Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
25 osób interesuje się tą książką
Anastazja Cichosz po latach nauki wraca do Białej i zderza się ze smutną rzeczywistością rodzinnego domu: ojcem brutalem, chorą matką i zaniedbanym rodzeństwem. Niesiona ideałami i pragnieniem niezależności, zatrudnia się w żeńskim progimnazjum.
Tymczasem nad Podlasie, gdzie codzienność wytyczają carska władza i bieda, nadciąga rewolucyjna burza, a wraz z nią pierwsze robotnicze wystąpienia i szkolne strajki. Inżynier Krzysztof Wilczyło podstępem wprowadza Anastazję w działalność socjalistów z PPS-u.
Czy miłość rodząca się w życiu na krawędzi może przetrwać? Czy młodsza siostra Anastazji odkryje tajemnicę swojego pochodzenia?
Agnieszka Panasiuk, podobnie jak w swoich poprzednich książkach, sięga do rzeczywistych postaci i faktów historycznych. Tym razem przenosi czytelników do mało znanych wydarzeń rewolucji 1905 roku. Burza na Podlasiu. Anastazja to dramatyczna, pasjonująca opowieść o młodej kobiecie, która musi wybrać: bezpieczeństwo czy prawda, posłuszeństwo czy wolność, rodzina czy ideały?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 245
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystkie prawa zastrzeżone. Zarówno cała książka, jak i jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Szara Godzina s.c.
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna M. Wojewoda-Damasiewicz
Zdjęcia na okładce
© aberrantrealities | 123rf.com
© brita123 | 123rf.com
Redakcja
Marta Jakubowska | Słowa na warsztat
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Korekta
Elwira Zapałowska | Słowa na warsztat
Wydanie I, Katowice 2026
Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń
rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe, choć występują również postaci historyczne.
Wydawnictwo Szara Godzina s.c.
www.szaragodzina.pl
Tekst © Agnieszka Panasiuk
© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2025
ISBN 978-83-68674-42-2
Dziś żyję jutrem. A chociaż ono do mnie nie należy (…) to jednak pamiętać będę o tym, że przyszłość buduję dziś. (…) Jakie słowo produkuję dziś, takie będzie czytane jutro. Jakie myśli przekazuję dziś, takie będą kształtowały pokolenia idące jutro. Wychowuję dziś tych, którzy jeszcze nie żyją.
Kard. Stefan Wyszyński
„Zapomniana rewolucja”, „dziwna rewolucja”, „czwarte powstanie” – takie określenia można obecnie spotkać, gdy słyszymy o wydarzeniach rozgrywających się w latach 1905–1907 na ziemiach polskich, głównie w zaborze rosyjskim. Ja dodałabym jeszcze jedno – rewolucja inna niż dotychczasowe zrywy narodowe. Spontaniczna akcja sprzeciwu wobec wydarzeń „krwawej niedzieli” w Petersburgu w swojej sile wyzwoliła odwagę mas, które w poprzednich narodowych zrywach stanowiły margines zaangażowanych. Robotnicy, chłopi, młodzież szkolna dowiedli, że społeczeństwo ulega przemianom, podobnie jak metody walki o cele i ideały. Walne bitwy, partyzanckie zasadzki zastąpiono strajkami, demonstracjami, czynnym oporem czy napadami na instytucje reprezentujące aparat władzy. Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała ocalić od społecznej niepamięci wydarzeń tamtych lat. Tak narodziła się Burza na Podlasiu.
