Nad Śliwkowym Strumieniem - Laura Ingalls Wilder - ebook

Nad Śliwkowym Strumieniem ebook

Laura Ingalls Wilder

0,0
39,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Klasyka literatury dziecięcej w nowym tłumaczeniu!   

Nowy dom, nowe wyzwania i kłopoty, których nikt się nie spodziewał!  

Ingallsowie rozpoczynają kolejny etap życia. Zamiast wozów i namiotów — ziemianka nad Śliwkowym Strumieniem. Zamiast samotności — bliskość miasteczka, szkoła, pierwsze przyjaźnie, ale i trudne relacje z rówieśnikami. Laura dorasta, a jej niepokorna dusza wciąż prowadzi ją ku przygodom. Dziewczynki zachwycają się nową okolicą, a Tatko już snuje śmiały plan: zbuduje prawdziwy, piękny dom z desek prosto z tartaku.  

Jednak spokój nad szemrzącym strumieniem szybko się kończy. Natura pokazuje swoją siłę, a śnieżne zamiecie odcinają rodzinę od świata i wystawiają na najcięższą próbę 

Laura Ingalls Wilder – używając prostego i naturalnego języka w cyklu powieści Domek na prerii opowiada o odległych miejscach i czasach, świetnie oddając ich klimat. Podążając za nią zanurzysz się w urokliwym i pełnym wyzwań świecie rodziny Ingallsów. 

Poczuj ciepło preriowego słońca i odkryj historię, która od pokoleń porusza czytelników na całym świecie! 

 

Kolejne tomy kultowego cyklu:    
„Mały domek w Wielkich Lasach” 
„Domek na prerii”   
„Nad Śliwkowym Strumieniem” 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 226

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści
1. Drzwi w ziemi
2. Dom w ziemi
3. Irysy w sitowiu

 

Tytuł oryginału: On the Banks of Plum Creek

Redakcja

Emilia Domańska

Korekta

Paulina Meducka

Przygotowanie wersji elektronicznej na podstawie edycji drukowanej

Anna Majorek

Skład i łamanie

Łukasz Slotorsz

Projekt okładki

Anna Slotorsz

Ilustracje

Anna Dzierżak

Grafiki wykorzystane na okładce

©Anna Dzierżak, ©AdobeStock/MD MOGAMMEL HAQUE, ©AdobeStock/PYRAMIS, ©AdobeStock/croutonT

Published by arrangement with HarperCollins Publisher

Copyright © fot the translation by Aleksandria Media sp. z o.o.

On the Banks of Plum Creek Copyright © 1937 by Laura Ingalls Wilder

Copyright © for this edition by Aleksandria Media sp. z o.o. 2026

Całość ani żadna część tej książki nie może być powielana i rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie pierwsze w tej edycji

Katowice 2026

ISBN: 9788368395921

Wydawnictwo Oddechy

Al. Wojciecha Korfantego 138

40-156 Katowice

[email protected]

www.oddechy.pl

Drzwi w ziemi

Ścieżka, którą podążał ich wóz, urwała się nagle, więc Tatko zatrzymał konie.

Kiedy tylko koła wozu przestały się kręcić, Jack ułożył się między nimi, w cieniu. Położył się na trawie i wyciągnął przednie łapy. Nos schował w futerku. Odpoczywał cały, z wyjątkiem uszu.

Przez wiele, wiele dni Jack biegł truchtem pod kołami wozu. Biegł tak przez całą drogę, która prowadziła z małej drewnianej chatki na terytorium Indian, przez Kansas, Missouri, Iowa i długą drogę do Minnesoty. Nauczył się odpoczywać, kiedy tylko wóz się zatrzymywał.

W wozie Laura zaczęła podskakiwać, podobnie jak Mary. Ich nogi były już zmęczone i zdrętwiałe od tak długiego siedzenia bez ruchu.

– To musi być właściwe miejsce – powiedział Tatko. – Od Nelsona miało być pół mili w górę strumienia. Przejechaliśmy już dobre pół mili, a strumień też już widać.

Laura jednak nigdzie nie mogła dostrzec strumienia. Widziała jedynie porośnięty trawą brzeg, a za nim wierzchołki wierzb, kołyszące się na delikatnym wietrze. Wszędzie wokół rozpościerały się połacie falujących traw preriowych, sięgających aż po horyzont.

