Wydawca: Siedmioróg Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 183 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mroczny labirynt - Krzysztof Petek

„Masz coś, Młodzik? - spytał barczysty mężczyzna stojący bliżej wyjścia. Jajco, czając się w prostokątnej wieży bramnej, widział tylko zarys jego postaci” - od tych słów zaczyna się Mroczny labirynt, pierwsza powieść należąca do serii "Porachunki z przygodą".

Kim jest Jajco? Dlaczego nieustannie stacza pojedynki ze złoczyńcami? W jaką kryminalną intrygę wplątał się tym razem? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań młodzi wielbiciele mocnych wrażeń znajdą w Mrocznym labiryncie. Przeżyją emocjonujące przygody w towarzystwie odważnego Jajca i jego przyjaciół: ostrożnego Pucka, erudyty Pchełki, a także pięknej Marty. Ich przeciwnikami będą groźni przestępcy, a tłem wydarzeń - mazurskie jeziora i zamek w Szymbarku Warmińskim.
Sensacyjna, pełna dramatycznych zwrotów akcja, humor, wzruszenia pierwszej miłości - oto sposób Krzysztofa Petka na porachowanie się z przygodą.

 

Porachunki z przygodą to seria powieści sensacyjno-przygodowych dla młodzieży. Akcja wszystkich powieści rozgrywa się w istniejących miejscach Polski, a ich fabuła oparta jest za każdym razem na rzeczywistych wydarzeniach. Główni bohaterowie książek Petka mają do czynienia z ludźmi, którzy rzadko bywają grzeczni, mili, sympatyczni. Autor pokazuje świat autentyczny, czasem brutalny, w którym młodzi ludzie muszą się odnaleźć. Petek wskazuje młodym czytelnikom, w jaki sposób walczyć w dzisiejszym świecie o siebie i o to, co stanowi istotę naszego życia: o zachowanie godności i definiujących nas wartości moralnych.

W przygotowaniu 9 następnych tomów:

• Tajemnica deszczowej nocy
• Bezlitosna fala
• Czarna walizka
• Koszmarna przesyłka
• Kamienna pułapka
• Wszystko w swoim czasie
• Ostatnia zagadka
• Kolekcja Łowcy Cieni
• Trzy dni od teraz.

Opinie o ebooku Mroczny labirynt - Krzysztof Petek

Fragment ebooka Mroczny labirynt - Krzysztof Petek

Redakcja

Marek Gumkowski

Projekt graficzny

Kasia Kołodziej

Korekta

Beata Szcześniak

Skład

Barbara Wieczorek

Żaden fragment książki nie może być powielany

ani reprodukowany w jakiejkolwiek formie

bez pisemnej zgody wydawcy.

© by Siedmioróg 2009

ISBN 978-83-7568-894-8

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmioróg.pl

Wrocław 2012

1. Napad na Jajco 2. Niebieskie młoty 3. Narada bojowa 4. Zwiady 5. Czy Marta da linę? 6. Makaron pomoże

1

– Masz coś, Młodzik? – spytał barczysty mężczyzna stojący bliżej wyjścia. Jajco, czając się w prostokątnej wieży bramnej, widział tylko zarys jego postaci.

– Tak, mam. Krzywe nogi…! – złościł się niewidoczny człowiek. Jego głos dudnił, jakby ktoś założył mu na głowę żelazną beczkę. – Huśta mi się ta twoja latarka jak diabli! Jeszcze mnie opuść…

– Wiesz, że to była wieża straceń? Wrzucali tu niegrzecznych.

– Ja jestem grzeczny.

Jajco podkradł się i zajrzał do środka przez wąski prześwit w ceglanym murze. Barczysty mężczyzna, owinięty w pasie liną taterniczą, powoli opuszczał swojego wspólnika w dół szerokiej studni, zajmującej całe wnętrze budowli. Sam stał na drewnianym progu, odchylony mocno w tył. Jajco czaił się metr od niego, przytulony plecami do zewnętrznej ściany zamku. Z prawej dobiegały go odgłosy rozmowy, przed sobą widział ciemną trzymetrową przepaść – tylko po drewnianych schodkach z poręczą po jednej stronie można było zejść tam bezpiecznie, aby dotrzeć na zamkowy dziedziniec. Gdy odwrócił głowę w lewo, osiem metrów dalej ujrzał ciemniejący na tle zachmurzonego nieba kanciasty kształt wieży bramnej.

