Morderstwa w Marble Hall - Anthony Horowitz - ebook + książka

Morderstwa w Marble Hall ebook

Anthony Horowitz

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wyjątkowo inteligentna i wciągająca powieść, w której różnica między fikcją a rzeczywistością jest też różnicą między życiem a śmiercią.

Kryminał, który może cię zabić.

Susan Ryeland redagowała już dwie powieści o słynnym detektywie Atticusie Pündzie i za każdym razem omal nie zginęła. Daje się jednak namówić na opracowanie trzeciej. Kolejny tom serii tworzy Eliot Crace, wnuk Miriam Crace, zmarłej przed dwudziestu laty najpoczytniejszej autorki książek dla dzieci. Eliot wierzy, że babka została otruta. Gdy zdradza Susan, że tożsamość jej zabójcy ukrył w powstającej powieści, redaktorka już wie, że znów wpadła w tarapaty. Pracując nad tekstem kryminału Pünd: ostatnia sprawa, którego akcja toczy się w egzotycznej scenerii południowej Francji, odkrywa, że… sama stała się celem. Wygląda na to, że komuś w rodzinie Eliota bardzo zależy na tym, by powieść nie została ukończona. I że jest gotów zrobić wszystko, by dopiąć swego...

Anthony Horowitz jest bez wątpienia najwybitniejszym z naszych autorów kryminałów. -„Sunday Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 653

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Polecamy

Tego autora nakła­dem Domu Wydaw­ni­czego REBIS uka­zały się rów­nież:

Dom Jedwabny

Moriarty

Cyn­giel śmierci

Pogrzeb na zamó­wie­nie

Mor­der­stwa w Somer­set

Mor­der­stwa w Suf­folk

***

Mor­der­stwa w Mar­ble Hall to samo­dzielna powieść, lecz jed­no­cze­śnie trze­cia część serii roz­po­czę­tej Mor­der­stwami w Somer­set. Należy więc uprze­dzić Czy­tel­nika, że w niniej­szej książce ujaw­nione zostaje roz­wią­za­nie zagadki z pierw­szego tomu.

DRZEWO GENEALOGICZNE RODZINY CRACE

Dedykacja

Lean­drowi i Cosi­mie.

Mam nadzieję, że pew­nego dnia prze­czy­ta­cie.

Nowe rozdanie

Czy naprawdę ist­nieje coś takiego jak szczę­śliwe zakoń­cze­nie?

Gdy myślę o książ­kach, które kocha­łam przez całe życie, jestem świa­doma, że speł­nie­nie zawsze dawał mi ostatni roz­dział; to on przy­no­sił poczu­cie, że warto było poznać tę opo­wieść. Wciąż pamię­tam, jaką ulgę czu­łam jako bar­dzo młoda dziew­czyna, gdy Czarny Książę odnaj­do­wał spo­kój i bez­pie­czeń­stwo w Bir­twick Park albo gdy Mary i Colin bawili się razem w swym ide­al­nym, tajem­ni­czym ogro­dzie. Nieco póź­niej gorącz­kowo prze­wra­ca­łam kartki, gdy Emma w końcu sobie uświa­da­miała, że kocha pana Kni­gh­tleya, albo gdy Jane Eyre rodziła pierw­szego syna panu Roche­ste­rowi.

Czy żyli potem długo i szczę­śli­wie? Ależ tak! Jak w ogóle można podej­rze­wać, że było ina­czej? Wła­śnie ta pew­ność kar­miła moją miłość do lite­ra­tury i dla­tego nawet nie przy­szło mi do głowy, że Mary i Colin mogliby doro­snąć i roz­stać się w gnie­wie albo że Czarny Książę mógł tra­fić do rzeźni i podzie­lić los Bok­sera z Fol­warku zwie­rzę­cego, kolej­nej powie­ści, którą pochło­nę­łam jako nasto­latka. Ile czasu potrze­bo­wa­łaby Emma, by wró­cić do daw­nego życia? I kiedy pan Roche­ster znie­na­wi­dziłby los inwa­lidy pod opieką Jane?

Naj­więk­szą zaletą prozy jest to, że bez względu na trudy prze­prawy jej finał zawsze jest nie­unik­niony. Nawet gdy umiera główny boha­ter – pomyślmy choćby o ofie­rze Syd­neya Car­tona w Opo­wie­ści o dwóch mia­stach albo o smut­nym końcu Micha­ela Hen­charda z Bur­mi­strza Caster­bridge – to nie­trudno zauwa­żyć, że inne roz­wią­za­nie nie ist­niało, i w tym trzeba zna­leźć pocie­sze­nie. „Nie ma wyboru – tak musi być”, pisze Hardy.

Praw­dziwe życie, ze swymi niu­an­sami i mean­drami, nie jest, rzecz jasna, tym samym co lite­ra­tura piękna, a już zwłasz­cza życie w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku. Źli pro­spe­rują, dobrzy idą z tor­bami. Wystar­czy poczy­tać gazety albo media spo­łecz­no­ściowe, by z łatwo­ścią uwie­rzyć, że nie ma na tym świe­cie spra­wie­dli­wo­ści i tak naprawdę nikt nie jest szczę­śliwy.

Wie­rzy­łam, że zostanę z Andre­asem na zawsze. Kocha­łam go i choć zda­rzały się chwile, w któ­rych mie­li­śmy ochotę nawza­jem się udu­sić, to naprawdę zda­wało mi się, że w końcu odna­la­złam się na Kre­cie, pośród gajów oliw­nych, brzęku kozich dzwon­ków, roz­ko­szu­jąc się ide­al­nymi zacho­dami słońca i kola­cjami w gro­nie przy­ja­ciół przy dłu­gich sto­łach w cie­niu bugen­willi. To było moje pry­watne szczę­śliwe zakoń­cze­nie – a może raczej byłoby, gdyby moje życie było powie­ścią.

Kreta jed­nak ni­gdy nie stała się moim zakąt­kiem na ziemi. Mogłam tam spę­dzić tydzień, mie­siąc, nawet rok… ale całe życie? Patrzy­łam na bar­dzo sędziwe panie sie­dzące przed domami, odziane od stóp do głów w czerń, i zasta­na­wia­łam się: czy wła­śnie taka się stanę? Śro­dowy targ, zbiory oli­wek pod koniec paź­dzier­nika, imie­niny wśród ciast i cia­ste­czek, śluby i chrzciny z nie­zmien­nym zesta­wem sztucz­nych ogni? Nie, to nie byłam ja. Chwi­lami wręcz nie zno­si­łam piękna kra­jo­brazu, który mnie uwię­ził, i zacho­dzi­łam w głowę, ile to życia omija mnie z daleka tu, za górami. Każ­dego ranka pły­wa­łam w olśnie­wa­jąco błę­kit­nej wodzie i wra­ca­łam na brzeg w mgli­stym prze­ko­na­niu, że nie odpły­nę­łam dosta­tecz­nie daleko.

Wbrew prze­ciw­no­ściom losu hotel Poly­do­rus, który Andreas kupił, a ja poma­ga­łam pro­wa­dzić, radził sobie zna­ko­mi­cie. Mie­li­śmy rezer­wa­cje na cały sezon, taras od strony morza dniem i nocą był pełen gości, Andreas roz­wa­żał nawet, czy nie kupić kolej­nej nie­ru­cho­mo­ści po dru­giej stro­nie Agios Niko­laos, w pobliżu plaży Ammo­udi. To spra­wiło, że na hory­zon­cie poja­wił się znowu jego kuzyn i wspól­nik Yan­nis; od tej pory stali się nie­mal nie­roz­łączni… a ja czu­łam, że pomału odjeż­dżam na boczny tor. Jako wolny strze­lec zaczę­łam znowu reda­go­wać – dla nowego wydaw­nic­twa, Cau­ston Books – i wła­śnie koń­czy­łam pracę nad trze­cim z serii bar­dzo dobrych skan­dy­naw­skich kry­mi­na­łów w stylu noir. Czy to, że sie­dzia­łam z kom­pu­te­rem na bal­ko­nie mojej sypialni, wysy­ła­łam notatki e-mailem i spo­ty­ka­łam się z ludźmi przez Zoom, w ogóle miało sens? Co ja wła­ści­wie wypra­wia­łam? Moja głowa była w Lon­dy­nie, a serce już nie nale­żało do Krety.

Rany. Brzmi to wszystko jak sym­fo­nia jęków, a prze­cież wcale nie o to mi cho­dziło. Po pro­stu pró­buję wyja­śnić, dla­czego w końcu uzna­łam, że już dość i pora wró­cić do domu. Andreas zawiózł mnie na lot­ni­sko Hera­klion, lecz mimo że w hali odlo­tów przy­tu­li­li­śmy się czule, oboje wie­dzie­li­śmy, że to ostatni raz, że pod­ję­łam słuszną decy­zję i że – choć na zawsze pozo­sta­niemy przy­ja­ciółmi – nie jeste­śmy już zako­chani. Przy­naj­mniej nie w sobie nawza­jem. Gdy samo­lot wspi­nał się na wyso­kość dzie­wię­ciu tysięcy metrów, myśla­łam o wszyst­kich tych cudow­nych chwi­lach, które spę­dzi­li­śmy razem. Bolało, gdy zosta­wia­łam te wspo­mnie­nia za sobą, porwane pędem powie­trza, ale wie­dzia­łam, że tak trzeba. Mia­łam pięć­dzie­siąt pięć lat i zaczy­na­łam nowe życie.

Wró­ci­łam na Cro­uch End w pół­noc­nej czę­ści Lon­dynu. Wła­śnie tam miesz­ka­łam, gdy pozna­łam Andre­asa, i czu­łam się tam kom­for­towo. Zna­łam w oko­licy mnó­stwo ludzi, a i dojazd do Suf­folk był dogodny, gdy mia­łam ochotę zoba­czyć się z moją sio­strą, Katie. Dawne miesz­ka­nie sprze­da­łam, żeby kupić hotel, ale wcale nie wyszłam na tym źle. Andreas spła­cił moje udziały z nawiązką, gdy więc dorzu­ci­łam oszczęd­no­ści i prze­ko­na­łam bank, że może mi udzie­lić kre­dytu hipo­tecz­nego, który pra­wie będę w sta­nie spła­cać, mia­łam dość pie­nię­dzy, żeby kupić nowe miesz­ka­nie, led­wie o kilka ulic od moich sta­rych śmieci. Była to jed­no­po­zio­mowa sute­rena z dwiema sypial­niami (z któ­rych jedna miała mi posłu­żyć jako gabi­net), przy­zwo­itej wiel­ko­ści kuch­nią połą­czoną z salo­nem oraz nie­dużą łazienką, wci­śniętą pod schody wio­dące do dwóch miesz­kań powy­żej. Praw­dziwą perełką był ogró­dek za podwój­nymi drzwiami bal­ko­no­wymi, z odro­biną bruku, murem poro­śnię­tym blusz­czem oraz dosta­teczną ilo­ścią zie­leni, by stwo­rzyć ilu­zję, że to uro­czy zaką­tek na wsi. Od ulicy dzie­liły go dość koślawe drzwi – oto mia­łam swój tajem­ni­czy ogród. Była w nim nawet mętna sadzawka z dwiema zło­tymi ryb­kami, któ­rym nada­łam imiona: Hero i Lean­der.

Kolejne trzy mie­siące minęły w eks­pre­so­wym tem­pie. Przy­je­cha­łam aku­rat w sezo­nie wio­sen­nych wyprze­daży i wpa­dłam w szał zaku­pów: wybra­łam meble, akce­so­ria i wszystko, czego potrze­bo­wa­łam w kuchni: garnki, patel­nie, kie­liszki, a nawet nowy zlew. Zna­la­złam też miej­sco­wych budow­lań­ców, któ­rym zle­ci­łam reno­wa­cję łazienki i malo­wa­nie nie­któ­rych poko­jów. Dla sie­bie zaś kupi­łam cał­kiem nowe ubra­nia, gdyż te, które nosi­łam na Kre­cie, w Lon­dy­nie były kom­plet­nie bez­u­ży­teczne. Zaraz potem wyda­łam pie­nią­dze na nie­po­trzeb­nie zabyt­kową szafę, żeby to wszystko gdzieś pomie­ścić. Wojo­wa­łam z hydrau­li­kami i elek­try­kami, a potem spę­dzi­łam godziny z tele­fo­nem w ręku, cze­ka­jąc na roz­mowy z dostaw­cami Inter­netu i agen­tami ubez­pie­cze­nio­wymi. Naj­lep­sze z tego wszyst­kiego było zaś to, że oca­li­łam mojego sta­rego MGB Road­stera, któ­rego nie zdą­ży­łam sprze­dać, wyjeż­dża­jąc z kraju – być może w głębi duszy wie­dzia­łam, że pew­nego dnia będzie mi jesz­cze potrzebny. Dopiero gdy wypro­wa­dzi­łam go z absur­dal­nie dro­giego garażu w King’s Cross i bez­tro­sko wyprze­dza­łam wóz poli­cyjny na High­gate Hill, dotarło do mnie, jak roz­sąd­nie postą­pi­łam, zatrzy­mu­jąc sobie ten samo­chód, i jak bar­dzo stał się czę­ścią mojego życia.