– Wygląda na to, że tam jest jakaś stajnia – powiedział Tatko, który wyglądał zza krawędzi płóciennej pokrywy wagonu. – Ale gdzie jest dom?

Nagle Laura podskoczyła ze strachu. Obok koni stał jakiś mężczyzna. Wcześniej nie widzieli tu nikogo, ale nagle znikąd pojawił się ten człowiek. Miał jasnoblond włosy, okrągłą twarz, czerwoną jak u Indianina, i oczy tak jasne, że wydawały się bezbarwne. Jack warknął.

– Cicho, Jack! – powiedział Tatko, po czym zapytał mężczyznę: – Czy to pan jest panem Hansonem?

– Ano tak – odpowiedział mężczyzna.

Tata mówił teraz powoli i głośno.

– Słyszałem, że planuje pan wyjechać na zachód. Sprzedaje pan swoje gospodarstwo?

Mężczyzna powoli spojrzał na wóz. Potem zerknął na dwa mustangi – Pet i Patty. Po chwili powiedział ponownie:

– Ano tak.

Tatko zeskoczył z wozu, a Mama powiedziała:

– Dziewczynki, możecie wysiąść i sobie pobiegać, wiem, że jesteście zmęczone tym siedzeniem w miejscu.

Jack wstał, gdy Laura zeszła z koła wozu, ale musiał pozostać pod wozem, dopóki tata nie pozwolił mu wyjść. Patrzył więc tylko na Laurę, która biegała po małej ścieżce.

Ścieżka prowadziła przez krótką, nasłonecznioną trawę aż do krawędzi skarpy. Daleko w dole płynął strumień, błyszczący w słońcu. Za strumieniem rosły wierzby. Za krawędzią skarpy ścieżka skręcała i biegła ukośnie w dół, tuż przy porośniętym trawą zboczu, które wznosiło się jak ściana.

Laura schodziła ostrożnie ścieżką. Skarpa pięła się obok niej tak wysoko, że dziewczynka nie widziała już wozu. Nad nią było tylko wysokie niebo, a w dole woda szeptała coś do siebie. Laura zrobiła kolejny krok, a potem jeszcze jeden. Ścieżka kończyła się w szerszym, płaskim miejscu, gdzie skręcała i opadała ku strumieniowi niczym schody.

I wtedy Laura zobaczyła drzwi. Znajdowały się w porośniętej trawą skarpie, dokładnie tam, gdzie skręcała ścieżka. Wyglądały jak zwykłe drzwi do domu, ale cokolwiek kryło się za nimi, znajdowało się pod ziemią. Drzwi były zamknięte. Przy progu leżały dwa wielkie psy o brzydkich pyskach. Kiedy zobaczyły Laurę, zaczęły się powoli podnosić.

Laura czym prędzej pobiegła ścieżką z powrotem, do wozu, gdzie wreszcie poczuła się bezpiecznie. Ujrzała stojącą tam Mary.

– W ziemi są drzwi i dwa wielkie psy… – wyszeptała do niej.

Nagle spojrzała za siebie. Dwa psy przyszły tu za nią.

Spod wozu dobiegło głębokie warknięcie Jacka, który wyszczerzył zęby na intruzów.

– To pańskie psy? – zapytał Tatko pana Hansona. Pan Hanson odwrócił się i powiedział kilka słów, których Laura nie zrozumiała. Ale psy zrozumiały. Posłusznie ruszyły w dół wzdłuż krawędzi skarpy, aż zniknęły jej z oczu.

Tatko i pan Hanson powoli odeszli w stronę stajni. Stajnia była mała i nie była zbudowana z bali. Na jej ścianach rosła trawa, a dach był porośnięty bujną roślinnością, którą poruszał wiatr.

Laura i Mary zostały już teraz przy wozie, trzymając się blisko Jacka. Patrzyły na falujące trawy preriowe oraz na kiwające główkami żółte kwiaty. Ptaki wzbijały się w górę, tylko po to, by chwilę później znów zniknąć wśród traw. Niebo rozpościerało się wysoko w górze, ciągnąc się w dal aż po odległą linię horyzontu.