– Ty, Szafa! Mam! – wrzasnął Młodzik z dołu. – Jest ten czerwony kamień między cegłami! Słyszysz, Szafa? Włazi! – I wtedy gdzieś z dna studni dał się słyszeć szum wypływającej wody. Jakby ktoś wyjął korek z pełnej wanny.

– I co? – sapnął Szafa stojący metr od Jajca, który zdążył się w tym czasie ukryć w pustym otworze okiennym.

– No, jest jakaś dziura, tak jak mówił Pasiak.

– A pułapki?

– Nic nie widzę. Ale na planie będą. Rozpakujemy i tyle.

– Musimy poczekać na Pasiaka. On ma tę mapę. To ty, Pasiak? – facet o pseudonimie Szafa lekko odwrócił głowę, kiedy spod stopy Jajca posypały się drobne kamyki. Chłopak wstrzymał oddech i zamienił się w słup soli. Ale nikt nie nadchodził. Mimo wszystko postanowił się wycofać. Jutro tu przyjdzie sprawdzić, co jest grane. Jeśli tylko uda mu się znaleźć taką wysoką drabinę, jakiej użyli ci tutaj.

Było ciemno, cisza wieczoru ogarnęła zamek i jezioro. Wiatr poruszał koronami drzew, a w mury zamku uderzały coraz większe krople deszczu. Ale to właśnie ich szemranie przypomniało, że jest noc, wszyscy śpią…

Zostawił w wieży dwóch ludzi z liną. Na palcach przemierzył połowę drogi przez krużganek i odwrócił się, żeby łatwiej zejść na dziedziniec po maleńkich schodkach. Był już na ostatnim szczeblu, kiedy nagle coś, jakby wielka anakonda, owinęło mu się wokół szyi. Przez chwilę nie wiedział, co się dzieje. Potem zrozumiał, że trzeci z nocnych gości – Pasiak – dusi go od tyłu za pomocą sękatego kija. Przed oczami przeleciał mu cały spis chwytów i ciosów uwalniających, jakie trenował od dwóch lat. Spróbował się przesunąć w bok i uderzyć łokciem w żebra napastnika, ale tamten widać znał tę sztuczkę, bo zrobił krok razem z Jajcem. Silne ręce mężczyzny wyciskały resztki powietrza z płuc ofiary, której przed oczami zaczynały już tańczyć kolorowe plamki. Chłopak chciał złapać napastnika za pasek, ale w dłoni został mu tylko niewielki, zawieszony na łańcuszku grawerowany zegarek, jakie nosili sto lat temu panowie w melonikach. Wypuścił go z ręki. Wreszcie wyczuł nogą stopę przeciwnika i z całej siły uderzył w nią obcasem. Buty trekkingowe na wibramowej podeszwie to jednak doskonały wynalazek! Bandyta zawył jak wilkołak na rożnie i zwolnił uścisk. Wtedy Jajco odwrócił się, błyskawicznie chwycił w obie dłonie duszący go kij i jego końcem uderzył przeciwnika w głowę. Zaraz potem wziął zamach i ciosem pod kolano położył napastnika. Wycie powtórzyło się nieco głośniej, do tego w tonacji a-moll.

– Co jest, do cholery? – wrzasnął człowiek z liną, wybiegając z przejścia prowadzącego na krużganek. – Pasiak, co jest?

Jajco nie czekał na odpowiedź. Doskonale wiedział, co jest: wpakował się w sam środek jakiejś śmierdzącej sprawy. Szyja puchnie jak diabli, należy się zmyć, póki nie zaczną go boleć szczęka, nos i żebra. Puścił się więc pędem, schylając głowę, by nie zawadzić o niski gzyms w ceglanym prześwicie. Przeskoczył stos desek i skręcił za kwadratową basztą ku miejscu, gdzie była drabina – jedyna droga do wolności. Ścigały go promienie dwóch latarek i przekleństwa trzech mężczyzn.

– Łapcie go! Jak będzie fikał, to ubić drania! – wrzasnął ten, który przed chwilą zajmował się szyją Jajca.

