Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Wyjątkowo inteligentna i wciągająca powieść, w której różnica między fikcją a rzeczywistością jest też różnicą między życiem a śmiercią.
Kryminał, który może cię zabić.
Susan Ryeland redagowała już dwie powieści o słynnym detektywie Atticusie Pündzie i za każdym razem omal nie zginęła. Daje się jednak namówić na opracowanie trzeciej. Kolejny tom serii tworzy Eliot Crace, wnuk Miriam Crace, zmarłej przed dwudziestu laty najpoczytniejszej autorki książek dla dzieci. Eliot wierzy, że babka została otruta. Gdy zdradza Susan, że tożsamość jej zabójcy ukrył w powstającej powieści, redaktorka już wie, że znów wpadła w tarapaty. Pracując nad tekstem kryminału Pünd: ostatnia sprawa, którego akcja toczy się w egzotycznej scenerii południowej Francji, odkrywa, że… sama stała się celem. Wygląda na to, że komuś w rodzinie Eliota bardzo zależy na tym, by powieść nie została ukończona. I że jest gotów zrobić wszystko, by dopiąć swego...
Anthony Horowitz jest bez wątpienia najwybitniejszym z naszych autorów kryminałów. -„Sunday Times”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 653
Tego autora nakładem Domu Wydawniczego REBIS ukazały się również:
Dom Jedwabny
Moriarty
Cyngiel śmierci
Pogrzeb na zamówienie
Morderstwa w Somerset
Morderstwa w Suffolk
Morderstwa w Marble Hall to samodzielna powieść, lecz jednocześnie trzecia część serii rozpoczętej Morderstwami w Somerset. Należy więc uprzedzić Czytelnika, że w niniejszej książce ujawnione zostaje rozwiązanie zagadki z pierwszego tomu.
Leandrowi i Cosimie.
Mam nadzieję, że pewnego dnia przeczytacie.
Czy naprawdę istnieje coś takiego jak szczęśliwe zakończenie?
Gdy myślę o książkach, które kochałam przez całe życie, jestem świadoma, że spełnienie zawsze dawał mi ostatni rozdział; to on przynosił poczucie, że warto było poznać tę opowieść. Wciąż pamiętam, jaką ulgę czułam jako bardzo młoda dziewczyna, gdy Czarny Książę odnajdował spokój i bezpieczeństwo w Birtwick Park albo gdy Mary i Colin bawili się razem w swym idealnym, tajemniczym ogrodzie. Nieco później gorączkowo przewracałam kartki, gdy Emma w końcu sobie uświadamiała, że kocha pana Knightleya, albo gdy Jane Eyre rodziła pierwszego syna panu Rochesterowi.
Czy żyli potem długo i szczęśliwie? Ależ tak! Jak w ogóle można podejrzewać, że było inaczej? Właśnie ta pewność karmiła moją miłość do literatury i dlatego nawet nie przyszło mi do głowy, że Mary i Colin mogliby dorosnąć i rozstać się w gniewie albo że Czarny Książę mógł trafić do rzeźni i podzielić los Boksera z Folwarku zwierzęcego, kolejnej powieści, którą pochłonęłam jako nastolatka. Ile czasu potrzebowałaby Emma, by wrócić do dawnego życia? I kiedy pan Rochester znienawidziłby los inwalidy pod opieką Jane?
Największą zaletą prozy jest to, że bez względu na trudy przeprawy jej finał zawsze jest nieunikniony. Nawet gdy umiera główny bohater – pomyślmy choćby o ofierze Sydneya Cartona w Opowieści o dwóch miastach albo o smutnym końcu Michaela Hencharda z Burmistrza Casterbridge – to nietrudno zauważyć, że inne rozwiązanie nie istniało, i w tym trzeba znaleźć pocieszenie. „Nie ma wyboru – tak musi być”, pisze Hardy.
Prawdziwe życie, ze swymi niuansami i meandrami, nie jest, rzecz jasna, tym samym co literatura piękna, a już zwłaszcza życie w dwudziestym pierwszym wieku. Źli prosperują, dobrzy idą z torbami. Wystarczy poczytać gazety albo media społecznościowe, by z łatwością uwierzyć, że nie ma na tym świecie sprawiedliwości i tak naprawdę nikt nie jest szczęśliwy.
Wierzyłam, że zostanę z Andreasem na zawsze. Kochałam go i choć zdarzały się chwile, w których mieliśmy ochotę nawzajem się udusić, to naprawdę zdawało mi się, że w końcu odnalazłam się na Krecie, pośród gajów oliwnych, brzęku kozich dzwonków, rozkoszując się idealnymi zachodami słońca i kolacjami w gronie przyjaciół przy długich stołach w cieniu bugenwilli. To było moje prywatne szczęśliwe zakończenie – a może raczej byłoby, gdyby moje życie było powieścią.
Kreta jednak nigdy nie stała się moim zakątkiem na ziemi. Mogłam tam spędzić tydzień, miesiąc, nawet rok… ale całe życie? Patrzyłam na bardzo sędziwe panie siedzące przed domami, odziane od stóp do głów w czerń, i zastanawiałam się: czy właśnie taka się stanę? Środowy targ, zbiory oliwek pod koniec października, imieniny wśród ciast i ciasteczek, śluby i chrzciny z niezmiennym zestawem sztucznych ogni? Nie, to nie byłam ja. Chwilami wręcz nie znosiłam piękna krajobrazu, który mnie uwięził, i zachodziłam w głowę, ile to życia omija mnie z daleka tu, za górami. Każdego ranka pływałam w olśniewająco błękitnej wodzie i wracałam na brzeg w mglistym przekonaniu, że nie odpłynęłam dostatecznie daleko.
Wbrew przeciwnościom losu hotel Polydorus, który Andreas kupił, a ja pomagałam prowadzić, radził sobie znakomicie. Mieliśmy rezerwacje na cały sezon, taras od strony morza dniem i nocą był pełen gości, Andreas rozważał nawet, czy nie kupić kolejnej nieruchomości po drugiej stronie Agios Nikolaos, w pobliżu plaży Ammoudi. To sprawiło, że na horyzoncie pojawił się znowu jego kuzyn i wspólnik Yannis; od tej pory stali się niemal nierozłączni… a ja czułam, że pomału odjeżdżam na boczny tor. Jako wolny strzelec zaczęłam znowu redagować – dla nowego wydawnictwa, Causton Books – i właśnie kończyłam pracę nad trzecim z serii bardzo dobrych skandynawskich kryminałów w stylu noir. Czy to, że siedziałam z komputerem na balkonie mojej sypialni, wysyłałam notatki e-mailem i spotykałam się z ludźmi przez Zoom, w ogóle miało sens? Co ja właściwie wyprawiałam? Moja głowa była w Londynie, a serce już nie należało do Krety.
Rany. Brzmi to wszystko jak symfonia jęków, a przecież wcale nie o to mi chodziło. Po prostu próbuję wyjaśnić, dlaczego w końcu uznałam, że już dość i pora wrócić do domu. Andreas zawiózł mnie na lotnisko Heraklion, lecz mimo że w hali odlotów przytuliliśmy się czule, oboje wiedzieliśmy, że to ostatni raz, że podjęłam słuszną decyzję i że – choć na zawsze pozostaniemy przyjaciółmi – nie jesteśmy już zakochani. Przynajmniej nie w sobie nawzajem. Gdy samolot wspinał się na wysokość dziewięciu tysięcy metrów, myślałam o wszystkich tych cudownych chwilach, które spędziliśmy razem. Bolało, gdy zostawiałam te wspomnienia za sobą, porwane pędem powietrza, ale wiedziałam, że tak trzeba. Miałam pięćdziesiąt pięć lat i zaczynałam nowe życie.
Wróciłam na Crouch End w północnej części Londynu. Właśnie tam mieszkałam, gdy poznałam Andreasa, i czułam się tam komfortowo. Znałam w okolicy mnóstwo ludzi, a i dojazd do Suffolk był dogodny, gdy miałam ochotę zobaczyć się z moją siostrą, Katie. Dawne mieszkanie sprzedałam, żeby kupić hotel, ale wcale nie wyszłam na tym źle. Andreas spłacił moje udziały z nawiązką, gdy więc dorzuciłam oszczędności i przekonałam bank, że może mi udzielić kredytu hipotecznego, który prawie będę w stanie spłacać, miałam dość pieniędzy, żeby kupić nowe mieszkanie, ledwie o kilka ulic od moich starych śmieci. Była to jednopoziomowa suterena z dwiema sypialniami (z których jedna miała mi posłużyć jako gabinet), przyzwoitej wielkości kuchnią połączoną z salonem oraz niedużą łazienką, wciśniętą pod schody wiodące do dwóch mieszkań powyżej. Prawdziwą perełką był ogródek za podwójnymi drzwiami balkonowymi, z odrobiną bruku, murem porośniętym bluszczem oraz dostateczną ilością zieleni, by stworzyć iluzję, że to uroczy zakątek na wsi. Od ulicy dzieliły go dość koślawe drzwi – oto miałam swój tajemniczy ogród. Była w nim nawet mętna sadzawka z dwiema złotymi rybkami, którym nadałam imiona: Hero i Leander.
Kolejne trzy miesiące minęły w ekspresowym tempie. Przyjechałam akurat w sezonie wiosennych wyprzedaży i wpadłam w szał zakupów: wybrałam meble, akcesoria i wszystko, czego potrzebowałam w kuchni: garnki, patelnie, kieliszki, a nawet nowy zlew. Znalazłam też miejscowych budowlańców, którym zleciłam renowację łazienki i malowanie niektórych pokojów. Dla siebie zaś kupiłam całkiem nowe ubrania, gdyż te, które nosiłam na Krecie, w Londynie były kompletnie bezużyteczne. Zaraz potem wydałam pieniądze na niepotrzebnie zabytkową szafę, żeby to wszystko gdzieś pomieścić. Wojowałam z hydraulikami i elektrykami, a potem spędziłam godziny z telefonem w ręku, czekając na rozmowy z dostawcami Internetu i agentami ubezpieczeniowymi. Najlepsze z tego wszystkiego było zaś to, że ocaliłam mojego starego MGB Roadstera, którego nie zdążyłam sprzedać, wyjeżdżając z kraju – być może w głębi duszy wiedziałam, że pewnego dnia będzie mi jeszcze potrzebny. Dopiero gdy wyprowadziłam go z absurdalnie drogiego garażu w King’s Cross i beztrosko wyprzedzałam wóz policyjny na Highgate Hill, dotarło do mnie, jak rozsądnie postąpiłam, zatrzymując sobie ten samochód, i jak bardzo stał się częścią mojego życia.