Odwie­dzi­łam sta­rych zna­jo­mych i poszłam na kilka książ­ko­wych pre­mier, by obwie­ścić światu, że wró­ci­łam na dobre. Poje­cha­łam też do Suf­folk i zatrzy­ma­łam się u Katie, która – od nie­dawna roz­wie­dziona – podob­nie jak ja miesz­kała teraz w nowym domu. Spo­ty­kała się z kimś z cen­trum ogrod­ni­czego, w któ­rym pra­co­wała, a ja jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam jej szczę­śliw­szej i bar­dziej pew­nej sie­bie. To ona prze­ko­nała mnie, żebym adop­to­wała kota, któ­rego wcale nie chcia­łam; zgo­dzi­łam się na to dopiero wtedy, gdy w schro­ni­sku obie­cali, że nie zeżre mi zło­tych rybek. Zabra­łam się wresz­cie do czy­ta­nia Jamesa Joyce’a, a było to wyzwa­nie, z któ­rym pró­bo­wa­łam się zmie­rzyć od zakoń­cze­nia stu­diów. Dokoń­czy­łam też reda­go­wa­nie tek­stu, nad któ­rym pra­co­wałam, kil­koma drob­nymi zmia­nami dopiesz­cza­jąc kolejny per­fek­cyjny triumf Politisjefinspectør Heidi Gun­der­sen z nor­we­skiej poli­cji.

Obu­dzi­łam się w czerw­cowy pora­nek w miesz­ka­niu zala­nym słoń­cem. Hugo – mój kot – obser­wo­wał mnie z nie­du­żego fotela, który zaanek­to­wał na swoje stałe lokum. Prze­czy­ta­łam dwa­dzie­ścia stron Dubliń­czy­ków, przej­rza­łam gazetę na iPa­dzie, a potem wzię­łam prysz­nic i zja­dłam śnia­da­nie. Wła­śnie w takich chwi­lach naj­bar­dziej bra­ko­wało mi Andre­asa. Może to dziwne, ale samotne wsta­wa­nie z łóżka zawsze przy­gnę­biało mnie bar­dziej, niż to, że kła­dłam się sama. Nasta­wi­łam czaj­nik i wła­śnie się­ga­łam po kawę, gdy ode­zwała się moja komórka.

Dzwo­nił Michael Flynn, naczelny z Cau­ston Books, a więc w prak­tyce mój szef. Zna­łam go jedy­nie z Zooma, ale to wystar­czyło, bym od razu wyobra­ziła sobie jego krą­głą twarz, prze­rze­dzone już włosy oraz oku­lary wiszące na sznurku, bo, jak mi powie­dział, wiecz­nie gdzieś je gubił. Zwy­kle nosił mary­narkę i kra­wat, ale rów­nie dobrze mógł być nagi od pasa w dół, bo tylko górną połowę jego ciała widy­wa­łam, gdy spo­ty­ka­li­śmy się online. Nie wie­dzia­łam nawet, czy w ogóle ma nogi.

– Jak leci? – zapy­tał.

Już wcze­śniej mówi­łam mu, że wró­ci­łam do Lon­dynu, ale od tam­tej pory roz­ma­wia­li­śmy tylko parę razy.

– Świet­nie, dzię­kuję – odpo­wie­dzia­łam.

– A jak tam nowy dom?

– To tylko miesz­ka­nie. Ale jestem bar­dzo szczę­śliwa. Pasuje mi pod każ­dym wzglę­dem.

– Miło mi to sły­szeć. Posłu­chaj, wiem, że dzia­łam z zasko­cze­nia, ale czy nie mogła­byś dzi­siaj do mnie wpaść?

– Dosta­łeś tę nową książkę o Gun­der­sen, którą ci wysła­łam?

– Dosta­łem, wszystko gra, ale mamy coś nowego i muszę przy­znać, że była­byś ide­alna do tej roboty.

– Wyślesz mi tekst?

Przez chwilę w słu­chawce pano­wała cisza.

– To nie takie pro­ste. Myślę, że powin­ni­śmy poroz­ma­wiać. Wpad­nij koło połu­dnia, to zjemy razem lunch.

– Zain­try­go­wa­łeś mnie, Michael. W takim razie będę o dwu­na­stej. Naprawdę nie powiesz mi, o co cho­dzi?

Kolejna pauza.

– O Atti­cusa Pünda – odpo­wie­dział i roz­łą­czył się.

Ciąg dalszy nastąpi

Redak­cja Cau­ston Books mie­ściła się na skraju Vic­to­rii, oko­licy nie­szcze­gól­nie koja­rzo­nej z lite­ra­turą piękną. Zaj­mo­wała przy­zie­mie i cztery pię­tra nowo­cze­snego biu­rowca z wej­ściem jak do ter­mi­nalu lot­ni­ska, bufe­tem na par­te­rze oraz win­dami, do któ­rych trzeba było mieć elek­tro­niczny iden­ty­fi­ka­tor. Masze­ru­jąc przez hol pełen ekra­nów tele­wi­zyj­nych, na któ­rych migały raz po raz okładki ksią­żek – choć żad­nej praw­dzi­wej książki nie było w zasięgu wzroku – pomy­śla­łam o tym, jak długą karierę mam już za sobą. Dawno minęły dni nie­za­leż­nego domu wydaw­ni­czego upchnię­tego gdzieś w sta­rej wozowni, za solid­nymi drew­nia­nymi drzwiami i oknami wyku­szo­wymi. Spę­dzi­łam w Clo­ver­leaf jede­na­ście lat i przy­zwy­cza­iłam się do wąskich kory­ta­rzy, mar­nego oświe­tle­nia i poko­jów, które chyba spe­cjal­nie urzą­dzono tak, by jak naj­trud­niej było zna­leźć tych, któ­rzy naprawdę coś zna­czyli w wydaw­nic­twie. Z dru­giej jed­nak strony, gdy leża­łam pół­przy­tomna, a pło­mie­nie ocho­czo poże­rały wszystko wokół mnie, przy­szło mi na myśl, że te boaze­rie na ścia­nach, zaku­rzone dywany i zasłony, które w sumie nada­wały temu miej­scu cha­rak­ter, cał­kiem dosłow­nie nie dadzą mi żyć, więc jeśli jakimś cudem prze­trwam, trzeba będzie pomy­śleć o zmia­nach. Otwarte prze­strze­nie z rów­nymi rzę­dami biu­rek oddzie­lo­nych szkla­nymi prze­pie­rze­niami, jed­nakowe meble i oświe­tle­nie przy­ja­zne pra­cow­ni­kom być może nie miały w sobie wiele z ducha T.S. Eliota czy W. Somer­seta Mau­ghama, ale przy­naj­mniej nikogo nie pró­bo­wały zabić.

Tak czy ina­czej, to nie archi­tek­tura i nie wypo­sa­że­nie biur odróż­nia jed­nego wydawcę od dru­giego. To ludzie. Gdy krótko przed połu­dniem wcho­dzi­łam do sie­dziby Cau­ston Books, wła­śnie Jeanette – recep­cjo­nistka, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie spo­tka­łam, ale która wie­działa, że przyjdę, i powi­tała mnie jak starą przy­ja­ciółkę – spra­wiła, że poczu­łam się jak w domu. Wrę­czyła mi obo­wiąz­kową smycz, otwo­rzyła pra­wie lot­ni­skową bramkę bez­pie­czeń­stwa, a nawet pomo­gła zapro­gra­mo­wać windę tak, by zabrała mnie pro­sto do celu.

Michael Flynn cze­kał na mnie na czwar­tym pię­trze. Był bez kra­wata, ale na szczę­ście miał i nogi, i spodnie. Spo­ty­ka­li­śmy się po raz pierw­szy, lecz prze­cież nie byli­śmy sobie obcy, dla­tego nie waha­li­śmy się długo i zamiast podać sobie ręce, zde­cy­do­wa­li­śmy się na bar­dziej nowo­cze­sny przy­ja­zny uścisk. Dopeł­niw­szy powi­tal­nego rytu­ału, Michael popro­wa­dził mnie kory­ta­rzem mię­dzy rega­łami peł­nymi ksią­żek z jed­nej strony a tłum­kiem ludzi w dżin­sach i T-shir­tach z dru­giej. Wszy­scy gar­bili się przed moni­to­rami, z małymi bia­łymi słu­chaw­kami wetknię­tymi w uszy; wszy­scy też byli co naj­mniej o dwa­dzie­ścia lat młodsi ode mnie.

W sali kon­fe­ren­cyj­nej, którą dla nas wybrał, zasie­dli­śmy po prze­ciw­nych stro­nach stołu, o wiele za dużego dla dwojga ludzi i oto­czo­nego wol­nymi krze­słami. Od razu zauwa­ży­łam, że oprócz ter­mosu z kawą, mleka i her­bat­ni­ków czeka na mnie maszy­no­pis. Spo­czy­wał na nim, zapewne nie­przy­pad­kowo, notat­nik. To wła­śnie był powód naszego spo­tka­nia.

– Bar­dzo się cie­szę, że przy­szłaś, Susan – zagaił Michael. – Napi­jesz się kawy?

– Tak, dzię­kuję.

Moż­liwe, że kawa cze­kała tu na mnie od godziny, ale wciąż była gorąca. Praw­dziwy Michael Flynn podo­bał mi się bar­dziej niż jego ekra­nowy wize­ru­nek. Na żywo wydał mi się sil­niej­szy; pew­nie nie bez powodu zaj­mo­wał pro­mi­nentne sta­no­wi­sko w fir­mie zatrud­nia­ją­cej ponad setkę ludzi. O dziwo, był jed­no­cze­śnie jakby cich­szy i bar­dziej ludzki niż pod­czas naszych poprzed­nich roz­mów. To wła­śnie jest naj­gor­sze w Zoo­mie: dostar­cza obraz i dźwięk, ale wysysa prak­tycz­nie wszystko inne.

– I jak ci się żyje znowu w Lon­dy­nie? – zapy­tał. W jego wymo­wie była ele­gan­cja spi­ke­rów BBC z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej.

– Dziw­nie.

– Ale wró­ci­łaś na stałe?

– Tak sądzę.

– To dobra wia­do­mość, bo sie­dząc na Kre­cie, wyko­ny­wa­łaś dla nas świetną robotę, ale wydaje mi się, że mając cię pod ręką, będziemy mogli zaofe­ro­wać jesz­cze cie­kaw­szy mate­riał.

– Czy to ozna­cza, że zostanę przy­jęta na etat? – spy­ta­łam. Jako wol­nemu strzel­cowi pła­cili mi od godziny, a może raczej od słowa, i nie mogłam korzy­stać z żad­nych bene­fi­tów czy pra­cow­ni­czego ubez­pie­cze­nia.

Michael lekko zmru­żył oczy, a ja pomy­śla­łam, że nie­chcący zde­ner­wo­wa­łam go pyta­niem pro­sto z mostu.

– Oba­wiam się, że w tej chwili nie ma takiej moż­li­wo­ści – odpo­wie­dział. – Ale, jak już mówi­łem przez tele­fon, mamy dla cie­bie nowy pro­jekt. Jeśli sobie pora­dzisz, będziemy otwarci na nego­cja­cje.

– Atti­cus Pünd – mruk­nę­łam.

– Wła­śnie. – Dał mi jasno do zro­zu­mie­nia, kto tu rzą­dzi i w jaki spo­sób wyobraża sobie nasze rela­cje. – Jak wiesz, wydaw­nic­two Orion Books wzno­wiło dzie­więć powie­ści Alana Con­waya. Sprze­dały się zaska­ku­jąco dobrze, jeśli wziąć pod uwagę to, o czym już wszy­scy wie­dzą: że Alan nie sza­no­wał ani boha­tera, któ­rego stwo­rzył, ani wła­snych czy­tel­ni­ków.

– Łagod­nie to ują­łeś.

– No… fakt. – Michael spoj­rzał na mnie współ­czu­jąco i dodał: – Wiem, że współ­praca z tym czło­wie­kiem nie była dla cie­bie szcze­gól­nie przy­jemna…

– Współ­praca z nim w ogóle nie była przy­jemna, ale i tak cie­szę się, że książki odnio­sły suk­ces.

Zadzi­wia­jące, że przy­pad­kowe spo­tka­nie przed trzy­dzie­stu laty zaowo­co­wało czymś, co wedle dowol­nych norm można nazwać wyłącz­nie w jeden spo­sób: wydaw­ni­czym feno­me­nem. Alan zaczął doro­słe życie jako nauczy­ciel angiel­skiego w pry­wat­nej szkole, w któ­rej uczyli się mój sio­strze­niec i moja sio­strze­nica. Już wtedy był wybit­nie nie­po­pu­larny i powin­nam była uznać to za sygnał ostrze­gaw­czy. Dzie­się­cio­latki z reguły szybko wyczu­wają, skąd wieje wiatr. Cza­sem myślę, że Katie przed­sta­wiła mi Con­waya w nadziei, iż prze­ko­nam go do odej­ścia ze szkoły.

I tak wła­śnie się stało. Prze­czy­ta­łam ręko­pis i choć wyma­gał popra­wek, powieść Tro­pi­ciel Atti­cus Pünd z miej­sca stała się best­sel­le­rem oraz zaląż­kiem serii, którą udało się sprze­dać na całym świe­cie w trzy­dzie­stu prze­kła­dach i osiem­na­stu milio­nach egzem­pla­rzy, dzięki czemu Alan zaro­bił for­tunę. Zgar­nął też mnó­stwo nagród lite­rac­kich oraz srebrny medal i hono­rowe oby­wa­tel­stwo Heidel­bergu. Gdy opu­ścił Wood­bridge School, kupił sobie rezy­den­cję opo­dal Fram­lin­gham i na cześć jed­nego z opo­wia­dań o Sher­locku Hol­me­sie nazwał ją Abbey Grange, co, jak myślę, wiele mówi o jego natu­rze. BBC była bli­ska reali­za­cji ośmio­od­cin­ko­wego serialu zaty­tu­ło­wa­nego „Przy­gody Atti­cusa”, ponoć z Mad­sem Mik­kel­se­nem w roli głów­nej. Wszyst­kie plany jed­nak wzięły w łeb, gdy pisarz odszedł z tego świata, zepchnięty z wieży swej luk­su­so­wej rezy­den­cji.