Kiedy Tatko i pan Hanson wrócili, Laura usłyszała słowa Tatka:

– Dobrze, Hanson. Jutro pojedziemy do miasteczka załatwić papiery. Dziś rozbijemy obóz tutaj.

– Ano tak, ano tak! – zgodził się pan Hanson.

Tatko podsadził Mary i Laurę na wóz i wyjechał na prerię. Powiedział Mamie, że wymienił Pet i Patty na ziemię pana Hansona. Oddał też źrebaczka Bunny’ego oraz płócienną plandekę wozu w zamian za uprawy pana Hansona i jego woły.

Odpiął Pet i Patty z uprzęży i zaprowadził je do strumienia, żeby się napiły. Potem uwiązał je na linach i pomógł Mamie przygotować nocny obóz. Laura milczała. Nie miała ochoty się bawić, a gdy wszyscy usiedli przy ognisku do kolacji, wcale nie czuła się głodna.

– Ostatnia noc w drodze – powiedział Tatko. – Jutro znowu się osiedlimy. Dom jest tuż przy brzegu strumienia, Caroline.

– Och, Charles! – powiedziała Mama. – Ziemianka. Jeszcze nie mieszkaliśmy w takim miejscu.

– Sama zobaczysz jak tam czysto – powiedział Tatko. – Norwegowie to porządni ludzie. I będziemy mieć przytulne, ciepłe miejsce na zimę, a ta już nie-daleko.

– Tak, dobrze będzie się gdzieś osiedlić zanim zaczną się pierwsze śniegi – zgodziła się Mama.

– To tylko do czasu, aż zbiorę pierwszy plon pszenicy – powiedział Tatko. – Potem będziesz miała porządny dom, ja będę miał konie, a może nawet bryczkę. To świetna ziemia na pszenicę, Caroline! Żyzna, równa, ani jednego drzewa czy kamienia, z którym trzeba by się mocować. Nie mogę pojąć, dlaczego Hanson obsiał tak małe pole. Musiał być suchy rok albo on wcale nie jest dobrym farmerem, skoro jego pszenica jest taka rzadka i licha.

Poza kręgiem światła ogniska Pet, Patty i źrebaczek skubały trawę. Odrywały źdźbła ostrymi, szarpiącymi kęsami, potem stały, przeżuwając i patrząc w ciemność na nisko świecące gwiazdy. Spokojnie machały ogonami. Nie wiedziały, że zostały sprzedane.

Laura była już dużą dziewczynką, miała aż siedem lat. Była za duża na płacz. Ale nie mogła się powstrzymać i zapytała:

– Tatku, czy musiałeś oddać mu Pet i Patty? Czy naprawdę musiałeś, Tatku?

Ramię Tatka przyciągnęło ją do niego w ciepłym uścisku.

– Moja mała, kochana ptaszynko – powiedział Tatko – Pet i Patty lubią podróżować. To dzikie, indiańskie kucyki, Lauro, a orka to dla nich zbyt ciężka praca. O wiele szczęśliwsze będą, ruszając w dalszą drogę na zachód. Gdybyśmy zatrzymali je tutaj, przez resztę życia męczyłyby się tylko przy pługu. A tak Pet i Patty będą mogły dalej podróżować, a ja dzięki tym wielkim wołom będę mógł zaorać ogromne pole i przygotować je pod pszenicę na przyszłą wiosnę. Dobre zbiory pszenicy przyniosą nam więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek mieliśmy, Lauro. Wtedy będziemy mieli konie, nowe sukienki i wszystko, czego tylko zapragniesz.

Laura nic nie odpowiedziała. Czuła się trochę lepiej, wtulona w ramię Tatka, ale wciąż marzyła o tym, żeby mogli zatrzymać Pet, Patty i Bunny’ego, źrebaka o długich uszach.

Dom w ziemi

Wcześnie rano Tatko pomógł panu Hansonowi przenieść pałąki i płócienną plandekę na wóz pana Hansona. Potem wynieśli wszystkie jego rzeczy z ziemianki na górę skarpy i zapakowali do zakrytego wozu. Pan Hanson zaproponował, że w zamian pomoże przenieść rzeczy z wozu Tatka do ziemianki, ale Mama powiedziała:

– Nie, Charles. Wprowadzimy się, kiedy wrócisz.