Stado czerwonych mrówek wlazło chłopakowi na plecy. „Ubić”…?! Gdzie ta drabina…?

Ale nie znalazł jej. Ludzie z latarkami byli już pięć metrów od niego, już przesadzali stos desek. Kolejno wyłaniali się zza załomu kwadratowej wieży – pozostałości starego spichlerza.

Jajco w świetle latarek ujrzał wreszcie drogę ucieczki: jakieś dwa metry dalej wystawał szczyt drabiny. Palce uciekiniera wciąż zaciskały się na wyrwanym bandycie kiju. Rozejrzał się bezradnie, po czym włożył go sobie z tyłu za pasek. Musiał mieć wolne ręce, ale nie chciał się pozbywać jedynej broni. Odwrócił twarz w stronę ścigających, stawiając nogę na pierwszym szczeblu.

I wtedy coś świsnęło mu koło ucha. Zanim się zorientował, co to takiego, znów usłyszał ten odgłos, w świetle latarek błysnęło ostrze i nagle poczuł ból, jakby ktoś przyłożył mu do nogi kawał rozpalonego żelaza. Zszedł metr niżej i resztką sił wsunął się w jakąś dziurę. Kiedyś pewnie było tu okno…

Pogoń dotarła już do krawędzi muru. Nie zastanawiając się długo, ścigający zaczęli szarpać drabinę na boki. W jedną stronę, potem w drugą… Gdyby Jajco nie ukrył się w niszy, spadłby w dwunastometrową przepaść. Kolejne stado mrówek oblazło chłopaka, po czole spływały mu krople potu. Dotknął lewego uda – na dłoni została lepka ciecz. Wolał się nie domyślać, jak głęboka jest rana. Wiedział, że obcisłe dżinsy tamują nieco krwotok. Na razie to musiało wystarczyć.

Deszcz zaczynał siec regularnie. Zrobiło się jeszcze ciemniej, wiatr od jeziora dmuchał chłodem. Tymczasem napastnicy, świecąc latarkami, przeszukiwali teren u stóp murów.

– Musiał zlecieć…

– Może gdzieś się odczołgał?

– Dobra, złazimy – zadecydował Pasiak. – Znajdźcie go i wykończcie. Potem zrobimy swoje.

Facet oprzezwisku Szafa, który przedtem opuszczałMłodzika nalinie, zatrzymał się napierwszym szczeblu.

– Ty, Pasiak, mieliśmy kraść i szmuglować, ale nie było mowy o mokrej robocie! Ja do tego ręki nie przyłożę!

– Złaź! Znajdź mi go, już ja sobie z nim poradzę.

Zeszli i rozbiegli się po łące. Jajco, walcząc z ogarniającą go falą słabości, chwycił drabinę i, najszybciej jak potrafił, zsunął się w dół. Potem, zaciskając zęby, pokuśtykał na wschód. Podpierając się kijem zdobytym na przestępcy, zamierzał dotrzeć do drewnianego sklepiku, gdzie pod daszkiem czekali jego dwaj przyjaciele. Jednak zanim dotarł do krawędzi muru, przed oczami zaczęły mu pływać czarne plamy. Skręcił więc w prawo i po chwili wsunął się między filary podtrzymujące most wiodący do bramy.

Błyskawica, świadectwo zbliżającej się burzy, oświetliła zamek bladym, upiornym światłem. Potem znów zrobiło się zupełnie ciemno. Tylko wiatr dął coraz silniej, porywając krople deszczu irozrzucając jepookolicy.

Jajco upadł na ziemię.

Kim, do diabła, są ci wariaci?! Czemu włóczą się o północy po zrujnowanym zamku, do tego zamkniętym na klucz przez ekipę remontową? I dlaczego chcą go zabić?!

Dokładnie przypomniał sobie całe zajście.

Najpierw pokłócił się zprzyjaciółmi ipowędrował samotnie wstronę ruin. Potem wydało mu się, żewokrągłej narożnej wieży widzi światło. Podszedł dodrewnianej bramy iwspierając dłonie nametalowej barierce, wychylił się wprawo. Było ciemno. Wiatr wył wpustym pomieszczeniu nad wieżą bramną. Robiło się coraz zimniej. Zaczynało kropić. Iwtedy zobaczył toświatło. Promień silnej latarki przebiegł podwóch oknach Wieży Bocianiej inamoment wyłowił zmroku zarys postaci zezwojem liny wręce.