Odwiedziłam starych znajomych i poszłam na kilka książkowych premier, by obwieścić światu, że wróciłam na dobre. Pojechałam też do Suffolk i zatrzymałam się u Katie, która – od niedawna rozwiedziona – podobnie jak ja mieszkała teraz w nowym domu. Spotykała się z kimś z centrum ogrodniczego, w którym pracowała, a ja jeszcze nigdy nie widziałam jej szczęśliwszej i bardziej pewnej siebie. To ona przekonała mnie, żebym adoptowała kota, którego wcale nie chciałam; zgodziłam się na to dopiero wtedy, gdy w schronisku obiecali, że nie zeżre mi złotych rybek. Zabrałam się wreszcie do czytania Jamesa Joyce’a, a było to wyzwanie, z którym próbowałam się zmierzyć od zakończenia studiów. Dokończyłam też redagowanie tekstu, nad którym pracowałam, kilkoma drobnymi zmianami dopieszczając kolejny perfekcyjny triumf Politisjefinspectør Heidi Gundersen z norweskiej policji.
Obudziłam się w czerwcowy poranek w mieszkaniu zalanym słońcem. Hugo – mój kot – obserwował mnie z niedużego fotela, który zaanektował na swoje stałe lokum. Przeczytałam dwadzieścia stron Dublińczyków, przejrzałam gazetę na iPadzie, a potem wzięłam prysznic i zjadłam śniadanie. Właśnie w takich chwilach najbardziej brakowało mi Andreasa. Może to dziwne, ale samotne wstawanie z łóżka zawsze przygnębiało mnie bardziej, niż to, że kładłam się sama. Nastawiłam czajnik i właśnie sięgałam po kawę, gdy odezwała się moja komórka.
Dzwonił Michael Flynn, naczelny z Causton Books, a więc w praktyce mój szef. Znałam go jedynie z Zooma, ale to wystarczyło, bym od razu wyobraziła sobie jego krągłą twarz, przerzedzone już włosy oraz okulary wiszące na sznurku, bo, jak mi powiedział, wiecznie gdzieś je gubił. Zwykle nosił marynarkę i krawat, ale równie dobrze mógł być nagi od pasa w dół, bo tylko górną połowę jego ciała widywałam, gdy spotykaliśmy się online. Nie wiedziałam nawet, czy w ogóle ma nogi.
– Jak leci? – zapytał.
Już wcześniej mówiłam mu, że wróciłam do Londynu, ale od tamtej pory rozmawialiśmy tylko parę razy.
– Świetnie, dziękuję – odpowiedziałam.
– A jak tam nowy dom?
– To tylko mieszkanie. Ale jestem bardzo szczęśliwa. Pasuje mi pod każdym względem.
– Miło mi to słyszeć. Posłuchaj, wiem, że działam z zaskoczenia, ale czy nie mogłabyś dzisiaj do mnie wpaść?
– Dostałeś tę nową książkę o Gundersen, którą ci wysłałam?
– Dostałem, wszystko gra, ale mamy coś nowego i muszę przyznać, że byłabyś idealna do tej roboty.
– Wyślesz mi tekst?
Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.
– To nie takie proste. Myślę, że powinniśmy porozmawiać. Wpadnij koło południa, to zjemy razem lunch.
– Zaintrygowałeś mnie, Michael. W takim razie będę o dwunastej. Naprawdę nie powiesz mi, o co chodzi?
Kolejna pauza.
– O Atticusa Pünda – odpowiedział i rozłączył się.
Redakcja Causton Books mieściła się na skraju Victorii, okolicy nieszczególnie kojarzonej z literaturą piękną. Zajmowała przyziemie i cztery piętra nowoczesnego biurowca z wejściem jak do terminalu lotniska, bufetem na parterze oraz windami, do których trzeba było mieć elektroniczny identyfikator. Maszerując przez hol pełen ekranów telewizyjnych, na których migały raz po raz okładki książek – choć żadnej prawdziwej książki nie było w zasięgu wzroku – pomyślałam o tym, jak długą karierę mam już za sobą. Dawno minęły dni niezależnego domu wydawniczego upchniętego gdzieś w starej wozowni, za solidnymi drewnianymi drzwiami i oknami wykuszowymi. Spędziłam w Cloverleaf jedenaście lat i przyzwyczaiłam się do wąskich korytarzy, marnego oświetlenia i pokojów, które chyba specjalnie urządzono tak, by jak najtrudniej było znaleźć tych, którzy naprawdę coś znaczyli w wydawnictwie. Z drugiej jednak strony, gdy leżałam półprzytomna, a płomienie ochoczo pożerały wszystko wokół mnie, przyszło mi na myśl, że te boazerie na ścianach, zakurzone dywany i zasłony, które w sumie nadawały temu miejscu charakter, całkiem dosłownie nie dadzą mi żyć, więc jeśli jakimś cudem przetrwam, trzeba będzie pomyśleć o zmianach. Otwarte przestrzenie z równymi rzędami biurek oddzielonych szklanymi przepierzeniami, jednakowe meble i oświetlenie przyjazne pracownikom być może nie miały w sobie wiele z ducha T.S. Eliota czy W. Somerseta Maughama, ale przynajmniej nikogo nie próbowały zabić.
Tak czy inaczej, to nie architektura i nie wyposażenie biur odróżnia jednego wydawcę od drugiego. To ludzie. Gdy krótko przed południem wchodziłam do siedziby Causton Books, właśnie Jeanette – recepcjonistka, której nigdy wcześniej nie spotkałam, ale która wiedziała, że przyjdę, i powitała mnie jak starą przyjaciółkę – sprawiła, że poczułam się jak w domu. Wręczyła mi obowiązkową smycz, otworzyła prawie lotniskową bramkę bezpieczeństwa, a nawet pomogła zaprogramować windę tak, by zabrała mnie prosto do celu.
Michael Flynn czekał na mnie na czwartym piętrze. Był bez krawata, ale na szczęście miał i nogi, i spodnie. Spotykaliśmy się po raz pierwszy, lecz przecież nie byliśmy sobie obcy, dlatego nie wahaliśmy się długo i zamiast podać sobie ręce, zdecydowaliśmy się na bardziej nowoczesny przyjazny uścisk. Dopełniwszy powitalnego rytuału, Michael poprowadził mnie korytarzem między regałami pełnymi książek z jednej strony a tłumkiem ludzi w dżinsach i T-shirtach z drugiej. Wszyscy garbili się przed monitorami, z małymi białymi słuchawkami wetkniętymi w uszy; wszyscy też byli co najmniej o dwadzieścia lat młodsi ode mnie.
W sali konferencyjnej, którą dla nas wybrał, zasiedliśmy po przeciwnych stronach stołu, o wiele za dużego dla dwojga ludzi i otoczonego wolnymi krzesłami. Od razu zauważyłam, że oprócz termosu z kawą, mleka i herbatników czeka na mnie maszynopis. Spoczywał na nim, zapewne nieprzypadkowo, notatnik. To właśnie był powód naszego spotkania.
– Bardzo się cieszę, że przyszłaś, Susan – zagaił Michael. – Napijesz się kawy?
– Tak, dziękuję.
Możliwe, że kawa czekała tu na mnie od godziny, ale wciąż była gorąca. Prawdziwy Michael Flynn podobał mi się bardziej niż jego ekranowy wizerunek. Na żywo wydał mi się silniejszy; pewnie nie bez powodu zajmował prominentne stanowisko w firmie zatrudniającej ponad setkę ludzi. O dziwo, był jednocześnie jakby cichszy i bardziej ludzki niż podczas naszych poprzednich rozmów. To właśnie jest najgorsze w Zoomie: dostarcza obraz i dźwięk, ale wysysa praktycznie wszystko inne.
– I jak ci się żyje znowu w Londynie? – zapytał. W jego wymowie była elegancja spikerów BBC z czasów drugiej wojny światowej.
– Dziwnie.
– Ale wróciłaś na stałe?
– Tak sądzę.
– To dobra wiadomość, bo siedząc na Krecie, wykonywałaś dla nas świetną robotę, ale wydaje mi się, że mając cię pod ręką, będziemy mogli zaoferować jeszcze ciekawszy materiał.
– Czy to oznacza, że zostanę przyjęta na etat? – spytałam. Jako wolnemu strzelcowi płacili mi od godziny, a może raczej od słowa, i nie mogłam korzystać z żadnych benefitów czy pracowniczego ubezpieczenia.
Michael lekko zmrużył oczy, a ja pomyślałam, że niechcący zdenerwowałam go pytaniem prosto z mostu.
– Obawiam się, że w tej chwili nie ma takiej możliwości – odpowiedział. – Ale, jak już mówiłem przez telefon, mamy dla ciebie nowy projekt. Jeśli sobie poradzisz, będziemy otwarci na negocjacje.
– Atticus Pünd – mruknęłam.
– Właśnie. – Dał mi jasno do zrozumienia, kto tu rządzi i w jaki sposób wyobraża sobie nasze relacje. – Jak wiesz, wydawnictwo Orion Books wznowiło dziewięć powieści Alana Conwaya. Sprzedały się zaskakująco dobrze, jeśli wziąć pod uwagę to, o czym już wszyscy wiedzą: że Alan nie szanował ani bohatera, którego stworzył, ani własnych czytelników.
– Łagodnie to ująłeś.
– No… fakt. – Michael spojrzał na mnie współczująco i dodał: – Wiem, że współpraca z tym człowiekiem nie była dla ciebie szczególnie przyjemna…
– Współpraca z nim w ogóle nie była przyjemna, ale i tak cieszę się, że książki odniosły sukces.
Zadziwiające, że przypadkowe spotkanie przed trzydziestu laty zaowocowało czymś, co wedle dowolnych norm można nazwać wyłącznie w jeden sposób: wydawniczym fenomenem. Alan zaczął dorosłe życie jako nauczyciel angielskiego w prywatnej szkole, w której uczyli się mój siostrzeniec i moja siostrzenica. Już wtedy był wybitnie niepopularny i powinnam była uznać to za sygnał ostrzegawczy. Dziesięciolatki z reguły szybko wyczuwają, skąd wieje wiatr. Czasem myślę, że Katie przedstawiła mi Conwaya w nadziei, iż przekonam go do odejścia ze szkoły.
I tak właśnie się stało. Przeczytałam rękopis i choć wymagał poprawek, powieść Tropiciel Atticus Pünd z miejsca stała się bestsellerem oraz zalążkiem serii, którą udało się sprzedać na całym świecie w trzydziestu przekładach i osiemnastu milionach egzemplarzy, dzięki czemu Alan zarobił fortunę. Zgarnął też mnóstwo nagród literackich oraz srebrny medal i honorowe obywatelstwo Heidelbergu. Gdy opuścił Woodbridge School, kupił sobie rezydencję opodal Framlingham i na cześć jednego z opowiadań o Sherlocku Holmesie nazwał ją Abbey Grange, co, jak myślę, wiele mówi o jego naturze. BBC była bliska realizacji ośmioodcinkowego serialu zatytułowanego „Przygody Atticusa”, ponoć z Madsem Mikkelsenem w roli głównej. Wszystkie plany jednak wzięły w łeb, gdy pisarz odszedł z tego świata, zepchnięty z wieży swej luksusowej rezydencji.
