Muzyka  dla Ilse - Ewa Formella - ebook + audiobook + książka

Muzyka dla Ilse ebook i audiobook

Ewa Formella

4,7
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Rok 1942. Z transportu Żydów do obozu pod Gdańskiem zostaje wyrzucone niemowlę. Dwoje polskich dzieci znajduje je na torach i zabiera do domu. W tym samym czasie dwunastoletnia dziewczynka z tego transportu zwraca uwagę niemieckiego oficera, który zabiera ją do Niemiec jako Izabelę Salmanek – opiekunkę niepełnosprawnej córki. Choć Izabela żyje w niemieckim domu, nie potrafi zapomnieć o swoich żydowskich korzeniach.
Rok 2015. Ilona, uciekając z domu w wigilijną noc, trafia do domu pełnego starszych ludzi. Tam zaprzyjaźnia się z Isią, która wspomina czasy wojny. Z wieczornych opowieści Ilona poznaje poruszającą historię żydowskiej dziewczynki ocalonej przez niemieckiego oficera – i odkrywa, że ich losy są ze sobą związane. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 230

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 14 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika ChrzanowskaChrzanowska Monika

Oceny
4,7 (3 oceny)
2
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
WeronikaTrz

Dobrze spędzony czas

Świetna l!
00
ehwiosna

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo poruszająca historia, na dlugo pozostaje w pamięci. Polecam bardzo.
00



Copyright © by Ewa Formella, 2019

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I Filia, Poznań 2026

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja i korekta: Sylwia Chojecka | Od Słowa do Słowa

Skład i łamanie: Tomasz Chojecki | Od Słowa do Słowa

PR & marketing: Anna Apanas

ISBN: 978-83-8441-000-4

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Dla moich cudownych podopiecznych, fantastycznych kobiet: Wandzi, Krysi, Steni i Danusi, które swoje najlepsze lata spędziły w najgorszym dla życia młodej kobiety okresie. To one otworzyły przede mną swoje szkatułki wspomnień, dzieląc się swoją przeszłością podczas długich godzin naszych rozmów.

PROLOG

JESIEŃ, ROK 1942

Jesień tego roku była ciepła i słoneczna. Dawno nie było tak pięknego września i października. Listopad jednak powoli dawał znaki, że o lecie powinno się już dawno zapomnieć, a zima zbliża się wielkimi krokami. Coraz częściej zdarzały się nocne przygruntowe przymrozki i trzeba było poważnie zacząć myśleć o przygotowaniu się do kolejnej zimy. Ludzie ze wsi całymi rodzinami zbierali w lesie chrust i większe gałęzie, unikając strażników czy żołnierzy, zarówno niemieckich, jak i polskich.

Julek i Antoś, dwaj bracia mieszkający z matką i dwoma siostrami kilka kilometrów od skupiska domów stanowiących ich wieś, każdego ranka przychodzili w okolice torów kolejowych, aby próbować szczęścia w pobliżu torowiska. Zdarzało się, że pociąg wiozący węgiel do Danzig, jeszcze niedawno Wolnego Miasta Gdańska, pozostawiał jakieś drobiny tego czarnego kamienia w okolicy i gdy szczęście im dopisywało, wracali z workami pięknego węg­la, które następnie dumnie przekazywali matce. Wiadomo przecież, że zimą węgiel ogrzeje lepiej niż suche gałęzie. Julek, dziesięcioletni chłopiec, czuł się odpowiedzialny za swojego młodszego o dwa lata brata i tym samym czuł się dużo ważniejszy od niego.

Tego dnia chłopcy po zjedzeniu skromnego jak zwykle śniadania również udali się w okolice torowiska. Już mieli ruszyć w poszukiwaniu bryłek węgla, które mieli wielką nadzieję znaleźć, ponieważ poprzedniej nocy podobno aż dwa pociągi jechały w kierunku Gdańska, ale nagły gwizd lokomotywy zatrzymał ich w kryjówce, którą kilka dni wcześniej przygotowali w rowie graniczącym z polem. Pociągiem towarowym wolniej niż zazwyczaj jechały transporty kolejowe od strony Miasta, chłopcy nie pamiętali nazwy, ponieważ Niemcy, panosząc się wszędzie, postanowili nadać własną nazwę, a ona była dla polskich dzieci trudna do wypowiedzenia. Dlatego wszystkie dzieciaki ze wsi mówiły po prostu „­Miasto”.

