Na tej ziemi - Theis Ørntoft - ebook + książka
NOWOŚĆ

Na tej ziemi ebook

Theis Ørntoft

0,0

62 osoby interesują się tą książką

Opis

PIĘKNA I NIEZWYKLE AKTUALNA POWIEŚĆ O WIĘZIACH, KTÓRE ŁĄCZĄ NAS Z ZIEMIĄ I Z SOBĄ NAWZAJEM.

Naprawdę w to wierzę. To najpiękniejsze rzeczy, jakie istnieją. Miłość i tajemnice.

Wszystko zaczyna się od… pogrzebu. Kiedy umiera dziadek Ernst, trójka rodzeństwa – Rhea, Miriam i Joel – spotyka się wraz ze swoją matką Alice. Staje się to punktem wyjścia do epickiej opowieści o trzech pokoleniach rodziny połączonych w czasie i przestrzeni w sposób, którego sami nie są świadomi.

Na początku lat 60. w duńskim Silkeborgu wydarza się pewna historia miłosna, która zaważy na losach bohaterów. Powtórzy się ona po raz kolejny w Hamburgu, następnie w Nowym Jorku po 11 września i we współczesnej Kopenhadze, aby wreszcie zaprowadzić nas do roku 2036. 

Jakie siły rządzą losem Rhei, Miriam i Joela – oraz naszym własnym życiem? I czy da się odnaleźć w świecie naznaczonym w równym stopniu przywilejami i poczuciem nadciągającej katastrofy? Ta monumentalna powieść, uhonorowana Nagrodą Literacką Unii Europejskiej, łączy miłość, naturę i kapitalizm w wyjątkowy obraz naszego świata.

 

Ørntoft robi coś zaskakującego i wspaniałego jednocześnie – „Na tej ziemi” to historia o przenikaniu i wymieszaniu się różnych światów, o złudzeniu kontroli nad rzeczywistością, o sile natury i słabości człowieka. W czasach niepewności, wykorzenienia, pośpiechu i wszechobecnej walki o kontrolę nad rozumem Duńczyk zdaje się mówić: zatrzymajmy się i zaufajmy temu, co odwieczne. 

Michał Nogaś, Program 3 Polskiego Radia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 896

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Jordisk

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Agata Lubowicka, 2026 © Theis Ørntoft & Gyldendal, Copenhagen 2023. Published by agreement with Gyldendal Group Agency, Denmark and Book/lab Literary Agency, Poland.

Książka została opublikowana przy wsparciu Danish Arts Foundation

Redaktorka inicjująca i prowadząca • Weronika Jacak

Marketing i promocja • Marta Szczurowska, Dominika Dańczak

Redakcja • Agnieszka Radtke

Korekta • Magdalena Mierzejewska, Anna Gądek

Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała

Łamanie • Grzegorz Kalisiak

Projekt graficzny layoutu serii i okładki • Ula Pągowska

Grafika na okładce • © Freepik

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68692-38-9

Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

W SERII DZIEŁ PISARZY SKANDYNAWSKICHUKAZAŁY SIĘ DOTYCHCZAS:

Torborg NEDREAAS, Nic nie rośnie w blasku księżyca, przełożyła Karolina Drozdowska

Auður Ava ÓLAFSDÓTTIR, DJ Bambi, przełożył Jacek Godek

IIda TURPEINEN, Żywe istoty, przełożył Sebastian Musielak

Helga FLATLAND, Pogłos, przełożyła Karolina Drozdowska

Pedro Gunnlaugur GARCIA, Płuca, przełożył Jacek Godek

Tarjei VESAAS, Ptaki, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak

Maria TURTSCHANINOFF, Mokradła, przełożyła Agata Teperek

Mia KANKIMÄKI, Kobiety, o których myślę nocą, przełożyła Iwona Kiuru

Roy JACOBSEN, Niegodni, przełożyła Iwona Zimnicka

Karin SMIRNOFF, Wracam do domu, przełożyła Agata Teperek

Carl Frode TILLER, Ucieczka, przełożyła Katarzyna Tunkiel

Nina WÄHÄ, Babetta, przełożyła Justyna Kwiatkowska

Karin SMIRNOFF, Jedziemy z matką na północ, przełożyła Agata Teperek

Tarjei VESAAS, Wiosenna noc / Zamek z lodu, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak

Tommi KINNUNEN, Powiedziała, że nie żałuje, przełożył Sebastian Musielak

Roy JACOBSEN, Anneliese PITZ, Człowiek, który kochał Syberię, przełożyła Iwona Zimnicka

Helga FLATLAND, Ostatni raz, przełożyła Karolina Drozdowska

Karin SMIRNOFF, Pojechałam do brata na południe, przełożyła Agata Teperek

Nina WÄHÄ,Testament, przełożyła Justyna Czechowska

Kjell WESTÖ,Niebo w kolorze siarki, przełożyła Katarzyna Tubylewicz

Roy JACOBSEN, Tylko matka, przełożyła Iwona Zimnicka

Knut HAMSUN, Szarady, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak

Laura LINDSTEDT, Oneiron, przełożył Sebastian Musielak

Roy JACOBSEN, Oczy z Rigela, przełożyła Iwona Zimnicka

Stig DAGERMAN, Poparzone dziecko, przełożyła Justyna Czechowska

Auður Ava ÓLAFSDÓTTIR, Blizna, przełożył Jacek Godek

Jonas T. BENGTSSON, Życie Sus, przełożyła Iwona Zimnicka

Roy JACOBSEN, Białe morze, przełożyła Iwona Zimnicka

Karen BLIXEN, Pożegnanie z Afryką, przełożyli Józef Giebułtowicz i Jadwiga Piątkowska

Carl Frode TILLER, Początki, przełożyła Katarzyna Tunkiel

Helga FLATLAND, Współczesna rodzina, przełożyła Karolina Drozdowska

Roy JACOBSEN, Niewidzialni, przełożyła Iwona Zimnicka

1

KSIĘGA DZIECI

Jesień

.