Alan nigdy mnie nie zaprosił do Abbey Grange i w ogóle jakoś nie mogliśmy się dogadać. Spotykałam już autorów, którzy nie ufali swym redaktorom, ale tylko on był tak uporczywie wrogi. Każda moja sugestia, każde cięcie w tekście, nawet każde pytanie – wszystko nieodmiennie prowadziło do kłótni i potrzebowałam sporo czasu, by zrozumieć, że to nie mnie darzy taką antypatią. Nie znosił książek, które – jak uważał – był zmuszony pisać. Mówiąc wprost, chciał być Salmanem Rushdiem, a nie Agathą Christie, lecz to było po prostu niemożliwe. Utknął na dobre z tym, kim naprawdę był.
– Tak czy inaczej, wyprzedziliśmy Oriona o krok – rzekł Michael. – Ktoś od nas wpadł na genialny pomysł, żeby zamówić nową powieść o Atticusie Pündzie.
– Już bez Alana – dopowiedziałam.
– Otóż to. Po prostu kontynuację. W przypadku Jamesa Bonda i Sebastiana Faulksa plan sprawdził się wybornie – dodał prędko, nim zdążyłam mu przerwać. – Z pewnością wiesz, że Piekło poczeka było najszybciej sprzedającą się powieścią od czasów Harry’ego Pottera… Przynajmniej do pojawienia się Richarda Osmana. Ale mamy też nowe przygody Herkulesa Poirota, Sherlocka Holmesa, Jeevesa i Woostera, są kontynuacje Autostopem przez Galaktykę… – Uśmiechnął się. – Prosta prawda jest taka, że nikogo nie obchodzi Alan Conway, Atticus Pünd i bez niego świetnie sobie poradzi.
Możliwe, że zabrzmiało to dość cynicznie, ale miał rację. To dziwne, ale niektóre postacie rzeczywiście przerastają autorów, którzy je stworzyli. W literaturze popularnej jest ich dzikie mnóstwo. Między innymi dlatego Conan Doyle cisnął Sherlocka Holmesa w odmęty wodospadu Reichenbach: czuł, że popularny bohater maskuje przed światem jego prawdziwy talent. Zarówno A.A. Milne, jak i jego syn, Christopher Robin, z czasem znienawidzili Kubusia Puchatka, Piotruś Pan zaś zostawił po sobie wręcz kolekcję trupów. Co łączy Mary Poppins, Tarzana, Czarnoksiężnika z Krainy Oz oraz Draculę? Otóż to, że zna te postacie pół świata, ale pewnie mało kto potrafi podać nazwiska autorów, którzy je stworzyli.
– Pół roku temu nawiązaliśmy kontakt z Jamesem Taylorem – powiedział Michael. – Zdaje się, że go znasz. Mieszkał z Alanem i odziedziczył po nim dom, pieniądze oraz spuściznę literacką. Złożyliśmy mu ofertę za prawo do wydania trzech nowych powieści. Zdumiewające, że w Orionie na to nie wpadli. Tak czy inaczej, przekonaliśmy Jamesa, że i tak zrobimy to lepiej niż oni. Widziałaś może nowe okładki, które przygotowali dla wznowień? Ponure i nudne, moim zdaniem. Choć oczywiście James ma w nosie takie drobiazgi, jak styl czy wizerunek. Interesują go tylko konkrety. Nasza oferta była bardzo szczodra, a w dodatku zaproponowaliśmy mu rolę konsultanta. Cieszył się jak dziecko.
W ogóle mnie to nie zdziwiło. Znałam Jamesa całkiem dobrze – spotkałam go, gdy wybrałam się do Suffolk w poszukiwaniu ostatniego rozdziału Morderstw w Somerset, a potem raz jeszcze, gdy powróciłam do Anglii tropem morderstwa sprzed ośmiu lat – wskazówka do rozwiązania zagadki ukryta była w trzeciej części cyklu zatytułowanej Atticus Pünd przejmuje sprawę. Jako dwudziestoparolatek James oferował w Londynie usługi „mężczyzny do towarzystwa” i w takim charakterze przedstawiono go Alanowi, który w owym czasie był żonaty i starannie ukrywał swoje skłonności. Prawdę mówiąc, James bardzo mu pomógł dojść do ładu z własną seksualnością; niewykluczone, że wydobył z jego osoby to, co najlepsze. Nagroda za to była nader sowita. Zamieszkał z Alanem w Abbey Grange i – jak właśnie wspomniał Michael – odziedziczył po nim cały majątek. James był bezczelny, nachalny, niewierny, samolubny i lubieżny, ale jakimś cudem i tak go lubiłam. Gdy widzieliśmy się po raz ostatni, zjedliśmy razem lunch w Le Caprice. Nie tylko zapłacił wtedy rachunek, ale i dostarczył mi cennych wskazówek potrzebnych do rozwiązania zagadki morderstwa Franka Parrisa i zniknięcia Cecily Treherne. Ucieszyłam się na myśl o ponownym spotkaniu.
– W każdym razie Alan Conway nie jest nam do niczego potrzebny – podsumował Michael.
– Bardzo możliwe – zgodziłam się. – Zresztą ja i tak nie mogłabym już z nim pracować. Inna sprawa, że niełatwo wskoczyć w jego buty. Wymyślał świetne fabuły. Miał dobre ucho do dialogów i lubiłam jego bohaterów. Z trudem przechodzą mi przez gardło te słowa, ale on był naprawdę świetnym pisarzem… Przynajmniej wtedy, gdy nie próbował stworzyć kolejnej pozycji w serii nowoczesnych klasyków Penguina. – Zerknęłam na maszynopis. Tytuł i nazwisko autora wciąż były niewidoczne. – Rozumiem, że to ta nowa powieść? – dorzuciłam.
– Pierwsze trzydzieści tysięcy słów. W bardzo roboczej wersji.
– Wydrukowałeś specjalnie dla mnie.
Był to nasz stały gag. Pewnie jestem staroświecka, ale Michael wiedział, że wolę pracować na papierze. W dzisiejszych czasach bodaj wszystko dzieje się na ekranie komputera, lecz ja zawsze czułam, że rękopis czy maszynopis ma więcej wspólnego z prawdziwą, gotową książką, a zmiany w tekście lubię wprowadzać własnoręcznie. Gdy jeszcze mieszkałam na Krecie, kupiłam sobie tandetną drukarkę i czasem przez pół poranka czekałam na papierową kopię, zanim mogłam zabrać się do pracy.
– Tak – odparł z uśmiechem Michael. – I już czeka na twój czerwony długopis.
– Powiesz mi wreszcie, kto to napisał?
– Naturalnie, chociaż muszę cię prosić, żebyś na razie zachowała tę informację dla siebie. Tak się składa, że znasz autora. – Zawiesił głos dla większego efektu. – To Eliot Crace.
Na krótką chwilę zabrakło mi słów… całych trzydziestu tysięcy. Było to ostatnie nazwisko, które spodziewałam się usłyszeć.
– Pracowałaś z nim w Cloverleaf – przypomniał mi Michael.
– To nie do końca prawda. Widziałam go ze dwa razy, ale nie miałam z nim nic wspólnego. To Charles go polecił i Charles z nim współpracował, nie ja.
– Nie lubiłaś go?
– Gdy spotkałam go po raz pierwszy, był pijany. Za drugim razem… zakrwawiony. Twierdził, że wypadł z autobusu.
– Tak. I ja zadawałem sobie pytanie, czy aby słusznie robimy, korzystając z jego usług, ale ostatecznie podjęliśmy ryzyko. Jednym z twoich zadań będzie utrzymanie go w ryzach. To dla nas ważna książka, i to z wielu powodów, więc nie chcemy żadnych wybryków z jego strony. Miejmy nadzieję, że najgorsze chwile ma już za sobą. Ile miał lat, gdy go poznałaś? Dwadzieścia parę? Teraz jest żonaty. Sama zobaczysz, że się ustatkował.
– A co z jego piórem?
– Ty mi to powiesz, gdy poczytasz – odrzekł Michael, dolewając sobie kawy. – Znasz się na kryminałach znacznie lepiej niż ja. Z tego, co przeczytałem, wnoszę jednak, że Eliot świetnie się spisał. Czuć podobieństwo do oryginału.
– Kiedy toczy się akcja? – Spytałam o to z ważnego powodu. W ostatniej powieści u Atticusa Pünda wykryto guza mózgu. To był jego wodospad Reichenbach. Alan zostawił swemu bohaterowi ledwie kilka miesięcy życia.
– Zaraz po Morderstwach w Somerset.
– Zatem musi się toczyć bardzo wartko.
– I tak jest. Atticus Pünd jest chory. Spotyka znajomą starszą panią, lady Chalfont, która zaprasza go do swego domu na południu Francji…
Znałam to nazwisko. Lady Chalfont pojawiła się już w Ginie i cyjanku, szóstej powieści z serii.
– …i wyznaje, że coś podsłuchała i obawia się o swoje życie. Wkrótce potem naturalnie ginie. Jej rodzina jest dość upiorna, ale to mąż… drugi mąż… wydaje się głównym podejrzanym. Miałem nadzieję, że przeczytasz tyle tekstu, ile już mamy, a następnie pomożesz Eliotowi dokończyć robotę. Chcielibyśmy publikować na początku przyszłego roku.
Wiele jest dziwacznych reguł w wydawniczym światku, a jedna z nich mówi o tym, że terminy zawsze są zbyt krótkie i nigdy nie ma dość czasu, żeby zdążyć ze wszystkim. Dokonałam w pamięci szybkich obliczeń.
– Mało czasu – zauważyłam.
– Eliot długo zabierał się do pisania. – Michael musiał dostrzec moją minę, bo natychmiast dodał: – To nie była jego wina. Zależało mu na świetnej fabule, więc spędził sporo czasu, dopracowując jej strukturę. – Uśmiechnął się po raz drugi, a ja odniosłam wrażenie, że robi to tak, jak włącza się i wyłącza światło. – Gdy tylko usłyszałem, że wracasz do kraju, Susan, pomyślałem, że będzie z was idealny duet. W końcu to ty odkryłaś Alana Conwaya. Świetnie znasz styl jego prozy i rozmaite sztuczki pisarskie, które stosował. Nie twierdzę, że to będzie powieść doskonała, ale pod twoim nadzorem może stać się bestsellerem. Wszyscy kochają Atticusa Pünda, a Eliot jest równie znany… przynajmniej z nazwiska. Naprawdę sądzę, że możemy mieć w rękach rynkowy przebój.
– Dwie książki, które Eliot napisał, współpracując z Cloverleaf, nie sprzedały się zbyt dobrze – zauważyłam.
Zazwyczaj nie pozwalam sobie na tak negatywne nastawienie, ale naprawdę miałam sporo powodów, by trzymać się z daleka od tego projektu. Poza tym mówiłam prawdę – marna sprzedaż była głównym powodem, dla którego trzecia powieść już się nie ukazała.
– Czytałem je – odparł Michael – i podobały mi się. Niewykluczone, że zawiódł marketing.