Pociąg zaczął zwalniać. Kilkanaście wagonów bydlęcych było szczelnie pozamykanych, tak że chłopcy nie mogli zobaczyć, co tym razem znajduje się w wagonach. Kiedy lokomotywa zatrzymała skład, z pierwszego wagonu wyskoczyło kilku mężczyzn w niemieckich mundurach, którym towarzyszyły piękne, duże psy. We wsi nikt nie bał się psów, zresztą niewiele ich zostało, bo byli tacy ludzie, którzy łapali je i zjadali. Te, które od czasu do czasu wałęsały się w okolicach domostw, nie bywały groźne. Były zbyt wygłodniałe, ale te niemieckie wyglądały na dobrze odżywione, emanowały jakąś grozą. Rwały się na krótkich smyczach i ujadały jak szalone, ale na rozkaz swojego pana każdy z nich natychmiast stawał się potulny jak baranek. Niemieccy żołnierze zaczęli przechadzać się ze swoimi psami wzdłuż wagonów, co jakiś czas krzycząc coś do zamkniętych drzwi i waląc w nie kolbami karabinów, a to wyraźnie denerwowało czworonogi.

– Pewnie wiozą zwierzęta do uboju – szepnął młodszy z chłopców, kuląc się z zimna i lęku przed tym, aby nie zostali zauważeni.

– Może… pewnie dla niemieckiego wojska, żeby miało siłę uciekać. – Starszy odpowiedział równie konspiracyjnym szeptem i cicho zachichotał. – Ale po co ten pociąg się zatrzymał i to właśnie przy nas?

– Pewnie chcą psy wyprowadzić na siku. Ty, patrz! Tam muszą być jakieś krowy albo świnie, bo te psy tak do tych wagonów ujadają jak nasze, kiedy lisy pod chatę podchodziły.

– No… O, wracają do pierwszego wagonu.

– I teraz psiaki grzecznie idą przy nogach.

– No…

– Rusza. Nareszcie. Julek, słyszałeś? – W chwili, w której pociąg zaczął nabierać szybkości, z jednego z wagonów wydobył się przeraźliwy krzyk. – Julek, co to było?

Starszy z chłopców wystraszonym wzrokiem zaczął obserwować znikające w oddali wagony. Był blady jak śnieg, który od kilkunastu minut leniwie opadał z nieba i pokrywał pole białym puchem. Ten odgłos, jaki usłyszeli, był… ni to ludzki, ni to zwierzęcy. Z całą pewnością nie był to pisk ani ryk żadnego zwierzęcia domowego.

– Chodź! Idziemy na tory. – Julek klepnął brata w ramię i powoli zaczął wydostawać się z rowu. Miał wrażenie, jakby nogi się buntowały, w głowie natomiast cały czas brzmiał mu ten dziwny krzyk, jaki przed chwilą dotarł do ich uszu.

Chłopcy powoli zbliżyli się do torów. Antoś pierwszy zauważył leżący niedaleko kawałek węgla, podniósł go i z uśmiechem na twarzy pokazał bratu. Postanowili pójść w przeciwnych kierunkach, ale Julek cały czas odwracał się i spoglądał na brata. Czuł się za niego odpowiedzialny. W pewnym momencie zauważył, że Antek nachyla się nad czymś, co leży między szynami, i delikatnie dotyka tego nogą.

– Co tam znalazłeś? – zawołał i zaczął iść w kierunku brata.

– Julek! Chodź szybko! – Młodszy z braci stał podekscytowany znaleziskiem, ale widać było, że nie ma odwagi go podnieść.

Kiedy Julek podszedł do brata, zauważył kłąb szmat, które jakby się lekko poruszyły. W następnej chwili wydobyły się z nich piski przypominające miauknięcia kota.

– Julek, co to może być? – Antoś, wyraźnie zaniepokojony i jednocześnie bardzo ciekawy, przesunął nogą pakunek w stronę brata. Szmaty ponownie wydały dźwięk.

Julek przyklęknął i zaczął bardzo ostrożnie odwijać pierwszą warstwę materiału, pod którą najwyraźniej znajdowało się jakieś małe zwierzę.

– Nie ruszaj! – Antoś zaniepokojony spojrzał na brata, podziwiając jednocześnie jego odwagę. – A jak cię ugryzie? – Jego głos stał się bardziej płaczliwy i o kilka tonów cichszy.

Julek spokojnie, bardzo powoli odkrywał kolejne warstwy szmacianego znaleziska. Wstrzymał oddech. Wiedział, że nie może pokazać bratu, że się boi. Nie chciał zostawiać miauczącego znaleziska na torach, ciekawość była większa od strachu paraliżującego jego serce. W pewnym momencie gwałtownie się odsunął i zakrył warstwą materiału to, co zobaczył.

– Julek, co tam jest? – Antoś nawet nie starał się ukrywać trwogi, a łzy jedna po drugiej spływały po zarumienionych od zimna policzkach.

– Dziec–ko – wyjąkał starszy brat i spojrzał na Antka dużymi wystraszonymi oczami.

– Dziecko? Takie normalne? Ludzkie?