Wcześniej tej jesieni położyli na dobudówce nowy dach. Stary okazał się przegniły, uwidoczniło się to niemal z dnia na dzień. Przynajmniej dla członków kolektywu. Pewnej niedzieli, kiedy Rhea wstała z łóżka i zeszła na dół, na całym suficie w korytarzu prowadzącym do pralni i łazienki widniały wielkie ciemne plamy wilgoci. Czy powstały w ciągu jednej nocy? Żadne z ich czworga wcześniej ich nie zauważyło. Tydzień później rozebrali sufit wraz z dachem i zastąpili je nowymi. Poświęcili na to większość weekendu. Projekt koordynował Hans; Hannah spędziła tamten weekend w Kopenhadze, jak to często bywało, kiedy mieli coś zrobić wspólnie, ale zarówno Rhea, jak i Birgitte pomagały przy wszystkich pracach. Rhea pojechała z Hansem do marketu budowlanego w Stege; przez większość czasu tylko kwitła w wielkiej hali magazynowej, podczas gdy Hans omawiał z jednym z pracowników różne wymiary i możliwości zakupów, po czym oboje wrócili z przyczepą pełną materiałów i przez kolejne trzy dni pracowali na podwórzu. Rhea przepiłowywała łaty i kontrałaty według podanych wymiarów. Jak zawsze, gdy przychodziło do zajęć praktycznych, czuła się jak żółtodziób. Przytrzymywała płyty gipsowe, podczas gdy Birgitte albo Hans przytwierdzali je do ścian, a kiedy podstawowa konstrukcja stała gotowa, Rhea wspięła się na świeżo położoną papę dachową i powlekała ją gęstą płynną smołą. Przez cały ten weekend siąpił deszcz. Musieli przerywać niezliczoną ilość razy, nakrywać wszystko łopoczącym na wietrze brezentem w kolorze khaki i czekać, aż deszcz przejdzie dalej. Hans i Birgitte wydawali się tacy spokojni i beztroscy podczas tych przerw. Rhea nerwowo dreptała w miejscu. Jeszcze wcześniej, gdy trwało późne lato i słońce wciąż wędrowało wysoko na niebie, zdemontowali komin od starego kotła olejowego. Cegły wciąż leżały na wielkiej stercie na tyłach szopy, dopominając się o obtłuczenie z nich starej zaprawy. Sterta okazała się znacznie większa, niż Rhea się spodziewała; trudno było jej pojąć, jakim cudem prosty komin mógł zajmować tyle miejsca po rozczłonkowaniu, i przez kilka dni, ilekroć przechodziła obok, widok cegieł powodował, że zaczynała myśleć o relacji między porządkiem a chaosem. Pod względem stricte fizycznym i materialnym chaos zdawał się zajmować więcej przestrzeni niż porządek. Ale przede wszystkim cegły przypominały Rhei o ojcu.

Nowe projekty w ich kolektywie rodziły się zwykle z inicjatywy Hansa lub Birgitte. Podczas jednego z ostatnich zebrań okazało się, że Hans chciałby położyć pod dobudówką nowy fundament. Dobudówkę, w której mieściły się pralnia i łazienka, postawiono jakoś w latach siedemdziesiątych, niespełna sto lat po wzniesieniu głównego budynku, ale to właśnie z nią mieli bezapelacyjnie najwięcej problemów. Kiedy swego czasu nabywali tę nieruchomość, nikt ich nie poinformował, że pod tą częścią domu nie było żadnego fundamentu i że w miesiącach najbujniejszego wzrostu roślinności w kątach pomieszczeń potrafiły wyrastać chwasty. Podczas zebrania kolektywu Hans oznajmił, że chciałby wznieść fundament z polnych kamieni z okolicy, najlepiej jeszcze przed zimą, ale kiedy wszyscy czworo zagłosowali w tej sprawie, zadecydowali, że zaczekają z tym do następnej wiosny.

Nawet po ponad trzech latach spędzonych na Møn Rhea nadal potrafiła zmagać się z poczuciem niedostatecznej przynależności do tego miejsca. Jak gdyby wciąż sobie na to nie zapracowała, nie nabyła tych samych praw co inni mieszkańcy wyspy. I to mimo że sąsiedzi z lewej wprowadzili się tutaj już po niej. Po ich przybyciu Rhea oficjalnie przestała być najnowszą mieszkanką okolicy, społeczna strzałka wskazywała teraz na sąsiadów i miało tak pozostać aż do pojawienia się kolejnych osób. Mimo to poczucie, że nie posiada tych samych praw co pozostali, mogło dać o sobie znać w każdej chwili. Kiedy robiła zakupy w Brugsenie, kiedy spacerowała po polach, kiedy witała się z ludźmi ze wsi. Czasem budziło to w niej tęsknotę za anonimowością, którą się kiedyś cieszyła w północno-zachodniej dzielnicy Kopenhagi. Jedyną niepodważalną zaletą mieszkania w dużym mieście, uświadomiła sobie Rhea, było to, że w dwupokojowym mieszkaniu nie odpowiadało się przed nikim poza sobą. Tutaj, na wyspie, nie dawało się uniknąć zamknięcia w nieustannie krążącym obiegu plotek, niewidzialnym i obejmującym wszystko i wszystkich, niezależnie od tego, jak bardzo człowiek się starał w tym nie uczestniczyć, Rhea zrozumiała to pierwszego dnia, gdy postawiła tutaj stopę. Może była to zasługa sąsiada z prawej, Tommy’ego. Już podczas ich pierwszej rozmowy, która odbyła się na ulicy we wsi w zimne marcowe popołudnie, ten zwalisty, nieco gburowaty mężczyzna w niebieskim roboczym kombinezonie oznajmił, że programy radiowe Rhei są mu znane. Dopiero co słyszał w porcie rozmowę na ich temat, jeszcze zanim Rhea i jej rzeczy dojechały na miejsce; słyszał, że na wyspę przeprowadza się dziennikarka radiowa. Czyli jakimś tajemniczym sposobem w porcie już o tym wiedziano. Tommy dał jej też jasno do zrozumienia, że nie wysłuchał ani jednej z tych audycji. Rhea postanowiła nie wspominać, że obecnie żyje z zasiłku i że od ponad pół roku nie stworzyła żadnego programu ani artykułu. Od tamtego popołudnia nie rozmawiała z Tommym zbyt wiele. Któregoś ranka pożyczyła od niego grzałkę elektryczną, bo ta należąca do ich kolektywu nie działała, i to właściwie było wszystko. Ale z okna swojego pokoju miała niezakłócony widok na nieopisany bałagan panujący na jego posesji. Podczas pracy często popadała w zadumę nad rozmiarem nieporządku po drugiej stronie żywopłotu. Niekiedy wyobrażała sobie, że ktoś zdetonował tam granat ręczny, i codzienne patrzenie na chaotyczny ogród Tommy’ego budziło w niej poczucie, jakby znała sąsiada lepiej niż w rzeczywistości. Trzy skasowane samochody stały zaparkowane bez ładu i składu, jeden z wybitą większością szyb. Na posesji znajdowały się też oparte o ścianę domu biała wanna i stara łódka regatowa Optimist, hałdy opon samochodowych, pomarańczowych butli gazowych, beczek po ropie, sterty rur kanalizacyjnych, garnki i patelnie rzucone na trawę, zabawki, kuchenki mikrofalowe, góra starych monitorów komputerowych. Wspólne dla tych wszystkich rzeczy było to, że przez trzy lata, kiedy Rhea tutaj mieszkała, żadna z nich nie zmieniła swojego położenia.