– Zrobiliśmy, co w naszej mocy. – Irytowała mnie jego krytyka, ale starałam się tego nie okazywać. – No dobrze – dodałam po chwili. – Przeczytam i odezwę się. Gdzie teraz mieszka Eliot?
– W zachodnim Londynie. Notting Hill Gate. Nawiasem mówiąc, bardzo się ucieszył, gdy mu wspomniałem, że spotkam się z tobą. Pamięta cię z Cloverleaf i jest w pełni świadomy tego, ile zrobiłaś dla Alana Conwaya.
– To miłe z jego strony. – Zerknęłam na wydruk. – Poznam wreszcie tytuł? – spytałam.
– Naturalnie.
Michael obrócił plik kartek i zdjął zeń swój notatnik.
Tytuł widniał na pierwszej stronie, czarno na białym.
PÜND: OSTATNIA SPRAWA
Eliot Crace
Dziesiąty tom dziewięcioczęściowej serii.
– To anagramp – powiedziałam.
– Słucham?
To był prywatny żarcik. Nie musiałam wyjaśniać.
Alan Conway nie lubił pisać powieści kryminalnych, więc dla rozrywki prowadził drobne gierki z czytelnikami. Ukrywał je, rzecz jasna – były to jego zagadki w zagadkach. Wzmianka o lady Chalfont przypomniała mi na przykład, bez ważnego powodu, że wszystkie postacie Ginu i cyjanku nosiły nazwiska zapożyczone od stacji londyńskiego metra. Czcigodna dama nazwana została na cześć przystanku Chalfont and Latimer na linii Metropolitan; byli też Adam i Artemis Perivale z towarzyskiej śmietanki, lokaj nazwiskiem Hillingdon oraz detektyw inspektor Stockwell. Pamiętam, że byłam nawet zaskoczona, iż gdzieś w tle nie pojawił się lord Edgware.
Gier słownych było znacznie więcej: akrostychy, anagramy, kryptogramy, szyfry. Sprawiały, że czytelnik wikłał się w dekonstrukcję książki – zamiast skupiać uwagę na fabule i postaciach, zaczynał analizować najdrobniejsze klocki, z których była zbudowana: same litery. Między innymi dlatego jako redaktorka miałam z Alanem tyle problemów. Prosiłam go na przykład, żeby wyciął zbędny szczegół albo zmienił szyk zdania, które nie brzmiało zbyt naturalnie, a on niespodziewanie wybuchał gniewem. Z czasem zrozumiałam, że jego książki są pełne zagadek, których pewnie nie zauważy żaden czytelnik, ale gdy próbowałam przy nich manipulować, psułam autorowi całą zabawę.
Charles Clover, dyrektor Cloverleaf Books oraz redaktor czterech ostatnich powieści Alana, doświadczył tego na własnej skórze, gdy wydawał Morderstwa w Somerset. Jedli razem kolację w restauracji Ivy i Charles użył tytułu Zagadka morderstw w Somerset, wspominając o najnowszej książce. Alan dostał szału. Tytuł brzmi: Morderstwa w Somerset!, wykrzyczał. Nie życzył sobie żadnych „zagadek”. Minęło sporo czasu, zanim się zorientowaliśmy, że tytuły dziewięciu powieści o Atticusie Pündzie nie są przypadkowe – ich pierwsze litery tworzyły akrostych. Tropiciel Atticus Pünd, Oprawcy nie zaznają spokoju, Atticus Pünd przejmuje sprawę, Noc przyzywa i tak dalej. Dziewięć liter tworzyło hasło: TO ANAGRAM.
Nie anagramp.
Dodając dziesiąty tytuł – Pünd: ostatnia sprawa – Eliot Crace zepsuł Alanowi żart.
Wróciłam do Crouch Endu zaraz po spotkaniu z Michaelem Flynnem. Zaprosił mnie na lunch, ale odmówiłam – nie miałam mu nic więcej do powiedzenia i wolałam być sama. Choć zabrałam z sobą maszynopis, nie byłam gotowa zasiąść do czytania. Prawdę mówiąc, choć potrzebowałam pieniędzy, w ogóle nie chciałam brać tego zlecenia.
Przede wszystkim – nie lubię kontynuacji. Odrzuca mnie już sama nazwa. Można pisać powieści historyczne, fantastycznonaukowe, romanse – sama tematyka wiele mówi o zainteresowaniach autora i o tym, co go inspirowało. Ale kto chce tworzyć tylko po to, żeby kontynuować dzieło innego? Gdzie tu sens?
Pamiętam dobrze, jak narodził się ten trend – to od Sebastiana Faulksa zaczęła się ta mania kalkowania. Jego powieść o Bondzie odniosła wielki sukces, lecz zaraz potem niemal każdy wydawca zapragnął połączyć znanego autora z popularną postacią w nadziei na szybki zysk. Pamiętam, że ktoś podrzucił mi pomysł, by Val McDermid napisała ciąg dalszy Doktora Jekylle’a i pana Hyde’a. Nikt jej tego oficjalnie nie zaproponował, ale podejrzewam, że gdyby była zainteresowana, i ja weszłabym w ten projekt, bo bardzo chciałabym z nią popracować. Mimo to w zasadzie moje poglądy pozostały niezmienne. Co zostanie z prozy, jeśli odbierzemy jej oryginalność?
Moje wątpliwości wobec kontynuacji przygód Pünda sięgały jednak znacznie głębiej.
Niemal od dnia, w którym się poznaliśmy, Alan Conway przysparzał mi samych problemów. Dawniej byłam zdania, że po prostu pisze wciągające historie, lecz szybko się okazało, że miały w sobie wiele z niebezpiecznej broni; przepełniał je swoją złą wolą i wystrzeliwał w świat, siejąc zniszczenie.
Weźmy choćby to, jak bardzo lubił wplatać w fabułę swych powieści postacie swych znajomych. Wielu pisarzy postępuje podobnie. Charles Dickens czerpał z życia inspirację dla wielu słynnych postaci, które stworzył, choćby takich jak Bill Sikes, pan Micawber, Fagin czy Scrooge. Alan postępował perfidniej: celowo wypaczał ich charaktery, tworząc karykatury swych najbliższych. Jego siostra stała się zazdrosną starą panną, jego chłopak – idiotą, a jeden z jego uczniów przeistoczył się w ogrodnika-pedofila. Nie dość, że był to paskudny proceder, to jeszcze doprowadził do prawdziwej tragedii: zniknięcia i śmierci Cecily Treherne, która odgadła tożsamość mordercy ukrytą na stronicach powieści Atticus Pünd przejmuje sprawę. Dwa razy przyszło mi zmagać się ze skutkami jego pomysłów i w obu wypadkach omal nie skończyło się to moją śmiercią. Nie miałam specjalnej ochoty kusić losu po raz trzeci.
Nie było przecież tak, że wyszłam z opresji bez szwanku. Straciłam źródło dochodu, gdy poszło z dymem wydawnictwo, w którym pracowałam – i sama omal wtedy nie zginęłam. Mój wzrok doznał trwałych uszkodzeń; od tamtej pory muszę racjonować sobie moje ukochane czytanie w ledwie godzinnych dawkach. Co gorsza, całe londyńskie środowisko wydawnicze odwróciło się ode mnie, gdy okazało się, że Charles Clover jest zabójcą. Panowało powszechne przekonanie, że Alan dostał to, na co zasłużył, ale za to, że z rynku zniknęło odnoszące sukcesy, niezależne wydawnictwo, a jego szef skończył w więzieniu, z jakiegoś powodu obwiniano mnie. Nie miałam więc pracy, nikt nie chciał mnie zatrudnić i właściwie nie miałam wyboru – musiałam sprzedać mieszkanie i przenieść się na Kretę. A przecież i ta przygoda nie skończyła się szczęśliwie.
Z perspektywy czasu widziałam wyraźnie, że moje życie potoczyłoby się mniej wyboistą drogą, gdybym nigdy nie poznała Alana Conwaya. Rozsądek nakazywał mi więc teraz nie mieć z nim już nic wspólnego. Trudno mi było uwierzyć, że Michael Flynn mógł wpaść na pomysł z nową powieścią, a co dopiero wciągnąć mnie do tego projektu. Czułam się jak postać z szóstej czy siódmej części horroru, którego bohaterka, choć zmieniła nazwisko, przeszła terapię i przeprowadziła się na drugi koniec świata, wciąż musi uciekać korytarzami przed tym samym oszpeconym maniakiem w czarnym płaszczu i z niemal czterdziestocentymetrowym nożem kuchennym w garści.
Dlaczego więc ten wydruk właśnie leżał na moim kuchennym stole? Dlaczego zabrałam go z sobą, opuszczając siedzibę Causton Books? Odpowiedź miałam na wyciągnięcie ręki. Miałam na karku spłatę hipoteki w comiesięcznych ratach i nawet fotel, na którym właśnie siedziałam, obciążał linię kredytową mojej karty. Po prostu potrzebowałam pieniędzy, a co więcej, wydawnictwo Causton Books było w tej chwili bodaj jedynym przybytkiem w mieście, gdzie miałam szansę na stałe zatrudnienie na niepoślednim stanowisku. Michael Flynn sam powiedział, że jest otwarty na negocjacje. Tyle że nie mielibyśmy czego negocjować, gdybym mu teraz odmówiła.
Jadąc metrem, nawet nie zajrzałam do książki, ale teraz w końcu zatrzymałam wzrok na tytule i od razu przyszło mi na myśl, że trzeba będzie go zmienić. W tytułach poprzednich tomów przedstawialiśmy bohatera jako Atticusa Pünda albo po prostu Atticusa; samo Pünd brzmiało jakby zbyt ostro, po prostu nie pasowało. Nie byłam też do końca przekonana, czy czytelnicy zechcą śledzić losy detektywa, który snuje się po południowej Francji, walcząc z ostatnią fazą choroby nowotworowej. Tak czy inaczej, Michael zapowiedział, że zamawia trzy nowe powieści, a to oznaczało, że Eliot Crace musi poprowadzić bohatera przez kolejne dwie. Podejrzewałam, że pod koniec trzeciej nieszczęsny Atticus będzie już tylko leżał na wznak, podłączony do kroplówki z solą fizjologiczną.
Była czternasta – zdecydowanie zbyt wczesna pora na alkohol – lecz mimo to podeszłam do lodówki, by nalać sobie kieliszek wina. Na talerz wrzuciłam trochę sałatki i twarożku, żeby przekonać samą siebie, że to po prostu późny lunch. Kot zjawił się przy mnie, gdy tylko uchyliłam drzwi lodówki, i zaczął ocierać się o moją nogę. Zirytował mnie. Kobieta po pięćdziesiątce, żyjąca samotnie w mieszkaniu na niskim parterze? Dlaczego nie. Ale jeśli dodamy kota, zaczyna to trącić… myszką. Gryząc seler, spojrzałam na zwierzaka z wyrzutem.
A potem pomyślałam o Eliocie Crasie. Musiałam przyznać, że wybierając akurat tego autora, Michael postąpił całkiem sprytnie.