– Tak. Normalne małe dziecko, chyba niedawno urodzone. Takie, co kilka dni temu umarło cioci Zosi.

– A może to jest dziecko cioci? Może ono wcale nie umarło? Może poszło do nieba, ale Pan Bóg stwierdził, że ciocia za bardzo płacze, i oddał je…

– Antoś, przestań gadać głupstwa.

– I co z nim zrobimy? Oddamy cioci Zosi?

– Antek! To nie jest dziecko cioci Zosi! – Julek wyraźnie zirytował się płaczliwymi dociekaniami brata. – To cudze dziecko, nie nasze.

– To co z nim zrobimy? – Młodszy z chłopców czuł lęk, ale i urazę do tego dziecka, że pokrzyżowało im plany. – A węgiel? Już nie będziemy szukać węgla? – Tak bardzo chciał, żeby mama go dzisiaj pochwaliła za to, że przyniósł kilka bryłek. Przecież podobno idzie sroga zima, stary Więcławski mówił, że czuje już ją w kościach. Antek rozpłakał się na dobre i zajrzał do swojego worka, w którym na dnie leżały zaledwie trzy niewielkie grudki czarnych kamieni.

– Masz, trzymaj mój worek, a ja wezmę to dziecko i wracamy do domu.

– A węgiel? – Antoś nie dawał za wygraną.

– Bracie, co jest dla ciebie ważniejsze, człowiek czy węgiel? Przecież to dziecko zamarznie tu, jak je zostawimy. A wiesz, co zrobią z nim lisy albo dzikie psy, jak go znajdą? No już, przestań się mazać i pokaż, że jesteś już duży. – Julek owinął znalezisko szmatkami, starając się zrobić to tak, jak było omotane wcześniej. Uśmiechnął się do dużych czarnych oczek spoglądających na niego z gałganów i ruszył w stronę domu.

Antek wytarł brudną dłonią łzy, które zaczynały szczypać jego policzki. Przesypał węgiel brata do swojego worka i ruszył za Julkiem. Starszy z braci domyślił się, że w wagonach nie było zwierząt, tylko ludzie. Słyszał nieraz, jak dorośli półgłosem mówili o Żydach, Cyganach czy innych ludziach wywożonych gdzieś daleko. W ich wsi wszystkich Żydów albo gdzieś wywieźli, albo wymordowali, nawet małego Romka, który miał dopiero dwa latka. Mama bała się ich wypuszczać z domu po tym, co się stało. A smród dymu ze spalonych żydowskich chat długo unosił się w powietrzu, czuć go było nawet u nich, na końcu wsi. Halinka, najstarsza siostra, tak długo płakała, że mama któregoś dnia musiała jej dać po twarzy. Dlaczego to zrobiła? Tego Julek nie wiedział, bo mama rzadko ich biła, nie to, co ojciec. Ten paska nie żałował na nikogo, nawet na dziewczyny. Ale ojca już dawno nie widzieli. Zabrali go gdzieś na roboty, jakby to u nich tej roboty brakowało.

Julek przytulił zawiniątko i chociaż czuł, że ręce mu słabną i bolą coraz mocniej, nie poddał się. Ciekawe tylko, co mama powie na to, że zamiast węgla przyniósł jeszcze jedną gębusię do wyżywienia i to taką małą.

ROZDZIAŁ 1

ILONA

Ilona skończyła układać na stole ostatnie półmiski. Dwie czerwone świece pozostawiła niezapalone, bo to już od zawsze należało do Krzysztofa. W tym roku Wigilia zapowiadała się inaczej, od dłuższego czasu w powietrzu wisiało coś złego, coś… czego nie potrafiła określić. Krzyś, chociaż starał się być taki jak zawsze, coraz częściej zdradzał się dziwnym, nerwowym zachowaniem, czasem zamyśleniem, a czasami wręcz kipiał agresją, bez konkretnego powodu. Oczywiście wszystko składał na nawał pracy, na swoje sukcesy i porażki. Ale Ilona wiedziała, instynktownie czuła wręcz, że za tym coraz dziwniejszym zachowaniem męża, starającego się na wszelkie możliwe sposoby zachować normalność, kryła się inna kobieta. Przecież nie bez przyczyny mówi się o wyjątkowej intuicji. Ona sama czuła, że z każdym rokiem coraz bardziej oddala się od mężczyzny, którego pokochała ponad dwadzieścia lat wcześniej. Czuła, że ją okłamuje, chociaż nigdy nie starała się mu tego udowodnić. Coś jednak było z nimi nie tak jak dawniej. Nie tak wyobrażała sobie ich wspólne życie, kiedy stojąc przed ołtarzem w bazylice Mariackiej, z dumą i szczęściem mówiła sakramentalne „tak”.