Wspomniane wydarzenia historyczne stanowiące kanwę powieści działy się w Białej Podlaskiej i jej okolicach w latach 1904–1907. Jednak na potrzeby fabuły zebrałam je i przedstawiłam w okresie dwóch lat. Wiele z nich, na przykład napad na bialską stację kolejową czy ucieczka Brodackich, rozgrywa się wcześniej niż w rzeczywistości i do tego z większą intensywnością. W opisywaniu szczegółów historycznych jak zwykle pomogły mi opracowania, przede wszystkim liczne artykuły i publikacje książkowe Urszuli Głowackiej-Maksymiuk dotyczące różnych aspektów rewolucji 1905 roku na słabo uprzemysłowionym terenie Południowego Podlasia. Korzystałam również z serii monografii Białej Podlaskiej, a konkretnie pierwszej części tomu trzeciego Henryka Mierzwińskiego Biała Podlaska w latach 1918–1939 oraz wyjątkowego zbioru Karty z przeszłości Białej wydanego w 1927 roku przez dyrektora bialskiego Gimnazjum Męskiego Wacława Nartowskiego. To w nim odnalazłam Wspomnienia ze strajku szkolnego Marii Bratkowskiej z domu Walewskiej.
Powieść to też bohaterowie. Czytelnicy, którzy znają moje książki, wiedzą, że w rolach epizodycznych i wątkach pobocznych występują osoby, które w tym czasie żyły i pracowały w Białej i jej okolicach. Tym razem nie musiałam ich szukać podczas spacerów po miejscowej nekropolii. Z pomocą przyszły mi „Bialskie Zeszyty Genealogiczne” przygotowane przez Bialski Klub Genealogiczny „W poszukiwaniu korzeni”, a konkretnie ich pierwszy zeszyt pod redakcją Zofii Frydel-Kośmider i Beaty Zacharuk Mieszkańcy Białej i powiatu bialskiego w XIX wieku wydany w 2023 roku. To dla mnie źródło inspiracji, za które członkom Klubu serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że Czytelnikom mojej trylogii Na Podlasiu spodoba się niespodzianka. Cykl ten został zamknięty, ale w powieści, którą bierzecie właśnie do rąk, odnajdziecie ducha Antonii, Cecylii i Aleksandry, a może nie tylko ducha…
Szczególne podziękowania należą się:
mojej Mamie i Siostrze za drobne gesty i słowa wsparcia, przywracanie mnie w porę do rzeczywistości; za to, że po prostu jesteście przy mnie;Dyrekcji i Pracownikom Zespołu Szkół w Białej Podlaskiej, a szczególnie Przedszkola Samorządowego nr 17 za codzienność, gdy nie czuję się pisarką, tylko spełniam się zawodowo;mojemu Wydawcy i całemu zespołowi Wydawnictwa Szara Godzina za nieocenioną pomoc, wsparcie, wiarę w moje pisanie i rodzinną atmosferę przy pracy nad moimi książkami;Wam, Drodzy Czytelnicy, za nieustanną motywację, dobre słowo, cierpliwość i sięganie po moje powieści.Czerwone słońce grało refleksami promieni na lśniących od wilgoci, soczystozielonych liściach wielowiekowych lip otaczających, niczym strażniczki, zabudowania instytutu. Po gwałtownej nocnej ulewie szalejącej nad Leśną pozostało już niewiele śladów. Chociaż deszcz był intensywny, nie wyrządził niespodziewanych szkód. Odświeżył tylko zieleń młodej przyrody, zostawił rosę na źdźbłach traw, ziół i zbóż. Podlał zasiewy, zagony ogrodowizny i wzrastające w warzywniku nowalijki. Oczyścił zabudowania z kurzu i duchoty. Zostawił kałuże na pokrytej bruzdami kolein gruntowej drodze. Czy przyniósł też ulgę?