Eliot był wnukiem jednej z najbardziej poczytnych brytyjskich pisarek, której fenomen przyćmił nawet sukces Alana Conwaya. Miriam Crace wprawdzie nigdy nie tworzyła powieści detektywistycznych, ale przecież właśnie o to chodziło Michaelowi: pozyskał słynne nazwisko, a jednocześnie nie musiał się martwić porównaniami. Nie chciał przecież przeczytać w recenzji, że Eliot nie dorównuje babuni.
Miriam napisała sześćdziesiąt trzy książki dla dzieci w toku kariery, która trwała mniej więcej tyle samo lat. Była między innymi autorką powieści fantastycznej Państwo Little, opowiadającej o rodzinie poczciwców mierzących zaledwie dwa cale (w późniejszych wydaniach, ku jej rozczarowaniu, zmieniono ich wzrost na pięć centymetrów). Swego czasu szacowano, że w 95 procent brytyjskich domów jest co najmniej jedna z jej książek, a w 40 procent jest ich dziesięć lub więcej. Na całym świecie jej dzieła sprzedały się w oszałamiającej liczbie miliarda egzemplarzy – co może nie dało jej miejsca w Księdze rekordów Guinnessa, ale na pewno wystarczyło, by przebić sprzedaż samej księgi – a słowo „little” stało się zrozumiałe w czterdziestu siedmiu językach, Miriam bowiem uparła się, by nazwisko bohaterów nie było tłumaczone. Na zagranicznych rynkach nie pojawiły się więc powieści zatytułowane Les Petits Gens czy De Små Manneskene. Bodaj połowa dzieci na całym świecie dorastała, śledząc losy dziadka Little, babci Little, pana i pani Little, Harry’ego, Jacka, Jasmine oraz Rose Little… a także, od końca lat dziewięćdziesiątych, adoptowanych Karima i Njingi Little.
Wszyscy uwielbiali publiczny wizerunek pisarki i wszystkim się zdawało, że coś o niej wiedzą, lecz tak naprawdę Miriam Crace nie afiszowała się ze swym prywatnym życiem. Poświęcono jej dwie biografie, ale w obu wypadkach blisko współpracowała z autorami i z tej, którą pobieżnie przejrzałam, naturalnie wyłaniał się obraz świętej. Trzecią, nieautoryzowaną biografię, zamówiło wydawnictwo HarperCollins. Ponoć miały się w niej znaleźć dość ponure fakty, lecz Fundacja Crace i jej agresywna ekipa prawników zagrozili autorowi i wydawcy pozwem, książkę więc wycofano, zanim trafiła na półki księgarń.
Miriam niechętnie udzielała wywiadów, a czyniła to tylko wtedy, gdy promowała nową książkę albo chciała pobudzić zainteresowanie dwiema organizacjami dobroczynnymi, które wspierała: Funduszem Bibliotecznym Miriam Crace oraz sierocińcem St Ambrose. Wychowała się w duchu wiary – jej ojciec był swego czasu diakonem w Kościele katolickim – i pozostała jej wierna do końca życia. Być może właśnie dlatego nie rozwiodła się ze swym mężem, Kennethem Riversem. (Podobnie jak Margaret Chalfont, nie przyjęła nazwiska męża, a co znacznie bardziej osobliwe, uparła się też, by nie przyjęły go jej dzieci). Od zawsze krążyły pogłoski, jakoby jej małżeństwo nie było całkiem szczęśliwe; potwierdziła je wreszcie roczna separacja. W 1955 roku Miriam przeżyła załamanie nerwowe, zdaniem jej biografów wywołane przepracowaniem. Spędziła wówczas sześć miesięcy w Lozannie, ładując akumulatory w prywatnej klinice. Gdy w tym samym roku powróciła do Anglii, kupiła dwór Marble Hall opodal Devizes w hrabstwie Wiltshire, a wraz z nim pięćdziesiąt akrów ziemi. Gdy czterdzieści osiem lat później odchodziła z tego świata, wciąż jeszcze mieszkała tam z Kennethem, dwoma synami, ich małżonkami oraz czworgiem wnuków. Obecnie Marble Hall jest dostępny dla zwiedzających.
Miriam Crace po dziś dzień jest liczącą się postacią w świecie wydawniczym. Co roku sprzedają się miliony jej książek, co zresztą budzi niechęć wśród aktywnych pisarzy, zgodnie żywiących przekonanie, że dość już zarobiła na swej twórczości. Fundacja Miriam Crace działała pełną parą od śmierci autorki, pod światłym kierownictwem jej najstarszego syna, Jonathana Crace’a, stryja Eliota. Państwo Little żyją zaś dalej w niezliczonych komiksach, serialach rysunkowych stacji ITV, w ogromnie popularnym musicalu wystawianym przez Bridge Theatre, w trzech filmach fabularnych, osobnej atrakcji w parku rozrywki Universal Studios oraz przebogatej kolekcji licencjonowanych artykułów, takich jak papeterie, pluszowe zabawki, puszki herbatników, gry planszowe i komputerowe, zegary, kalendarze oraz ubranka dziecięce. Niedawno ogłoszono, że Netflix zawarł umowę na dwieście milionów dolarów, by zdobyć prawa do ekranizacji, i planuje wyprodukować od razu pięć sezonów zupełnie nowych przygód państwa Little. Ze strony fundacji negocjował ją, rzecz jasna, Jonathan Crace.
A co z Eliotem Crace’em?
Widziałam go dwa, może trzy razy, gdy odwiedzał Cloverleaf Books. Zapamiętałam go jako bardzo przystojnego młodzieńca – długowłosego anioła o elfiej twarzy. Emanował czarem i pewnością siebie, które niemal zawsze są owocem edukacji w prywatnych szkołach i dorastania w dobrobycie. Niestety zwykle towarzyszy im także pewna doza arogancji. Miałam wrażenie, że Crace zawsze się spieszy – mówił za szybko, przeskakiwał z tematu na temat i raz po raz zrywał się z fotela, by przy najbliższym oknie zapalić papierosa.
Jak powiedziałam Michaelowi, to Charles Clover go odkrył i osobiście zajął się dwiema powieściami detektywistycznymi, które Crace dla nas napisał. Nie byłam jednak do końca szczera, gdy mówiłam, że nie sprzedały się zbyt dobrze. Nie sprzedały się prawie wcale. Eliot nie był złym pisarzem, ale dość nierozsądnie wybrał swego detektywa: uczynił go podróżującym w czasie alchemikiem z dworu królowej Elżbiety I i kazał mu zabłąkać się w dwudziesty pierwszy wiek. Jego książki nie mieściły się właściwie w żadnej kategorii. Nie byłam pewna, czy były dla dorosłych czy dla młodzieży; czy były realistyczne czy fantastyczne; czy należało brać je poważnie, czy się z nich śmiać. Wyniki sprzedaży dowiodły, że czytelnicy także nie umieli rozstrzygnąć tego dylematu. Charles współpracował wcześniej ze stryjem Eliota, a jego samego znał od dziecka, nie był więc zadowolony, gdy w końcu tupnęłam nogą i oznajmiłam, że nie powinniśmy wydawać trzeciej powieści o doktorze Gee. Prawda była jednak taka, że publikowanie książek, których nikt nie chciał czytać, zwyczajnie nie miało sensu, a sam Eliot był dla nas balastem: nie żałował sobie narkotyków, trunków, imprez i antydepresantów, które wprawiały go w aż nadto euforyczny nastrój. Charles był pewny, że młody Crace odniesie sukces literacki, gdy wreszcie dorośnie. Upierał się, że drzwi wydawnictwa Cloverleaf zawsze będą przed nim otwarte. Ale Eliot już nie powrócił.
Aż do tej chwili. Zastanawiałam się, skąd właściwie Michael Flynn go wytrzasnął i w jaki sposób przekonał do współpracy. Nagle pożałowałam, że nie poszłam z nim na lunch.
Zaniosłam talerz i kieliszek wina do kuchni, usiadłam przy stole i położyłam przed sobą maszynopis. Postanowiłam jednak go przeczytać. Nie miałam nic lepszego do roboty w to popołudnie, a poza tym byłam ciekawa, z jakiej strony pokaże się Atticus Pünd wiedziony piórem innego pisarza.
Bo w końcu jak mogłoby mi to zaszkodzić?
PÜND: OSTATNIA SPRAWA
Eliot Crace
Atticus Pünd – detektyw
James Fraser – jego asystent
RODZINA
lady Margaret Chalfont – zamożna wdowa po Henrym Chalfoncie, 6. hrabim Chalfont
Jeffrey Chalfont – syn Henry’ego i Margaret Chalfont, obecnie 7. hrabia
Lola Chalfont – aktorka i piosenkarka, żona Jeffreya Chalfonta
Cedric Chalfont – ośmioletni syn Jeffreya i Loli
Judith Lyttleton – córka Henry’ego i Margaret Chalfont, etnolog
Harry Lyttleton – małżonek Judith, deweloper
Elmer Waysmith – obecny małżonek lady Margaret Chalfont, Amerykanin, handlarz dziełami sztuki
Robert Waysmith – jedyny syn Elmera Waysmitha z pierwszego małżeństwa
POZOSTALI
Frédéric Voltaire – policjant, oficer Sûreté
Béatrice Laurent – gospodyni Château Belmar w Cap-Ferrat
Estelle Dubois – dyrektorka galerii sztuki Werner-Waysmith
Jean Lambert – radca prawny z kancelarii w Saint-Paul-de-Vence
Alice Carling – jego sekretarka
Harlan Scott – prywatny detektyw
Hector Brunelle – aptekarz z Nicei
dr Benson – lekarz z kliniki przy Harley Street
Londyn, 1955
Deszcz lał się strugami; zimny i szary płynął po chodnikach, bębnił w okienne szyby i rozchlapywał coraz to większe kałuże. Woda przelewała się przez brzegi rynien i wnikała w ceglane mury. Można było odnieść wrażenie, że padało przez cały maj i choć czerwiec za pasem, wciąż nie sposób było uciec przed wilgocią. Ludzie w kwaśnych humorach przemykali ulicami okutani w zimowe płaszcze. Lato nie przybyło na czas; pokonał je nieustępliwy deszcz.
Atticus Pünd szedł Harley Street z pięściami wbitymi w kieszenie. Usiłował nie zmoknąć, ciasno opatulony długim trenczem. Nie pierwszy raz musiał pokonać tę trasę, odkąd sześć tygodni wcześniej usłyszał szokującą diagnozę. Zaskoczyło go to, jak szybko można się ze wszystkim oswoić, nawet z perspektywą własnej rychłej śmierci.
Miał guza mózgu. Nic nie można było zrobić w tej sprawie – zostało mu ledwie kilka miesięcy życia. Kolejna wizyta u lekarza była w zasadzie tylko formalnością. Spodziewał się, że doktor Benson jedynie go zbada, zada kilka pytań o samopoczucie, o sen, apetyt, kondycję psychiczną, a potem odeśle do domu, z ciepłym uśmiechem wygłosiwszy kilka słów pocieszenia. Wytworzyła się między nimi osobliwa więź, trochę silniejsza od tej, która zwykle łączy lekarza z pacjentem. Byli partnerami w procesie, który dotyczy wszystkich, którego nie potrafili ogarnąć umysłem i którego żaden z nich nie mógł zatrzymać.