Nie usłyszała trzaśnięcia drzwi wejściowych i dopiero chłodny dotyk ust, który ledwo musnął jej rozpalony policzek, wyrwał ją z zamyślenia.

– Cudownie, że już jesteś – powiedziała, spoglądając czujnie na oddalającego się w stronę łazienki męża.

– Wybacz, kochanie, ale musiałem zostać trochę dłużej. Wiesz, koniec roku i takie tam inne sprawy.

„Takie tam inne sprawy” – pomyślała, zerkając na wiszący na ścianie stary drewniany zegar, który odziedziczyła po babci i dziadku. Wskazówki wskazywały godzinę osiemnastą, jak na Wigilię to była dość późna pora powrotu Krzysztofa z pracy.

Ilona poprawiła starannie ułożone włosy, popatrzyła na stół, na którym brakowało już tylko ciepłych dań podgrzewających się w piekarniku i z nostalgią podeszła do okna. Ulice i chodniki, prawie opustoszałe, pokrywała gruba warstwa białego puchu, który wielkimi płatami od kilku godzin sypał się z nieba. Piękna sceneria jednak nie zachwycała jej tak jak dawniej. Drzewa oblepione śniegiem nie były już tak romantycznym widokiem jak kiedyś.

Z radia zaczęła płynąć melodia, która od niezmiennie wzruszała Ilonę. Ciepły głos Seweryna Krajewskiego sprawiał, że w sercu robiło się przyjemniej, a oczy zachodziły mgłą.

Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy,

Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory.

No właśnie: „w którym gasną wszelkie spory” – pomyślała i zaczęła cichutko śpiewać razem z wokalistą.

Nagle z przedpokoju dotarł do niej dźwięk dzwonka telefonu komórkowego męża. Nie podeszła, aby odebrać, bo Krzysztof nie życzył sobie, aby odbierała połączenia z jego telefonu. Uważał, że każdy człowiek ma prawo do odrobiny prywatności, i ona to szanowała. Żadne z nich nigdy nie otwierało listów przychodzących do drugiego, nawet jeżeli były to listy typowo urzędowe, ani nie odbierało połączeń w telefonie drugiej osoby.

Krzysztof wyskoczył z łazienki owinięty dużym zielonym ręcznikiem kąpielowym i złapał telefon, w ostatniej chwili odbierając połączenie.

– Tak? Ale teraz? Oczywiście. No cóż, są sprawy ważne i ważniejsze… – Uśmiechnął się czy jej się wydawało? Tylko tyle usłyszała zanim zamknął się w łazience z telefonem przy uchu. Nie była ciekawa ani kto dzwoni, ani po co, ale czuła, że ten niewinny telefon pokrzyżuje cały misternie przygotowany plan wigilijnego wieczoru.

Po kilku minutach mąż opuścił łazienkę. Piękny, pachnący i uśmiechnięty udał się do sypialni, gdzie nucąc jakąś pastorałkę, przebrał się w czystą koszulę, nie zapominając o swoim eleganckim, odświętnym garniturze, który zakładał tylko na specjalne okazje. Kiedy wyszedł, serce Ilony zabiło mocniej. Wciąż był przystojny jak niegdyś, a lekka siwizna na włosach tylko dodawała mu uroku. Podszedł do niej, objął ją ramionami i wtulił twarz we włosy.

– Pięknie pachniesz…

– Ale… – Ilona nie dała mu dokończyć tego, co chciał jej powiedzieć. Znała jego słowa na pamięć. Zawsze kiedy „coś mu wypadało”, mówił, że tak mu przykro, że musi zostawić swoją najukochańszą i najpiękniejszą żonę, ale sprawy zawodowe… i tak dalej.

– Kochanie, właśnie dzwonili z firmy, muszę wyskoczyć na godzinkę. – Patrzył w jej oczy z takim przekonaniem, że prawie uwierzyła w jego słowa. – Przepraszam cię, Iluś, obiecuję, że jak wrócę, wynagrodzę ci to z nawiązką. – Pocałował ją w czoło i czule pogładził jej policzek.