Wtedy Jajco jeszcze raz przyjrzał się bramie. Zamknięta. A przecież nie ma innego wejścia do zamku.

Zbiegł więc z kamiennego mostu i zatrzymał się pod samą wieżą. Teraz wyraźnie widział padającą z góry poświatę. Rozejrzał się niepewnie. Jego przyjaciele siedzieli w tym czasie przy drewnianym sklepiku spożywczym. Powinien ich zawołać, ale…

Dwadzieścia metrów dalej zobaczył drabinę. Była oparta o północną ścianę zamku i sięgała do prześwitu między dwiema mniejszymi basztami.

Przez chwilę rozglądał się bezradnie. Oczywiście wiedział, że nie wolno mu iść samemu do zamku w nocy, zwłaszcza gdy dzieje się tam coś dziwnego. To zbyt niebezpieczne! Podczas obozów harcerskich przeszedł szkolenie, jak zapewnić bezpieczeństwo prowadzonych obserwacji. Główna zasada: działać w grupie!

Gdzie ten pierwszy szczebel…?

Reszta wspomnień była zbyt straszna, żeby pamięć mogła je złożyć w poszczególne sceny. Wiedział tylko, że o mało nie zginął, że rzucano w niego nożami, z których jeden trafił w lewe udo. Znów ogarnął go strach. Nie jest bezpieczny pod tym mostem. Trzeba poszukać Pchełki i Pucka.

Wstał i ruszył przed siebie, od strony jeziora mijając filary mostu. Aż ugiął się pod naporem wiatru.

Gdy kuśtykał obok maleńkiego przedszkola, mieszczącego się w zabytkowym budynku sto metrów dalej, kolejny błysk oświetlił zamek. Tym razem towarzyszył mu potężny grzmot.

2

– No i co? – Pchełka uniósł brwi, gdy radiowóz, który odwiózł Jajca, zniknął za zakrętem.

– No i jajco – odpowiedział Jajco, wzruszając szerokimi ramionami. – Niebiescy to młoty.

Takie podsumowanie półtoragodzinnych rozmów z policją było do niego podobne.

Szedł już prawie normalnie. Rana okazała się niezbyt groźna, sami więc odkazili i zabandażowali ciachnięte udo, zanim wysłali Jajca na policję. Nie było sensu budzić Klępy, a tym bardziej matki chłopaka.

W tym czasie Jajco jeszcze raz dokładnie opowiedział przyjaciołom, co go spotkało w zamku i dlaczego rzucił się na nich z taką przerażoną miną.

A potem ponad godzinę konferował z „władzą”.

– Wreszcie niebiescy wsadzili mnie do radiowozu i pojechaliśmy obejrzeć zamek – relacjonował.

Miał jednak pecha… W środku nic nie wskazywało na działalność przestępczą. Zamek w Szymbarku od kilku lat był w remoncie, po całym dziedzińcu walały się więc deski, jakieś kable, część odkrytych piwnic była zagrodzona siatką, a przy południowej ścianie wznosiły się rusztowania. Na prostokątną zamkową budowlę składały się niemal wyłącznie mury z basztami, toteż trzej policjanci przeszukali szybko duży dziedziniec. Sprawdzili również kłódkę wiszącą na drzwiach baraku, w którym przechowywano plany i dokumentację remontową. Niczego nie znaleźli. Nawet studnia w okrągłej wieży była przepisowo zakryta deskami.

Cały czas Jajcem zajmował się brodaty policjant bez munduru. Warczał, jakby chłopak nie był ofiarą napaści, tylko sprawcą. Szarpał go za kurtkę i poganiał szturchnięciami.

– I co, widzisz coś, co do nich należało? – spytał oschle.

– Nie, proszę pana.

– I dlaczego mamy w ogóle wierzyć w ten napad? Żadnych świeżych śladów nie ma, a nie wiem, czy deszcz zdążyłby wszystko zmyć. Zrobili ci coś?