Klinika doktora Bensona mieściła się na parterze wysokiego, wąskiego budynku niczym nieróżniącego się od sąsiednich. Piętnaście lat wcześniej barierka oddzielała go od ulicy, lecz zdemontowano ją wraz z innymi zbędnymi kawałkami metalu z całego Londynu, bo takie były realia wojennego wysiłku. Pünd wracał czasem myślą do tamtych wydarzeń, do rozdartego świata i milionów ofiar, do których wbrew prawdopodobieństwu nie dołączył, zamknięty za drutem kolczastym hitlerowskiego obozu koncentracyjnego. Nawet w chwili gdy doktor Benson przekazał mu złą nowinę, Pünd pomyślał przede wszystkim, że jest szczęściarzem. Nie spodziewał się, że tak długo pożyje.
Stanął u drzwi frontowych i nacisnął guzik dzwonka. Niemal natychmiast otworzyła mu młoda kobieta, której twarz już kojarzył, choć nie pamiętał jej imienia. Recepcjonistka kliniki doktora Bensona znała za to wszystkich, którzy tu bywali, a nawet pamiętała tych, którzy już nie przychodzili.
– Pan Pünd – powitała go z takim uśmiechem, jakby jego wizyta była najradośniejszym wydarzeniem w życiu obojga. – Ależ mamy paskudne lato! Proszę, niech pan wejdzie.
Poprowadziła go wprost do poczekalni: czterech ścian pokrytych welurową tapetą, zabytkowych lamp stojących na podłodze oraz do mahoniowego stolika, na którym leżał plik typowych i typowo nieaktualnych czasopism: „Country Life”, „Punch” oraz „Reader’s Digest”. W budynku pracowało czterech lekarzy i przyjmowali pacjentów w tym samym czasie. Pünd rozpoznał obcokrajowca siedzącego w kącie. Sądząc po aparycji i posturze, musiał to być były wojskowy. Po chwili zjawiła się pielęgniarka w białym kitlu.
– Majorze Alcazar…
Mężczyzna powstał sztywno i podążył za nią.
Pünd zajął jego miejsce na kanapie i sięgnął po jedno z czasopism – nie po to jednak, aby je czytać, ale by dwie inne osoby przebywające w poczekalni nie zadawały mu żadnych pytań. Otworzył pismo i spojrzał na zdjęcie posiadłości w Wiltshire. Przypomniało mu o sprawie, którą właśnie rozwiązał w Saxby-on-Avon. Prawdopodobnie ostatniej.
Z korytarza dobiegł kobiecy głos, dość wysoki i natarczywy, jakby jego właścicielka nawykła do wydawania rozkazów.
– Sądzę, że leży gdzieś w poczekalni. Musiała mi wypaść z torebki.
Pünd rozpoznał ów głos, zanim w progu stanęła lady Margaret Chalfont. Trudno było z czymkolwiek go pomylić, mówiła bowiem tak, jak żyła: władczo i z głębokim przekonaniem, że nie może zostać zignorowana. Postać, którą ujrzał teraz Pünd, była drobna i szczupła, wręcz zdawała się niknąć w oczach, a przecież walczyła z tym każdą cząstką swego kruchego ciała. Lady Chalfont miała sześćdziesiąt kilka lat, lecz choroba postarzyła ją o dobrą dekadę. Jej włosy, zafarbowane na srebrno z liliowym odcieniem, zostały starannie ułożone, tak by maskować wymizerowane oblicze. Nieprzypadkowo nosiła intensywne kolory: zieloną kurtkę, bordowe pumpy oraz dość egzotyczną opaskę na włosy, za którą brakowało jedynie piórka, lecz wszystko to nie mogło ukryć przed światem jej problemów ze zdrowiem. W jednej dłoni trzymała torebkę od Gucciego, a w drugiej samotną rękawiczkę.
Lady Chalfont wkroczyła do poczekalni, szukając wzrokiem jej towarzyszki do pary. Gdy zatrzymała spojrzenie na kanapie, na której zasiadł Pünd, wyraz jej twarzy natychmiast się zmienił.
– Mój drogi pan Pünd! Cóż za niespodzianka. Jest pan ostatnią osobą, którą spodziewałam się spotkać w tym okropnym miejscu. Pan choruje?
Bezpośredniość miała we krwi. Pünd powstał.
– Jestem umówiony z lekarzem – odpowiedział niezobowiązująco.
– Oni o niczym nie mają pojęcia! – Lady Chalfont westchnęła. – Patrzą człowiekowi w oczy, każą wziąć tę czy inną pigułkę, mówią, że wszystko będzie dobrze, ale wcale nie jest. Nigdy nie jest. A gdy pojawia się kostucha, siedzą sobie tu, chowają się za tymi swoimi wykresami i zdjęciami rentgenowskimi, to wszystko. Banda szarlatanów!
– Nic a nic się pani nie zmieniła, lady Chalfont.
– Pozory, panie Pünd. Tak czy inaczej, „Nichts ist höher zu schätzen als der Wert des Tages”1, jak słusznie zauważył Goethe. A najjaśniejszym punktem tego dnia jest niewątpliwie spotkanie z panem.
Pünd się uśmiechnął. Poznał Margaret Chalfont dziewięć lat wcześniej, w Salisbury, gdy była jedną z głównych podejrzanych o zamordowanie George’a Colindale’a, otrutego podczas sylwestrowego przyjęcia, na które oboje byli zaproszeni. W owym czasie żyła samotnie. Jej mąż – Henry Chalfont, szósty hrabia Chalfont – zginął w ostatnich miesiącach wojny zabity przez rakietę V-2. Pünd pamiętał, że mieli syna i córkę – oraz synową i zięcia – a z lektury „The Times” dowiedział się później, że lady Chalfont doczekała się także wnuka. Od początku darzył ją sympatią. Owszem, bywała głośna i szczera do bólu, ale nigdy nie brakowało jej ogłady i dobrych intencji, a także, jak się okazało, to właśnie ona podzieliła się z Pündem spostrzeżeniem, które pozwoliło mu rozwiązać sprawę morderstwa.
Zadziwiające było, że spotkali się ponownie akurat tu i teraz. Pünd zastanawiał się właśnie, jak odpowiedzieć, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na czymś, co dostrzegł zaraz po wejściu do poczekalni i zignorował. Dopiero teraz schylił się, by wydobyć spod kanapy, na której siedział, rękawiczkę z cielęcej skórki. Z cienia wystawały tylko koniuszki jej palców.
– Przypuszczam, że właśnie tego pani szuka, lady Chalfont – powiedział.
Uśmiechnęła się promiennie, ściskając w dłoni obie rękawiczki.
– Jak zawsze jest pan niesamowity, panie Pünd. Nic nie umknie pańskiej uwadze.
Widać było, że to zaledwie wstęp do dłuższej wypowiedzi, lecz w tym momencie do poczekalni wkroczyła kolejna, znacznie młodsza kobieta. Nie wyglądała ani na pielęgniarkę, ani na pacjentkę kliniki; wydawała się zakłopotana, jakby pragnęła czym prędzej opuścić to miejsce. Była znacznie tęższa od lady Chalfont, a jej chmurne oblicze sugerowało, że jest osobą bardzo poważnie traktującą samą siebie. Nosiła grube okulary, a jej niemal bezbarwne włosy związane były w kok z tyłu głowy. Zachowaniem i ubiorem pasowałaby do spotkania biznesowego. Miała w sobie też coś ze strażniczki więziennej, gdy stała dumnie wyprostowana i sztywna w ciężkawych butach ze skóry.
– Znalazłaś rękawiczkę, mamo? – spytała niecierpliwie i umilkła, widząc, że lady Chalfont ma towarzystwo.
Pünd skłonił się lekko. Zatem łączą je więzy krwi! Mówiono mu, że lady Chalfont była w młodości bardzo piękna, lecz najwyraźniej to ją różniło od córki.
– Ten pan ją znalazł, Judith. Tak się składa, że jesteśmy starymi przyjaciółmi. Poznaj Atticusa Pünda. Pewnie nieraz słyszałaś, jak o nim opowiadałam. To bodaj najlepszy detektyw na świecie. – Lady Chalfont zwróciła się teraz ku Pündowi i dodała, nie biorąc nawet oddechu: – Moja córka Judith. Judith Lyttleton, bo tak się teraz nazywa. Przywiozła mnie tu.
– Bardzo mi miło, pani Lyttleton – odezwał się Pünd.
– Doktor Lyttleton, jeśli chodzi o ścisłość – sprostowała Judith, bardziej niecierpliwie niż agresywnie, jakby przywykła już do precyzowania swego statusu, co zresztą było prawdą. – Mam tytuł naukowy z etnologii; skończyłam studia podyplomowe w londyńskim University College. Napisałam kilka prac naukowych na temat Peru. Możliwe, że pan czytał.
– Niestety nie.
Judith pokiwała głową rozczarowana, ale niezaskoczona.
– Naprawdę powinnyśmy się już zbierać, mamo. Trzeba jeszcze zabrać walizki i dojechać na lotnisko.
– Wracamy na południe Francji – pospieszyła z wyjaśnieniem lady Chalfont. – Mój świętej pamięci mąż, Henry, kupił dom na Lazurowym Wybrzeżu i zwykle tam spędzam lato. Nawiasem mówiąc, ponownie wyszłam za mąż. Wiedział pan?
– Nie wiedziałem – odparł Pünd.
– Z formalnego punktu widzenia jestem teraz Margaret Waysmith, ale postanowiłam używać dawnego nazwiska. Jakoś lubię być lady Chalfont. Bo niby dlaczego miałabym, prócz całej reszty, stracić także tytuł?
Odnalazła zaginioną rękawiczkę; córka czekała na jej ruch, lecz lady Chalfont nie opuszczała poczekalni.
– Doprawdy niezwykłe to, że wpadłam na pana akurat dziś – dodała po chwili. – Zaszło coś, co bardzo bym chciała z panem przedyskutować.
– Mamo… – wtrąciła zniecierpliwiona Judith.
– Nie popędzaj mnie, moja droga, bo nie ma takiej potrzeby. Mamy mnóstwo czasu, żeby zdążyć na samolot. – Przeszyła Pünda intensywnym spojrzeniem bystrych oczu. Widział dokładnie, w którym momencie podjęła decyzję. – Chcę z panem omówić niezmiernie pilną sprawę – dorzuciła. – Nie zmienił pan adresu?
– Żałuję, lady Chalfont, ale nie przyjmuję nowych zleceń.
– Napiszę do pana tak czy inaczej. Wierzę, że wszystko ma swój cel, panie Pünd, więc i pan nie znalazł się tu bez powodu. To spotkanie było nam pisane. Prawda zaś jest taka, że w godzinie potrzeby nikt inny nie pomógłby mi tak jak pan. Zechce pan zostawić mi swoją wizytówkę?