Ilona zadrżała. Całą siłą woli starała się zatrzymać łzy napływające do oczu, aby nie wypłynęły i nie popsuły jej delikatnego makijażu zrobionego specjalnie na ten wieczór. Specjalnie dla niego. Kiw­nęła głową na znak zrozumienia i odwróciła się w stronę okna. Jak przez mgłę zobaczyła Krzysztofa wychodzącego z domu, pospiesznie wsiadającego do taksówki i znikającego za śnieżną ścianą. Kiedy samochód z jej mężem zniknął, podeszła do stołu, nalała do kieliszka czerwonego wina, czekającego na odpowiedni moment, i jednym haustem wypiła całą jego zawartość. Uzupełniła kieliszek i usiadła w fotelu, próbując uspokoić emocje wśród dźwięków świątecznych piosenek, towarzyszących jej w tym pustym mieszkaniu. Dlaczego on nie potrafi uszanować tego jednego dnia w roku, tak dla niej ważnego? – pomyślała. Wydawało jej się, że nie minęło wiele czasu, kiedy z łazienki doleciała do niej melodyjka dzwonka. Dzwonił telefon jej męża. Zignorowała go, ale po chwili zdała sobie sprawę z tego, że Krzysztof zostawił komórkę w domu. Zdziwiło ją to, bo on nigdy nie rozstawał się ze swoim samsungiem. Widać musiał się bardzo spieszyć, skoro zapomniał. Ponownie zatopiła się we własnych myślach, ale po chwili usłyszała krótki sygnał, tym razem powiadamiający o przychodzącej wiadomości. Nie namyślając się dłużej, wstała i poszła po aparat męża, aby położyć go w widocznym miejscu tak, aby Krzysztof zauważył go zaraz po powrocie do domu. Tylko kiedy to nastąpi? Za… pół godzinki… za godzinkę? Spojrzała na zegar, wskazówki bezlitośnie przesunęły się do godziny dwudziestej trzydzieści. W pewnym momencie zwykła ludzka ciekawość, a może jakaś niewyjaśniona siła, kazała jej wziąć telefon Krzysztofa i sprawdzić, kto do niego dzwonił, zmuszając go do tak nagłego wyjścia i to w dzień Wigilii. Ostatnie dwa połączenia – jedno odebrane, a drugie nieodebrane – były od jakiegoś Marcela. Marcel… Marcel… Ilona próbowała dopasować imię do osoby pracującej z Krzysztofem, ale chociaż znała prawie wszystkich jego współpracowników, nie mogła sobie przypomnieć żadnego mężczyzny o tym imieniu. Zapewne to ktoś nowy – pomyślała i odłożyła telefon na stolik. Po chwili jednak wzięła go ponownie, chora ciekawość zmusiła ją do tego, aby odczytać wiadomość sms. Też od Marcela. Nie, tego zrobić nie może. Bez względu na wszystko. Już odkładała telefon na stolik, kiedy ten zaczął wibrować w jej dłoni, a następnie miłą dla ucha melodyjką począł domagać się odebrania połączenia. Na wyświetlaczu pokazało się imię Marcel, więc nie zastanawiając się dłużej, odebrała.

– Kochanie, zapomniałeś twojego nowego szalika, który dostałeś od mikołaja. – Po drugiej stronie linii odezwał się damski głos. – Ale nie martw się, będę go pilnowała i jutro go sobie odbierzesz. Przynajmniej będę cię czuła w nocy obok siebie, położę go na poduszce i…

– Bardzo przepraszam, ale „kochanie” jeszcze nie wróciło do domu z pilnego wezwania do pracy. – Ilona przerwała kobiecie drżącym głosem. Czuła, jak całym jej ciałem wstrząsa dreszcz, ale postanowiła dokończyć swoją wypowiedź. – Jak tylko „kochanie” wróci, to przekażę, żeby nie martwiło się o tę część swojej garderoby, którą u pani pozostawiło.

Po drugiej stronie linii zapanowała cisza, w tle słychać było tylko cichutko brzmiące kolędy. Ilona odczekała jeszcze kilka sekund i nacisnęła czerwoną słuchawkę. Odłożyła telefon, czując, jak jej policzki zaczynają palić żywym ogniem. Niby podejrzewała, niby się tego spodziewała, niby intuicja już dawno jej to podpowiadała, ale… co innego myśleć, a co innego mieć dowód. Ledwie udało jej się odłożyć telefon męża, a drzwi wejściowe otworzyły się i stanął w nich Krzysztof z miną cierpiętnika.

– Przepraszam cię, moja droga, że to tak długo trwało, ale…

– Nic nie mów. – Ilona spokojnym i opanowanym głosem przerwała jego kłamliwe próby tłumaczenia się. – Zapomniałeś telefonu. Dzwonił MARCEL… – wzięła głęboki wdech – więc odebrałam. Prosiła, abym ci przekazała, że zostawiłeś „w pracy” swój nowy szalik, ale masz się nie martwić, bo ona ci go przypilnuje, wdychając całą noc twój zapach pozostawiony na nim.

Krzysztof, gdyby mógł, rozpłynąłby się w powietrzu jak mgła.

– Odebrałaś MÓJ telefon, który dzwonił do MNIE? – powiedział, wyraźnie akcentując słowa „mój” i „do mnie”.

– Tak. A do kogo innego miałby dzwonić twój telefon?

– Jak mogłaś! – Głos Krzysztofa brzmiał jak głos zupełnie obcego człowieka. – Chyba coś sobie kiedyś powiedzieliśmy na ten temat! Odrobina prywatności. Pamiętasz!? – Nagle dłoń Krzysztofa wylądowała na policzku Ilony.