Rhea pracowała tutaj, na piętrze, z widokiem na sąsiedzki bałagan, już całkiem długo, i tak jak zawsze, gdy przebywała gdzieś przez pewien czas, jej pokój stopniowo stał się jej azylem. Ostatnio jednak przesiadując tutaj, głównie się gapiła; na bajzel Tommy’ego, na ekran komputera, na morze niezrealizowanych pomysłów, które porozlewało się na otaczające ją ściany. A może by tak, myślała na przykład, objechać kraje nordyckie i zarejestrować podróż na dyktafonie. Rozmowy w samochodzie, rozmowy z lokalnymi mieszkańcami, dźwięki Skandynawii, tak wyglądał jeden z jej pomysłów, nordycka odyseja samochodowa, miała się odbyć latem i wieść przez Szwecję, Finlandię i północną Norwegię. Rhea wyobrażała sobie białe noce, leśne jeziora, brzozy, roje owadów, wyobrażała sobie noce w namiocie, małe osady zamieszkałe przez ludzi mówiących niezrozumiałymi dialektami; z wyprawy jednak nic nie wyszło. Inny pomysł, który także wisiał na ścianie i usychał, zrodził się z artykułu przeczytanego na łamach Reutersa. Dotyczył grupy samotnych Chińczyków, którzy osiedlili się w opuszczonym górniczym mieście w północnych Chinach. Miasto nazywało się Hegang, a mężczyźni przybyli tam wyłącznie ze względu na niebywale niski czynsz. Zarabiali pisaniem pozytywnych opinii o najróżniejszych produktach oferowanych w sieci. To zajęcie stanowiło treść ich życia. Rhea była porażona tym, jak spektakularnie, niemal wzniośle przygnębiająco jawiła się egzystencja tych ludzi, i przez kilka miesięcy nosiła się z zamiarem pojechania tam i zrobienia o nich reportażu. Posunęła się nawet tak daleko, że nawiązała kontakt z kilkoma z nich, między innymi z trzydziestodwuletnim mechanikiem okrętowym, spędzającym całe dnie w dawnym górniczym mieście na tworzeniu pozytywnych recenzji towarów, których nigdy nie trzymał w rękach.

I wtedy na całym świecie wybuchła pandemia.

Podczas pierwszego lockdownu Rhea pozostawała dziwnie nieporuszona tym wszystkim. Podczas drugiego przeżyła coś, o czym z czasem zaczęła myśleć jak o łagodnej, mrocznej ekstazie. Totalny lockdown, totalna zimowa ciemność, niemal krystaliczne zamarcie wszystkiego, tak przyrody, jak społeczeństwa, styczeń i luty, w tych miesiącach 2021 roku na Møn było zimno, mroźnie, bezwietrznie i niewyobrażalnie ciemno. Także rytm dobowy Rhei został zaburzony, kiedy wszystko zamknęło się po raz drugi. Coraz później wstawała z łóżka i nie kładła się aż do późnej nocy, aż wszystko uległo niemal zupełnemu odwróceniu i Rhea rzadko budziła się przed dwunastą. Zarazem weszło jej w nawyk przebywanie w domu, kiedy na dworze było jasno, zwykle nie opuszczała swojego azylu lub przesiadywała we wspólnym pokoju dziennym i szła się przejść dopiero po zapadnięciu zmroku. Chodziła daleko, zazwyczaj pokonywała jakieś siedem, osiem kilometrów, jej trasa wiodła przez sosnowy las, obok pastorówki i na przełaj po polach, niekiedy aż do samej plaży, gdzie potrafiła stać długo i patrzeć w górę na migotliwe, rozgwieżdżone zimowe niebo. Podczas tych miesięcy nie wyprodukowała nic, żadnych mierzalnych, konkretnych wytworów, ale rodziły się w niej pomysły, czuła się tak, jakby zajmowała się odkopywaniem sieci kreatywnych powiązań, gromadzeniem zapasów. I tak nadeszła wiosna wraz z ponownym otwarciem i łagodnym światłem, co Rhei wcale nie przypadło do gustu. Zdaniem Hansa cierpiała na przesilenie wiosenne, to udokumentowane zjawisko, twierdził. Rhea przeczuwała w głębi duszy, że dotknęło ją coś znacznie gorszego, ale nigdy nie powiedziała tego nikomu z kolektywu. Żeby to w sobie zwalczyć, czymkolwiek to było, zaczęła wstawać bardzo wcześnie. Stało się to z dnia na dzień, zastosowała terapię szokową, zaczęła biegać codziennie o siódmej, zaczęła jadać owsiankę z jabłkiem i rodzynkami, narzuciła swojemu dniowi ściśle określoną strukturę; nie odniosło to jednak oczekiwanego skutku wobec poczucia niewytłumaczalnego, abstrakcyjnego mroku. Za dnia Rhea nadal przesiadywała w swoim pokoju wgapiona w komputer i w ten sposób uświadomiła sobie, jak niespójne były wszystkie jej pomysły na reportaże radiowe i artykuły. Z bardzo niewielu urodziło się coś więcej, żeby nie powiedzieć, że z żadnego nic nie wyszło. I kiedy tak tam siedziała, często sama, podczas gdy pozostali mieszkańcy powrócili do swoich prac zwróconych ku społeczeństwu, wydawało jej się czasem, że pandemia zmieniła w niej coś na zawsze. Nie miała problemu z wyobrażeniem sobie, jak to lockdowny z ostatnich dwóch lat stanowią dla nauk społecznych prawdziwe złoto, jak przez kolejne lata powstają rzetelne i stosowne rozprawy naukowe o tym, co politycy powinni byli zrobić i czego nie zrobili, o makroekonomicznych konsekwencjach takich bądź innych działań – ale wciąż nie mogła dostrzec, jaki inspirujący wpływ koronawirus wywarł na sztukę i kulturę.