Pünd zawahał się, ale w końcu wyłuskał z kieszeni biały kartonik. Lady Chalfont spojrzała nań przelotnie, zanim wsunęła go do torebki.
– Dziękuję, panie Pünd. Brak mi słów, żeby wyrazić, jak wielka to dla mnie ulga… oto jest ktoś, komu mogę zaufać, w kogo wierzę. Jeśli nie będzie pan mógł uczynić dla mnie nic więcej, będę wdzięczna nawet za poradę.
Zakłopotanie Judith Lyttleton właśnie sięgnęło zenitu. Raz po raz zerkała na matkę, aż wreszcie ich spojrzenia się spotkały i wydawało się, że w oczach córki błysnęło coś na kształt milczącego ostrzeżenia. Zaraz potem razem opuściły poczekalnię. Pünd usłyszał jeszcze, jak skrzypnęły i trzasnęły drzwi.
Po chwili wróciła pielęgniarka.
– Doktor Benson już czeka, panie Pünd.
Poprowadziła detektywa korytarzem, który zdążył już poznać lepiej, niż sobie tego życzył, wprost do gabinetu na samym końcu. Lekarz siedział za biurkiem i najwyraźniej nie przeszkadzał mu żar buchający ze zbyt mocno pracujących grzejników. Minęło sześć tygodni od badania, które przyniosło im najgorsze z możliwych nowin. Nie musieli już silić się na uprzejme pogawędki. Doktor Benson zbadał Pündowi puls i ciśnienie krwi, osłuchał klatkę piersiową i bacznie przyjrzał się oczom. Potem nastąpiła seria konkretnych pytań:
– Jak bóle głowy?
– Zdarzają się, ale niezbyt często. Pigułki, które pan przepisał, są bardzo skuteczne.
– Dobrze pan sypia?
– Tak, dziękuję.
– Apetyt?
– Myślę, że jadam mniej niż zwykle, ale powiedziałbym, że raczej z wyboru. Asystent pochwalił mnie nawet, że schudłem.
– Powiedział mu pan już?
Pünd pokręcił głową.
– Wie tylko, że nie czuję się zbyt dobrze. Widział też, że biorę leki. Nie powiedziałem mu jednak, jak poważny jest mój stan.
– Boi się pan, że odejdzie?
– Nie, doktorze. Absolutnie. Ale James jest wrażliwym młodzieńcem i uważam, że lepiej oszczędzić mu bolesnej prawdy. Poza tym pomaga mi w pisaniu książki. Mam nadzieję, że Zarys dochodzenia kryminalnego trafi pewnego dnia na półki British Library, do Archiwum Spraw Kryminalnych oraz wielu innych miejsc, w których przyda się moim następcom.
Doktor Benson skinął głową i sięgnął po fajkę, ale nie zapalił jej.
– Moim zdaniem, panie Pünd, trzyma się pan znakomicie. Znacznie lepiej, niż się spodziewałem. Może pan do mnie zadzwonić w każdej chwili naturalnie, ale uważam, że kolejną wizytę możemy umówić dopiero na przyszły miesiąc.
Pünd uśmiechnął się dyskretnie. Wiedział, co oznacza sięgnięcie po fajkę: w ten sposób doktor Benson zawsze dawał sygnał, że spotkanie dobiegło końca, a finał zawsze wybrzmiewał optymistyczną nutą. Za tydzień. Za miesiąc. Następnym razem. Nieodmiennie spoglądał w przyszłość, by przekonać pacjentów, że i oni ją mają.
Pünd jednak nie ruszył się z miejsca.
– Chciałbym pana o coś spytać – rzekł po chwili. – Otóż zanim tu wszedłem, spotkałem starą przyjaciółkę, lady Margaret Chalfont.
– Pan ją zna?
– Całkiem dobrze. Poznaliśmy się przy okazji sprawy, którą kiedyś prowadziłem. Było mi przykro, gdy ją tu zobaczyłem, więc pomyślałem, że może mógłby pan mi zdradzić, co się z nią dzieje.
– Nie jestem pewny, czy powinienem ujawniać informacje na temat moich pacjentów, panie Pünd. O co właściwie panu chodzi?
– Lady Chalfont poprosiła o pomoc w sprawie, którą nazwała bardzo pilną, a choć rozmawialiśmy bardzo krótko, odniosłem wrażenie, że czegoś się boi.
– Może śmierci?
– Może. Ale nie w wyniku choroby.
Dr Benson zamyślił się.
– Ze względu na to, kim pan jest, panie Pünd, mogę chyba zdradzić panu w zaufaniu, że lady Chalfont cierpi na zwężenie zastawki dwudzielnej. To oznacza, że zastawka regulująca dopływ krwi do serca nie działa prawidłowo. Niestety musiałem wyjaśnić pacjentce, że ze względu na jej podeszły wiek przeprowadzenie operacji nie byłoby warte ryzyka. Obawiam się, że nie zostało jej wiele czasu.
– To znaczy?
– Trudno powiedzieć. Raczej miesiące niż lata.
Pünd pokiwał głową. Lady Chalfont, w typowy dla siebie sposób, buntowała się przeciwko rzeczywistości, krytykowała współczesną medycynę i nie ufała lekarzom, zapewne głównie dlatego, że nie byli w stanie jej pomóc.
– Dziękuję, doktorze Benson.
Detektyw wstał.
– Nie zaprosiła pana na południe Francji? – spytał lekarz.
– Tak daleko się nie posunęła.
– A szkoda. O ile wiem, ma przepiękny dom na wybrzeżu, w Saint-Jean-Cap-Ferrat. Powiedziałbym, że świetnie by panu zrobił tydzień spędzony w śródziemnomorskim słońcu. Ta przeklęta angielska pogoda dobija nawet najzdrowszych i najsprawniejszych z nas. – Lekarz spojrzał w okno, na strugi deszczu bijące w szybę. – W życiu nie widziałem takich ulew. Może mimo wszystko powinien pan tam pojechać!
Tym razem Pünd się zamyślił. Do tej pory nawet nie myślał o tym, że mógłby jeszcze podróżować; w każdym razie nie dalej niż do południowo-zachodniej Anglii, dokąd zawiodła go ostatnia sprawa. A właściwie dlaczego nie? Tak naprawdę nie chodziło przecież tylko o to, żeby po raz ostatni poczuć na skórze ciepłe promienie słońca. Liczyło się coś jeszcze.
Dobrze pamiętał te spojrzenia, które matka i córka wymieniły, zanim wyszły z poczekalni. Lady Chalfont mówiła o pilnej sprawie, potrzebowała pomocy, ale w istocie to Judith Lyttleton przykuła uwagę Pünda.
Od chwili, gdy usłyszała jego nazwisko i zrozumiała, z kim ma do czynienia, usiłowała jak najszybciej wyprowadzić matkę, byle dalej od niego. Słyszała, jak lady Chalfont prosi o pomoc, ale nie skomentowała jej argumentów choćby jednym słowem, jakby sprawa w ogóle jej nie dotyczyła.
Pani doktor etnologii nie tylko czuła się niezręcznie podczas tego krótkiego spotkania.
Była wystraszona.
„Nic nie jest cenniejsze niż dziś”. [wróć]
Od wizyty w klinice przy Harley Street minęły cztery dni. Atticus Pünd pojawił się w swym biurze przy Clerkenwell Square wczesnym rankiem i w całkiem dobrym nastroju zasiadł do przeglądania najnowszego fragmentu swej książki, który James Fraser przepisał dla niego na maszynie. Zarys dochodzenia kryminalnego stał się ostatnio priorytetem w jego życiu. Choroba postępowała dość wolno, Pünd więc pomału zaczynał wierzyć, że zdąży ukończyć swe dzieło, choć może zabraknie mu czasu, by poprawić wszystkie błędy ortograficzne i literówki popełnione przez asystenta. Cóż, ostateczna redakcja i tak należała do wydawcy. Tak naprawdę liczyła się treść.
Sięgnął po pierwszą kartkę i zaczął czytać. Wiedział, że musi się oszczędzać. Gdyby popracował parę godzin bez przerwy, ból głowy zwaliłby go z nóg. Najważniejsze – zachować umiar, pomyślał. Trzydzieści minut skupienia, a potem spacer na świeżym powietrzu albo filiżanka herbaty, najlepiej przy muzyce Brahmsa lub Schuberta z gramofonu. Tyle że fragment, który właśnie czytał, był fascynujący. Rozdział nosił tytuł „Zabójca zdradzi wszystko”.
Podobnie jak pokerzysta, którego zamiary zdradza swoisty tik, tak i morderca zwykle ujawnia się poprzez mimowolne zachowania, zwłaszcza gdy działa pod presją. Na własny użytek nazywam ten fenomen właśnie tikiem i wypada mi wspomnieć, że podczas jednego ze śledztw byłem świadkiem, jak poczucie winy manifestuje się na dwa sposoby jednocześnie. Opowiadałem już o sprawie Eileen Marino, nader atrakcyjnej i inteligentnej kobiety, matki dwojga dzieci robiącej niezgorszą karierę w dziennikarstwie. Usiłowała mnie przekonać, że bardzo kocha swego męża, Paula, znanego prawnika, choć wkrótce stało się jasne, że własnoręcznie go zasztyletowała, gdy wracali z teatru.
Przesłuchanie odbyło się w salonie ich domu w Chiswick. Przez pół godziny pani Marino była całkiem rozluźniona, lecz w końcu drzwi pokoju uchylił jej pies. W tym momencie w zachowaniu podejrzanej zaszła diametralna zmiana. Wyraźnie widziałem oznaki nerwowości i zakłopotania. To był pierwszy jej tik. Ale co tak naprawdę było jego wyzwalaczem? Przez dłuższy czas zakładałem, że chodzi o samo zwierzę, które grzecznie zwinęło się w kłębek przed kominkiem. Może było milczącym świadkiem zbrodni? Innych pomysłów nie miałem, bo z fotela, w którym siedziałem, nie mogłem dostrzec tego, co było za drzwiami.
Odpowiedź pojawiła się sama, gdy zająłem miejsce pani Marino: siedząc tam, miała przed sobą lustro, a w nim mogła podziwiać duży portret męża wiszący na ścianie w korytarzu. Nie widziała go, dopóki drzwi były zamknięte, gdy jednak była zmuszona nań patrzeć, nie umiała już zapanować nad poczuciem winy.
Wyznała mi później, że pokłóciła się z małżonkiem o rodzinne oszczędności, z których większość beztrosko wydała. Wciąż jednak utrzymywała, że nie ma nic wspólnego z morderstwem – i właśnie wtedy ujawnił się drugi tik. Dlaczego nieustannie ocierała kącik oka, na pozór bliska łez? Za każdym razem, zauważyłem, było to lewe oko, jakby cierpiała na chorobę, która pozwalała jej płakać tylko jedną stroną twarzy.