Zabolało. Zapiekło, jakby ktoś uderzył nie dłonią, a zapaloną pochodnią. W oczach Krzysztofa również zaczął palić się dziwny ogień. Ogień furii.

– Pamiętam. – Ilona patrzyła na męża wzrokiem zimnym, smutnym i opanowanym. – I przyrzekaliśmy sobie, że będziemy o wszystkim rozmawiać. To chyba ty zapomniałeś o tym, aby mnie powiadomić o swojej kochance. Dziękuję ci za ten piękny prezent świąteczny. – Jej głos przybierał coraz bardziej ironiczny ton. – Skoro już jest po wigilii, to chyba nic tu po mnie. Wracaj do swojego Marcela! – Złapała róg obrusu i pociągnęła z takim impetem, że stojąca na stole zastawa, świece i potrawy z hukiem poleciały na podłogę.

Kobieta czuła w sobie narastającą rozpacz, żal, bunt, upokorzenie i nienawiść tak silną, że trudno było jej opanować drżenie nie tylko rąk, ale całego ciała. Wstrząsający szloch wzbierał się głęboko w środku: w brzuchu, w klatce piersiowej, w sercu, a ona nie potrafiła go opanować. Wybiegła do przedpokoju, błyskawicznie wciągnęła na nogi kozaczki, złapała swoje białe sztuczne futerko i opuściła mieszkanie, głośno zatrzaskując drzwi. Gęsto padający śnieg znacznie utrudniał jej widoczność, dlatego nie zauważyła nadjeżdżającego samochodu. Wyskoczyła na jezdnię wprost pod koła białego audi. Na szczęście gruba warstwa śniegu zamortyzowała upadek, odrzuciło ją w kierunku śnieżnej zaspy. Szybka reakcja kierowcy, który gwałtownie zahamował, wpłynęła na to, że Ilona, odrzucona kilka metrów, nie odniosła poważniejszych obrażeń. Kiedy podnosiła się z jezdni, silna męska dłoń pomogła jej, ale ona przez łzy nie widziała twarzy człowieka. Czuła tylko unoszący się wśród spadających płatków śniegu przyjemny zapach męskiej wody kolońskiej, zupełnie innej od tej, jakiej używał Krzysztof.

– O Jezu, bardzo panią przepraszam. Nic się pani nie stało? Może zawiozę panią do szpitala? – Mężczyzna był wyraźnie zdenerwowany, miał miły, chociaż drżący głos i nie miał zamiaru zostawiać jej na tej felernej ulicy.

– Nic mi nie jest. Zresztą mieszkam w tym bloku. – Wskazała ręką w stronę okna swojego mieszkania, gdzie za firanką, bardzo dobrze widoczny z ulicy, stał Krzysztof.

– To może chociaż odprowadzę panią do domu? – Mężczyzna uparcie trwał przy pragnieniu niesienia pomocy.

– Dziękuję, zresztą mąż widział wszystko przez okno i już z pewnością zbiega po mnie. – W jednej sekundzie nawet uwierzyła w to, co powiedziała. – Proszę już jechać! No, niech pan już jedzie, bo spóźni się pan na wigilię! – Krzyknęła, wyrwała się z podtrzymujących ją rąk i pokuśtykała w stronę klatki schodowej. Mężczyzna podszedł do niej, wcisnął coś w jej dłoń, jeszcze raz przeprosił za zaistniałą sytuację, chociaż to przecież ona powinna przeprosić jego za bezmyślne wtargnięcie na jezdnię.

– Gdyby coś się działo, proszę zadzwonić. Na wizytówce ma pani wszystkie kontakty do mnie, i służbowe, i prywatne. – Ukłonił się i odjechał, wolno przedzierając się przez zasłonę padającego śniegu.

Gdy samochód zniknął z pola widzenia, Ilona możliwie szybkim krokiem odeszła od budynku, w którym mieszkała. Ulice były prawie puste, czasami tylko jakiś zabłąkany człowiek, mocno opatulony, spiesznym krokiem udawał się w tylko sobie znane miejsce. Na przystanku autobusowym nie było nikogo Ilona usiadła na ławce i dopiero wówczas poczuła ból pulsujący w prawym udzie. Roztarła dłonią bolące miejsce, ale ból nie ustępował. „Siniak będzie jak ta lala” – pomyślała. Po kilku minutach podjechał autobus. Kierowca, starszy szpakowaty pan, z ciekawością spojrzał na siedzącą na ławce kobietę i się uśmiechnął.

– Odjazd za dwie minuty. Wsiada pani?