– Chcieli… – Jajco nie zamierzał się przyznawać, dlaczego kuleje. Na pewno musiałby jechać do szpitala na oficjalne badania, bo policja życzyłaby sobie opinii lekarza o tym ciachnięciu nożem. Szkoda czasu, a i matka natychmiast dowiedziałaby się o wszystkim. Skończyłoby się aresztem domowym. Wiedział, że wcześniej czy później i tak policja skontaktuje się z matką, ale chciał zapewnić sobie jeszcze trochę wolności.

Kiedy wrócili na posterunek, Brodacz najpierw spisał zeznania Jajca, potem sklął go za nocne łażenie po odludziu i wreszcie odesłał do domu.

– Więcej mi się nie plącz, łebku zatracony, nocami po terenie! Do łóżka!

3

– Co jest grane? – zaspana Marta wychyliła się z okna i przetarła oczy. Nie dane było jej jednak dowiedzieć się tego od razu.

Wyciągnęli ją z domu i całą czwórką wleźli do namiotu. Mimo że mieli swoje pokoje, chłopcy uprosili Klępę, u której mieszkali, i matkę Jajca, opiekującą się nimi podczas wakacji, żeby mogli rozbić namiot w ogrodzie i tam nocować. Może Pchełka i Pucek nie mieliby obiekcji przed mieszkaniem w ciepłym pokoju, ale Jajco, stary harcerz, nie chciał o tym słyszeć.

– Otwieram naradę wojenną Stowarzyszenia Sprawiedliwych – powiedział uroczyście Pchełka.

– Czego? – zamrugała Marta.

– Stowarzyszenia Sprawiedliwych. Czyli nas trzech. Kiedy na przykład trzeba walczyć w szkole z takimi, co wymuszają pieniądze, to, proszę pani, do akcji wkracza Stowarzyszenie Sprawiedliwych.

– Tym się powinna zajmować policja, nie wy.

– No, jasne, od razu policję mieszać albo oddziały antyterrorystyczne, kurza twarz – mruknął Jajco. – Drobne sprawy załatwiamy sami. Mamy niezłe efekty…

– Rozumiem – przerwała mu. – I słucham: co się właściwie stało?

Marta była rozespana, ziewała i potrząsała zmierzwionymi, długimi blond włosami. Ale nawet w dresie i trampkach wyglądała bardzo ładnie. Jeszcze raz ziewnęła:

– Wyciągacie mnie o pierwszej w nocy z domu, więc lepiej, żeby to było coś ważnego.

– Ktoś zabił Jajca – oświadczył chudy Pucek i przechylił głowę. Czekając na reakcję, zajął się rozpakowywaniem czekolady.

– Co? – przymrużyła oczy dziewczyna. – Chyba użyłeś jakiegoś skrótu myślowego. Albo się po prostu mylisz. Przecież Jajco tu siedzi!

– Bo nie dokończyli tego zabijania.

– Jeszcze zdążą… – szepnął Pchełka ipokiwał głową.

Marta wzięła do ręki latarkę i obejrzała twarz chłopaka. Zza okularów spoglądały na nią zmęczone oczy. Zmęczony może być każdy… Zatrzymała światło na szyi.

– Ktoś cię dusił?! – Przysunęła się bliżej, żeby lepiej obejrzeć ślady. – Mój braciszek też miał takie, jak go kiedyś w Tatrach lina poddusiła. Ładna afera! Doczekałeś się, ważniaku. Czyja to sprawka? – zwróciła się do Pchełki.

– Duchów. No, nie patrz tak! Jajco śledził duchy w zamku i go dorwały. Do tego rozwaliły mu nożem kończynkę… Nie tę, dolną. No, pokaż jej.

– Chyba ci odbiło. – Jajco spojrzał wrogo na dziewczynę. – Będę się przy tej plotkarze rozbierał? Policji nie powiedziałem o ranie, a jej mam dać się oglądać? Przecież jutro wiedziałaby o tym cała okolica…

Marta aż uderzyła pięścią w jego kolano.

– Nie obchodzi mnie, co o mnie myśli jakiś zwalisty dzieciak. Ale jeszcze raz ci powtórzę, że nic nie powiedziałam o tym twoim zaryciu gębą w dno jeziora! Ktoś to musiał widzieć i opowiedział, Jajcoku. A w ogóle, może chociaż powiesz mi, kto ci zrobił krzywdę i wymyślił ci taką głupią ksywkę?