Pewnego wieczoru, gdy wszyscy członkowie kolektywu pierwszy raz od dawna znaleźli się razem w pokoju dziennym, Birgitte rzuciła propozycję, by zorganizować w ich siedzibie dzień otwarty. Uważała, że powinni zaprosić ludzi z okolicy i pokazać im, co się tutaj odbywa, w ten sposób sygnalizując otwartość. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robili, ale inicjatywa spotkała się z aprobatą i mimo pewnych zastrzeżeń Rhea także za nią zagłosowała. Ustalono konkretną datę. I to wszystko było powodem, dla którego Rhea i Hans w to środowe pochmurne przedpołudnie w połowie września zajęli się zrywaniem jabłek w wielkim ogrodzie przed domem.

Nad nimi świeciło słońce z niespokojnego nieba upstrzonego chmurami. Silne podmuchy wiatru kołysały miarowo krzewami i koronami drzew. Rhea i Hans uzgodnili, że na podwórzu ustawią skrzynki z owocami, i podczas zrywania dyskutowali o smaku odmiany Discovery. Zdaniem Hansa zawierał nutę czerwonych owoców jagodowych, może truskawek. Rhea wetknęła zbierak między liście, odcięła nim ogonek jabłka i poczuła, jak owoc traci swoje połączenie z drzewem w sposób, który skojarzył się jej z pępowiną przecinaną nożyczkami. Przez ogród przetoczył się kolejny podmuch wiatru. Pulsujący szum, trawa świecąca srebrnozielono, opadnięte liście, które zawirowały w powietrzu. Po jednym ze zgniłych jabłek leżącym tuż obok jej stóp przechadzała się osa, chwilę później wzbiła się w powietrze i zniknęła w przedpołudniowym słońcu, zataczając nerwowe, choć zmierzające w określonym kierunku kręgi. Hans skończył właśnie przydługi wywód o odmianie Discovery i dlatego Rhea już wiedziała, że historia Discovery, i w zasadzie wszystkich innych jabłek, tak jak większość innych historii, była opowieścią o Grekach i Rzymianach, która – jeśli przyjrzeć się jej dokładniej – okazywała się opowieścią o czymś jeszcze starszym. W tym przypadku o Sumerach z Mezopotamii. Kilka tysięcy lat przed naszą erą Sumerowie zaczęli tworzyć odmiany jabłek za pomocą krzyżowania i szczepienia, a dopiero później w ich ślady poszli Grecy i Rzymianie, którzy mieli wielkie zamiłowanie do uprawy jabłek, można się o tym przekonać, czytając poezje Horacego, zdaniem Hansa opisującego Cesarstwo Rzymskie jako jedną wielką plantację owoców. W jeszcze późniejszych czasach jadalne odmiany jabłek przywędrowały wraz ze średniowiecznymi zakonnikami na północ, aż do Skandynawii, gdzie dzięki zimnym nocom i zmiennym temperaturom miały optymalne warunki uprawy i wykształciły smaki o złożonych kompozycjach, balansujących między kwaskowatością a słodyczą.

Rhea rzadko miała coś przeciwko temu, że Hans wygłaszał te swoje wykłady. Myślała o nich jak o radiu, które można było włączyć kilkoma pytaniami i którego się słuchało podczas pracy. Ale akurat teraz Hans milczał. Nad okolicą przelatywało wielkie stado migrujących dzikich gęsi w olbrzymim skupisku kluczy. Tylko to zdarzenie w ciągu następnej godziny oderwało ją od pracy. Widok był niezwykły. Słyszeli szum setek, może tysięcy jednoczesnych uderzeń skrzydeł; potem nadleciało kilka spóźnialskich ptaków, i cała kolonia zniknęła.

Kiedy zanosili skrzynki z jabłkami na podwórze i ustawiali je wzdłuż komórki na narzędzia, zaczęli rozmawiać o pomysłach Hansa na samowystarczalny kolektyw. To on skierował rozmowę na ten temat, powiedział, że zastanawia się, czy nie opowiedzieć o swoich przemyśleniach podczas dnia otwartego. Objaśnić polityczne umocowanie kolektywu, opowiedzieć o samowystarczalności, ekologicznym minimalizmie, może nawet o zabezpieczeniu przed powodziami. Rhea wyraziła obawę, że w oczach tutejszych mieszkańców mogłoby to wyglądać na agresję, gdyby wystąpili przed nimi w ten sposób i zaczęli uzasadniać ideologicznie swój styl życia.