Anastazji zdawało się, że nocny deszcz płakał wraz z nią, chlipiącą cicho w puchową poduszkę w sypialni seminaryjnego internatu. Czymże jednak była siła ulewy w porównaniu z tymi kilkoma uronionymi w tajemnicy łzami. Och! Jakże chciała rozpłakać się tak szaleńczo jak ta pierwsza letnia burza. Skąpać się w słonym potoku i poczuć ulgę. Niestety. Nie mogła płakać tak szczerze, tak prawdziwie, z żarliwością odpowiadającą jej temperamentowi. Nie uczono jej takiego zachowania. Cóż za przykład dałaby śpiącym w sali koleżankom. Nie daj Boże jeszcze by je pobudziła. Wtedy okazałoby się, że siostrzana edukacja nienagannej etykiety i powściągliwości w okazywaniu emocji zdała się na nic. Nie mogła też liczyć na to, że popłacze sobie w dyliżansie czy w domu. Stałaby się pośmiewiskiem, powodem do plotek i ojcowskiego utyskiwania. Zapewne będzie zmuszona czekać, aż nadarzy się okazja do samotnego wyjścia w las przy łomaskim trakcie. Tam, na pustej polanie, użyje sobie i pofolguje do woli z żałości nad dzisiejszym wyjazdem.
To myśl o ostatecznym opuszczeniu bezpiecznych i spokojnych progów instytutu sióstr wywołała taką burzę w sercu Anastazji. Żal jej było rozstawać się z utrzymanym starannie otoczeniem: ogrodem botanicznym, wzorcowo prowadzonym gospodarstwem rolno-hodowlanym, dziełami miłosierdzia, z własnym kątem, lekcjami i zajęciami szkolnymi. Nade wszystko już tęskniła za atmosferą serdeczności, zrozumienia i wewnętrznej ciszy wypełniającej po brzegi leśniański instytut, czy to za sprawą sanktuarium należącego przed laty do paulinów, czy sześciu nowych drewnianych cerkiewek ku czci największych prawosławnych świętych, czy też dzięki modłom zanoszonym przez prawie sześćsetosobową wspólnotę mniszek. Wiedziała, że poza tym hermetycznym światem bliskim ideału biblijnego raju istnieje i czeka na nią prawdziwy świat – wypełniony smutkiem, biedą, lękiem i uprzedzeniami. Miejsce nieustannej walki z samym sobą i z otoczeniem.
Niestety Anastazja ukończyła już wszystkie oferowane i dostępne dla świeckich wychowanek kursy, nie wyłączając gospodarskiego, z którego przybytek ów słynął nie tylko w okolicy. Otrzymała zarówno świadectwo ukończenia żeńskiego seminarium nauczycielskiego dla nauczycielek dwuletnich szkół rządowych, jak i patent poświadczający doświadczenie w hodowli drobiu. Oba nie wydawały się dostatecznie użyteczne w rodzinnym mieście, ale zaspokoiły niespożytą w przypadku Anastazji chęć zdobywania wiedzy i poznawania jej tajników. W tym celu zbierała i inne cenzurki potwierdzające umiejętności: krawieckie, hafciarskie czy zielarskie. Dziewczyna mogła poszczycić się nie tylko predyspozycjami organizatorskimi i rozeznaniem w prawidłach ekonomii, lecz także podjąć te mniej szczytne czy szlachetne zajęcia, jak zarobkowa opieka nad chorymi, starcami albo sierotami w ochronce, do których predestynowano przede wszystkim członków pobożnych zgromadzeń. Anastazję dręczyło jednak pytanie, czy zdobytą wiedzę i doświadczenie uda się jej wykorzystać w życiu, do którego wracała. Czy jej pasja, pęd ku nauce i ostatnie lata spędzone w instytucie przydadzą się w świecie, z którego pochodziła? Czy będzie musiała z nich zrezygnować, zapomnieć, wyrzec się? Gdyby istniała taka możliwość, poprosiłaby o przyjęcie do mnisiego zgromadzenia, ale była katoliczką. Wbrew obiegowym opiniom otoczenia mniszki nie nawracały uczennic na prawosławie, ani siłą, ani perspektywą osiągnięcia profitów czy sukcesu, ani nachalną bądź perfidną perswazją. Decyzję podejmowały podopieczne, a była ona po wielokroć tematem dysput i rozmów z mniszkami i samą przełożoną, ihumenią Katarzyną, lub jej zastępczynią. Nie zawsze chęć zmiany wyznania spotykała się z ich aprobatą i dochodziła do skutku. Anastazja nawet nie próbowała o to pytać, domyślając się, że uzyskałaby odpowiedź odmowną.