Ilona przecząco pokręciła głową. Mężczyzna zamknął drzwi i zaczął pogwizdywać melodię płynącą z odbiornika radiowego. Nagle z oddali dobiegł ją głos Krzysztofa.

– Ilona! Ilona! Wracaj, porozmawiajmy! – Głos zbliżał się niepokojąco szybko.

Ilona nie zastanawiając się dłużej, zapukała do drzwi pojazdu.

– Jednak się pani zdecydowała? – Kierowca ponownie uśmiechnął się do niej i szybko zasunął za nią drzwi, aby uchronić wnętrze przed wpadającym śniegiem. W momencie gdy autobus ruszał, Ilona zobaczyła wyłaniającego się zza zasłony śnieżnej męża. Biegł w stronę przystanku, energicznie machając rękami.

– Ten człowiek też jedzie? – Starszy pan siedzący za kierownicą odwrócił się w stronę pasażerki.

– Nie! Ten pan zostaje, proszę jechać i nie przejmować się nim.

Kierowca autobusu wzruszył ramionami i włączył kolejny bieg. Krzysztof próbował jeszcze go zatrzymać, ale usłyszeli tylko uderzenie w karoserię i mąż Ilony pozostał za gęstą zasłoną śnieżną.

Jechali wolno, padający śnieg bardzo ograniczał widoczność; z radia płynęły ciche melodie świąteczne, a kierowca pogwizdywał. W czasie całej podróży w autobusie zmieniali się pasażerowie, ale było ich niewielu, zaledwie kilka osób. Ilona poczuła ogarniające ją zmęczenie. Wypite przed przyjściem Krzysztofa wino spowodowało senność, którą spotęgowały przesuwający się za oknem autobusu monotonny krajobraz zasypanego śniegiem Gdańska, przyjemne ciepło wewnątrz i delikatne kołysanie. Zasnęła, nie zastanawiając się nawet, dokąd zawiezie ją ten autobus.

– Proszę pani. Proszę pani. – Ilona poczuła delikatne szarpnięcia. – Proszę pani, jesteśmy na końcowym przystanku. Czy to jest pani cel podróży?

Otworzyła oczy i nieprzytomnym wzrokiem objęła zaniepokojoną twarz starszego mężczyzny. Rozejrzała się dookoła, ale za oknami autobusu królowała jedynie rozświetlona śniegiem i blaskiem księżyca noc. Powoli wstała i wyszła na zewnątrz. W oddali czernił się zarys jakiegoś lasu, a z boku drogi tu i ówdzie widoczne były nieliczne światełka.

– Mam dziesięć minut postoju i wracam do Gdańska. Jeżeli pani chce się ze mną zabrać z powrotem, to…

– Nie. Nie. Dziękuję, ale jestem na miejscu. Mój brat miał tutaj na mnie czekać, powinien zaraz po mnie wyjść – skłamała bez zastanowienia, aby nie martwić miłego starszego pana.

– Chętnie bym z panią zaczekał, ale to mój ostatni kurs i chciałbym zdążyć jeszcze do córki ucałować wnuki. – Mężczyzna spojrzał na swoją jedyną pasażerkę z wyraźną troską. – Na wigilii nie mogłem być, ale może chociaż zdążę, zanim te małe szkraby zasną. – Zrobił taką minę, jakby tłumaczył się przed kobietą z jakiegoś występku, którego dokonał wbrew prawu i sobie.

– Proszę się nie tłumaczyć. – Ilona położyła dłoń na ramieniu kierowcy i się uśmiechnęła. –Znam te okolice jak własną kieszeń i nawet jak brat nie przyjdzie, to sobie poradzę. O, widzi pan tamto światełko, które tak migocze? – Wskazała dłonią dom oddalony w dość dużej odległości od drogi. – Tam mieszkają rodzice. Dziękuję za towarzystwo i życzę panu wesołych świąt. – Cmoknęła zaskoczonego mężczyznę w policzek i szybkim krokiem oddaliła się od pętli autobusowej. Śnieg przestał padać, ale mroźne powietrze coraz bardziej szczypało w policzki. Narzuciła kaptur na głowę i wcisnęła dłonie w kieszenie futerka. W pewnej ­chwili poczuła na policzkach ciepło spływających łez. Z oddali dobiegł ją odgłos uruchamianego silnika autobusu. Odwróciła się i pomachała kierowcy, chociaż nie była pewna, czy sympatyczny pan zauważył ten gest. Kiedy autobus zniknął w czerni niewidocznego krajobrazu, rozpłakała się. Nie musiała już tłumić emocji. Była sama na tym pustkowiu. Nie musiała tłumić szlochu, bo nikt jej nie słyszał. Szła drogą, głośno płacząc, nie widząc wokół siebie nic, tylko zbliżające się czarne ściany lasu i biegnącą środkiem szosę. Śnieg ponownie zaczął padać, najpierw spokojnie, dużymi płatkami, leniwie opadającymi na wszystko dookoła. Z czasem jednak śnieżyca zaczęła przybierać na sile, w przeciwieństwie do Ilony, której siły zaczęły być coraz marniejsze. Szła wolno w niewiadomym kierunku. Nie czuła strachu, może dlatego, że przed oczami cały czas majaczyła jej zaskoczona, a zarazem wściekła twarz Krzysztofa i ręka uderzająca jej policzek. Tyle lat pozwalała sobie na to, aby mu wierzyć, a on… Musiała przyznać, że bardzo dobrze odgrywał swoją rolę kochającego męża. Z każdą kolejną chwilą przypominała sobie sytuacje, które najprawdopodobniej były zasłonami dla jego zdrad. Wyjazdy służbowe, podczas których nie odbierał telefonów, a beznamiętny głos w słuchawce informował ją, że „abonent czasowo niedostępny”. Sympozja, narady, bankiety były wytłumaczeniem milczącego telefonu. Ciekawe, jak długo trwała ta jej ślepota.