– Wręcz agresję? – zdziwił się Hans.

Rhea zasłoniła się dłonią przed słońcem.

– Nie słyszysz, jak to brzmi?

– Nie bardzo.

Była przyzwyczajona, że jednocześnie zgadzała się z nim i nie zgadzała w wielu kwestiach. Na przykład wiedziała, że zdaniem Hansa byłoby dużo lepiej zarówno dla planety, jak i dla człowieka, gdyby ludzie nigdy nie wyszli poza stadium epoki kamienia. Oboje dyskutowali o tym wielokrotnie i dlatego znali swoje argumenty na wylot. Póki co żadna z ich dyskusji nie zdołała przekonać Rhei, jak społeczeństwo bez szpitali, karetek i penicyliny mogło być korzystniejsze nie tylko dla przyrody, ale też dla ludzkości. Tak jednak uważał Hans.

– Myślę, że nie powinieneś tego robić – powiedziała. – Pozwól ludziom wyrobić sobie własne zdanie. Nie sądzisz, że tak będzie najlepiej? O ile w ogóle ktoś przyjdzie.

– Oczywiście, że ktoś przyjdzie.

Rhea ustawiła pod komórką ostatnie skrzynki, włożyła jabłko między zęby, otworzyła drzwi do dobudówki i zdjęła kalosze na wycieraczce za progiem. Odwróciła się w stronę Hansa, który z zamyślonym wyrazem twarzy nadal palił papierosa. Ugryzła jabłko. W smaku rzeczywiście wyczuwało się nutę czerwonych owoców jagodowych. Pomyślała o owcach na pastwisku. Włożyła z powrotem kalosze i wyszła na przedpołudniowe światło, od którego jej źrenice zdążyły się przez tę krótką chwilę odzwyczaić.

– Jeszcze coś... Miałbyś wieczorem pięć minut? – spytała, przechodząc obok Hansa.

– Oczywiście.

– Bardzo byś mi pomógł.

– Oczywiście.

– Dziękuję, Hans.

Powędrowała ścieżką wzdłuż czarnych bzów i sterty cegieł, które nadal leżały w cieniu na tyłach komórki, czekając na uporządkowanie. Doszła do ogrodzenia. Już kiedy zanurzyła łopatę w śrucie, poczuła, jak owce ciągną ku niej chwiejnym krokiem, każda ze swojego miejsca na pastwisku. Nie zostało zbyt dużo trawy, więc musieli ją uzupełniać sianem i śrutą. Widok ochoczo truchtających zwierząt zawsze przywoływał wspomnienie dzieciństwa. Wtedy też do obowiązków Rhei należało karmienie owiec. Stała przez jakąś minutę, przyglądając się wełnistym stworzeniom. Wyczuwała ich spokój. Jedzenie, sranie, spanie, stanie. Proste życie. W pewien letni dzień przed wielu laty leżała na dachu wraz z przyjaciółką z dzieciństwa, Sofią, skąd obserwowały zabijanie zwierząt. Niezauważone przez dorosłych. Uśmiercaniem zajmował się Hardy, lokalny listonosz. Zwykli widywać Hardy’ego, gdy roznosił pocztę w swoim uniformie, w jasnej koszuli, czarnych spodniach z kantem, zwykli go widywać, gdy nadjeżdżał małym pocztowym samochodem w kolorze musztardowej żółci; a teraz nagle stał tutaj, na podwórzu matki Rhei, przewiązany białym fartuchem, i przystawiał do czoła zwierzęcia coś, co Rhea znała z nazwy jako pistolet bolcowy. Niektóre owce miały imiona, to było w tym wszystkim najgorsze. Że się jakoś nazywały. Ona i Sofia miały dobry widok ze szczytu dachu; widziały stamtąd kościół we wsi, jasnozielone łany pól, po drugiej stronie doliny górkę, z której zjeżdżało się na sankach, i wysokie błękitne sklepienie nieba. Tego letniego dnia widziały, jak płynie krew, a przynajmniej Rhea to tak zapamiętała. Całe podwórze unurzane we krwi.

Kiedy wracała ścieżką, Hansa już nie było na dworze. Znowu wysunęła nogi z kaloszy i weszła do kuchni, gdzie Birgitte, drobna i ciemnowłosa, stała plecami do drzwi i obierała ziemniaki na sałatkę, którą – jak powiedziała – woli zająć się sama. Rano ustawili w pokoju dziennym długi stół, poznosili z całego domu dodatkowe krzesła, a Rhea zrobiła napój powitalny. Opadła na kuchenną ławę. Na stole jadalnianym leżał stary numer czasopisma „Samvirke”; sięgnęła po niego i przekartkowała parę stron. Ostatecznie zatrzymała się przy artykule o tym, dlaczego optymiści żyją dłużej. Opierał się na badaniu przeprowadzonym na Uniwersytecie Bostońskim, w którym uczestniczyło aż pięćdziesiąt tysięcy osób, i wniosek płynący z tego wszystkiego nie był specjalnie zaskakujący: ci, którzy postrzegali świat w najjaśniejszych barwach, w najmniejszym stopniu odczuwali stres. Czyli w życiu korzystny był nie tylko optymizm, ale wręcz hurraoptymizm.

Rhea zamknęła czasopismo i spytała Birgitte, czy miała dobry dzień. Nie odrywając wzroku od obieranych ziemniaków, Birgitte opowiedziała parę rzeczy o szkole podstawowej, w której pracowała. Wspomniała między innymi o Snorrem, uczniu piątej klasy, który całkiem niedawno cisnął cegłówką w głowę innego chłopca. Stąd przezywano go teraz „Cegła”. Zdarzenie było kulminacją długiego ciągu problemów, z których w każdym miał udział Snorre. W związku z tym odbyło się dzisiaj spotkanie kryzysowe z rodzicami obu chłopców. Birgitte w zasadzie uważała, że rodzice Snorrego powinni wyciągnąć konsekwencje i przenieść syna do innej szkoły. Rhea przeczuwała, że to dłuższa historia. Koleżanka wyjaśniła, że to głównie z winy Snorrego piąta klasa jest dysfunkcjonalna.