Więc Tatko zaprzągł Pet i Patty do wozu pana Hansona. Przywiązał Bunny’ego z tyłu i pojechał z panem Hansonem do miasteczka.

Laura patrzyła, jak Pet, Patty i Bunny oddalają się. Szczypało ją w oczach i ściskało w gardle. Pet i Patty wyciągały szyje, a ich grzywy i ogony falowały na wietrze. Odeszły raźnym krokiem, nie wiedząc, że nigdy już nie wrócą.

Wśród wierzb strumień cicho śpiewał sam do siebie, a łagodny wiatr uginał trawy. Słońce świeciło, wokół wozu rozciągała się czysta, szeroka przestrzeń, czekająca, by ją zbadać.

Najpierw jednak trzeba było odwiązać Jacka od koła wozu. Dwa psy pana Hansona odeszły, więc Jack mógł wreszcie biegać, gdzie tylko chciał. Był tak szczęśliwy, że skoczył na Laurę, by wylizać jej twarz, i aż przewrócił ją na ziemię. Potem pobiegł ścieżką w dół, a Laura pognała za nim.

Mama podniosła Carrie i powiedziała:

– Chodź, Mary. Idziemy obejrzeć ziemiankę.

Jack jako pierwszy dotarł do drzwi. Były otwarte. Zajrzał do środka, ale potem grzecznie zaczekał na Laurę. Wokół drzwi z porośniętej trawą skarpy wyrastały zielone pnącza pełne kwiatów. Czerwone, niebieskie, fioletowe, różowe, białe i pasiaste kwiaty otwierały szeroko kielichy, jakby śpiewając radośnie na cześć poranka. Były to kwiaty powoju.

Laura przeszła pod tymi śpiewającymi kwiatami i weszła do wnętrza ziemianki. Ujrzała przed sobą jedno duże, białe pomieszczenie. Ziemne ściany były gładkie i starannie pobielone, a klepisko równe i ubite.

Kiedy Mama i Mary stanęły w progu, izdebka pociemniała. Obok drzwi było co prawda jeszcze małe okienko zaklejone papierem, ale ściana była tak gruba, że dawało ono bardzo mało światła.

Przednia ściana zrobiona była z darni. Pan Hanson wydrążył sobie dom w ziemi, a potem pociął preriową darń na długie pasy i ułożył je jedne na drugich, żeby zbudować przednią ścianę. Była to dobra, gruba ściana, bez ani jednej szczeliny. Żadne zimno nie mogło się przez nią przedostać.

Mama była zadowolona.

– Izdebka jest mała, ale czysta i przyjemna – oświadczyła. Potem spojrzała w górę, na sufit, i dodała: – Spójrzcie, dziewczynki!

Sufit był zrobiony z siana. Na wierzch położono gałęzie wierzbowe i powplatano ich witki, ale tu i ówdzie prześwitywało rozesłane na nich siano.

– Całkiem ładnie! – powiedziała Mama.

Następnie wszystkie razem weszły ścieżką na górę i stanęły na dachu ziemianki. Nikt jednak nie domyśliłby się nawet, że to może być dach. Rosła na nim trawa, falując na wietrze dokładnie tak samo jak wszystkie inne trawy w okolicy.

– No proszę – rzekła Mama. – Ktoś mógłby sobie tędy przejść i nawet się nie domyślić, że pod spodem jest czyjś dom.

Ale Laura coś dostrzegła. Pochyliła się i rozchyliła trawy rękami, po czym zawołała:

– Tu jest otwór na rurę piecyka! Zobacz, Mary! Zobacz!

Mama i Mary zatrzymały się, żeby popatrzeć. Carrie wychyliła się z ramion Mamy, chcąc również spojrzeć. Nawet Jack wepchnął się między nie, zaciekawiony. Przez otwór mogli zajrzeć prosto do pobielonej izdebki ukrytej pod trawą.

Dziewczynki wpatrywały się długo, aż wreszcie Mama powiedziała:

– Wymieciemy i posprzątamy w środku, zanim Tatko wróci. Mary, Lauro, przynieście wiadra na wodę.

Znów zeszły ścieżką w dół. Mary niosła duże wiadro, a Laura małe. Jack pobiegł przodem i zajął swoje miejsce przy drzwiach.