Alan ni­gdy mnie nie zapro­sił do Abbey Grange i w ogóle jakoś nie mogli­śmy się doga­dać. Spo­ty­ka­łam już auto­rów, któ­rzy nie ufali swym redak­to­rom, ale tylko on był tak upo­rczy­wie wrogi. Każda moja suge­stia, każde cię­cie w tek­ście, nawet każde pyta­nie – wszystko nie­odmien­nie pro­wa­dziło do kłótni i potrze­bo­wa­łam sporo czasu, by zro­zu­mieć, że to nie mnie darzy taką anty­pa­tią. Nie zno­sił ksią­żek, które – jak uwa­żał – był zmu­szony pisać. Mówiąc wprost, chciał być Sal­ma­nem Rush­diem, a nie Aga­thą Chri­stie, lecz to było po pro­stu nie­moż­liwe. Utknął na dobre z tym, kim naprawdę był.

– Tak czy ina­czej, wyprze­dzi­li­śmy Oriona o krok – rzekł Michael. – Ktoś od nas wpadł na genialny pomysł, żeby zamó­wić nową powieść o Atti­cu­sie Pündzie.

– Już bez Alana – dopo­wie­dzia­łam.

– Otóż to. Po pro­stu kon­ty­nu­ację. W przy­padku Jamesa Bonda i Seba­stiana Faulksa plan spraw­dził się wybor­nie – dodał prędko, nim zdą­ży­łam mu prze­rwać. – Z pew­no­ścią wiesz, że Pie­kło poczeka było naj­szyb­ciej sprze­da­jącą się powie­ścią od cza­sów Harry’ego Pot­tera… Przy­naj­mniej do poja­wie­nia się Richarda Osmana. Ale mamy też nowe przy­gody Her­ku­lesa Poirota, Sher­locka Hol­mesa, Jeevesa i Woostera, są kon­ty­nu­acje Auto­sto­pem przez Galak­tykę… – Uśmiech­nął się. – Pro­sta prawda jest taka, że nikogo nie obcho­dzi Alan Con­way, Atti­cus Pünd i bez niego świet­nie sobie pora­dzi.

Moż­liwe, że zabrzmiało to dość cynicz­nie, ale miał rację. To dziwne, ale nie­które posta­cie rze­czy­wi­ście prze­ra­stają auto­rów, któ­rzy je stwo­rzyli. W lite­ra­tu­rze popu­lar­nej jest ich dzi­kie mnó­stwo. Mię­dzy innymi dla­tego Conan Doyle cisnął Sher­locka Hol­mesa w odmęty wodo­spadu Reichen­bach: czuł, że popu­larny boha­ter maskuje przed świa­tem jego praw­dziwy talent. Zarówno A.A. Milne, jak i jego syn, Chri­sto­pher Robin, z cza­sem znie­na­wi­dzili Kubu­sia Puchatka, Pio­truś Pan zaś zosta­wił po sobie wręcz kolek­cję tru­pów. Co łączy Mary Pop­pins, Tar­zana, Czar­no­księż­nika z Kra­iny Oz oraz Dra­culę? Otóż to, że zna te posta­cie pół świata, ale pew­nie mało kto potrafi podać nazwi­ska auto­rów, któ­rzy je stwo­rzyli.

– Pół roku temu nawią­za­li­śmy kon­takt z Jame­sem Tay­lo­rem – powie­dział Michael. – Zdaje się, że go znasz. Miesz­kał z Ala­nem i odzie­dzi­czył po nim dom, pie­nią­dze oraz spu­ści­znę lite­racką. Zło­ży­li­śmy mu ofertę za prawo do wyda­nia trzech nowych powie­ści. Zdu­mie­wa­jące, że w Orio­nie na to nie wpa­dli. Tak czy ina­czej, prze­ko­na­li­śmy Jamesa, że i tak zro­bimy to lepiej niż oni. Widzia­łaś może nowe okładki, które przy­go­to­wali dla wzno­wień? Ponure i nudne, moim zda­niem. Choć oczy­wi­ście James ma w nosie takie dro­bia­zgi, jak styl czy wize­ru­nek. Inte­re­sują go tylko kon­krety. Nasza oferta była bar­dzo szczo­dra, a w dodatku zapro­po­no­wa­li­śmy mu rolę kon­sul­tanta. Cie­szył się jak dziecko.

W ogóle mnie to nie zdzi­wiło. Zna­łam Jamesa cał­kiem dobrze – spo­tka­łam go, gdy wybra­łam się do Suf­folk w poszu­ki­wa­niu ostat­niego roz­działu Mor­derstw w Somer­set, a potem raz jesz­cze, gdy powró­ci­łam do Anglii tro­pem mor­der­stwa sprzed ośmiu lat – wska­zówka do roz­wią­za­nia zagadki ukryta była w trze­ciej czę­ści cyklu zaty­tu­ło­wa­nej Atti­cus Pünd przej­muje sprawę. Jako dwu­dzie­sto­pa­ro­la­tek James ofe­ro­wał w Lon­dy­nie usługi „męż­czy­zny do towa­rzy­stwa” i w takim cha­rak­te­rze przed­sta­wiono go Ala­nowi, który w owym cza­sie był żonaty i sta­ran­nie ukry­wał swoje skłon­no­ści. Prawdę mówiąc, James bar­dzo mu pomógł dojść do ładu z wła­sną sek­su­al­no­ścią; nie­wy­klu­czone, że wydo­był z jego osoby to, co naj­lep­sze. Nagroda za to była nader sowita. Zamiesz­kał z Ala­nem w Abbey Grange i – jak wła­śnie wspo­mniał Michael – odzie­dzi­czył po nim cały mają­tek. James był bez­czelny, nachalny, nie­wierny, samo­lubny i lubieżny, ale jakimś cudem i tak go lubi­łam. Gdy widzie­li­śmy się po raz ostatni, zje­dli­śmy razem lunch w Le Caprice. Nie tylko zapła­cił wtedy rachu­nek, ale i dostar­czył mi cen­nych wska­zó­wek potrzeb­nych do roz­wią­za­nia zagadki mor­der­stwa Franka Par­risa i znik­nię­cia Cecily Tre­herne. Ucie­szy­łam się na myśl o ponow­nym spo­tka­niu.

– W każ­dym razie Alan Con­way nie jest nam do niczego potrzebny – pod­su­mo­wał Michael.

– Bar­dzo moż­liwe – zgo­dzi­łam się. – Zresztą ja i tak nie mogła­bym już z nim pra­co­wać. Inna sprawa, że nie­ła­two wsko­czyć w jego buty. Wymy­ślał świetne fabuły. Miał dobre ucho do dia­lo­gów i lubi­łam jego boha­te­rów. Z tru­dem prze­cho­dzą mi przez gar­dło te słowa, ale on był naprawdę świet­nym pisa­rzem… Przy­naj­mniej wtedy, gdy nie pró­bo­wał stwo­rzyć kolej­nej pozy­cji w serii nowo­cze­snych kla­sy­ków Pen­gu­ina. – Zer­k­nę­łam na maszy­no­pis. Tytuł i nazwi­sko autora wciąż były nie­wi­doczne. – Rozu­miem, że to ta nowa powieść? – dorzu­ci­łam.

– Pierw­sze trzy­dzie­ści tysięcy słów. W bar­dzo robo­czej wer­sji.

– Wydru­ko­wa­łeś spe­cjal­nie dla mnie.

Był to nasz stały gag. Pew­nie jestem sta­ro­świecka, ale Michael wie­dział, że wolę pra­co­wać na papie­rze. W dzi­siej­szych cza­sach bodaj wszystko dzieje się na ekra­nie kom­pu­tera, lecz ja zawsze czu­łam, że ręko­pis czy maszy­no­pis ma wię­cej wspól­nego z praw­dziwą, gotową książką, a zmiany w tek­ście lubię wpro­wa­dzać wła­sno­ręcz­nie. Gdy jesz­cze miesz­ka­łam na Kre­cie, kupi­łam sobie tan­detną dru­karkę i cza­sem przez pół poranka cze­ka­łam na papie­rową kopię, zanim mogłam zabrać się do pracy.

– Tak – odparł z uśmie­chem Michael. – I już czeka na twój czer­wony dłu­go­pis.

– Powiesz mi wresz­cie, kto to napi­sał?

– Natu­ral­nie, cho­ciaż muszę cię pro­sić, żebyś na razie zacho­wała tę infor­ma­cję dla sie­bie. Tak się składa, że znasz autora. – Zawie­sił głos dla więk­szego efektu. – To Eliot Crace.

Na krótką chwilę zabra­kło mi słów… całych trzy­dzie­stu tysięcy. Było to ostat­nie nazwi­sko, które spo­dzie­wa­łam się usły­szeć.

– Pra­co­wa­łaś z nim w Clo­ver­leaf – przy­po­mniał mi Michael.

– To nie do końca prawda. Widzia­łam go ze dwa razy, ale nie mia­łam z nim nic wspól­nego. To Char­les go pole­cił i Char­les z nim współ­pra­co­wał, nie ja.

– Nie lubi­łaś go?

– Gdy spo­tka­łam go po raz pierw­szy, był pijany. Za dru­gim razem… zakrwa­wiony. Twier­dził, że wypadł z auto­busu.

– Tak. I ja zada­wa­łem sobie pyta­nie, czy aby słusz­nie robimy, korzy­sta­jąc z jego usług, ale osta­tecz­nie pod­ję­li­śmy ryzyko. Jed­nym z two­ich zadań będzie utrzy­ma­nie go w ryzach. To dla nas ważna książka, i to z wielu powo­dów, więc nie chcemy żad­nych wybry­ków z jego strony. Miejmy nadzieję, że naj­gor­sze chwile ma już za sobą. Ile miał lat, gdy go pozna­łaś? Dwa­dzie­ścia parę? Teraz jest żonaty. Sama zoba­czysz, że się ustat­ko­wał.

– A co z jego pió­rem?

– Ty mi to powiesz, gdy poczy­tasz – odrzekł Michael, dole­wa­jąc sobie kawy. – Znasz się na kry­mi­na­łach znacz­nie lepiej niż ja. Z tego, co prze­czy­ta­łem, wno­szę jed­nak, że Eliot świet­nie się spi­sał. Czuć podo­bień­stwo do ory­gi­nału.

– Kiedy toczy się akcja? – Spy­ta­łam o to z waż­nego powodu. W ostat­niej powie­ści u Atti­cusa Pünda wykryto guza mózgu. To był jego wodo­spad Reichen­bach. Alan zosta­wił swemu boha­te­rowi led­wie kilka mie­sięcy życia.

– Zaraz po Mor­der­stwach w Somer­set.

– Zatem musi się toczyć bar­dzo wartko.

– I tak jest. Atti­cus Pünd jest chory. Spo­tyka zna­jomą star­szą panią, lady Chal­font, która zapra­sza go do swego domu na połu­dniu Fran­cji…

Zna­łam to nazwi­sko. Lady Chal­font poja­wiła się już w Ginie i cyjanku, szó­stej powie­ści z serii.

– …i wyznaje, że coś pod­słu­chała i oba­wia się o swoje życie. Wkrótce potem natu­ral­nie ginie. Jej rodzina jest dość upiorna, ale to mąż… drugi mąż… wydaje się głów­nym podej­rza­nym. Mia­łem nadzieję, że prze­czy­tasz tyle tek­stu, ile już mamy, a następ­nie pomo­żesz Elio­towi dokoń­czyć robotę. Chcie­li­by­śmy publi­ko­wać na początku przy­szłego roku.

Wiele jest dzi­wacz­nych reguł w wydaw­ni­czym światku, a jedna z nich mówi o tym, że ter­miny zawsze są zbyt krót­kie i ni­gdy nie ma dość czasu, żeby zdą­żyć ze wszyst­kim. Doko­na­łam w pamięci szyb­kich obli­czeń.

– Mało czasu – zauwa­ży­łam.

– Eliot długo zabie­rał się do pisa­nia. – Michael musiał dostrzec moją minę, bo natych­miast dodał: – To nie była jego wina. Zale­żało mu na świet­nej fabule, więc spę­dził sporo czasu, dopra­co­wu­jąc jej struk­turę. – Uśmiech­nął się po raz drugi, a ja odnio­słam wra­że­nie, że robi to tak, jak włą­cza się i wyłą­cza świa­tło. – Gdy tylko usły­sza­łem, że wra­casz do kraju, Susan, pomy­śla­łem, że będzie z was ide­alny duet. W końcu to ty odkry­łaś Alana Con­waya. Świet­nie znasz styl jego prozy i roz­ma­ite sztuczki pisar­skie, które sto­so­wał. Nie twier­dzę, że to będzie powieść dosko­nała, ale pod twoim nad­zo­rem może stać się best­sel­le­rem. Wszy­scy kochają Atti­cusa Pünda, a Eliot jest rów­nie znany… przy­naj­mniej z nazwi­ska. Naprawdę sądzę, że możemy mieć w rękach ryn­kowy prze­bój.

– Dwie książki, które Eliot napi­sał, współ­pra­cu­jąc z Clo­ver­leaf, nie sprze­dały się zbyt dobrze – zauwa­ży­łam.

Zazwy­czaj nie pozwa­lam sobie na tak nega­tywne nasta­wie­nie, ale naprawdę mia­łam sporo powo­dów, by trzy­mać się z daleka od tego pro­jektu. Poza tym mówi­łam prawdę – marna sprze­daż była głów­nym powo­dem, dla któ­rego trze­cia powieść już się nie uka­zała.

– Czy­ta­łem je – odparł Michael – i podo­bały mi się. Nie­wy­klu­czone, że zawiódł mar­ke­ting.

– Zro­bi­li­śmy, co w naszej mocy. – Iry­to­wała mnie jego kry­tyka, ale sta­ra­łam się tego nie oka­zy­wać. – No dobrze – doda­łam po chwili. – Prze­czy­tam i ode­zwę się. Gdzie teraz mieszka Eliot?

– W zachod­nim Lon­dy­nie. Not­ting Hill Gate. Nawia­sem mówiąc, bar­dzo się ucie­szył, gdy mu wspo­mnia­łem, że spo­tkam się z tobą. Pamięta cię z Clo­ver­leaf i jest w pełni świa­domy tego, ile zro­bi­łaś dla Alana Con­waya.

– To miłe z jego strony. – Zer­k­nę­łam na wydruk. – Poznam wresz­cie tytuł? – spy­ta­łam.

– Natu­ral­nie.

Michael obró­cił plik kar­tek i zdjął zeń swój notat­nik.

Tytuł wid­niał na pierw­szej stro­nie, czarno na bia­łym.

PÜND: OSTAT­NIA SPRAWA

Eliot Crace

Dzie­siąty tom dzie­wię­cio­czę­ścio­wej serii.

– To ana­gramp – powie­dzia­łam.

– Słu­cham?

To był pry­watny żar­cik. Nie musia­łam wyja­śniać.

Myśli

Alan Con­way nie lubił pisać powie­ści kry­mi­nal­nych, więc dla roz­rywki pro­wa­dził drobne gierki z czy­tel­ni­kami. Ukry­wał je, rzecz jasna – były to jego zagadki w zagad­kach. Wzmianka o lady Chal­font przy­po­mniała mi na przy­kład, bez waż­nego powodu, że wszyst­kie posta­cie Ginu i cyjanku nosiły nazwi­ska zapo­ży­czone od sta­cji lon­dyń­skiego metra. Czci­godna dama nazwana została na cześć przy­stanku Chal­font and Lati­mer na linii Metro­po­li­tan; byli też Adam i Arte­mis Peri­vale z towa­rzy­skiej śmie­tanki, lokaj nazwi­skiem Hil­ling­don oraz detek­tyw inspek­tor Stoc­kwell. Pamię­tam, że byłam nawet zasko­czona, iż gdzieś w tle nie poja­wił się lord Edgware.

Gier słow­nych było znacz­nie wię­cej: akro­sty­chy, ana­gramy, kryp­to­gramy, szy­fry. Spra­wiały, że czy­tel­nik wikłał się w dekon­struk­cję książki – zamiast sku­piać uwagę na fabule i posta­ciach, zaczy­nał ana­li­zo­wać naj­drob­niej­sze klocki, z któ­rych była zbu­do­wana: same litery. Mię­dzy innymi dla­tego jako redak­torka mia­łam z Ala­nem tyle pro­ble­mów. Pro­si­łam go na przy­kład, żeby wyciął zbędny szcze­gół albo zmie­nił szyk zda­nia, które nie brzmiało zbyt natu­ral­nie, a on nie­spo­dzie­wa­nie wybu­chał gnie­wem. Z cza­sem zrozumia­łam, że jego książki są pełne zaga­dek, któ­rych pew­nie nie zauważy żaden czy­tel­nik, ale gdy pró­bo­wa­łam przy nich mani­pu­lo­wać, psu­łam auto­rowi całą zabawę.

Char­les Clo­ver, dyrek­tor Clo­verleaf Books oraz redak­tor czte­rech ostat­nich powie­ści Alana, doświad­czył tego na wła­snej skó­rze, gdy wyda­wał Mor­der­stwa w Somer­set. Jedli razem kola­cję w restau­ra­cji Ivy i Char­les użył tytułu Zagadka mor­derstw w Somer­set, wspo­mi­na­jąc o naj­now­szej książce. Alan dostał szału. Tytuł brzmi: Mor­der­stwa w Somer­set!, wykrzy­czał. Nie życzył sobie żad­nych „zaga­dek”. Minęło sporo czasu, zanim się zorien­to­wa­li­śmy, że tytuły dzie­wię­ciu powie­ści o Atti­cu­sie Pündzie nie są przy­pad­kowe – ich pierw­sze litery two­rzyły akro­stych. Tro­pi­ciel Atti­cus Pünd, Oprawcy nie zaznają spo­koju, Atti­cus Pünd przej­muje sprawę, Noc przy­zywa i tak dalej. Dzie­więć liter two­rzyło hasło: TO ANA­GRAM.

Nie ana­gramp.

Doda­jąc dzie­siąty tytuł – Pünd: ostat­nia sprawa – Eliot Crace zepsuł Ala­nowi żart.

Wró­ci­łam do Cro­uch Endu zaraz po spo­tka­niu z Micha­elem Flyn­nem. Zapro­sił mnie na lunch, ale odmó­wi­łam – nie mia­łam mu nic wię­cej do powie­dze­nia i wola­łam być sama. Choć zabra­łam z sobą maszy­no­pis, nie byłam gotowa zasiąść do czy­ta­nia. Prawdę mówiąc, choć potrze­bo­wa­łam pie­nię­dzy, w ogóle nie chcia­łam brać tego zle­ce­nia.

Przede wszyst­kim – nie lubię kon­ty­nu­acji. Odrzuca mnie już sama nazwa. Można pisać powie­ści histo­ryczne, fan­ta­stycz­no­nau­kowe, romanse – sama tema­tyka wiele mówi o zain­te­re­so­wa­niach autora i o tym, co go inspi­ro­wało. Ale kto chce two­rzyć tylko po to, żeby kon­ty­nu­ować dzieło innego? Gdzie tu sens?

Pamię­tam dobrze, jak naro­dził się ten trend – to od Seba­stiana Faulksa zaczęła się ta mania kal­ko­wa­nia. Jego powieść o Bon­dzie odnio­sła wielki suk­ces, lecz zaraz potem nie­mal każdy wydawca zapra­gnął połą­czyć zna­nego autora z popu­larną posta­cią w nadziei na szybki zysk. Pamię­tam, że ktoś pod­rzu­cił mi pomysł, by Val McDer­mid napi­sała ciąg dal­szy Dok­tora Jekylle’a i pana Hyde’a. Nikt jej tego ofi­cjal­nie nie zapro­po­no­wał, ale podej­rze­wam, że gdyby była zain­te­re­so­wana, i ja weszła­bym w ten pro­jekt, bo bar­dzo chcia­ła­bym z nią popra­co­wać. Mimo to w zasa­dzie moje poglądy pozo­stały nie­zmienne. Co zosta­nie z prozy, jeśli odbie­rzemy jej ory­gi­nal­ność?

Moje wąt­pli­wo­ści wobec kon­ty­nu­acji przy­gód Pünda się­gały jed­nak znacz­nie głę­biej.

Nie­mal od dnia, w któ­rym się pozna­li­śmy, Alan Con­way przy­spa­rzał mi samych pro­ble­mów. Daw­niej byłam zda­nia, że po pro­stu pisze wcią­ga­jące histo­rie, lecz szybko się oka­zało, że miały w sobie wiele z nie­bez­piecz­nej broni; prze­peł­niał je swoją złą wolą i wystrze­li­wał w świat, sie­jąc znisz­cze­nie.

Weźmy choćby to, jak bar­dzo lubił wpla­tać w fabułę swych powie­ści posta­cie swych zna­jo­mych. Wielu pisa­rzy postę­puje podob­nie. Char­les Dic­kens czer­pał z życia inspi­ra­cję dla wielu słyn­nych postaci, które stwo­rzył, choćby takich jak Bill Sikes, pan Micaw­ber, Fagin czy Scro­oge. Alan postę­po­wał per­fid­niej: celowo wypa­czał ich cha­rak­tery, two­rząc kary­ka­tury swych naj­bliż­szych. Jego sio­stra stała się zazdro­sną starą panną, jego chło­pak – idiotą, a jeden z jego uczniów prze­isto­czył się w ogrod­nika-pedo­fila. Nie dość, że był to paskudny pro­ce­der, to jesz­cze dopro­wa­dził do praw­dzi­wej tra­ge­dii: znik­nię­cia i śmierci Cecily Tre­herne, która odga­dła toż­sa­mość mor­dercy ukrytą na stro­ni­cach powie­ści Atti­cus Pünd przej­muje sprawę. Dwa razy przy­szło mi zma­gać się ze skut­kami jego pomy­słów i w obu wypad­kach omal nie skoń­czyło się to moją śmier­cią. Nie mia­łam spe­cjal­nej ochoty kusić losu po raz trzeci.

Nie było prze­cież tak, że wyszłam z opre­sji bez szwanku. Stra­ci­łam źró­dło dochodu, gdy poszło z dymem wydaw­nic­two, w któ­rym pra­co­wa­łam – i sama omal wtedy nie zgi­nę­łam. Mój wzrok doznał trwa­łych uszko­dzeń; od tam­tej pory muszę racjo­no­wać sobie moje uko­chane czy­ta­nie w led­wie godzin­nych daw­kach. Co gor­sza, całe lon­dyń­skie śro­do­wi­sko wydaw­ni­cze odwró­ciło się ode mnie, gdy oka­zało się, że Char­les Clo­ver jest zabójcą. Pano­wało powszechne prze­ko­na­nie, że Alan dostał to, na co zasłu­żył, ale za to, że z rynku znik­nęło odno­szące suk­cesy, nie­za­leżne wydaw­nic­two, a jego szef skoń­czył w wię­zie­niu, z jakie­goś powodu obwi­niano mnie. Nie mia­łam więc pracy, nikt nie chciał mnie zatrud­nić i wła­ści­wie nie mia­łam wyboru – musia­łam sprze­dać miesz­ka­nie i prze­nieść się na Kretę. A prze­cież i ta przy­goda nie skoń­czyła się szczę­śli­wie.

Z per­spek­tywy czasu widzia­łam wyraź­nie, że moje życie poto­czy­łoby się mniej wybo­istą drogą, gdy­bym ni­gdy nie poznała Alana Con­waya. Roz­są­dek naka­zy­wał mi więc teraz nie mieć z nim już nic wspól­nego. Trudno mi było uwie­rzyć, że Michael Flynn mógł wpaść na pomysł z nową powie­ścią, a co dopiero wcią­gnąć mnie do tego pro­jektu. Czu­łam się jak postać z szó­stej czy siód­mej czę­ści hor­roru, któ­rego boha­terka, choć zmie­niła nazwi­sko, prze­szła tera­pię i prze­pro­wa­dziła się na drugi koniec świata, wciąż musi ucie­kać kory­ta­rzami przed tym samym oszpe­co­nym mania­kiem w czar­nym płasz­czu i z nie­mal czter­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wym nożem kuchen­nym w gar­ści.

Dla­czego więc ten wydruk wła­śnie leżał na moim kuchen­nym stole? Dla­czego zabra­łam go z sobą, opusz­cza­jąc sie­dzibę Cau­ston Books? Odpo­wiedź mia­łam na wycią­gnię­cie ręki. Mia­łam na karku spłatę hipo­teki w comie­sięcz­nych ratach i nawet fotel, na któ­rym wła­śnie sie­dzia­łam, obcią­żał linię kre­dy­tową mojej karty. Po pro­stu potrze­bo­wa­łam pie­nię­dzy, a co wię­cej, wydaw­nic­two Cau­ston Books było w tej chwili bodaj jedy­nym przy­byt­kiem w mie­ście, gdzie mia­łam szansę na stałe zatrud­nie­nie na nie­po­śled­nim sta­no­wi­sku. Michael Flynn sam powie­dział, że jest otwarty na nego­cja­cje. Tyle że nie mie­li­by­śmy czego nego­cjo­wać, gdy­bym mu teraz odmó­wiła.

Jadąc metrem, nawet nie zaj­rza­łam do książki, ale teraz w końcu zatrzy­ma­łam wzrok na tytule i od razu przy­szło mi na myśl, że trzeba będzie go zmie­nić. W tytu­łach poprzed­nich tomów przed­sta­wia­li­śmy boha­tera jako Atti­cusa Pünda albo po pro­stu Atti­cusa; samo Pünd brzmiało jakby zbyt ostro, po pro­stu nie paso­wało. Nie byłam też do końca prze­ko­nana, czy czy­tel­nicy zechcą śle­dzić losy detek­tywa, który snuje się po połu­dnio­wej Fran­cji, wal­cząc z ostat­nią fazą cho­roby nowo­two­ro­wej. Tak czy ina­czej, Michael zapo­wie­dział, że zama­wia trzy nowe powie­ści, a to ozna­czało, że Eliot Crace musi popro­wa­dzić boha­tera przez kolejne dwie. Podej­rze­wa­łam, że pod koniec trze­ciej nie­szczę­sny Atti­cus będzie już tylko leżał na wznak, pod­łą­czony do kro­plówki z solą fizjo­lo­giczną.

Była czter­na­sta – zde­cy­do­wa­nie zbyt wcze­sna pora na alko­hol – lecz mimo to pode­szłam do lodówki, by nalać sobie kie­li­szek wina. Na talerz wrzu­ci­łam tro­chę sałatki i twa­rożku, żeby prze­ko­nać samą sie­bie, że to po pro­stu późny lunch. Kot zja­wił się przy mnie, gdy tylko uchy­li­łam drzwi lodówki, i zaczął ocie­rać się o moją nogę. Ziry­to­wał mnie. Kobieta po pięć­dzie­siątce, żyjąca samot­nie w miesz­ka­niu na niskim par­te­rze? Dla­czego nie. Ale jeśli dodamy kota, zaczyna to trą­cić… myszką. Gry­ząc seler, spoj­rza­łam na zwie­rzaka z wyrzu­tem.

A potem pomy­śla­łam o Elio­cie Cra­sie. Musia­łam przy­znać, że wybie­ra­jąc aku­rat tego autora, Michael postą­pił cał­kiem spryt­nie.