– Jedno dziecko może spowodować większą szkodę, niżby mogło się wydawać – powiedziała.

– Czyli to właśnie zasugerowałaś rodzicom Snorrego? – upewniła się Rhea. – Żeby zmienił szkołę?

– W rzeczy samej.

Birgitte wciąż stała odwrócona plecami.

– I jak zareagowali?

– Najwyraźniej nie było to dla nich takie oczywiste.

Rhea zobaczyła przez okna Hansa przecinającego podwórko. Za jego plecami wiatr szarpał gałęziami lip.

– Jak dla mnie to spory odpał. Rzucenie cegłą w głowę innego dziecka.

– Owszem. Chłopak wylądował w szpitalu i założono mu trzy szwy.

– Ile oni mają lat?

– Dziesięć–jedenaście.

Birgitte usiadła naprzeciwko niej z kubkiem neski i zaczęła scrollować. Rhea nie odzywała się przez kilka minut. Zanim wyszła, omówiły krótko kwestię często poruszaną w kolektywie – czemu nikt z kopenhaskich przyjaciół nigdy ich nie odwiedzał, nawet teraz, gdy urządzali dzień otwarty.

– Miałam nadzieję, że przynajmniej Tao i Jena do nas zajrzą – powiedziała Birgitte.

– Tak – zgodziła się Rhea.

Spojrzała na telefon. Był najwyższy czas, żeby się zbierać. Wstała i wyjęła kluczyki z ceramicznej misy. Na korytarzu narzuciła swój granatowy polar, włożyła adidasy, zajrzała do kuchni i powiedziała „do widzenia”.

– Zajedziesz po drodze do myjni? – spytała Birgitte.

– To naprawdę konieczne?

– Moim zdaniem tak. Wolałabym, żeby samochód nie wyglądał jak zakurzony trup, kiedy cała okolica zjawi się tutaj z wizytą.

Po chwili Rhea wyszła na podwórze. Kliknięciem na odległość wybudziła Peugeota z uśpienia, otworzyła drzwi i wsiadła do środka. Samochód nie tylko wymagał umycia, przydałoby się go także odkurzyć; dywaniki były brudne, a wszędzie walały się papierki po słodyczach i puste plastikowe butelki. Tym mogła się zająć Birgitte. Kiedy Rhea przejeżdżała przez wieś i wzdłuż skoszonych pól, myślała o pomyśle z przeszłości, by rzucić dziennikarstwo i zająć się ogrodnictwem. Możliwe, że wrócił teraz do niej z powodu dzisiejszego zrywania jabłek. Przez pewien czas zostanie ogrodniczką jawiło się jej jako remedium na wszystkie problemy. Rozmawiała ze starym znajomym, który miał wykształcenie w tym kierunku, sama edukacja sprawiała wrażenie dość ciekawej, ale praca wykwalifikowanego ogrodnika w praktyce nie wydawała się jakoś szczególnie rewolucyjna. Jeżdżenie po duńskich przedmieściach samochodem z logo Vej og Park, gminnego podwykonawcy odpowiedzialnego za utrzymanie dróg i zieleni. Wypalanie chwastów, koszenie trawy na cmentarzu, przewożenie odpadków ogrodowych. Wykształcenie ogrodnicze mogło z pewnością stanowić furtkę do wielu innych życiowych ścieżek, wszystko zależało przecież od tego, co samej się z tym zrobi, ale mimo to Rhea z czasem zarzuciła ten pomysł.

Opuściła Store Damme, przejechała obok czerwonego domu, przed którym zeszłego lata stał wielki stół pełen najróżniejszych rupieci, nieco dalej minęła trzyskrzydłowe gospodarstwo, gdzie przez cały rok sprzedawano antyki. Niebo nad Møn nadal było białe od chmur. Słońce prześwitywało przez nie jak reflektor. Nagle w myślach Rhei znowu pojawiła się Birgitte. To jej wieczne „wolałabym”. Rzadko się zdarzało, żeby podczas rozmowy z nią koleżanka nie użyła tego sformułowania, na świecie było mnóstwo rzeczy, co do których wolałaby, żeby wyglądały inaczej, i zawsze wypowiadała się o tym z zupełną otwartością.

Co wolałaby Rhea?

Zahamowała przed dużym skrzyżowaniem w kształcie T. Po polu na wprost niej jeździł niebieski ciągnik. Z lewej nadjechała spora karawana samochodów, większość z nich z przyczepami, po chwili droga była wolna.

Wolałaby, żeby media społecznościowe nie istniały. Wolałaby, żeby nigdy ich nie wynaleziono. Wolałaby, żeby reklamy zostały zakazane na całym świecie. Każda reklama, jakiegokolwiek produktu, wszędzie. Wolałaby, żeby rok trwał znacznie dłużej; żeby okrążenie Słońca zajmowało Ziemi o wiele więcej czasu, tak by pory roku ciągnęły się w nieskończoność, a zimy stały się tak mroźne i ciemne, aż na koniec zapominałoby się zupełnie o cieple lata, i na odwrót: wieczne, suche lata. Wolałaby trochę częściej uprawiać seks. Wolałaby być węższa w talii i szersza w biodrach, a nie prosta i płaska jak deska. Wolałaby lepiej umieć się uśmiechać. W sposób naturalny, wyluzowany, zwrócony ku światu.

Rzuciła okiem przez boczną szybę i zobaczyła stację Shella. Wolałaby też, żeby Birgitte nie poprosiła jej o zawiezienie auta do myjni. Zawahała się, nim przejechała obok bez zwalniania. Nigdy wcześniej nie myła samochodu w myjni automatycznej, ale potrafiła wyobrazić sobie cały proces. Jakiś złoty program. Mnóstwo różnych opcji wybieranych przyciskami na nieprzejrzystych panelach sterowania, niedziałający sprzęt po poprawnym wjechaniu na rampę, na koniec wezwanie kogoś z personelu, żeby jej pomógł, podczas gdy za nią nieprzerwanie rośnie kolejka pełna zniecierpliwionych mężczyzn, którzy nigdy nie mieli najmniejszego problemu z umyciem auta.

Po dojechaniu do Stege zaparkowała przed SuperBrugsenem. Przez przednią szybę patrzyła prosto na baner z aktualnymi ofertami wielkości człowieka. Sam baton musli z prawej strony zdjęcia miał rozmiar dziecka w wieku przedszkolnym. Rhea wysiadła z samochodu, nie ustawiwszy zegara parkingowego, i ruszyła w stronę miasta, minęła po lewej market budowlany XL Byg i przeszła przez most. Do portu właśnie wpływał jacht, nieco dalej w głąb zatoki unosiły się na falach dwie inne łódki o wydętych żaglach, przechylone pod ostrymi kątami.

Przed rokiem Rhea mimo oporów zaczęła chodzić do psychologa. Matka wręcz to na niej wymogła, kiedy kryzys osiągnął apogeum. Zaproponowała między innymi terapię metapoznawczą, która – o ile Rhea dobrze zrozumiała – miała jej pomóc w zredukowaniu negatywnych myśli – coś, co Rhea kategorycznie odrzuciła. Zgodziła się natomiast na stare, dobre rozmowy z terapeutą, i tym terapeutą była Lis.

Rhea podążyła deptakiem, skręciła w starą część miasta, gdzie Lis miała swój gabinet na pierwszym piętrze ciemnożółtej kamienicy. Terapeutka w średnim wieku, o lekko kanciastej sylwetce, przywitała ją jak zwykle u szczytu schodów, jak zwykle uścisnęły sobie ręce i jak zwykle pachniało tam dymem papierosowym i perfumami. Szybko weszło Rhei w nawyk rozmawianie z Lis o tym, co akurat wpadło jej do głowy. Miało to nie być zbyt głębokie ani zbyt skomplikowane, tylko wprost przeciwnie, tak postanowiła na samym początku; i póki wychodziła z konsultacji w lepszym nastroju, niż kiedy tam przyszła, cel zostawał osiągnięty.

– Rhea, proszę, usiądź.

– Dziękuję.

Zajęła miejsce w fotelu i założyła grzywkę za uszy. Zanim zaczęła mówić, jak zwykle rozejrzała się dyskretnie po gabinecie; indyjski dywan na podłodze, o którym wiedziała, że pochodził z podróży do Ladakh odbytej w latach siedemdziesiątych, dwie grafiki Matisse’a, maski z różnych kontynentów i słoneczne światło, właśnie w tej chwili wlewające się przez okno, mające za przeszkodę jedynie koronę drzewa, której cienie tańczyły po regale za plecami terapeutki. Mogły rozmawiać o najróżniejszych rzeczach. O ojcu Rhei, który wyjechał do Stanów, kiedy była dzieckiem. O napaści, której doświadczyła podczas podróży z plecakiem po ukończeniu liceum. O fundamentalnej nieufności do innych ludzi, do świata jako takiego, spodziewaniu się katastrofy czyhającej za każdym rogiem, co było jedną z konsekwencji nadużycia. Mogły rozmawiać o tak wielu sprawach, Rhea i Lis, ale po co miały zagłębiać się w rzeczy zbyt wielkie i skomplikowane? Na ich końcu czekała tylko jeszcze większa komplikacja; kiedy człowiek zgłębiał własne psychologiczne traumy, wszystko stawało się jeszcze bardziej nieprzejrzyste; w każdym razie zgodnie z teorią Rhei, i dlatego ich dzisiejsza rozmowa zeszła na temat jej zastrzeżeń dotyczących organizacji dnia otwartego przez jej kolektyw. Rozmawiały o zrywaniu jabłek i o sałatce ziemniaczanej. Rhea opowiedziała o Hansie, który wydawał się bardzo pewny siebie i swoich przekonań i który z największą naturalnością przydzielał zadania wszystkim dookoła. Opowiedziała też o Birgitte, która na odwrót, wolała wszystko robić sama, dokładnie tak jak Rhea.

– Wygląda to tak, jakbym nigdy nie nauczyła się współpracować – powiedziała, nie odrywając wzroku od indyjskiego dywanu. – Jestem tak jakby „albo–albo”.

– W jaki sposób „albo–albo”? – spytała Lis.

Rhea spróbowała wyjaśnić, że zazwyczaj albo pozwalała innym sobą dyrygować, niemal całkowicie rezygnując z samodzielności, po prostu wykonywała cudze rozkazy, albo na odwrót – brała pełną odpowiedzialność za jakiś projekt. Pole pomiędzy tymi dwoma biegunami, które można by nazwać współpracą – w tym nigdy nie była dobra. Pamiętała to już ze szkoły podstawowej. Była wtedy zażartą przeciwniczką pracy grupowej w jakiejkolwiek formie. Albo przejmowała całą inicjatywę i potrafiła rozwiązać wspólne zadanie praktycznie na własną rękę, nie dopuszczając do niego pozostałych, albo też nie brała w niczym udziału i zachowywała całkowitą bierność, pozwalając reszcie grupy robić, co im się podobało.

– Może właśnie dlatego źle funkcjonuję w związkach – stwierdziła. – Bo to też jest jakiś rodzaj współpracy.

– Jesteś dla siebie surowa.

– Naprawdę?

Lis pokiwała głową.

– Brakuje ci bycia w związku?

Rhea spojrzała na sufit.