Raz jeszcze przeanalizowałem zdjęcia wykonane na miejscu zbrodni i powody owego dziwnego zachowania szybko stały się dla mnie jasne. Gdy pani Marino mordowała swego męża, kilka kropel jego krwi prysnęło wprost w jej lewe oko. Tik, którego byłem świadkiem, nie był oznaką wyrzutów sumienia, lecz obrzydzenia. Wspominając czyn, którego się dopuściła, pani Marino – niczym współczesna lady Makbet – podświadomie starała się zatrzeć jego ślad.
Pünd sięgnął po kolejną kartkę gotów kontynuować lekturę, lecz w tym momencie drzwi się otworzyły i do gabinetu wszedł James Fraser, niosąc tacę z filiżanką herbaty, starannie złożonym egzemplarzem „The Times” oraz kilkoma wizytówkami i listami. Ubrał się tego dnia nader optymistycznie – w bawełniane spodnie, białą koszulę i sweter z kołnierzem w serek – jakby lato nareszcie nadeszło. Co prawda od pewnego czasu do biura prawie nie zaglądali klienci i Pünd zgodził się, że marynarka i krawat nie są już konieczne, lecz mimo to miał wrażenie, że jego asystent zbyt daleko posuwa się w swej swobodzie.
– Dzień dobry, panie Pünd. – Fraser był nieodmiennie pogodny, jakby uparł się, że nie przyjmie do wiadomości choroby swego szefa. – Jak się pan dzisiaj miewa?
– Całkiem dobrze. Dziękuję, James.
– Widzę, że czyta pan najnowszy fragment.
– I to z niemałą przyjemnością – odparł Pünd. – Mam nadzieję, że przed końcem dnia zdążę dopisać resztę rozdziału.
– Przyniosłem panu herbatę, gazetę i poranną pocztę. – Fraser ostrożnie postawił tacę na biurku Pünda. – Jest też parę rachunków… naturalnie zajmę się nimi. I jeszcze liścik. Detektyw inspektor Chubb pyta, czy miałby pan ochotę na wspólny lunch w przyszłym tygodniu.
– Obawiam się, że nie.
– Tak też myślałem. Pozwolę sobie wysłać stosowną odpowiedź. Przyszło też zaproszenie z Policyjnego Funduszu Sierot z pytaniem, czy zechciałby pan wystąpić podczas jesiennej konferencji. Odmówię oczywiście… Aha. Jest jeszcze list z Francji. – Fraser uśmiechnął się zadowolony z siebie. – Poznałem po znaczku.
– Solidna detektywistyczna robota, James. – Pünd sięgnął po kopertę i rozerwał ją. – Spodziewałem się tej wiadomości – dorzucił.
– Nowa sprawa?
– Pewna dama potrzebuje mojej pomocy.
Wydobył z koperty kartkę. List był napisany odręcznie, zielonym atramentem. Litery zdobne w zawijasy tłoczyły się i zlewały z sobą, jakby walczyły o miejsce w liniach.
Château Belmar
niedziela, 28 maja
Mój drogi panie Pünd,
Byłam tak zaskoczona naszym spotkaniem przy Harley Street, że nawet nie wypytałam Pana o zdrowie jak należy. Mam szczerą nadzieję, że jest Pan w lepszym stanie niż ja. Być może pamięta Pan moje problemy z sercem; dokuczały mi już przed laty, gdy się poznaliśmy. Niestety wszystko wskazuje na to, że to diabelstwo zamierza ostatecznie odmówić współpracy. Powiedziałabym, że żyję już w pożyczonym czasie.
Mogę jedynie mieć nadzieję, że czuje się Pan na tyle dobrze, by chociaż rozważyć to, o co proszę… cóż, z całego serca. Potrzebuję Pańskiej pomocy. Liczę, że przeczyta Pan niniejszy list, zanim będzie za późno.
Nie miał Pan okazji poznać mego pierwszego męża. Po jego śmierci – w ostatnich dniach wojny – sądziłam, że już nigdy nie odnajdę szczęścia. I właśnie wtedy poznałam Elmera Waysmitha; to z nim zaczęłam wszystko od nowa. Jesteśmy małżeństwem od sześciu lat i wyznam, że znalazłam w nim najlepszego przyjaciela i powiernika. Ufam mu bezgranicznie.
Dzień przed wyjazdem do Londynu, gdy siedziałam na balkonie, podziwiając przepiękną panoramę Morza Śródziemnego, usłyszałam przypadkiem słowa, które wstrząsnęły mną do głębi. Szczerze mówiąc, wciąż jeszcze trudno mi w nie uwierzyć. Zastanawiałam się, czy nie powinnam powiadomić policji, ale za bardzo się bałam. I wtedy, wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa, wpadłam na Pana.
Jeśli zechce Pan przyjechać i na jakiś czas zatrzymać się u mnie, w Château Belmar (to przepiękny dom; mamy też wybitnego kucharza), oczywiście wszystko wyjaśnię. Muszę dotrzeć do prawdy, panie Pünd, a nie znam nikogo innego, kto mógłby mi w tym pomóc.
Szczerze oddana
Margaret Chalfont
Pünd przeczytał list i podał go Fraserowi, który przebiegł wzrokiem tekst.
– Wydaje się zdesperowana – zauważył asystent. – Pojedzie pan?
Detektyw znowu ujął pismo w dłoń i przez długą chwilę wpatrywał się w zielone słowa. Nie czytał ponownie – zapamiętał wszystko za pierwszym razem, nawet położenie kropek i przecinków oraz nierówności linii, wzdłuż której złożono kartkę. Muszę dotrzeć do prawdy, panie Pünd. Te słowa zaniepokoiły go najmocniej. Spędził większość życia na poszukiwaniu prawdy i jeśli czegoś się przez te lata dowiedział, to właśnie tego.
Że prawda bywa niebezpieczna.
Wyjrzał przez okno. Tego dnia deszcz nareszcie ustał, lecz niebo wciąż było szare, a chmury kłębiły się złowróżbnie. Spędził tyle godzin w tym samym gabinecie, w tym samym fotelu! Tak, robił znaczące postępy w pisaniu książki, zarazem jednak zaczynał się czuć jak więzień… zarówno choroby, jak i własnej pracy. Doktor Benson sugerował, że zmiana otoczenia, zwłaszcza na bardziej słoneczne, może mu wyjść na zdrowie. Pünd nigdy nie wierzył w zbiegi okoliczności, ale musiał przyznać w duchu, że list przyszedł w idealnym momencie.
– A jakie jest twoje zdanie, James? – spytał.
– Strasznie chciałbym wiedzieć, co takiego podsłuchała – odparł Fraser. – Sprawa zapowiada się fascynująco i naprawdę szkoda, że postanowił pan zakończyć karierę. Mam odpisać, że jest pan zbyt zajęty, by zdecydować się na taką wyprawę?
Pünd zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią, mając w pamięci słowa doktora Bensona. Wreszcie podjął decyzję.
– Przeciwnie, James. Wyślij jej telegram z informacją, że stawimy się pojutrze.
– Czy to znaczy, że bierze pan tę sprawę?
– Odrobina słońca na pewno mi nie zaszkodzi, a przyjaźń z lady Chalfont zobowiązuje. Jak mógłbym odmówić?
– To doprawdy wspaniale! – Pünd nie mógł uwierzyć, jak szybko jego asystent dosłownie się rozpromienił. – Ostatni raz byłem na południu Francji jako dzieciak, gdy rodzice wysłali mnie tam w ramach wymiany uczniów. Spędziłem sześć tygodni u rodziny w Prowansji. U Dupontów. Bardzo mili ludzie, tylko wiecznie krzyczeli. Obiady niepokojąco przypominały szturm Bastylii.
– A jak twój francuski?
– Dawno nieużywany, ale pewnie szybko wrócę do formy. Mam kupić bilety na samolot?
– Nie czuję się wystarczająco dobrze, żeby latać, James. Zdecydowanie wolę pociąg. Zamów dwa przedziały sypialne pierwszej klasy w Le Train Bleu do Nicei. Możesz też poinformować lady Chalfont, że zatrzymamy się w Grand-Hôtelu.
– Proponowała nocleg w swoim château – przypomniał Fraser.
– To bardzo miłe z jej strony, ale będę się czuł znacznie swobodniej na własnym terenie. Potrzebuję prywatności, zacisznego miejsca odpoczynku. O ile mi wiadomo, mają tam przepiękne ogrody oraz basen, który z pewnością ci się spodoba.
– Tak jest. Lecę do telefonu, żeby zarezerwować dwa pokoje. – Fraser zerwał się na równe nogi, lecz nim zniknął za drzwiami, obrócił się jeszcze na pięcie. – To naturalnie nie moja sprawa, panie Pünd, ale strasznie się cieszę, że postanowił pan wziąć tę sprawę. W ostatnich tygodniach nie był pan sobą, więc choć oczywiście wiem, jak ważna jest ta książka i tak dalej, to myślę, że będzie pan znacznie szczęśliwszy na tropie zbrodni. W tym jest pan najlepszy!
To rzekłszy, Fraser zamknął za sobą drzwi niewielkiego przyległego pokoju, w którym pracował. Atticus Pünd nie ruszył się z miejsca, ale zapomniawszy już o książce, wpatrywał się w list leżący na biurku. Czy podjął słuszną decyzję? Nie miał wątpliwości, że tak. Myśl o tym, co go czeka, coś w nim rozbudziła. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuł, że naprawdę żyje. A w samym liście wyczuł coś niepokojącego – bardziej niepokojącego niż same słowa. Był pewny, że lady Chalfont jest w niebezpieczeństwie. Musiał ruszyć na pomoc tak szybko, jak to możliwe, natychmiast polecić Fraserowi, żeby się pakował…
Obawiał się tylko, czy nie przybędzie za późno.
Nad południem Francji wstawał kolejny idealny dzień – ale czy na Lazurowym Wybrzeżu w ogóle bywało inaczej? Ciemność umykała w popłochu, a spokojna tafla morza połyskiwała złociście. Zdawało się, że palmy i drzewka oliwne przeciągają pnie i konary, zbudzone ze spokojnego snu. Pierwsze łodzie rybackie właśnie wpływały do portu, a mewy wisiały nad nimi pełne nadziei, że nocny połów był dostatecznie obfity.
Château Belmar wzniesiono na cyplu wbitym w wody zatoki Villefranche; był niczym miejsce w pierwszym rzędzie tego nadzwyczajnego teatru natury. Sama budowla także była imponująca. Stylem nawiązywała do belle époque – liczyły się geometria i elegancja. Elewację pokryto ciemnożółtą farbą, którą docenia się prawdziwie jedynie w tropikach. Okiennice i portyki były białe, a terakotowy dach okrywał dwa skrzydła przylegające do głównego budynku rezydencji. Dokoła, na dziewięciu akrach, rozciągały się ogrody zaprojektowane przez wielkiego Achille’a Duchêne’a, w taki sposób, by z okna każdej sypialni można było podziwiać co najmniej jedną atrakcję: fontannę, statuę, altanę, basen albo ule.