Eliot był wnu­kiem jed­nej z naj­bar­dziej poczyt­nych bry­tyj­skich pisa­rek, któ­rej feno­men przy­ćmił nawet suk­ces Alana Con­waya. Miriam Crace wpraw­dzie ni­gdy nie two­rzyła powie­ści detek­ty­wi­stycz­nych, ale prze­cież wła­śnie o to cho­dziło Micha­elowi: pozy­skał słynne nazwi­sko, a jed­no­cze­śnie nie musiał się mar­twić porów­na­niami. Nie chciał prze­cież prze­czy­tać w recen­zji, że Eliot nie dorów­nuje babuni.

Miriam napi­sała sześć­dzie­siąt trzy książki dla dzieci w toku kariery, która trwała mniej wię­cej tyle samo lat. Była mię­dzy innymi autorką powie­ści fan­ta­stycz­nej Pań­stwo Lit­tle, opo­wia­da­ją­cej o rodzi­nie poczciw­ców mie­rzą­cych zale­d­wie dwa cale (w póź­niej­szych wyda­niach, ku jej roz­cza­ro­wa­niu, zmie­niono ich wzrost na pięć cen­ty­me­trów). Swego czasu sza­co­wano, że w 95 pro­cent bry­tyj­skich domów jest co naj­mniej jedna z jej ksią­żek, a w 40 pro­cent jest ich dzie­sięć lub wię­cej. Na całym świe­cie jej dzieła sprze­dały się w osza­ła­mia­ją­cej licz­bie miliarda egzem­pla­rzy – co może nie dało jej miej­sca w Księ­dze rekor­dów Guin­nessa, ale na pewno wystar­czyło, by prze­bić sprze­daż samej księgi – a słowo „lit­tle” stało się zro­zu­miałe w czter­dzie­stu sied­miu języ­kach, Miriam bowiem uparła się, by nazwi­sko boha­te­rów nie było tłu­ma­czone. Na zagra­nicz­nych ryn­kach nie poja­wiły się więc powie­ści zaty­tu­ło­wane Les Petits Gens czy De Små Man­ne­skene. Bodaj połowa dzieci na całym świe­cie dora­stała, śle­dząc losy dziadka Lit­tle, babci Lit­tle, pana i pani Lit­tle, Harry’ego, Jacka, Jasmine oraz Rose Lit­tle… a także, od końca lat dzie­więć­dzie­sią­tych, adop­to­wa­nych Karima i Njingi Lit­tle.

Wszy­scy uwiel­biali publiczny wize­ru­nek pisarki i wszyst­kim się zda­wało, że coś o niej wie­dzą, lecz tak naprawdę Miriam Crace nie afi­szo­wała się ze swym pry­wat­nym życiem. Poświę­cono jej dwie bio­gra­fie, ale w obu wypad­kach bli­sko współ­pra­co­wała z auto­rami i z tej, którą pobież­nie przej­rza­łam, natu­ral­nie wyła­niał się obraz świę­tej. Trze­cią, nie­au­to­ry­zo­waną bio­gra­fię, zamó­wiło wydaw­nic­two Har­per­Col­lins. Ponoć miały się w niej zna­leźć dość ponure fakty, lecz Fun­da­cja Crace i jej agre­sywna ekipa praw­ni­ków zagro­zili auto­rowi i wydawcy pozwem, książkę więc wyco­fano, zanim tra­fiła na półki księ­garń.

Miriam nie­chęt­nie udzie­lała wywia­dów, a czy­niła to tylko wtedy, gdy pro­mo­wała nową książkę albo chciała pobu­dzić zain­te­re­so­wa­nie dwiema orga­ni­za­cjami dobro­czyn­nymi, które wspie­rała: Fun­du­szem Biblio­tecz­nym Miriam Crace oraz sie­ro­ciń­cem St Ambrose. Wycho­wała się w duchu wiary – jej ojciec był swego czasu dia­ko­nem w Kościele kato­lic­kim – i pozo­stała jej wierna do końca życia. Być może wła­śnie dla­tego nie roz­wio­dła się ze swym mężem, Ken­ne­them River­sem. (Podob­nie jak Mar­ga­ret Chal­font, nie przy­jęła nazwi­ska męża, a co znacz­nie bar­dziej oso­bliwe, uparła się też, by nie przy­jęły go jej dzieci). Od zawsze krą­żyły pogło­ski, jakoby jej mał­żeń­stwo nie było cał­kiem szczę­śliwe; potwier­dziła je wresz­cie roczna sepa­ra­cja. W 1955 roku Miriam prze­żyła zała­ma­nie ner­wowe, zda­niem jej bio­gra­fów wywo­łane prze­pra­co­wa­niem. Spę­dziła wów­czas sześć mie­sięcy w Lozan­nie, ładu­jąc aku­mu­la­tory w pry­wat­nej kli­nice. Gdy w tym samym roku powró­ciła do Anglii, kupiła dwór Mar­ble Hall opo­dal Devi­zes w hrab­stwie Wilt­shire, a wraz z nim pięć­dzie­siąt akrów ziemi. Gdy czter­dzie­ści osiem lat póź­niej odcho­dziła z tego świata, wciąż jesz­cze miesz­kała tam z Ken­ne­them, dwoma synami, ich mał­żon­kami oraz czwor­giem wnu­ków. Obec­nie Mar­ble Hall jest dostępny dla zwie­dza­ją­cych.

Miriam Crace po dziś dzień jest liczącą się posta­cią w świe­cie wydaw­ni­czym. Co roku sprze­dają się miliony jej ksią­żek, co zresztą budzi nie­chęć wśród aktyw­nych pisa­rzy, zgod­nie żywią­cych prze­ko­na­nie, że dość już zaro­biła na swej twór­czo­ści. Fun­da­cja Miriam Crace dzia­łała pełną parą od śmierci autorki, pod świa­tłym kie­row­nic­twem jej naj­star­szego syna, Jona­thana Crace’a, stryja Eliota. Pań­stwo Lit­tle żyją zaś dalej w nie­zli­czo­nych komik­sach, seria­lach rysun­ko­wych sta­cji ITV, w ogrom­nie popu­lar­nym musi­calu wysta­wia­nym przez Bridge The­atre, w trzech fil­mach fabu­lar­nych, osob­nej atrak­cji w parku roz­rywki Uni­ver­sal Stu­dios oraz prze­bo­ga­tej kolek­cji licen­cjo­no­wa­nych arty­ku­łów, takich jak pape­te­rie, plu­szowe zabawki, puszki her­bat­ni­ków, gry plan­szowe i kom­pu­te­rowe, zegary, kalen­da­rze oraz ubranka dzie­cięce. Nie­dawno ogło­szono, że Net­flix zawarł umowę na dwie­ście milio­nów dola­rów, by zdo­być prawa do ekra­ni­za­cji, i pla­nuje wypro­du­ko­wać od razu pięć sezo­nów zupeł­nie nowych przy­gód pań­stwa Lit­tle. Ze strony fun­da­cji nego­cjo­wał ją, rzecz jasna, Jona­than Crace.

A co z Elio­tem Crace’em?

Widzia­łam go dwa, może trzy razy, gdy odwie­dzał Clo­ver­leaf Books. Zapa­mię­ta­łam go jako bar­dzo przy­stoj­nego mło­dzieńca – dłu­go­wło­sego anioła o elfiej twa­rzy. Ema­no­wał cza­rem i pew­no­ścią sie­bie, które nie­mal zawsze są owo­cem edu­ka­cji w pry­wat­nych szko­łach i dora­sta­nia w dobro­by­cie. Nie­stety zwy­kle towa­rzy­szy im także pewna doza aro­gan­cji. Mia­łam wra­że­nie, że Crace zawsze się spie­szy – mówił za szybko, prze­ska­ki­wał z tematu na temat i raz po raz zry­wał się z fotela, by przy naj­bliż­szym oknie zapa­lić papie­rosa.

Jak powie­dzia­łam Micha­elowi, to Char­les Clo­ver go odkrył i oso­bi­ście zajął się dwiema powie­ściami detek­ty­wi­stycz­nymi, które Crace dla nas napi­sał. Nie byłam jed­nak do końca szczera, gdy mówi­łam, że nie sprze­dały się zbyt dobrze. Nie sprze­dały się pra­wie wcale. Eliot nie był złym pisa­rzem, ale dość nie­roz­sąd­nie wybrał swego detek­tywa: uczy­nił go podró­żu­ją­cym w cza­sie alche­mi­kiem z dworu kró­lo­wej Elż­biety I i kazał mu zabłą­kać się w dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. Jego książki nie mie­ściły się wła­ści­wie w żad­nej kate­go­rii. Nie byłam pewna, czy były dla doro­słych czy dla mło­dzieży; czy były reali­styczne czy fan­ta­styczne; czy nale­żało brać je poważ­nie, czy się z nich śmiać. Wyniki sprze­daży dowio­dły, że czy­tel­nicy także nie umieli roz­strzy­gnąć tego dyle­matu. Char­les współ­pra­co­wał wcze­śniej ze stry­jem Eliota, a jego samego znał od dziecka, nie był więc zado­wo­lony, gdy w końcu tup­nę­łam nogą i oznaj­mi­łam, że nie powin­ni­śmy wyda­wać trze­ciej powie­ści o dok­to­rze Gee. Prawda była jed­nak taka, że publi­ko­wa­nie ksią­żek, któ­rych nikt nie chciał czy­tać, zwy­czaj­nie nie miało sensu, a sam Eliot był dla nas bala­stem: nie żało­wał sobie nar­ko­ty­ków, trun­ków, imprez i anty­de­pre­san­tów, które wpra­wiały go w aż nadto eufo­ryczny nastrój. Char­les był pewny, że młody Crace odnie­sie suk­ces lite­racki, gdy wresz­cie doro­śnie. Upie­rał się, że drzwi wydaw­nic­twa Clo­verleaf zawsze będą przed nim otwarte. Ale Eliot już nie powró­cił.

Aż do tej chwili. Zasta­na­wia­łam się, skąd wła­ści­wie Michael Flynn go wytrza­snął i w jaki spo­sób prze­ko­nał do współ­pracy. Nagle poża­ło­wa­łam, że nie poszłam z nim na lunch.

Zanio­słam talerz i kie­li­szek wina do kuchni, usia­dłam przy stole i poło­ży­łam przed sobą maszy­no­pis. Posta­no­wi­łam jed­nak go prze­czy­tać. Nie mia­łam nic lep­szego do roboty w to popo­łu­dnie, a poza tym byłam cie­kawa, z jakiej strony pokaże się Atti­cus Pünd wie­dziony pió­rem innego pisa­rza.

Bo w końcu jak mogłoby mi to zaszko­dzić?

PÜND: OSTATNIA SPRAWA

PÜND: OSTAT­NIA SPRAWA

Eliot Crace

OSOBY

Atti­cus Pünd – detek­tyw

James Fra­ser – jego asy­stent

RODZINA

lady Mar­ga­ret Chal­font – zamożna wdowa po Hen­rym Chal­fon­cie, 6. hra­bim Chal­font

Jef­frey Chal­font – syn Henry’ego i Mar­ga­ret Chal­font, obec­nie 7. hra­bia

Lola Chal­font – aktorka i pio­sen­karka, żona Jef­freya Chal­fonta

Cedric Chal­font – ośmio­letni syn Jef­freya i Loli

Judith Lyt­tle­ton – córka Henry’ego i Mar­ga­ret Chal­font, etno­log

Harry Lyt­tle­ton – mał­żo­nek Judith, dewe­lo­per

Elmer Way­smith – obecny mał­żo­nek lady Mar­ga­ret Chal­font, Ame­ry­ka­nin, han­dlarz dzie­łami sztuki

Robert Way­smith – jedyny syn Elmera Way­smitha z pierw­szego mał­żeń­stwa

POZO­STALI

Frédéric Vol­ta­ire – poli­cjant, ofi­cer Sûreté

Béatrice Lau­rent – gospo­dyni Château Bel­mar w Cap-Fer­rat

Estelle Dubois – dyrek­torka gale­rii sztuki Wer­ner-Way­smith

Jean Lam­bert – radca prawny z kan­ce­la­rii w Saint-Paul-de-Vence

Alice Car­ling – jego sekre­tarka

Har­lan Scott – pry­watny detek­tyw

Hec­tor Bru­nelle – apte­karz z Nicei

dr Ben­son – lekarz z kli­niki przy Har­ley Street

JEDEN

Lon­dyn, 1955

Deszcz lał się stru­gami; zimny i szary pły­nął po chod­ni­kach, bęb­nił w okienne szyby i roz­chla­py­wał coraz to więk­sze kałuże. Woda prze­le­wała się przez brzegi rynien i wni­kała w ceglane mury. Można było odnieść wra­że­nie, że padało przez cały maj i choć czer­wiec za pasem, wciąż nie spo­sób było uciec przed wil­go­cią. Ludzie w kwa­śnych humo­rach prze­my­kali uli­cami oku­tani w zimowe płasz­cze. Lato nie przy­było na czas; poko­nał je nie­ustę­pliwy deszcz.

Atti­cus Pünd szedł Har­ley Street z pię­ściami wbi­tymi w kie­sze­nie. Usi­ło­wał nie zmok­nąć, cia­sno opa­tu­lony dłu­gim tren­czem. Nie pierw­szy raz musiał poko­nać tę trasę, odkąd sześć tygo­dni wcze­śniej usły­szał szo­ku­jącą dia­gnozę. Zasko­czyło go to, jak szybko można się ze wszyst­kim oswoić, nawet z per­spek­tywą wła­snej rychłej śmierci.

Miał guza mózgu. Nic nie można było zro­bić w tej spra­wie – zostało mu led­wie kilka mie­sięcy życia. Kolejna wizyta u leka­rza była w zasa­dzie tylko for­mal­no­ścią. Spo­dzie­wał się, że dok­tor Ben­son jedy­nie go zbada, zada kilka pytań o samo­po­czu­cie, o sen, ape­tyt, kon­dy­cję psy­chiczną, a potem ode­śle do domu, z cie­płym uśmie­chem wygło­siw­szy kilka słów pocie­sze­nia. Wytwo­rzyła się mię­dzy nimi oso­bliwa więź, tro­chę sil­niej­sza od tej, która zwy­kle łączy leka­rza z pacjen­tem. Byli part­ne­rami w pro­ce­sie, który doty­czy wszyst­kich, któ­rego nie potra­fili ogar­nąć umy­słem i któ­rego żaden z nich nie mógł zatrzy­mać.

Kli­nika dok­tora Ben­sona mie­ściła się na par­te­rze wyso­kiego, wąskiego budynku niczym nie­róż­nią­cego się od sąsied­nich. Pięt­na­ście lat wcze­śniej barierka oddzie­lała go od ulicy, lecz zde­mon­to­wano ją wraz z innymi zbęd­nymi kawał­kami metalu z całego Lon­dynu, bo takie były realia wojen­nego wysiłku. Pünd wra­cał cza­sem myślą do tam­tych wyda­rzeń, do roz­dar­tego świata i milio­nów ofiar, do któ­rych wbrew praw­do­po­do­bień­stwu nie dołą­czył, zamknięty za dru­tem kol­cza­stym hitle­row­skiego obozu kon­cen­tra­cyj­nego. Nawet w chwili gdy dok­tor Ben­son prze­ka­zał mu złą nowinę, Pünd pomy­ślał przede wszyst­kim, że jest szczę­ścia­rzem. Nie spo­dzie­wał się, że tak długo pożyje.

Sta­nął u drzwi fron­to­wych i naci­snął guzik dzwonka. Nie­mal natych­miast otwo­rzyła mu młoda kobieta, któ­rej twarz już koja­rzył, choć nie pamię­tał jej imie­nia. Recep­cjo­nistka kli­niki dok­tora Ben­sona znała za to wszyst­kich, któ­rzy tu bywali, a nawet pamię­tała tych, któ­rzy już nie przy­cho­dzili.

– Pan Pünd – powi­tała go z takim uśmie­chem, jakby jego wizyta była naj­ra­do­śniej­szym wyda­rze­niem w życiu obojga. – Ależ mamy paskudne lato! Pro­szę, niech pan wej­dzie.

Popro­wa­dziła go wprost do pocze­kalni: czte­rech ścian pokry­tych welu­rową tapetą, zabyt­ko­wych lamp sto­ją­cych na pod­ło­dze oraz do maho­nio­wego sto­lika, na któ­rym leżał plik typo­wych i typowo nie­ak­tu­al­nych cza­so­pism: „Coun­try Life”, „Punch” oraz „Reader’s Digest”. W budynku pra­co­wało czte­rech leka­rzy i przyj­mo­wali pacjen­tów w tym samym cza­sie. Pünd roz­po­znał obco­kra­jowca sie­dzą­cego w kącie. Sądząc po apa­ry­cji i postu­rze, musiał to być były woj­skowy. Po chwili zja­wiła się pie­lę­gniarka w bia­łym kitlu.

– Majo­rze Alca­zar…

Męż­czy­zna powstał sztywno i podą­żył za nią.

Pünd zajął jego miej­sce na kana­pie i się­gnął po jedno z cza­so­pism – nie po to jed­nak, aby je czy­tać, ale by dwie inne osoby prze­by­wa­jące w pocze­kalni nie zada­wały mu żad­nych pytań. Otwo­rzył pismo i spoj­rzał na zdję­cie posia­dło­ści w Wilt­shire. Przy­po­mniało mu o spra­wie, którą wła­śnie roz­wią­zał w Saxby-on-Avon. Praw­do­po­dob­nie ostat­niej.

Z kory­ta­rza dobiegł kobiecy głos, dość wysoki i natar­czywy, jakby jego wła­ści­cielka nawy­kła do wyda­wa­nia roz­ka­zów.

– Sądzę, że leży gdzieś w pocze­kalni. Musiała mi wypaść z torebki.

Pünd roz­po­znał ów głos, zanim w progu sta­nęła lady Mar­ga­ret Chal­font. Trudno było z czym­kol­wiek go pomy­lić, mówiła bowiem tak, jak żyła: wład­czo i z głę­bo­kim prze­ko­na­niem, że nie może zostać zigno­ro­wana. Postać, którą ujrzał teraz Pünd, była drobna i szczu­pła, wręcz zda­wała się nik­nąć w oczach, a prze­cież wal­czyła z tym każdą cząstką swego kru­chego ciała. Lady Chal­font miała sześć­dzie­siąt kilka lat, lecz cho­roba posta­rzyła ją o dobrą dekadę. Jej włosy, zafar­bo­wane na srebrno z lilio­wym odcie­niem, zostały sta­ran­nie uło­żone, tak by masko­wać wymi­ze­ro­wane obli­cze. Nie­przy­pad­kowo nosiła inten­sywne kolory: zie­loną kurtkę, bor­dowe pumpy oraz dość egzo­tyczną opa­skę na włosy, za którą bra­ko­wało jedy­nie piórka, lecz wszystko to nie mogło ukryć przed świa­tem jej pro­ble­mów ze zdro­wiem. W jed­nej dłoni trzy­mała torebkę od Guc­ciego, a w dru­giej samotną ręka­wiczkę.

Lady Chal­font wkro­czyła do pocze­kalni, szu­ka­jąc wzro­kiem jej towa­rzyszki do pary. Gdy zatrzy­mała spoj­rze­nie na kana­pie, na któ­rej zasiadł Pünd, wyraz jej twa­rzy natych­miast się zmie­nił.

– Mój drogi pan Pünd! Cóż za nie­spo­dzianka. Jest pan ostat­nią osobą, którą spo­dzie­wa­łam się spo­tkać w tym okrop­nym miej­scu. Pan cho­ruje?

Bez­po­śred­niość miała we krwi. Pünd powstał.

– Jestem umó­wiony z leka­rzem – odpo­wie­dział nie­zo­bo­wią­zu­jąco.

– Oni o niczym nie mają poję­cia! – Lady Chal­font wes­tchnęła. – Patrzą czło­wie­kowi w oczy, każą wziąć tę czy inną pigułkę, mówią, że wszystko będzie dobrze, ale wcale nie jest. Ni­gdy nie jest. A gdy poja­wia się kostu­cha, sie­dzą sobie tu, cho­wają się za tymi swo­imi wykre­sami i zdję­ciami rent­ge­now­skimi, to wszystko. Banda szar­la­ta­nów!

– Nic a nic się pani nie zmie­niła, lady Chal­font.

– Pozory, panie Pünd. Tak czy ina­czej, „Nichts ist höher zu schätzen als der Wert des Tages”1, jak słusz­nie zauwa­żył Goethe. A naj­ja­śniej­szym punk­tem tego dnia jest nie­wąt­pli­wie spo­tka­nie z panem.

Pünd się uśmiech­nął. Poznał Mar­ga­ret Chal­font dzie­więć lat wcze­śniej, w Salis­bury, gdy była jedną z głów­nych podej­rza­nych o zamor­do­wa­nie Geo­rge’a Colin­dale’a, otru­tego pod­czas syl­we­stro­wego przy­ję­cia, na które oboje byli zapro­szeni. W owym cza­sie żyła samot­nie. Jej mąż – Henry Chal­font, szó­sty hra­bia Chal­font – zgi­nął w ostat­nich mie­sią­cach wojny zabity przez rakietę V-2. Pünd pamię­tał, że mieli syna i córkę – oraz synową i zię­cia – a z lek­tury „The Times” dowie­dział się póź­niej, że lady Chal­font docze­kała się także wnuka. Od początku darzył ją sym­pa­tią. Ow­szem, bywała gło­śna i szczera do bólu, ale ni­gdy nie bra­ko­wało jej ogłady i dobrych inten­cji, a także, jak się oka­zało, to wła­śnie ona podzie­liła się z Pündem spo­strze­że­niem, które pozwo­liło mu roz­wią­zać sprawę mor­der­stwa.

Zadzi­wia­jące było, że spo­tkali się ponow­nie aku­rat tu i teraz. Pünd zasta­na­wiał się wła­śnie, jak odpo­wie­dzieć, gdy jego spoj­rze­nie zatrzy­mało się na czymś, co dostrzegł zaraz po wej­ściu do pocze­kalni i zigno­ro­wał. Dopiero teraz schy­lił się, by wydo­być spod kanapy, na któ­rej sie­dział, ręka­wiczkę z cie­lę­cej skórki. Z cie­nia wysta­wały tylko koniuszki jej pal­ców.

– Przy­pusz­czam, że wła­śnie tego pani szuka, lady Chal­font – powie­dział.

Uśmiech­nęła się pro­mien­nie, ści­ska­jąc w dłoni obie ręka­wiczki.

– Jak zawsze jest pan nie­sa­mo­wity, panie Pünd. Nic nie umknie pań­skiej uwa­dze.

Widać było, że to zale­d­wie wstęp do dłuż­szej wypo­wie­dzi, lecz w tym momen­cie do pocze­kalni wkro­czyła kolejna, znacz­nie młod­sza kobieta. Nie wyglą­dała ani na pie­lę­gniarkę, ani na pacjentkę kli­niki; wyda­wała się zakło­po­tana, jakby pra­gnęła czym prę­dzej opu­ścić to miej­sce. Była znacz­nie tęż­sza od lady Chal­font, a jej chmurne obli­cze suge­ro­wało, że jest osobą bar­dzo poważ­nie trak­tu­jącą samą sie­bie. Nosiła grube oku­lary, a jej nie­mal bez­barwne włosy zwią­zane były w kok z tyłu głowy. Zacho­wa­niem i ubio­rem paso­wa­łaby do spo­tka­nia biz­ne­so­wego. Miała w sobie też coś ze straż­niczki wię­zien­nej, gdy stała dum­nie wypro­sto­wana i sztywna w cięż­ka­wych butach ze skóry.

– Zna­la­złaś ręka­wiczkę, mamo? – spy­tała nie­cier­pli­wie i umil­kła, widząc, że lady Chal­font ma towa­rzy­stwo.

Pünd skło­nił się lekko. Zatem łączą je więzy krwi! Mówiono mu, że lady Chal­font była w mło­do­ści bar­dzo piękna, lecz naj­wy­raź­niej to ją róż­niło od córki.

– Ten pan ją zna­lazł, Judith. Tak się składa, że jeste­śmy sta­rymi przy­ja­ciółmi. Poznaj Atti­cusa Pünda. Pew­nie nie­raz sły­sza­łaś, jak o nim opo­wia­da­łam. To bodaj naj­lep­szy detek­tyw na świe­cie. – Lady Chal­font zwró­ciła się teraz ku Pündowi i dodała, nie bio­rąc nawet odde­chu: – Moja córka Judith. Judith Lyt­tle­ton, bo tak się teraz nazywa. Przy­wio­zła mnie tu.

– Bar­dzo mi miło, pani Lyt­tle­ton – ode­zwał się Pünd.

– Dok­tor Lyt­tle­ton, jeśli cho­dzi o ści­słość – spro­sto­wała Judith, bar­dziej nie­cier­pli­wie niż agre­syw­nie, jakby przy­wy­kła już do pre­cy­zo­wa­nia swego sta­tusu, co zresztą było prawdą. – Mam tytuł naukowy z etno­lo­gii; skoń­czy­łam stu­dia pody­plo­mowe w lon­dyń­skim Uni­ver­sity Col­lege. Napi­sa­łam kilka prac nauko­wych na temat Peru. Moż­liwe, że pan czy­tał.

– Nie­stety nie.

Judith poki­wała głową roz­cza­ro­wana, ale nie­za­sko­czona.

– Naprawdę powin­ny­śmy się już zbie­rać, mamo. Trzeba jesz­cze zabrać walizki i doje­chać na lot­ni­sko.

– Wra­camy na połu­dnie Fran­cji – pospie­szyła z wyja­śnie­niem lady Chal­font. – Mój świę­tej pamięci mąż, Henry, kupił dom na Lazu­ro­wym Wybrzeżu i zwy­kle tam spę­dzam lato. Nawia­sem mówiąc, ponow­nie wyszłam za mąż. Wie­dział pan?

– Nie wie­dzia­łem – odparł Pünd.

– Z for­mal­nego punktu widze­nia jestem teraz Mar­ga­ret Way­smith, ale posta­no­wi­łam uży­wać daw­nego nazwi­ska. Jakoś lubię być lady Chal­font. Bo niby dla­czego mia­ła­bym, prócz całej reszty, stra­cić także tytuł?

Odna­la­zła zagi­nioną ręka­wiczkę; córka cze­kała na jej ruch, lecz lady Chal­font nie opusz­czała pocze­kalni.

– Doprawdy nie­zwy­kłe to, że wpa­dłam na pana aku­rat dziś – dodała po chwili. – Zaszło coś, co bar­dzo bym chciała z panem prze­dys­ku­to­wać.

– Mamo… – wtrą­ciła znie­cier­pli­wiona Judith.

– Nie popę­dzaj mnie, moja droga, bo nie ma takiej potrzeby. Mamy mnó­stwo czasu, żeby zdą­żyć na samo­lot. – Prze­szyła Pünda inten­syw­nym spoj­rze­niem bystrych oczu. Widział dokład­nie, w któ­rym momen­cie pod­jęła decy­zję. – Chcę z panem omó­wić nie­zmier­nie pilną sprawę – dorzu­ciła. – Nie zmie­nił pan adresu?

– Żałuję, lady Chal­font, ale nie przyj­muję nowych zle­ceń.

– Napi­szę do pana tak czy ina­czej. Wie­rzę, że wszystko ma swój cel, panie Pünd, więc i pan nie zna­lazł się tu bez powodu. To spo­tka­nie było nam pisane. Prawda zaś jest taka, że w godzi­nie potrzeby nikt inny nie pomógłby mi tak jak pan. Zechce pan zosta­wić mi swoją wizy­tówkę?

Pünd zawa­hał się, ale w końcu wyłu­skał z kie­szeni biały kar­to­nik. Lady Chal­font spoj­rzała nań prze­lot­nie, zanim wsu­nęła go do torebki.

– Dzię­kuję, panie Pünd. Brak mi słów, żeby wyra­zić, jak wielka to dla mnie ulga… oto jest ktoś, komu mogę zaufać, w kogo wie­rzę. Jeśli nie będzie pan mógł uczy­nić dla mnie nic wię­cej, będę wdzięczna nawet za poradę.

Zakło­po­ta­nie Judith Lyt­tle­ton wła­śnie się­gnęło zenitu. Raz po raz zer­kała na matkę, aż wresz­cie ich spoj­rze­nia się spo­tkały i wyda­wało się, że w oczach córki bły­snęło coś na kształt mil­czą­cego ostrze­że­nia. Zaraz potem razem opu­ściły pocze­kal­nię. Pünd usły­szał jesz­cze, jak skrzyp­nęły i trza­snęły drzwi.

Po chwili wró­ciła pie­lę­gniarka.

– Dok­tor Ben­son już czeka, panie Pünd.

Popro­wa­dziła detek­tywa kory­ta­rzem, który zdą­żył już poznać lepiej, niż sobie tego życzył, wprost do gabi­netu na samym końcu. Lekarz sie­dział za biur­kiem i naj­wy­raź­niej nie prze­szka­dzał mu żar bucha­jący ze zbyt mocno pra­cu­ją­cych grzej­ni­ków. Minęło sześć tygo­dni od bada­nia, które przy­nio­sło im naj­gor­sze z moż­li­wych nowin. Nie musieli już silić się na uprzejme poga­wędki. Dok­tor Ben­son zba­dał Pündowi puls i ciśnie­nie krwi, osłu­chał klatkę pier­siową i bacz­nie przyj­rzał się oczom. Potem nastą­piła seria kon­kret­nych pytań:

– Jak bóle głowy?

– Zda­rzają się, ale nie­zbyt czę­sto. Pigułki, które pan prze­pi­sał, są bar­dzo sku­teczne.

– Dobrze pan sypia?

– Tak, dzię­kuję.

– Ape­tyt?

– Myślę, że jadam mniej niż zwy­kle, ale powie­dział­bym, że raczej z wyboru. Asy­stent pochwa­lił mnie nawet, że schu­dłem.

– Powie­dział mu pan już?

Pünd pokrę­cił głową.

– Wie tylko, że nie czuję się zbyt dobrze. Widział też, że biorę leki. Nie powie­dzia­łem mu jed­nak, jak poważny jest mój stan.

– Boi się pan, że odej­dzie?

– Nie, dok­to­rze. Abso­lut­nie. Ale James jest wraż­li­wym mło­dzień­cem i uwa­żam, że lepiej oszczę­dzić mu bole­snej prawdy. Poza tym pomaga mi w pisa­niu książki. Mam nadzieję, że Zarys docho­dze­nia kry­mi­nal­nego trafi pew­nego dnia na półki Bri­tish Library, do Archi­wum Spraw Kry­mi­nal­nych oraz wielu innych miejsc, w któ­rych przyda się moim następ­com.

Dok­tor Ben­son ski­nął głową i się­gnął po fajkę, ale nie zapa­lił jej.

– Moim zda­niem, panie Pünd, trzyma się pan zna­ko­mi­cie. Znacz­nie lepiej, niż się spo­dzie­wa­łem. Może pan do mnie zadzwo­nić w każ­dej chwili natu­ral­nie, ale uwa­żam, że kolejną wizytę możemy umó­wić dopiero na przy­szły mie­siąc.

Pünd uśmiech­nął się dys­kret­nie. Wie­dział, co ozna­cza się­gnię­cie po fajkę: w ten spo­sób dok­tor Ben­son zawsze dawał sygnał, że spo­tka­nie dobie­gło końca, a finał zawsze wybrzmie­wał opty­mi­styczną nutą. Za tydzień. Za mie­siąc. Następ­nym razem. Nie­odmien­nie spo­glą­dał w przy­szłość, by prze­ko­nać pacjen­tów, że i oni ją mają.

Pünd jed­nak nie ruszył się z miej­sca.

– Chciał­bym pana o coś spy­tać – rzekł po chwili. – Otóż zanim tu wsze­dłem, spo­tka­łem starą przy­ja­ciółkę, lady Mar­ga­ret Chal­font.

– Pan ją zna?

– Cał­kiem dobrze. Pozna­li­śmy się przy oka­zji sprawy, którą kie­dyś pro­wa­dzi­łem. Było mi przy­kro, gdy ją tu zoba­czy­łem, więc pomy­śla­łem, że może mógłby pan mi zdra­dzić, co się z nią dzieje.

– Nie jestem pewny, czy powi­nie­nem ujaw­niać infor­ma­cje na temat moich pacjen­tów, panie Pünd. O co wła­ści­wie panu cho­dzi?

– Lady Chal­font popro­siła o pomoc w spra­wie, którą nazwała bar­dzo pilną, a choć roz­ma­wia­li­śmy bar­dzo krótko, odnio­słem wra­że­nie, że cze­goś się boi.

– Może śmierci?

– Może. Ale nie w wyniku cho­roby.

Dr Ben­son zamy­ślił się.

– Ze względu na to, kim pan jest, panie Pünd, mogę chyba zdra­dzić panu w zaufa­niu, że lady Chal­font cierpi na zwę­że­nie zastawki dwu­dziel­nej. To ozna­cza, że zastawka regu­lu­jąca dopływ krwi do serca nie działa pra­wi­dłowo. Nie­stety musia­łem wyja­śnić pacjentce, że ze względu na jej pode­szły wiek prze­pro­wa­dze­nie ope­ra­cji nie byłoby warte ryzyka. Oba­wiam się, że nie zostało jej wiele czasu.

– To zna­czy?

– Trudno powie­dzieć. Raczej mie­siące niż lata.

Pünd poki­wał głową. Lady Chal­font, w typowy dla sie­bie spo­sób, bun­to­wała się prze­ciwko rze­czy­wi­sto­ści, kry­ty­ko­wała współ­cze­sną medy­cynę i nie ufała leka­rzom, zapewne głów­nie dla­tego, że nie byli w sta­nie jej pomóc.

– Dzię­kuję, dok­to­rze Ben­son.

Detek­tyw wstał.

– Nie zapro­siła pana na połu­dnie Fran­cji? – spy­tał lekarz.

– Tak daleko się nie posu­nęła.

– A szkoda. O ile wiem, ma prze­piękny dom na wybrzeżu, w Saint-Jean-Cap-Fer­rat. Powie­dział­bym, że świet­nie by panu zro­bił tydzień spę­dzony w śród­ziem­no­mor­skim słońcu. Ta prze­klęta angiel­ska pogoda dobija nawet naj­zdrow­szych i naj­spraw­niej­szych z nas. – Lekarz spoj­rzał w okno, na strugi desz­czu bijące w szybę. – W życiu nie widzia­łem takich ulew. Może mimo wszystko powi­nien pan tam poje­chać!

Tym razem Pünd się zamy­ślił. Do tej pory nawet nie myślał o tym, że mógłby jesz­cze podró­żo­wać; w każ­dym razie nie dalej niż do połu­dniowo-zachod­niej Anglii, dokąd zawio­dła go ostat­nia sprawa. A wła­ści­wie dla­czego nie? Tak naprawdę nie cho­dziło prze­cież tylko o to, żeby po raz ostatni poczuć na skó­rze cie­płe pro­mie­nie słońca. Liczyło się coś jesz­cze.

Dobrze pamię­tał te spoj­rze­nia, które matka i córka wymie­niły, zanim wyszły z pocze­kalni. Lady Chal­font mówiła o pil­nej spra­wie, potrze­bo­wała pomocy, ale w isto­cie to Judith Lyt­tle­ton przy­kuła uwagę Pünda.

Od chwili, gdy usły­szała jego nazwi­sko i zro­zu­miała, z kim ma do czy­nie­nia, usi­ło­wała jak naj­szyb­ciej wypro­wa­dzić matkę, byle dalej od niego. Sły­szała, jak lady Chal­font prosi o pomoc, ale nie sko­men­to­wała jej argu­men­tów choćby jed­nym sło­wem, jakby sprawa w ogóle jej nie doty­czyła.

Pani dok­tor etno­lo­gii nie tylko czuła się nie­zręcz­nie pod­czas tego krót­kiego spo­tka­nia.

Była wystra­szona.

„Nic nie jest cen­niej­sze niż dziś”. [wróć]

DWA

Od wizyty w kli­nice przy Har­ley Street minęły cztery dni. Atti­cus Pünd poja­wił się w swym biu­rze przy Cler­ken­well Squ­are wcze­snym ran­kiem i w cał­kiem dobrym nastroju zasiadł do prze­glą­da­nia naj­now­szego frag­mentu swej książki, który James Fra­ser prze­pi­sał dla niego na maszy­nie. Zarys docho­dze­nia kry­mi­nal­nego stał się ostat­nio prio­ry­te­tem w jego życiu. Cho­roba postę­po­wała dość wolno, Pünd więc pomału zaczy­nał wie­rzyć, że zdąży ukoń­czyć swe dzieło, choć może zabrak­nie mu czasu, by popra­wić wszyst­kie błędy orto­gra­ficzne i lite­rówki popeł­nione przez asy­stenta. Cóż, osta­teczna redak­cja i tak nale­żała do wydawcy. Tak naprawdę liczyła się treść.

Się­gnął po pierw­szą kartkę i zaczął czy­tać. Wie­dział, że musi się oszczę­dzać. Gdyby popra­co­wał parę godzin bez prze­rwy, ból głowy zwa­liłby go z nóg. Naj­waż­niej­sze – zacho­wać umiar, pomy­ślał. Trzy­dzie­ści minut sku­pie­nia, a potem spa­cer na świe­żym powie­trzu albo fili­żanka her­baty, naj­le­piej przy muzyce Brahmsa lub Schu­berta z gra­mo­fonu. Tyle że frag­ment, który wła­śnie czy­tał, był fascy­nu­jący. Roz­dział nosił tytuł „Zabójca zdra­dzi wszystko”.

Podob­nie jak poke­rzy­sta, któ­rego zamiary zdra­dza swo­isty tik, tak i mor­derca zwy­kle ujaw­nia się poprzez mimo­wolne zacho­wa­nia, zwłasz­cza gdy działa pod pre­sją. Na wła­sny uży­tek nazy­wam ten feno­men wła­śnie tikiem i wypada mi wspo­mnieć, że pod­czas jed­nego ze śledztw byłem świad­kiem, jak poczu­cie winy mani­fe­stuje się na dwa spo­soby jed­no­cze­śnie. Opo­wia­da­łem już o spra­wie Eileen Marino, nader atrak­cyj­nej i inte­li­gent­nej kobiety, matki dwojga dzieci robią­cej nie­zgor­szą karierę w dzien­ni­kar­stwie. Usi­ło­wała mnie prze­ko­nać, że bar­dzo kocha swego męża, Paula, zna­nego praw­nika, choć wkrótce stało się jasne, że wła­sno­ręcz­nie go zaszty­le­to­wała, gdy wra­cali z teatru.

Prze­słu­cha­nie odbyło się w salo­nie ich domu w Chi­swick. Przez pół godziny pani Marino była cał­kiem roz­luź­niona, lecz w końcu drzwi pokoju uchy­lił jej pies. W tym momen­cie w zacho­wa­niu podej­rza­nej zaszła dia­me­tralna zmiana. Wyraź­nie widzia­łem oznaki ner­wo­wo­ści i zakło­po­ta­nia. To był pierw­szy jej tik. Ale co tak naprawdę było jego wyzwa­la­czem? Przez dłuż­szy czas zakła­da­łem, że cho­dzi o samo zwie­rzę, które grzecz­nie zwi­nęło się w kłę­bek przed komin­kiem. Może było mil­czą­cym świad­kiem zbrodni? Innych pomy­słów nie mia­łem, bo z fotela, w któ­rym sie­dzia­łem, nie mogłem dostrzec tego, co było za drzwiami.

Odpo­wiedź poja­wiła się sama, gdy zają­łem miej­sce pani Marino: sie­dząc tam, miała przed sobą lustro, a w nim mogła podzi­wiać duży por­tret męża wiszący na ścia­nie w kory­ta­rzu. Nie widziała go, dopóki drzwi były zamknięte, gdy jed­nak była zmu­szona nań patrzeć, nie umiała już zapa­no­wać nad poczu­ciem winy.

Wyznała mi póź­niej, że pokłó­ciła się z mał­żon­kiem o rodzinne oszczęd­no­ści, z któ­rych więk­szość bez­tro­sko wydała. Wciąż jed­nak utrzy­my­wała, że nie ma nic wspól­nego z mor­der­stwem – i wła­śnie wtedy ujaw­nił się drugi tik. Dla­czego nie­ustan­nie ocie­rała kącik oka, na pozór bli­ska łez? Za każ­dym razem, zauwa­ży­łem, było to lewe oko, jakby cier­piała na cho­robę, która pozwa­lała jej pła­kać tylko jedną stroną twa­rzy.

Raz jesz­cze prze­ana­li­zo­wa­łem zdję­cia wyko­nane na miej­scu zbrodni i powody owego dziw­nego zacho­wa­nia szybko stały się dla mnie jasne. Gdy pani Marino mor­do­wała swego męża, kilka kro­pel jego krwi pry­snęło wprost w jej lewe oko. Tik, któ­rego byłem świad­kiem, nie był oznaką wyrzu­tów sumie­nia, lecz obrzy­dze­nia. Wspo­mi­na­jąc czyn, któ­rego się dopu­ściła, pani Marino – niczym współ­cze­sna lady Mak­bet – pod­świa­do­mie sta­rała się zatrzeć jego ślad.

Pünd się­gnął po kolejną kartkę gotów kon­ty­nu­ować lek­turę, lecz w tym momen­cie drzwi się otwo­rzyły i do gabi­netu wszedł James Fra­ser, nio­sąc tacę z fili­żanką her­baty, sta­ran­nie zło­żo­nym egzem­pla­rzem „The Times” oraz kil­koma wizy­tów­kami i listami. Ubrał się tego dnia nader opty­mi­stycz­nie – w baweł­niane spodnie, białą koszulę i swe­ter z koł­nie­rzem w serek – jakby lato naresz­cie nade­szło. Co prawda od pew­nego czasu do biura pra­wie nie zaglą­dali klienci i Pünd zgo­dził się, że mary­narka i kra­wat nie są już konieczne, lecz mimo to miał wra­że­nie, że jego asy­stent zbyt daleko posuwa się w swej swo­bo­dzie.

– Dzień dobry, panie Pünd. – Fra­ser był nie­odmien­nie pogodny, jakby uparł się, że nie przyj­mie do wia­do­mo­ści cho­roby swego szefa. – Jak się pan dzi­siaj miewa?

– Cał­kiem dobrze. Dzię­kuję, James.

– Widzę, że czyta pan naj­now­szy frag­ment.

– I to z nie­małą przy­jem­no­ścią – odparł Pünd. – Mam nadzieję, że przed koń­cem dnia zdążę dopi­sać resztę roz­działu.

– Przy­nio­słem panu her­batę, gazetę i poranną pocztę. – Fra­ser ostroż­nie posta­wił tacę na biurku Pünda. – Jest też parę rachun­ków… natu­ral­nie zajmę się nimi. I jesz­cze liścik. Detek­tyw inspek­tor Chubb pyta, czy miałby pan ochotę na wspólny lunch w przy­szłym tygo­dniu.

– Oba­wiam się, że nie.

– Tak też myśla­łem. Pozwolę sobie wysłać sto­sowną odpo­wiedź. Przy­szło też zapro­sze­nie z Poli­cyj­nego Fun­du­szu Sie­rot z pyta­niem, czy zechciałby pan wystą­pić pod­czas jesien­nej kon­fe­ren­cji. Odmó­wię oczy­wi­ście… Aha. Jest jesz­cze list z Fran­cji. – Fra­ser uśmiech­nął się zado­wo­lony z sie­bie. – Pozna­łem po znaczku.

– Solidna detek­ty­wi­styczna robota, James. – Pünd się­gnął po kopertę i roze­rwał ją. – Spo­dzie­wa­łem się tej wia­do­mo­ści – dorzu­cił.

– Nowa sprawa?

– Pewna dama potrze­buje mojej pomocy.

Wydo­był z koperty kartkę. List był napi­sany odręcz­nie, zie­lo­nym atra­men­tem. Litery zdobne w zawi­jasy tło­czyły się i zle­wały z sobą, jakby wal­czyły o miej­sce w liniach.

Château Bel­mar

nie­dziela, 28 maja

Mój drogi panie Pünd,

Byłam tak zasko­czona naszym spo­tka­niem przy Har­ley Street, że nawet nie wypy­ta­łam Pana o zdro­wie jak należy. Mam szczerą nadzieję, że jest Pan w lep­szym sta­nie niż ja. Być może pamięta Pan moje pro­blemy z ser­cem; doku­czały mi już przed laty, gdy się pozna­li­śmy. Nie­stety wszystko wska­zuje na to, że to dia­bel­stwo zamie­rza osta­tecz­nie odmó­wić współ­pracy. Powie­dzia­ła­bym, że żyję już w poży­czo­nym cza­sie.

Mogę jedy­nie mieć nadzieję, że czuje się Pan na tyle dobrze, by cho­ciaż roz­wa­żyć to, o co pro­szę… cóż, z całego serca. Potrze­buję Pań­skiej pomocy. Liczę, że prze­czyta Pan niniej­szy list, zanim będzie za późno.

Nie miał Pan oka­zji poznać mego pierw­szego męża. Po jego śmierci – w ostat­nich dniach wojny – sądzi­łam, że już ni­gdy nie odnajdę szczę­ścia. I wła­śnie wtedy pozna­łam Elmera Way­smi­tha; to z nim zaczę­łam wszystko od nowa. Jeste­śmy mał­żeń­stwem od sze­ściu lat i wyznam, że zna­la­złam w nim naj­lep­szego przy­ja­ciela i powier­nika. Ufam mu bez­gra­nicz­nie.

Dzień przed wyjaz­dem do Lon­dynu, gdy sie­dzia­łam na bal­ko­nie, podzi­wia­jąc prze­piękną pano­ramę Morza Śród­ziem­nego, usły­sza­łam przy­pad­kiem słowa, które wstrzą­snęły mną do głębi. Szcze­rze mówiąc, wciąż jesz­cze trudno mi w nie uwie­rzyć. Zasta­na­wia­łam się, czy nie powin­nam powia­do­mić poli­cji, ale za bar­dzo się bałam. I wtedy, wbrew rachun­kowi praw­do­po­do­bień­stwa, wpa­dłam na Pana.

Jeśli zechce Pan przy­je­chać i na jakiś czas zatrzy­mać się u mnie, w Château Bel­mar (to prze­piękny dom; mamy też wybit­nego kucha­rza), oczy­wi­ście wszystko wyja­śnię. Muszę dotrzeć do prawdy, panie Pünd, a nie znam nikogo innego, kto mógłby mi w tym pomóc.

Szcze­rze oddana

Mar­ga­ret Chal­font

Pünd prze­czy­tał list i podał go Fra­se­rowi, który prze­biegł wzro­kiem tekst.

– Wydaje się zde­spe­ro­wana – zauwa­żył asy­stent. – Poje­dzie pan?

Detek­tyw znowu ujął pismo w dłoń i przez długą chwilę wpa­try­wał się w zie­lone słowa. Nie czy­tał ponow­nie – zapa­mię­tał wszystko za pierw­szym razem, nawet poło­że­nie kro­pek i prze­cin­ków oraz nie­rów­no­ści linii, wzdłuż któ­rej zło­żono kartkę. Muszę dotrzeć do prawdy, panie Pünd. Te słowa zanie­po­ko­iły go naj­moc­niej. Spę­dził więk­szość życia na poszu­ki­wa­niu prawdy i jeśli cze­goś się przez te lata dowie­dział, to wła­śnie tego.

Że prawda bywa nie­bez­pieczna.

Wyj­rzał przez okno. Tego dnia deszcz naresz­cie ustał, lecz niebo wciąż było szare, a chmury kłę­biły się zło­wróżb­nie. Spę­dził tyle godzin w tym samym gabi­ne­cie, w tym samym fotelu! Tak, robił zna­czące postępy w pisa­niu książki, zara­zem jed­nak zaczy­nał się czuć jak wię­zień… zarówno cho­roby, jak i wła­snej pracy. Dok­tor Ben­son suge­ro­wał, że zmiana oto­cze­nia, zwłasz­cza na bar­dziej sło­neczne, może mu wyjść na zdro­wie. Pünd ni­gdy nie wie­rzył w zbiegi oko­licz­no­ści, ale musiał przy­znać w duchu, że list przy­szedł w ide­al­nym momen­cie.

– A jakie jest twoje zda­nie, James? – spy­tał.

– Strasz­nie chciał­bym wie­dzieć, co takiego pod­słu­chała – odparł Fra­ser. – Sprawa zapo­wiada się fascy­nu­jąco i naprawdę szkoda, że posta­no­wił pan zakoń­czyć karierę. Mam odpi­sać, że jest pan zbyt zajęty, by zde­cy­do­wać się na taką wyprawę?

Pünd zasta­na­wiał się przez chwilę nad odpo­wie­dzią, mając w pamięci słowa dok­tora Ben­sona. Wresz­cie pod­jął decy­zję.

– Prze­ciw­nie, James. Wyślij jej tele­gram z infor­ma­cją, że sta­wimy się poju­trze.

– Czy to zna­czy, że bie­rze pan tę sprawę?

– Odro­bina słońca na pewno mi nie zaszko­dzi, a przy­jaźń z lady Chal­font zobo­wią­zuje. Jak mógł­bym odmó­wić?

– To doprawdy wspa­niale! – Pünd nie mógł uwie­rzyć, jak szybko jego asy­stent dosłow­nie się roz­pro­mie­nił. – Ostatni raz byłem na połu­dniu Fran­cji jako dzie­ciak, gdy rodzice wysłali mnie tam w ramach wymiany uczniów. Spę­dzi­łem sześć tygo­dni u rodziny w Pro­wan­sji. U Dupon­tów. Bar­dzo mili ludzie, tylko wiecz­nie krzy­czeli. Obiady nie­po­ko­jąco przy­po­mi­nały szturm Basty­lii.

– A jak twój fran­cu­ski?

– Dawno nie­uży­wany, ale pew­nie szybko wrócę do formy. Mam kupić bilety na samo­lot?

– Nie czuję się wystar­cza­jąco dobrze, żeby latać, James. Zde­cy­do­wa­nie wolę pociąg. Zamów dwa prze­działy sypialne pierw­szej klasy w Le Train Bleu do Nicei. Możesz też poin­for­mo­wać lady Chal­font, że zatrzy­mamy się w Grand-Hôtelu.

– Pro­po­no­wała noc­leg w swoim château – przy­po­mniał Fra­ser.

– To bar­dzo miłe z jej strony, ale będę się czuł znacz­nie swo­bod­niej na wła­snym tere­nie. Potrze­buję pry­wat­no­ści, zacisz­nego miej­sca odpo­czynku. O ile mi wia­domo, mają tam prze­piękne ogrody oraz basen, który z pew­no­ścią ci się spodoba.

– Tak jest. Lecę do tele­fonu, żeby zare­zer­wo­wać dwa pokoje. – Fra­ser zerwał się na równe nogi, lecz nim znik­nął za drzwiami, obró­cił się jesz­cze na pię­cie. – To natu­ral­nie nie moja sprawa, panie Pünd, ale strasz­nie się cie­szę, że posta­no­wił pan wziąć tę sprawę. W ostat­nich tygo­dniach nie był pan sobą, więc choć oczy­wi­ście wiem, jak ważna jest ta książka i tak dalej, to myślę, że będzie pan znacz­nie szczę­śliw­szy na tro­pie zbrodni. W tym jest pan naj­lep­szy!

To rze­kł­szy, Fra­ser zamknął za sobą drzwi nie­wiel­kiego przy­le­głego pokoju, w któ­rym pra­co­wał. Atti­cus Pünd nie ruszył się z miej­sca, ale zapo­mniaw­szy już o książce, wpa­try­wał się w list leżący na biurku. Czy pod­jął słuszną decy­zję? Nie miał wąt­pli­wo­ści, że tak. Myśl o tym, co go czeka, coś w nim roz­bu­dziła. Po raz pierw­szy od bar­dzo dawna czuł, że naprawdę żyje. A w samym liście wyczuł coś nie­po­ko­ją­cego – bar­dziej nie­po­ko­ją­cego niż same słowa. Był pewny, że lady Chal­font jest w nie­bez­pie­czeń­stwie. Musiał ruszyć na pomoc tak szybko, jak to moż­liwe, natych­miast pole­cić Fra­serowi, żeby się pako­wał…

Oba­wiał się tylko, czy nie przy­bę­dzie za późno.

TRZY

Nad połu­dniem Fran­cji wsta­wał kolejny ide­alny dzień – ale czy na Lazu­ro­wym Wybrzeżu w ogóle bywało ina­czej? Ciem­ność umy­kała w popło­chu, a spo­kojna tafla morza poły­ski­wała zło­ci­ście. Zda­wało się, że palmy i drzewka oliwne prze­cią­gają pnie i konary, zbu­dzone ze spo­koj­nego snu. Pierw­sze łodzie rybac­kie wła­śnie wpły­wały do portu, a mewy wisiały nad nimi pełne nadziei, że nocny połów był dosta­tecz­nie obfity.

Château Bel­mar wznie­siono na cyplu wbi­tym w wody zatoki Vil­le­fran­che; był niczym miej­sce w pierw­szym rzę­dzie tego nad­zwy­czaj­nego teatru natury. Sama budowla także była impo­nu­jąca. Sty­lem nawią­zy­wała do belle époque – liczyły się geo­me­tria i ele­gan­cja. Ele­wa­cję pokryto ciem­no­żółtą farbą, którą doce­nia się praw­dzi­wie jedy­nie w tro­pi­kach. Okien­nice i por­tyki były białe, a tera­ko­towy dach okry­wał dwa skrzy­dła przy­le­ga­jące do głów­nego budynku rezy­den­cji. Dokoła, na dzie­wię­ciu akrach, roz­cią­gały się ogrody zapro­jek­to­wane przez wiel­kiego Achille’a Duchêne’a, w taki spo­sób, by z okna każ­dej sypialni można było podzi­wiać co naj­mniej jedną atrak­cję: fon­tannę, sta­tuę, altanę, basen albo ule.