– Nie jestem pewna. Może. Ale trudno mi już to sobie wyobrazić. Okej, a więc odczuwam to jako olbrzymią utratę kontroli – powiedziała, wracając do tematu organizacji dnia otwartego. – To, że pojawi się u nas mnóstwo ludzi, których nie znam. Gdybyśmy chociaż mieli jakiś program albo jakiś plan. Ale skończyło się na pustej gadaninie. Już teraz miałabym ochotę zamknąć się w toalecie i zostać tam przez jakieś pół godziny.

Lis się uśmiechnęła.

– Pewnie wychodzę na meganeurotyczkę – powiedziała Rhea.

– Owszem, takie zachowanie byłoby odrobinę neurotyczne. Ale czy to czemuś szkodzi?

– Och.

– Spróbuj przestać się osądzać. Zamiast tego postaraj się siebie zaakceptować. Jesteś tym, kim jesteś. Niczego nie trzeba w tobie zmieniać.

Nastąpiła krótka pauza. Lis ją w końcu przerwała opowieścią o maratończykach. Ci, którzy radzili sobie najlepiej, powiedziała, z reguły potrafili się skupić na prostych rzeczach podczas pokonywania czterdziestu dwóch uciążliwych kilometrów. Na przykład na biciu swoich serc. Maratończyk nie powinien zwracać zbyt dużej uwagi na drzewa, krajobraz i publiczność, najlepiej, by zachował skupienie. Dotyczyło to w zasadzie wszystkich dyscyplin, w których sportowcy występowali solo.

Skupić uwagę na czymś prostym.

Rhea zastanowiła się nad tą radą. Wydawała się rozsądna. Jednak wsłuchiwanie się w rytm własnego serca niekoniecznie brzmiało jako coś superuspokajającego. Zasadniczo wolałaby zapomnieć, że ma ciało pełne narządów utrzymujących ją przy życiu, mózg pełen skomplikowanych połączeń, wątrobę i nerki, które mogły nagle wysiąść, krew, w której mogły powstać skrzepy, bijące serce, które w każdej chwili mogło przestać bić.

– Spróbuj dzisiaj tak się skupić – powiedziała Lis. – Możesz to potraktować jak ćwiczenie. Zamiast starać się wszystko ogarnąć, porozmawiaj z jednym sąsiadem. Mogłabyś dostać takie zadanie na następny raz: wdać się w rozmowę z kimś, z kim nigdy wcześniej nie miałaś do czynienia.

Rhea natychmiast pomyślała o Tommym.

– Może – odparła. – W każdym razie najlepiej funkcjonuję w kontaktach jeden na jeden. Nawet jeśli przed chwilą powiedziałam, że źle funkcjonuję w związkach.

Rhea ukryła twarz w dłoniach i siedziała tak przez dłuższą chwilę. Obudziło się w niej uczucie, niczym złe, znajome zwierzę, że jest wewnętrznie niespójna, sprzeczna i paradoksalna na najbardziej podstawowym psychologicznym poziomie.

– Jeszcze jedno, Rhea – powiedziała Lis – jeśli chodzi o kontrolę. Bo ostatecznie właśnie w tym tkwi problem. Czasem jest tak, że możesz zyskać kontrolę, dopiero gdy pozwolisz sobie ją stracić. Czy ma to dla ciebie sens?

– Chodzi o zaufanie?

– Możesz to do tego sprowadzić.

Rhea zastanowiła się nad tym.

– Wydaje się to sensowne. Ale także trudne. Zyskać kontrolę poprzez rezygnację z niej. Według mnie to coś, o czym można tylko pomarzyć.

– Wymaga to codziennej pracy – powiedziała Lis.

Wstały. Światło słoneczne i cienie wciąż tańczyły bezgłośnie po półkach za plecami terapeutki. Trzy kwadranse minęły.

– Wygląda na to, że się przejaśniło – zauważyła Rhea.

Lis odpowiedziała uśmiechem i wyciągnięciem ręki.

Rhea ją uścisnęła.

– Dziękuję za dzisiaj, Lis.

Kiedy wyszła na wiatr, słońce przysłoniła ciemnoszara chmura. Rhea zapięła kieszeń polaru, spojrzała na zegarek i stwierdziła, że przedpołudnie już się skończyło.

Jak zwykle przeskanowała minioną godzinę w poszukiwaniu głupstw, które być może powiedziała. Niczym drapieżny ptak podczas zwiadu wzniosła się wysoko nad sobą. Oto cała ona, posuwająca autowiwisekcję i autoobserwację do granic absurdu, i godzina tygodniowo z psychologiem nie mogła tego zmienić. Czasem, kiedy kładła się spać, potrafiła przypomnieć sobie o rzeczach, które powiedziała dawno temu, żenujące uwagi rzucone przed laty w tym czy innym kontekście towarzyskim, którymi nadal potrafiła się katować.

Szła przez miasto z wrześniowym wiatrem wiejącym jej w twarz. Ciepłym, dmącym oporem na czole, policzkach, szyi. W SuperBrugsenie kupiła piwo, napoje gazowane i chipsy. Przypomniała sobie też, że potrzebuje nowego dezodorantu. Sterczała przed półkami o wiele za długo; Biotherm, Nivea, Änglamark czy Neutral? Niezdecydowanie, niezdecydowanie. Na koniec zamknęła oczy i chwyciła losowy produkt. Opuściła Stege, kierując się na zachód, z powrotem ku siedzibie ich kolektywu, która za niecałe dwie godziny miała zapełnić się ludźmi, ludźmi, którymi Rhea już dawno powinna się bardziej zainteresować. Po drodze zatrzymała się na Shellu. Przed myjnią nie było kolejki, wysiadła, przeczytała instrukcję, zrealizowała wymagane kroki, wszystko przebiegło gładko i po chwili w otaczającym Peugeota półmroku zawirowały szczotki, jakby samochód na krótki czas stał się głównym aktorem w mokrym maszynowym balecie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki