Na Podlasiu. Antonia - Panasiuk Agnieszka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Na Podlasiu. Antonia ebook i audiobook

Panasiuk Agnieszka

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Jest rok 1869. Antonia Gillard traci posadę nauczycielki na pensji dla dziewcząt. Opuszcza Warszawę i zostaje guwernantką w domu rosyjskiego urzędnika w Białej na Podlasiu. Tu zawiązuje przyjaźnie, poznaje lokalne tradycje i śledzi poczynania Oswobodziciela – tajemniczego jeźdźca, który pomaga mieszkańcom regionu mierzyć się z carskimi represjami. W wyniku intrygi guwernantka musi pożegnać się z nauczaniem i podjąć się zupełnie nowego zajęcia.
Antonia, jako dama do towarzystwa hrabiny Stefanii, wyjeżdża do Franopola. Bierze udział w życiu towarzyskim, podróżach i wizytacjach majątków, ale równocześnie angażuje się w pomoc ubogim i chorym. Los sprzyja kobiecie, która zakochuje się z wzajemnością. Jednak dla zakochanych nadchodzi czas próby. Czy zdołają zmylić tropy i odwrócić od siebie uwagę carskiej policji? Jak potoczą się dalsze losy Antonii?
Antonia, Cecylia i Aleksandra – trzy kobiety. Trzy odmienne losy. Trzy tomy cyklu powieści Agnieszki Panasiuk rozgrywającego się na Południowym Podlasiu w drugiej połowie XIX stulecia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 379

Rok wydania: 2020

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 43 min

Rok wydania: 2020

Lektor: Donata Cieślik

Oceny
5,0 (9 ocen)
9
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Roza_linka

Oceń książkę

Bardzo interesujaca opowieść o życiu na Podlasiu w tamtych odległych czasach. Wspomnienie o ciekawych potrawach spożywanych wtedy i dzisiaj. polecam
10
Anngdow8

Oceń książkę

Piękna powieść gorąco polecam
10
emerytka1950

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna książka.
00
wioolcia

Oceń książkę

Super
00
mpawlik88

Oceń książkę

Antonia Gillard traci pracę jako nauczycielka wskutek ujawnienia jej patriotycznej działalności i opuszcza mury Instytutu Wychowania Panien z wilczym biletem. Wszystkie drzwi w Warszawie są dla niej zamknięte, ale niespodziewanie dzięki protekcji pewnego carskiego wojskowego otrzymuje propozycję pracy w roli guwernantki dwóch małych dziewczynek. Trafia do rodziny Fiodora Tochoczewskiego, a jego dwie córki okazują się być nad wyraz chętnymi i pojętnymi uczennicami. Niestety dobrą passę przerywa pewne wydarzenie, po którym Antonia w atmosferze skandalu opuszcza rosyjską rodzinę, a schronienie odnajduje pod dachem hrabiny Bolinowskiej. Kolejne dni zostają wypełnione przez pracę i podróże oraz tajemniczego Oswobodziciela. Kim jest jeździec walczący o dobro rodaków i przeciwstawiający się carskiej opresji? Jaka relacja połączy go z Antonią? Kim był jej protektor i w jaki sposób jest on związany z hrabiną Bolinowską? Czy Antonia odnajdzie w końcu spokój i szczęście w życiu? A może stąpa po g...
00



Wszystkie prawa zastrzeżone. Zarówno cała książka, jak i jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w        środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Szara Godzina s.c.

Projekt okładki i        stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Zdjęcia na okładce

© Kathryn Servian | Depositphotos.com

Redakcja

Aleksandra Marczuk

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Wydanie I,        Katowice 2020

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i        zdarzeń rzeczywistych jest w        tej książce niezamierzone i        przypadkowe, choć występują również postaci historyczne.

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER S.A.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.liber.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2019

ISBN 978-83-66573-39-0

Rodzicom,

Siostrze,

bialczanom

Rozdział 1

Sierpniowe słońce leniwie muskało stolicę Kraju Przywiślańskiego. Dochodziło południe. Polacy nie należeli do narodów leniwych i mimo skwaru nie przerywali pracy. Trudno było ją zresztą porzucić pod czujnym okiem żandarmów i urzędników zaborcy. Ulice Warszawy wrzały od huku dorożek, wozów i wózków terkoczących po bruku. Obcasy przechodniów, szukających choć odrobiny cienia, wystukiwały przeróżne rytmy. Zewsząd dochodził gwar rozmów, okrzyki sprzedawców i targujących się kumoszek. Zdawało się, że w tym zabieganiu i intensywnych emocjach próżno było szukać kogoś, kogo życie biegłoby ze spokojem. A jednak!

Krystyna, w skromnej błękitnej sukni przepasanej żółtą wstęgą i w słomianym kapelusiku na kruczoczarnych włosach, szła na dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Wyglądała tak, jakby podążała własną ścieżką między łanami zbóż, a nie ulicą Marszałkowską, zabudowaną kamienicami i pałacykami. W głowie układała wieści, które musiała przekazać powracającej przyjaciółce, a trudno było w piękne szaty przyodziać gorzkie nowiny. Zajęta rozmyślaniem nie dostrzegła dziś na swojej drodze sprzedawczyni zamorskich pomarańczy, podróżnych czepiających się w biegu omnibusa czy małego obdartusa głośnym krzykiem oznajmiającego o nowym numerze „Kuriera”. Zerknąwszy na zegarek przypięty do sukni, skierowała kroki do pobliskiej świątyni. Tam przyklękła w ostatniej ławie, prosząc Boga i świętych o odwrót złego losu od swojej „duchowej siostry”, jak zwykła nazywać Antonię. Nie powita jej, jak wymaga tego staropolska tradycja. Ciężko westchnąwszy, przeżegnała się i wyszła ponownie na gwarną ulicę Marszałkowską.

Dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej projektu architekta Henryka Marconiego stał na rogu ulic Jerozolimskiej i Marszałkowskiej. Wewnątrz murowanego budynku panował mniejszy gorąc niż na zewnątrz, ale za to większy harmider, powodowany przez licznych podróżnych. Krystyna wyszła z holu na peron, skąd dojrzała smużkę dymu. Jeszcze kilka chwil i Tosia powróci. Tylko do czego? – pomyślała.

Słysząc gwizd lokomotywy, z poczekalni dworca na peron wyszli także inni warszawiacy oczekujący na podróżnych. Wśród ogólnego huku ekspres z Wiednia punktualnie o dwunastej trzydzieści zakończył podróż, hamując z piskiem. Wagony otwarto. Z trzeciej i czwartej klasy wyskakiwali niepewnie małomiasteczkowi urzędnicy wysłani do stolicy w „ważnej sprawie”, chłopskie rodziny i młodzieńcy z prowincji poszukujący pracy i szczęścia. Z pierwszej klasy, ociągając się, z ciężkimi bagażami niesionymi przez służbę wyłaniały się stare hrabiny, księżne i baronowe wracające z „badów”1 czy włości w Galicji. Ku ich konsternacji w podróży tej towarzyszyli im nowobogaccy przedsiębiorcy i kupcy, którzy jeszcze nie tak dawno dzielili z mieszczanami i inteligentami miejsca w klasie drugiej.

1 Powszechna nazwa uzdrowisk położonych na terenach niemieckojęzycznych [wszystkie przypisy pochodzą od autorki].

Na samym końcu z wagonu pierwszej klasy wysiadło gibkie i zgrabne dziewczę z jedną tylko walizką. Suknia i pelerynka z czarnej krepy niekorzystnie podkreślały jej bladą cerę, ale zarazem uwydatniały złocistość włosów. Młoda kobieta wyglądała jak promień słońca zaciągnięty żałobnym kirem.

– Antosia! Tu jestem! – krzyknęła Krystyna, machając w jej stronę. Przebijając się przez tłum, podbiegła do przyjaciółki.

Ściskały się na powitanie kilka dobrych minut. Gwar panujący na peronie nie pozwalał na prowadzenie spokojnej rozmowy, dlatego z radością przeszły z głównego holu do herbaciarni na piętrze.

– Hrabina Kicka uparła się, żebym wracała pierwszą klasą, a do tego w tej „odpowiedniej” czerni – tłumaczyła Krystynie swój wygląd Antonia zwana przez znajomych Tosią. – Nie mogłam nic na to poradzić. Wiesz, jaka ona jest zasadnicza. A może w ten sposób chciała pokazać, że jej na mnie zależy? Jest taka chłodna w uczuciach. Ale cóż, tak ją wychowano. Powieka by jej nie drgnęła, gdyby się okazało, że zostanie cesarzową. Ale dobra z niej dusza – opowiadała energicznie o damie, którą konwojowała do kurortu. Nie zwróciła uwagi na ściągniętą twarz Krystyny. – W pewnym momencie pomyślałam, że każe mi zostać ze sobą w tej Szwajcarii, a wiesz, że sprostanie jej wymaganiom, przy tych jej zmiennych humorach, graniczy z cudem i nie mówię tego przez złośliwość. Bogu dzięki, udało nam się znaleźć odpowiednią damę do towarzystwa, a w dodatku dyplomowaną pielęgniarkę. Tak naprawdę spokój poczułam dopiero w chwili, gdy konduktor zakomunikował odjazd z Wiednia. Gotowa byłam przysiąc, że hrabina w ostatniej chwili przyśle forysia z listem i każe mi wracać nad Jezioro Genewskie. – Tosia zamrugała chabrowymi oczyma i już wydęła usta, by parsknąć śmiechem, gdy w końcu zwróciła uwagę na dziwną nerwowość Krystyny.

Przyjaciółka najwyraźniej nie była zainteresowana jej słowami, tylko strapiona i zadumana obracała w dłoniach filiżankę z napojem.

– Krysiu kochana, ja tu plotę, a chyba stało się coś niedobrego? – zapytała poważnie Antonia. – Widzę po tobie zdenerwowanie. Czyżby pani Gądecka wymówiła stancję? Tyle razy się odgrażała. Mam fundusze, zapłacimy jej z góry za cały kwartał. Po to przecież tę dodatkową pracę z konwojowaniem hrabiny złapałam.

– Nie, nie o to chodzi. Pani gospodyni… Pani Gądecka łaskawsza dla nas, odkąd powóz hrabiny zabrał ciebie spod naszej kamienicy. Zadałaś tym splendoru. Och… – jęknęła Krystyna – muszę to w końcu powiedzieć.

– Krysiu, wyrzuć to z siebie. – Tosia ujęła dłoń przyjaciółki i delikatnie pogładziła ją po zbladłym policzku.

– Olga Fiodorowna Wołgogradowa wymówiła nam posady w Instytucie! – powiedziała zrezygnowana Krystyna. – Od nowego roku szkolnego nie mamy gdzie uczyć. Wszystko wyszło na jaw. To, że potajemnie nauczamy polskiego, polskiej historii i geografii. Twoja przeszłość, to, co z ojcem robiłaś w powstaniu. Wszystko oczywiście przez długi jęzor którejś z naszych podopiecznych. – Dziewczyna wyrzuciła z siebie cały nagromadzony ciężar, po czym skryła twarz w dłoniach i zaczęła cicho pochlipywać.

– Tylko nie to! – jęknęła z zawodem Tosia.

Zdawało się, że w herbaciarni ruch wokół nich zamarł. Antonia pogrążyła się w niewesołych myślach. Mimo obostrzeń wprowadzonych przez surową dyrektorkę Instytutu Wychowania Panien i odgórnych wytycznych rosyjskiego inspektora nie wyobrażała dla siebie innego zajęcia. Swoją nauczycielską pracę kochała ponad wszystko. Uczennice Instytutu, panienki z dobrych domów, garnęły się do francuskiego, który był drugim językiem ojczystym Antonii, jako że jej ojciec był rodowitym Francuzem. Wiedzę o dawnej Rzeczypospolitej młodym damom z ziemiańskich dworków, oddanym na naukę do stolicy, można było przekazać na dodatkowych zajęciach czy konwersacjach. Antonia wiedziała, że nie z każdą uczennicą i nie z każdą klasą mogła sobie tak śmiało poczynać. Razem z Krysią długo i wnikliwie obserwowały młode Polki, by się upewnić, która z nich wywodzi się z patriotycznej rodziny, a której zależy tylko na przypodobaniu się rosyjskiemu zaborcy.

Dyrektorka Instytutu, Olga Fiodorowna Wołgogradowa, stała na straży „prawidłowego” wychowania lansowanego przez zruszczone urzędy w duchu pogardy dla polskości. W całym zaborze nauczanie języka, literatury, historii, geografii, a nawet tradycji i obyczajów było bezwzględnie zakazane pod karą więzienia. Każda nauczycielka w każdej szkole Kraju Przywiślańskiego odbywała na ten temat rozmowę ze swoimi przełożonymi i zdawała sobie sprawę z tego, co grozi za naruszenie zakazu. Dlatego też większość kadry w szkolnictwie rekrutowała się z Rosjanek kształconych w kolegium petersburskim, które pracą w prowincjonalnej Warszawie zaspokajały swoje wygórowane potrzeby finansowe. Ich pensje nawet trzykrotnie przewyższały gażę Antonii i jej przyjaciółki, zubożałej szlachcianki Krystyny Błęckiej.

Krysia lojalnie sekundowała Tosi, gdy ta podejmowała ryzykowne przedsięwzięcie. Teraz obie wypłakiwały oczy nie tyle z żalu po utracie pracy, ile z rozpaczy, że nikogo już o Polsce nie nauczą.

– Co właściwie powiedziała Wołgogradowa? – zapytała szeptem Antonia, otrząsnąwszy się po chwili zamyślenia. W herbaciarni zebrał się spory tłum podróżnych.

– No cóż… – zaczęła smutno zrezygnowana Krystyna. – Jedna z naszych uczennic to nie takie niewiniątko, za jakie uchodzi. Opowiedziała dyrektorce o twojej konwersacji przy herbacie na temat Świtezi Adama Mickiewicza, a przy okazji przywołała historie kilku powstańczych potyczek i nadmieniła o udziale w nich twojego ojca. Olga wielce się zdziwiła. Miała cię za rodowitą Francuzkę, przybyłą prosto z Paryża. – Krystyna zrobiła pauzę, a ponieważ Antonia domagała się dalszych wyjaśnień, kontynuowała: – Wołgogradowa ma wuja w admiralicji. Rozpytała się, a on potwierdził, że twój ojciec pomagał rannym powstańcom i przerzucał tych najbardziej zaangażowanych przez granicę. No i był na jego egzekucji. Tyle Wołgogradowej wystarczyło, by dać ci wymówienie. Oto i cała sprawa – chlipnęła Krystyna i wytarła nos w chusteczkę. – Zawezwała mnie listownie przedwczoraj i oznajmiła, że widzieć nas więcej w Instytucie nie chce, że możemy się pakować. Znalazła już prawdziwą madame na twoje miejsce. Dodała, że wielce ją zawiodłaś, ukrywając swoje pochodzenie.

Słowa przekazane przez Krystynę zabolały Antonię i dziewczyna znowu popadła w zadumę. Oto ponosiła winę nie tylko za swoje zwolnienie, za swój los. Ojciec i brat Krysi byli na katordze na dalekiej Syberii, a jej matka i dwie małe siostry mieszkały kątem u kuzynów w Konstancinie, gdy po powstaniu wyrzucono je z rodzinnego dworku. To najstarsza Błęcka była żywicielką rodziny, a teraz straciła ten chleb, ponieważ pomagała Tosi.

Krysia zauważyła grymas na twarzy przyjaciółki i jakby czytając jej w myślach, powiedziała zdecydowanie:

– O mnie się nie martw! Pani Gądecka ma serce. Jak się dowiedziała o naszym nieszczęściu, zarekomendowała mnie do opieki nad córkami pani Zabrzezińskiej z Kabat. Mąż jej pisze do „Kuriera” i będzie mi jeszcze korektę przynosił. O mnie się nie martw! – powtórzyła dobitnie. – Najgorsze, że nic dla ciebie nie mamy. Może szkoda, że hrabina cię puściła z tego konwojowania?

Napięcie odpłynęło z twarzy Antonii. Gwałtownie wstała i rzekła dumnie:

– Dam sobie radę! Jestem córką doktora Gillarda. Miałam piętnaście lat, gdy pomagałam rannym powstańcom w leśnych ostępach, a szesnaście, gdy zostałam sama na świecie. Teraz mam dwadzieścia dwa lata i dwie zdrowe ręce. Poradzę sobie. Muszę! Nie ma na co czekać. Chcę to mieć za sobą. Idę od razu do Instytutu – zdecydowała.

Krystyna się zgodziła. Antonia, zaciskając usta, wzięła swój bagaż i z przyjaciółką pod rękę opuściła dworcową herbaciarnię. W tym czasie ruch na Marszałkowskiej nie zamarł, więc szybko skręciły w ulicę mniej zatłoczoną, kierując się w stronę pensji.