Mama znalazła w kącie miotłę z wierzbowych gałązek i ostrożnie omiatała ściany. Mary pilnowała Carrie, żeby nie zbliżyła się do strumienia, a Laura wzięła małe wiaderko i poszła po wodę.

Zeskakiwała lekko po schodkach aż do końca małej kładki nad strumieniem. Kładka była zrobiona z dużej, szerokiej deski. Jej drugi koniec znikał gdzieś pod wierzbą.

Drobne liście na gałęziach wysokich wierzb drżały delikatnie na tle nieba. Wokół drzew w kępkach rosły małe wierzbiny, zacieniając chłodną, nagą ziemię. Ścieżka prowadziła przez ten cień aż do małego źródełka. Zimna, czysta woda tryskała z niego, spływając do niewielkiego zagłębienia, a potem łagodnie sączyła się do strumienia.

Laura napełniła małe wiaderko i ruszyła z powrotem przez słoneczną kładkę, a potem po schodkach w górę. Chodziła tak tam i z powrotem, przynosząc wodę w małym wiaderku i wlewając ją do dużego, które stało na ławce tuż przy drzwiach.

Potem zaczęła pomagać Mamie znosić z wozu, co tylko mogła udźwignąć. Zdążyły już przenieść do ziemianki prawie wszystkie bagaże, kiedy na ścieżce rozległy się kroki Tatka. Niósł mały blaszany piecyk i dwa kawałki rury.

– Uff! – powiedział, stawiając je na ziemi. – Cieszę się, że musiałem je nieść tylko trzy mile. Pomyśl, Caroline! Miasteczko jest tylko trzy mile stąd! Przecież to zwykły, przyjemny spacer. Tymczasem Hanson rusza dalej na zachód, a to miejsce jest nasze. Jak ci się podoba nasz nowy dom, Caroline?

– Podoba mi się – odparła Mama. – Ale nie wiem, co zrobić z posłaniami. Nie chcę kłaść ich tak po prostu na ziemi.

– A co w tym złego? – zapytał Tatko. – Spaliśmy już wcześniej na ziemi.

– To co innego – odparła Mama. – Nie podoba mi się pomysł leżenia na gołej ziemi, kiedy jesteśmy we własnym domu.

– Poradzimy sobie z tym bez problemu – powiedział Tatko. – Natnę trochę wierzbowych gałązek, żeby rozłożyć na nich posłania na noc. A jutro znajdę proste wierzbowe drągi i zbuduję nam porządne łóżka.

Wziął siekierę i pogwizdując wesoło, ruszył przed siebie ścieżką: najpierw po dachu ziemianki, a potem w dół stoku, aż nad strumień. Znajdowała się tam malutka dolinka, w której gęsto rosły wierzby.

Laura biegła tuż za nim.

– Pozwól mi pomóc, Tatku! – wołała zdyszana. – Mogę nosić gałęzie!

– A, możesz, możesz – powiedział Tatko, spoglądając na nią z rozbawieniem w oczach. – Nie ma to jak pomoc, gdy człowiek ma do wykonania wielką robotę.

Tatko często powtarzał, że nie wie, jak poradziłby sobie bez Laury. Kiedyś pomogła mu zrobić drzwi do drewnianej chatki w krainie Indian. Teraz pomagała mu nosić zielone gałęzie wierzby i rozkładać je w ziemiance.

Później poszli razem do stajni. Wszystkie cztery jej ściany zrobione były z darni, a dach był z wierzbiny i siana, także przykryty darnią. Dach był tak niski, że kiedy Tatko stał wyprostowany, ocierał się o niego głową.

W środku znajdował się drewniany żłób, przy którym stały uwiązane dwa woły. Jeden z nich był ogromny i siwy, z krótkimi rogami i łagodnymi oczami. Drugi był mniejszy, o dzikich, długich rogach i rozbieganych oczach. Jego lśniąca sierść miała rudobrązowy odcień.

– Cześć, Bright – powiedział do niego Tatko. – Jak się trzymasz, Pete, stary druhu? – zwrócił się do większego wołu, poklepując go łagodnie.

– Stań z boku, Lauro – powiedział. – Zobaczymy, jak się będą zachowywać. Musimy je zaprowadzić do wody.

Założył wołom na rogi powrozy i wyprowadził je ze stajni. Woły szły za nim powoli po zboczu w dół, aż na ścieżkę, która prowadziła przez zielone sitowie do płaskiego brzegu strumienia. Laura szła za nimi wolnym krokiem. Ich nogi były niezgrabne, a wielkie racice rozszczepione pośrodku. Miały szerokie, oślizgłe chrapy.

Laura została przed stajnią, podczas gdy Tatko przywiązywał woły do żłobu. Potem poszła z nim z powrotem w stronę ziemianki.

– Tatku – zapytała cichutko – czy Pet i Patty naprawdę chciały jechać na zachód?

– Tak, Lauro – odparł Tatko.

– Och, Tatku – powiedziała i w jej głosie zabrzmiało drżenie. – Chyba niezbyt lubię bydło.

Tatko ujął jej dłoń swoją wielką ręką.

– Musimy robić, co do nas należy, Lauro, i nie narzekać – powiedział. – To, co trzeba zrobić, najlepiej zrobić z pogodą ducha. A kiedyś znowu będziemy mieli konie.

– Kiedy, Tatku? – zapytała.

– Kiedy zbierzemy nasz pierwszy plon pszenicy.

Potem weszli do ziemianki. Mama była w dobrym nastroju, Mary i Carrie były już umyte i uczesane, a wszędzie panował porządek. Posłania zostały już rozłożone na wierzbowych gałęziach, a kolacja była gotowa.

Po kolacji wszyscy usiedli na ścieżce przed drzwiami. Tatko i Mama mieli do siedzenia skrzynki. Carrie wtulała się sennie w kolana Mamy, a Mary i Laura siedziały na brzegu ścieżki, z nogami zwieszonymi nad jej krawędzią. Jack obrócił się trzy razy i położył z głową opartą o kolano Laury.

Wszyscy siedzieli cicho, patrząc na otoczony wierzbami Śliwkowy Strumień i obserwując słońce, które zniżało się nad prerią, daleko na zachodzie.

W końcu Mama westchnęła głęboko.

– Tu jest tak spokojnie i swojsko – powiedziała. – Nie będzie dziś w nocy żadnego wycia wilków ani Indian. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak bezpiecznie.

– Nic nam tutaj nie grozi – zgodził się z nią Tatko.

Niebo mieniło się łagodnymi barwami. Wierzby szumiały cicho, a woda szeptała coś do siebie wśród zmierzchu. Ziemia pociemniała. Niebo przybrało odcień jasnej szarości i zabłysły na nim świeżo zapalone gwiazdy.

– Czas spać – powiedziała Mama. – A to też będzie nie lada przygoda! Jeszcze nigdy nie spaliśmy przecież w ziemiance. – Roześmiała się, a Tatko jej zawtórował.

Leżąc na swoim posłaniu, Laura słuchała łagodnego dźwięku szepczącej wody i szumiących wierzb. A jednak, mimo wszystko, o wiele chętniej zasypiałaby teraz na dworze, wśród prerii, nawet gdyby musiała przy tym słuchać wyjących wilków.

Irysy w sitowiu

Każdego ranka, kiedy Mary i Laura skończyły zmywać naczynia, ścielić łóżka i zamiatać podłogę, mogły wyjść się pobawić.

Świeże kwiaty powoju, rosnące wokół drzwi, kwitły z pełną mocą. Wzdłuż Śliwkowego Strumienia szczebiotały ptaki. Czasem któryś z nich zaczynał śpiewać, ale przeważnie tylko ze sobą rozmawiały, ćwierkając, świergocząc i pokrzykując.

Laura i Mary przeszły po dachu swojego domu i zeszły na ścieżkę, którą Tatko prowadzał woły do wodopoju.

Nad strumieniem, wśród sitowia, rosły błękitne irysy. Każdego ranka rozkwitały nowymi kwiatami. Stały dumnie, swoją ciemnoniebieską barwą wyróżniając się spośród zielonego sitowia.

Każdy błękitny irys miał trzy aksamitne płatki, które opadały w dół niczym suknia eleganckiej damy. Wyżej, jakby nad talią, rosły w górę trzy kolejne pofalowane, jedwabiste płatki, wyginające się ku sobie. Kiedy Laura zaglądała do wnętrza powstałych w ten sposób kielichów, mogła dostrzec trzy wąskie, blade języczki, pokryte złotym futerkiem.

Czasami do kielicha wpadał tłusty trzmiel, cały w czarnym aksamicie i złocie, brzęcząc i obijając się w środku.

Płaski brzeg strumienia pokryty był ciepłym, miękkim błotem. Krążyły tam małe motyle, całe w żółciach i błękitach, zbliżające się co chwilę do błyszczącej powierzchni wody by się napić. Jaskrawe ważki latały wokół na rozmazanych skrzydełkach. Błoto wciskało się między palce stóp Laury. Tam, gdzie Laura lub Mary postawiły stopę, a także w odciskach kopyt wołów, pojawiały się maleńkie kałuże wody.

Jednak kiedy brodziły w płytkiej wodzie, ich ślady znikały bardzo szybko. Najpierw unosiły się nad nimi małe wiry, przypominające dymki, które szybko znikały w przejrzystej wodzie. Potem odcisk stopy powoli się rozpływał. Ślady palców wygładzały się, a odbita pięta zamieniała się w malutki dołek.

W wodzie pływały maleńkie rybki. Były tak małe, że ledwie dało się je dostrzec. Tylko kiedy poruszały się bardzo szybko, czasem można było zobaczyć błyski ich srebrnych brzuszków. Kiedy Laura i Mary stały nieruchomo, te małe rybki roiły się wokół ich stóp i skubały je. Wywoływało to zabawne uczucie łaskotania.

Na powierzchni wody śmigały owady o długich nogach – nartniki. Każde z ich odnóży robiło w wodzie maleńkie wgłębienie. Trudno było jednak dokładniej się im przyjrzeć; ślizgały się po wodzie tak szybko, że zanim się jakiegoś zobaczyło, ten już był gdzie indziej.

Sitowie, falując na wietrze, wydawało dziki, samotny dźwięk. Trzciny nie były miękkie i płaskie jak trawa; były twarde, zaokrąglone na końcach i połączone ze sobą. Pewnego dnia, kiedy Laura brodziła w głębszym miejscu przy sitowiu, złapała za jedną grubą łodygę, żeby podciągnąć się na brzeg. Ta zapiszczała. Laura zamarła na chwilę. Potem pociągnęła za następną łodygę. Ta też zapiszczała i pękła na dwa kawałki.

Sitowie składało się z małych, pustych w środku rurek, połączonych ze sobą grubymi kolankami. Rurki głośno piszczały, kiedy rozrywało się je na części. Ten sam piszczący dźwięk wydawały z siebie wtedy, kiedy chciało się je połączyć z powrotem.

Laura i Mary rozrywały trzciny, żeby posłuchać pisku. Z małych rurek robiły sobie naszyjniki. Z dużych trzcin można było zaś zrobić długie rury, które dziewczynki używały do dmuchania, robiąc w strumieniu bańki i płosząc małe rybki. A ilekroć chciało im się pić, mogły ciągnąć przez nie długie hausty wody. Mama śmiała się, kiedy Laura i Mary przychodziły na obiad i na kolację całe ochlapane i ubłocone, z zielonymi naszyjnikami na szyjach i długimi zielonymi rurkami w dłoniach. Przynosiły jej bukieciki błękitnych irysów, a ona ustawiała je na stole.

– Naprawdę, od tej zabawy w strumieniu wy same niedługo zamienicie się w ważki! – śmiała się Mama.

Ale tak naprawdę Tatko i Mama wcale nie przejmowali się tym, że dziewczynki spędzają tyle czasu nad strumieniem. Nie wolno im było jednak iść w górę strumienia dalej niż do małej wierzbowej dolinki. Tam strumień zakręcał i wpadał do doliny pełnej głębokiej, ciemnej wody. Nigdy nie wolno im było zbliżyć się do tej głębiny nawet na tyle, żeby ją zobaczyć.

– Któregoś dnia was tam zabiorę – obiecał im Tatko.

I pewnego niedzielnego popołudnia powiedział im, że właśnie nadszedł ten dzień.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Spis treści

Drzwi w ziemi

Dom w ziemi

Irysy w sitowiu

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji

Spis treści