– To już dawno było… – z rozpędu powiedział Jajco. – Trochę może od nazwiska, a potem, jak pytali „co?” – często odpowiadałem „jajco”. No i tak się przylepiło. To tak, jak Pchełka został Pchełką, bo taki jest… niewielki, a Pucek, bo chudy, jakby go matka codziennie walcem drogowym przejeżdżała tam i z powrotem. Wystarczy?

– W sumie tak – odparła Marta, zdumiona tak grzeczną odpowiedzią na jej zaczepki. – Zrozum, że ja niczego nikomu nie powiedziałam… – postanowiła wyjaśnić raz jeszcze.

– Tak, tak. Jasne – machnął ręką Jajco. – Lepiej poczęstuj się czekoladą Pucka. I zamilknij na zawsze. Po co w ogóle ją tu przywlekliście?

– Mogę sobie pójść… – dziewczyna zerwała się z miejsca. – Znam ciekawsze zabawy niż alarmy nocne i straszenie duchami.

Pchełka zasłonił ręką wyjście z namiotu.

– Zatkajcie się wszyscy i słuchajcie. Policja nas wyśmiała – podsumował, zerkając na Jajca czyszczącego okulary. – Ale w zamku coś się dzieje. Jajco się w coś wpakował aż po końce okularów. Chyba że sam przeciąłeś nogę?

– Dokładnie tak – odparł zmęczony Jajco. – Wymyśliłem sobie drabinę, wlazłem po niej do zamku i sam do siebie rzucałem nożami. Przyznaję się, kurza melodia. Ty, Pchełka, jesteś gumowy młotek i tyle.

– Nic z tego. Już raz się dziś pokłóciliśmy i obrażony sam polazłeś do zamku. Wiemy, co z tego wynikło. Można tylko się dziwić, że w ogóle jeszcze żyjesz.

– Dobra, kurczaczki – podniósł ręce Jajco. – Poddaję się. A teraz pomóżcie mi wykombinować, co się tam właściwie działo. Bo mnie się już chrust w głowie przepala i nie mogę dojść do niczego.

Razem jednak doszli.

4

– Co wiemy? – zapytał sam siebie Jajco, poprawiając okulary na nosie. – Myślę, że jest tak: te kurze pyski, co ostatnio włamują się do domów, robią sobie skrytkę w zamku. Znaleźli w studni jakieś odpowiednie miejsce, a ja ich nakryłem. Więc chcieli mnie zabić. Ostro grają, kurza twarz. Trzeba się im dobrać do piórek.

– Lepiej wyjedźmy… – sapnął Pucek po raz nie wiadomo który. Ale i tak wiedział, że na nic jego prośby. Pchełka i Jajco, zwąchawszy przygodę, pójdą za nią nawet w ogień.

Trójka przyjaciół podążała wolno w stronę zamku. Minęli cmentarz Finckensteinów, ostatnich właścicieli budowli, którzy uciekli stąd w 1944 roku. Idąc wzdłuż płotu, ogradzającego puste dziś magazyny i stajnie, zbliżali się od tyłu do murów. Błoto chlupało pod butami, deszcz ciął równo, a pojedyncze pioruny uderzały w Jezioro Szymbarskie, przy którego północnym krańcu od XIV wieku stał zamek. Powoli burza odchodziła na zachód, w stronę jeziora Stęgwica i dalej, nad Jeziorak.

– Tak jest, ostro grają – powtórzył Pchełka za Jajcem. – Warto by się o nich czegoś dowiedzieć. Ale to chyba beznadziejne. Na pewno wszyscy trzej wplączemy się w kłopoty… No, nie kiwaj głową, Jajco, tylko się zastanów. Masz pomysł, jak zdobyć dowody przeciwko bandziorom? Jeśli masz, proszę bardzo… Trzeba to zrobić szybko i przedstawić niebieskim. Wtedy policja ich zgarnie. A jesteśmy tu sami, nie ma całej drużyny harcerskiej, która by cię chroniła.

– Zrobimy to w minutę osiem, bez niczyjej pomocy. Musimy, inaczej będą na mnie polować do dziobanej śmierci – zmartwił się Jajco.

Pucek z dezaprobatą pokiwał głową. Jak zwykle – kiedy nie musiał, nic nie mówił. Jego duże oczy i gesty wskazywały jednak, że najchętniej do niczego by się nie mieszał, położył się w śpiworze i zasnął.

– Ale tej nocy na pewno nie wrócą – powątpiewał Pchełka.

– Oni właśnie tak myślą! To znaczy: te kurze mordy myślą, że my tak myślimy. Dlatego wrócą – powiedział Jajco.

Drabiny jednak przy murze nie było. Spędzili piętnaście długich minut na obchodzeniu zamku w bezpiecznej odległości. Jedyne, co zauważyli, to moknącą teraz w deszczu ceglastą bryłę pustej od lat warowni i wzburzoną powierzchnię w północnej części jeziora. W końcu przycupnęli pod kamiennym sklepieniem prowadzącego do bramy mostu i zdjęli peleryny.

– No i gdzie ich masz? – potrząsnął krótką czupryną Pchełka.

– Przyjdą, spokojna twoja pałka…

Przyszli. Przynajmniej jeden.

Kiedy chłopcy zakładali peleryny, żeby znów obejść zamek, na tle jaśniejszego jeziora zobaczyli jakiegoś człowieka. Stał nieruchomo pięć metrów od nich z wyciągniętą przed siebie ręką.

„Co, znów jakiś brodacz?! Ilu ich jest, do stu tysięcy kurzych móżdżków?” – zastanawiał się gorączkowo Jajco. „Ci trzej w zamku gęby chyba mieli niezarośnięte…!”.

– Kim jesteście? Co tu robicie? Odpowiadać! – zawarczał przybysz, zbliżając się o krok. Jego czarna peleryna zaszeleściła głośno.

– My jesteśmy… Sprawiedliwi… – wybąkał Pchełka.

Takie wyznanie zdziwiło zapewne mężczyznę, ale nie dał tego po sobie poznać.

– A dokładniej?

– No to… to jest Pucek, a to Kura… Kurza Melodia, znaczy… yyy… Twarz. Kurza Twarz, zwany Jajcem. Jajco, bo jak ktoś się dopytuje „co?”, to on odpowiada „jajco”…

– Co za bzdury mi tu opowiadasz? Czy ty wiesz, chłopcze, z kim w ogóle rozmawiasz? – zdenerwował się mężczyzna.

– Oczywiście…

Nie chcieli się przekonać, jak jest groźny. Wiedzieli, że musi być niebezpieczny, przynajmniej tak, jak reszta bandy. Jeśli oczywiście jest z bandy, brodacz jeden…

Pchełka jak w amoku bełkotał dalej:

– Ja jestem Pchełka, że to niby taki mały jestem, a ja nie jestem mały, tylko stosunkowo niski… A ten tam to Pucek. Bo jest chudy przerażająco, więc został Puckiem przez kontrast.

– Dość! – mężczyzna uniósł rękę, żeby przerwać nerwowy potok słów.

Pchełka i Jajco stali bez ruchu, Pucek przykucnął, skulił się pod murem i zacisnął powieki. Gdyby ziemia nie była tak ubita, pewnie schowałby w nią głowę, jak struś z kreskówek.

Tymczasem mężczyzna wyjął coś z kieszeni. Chłopcy zadrżeli. Czyżby nie miało im się udać tym razem? Pchełka i Pucek mają zginąć razem z Jajcem?

Przedmiot w dłoni brodacza pstryknął nagle. Chłopcy spięli mięśnie i przymrużyli oczy. Ale nie usłyszeli strzału. Za to padł na nich promień latarki.

– Spokojnie, czego się boicie? – zarechotał człowiek w pelerynie.

Nagle Jajco zrobił trzy kroki doprzodu ibezczelnie zaświecił własną latarką wtwarz mężczyzny. Pchełka wstrzymał oddech izacisnął pięści. Tylko Pucek niezareagował – wciąż siedział pod murem zzamkniętymi oczami.

– Niech nas pan nie straszy – burknął Jajco, poprawiając okulary. – Pan jest przecież z policji. To pan chodził ze mną po zamku.

– Brawo, smyku. Mało ci