Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Na ziemi bialskiej trwa rewolucyjna burza. Ścierają się poglądy i ludzie. Dochodzi do brutalnych aresztowań i carskich represji, w wyniku których Anastazja musi uciekać. Na podlaskiej prowincji rozpoczyna nowe życie – uczy chłopskie dzieci, pomaga chorym, odkrywa sens pracy dla innych. Poznaje tam Eugenię, która odsłania przed nią rodzinne sekrety, i Ignacego, który ofiaruje jej ciepło i czułość.
Jednak w jej myślach i snach wciąż pojawia się lęk o Krzysztofa i nurtujące ją pytanie: jaki los go spotkał?
Agnieszka Panasiuk z pasją i znajomością historii opowiada o rewolucyjnej Białej, a także o życiu wśród podlaskich ziemian na początku XX wieku. W drugim tomie dylogii Burza na Podlasiu. Krzysztof poznajemy dalsze losy Anastazji i Krzysztofa. To opowieść o dojrzewaniu do nadziei, o sile, którą daje codzienność, i o miłości bez żądań.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 222
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystkie prawa zastrzeżone. Zarówno cała książka, jak i jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Szara Godzina s.c.
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna M. Wojewoda-Damasiewicz
Zdjęcia na okładce
© alfazetchronicles | 123rf.com
© pramotephotostock | 123rf.com
Redakcja
Marta Jakubowska | Słowa na warsztat
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Korekta
Elwira Zapałowska | Słowa na warsztat
Wydanie I, Katowice 2026
Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń
rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe, choć występują również postaci historyczne.
Wydawnictwo Szara Godzina s.c.
www.szaragodzina.pl
Tekst © Agnieszka Panasiuk
© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2025
ISBN 978-83-68674-43-9
Odwieczna walka nocy i dnia rozgrywała się na oczach Anastazji siedzącej przy oknie facjatki. Chociaż czekał ją kolejny długi dzień pełen trudów i zmartwień, nie mogła spać, zatapiając się w niewesołych rozmyślaniach. Musiała zadbać zarówno o strajkującą Urszulę, która pamiętnego dnia nie pojawiła się w domu, jak i o swoją rodzicielkę czy młodszych braci narażonych na humory rozżalonego sytuacją w kraju Cichosza. Ledwo rozpoczęty dzień miała zakończyć zabawa w Ostatnim Groszu, od której nie wypadało się wymówić. Anastazja nie była jednak w nastroju na tańce, niezwykle poważna po ostatnich niespodziewanych zdarzeniach.
W Białej też odczuwało się nerwowość, chociaż tylko uczniowie przystąpili do strajku, wytyczając tym postępkiem nową drogę w historii miasta. Drogę młodzieży żądnej zmian. Robotnicy, przekonani przez Krzysztofa i innych członków PPS-u, jeszcze zbyt krótko agitowani do wzniosłych haseł, nie dołączyli do akcji. Usatysfakcjonowały ich drobne podwyżki pensji. Podobnie zachowali się pracownicy kolei, którzy nie byli ostro traktowani przez swoich przełożonych. Zdarzało się jedynie besztanie za drobne niedociągnięcia i karcenie ostrym słowem, ale nie była to nagminna praktyka. W tych antyagitacyjnych czynnościach przodował zwłaszcza Cichosz w parowozowni. Podlegli mu robotnicy przyzwyczaili się do łajania i twardej ręki parowoźnika, ale od wybuchu strajku szkolnego, do którego przyłączyła się i jego młodsza córka, działania te się wzmogły. Zmęczeni, sponiewierani pracownicy, dodatkowo karmieni umoralniającymi gadkami majstra, zastanawiali się nawet nad interwencją u wyżej postawionych przełożonych, przed którymi odpowiadał, ale obawiali się, by nie zostało to poczytane za bunt.
Wincenty Cichosz i w domu nie ukrywał swego złego humoru. Jego autorytet ponownie został podkopany. Młodsza latorośl, rzeźbiona na jego modłę, zdobyła się na samodzielne myślenie i działanie wykraczające poza swobodę, którą jej wyznaczył. Porządnie złoił jej za to skórę i zamknął w ciemnej piwnicy, by przemyślała swój postępek. Na nic zdały się odwiecznie powtarzane argumenty, że należy postępować elastycznie, umieć się dostosować do każdej sytuacji, znaleźć taki środek, by zawsze przynosił korzyść, by wyjść na swoje bez szwanku. Nauka lawirowania między patriotami a carskimi sługusami, między stojącymi w hierarchii na najniższym i najwyższym stopniu drabiny społecznej nie wyszła mu.
Urszula, mimo że obita, głodna i spłakana, wyszła w końcu z domu, ale do progimnazjum żeńskiego nie dotarła. Stanęła ramię w ramię z uczniami gimnazjum męskiego na warcie wyłapującej łamistrajków. Do domu już nie wróciła. Chciała ukryć się na nowej stancji Wojtka, ale Anastazja uprosiła dla niej kąt u prawosławnych sióstr prowadzących szpitalik i ochronkę.
– Tu przynajmniej nikt nie wytknie ci złego prowadzenia się – stwierdziła. – Co za pomysł mieszkać z mężczyzną bez sakramentów!
Urszula zaśmiała się krótko, acz z nieudawaną wesołością. Byli z Wojtkiem jeszcze dzieciakami, przepełniały ich romantyczne ideały i mrzonki o rzeczach wzniosłych, ale nic więcej. Za to miejscowe plotkary odznaczały się wyjątkową wyobraźnią i musiała przyznać rację Nastce. I bez tego wzięto ją na języki. Nie potrzebowała, by strzępili je mocniej.
– Twoja znajoma, Maria, mieszka ze stolarzem bez ślubu – rzekła zadziornie.
– I gęby sobie nią wycierają – fuknęła poczerwieniała Cichoszówna.
Ula miała rację. Maria przeniosła się do mieszkania Brodackiego, sądząc, że ten w końcu poważnie się zadeklaruje i stanie z nią przed ołtarzem. Krzysztof uważał to za niedorzeczny pomysł.
– Przecież Jan nie wierzy w Boga. Nigdy się nie ożeni, bo Kościół znaczy dla niego tyle co nic, a cywilnych związków u nas nie ma – skomentował, gdy dotarła do niego ta wieść.
Anastazja miała swój plan względem Urszuli.
– Będziesz moimi uszami i oczami, siostrzyczko – zapowiedziała. – Jefimowska prosiła mnie o dokładny raport z bialskiego ośrodka, a to, co okazyjnie zaobserwuję, nie przedstawi jej pełnego obrazu sytuacji. Sprawdzisz, jak się sprawy mają i czy nie dochodzi do marnotrawienia z trudem zebranych środków.
– A ty moimi. – Dziewczyna nie pozostała dłużna. – W komitecie strajkowym potrzebujemy informacji o nastrojach wśród uczniów pozostałych w szkołach, o poglądach profesorów czy działaniach kierowników.
Tymczasem w domu po odejściu Uli nic się nie zmieniło. Pozostali członkowie rodziny byli zmuszeni znosić rosnącą przemoc ze strony Cichosza. Popychanie czy szturchanie stało się codzienną rutyną, tak jak przekleństwa i wyzwiska. Starali się jak najczęściej schodzić rozsierdzonemu ojcu z drogi, zajmując się pracą i powszednimi obowiązkami.
Anastazja szczególnie trudno znosiła bierność i udawanie lojalnej zwolenniczki carskiego kursu. Czyniła to dla dobra matki i młodszego rodzeństwa, zapominając o dumie i hardości. Przestała się hamować dopiero na zabawie w karczmie, usłyszawszy niesprawiedliwą opinię inżyniera Wilczyły.
– Głupcy! – Krzysztof nie krył swojego zdania na temat strajkujących gimnazjalistów, choć mina Anastazji wyrażała dezaprobatę dla jego słów. – Mogli prosić o więcej wedle naszych haseł, a nie tak zachowawczo. Z tych narodowców są żadni wojownicy o Polskę, tylko o jakąś ugodę. Mogli prosić o zakładanie szkół, powszechność nauki średniej czy równe prawa edukacyjne dla dziewcząt, o samorządność. A oni co? Lekcje po polsku.
– To i tak wiele – zauważyła Anastazja. – Może nawet zbyt dużo. Nie wiem, czy wytrwają. Ja bym się chyba poddała, chociaż dla nauki zrobię wiele. Znam jednak swoje możliwości i wiem, że w obecnym systemie dalsze kształcenie jest dla mnie nieosiągalne – odparła ze smutkiem, myląc przy tym kroki tańca.
Zapusty świętowano hucznie. Przed czasem skruchy, którą miał przynieść Wielki Post, młodość domagała się, by się wyszumieć. Raabe nie zezwolił na tańce w przyzakładowej świetlicy i robotnicy musieli zadowolić się najobszerniejszą salą Karczmy Ostatni Grosz od wieków strzegącej rozstaju dróg przy ulicy Witoroskiej. Przedsiębiorca nie krył, że myśli zaprzątają mu teraz ważniejsze sprawy. Strajki w Przywiślańskim Kraju wybuchały, tliły się, kończyły, aby po kilku dniach spokoju rozgorzeć na nowo. Represje stosowane przez aparat władzy zdawały się nie robić na społeczeństwie należytego wrażenia. Kozackie nahajki, rzędy wycelowanych karabinów czy podwojone patrole od lat nie stanowiły na zaborczej ziemi niczego dziwnego. To ludzie przekonali się o słabości cara, o tym, że nie panuje nad wszystkim i wszystkimi, skoro to uboższe, niewykształcone klasy wychodzą teraz na ulicę. Jeszcze parę lat wstecz było to nie do pomyślenia.
– Głupcy to głupcy, ale mimo trudu podtrzymują strajk. Gadać potrafią wszyscy, nawet tu na zabawie. W koło tylko o strajkach i rewolucji – zauważyła Cichoszówna, gdy zasapani po tańcu przystanęli pod ścianą karczmy.
Dym z kominka i łojowych świeczek mieszał się z oparami znad Krzny dostającymi się przez otwarte drzwi, tworząc gęste chmury nadające wnętrzu niepokojącą atmosferę.
– Obaczymy, jak długo wytrzymają – mruknął inżynier. – Nam agitować trzeba, szkolić, by robotnicy byli mocni, a wtedy… – zaczął żarliwie, ale Anastazja położyła mu palec na ustach.
Nużył ją już i wyczerpywał temat walki. Musiała zachować obojętność, by nieograniczenie obserwować posunięcia obu stron. Gdy pierwszego dnia po ogłoszeniu strajku szła do progimnazjum, na ulicach spotkała kilku łamistrajków zawracanych przez kolegów pełniących warty. Chłopcy planowali ustawić się tuż przy szkole, ale ich miejsce zajęli przysłani wcześniej żandarmi, co zmusiło uczniów do wyjścia na ulicę. Niedowiarkowie, synowie urzędników zależnych od rosyjskich przełożonych, zostali zawróceni. Na nic zdały się tłumaczenia, że ojce przez ich czyny mogą potracić pracę, że już nocą spodziewali się wizyty ochrany. Dyrektor gimnazjum zapraszał także rodziców do szkoły na rozmowy, a siła jego przekonywania była duża. Uprzedzeni o interwencji policji w ich domach posłali dzieci na lekcje. Również mieszczanie wynajmujący gimnazjalistom kwatery, obawiając się represji, postawili ultimatum, żądając albo ich powrotu do nauki, albo opuszczenia stancji. Samą Anastazję następnego dnia rozpytywali dyrektorka i komisarz szkolny. Dziwiło ich, że mieszkając pod jednym dachem z rewolucjonistką, o niczym nie wiedziała.
– Po powrocie z lekcji sprawdzam zadania domowe i przygotowuję się na dzień przyszły. Wychowaniem siostry zajmuje się matka. Najwidoczniej za słabo. Dlatego umyśliłam, by uczyła się na naszej pensji, a ta niewdzięcznica tylko pozowała przede mną na posłuszną. Taki wstyd! Tak się nie godzi robić siostrze – skończyła wywód, ocierając kąciki oczu haftowaną chustką.
Ku jej zdziwieniu uwierzono w te bzdury i pozostawiono ją na stanowisku. Mimo to odniosła wrażenie, że jest obserwowana, i musiała mieć się na baczności. Przychodziło to jej o tyle prościej, że w progimnazjum podobnie jak w szkole męskiej pozostały same Rosjanki i parę uczennic wyznania mojżeszowego. Każdą próbę panienek skierowania tematu na obecne wydarzenia traktowała surowo, upominając, że wiedza taka nie należy się uczennicom. Wywodziła wtedy o potędze Imperium, nieomylności cara, co skutecznie deprymowało ją w oczach dziewcząt, ale dało uważać za lojalistkę przed kierowniczką szkoły.
Nie czyniła tego bezinteresownie. Bała się o powodzenie strajku, o Urszulę, a także o Jurija, który coraz bezwzględniej wypełniał rozkazy. Ani nią, ani nim nie kierowały poczucie obowiązku czy wzniosłe idee, ale pospolity strach, rosnący lęk o siebie, bliskich i własne marzenia. I to właśnie ta pierwotna, prymitywna emocja oddalała od siebie dawnych przyjaciół. Anastazja z żalem stwierdziła, że nie może już zaufać żandarmowi ani poprosić o radę czy pomoc. Nie liczyła też nigdy na los. Wolała go trzymać w swoich rękach. Niestety była kobietą, osobą zależną i bez właściwego oparcia skazaną na porażkę. W tych zależnościach pozostawali jej Wilczyło i znajomi z koła PPS-u.
Żwawa korobeczka wygnała ich z powrotem na parkiet. Tańcujących par przybywało, potrącano się wzajemnie i pokrzykiwano, co nie sprzyjało poważnym rozmowom. Dopiero gdy Cichoszówna poprosiła Krzysztofa o odprowadzenie do domu, w ciemnościach nocy rozpraszanych mdłym światłem nielicznych na Woli gazowych lamp mogła zdradzić mu swoje zamiary. Na tle głuchych odgłosów dochodzących z kolei i fabryki Raabego, przerywanych jazgotem podwórzowych psów, rozbrzmiał dźwięczny szept.
– Urszula nie może tu zostać – zaczęła. – Czy strajk upadnie, czy nie, nagonka na zbuntowanych uczniów będzie trwała. Już zabierają się za przeszukiwanie stancji. Po tym przyjdzie czas na przesłuchania, areszty. Odkąd dziewczyna dowiedziała się o swoim pochodzeniu…
– Wskrzesiła w sobie odwagę, jaka towarzyszyła jej matce, i nie liczy się z konsekwencjami – podsumował Krzysztof, a gest Anastazji to potwierdził. – Jej prawdziwy ojciec, jurysta – zaczął z entuzjazmem – mógłby ją przyjąć jako na przykład daleką krewną. Zapewniłby jej naukę, opiekę, wychowanie…
– Też nasamprzód pomyślałam o nim, ale… Mówiłeś, że przez manifestacje i siedleckie strajki sam dostał się na listę podejrzanych i musi udowadniać niewinność, kryjąc prawdziwe sympatie i pobudki. W takich okolicznościach pojawienie się Urszuli nie jest wskazane. Emocje obojga są zbyt świeże. Zdradziliby się przed służbą czy gośćmi i nieszczęście gotowe – zmartwiony ton Cichoszówny świadczył o tym, że chciała coś ukryć.
– Mecenas zbyt długo działa w konspiracji, by łatwo wpaść w ręce ochrany, aczkolwiek nostalgia za minionym czasem to obciążający argument. Ukrywasz coś jeszcze? – Krzysztof złapał ramiona dziewczyny w swoje wielkie dłonie osłonięte skórzanymi rękawicami.
Chciał ją ochronić, ale też wstrząsnąć nią, bo nie mówiła mu prawdy. Świadczyło to o tym, że nadal niedostatecznie mu ufała. Zarazem pragnął unicestwić każdego, kto śmiał uczynić jej krzywdę.
Anastazja bezwiednie wtuliła się w tors inżyniera. Przez gruby kożuch słyszała mocny rytm jego serca, który sprawiał, że i jej puls przyspieszał. Było jej błogo, kiedy czuła, że ktoś obok odejmuje jej zmartwień, ale tylko przez chwilę. Nie mogła myśleć o sobie.
– Jurij. Uważałam go za przyjaciela, ale… on zna nasze sekrety. Zwierzał mi się z nastrojów w koszarach, zresztą wiesz, bo w tym celu mnie porwałeś. Ja mu też się zwierzałam. Wie wystarczająco dużo, by nam zaszkodzić. Zrobi wszystko, aby uciec przed japońskim frontem, nie zawaha się, gdy padnie nasze nazwisko. I ten jego kolega Słuszkin. Zawsze w cieniu, zawsze milczek, a doskonale obserwuje…
– Nie martw się. – Krzysztof starał się zabrzmieć wiarygodnie, choć zmełł w ustach przekleństwo, że wplątał dziewczynę w niebezpieczną grę. Pocałował ją dla żartów w czerwony od szczypiącego mrozu nos i roześmiał się, podając ramię. – A gdybyśmy zrobili inaczej? Pozwolili myśleć Jurijowi, że Ula wyjedzie do Siedlec, a ukryli ją w miejscu, przed którym władze czują respekt? Nie bądź taka zdziwiona, sama doskonale je znasz. Wystarczy jedno twoje pismo pełne siostrzanej troski…
Okrzyk radości Anastazji złączył się z gwizdem nocnego pociągu z towarami, lecz dla pewności, że się nie powtórzy, Krzysztof zamknął jej usta pocałunkiem. Podekscytowana dziewczyna, tym razem nie z powodu miłosnych uniesień, a przezornego planu inżyniera, długo nie mogła zasnąć, obmyślając jego najdrobniejsze szczegóły.
Postanowiła jeszcze przed wyjściem do progimnazjum skreślić list do ihumeni Katarzyny by móc nadać go w każdej chwili. Pismo przepełnione atencją o los młodszej siostry i lękiem z powodu ostatnich zajść powinno przekonać mniszkę o przyjęciu Urszuli do leśniańskiego instytutu w środku trwania semestru.
– Tam będzie bezpieczna i poza wszelkimi podejrzeniami ochrany – westchnęła cicho Anastazja, nakrywając się pierzyną. – Spakuję jej rzeczy, sprawdzę rozkład dyliżansów, zarezerwuję bilet… – wyliczała, ziewając.
Zapomniała, że najtrudniejszym zadaniem będzie przekonanie przybranej siostry.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Prolog
Rozdział 1
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