Westchnęła, patrząc przed siebie z okna sali do rekreacji. Tichon właśnie rozładowywał na wewnętrznym podwórzu swój wózek z baniek pełnych mleka. Przyjechał z Mariampola, gdzie zgromadzenie miało spore stado krów i prowadziło mleczarnię. Nabiał stamtąd trafiał do dzieci z ochronki, staruszków z domu opieki i chorych w szpitalu. Na koźle czekało na Anastazję wolne miejsce. Pomocnik zgromadzenia miał ją odwieźć na przystanek dyliżansu na rozstajach. Nie jechał darmo i bezpotrzebnie. Pusty wóz po bańkach zapełniły worki ze zbożem. Młyn parowy w należącym do instytutu folwarku Bordziłówka, ostatni nabytek ihumenii Katarzyny, czekał, by przemielić ziarno na drobniutką białą mąkę.
Kontrast. To coś, co spodziewała się zobaczyć Anastazja po opuszczeniu tych włości. Dobra sióstr były zadbane i zasobne, czego nie można było powiedzieć ani o okolicy, ani o żadnym innym miejscu w powiecie i poza jego granicami. Zgromadzenie przybyłe do Leśnej w tysiąc osiemset osiemdziesiątym czwartym roku miało licznych i bogatych fundatorów. Dzięki nim przez dwadzieścia lat swoją pracą i ofiarami mniszki zmieniły upadłe i zacofane dobra we wzorowy majątek. W tym samym czasie obłożone kontrybucjami i karami unickie wsie i gospodarstwa ledwie zapewniały przetrwanie ich mieszkańcom, a ziemiańskie majątki, mimo solidnego zarządu właścicieli i wielu dobrych chęci, ledwo wiązały koniec z końcem, marniały i upadały, rokrocznie wystawiane na licytację. Dziewczyna przekonała się naocznie o sile zarówno pieniądza, jak i władzy. Ihumenia Katarzyna, przed ślubami hrabianka Eugenia Borysowna Jefimowska, nigdy nie odczuła biedy. Swoje dziedzictwo poświęciła cerkwi i została pobłogosławiona darami od jej wyznawców, patriarchów czy przełożonych, od członków rządu i samej carskiej rodziny, z którą łączyły ją więzy pokrewieństwa.
Anastazja na całe życie pragnęła zapamiętać wizytę cara w instytucie. Młody, elegancki i postawny władca Mikołaj II Romanow oraz jego neurotyczna małżonka, piękna i delikatna Aleksandra, odwiedzili Leśną kwietniowym popołudniem tysiąc dziewięćsetnego roku, przybywszy z Białej bryczkami. Ona była wtedy ledwo szesnastoletnim nieopierzonym podlotkiem rozpoczynającym na pierwszym semestrze swoją przygodę z nauką. Car odwiedzał natenczas niepokorne, ale odwiecznie rosyjskie podlaskie ziemie i chociaż wizytował wiele majętności, jego słowa i postawa wobec ihumenii Katarzyny świadczyły dobitnie, że to włości instytutu najbardziej przypadły mu do gustu. Nieustannie uśmiechał się pod wąsem, rozluźniony i beztroski, prowadzając swoją żonę zadbanymi alejkami parku, ogrodu czy pasieki, mimo że kilka dni wpierw, dokonując na bialskim rynku przeglądu wojsk, sprawiał wrażenie sztywnego i niedostępnego dla innych władcy. Ta sympatia i płynące wraz z nią bonifikaty przysparzały instytutowi przyjaciół i zaciekłych wrogów.
Lista chętnych uczennic do zapisu do szkoły wydłużała się i dotyczyła nie tylko dziewcząt z najbliższej okolicy, ale i ościennych regionów. Kierowniczki i nauczycielki przeprowadzały egzaminy wstępne, decydując na podstawie najnowszych wytycznych pedagogicznych o przydziale dziewcząt do kursów wedle ich indywidualnych zdolności i talentów. Ubogim chętnym oferowano darmową naukę, tak jak wychowankom miejscowej ochronki i innych prowadzonych przez zakon sierocińców. To właśnie piętnowali zaciekli wrogowie instytutu. Oczywiście nie robili tego jawnie, by nie narazić się władzom, ale wyrażane ogólnie opinie i pogłoski nie były temu dziełu przychylne. Światłe towarzystwo ziemian i inteligencji w służbie mniszek widziało realizację polityki rusyfikacyjnej ludności ziem zaborczych i gloryfikację prawosławia na ziemi splamionej męczeńską krwią pozbawionych wiary unitów. W plotkach zarzucano instytutowi nawracanie tej biednej, pozbawionej duchowej opieki i oparcia ludności brutalną siłą i perfidną perswazją poprzez ukazywanie bogactw, jakie dają odstępstwo od religii i powrót do prawosławia. Anastazja nie starała się oponować ani przekonywać malkontentów, że prawda jest zupełnie inna. Wiedziała, że jej głos, choć słuszny, nie będzie słyszalny, za to zostanie zrozumiany opacznie i skrytykowany. Nie chciała też wyrażać poglądów, nie wysłuchawszy drugiej strony. W Białej nie został nikt, kto jawnie przyznawał się do unickiej wiary. W okolicy, wedle oficjalnych spisów, chłopi przynależeli do Cerkwi, ale nie praktykowali wiary, trwając w uporze, jak ich przodkowie. Nie mogli czuć się dobrze i bezpiecznie, gdy za sąsiadów mieli przedstawicieli wrogiej wobec nich religii i nacji. W pamięci tkwiły im opisy prześladowań ojców i dziadów. Wobec takiej postawy trudno szukać ich przychylnych opinii o szerzącym zdobycze wiedzy rosyjskim instytucie.
Anastazja domyślała się, dlaczego tak trudno rozstać się jej z leśniańskim przybytkiem. Tym razem okoliczności wyjazdu jawiły się dziewczynie definitywnym pożegnaniem z instytutem. Przez ostatnie lata czasem wyjeżdżała do rodzinnego domu, do Białej, czy to na święta, czy to z powodu semestralnych przerw lub wakacji, ale zawsze wracała. Tym razem traciła tę możliwość. Nie miała już potrzeby powrotu. Czekało ją mierzenie się z ludzkim gadaniem, wytykaniem palcami, ukradkowymi szeptami pod przykrywką serdeczności. Łatwiej było znieść tę niechęć, brak zaufania i obłudną akceptację, gdy wiedziała, że w perspektywie czeka ją powrót do życzliwego miejsca. Siostry bezwzględnie tępiły wśród wychowanek złe nawyki w zachowaniu, szczególnie grubiaństwo, kłamstwo i dwulicowość. Anastazja przypuszczała, że za chwilę w dyliżansie przyjdzie się jej z tym wszystkim spotkać. W pełni świadoma czekała na towarzyski i społeczny ostracyzm oraz odrzucenie. Odrzucenie, którego smak poznała w domu za sprawą ojca i młodszej siostry. Nie spodziewała się oparcia w chorowitej, potulnej matce, o ośmioletnich braciach nie wspominając.
Cała familia Cichoszów pokorną prośbę najstarszej córki o możliwość kontynuowania elementarnej nauki zbyła – nomen omen – milczeniem. Rodzice nie przypuszczali, że szesnastoletniej dziewczynie, która edukację zakończyła wraz z pojawieniem się na świecie rodzeństwa bliźniąt i później tylko okazjonalnie pojawiała się w szkole, marzy się coś tak niepraktycznego. Ojciec widział ją jako niezbędną pomoc domową przy niedomagającej żonie i zamierzał rozglądać się za godnym zięciem. Matka zaś myślała o wysłaniu córki do jakiegoś terminu, by przyuczyła się fachu dającego robotę i pieniądz na utrzymanie, niż do wątpliwej opinii instytutu, za który jeszcze należałoby płacić symboliczne pięć rubli na pół roku. Pragnienia Anastazji nie dało się jednak wybić z głowy ani przemowami, ani rzemieniem, ani odesłaniem do spowiedzi. Każdy z pytanych o radę, czy ksiądz dobrodziej, doktor czy naczelnik bialskiej stacji, choć znacząco cmokali, znając opinie o instytucie, nakazywali Cichoszom kształcenie córki, skoro taka była jej wola. Czasy się zmieniały i mimo że postęp powolnie wkraczał na ziemie Kraju Przywiślańskiego, wiązano go z szerokim wyedukowaniem społeczeństwa, jakiego elementarne i liche rządowe szkółki nie mogły zapewnić. Z oświeceniem mas łączono natenczas ideę wyzwolenia Polski spod carskiego jarzma, ale tych patriotycznych argumentów przy Anastazji nie podnoszono, co nie oznacza, że panna się ich nie domyślała i o nich nie słyszała.
Wśród cichego jęku wiatru wpadającego do sali, towarzyszącego mu ptasiego trelu i szmeru strącanych z liści kropel deszczu z niewesołych rozmyślań i obaw wybiło dwudziestojednolatkę dobitne chrząknięcie. Odwróciła się od okna, przybierając sztywną uczniacką pozę. Warkocz w kolorze miodu spłynął jej z ramienia na plecy. Bladoniebieskie tęczówki skupiły się na przybyłej, a pełne usta rozchyliły w mimowolnym uśmiechu.
Ihumenia Katarzyna, w ciemnym welonie odsłaniającym tylko twarz, spowita w skromny czarny habit, z równą sympatią odwzajemniła uśmiech najlepszej z wychowanek. Wydawać się mogło, że myśli przełożonej zgromadzenia i dyrektorki całego leśniańskiego instytutu błądzą wśród spraw duchowych. Nic bardziej złudnego. Była hrabianka Jefimowska mocno stąpała po ziemi.
– Anastazjo Wincentowna, już pora. Żal się rozstawać, ale taka jest kolej żywota. W innych okolicznościach z twoim talentem… – chwaliła uczennicę, a jej rosyjski akcent dźwięcznie odbijał się od murowanych ścian internatu. – Szkoły dla kobiet w Moskwie czy Petersburgu stałyby przed tobą otworem. Doskonale nadajesz się do roli nauczycielki czy pielęgniarki, a nawet, ośmielę się to powiedzieć, poradziłabyś sobie jako kobieta doktor. Gdyby nasze seminarium równało się żeńskim pensjom i podlegało państwowym egzaminom… – Mniszka westchnęła.
Rzadko spotykała dziewczęta obdarzone taką chęcią zdobywania wiedzy, jaka charakteryzowała Anastazję. Jednak zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby nawet dziewczyna ukończyła pensję, pochodzenie i wiara zamknęłyby jej możliwość dalszej edukacji. Zostawiła te spostrzeżenia dla siebie.
– Rozmyślałam o twojej przyszłości, dziecko. Prosiłam na modlitwie Świętego Atanazego o światło.
– Domyślam się, że moja propozycja… – przerwała mniszce Anastazja i umilkła. Wiedziała, że porywa się na niemożliwe i żąda zbyt wiele.
– Moja decyzja pozostała niezmienna, a odpowiedź odmowna. W instytucie nie ma dla ciebie miejsca. Nie jesteś i nie będziesz nigdy jedną z nas. Wyłącznie mniszki z naszego zgromadzenia podejmują tu posługę, a ty do zakonu nigdy nie wstąpisz – odrzekła ihumenia Katarzyna, podając Anastazji zalakowaną białą kopertę. – Jednakże są miejsca, gdzie możesz pracować w świeckim stanie. Jesteś za mądra i zbyt bystra, by dusić się w nędznej wiejskiej szkole, do której gotowy przydzielić cię sekretarz oświatowy. To – wskazała na obracaną w dłoniach przez Cichoszównę kopertę – jest list polecający i rekomendacje do dyrektorki żeńskiego progimnazjum w Białej. Masz odpowiednie kwalifikacje do nauczania prowadzonych tam przedmiotów, ale sugeruję, byś objęła lekcje gospodarstwa domowego. Dotychczas nie mieli ich w planie nauczania, a taka oferta przysporzyłaby później chętnych i na nasz kurs – zakończyła z lekkim uśmiechem.
– To… Nie oczekiwałam aż tak, tak wiele dobroci… – jąkała się zaskoczona Anastazja.
W rzeczy samej nie spodziewała się aż takiej pomocy. Nie od dziś w Leśnej było wiadomo, że listy polecające powinowatej cara traktowane są niemal jak jego osobiste rozkazy. Nie chciała myśleć, jakie reperkusje przyniesie to wstawiennictwo. Wolała się cieszyć. Pochyliła głowę i ucałowała blade, delikatne dłonie ihumenii.
– Nie trzeba, dziecko, nie trzeba. Zasłużyłaś. – Katarzyna pogładziła rumiany policzek uczennicy. – Mam jeszcze jeden list. Przekaż go siostrze Marfie ze szpitala i ochronki Świętej Marii Magdaleny w Białej i rozejrzyj się tam dokładnie, a później opisz mi swoje przemyślenia. Nie lubię opuszczać instytutu, tyle tutaj do zrobienia, odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że tam w ośrodku nie wszystko jest tak dopilnowane, jak być powinno. Poprosiłam w liście, by od czasu do czasu pozwolono ci na usługiwanie chorym. Nie możesz wyjść z wprawy, a przy okazji nauczysz się czegoś nowego.
Anastazji nie wypadało odmówić. Ponownie ucałowała dłonie ihumenii, a ta pobłogosławiła ją noszoną u paska ikoną z wizerunkiem Maryi z Dzieciątkiem.
Za oknem parsknęły konie. Tichon załadował na wóz wszystkie worki ze zbożem i zabrał się za podróżny neseser uczennicy i jej płócienną torbę. Nieuchronnie nadeszła pora rozstania z instytutem. Ostatnie krople deszczu wyparowały z liści lip, a poranne słoneczne promienie zdążyły już wysuszyć ziarnka piasku na drodze. Znak, że czas nie stał w miejscu i nigdy nie przestanie pędzić na prośbę człowieka.
Młoda kobieta zajęła miejsce na koźle, w dłoniach zaczęła miąć nerwowo uchwyty podręcznej torebki. Żegnało ją kilka innych mniszek. Siostra Ewdokia zapakowała do neseseru trochę leków, ziołowych maści i proszków. Lubiła przekazywać Cichoszównie swoją medyczną wiedzę. Przełożona patrzyła za odjeżdżającą zza lśniących szyb internatu. Modliła się dla niej o odwagę. Dziewczyna wracała do prawdziwego świata, nie do pięknej ułudy, ideału, który udało się stworzyć w Leśnej. Wracała do świata, który nie poważał Rosjan ani każdego, kto się z nimi brata. I Katarzyna musiała skrycie przyznać, że pomimo wszystkich starań czynionych przez cara i jego administrację na rzecz rozwoju każdego zakątka Imperium ten prawdziwy świat miał rację.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Cytat
Od autorki
Rozdział 1
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