Ból w udzie zaczął się nasilać. Wstrząsane płaczem ciało coraz bardziej traciło siły. Nawet żołądek zaczął się niebezpiecznie buntować, może z powodu płaczu, a może z powodu głodu. Od rana miała w ustach zaledwie dwa kawałki chleba i kawałek ciasta, nie licząc tych kilku łyżek barszczu, które przełknęła podczas próbowania smaku, dwóch filiżanek kawy i tych kilku łyków wina. Nagle nogi zrobiły się miękkie jak z waty, osłabione długim marszem w śnieżnej zamieci. Ciało osunęło się na ziemię. Ilona czuła, że nie ma siły się podnieść i iść dalej. Jak na złość żaden samochód nie pokazał się na drodze. Wiadomo, wigilijną noc ludzie raczej spędzają w domach z rodzinami, a nie w podróży. Przesuwając się na kolanach, dobrnęła do wielkiego konaru drzewa leżącego wzdłuż drogi i usiadła, wtulając zmarzniętą twarz w futerko. „Niech się dzieje, co chce” – pomyślała i zamknęła oczy. Na chwilę.

ROZDZIAŁ 2

ANDRZEJ

Andrzej, wściekły na siebie i na pogodę, wyruszył z domu dużo później, niż planował. Wiedział, że tym razem ciotki mu nie darują, że nie przyjechał na kolację wigilijną. Ale nie mógł pozwolić na to, aby jego nowy kolega, chłopak krótko po stażu, nie spędził tego wieczoru u boku młodej żonki i kilka miesięcy wcześniej urodzonych bliźniaków. Kiedy w planie dyżurów zobaczył, że Ryśkowi przypada Wigilia, pierwszy poszedł z propozycją zamiany. Ordynator z pewnością się wściekł, ale jemu to było obojętne. Młody kolega najpierw bardzo się ucieszył z propozycji, ale widocznie sumienie nie pozwoliło mu na zostawienie Andrzeja w ten dzień samego na oddziale i około dwudziestej trzeciej przyjechał go zmienić.

– Chłopie, jedź do domu. Naciesz się chociaż wieczorem. Moje dziewczynki położyłem spać, wszystkie trzy, i nie mogłem przestać myśleć o tobie. – Andrzej uśmiechnął się na wspomnienie widoku kolegi stojącego w drzwiach dyżurki. Na oddziale było cicho i spokojnie. Większość pacjentów wypisano na przepustki, pozostały tylko cztery osoby. Niewiele się namyślając, poklepał Ryśka z wdzięcznością po ramieniu i poszedł do samochodu. Jak na złość jego stara corsa nie chciała zapalić. Tyle razy obiecywał sobie, że w końcu ją sprzeda i kupi sobie inny, nowszy samochód. Ale zawsze kończyło się na obiecankach. Kiedy auto wreszcie odpaliło, skierował się od razu w stronę obwodnicy, którą zawsze jeździł do domu rodziców, teraz zamieszkałego tylko przez dwie siostry ojca. Prezenty dla rodziny od dawna trzymał w samochodzie i jadąc, starał się przypomnieć sobie, czy o nikim nie zapomniał, bo na święta do domu zjeżdżało się jego rodzeństwo z rodzinami. Wszystkich ciągnęło do starego domu, który na każdego działał nostalgicznie. Dwie stare ciotki zastępowały im rodziców, a że obie były niezamężne i bezdzietne, traktowały ich jak własne pociechy. Zresztą nie było chyba w rodzinie nikogo, kto nie kochałby tych dwóch starszych pań.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

KILKA SŁÓW OD AUTORKI

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

KILKA SŁÓW OD AUTORKI

PODZIĘKOWANIA

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji