usta, po­zby­ła się szyb­kim ru­chem su­kien­ki i z lek­kim uśmie­chem po­zwo­li­ła się za­mknąć w ra­mio­nach Ty­mo­na, po czym obo­je uda­li się w stro­nę sy­pial­ni.

Przez gło­wę zaś prze­mknę­ły jej my­śli, któ­re zna­ją tyl­ko naj­bar­dziej wta­jem­ni­czo­ne go­spo­dy­nie do­mo­we:

„W sy­pial­ni co­dzien­nie ściel łóż­ko, po­zbie­raj po­roz­rzu­ca­ne ubra­nia i scho­waj do sza­fy, wy­wietrz po­kój.

Co dru­gi dzień wy­trzyj ku­rze.

Raz w ty­go­dniu zmień po­ściel i od razu wy­pierz brud­ną. Od­kurz i wy­myj pod­ło­gi pod łóż­kiem.

Raz w mie­sią­cu prze­trzyj wil­got­ną szmat­ką ramę łóż­ka, sto­li­ki noc­ne i lamp­ki.

Dwa razy w roku wy­pierz koł­dry, po­dusz­ki i koce. Zrób prze­gląd sza­fy i wy­rzuć ubra­nia, któ­rych na pew­no już nie za­ło­żysz”.

Żad­na pani pre­zes o bur­gun­do­wych ustach z pew­no­ścią nie mia­ła o tym bla­de­go po­ję­cia…

Rozdział drugi

Ciotka Klara

Wik­to­ria stu­dio­wa­ła ar­chi­tek­tu­rę, któ­rą ukoń­czy­ła z wy­róż­nie­niem, a jed­nak naj­więk­szą na­gro­dą oka­za­ły się dla niej sło­wa Ty­mo­na, czte­ry lata od niej star­sze­go, czte­ry lata bar­dziej do­świad­czo­ne­go i roz­po­czy­na­ją­ce­go wła­śnie flirt z gieł­dą oraz po­mna­ża­niem ma­jąt­ku. Otóż ten­że Ty­mon za­raz po eg­za­mi­nie ma­gi­ster­skim Wik­to­rii wsu­nął na jej pa­lec pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy, do któ­re­go do­rzu­cił ko­ro­na­cję na przy­szłą mo­nar­chi­nię ich wspól­ne­go domu.

– Nie bę­dziesz mu­sia­ła co­dzien­nie rano zry­wać się do pra­cy, nie bę­dziesz mu­sia­ła mieć sze­fa i bać się, że pew­ne­go dnia ktoś cię zwol­ni – szep­tał jej do ucha, a ona bły­ska­wicz­nie za­po­mnia­ła o swo­im dy­plo­mie, ty­tu­le ma­gi­stra oraz moż­li­wo­ści roz­wi­ja­nia ar­chi­tek­to­nicz­nych skrzy­deł i uj­rza­ła sie­bie tań­czą­cą w bia­łej kuch­ni, po­środ­ku któ­rej stał wi­kli­no­wy kosz ze świe­ży­mi tru­skaw­ka­mi.

– Będę pie­kła pysz­ne cia­sta, a cały dom wy­peł­ni za­pach tru­skaw­ko­we­go szczę­ścia. – Ta­kie oto że­nu­ją­ce zda­nie wy­po­wie­dzia­ła ona sama i za­to­pi­ła się w wi­zji do­mo­we­go ogni­ska. Ty­mon nic wię­cej nie mu­siał mó­wić, wy­star­czy­ło, że prze­ni­kął na mo­ment do jej my­śli, usiadł przy bia­łym sto­le i z wy­ra­zem bło­go­ści na twa­rzy roz­po­czął kon­sump­cję tru­skaw­ko­we­go ser­ni­ka na kru­chym spo­dzie.

A po­tem był ślub.

Taki że tyl­ko po­zaz­dro­ścić. Lu­kro­wa­ne ła­bąd­ki na tor­cie ca­ło­wa­ły się na­mięt­nie, a skrzy­deł­ka im błysz­cza­ły słod­kim bro­ka­tem. Sam tort był oczy­wi­ście trzy­pię­tro­wy – każ­de pię­tro mia­ło inny smak, a każ­dy smak był co­raz bar­dziej szla­chet­ny i de­li­kat­ny. Żad­nych gru­dek ma­sła ani tym bar­dziej po­sma­ku nie­świe­żych ja­jek. Były też ró­życz­ki z mar­ce­pa­nu, cze­ko­la­do­we ob­rącz­ki i strze­la­ją­ce z tor­tu zim­ne ognie. I pięk­na para mło­da. Suk­nia trosz­kę bez­owa i bom­bia­sta, ale za to cała wy­sa­dza­na pe­reł­ka­mi i ha­fto­wa­na w nie­za­po­mi­naj­ki. We­lon wił się za pan­ną mło­dą, aż szko­da, że nie wy­tre­so­wa­no w porę dwóch go­łąb­ków, żeby go trzy­ma­ły w dziób­kach.

Tak. Wik­to­ria zde­cy­do­wa­nie nie mu­sia­ła zo­stać ar­chi­tek­tem. Bu­do­wa wła­snych czte­rech ścian jest w koń­cu naj­trud­niej­szym za­da­niem, bo tyl­ko od na­szych umie­jęt­no­ści za­le­ży, czy ta kon­struk­cja nie roz­pad­nie się przy pierw­szym po­dmu­chu wia­tru.

Roz­pa­dła się przy dwu­na­stym.

I to do­kład­nie wte­dy, gdy my­śli Wik­to­rii za­przą­ta­ły pa­sjo­nu­ją­ce dy­wa­ga­cje na te­mat chiń­skie­go pa­row­ni­ka bam­bu­so­we­go, dzię­ki któ­re­mu po­tra­wy mia­ły być jesz­cze bar­dziej so­czy­ste i aro­ma­tycz­ne, a mię­so nie­zwy­kle kru­che.

– Pa­ro­wa­nie da­nej po­tra­wy nie trwa dłu­żej niż dwa­dzie­ścia pięć mi­nut. Wa­rzy­wom typu bro­ku­ły czy mar­chew­ka wy­star­cza kwa­drans, a ziem­nia­ki po­trze­bu­ją oko­ło dzie­się­ciu mi­nut. Pa­row­nik na­da­je pro­duk­tom przy­jem­ny, lek­ko bam­bu­so­wy aro­mat – prze­ko­ny­wa­ła miła pani w te­le­wi­zo­rze i Wik­to­ria po­czu­ła, że my­ślą po­dob­nie. W jej ko­lek­cji nie­ty­po­wych garn­ków znaj­do­wał się już wok, a tak­że pa­tel­nia do pa­el­li, ma­ro­kań­ski ta­dżin oraz ro­mer­topf. Naj­wy­raź­niej przy­szedł czas na azja­tyc­ki pa­row­nik bam­bu­so­wy. Kie­dy Ty­mon po­ja­wił się w domu, za­pra­gnę­ła po­dzie­lić się z nim swo­im no­wym ku­chen­nych ocza­ro­wa­niem, nie­ste­ty na­tknę­ła się na wy­raz twa­rzy, któ­ry ją odro­bi­nę przy­sto­po­wał.

Ty­mon miał bo­wiem twarz ka­mien­ną. Zim­ną, bla­dą i bar­dzo od­py­cha­ją­cą. Wik­to­ria po­czu­ła lek­ki ucisk w żo­łąd­ku, a z jej gło­wy na­tych­miast ule­cia­ła in­for­ma­cja, że aby po­tra­wa nie przy­kle­ja­ła się do dna i ścia­nek pa­row­ni­ka, na­le­ża­ło wy­ło­żyć go per­ga­mi­nem do pie­cze­nia, li­ść­mi ka­pu­sty pe­kiń­skiej, sa­ła­ty lub pla­stra­mi ogór­ka.

– Ko­cha­nie… – za­czę­ła jak zwy­kle, choć ostat­nia gło­ska odro­bi­nę za­klesz­czy­ła się w jej gar­dle.

Ty­mon miał nie tyl­ko ka­mien­ną twarz, ale tak­że ka­mien­ne spoj­rze­nie. Chłód prze­mknął po cie­le Wik­to­rii i spo­czął na sto­pach.

– Nie wiem, czy się do­my­śla­łaś lub na ile się do­my­śla­łaś, ale tak, mam ko­goś.

Wik­to­rii ode­bra­ło mowę, po­nie­waż nie do­my­śla­ła się w ogó­le. Nie przej­mo­wa­ła się póź­ny­mi po­wro­ta­mi czy też służ­bo­wy­mi wy­jaz­da­mi męża, bo prze­cież to nie­mal za­wsze na­le­ża­ło do jego obo­wiąz­ków, a po­nie­waż to on był gło­wą ro­dzi­ny i za­ra­biał na­praw­dę duże pie­nią­dze, ni­g­dy nie mia­ła mu za złe, że cza­sem nie wra­cał o osiem­na­stej do domu, by za­siąść do wspól­nej ko­la­cji.

Ro­ze­pchnię­cie ust i uło­że­nie ję­zy­ka w taki spo­sób, by wy­do­być z sie­bie sło­wo, wy­ma­ga­ło ogrom­ne­go wy­sił­ku, w koń­cu jed­nak Wik­to­rii się uda­ło.

– Kogo? – To było pierw­sze py­ta­nie, któ­re przy­szło jej na myśl, choć tak na­praw­dę kom­plet­nie ją to nie in­te­re­so­wa­ło. Czy to waż­ne? Czy to waż­ne, kim jest ta ko­bie­ta? Czy ma dłu­gie, czy krót­kie wło­sy, w jaki spo­sób ob­ci­na pa­znok­cie i czy wie, że pa­row­nik wy­ko­na­ny jest z bam­bu­sa od­por­ne­go na wodę i tem­pe­ra­tu­rę?

Ty­mon naj­wy­raź­niej my­ślał jed­nak ina­czej, bo na­gle roz­po­czął dłu­gi i lek­ko nud­na­wy wy­wód, pod­czas któ­re­go przed­sta­wił oko­ło trzy­stu za­let swo­jej no­wej wy­bran­ki, okre­ślił jej oczy ko­lo­rem wzbu­rzo­ne­go piwa dę­bo­we­go, usta po­rów­nał do na­pęcz­nia­łych słoń­cem ma­lin, a in­te­li­gen­cję przy­ozdo­bił epi­te­ta­mi: „fa­scy­nu­ją­ca”, „prze­twa­rza­ją­ca in­for­ma­cje na po­zio­mie abs­trak­cyj­nych idei”, „zdol­na do szyb­kie­go i ade­kwat­ne­go znaj­do­wa­nia od­po­wied­nich słów”, wresz­cie „twór­cza”, a na koń­cu „sek­sow­na”. Wik­to­ria zro­zu­mia­ła, że ta ko­bie­ta ma głę­bo­ko w du­pie za­rów­no pa­row­nik bam­bu­so­wy, jak i spo­sób, w jaki przy­go­to­wu­je się w nim po­tra­wy.

– Mogę spy­tać, gdzie ją po­zna­łeś? – prze­rwa­ła na mo­ment wy­wód Ty­mo­na, czym lek­ko wy­trą­ci­ła go z ryt­mu.

– Yyy, po­cze­kaj, bo jesz­cze chcia­łem coś po­wie­dzieć o se­lek­tyw­nym ko­do­wa­niu istot­nych in­for­ma­cji…

– Nie trze­ba – Wik­to­ria zno­wu wpa­dła mu w sło­wo – ja już za­ko­do­wa­łam naj­istot­niej­szę in­for­ma­cję, że ko­goś masz, te­raz chcia­ła­bym jesz­cze wie­dzieć, gdzie ją po­zna­łeś.

– W pra­cy.

– Coś wię­cej?

Ty­mon na­brał po­wie­trza.

– Pew­nie tego nie zro­zu­miesz, ale dla więk­szo­ści męż­czyzn pra­ca sta­no­wi tak na­praw­dę dru­gi dom. To tu­taj spę­dza­my więk­szość cza­su, tu­taj bu­du­je­my swo­je ży­cie to­wa­rzy­skie, zwłasz­cza wte­dy, gdy je­ste­śmy sa­mot­ni.

Wik­to­ria chcia­ła do­dać, że on zda­je się sa­mot­ny nie był, ale po­sta­no­wi­ła słu­chać da­lej.

– Nic dziw­ne­go więc, że co­raz czę­ściej mamy szan­se spo­tkać na­szą dru­gą po­łów­kę wła­śnie w miej­scu, w któ­rym pra­cu­je­my. Za­czy­na się nie­win­nie. Wspól­na pra­ca, wspól­ne pro­jek­ty, wy­jaz­dy służ­bo­we, ko­la­cje i fir­mo­we ban­kie­ty. I na­gle się oka­zu­je, że prze­sta­je­my być tyl­ko parą na polu za­wo­do­wym, ale za­czy­na­my też coś do sie­bie czuć. Tak wła­śnie było ze mną i Anną.

Anna.

Anna se­lek­tyw­nie ko­du­ją­ca istot­ne in­for­ma­cje. O oczach w ko­lo­rze wzbu­rzo­ne­go piwa dę­bo­we­go.

Z Wik­to­rii ze­szło całe po­wie­trze. Po­czu­ła się jak prze­kłu­ty ba­lon, jak sfla­cza­ły brzuch po po­ro­dzie, któ­re­go nie są w sta­nie na­piąć żad­ne mię­śnie.

– Co te­raz?

Ty­mon po­wró­cił do swo­jej ka­mien­nej twa­rzy, któ­ra jego zda­niem naj­bar­dziej pa­so­wa­ła do obec­nej sy­tu­acji, i oznaj­mił:

– Za­bez­pie­czę cię. Wiem, że całe ży­cie nic nie ro­bi­łaś…

Wik­to­rię wbi­ło w po­sadz­kę. Nic? A ob­rób­ka domu? Pra­nie, go­to­wa­nie, sprzą­ta­nie? Plus li­sta za­dań szcze­gó­ło­wych, jak na przy­kład se­gre­go­wa­nie do­ku­men­tów. Na­uczy­ła się tego na pa­mięć: wszel­kie do­ku­men­ty zwią­za­ne z rosz­cze­nia­mi ma­jąt­ko­wy­mi trzy­ma się oko­ło dzie­się­ciu lat. Po tym cza­sie ule­ga­ją przedaw­nie­niu. Po­twier­dze­nia tak zwa­nych świad­czeń okre­so­wych (na przy­kład ra­chun­ki za czynsz, opła­ty za ener­gię elek­trycz­ną) po­win­ny być prze­cho­wy­wa­ne przez trzy lata… I tak da­lej. Każ­dy pa­pier, każ­dy do­ku­ment, za­świad­cze­nie, ra­chu­nek, do­wód wpła­ty – wszyst­ko mia­ło swo­je miej­sce i było sys­te­ma­tycz­nie kon­tro­lo­wa­ne przez Wik­to­rię. Nic? A nad­zo­ro­wa­nie re­mon­tu domu? Ty­mon kom­plet­nie nie miał do tego ani gło­wy, ani cza­su, więc Wik­to­ria prze­ję­ła rolę nad­zor­cy, kon­tro­le­ra oraz sze­fa eki­py re­mon­to­wej. Do­kład­nie oma­wia­ła kwe­stię za­bez­pie­cze­nia me­bli, pod­łóg i wszyst­kich in­nych rze­czy, któ­re mo­gły­by się znisz­czyć – w koń­cu nie od dzi­siaj wia­do­mo, że nie­któ­rzy fa­chow­cy nie przej­mu­ją się tym, że far­ba ka­pie na drew­nia­ną pod­ło­gę, że pod­czas wier­ce­nia w ścia­nie może pęk­nąć lu­stro, a nie­za­bez­pie­czo­ne na­rzę­dzia po­ry­su­ją bla­ty. Wik­to­ria o tym wie­dzia­ła i dla­te­go wła­śnie re­mont prze­bie­gał spraw­nie, szyb­ko i bez ja­kich­kol­wiek strat. Nic? A zna­jo­mość pod­sta­wo­wych ziół i ro­ślin, któ­re kwi­tły w ich ogro­dzie? A wy­wa­bia­nie plam z rdzy, ple­śni i atra­men­tu, a tak­że za­bru­dzeń z po­ście­li, wi­kli­ny i sre­bra li­ść­mi szcza­wiu?

Naj­wy­raź­niej to wszyst­ko było bez zna­cze­nia.

– Dom pro­po­nu­ję sprze­dać i spra­wie­dli­wie po­dzie­lić pie­nią­dze.

– To zna­czy?

– Do­sta­niesz dwa­dzie­ścia pro­cent.

– A dla­cze­go nie po­ło­wę?

Ty­mon roz­cią­gnął ka­mien­ne usta w ka­mien­nych uśmiesz­ku.

– Wik­to­ria, myśl lo­gicz­nie. To ja za­ro­bi­łem na ten dom i ku­pi­łem wszyst­ko, co się w nim znaj­du­je.

„Łącz­nie ze mną” – po­my­śla­ła Wik­to­ria.

– Ty przez te wszyst­kie lata użyt­ko­wa­łaś go we­dle wła­snych upodo­bań i mu­szę przy­znać, że nie wy­cho­dzi­ło ci to naj­go­rzej.

– Coś ta­kie­go… – wtrą­ci­ła oszo­ło­mio­na.

Ty­mon mach­nął ręką.

– Ale nie mo­żesz się do­ma­gać po­ło­wy cze­goś, na co ni­g­dy nie za­ro­bi­łaś na­wet zło­tów­ki. Dwa­dzie­ścia pro­cent to bar­dzo uczci­wa pro­po­zy­cja.

Naj­dziw­niej­sze w roz­mo­wach z naj­bliż­szą oso­bą jest to, że bli­skość oka­zu­je się po­ję­ciem wy­jąt­ko­wo nie­trwa­łym. Ktoś, kto jesz­cze wczo­raj od­da­wał ci do wy­pra­nia swo­je za­si­ka­ne majt­ki, dzi­siaj od­gra­dza się mu­rem po­sta­no­wień po­roz­wo­do­wych, choć tak na­praw­dę sło­wo „roz­wód” nie pa­dło jesz­cze z żad­nej ze stron.

Ty­mon naj­wy­raź­niej zmę­czył się swo­im wy­wo­dem, usiadł bo­wiem na ka­na­pie, ścią­gnął buty i wska­zał Wik­to­rii miej­sce na fo­te­lu.

Usia­dła, choć stra­ci­ła pew­ność, do kogo tak na­praw­dę na­le­ży fo­tel.

– Po­zwa­lam ci za­brać wszyst­kie sprzę­ty ku­chen­ne. Anna i tak nie go­tu­je.

Ja­sne.

Ktoś, kto prze­twa­rza in­for­ma­cje na po­zio­mie abs­trak­cyj­nych idei, nie po­wi­nien…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział trzeci

Metamorfoza

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział czwarty

Wodnista Lea

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział piąty

Niemiec z małej litery

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział szósty

Judith i pigwówka

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział siódmy

Mara

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział ósmy

Judith i charczący Adam

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty

Ukurzenie

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty

Dlaczego Judith przestała piec ciasta?

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział jedenasty

Podwójny szlag

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dwunasty

Nagi pomysł

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział trzynasty

Rosół z kury domowej

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział czternasty

Kai

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział piętnasty

Koszenie trawnika

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział szesnasty

Eskalacja

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział siedemnasty

Lizbona

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział osiemnasty

Zemsta

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dziewiętnasty

Muchomor sromotnikowy

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Słodkie przepisy nagich kur

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Podziękowania

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej